Jean Vanier - Anne-Sophie Constant - ebook

Jean Vanier ebook

Anne-Sophie Constant

5,0

Opis

"To jeden z najważniejszych proroków współczesności, wielki nauczyciel duchowości".
ZBIGNIEW NOSOWSKI, redaktor naczelny "Więzi", od ponad 30 lat związany z ruchem Wiara i Światło

"Czy Jean Vanier nosi w sobie jakąś tajemnicę? Jaka jest jego własna "rana", którą musiał w sobie zaakceptować? Książka Constant przybliża nas do odpowiedzi na te pytania".
WOJCIECH BONOWICZ, poeta i pisarz, od 25 lat związany z ruchem Wiara i Światło

Vanier określany jest jako Matka Teresa w spodniach. Założył wspólnoty życia z osobami niepełnosprawnymi Arka oraz ruch Wiara i Światło, działające od wielu lat również w Polsce. Kanadyjczyk, mając kilkanaście lat, rozpoczął karierę w marynarce wojennej. Co więc doprowadziło w jego życiu do tak gwałtownej przemiany, że stał się światowym symbolem chrześcijaństwa? Co sprawiło, że prestiżowa Nagroda Templetona - we wcześniejszych latach honorująca m.in. ks. Michała Hellera, Aleksandra Sołżenicyna czy Matkę Teresę - trafiła właśnie do Vaniera? Anne-Sophie Constant kreśli barwny portret człowieka, który dzięki tej książce wychodzi z cienia własnego dzieła.

"Mieszkając w Arce przez prawie 50 lat, odkryłem mądrość miłości i czułości, mądrość prostoty, mądrość dobroci i radości ukrytej w ludziach słabych i kruchych. Oni nauczyli mnie dużo więcej niż jakakolwiek książka. Pokazali mi moją własną słabość i pomogli ją zaakceptować".
JEAN VANIER, "Więź"

"Filozofowie powinni wzorować się na Vanierze. Dziełem jego życia nie jest ani książka, ani żadne idealizowanie, lecz wspólnota nazywana Arką".
ANDREW BROWN, "The Guardian

W 2015 roku Jean Vanier został uhonorowany Nagrodą Templetona.

Jean Vanier jest mi bardzo bliski. Spotykając go przed laty, spotkałem świętego. Jego życie jest absolutnie ewangeliczne i heroiczne. Polecam z całego serca tę książkę o wyjątkowym człowieku - ADAM WORONOWICZ

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 257

Rok wydania: 2015

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pokorna rewolucja

Październik 2006 roku, pokój w Domu Pielgrzyma w Łagiewnikach. Wraz z Łukaszem Tischnerem przyszliśmy przeprowadzić z Jeanem wywiad. Przyjmuje nas w łóżku. Od rana głosił konferencje, spotykał się z poszczególnymi grupami, jest zmęczony. Nie traktuje nas jednak zdawkowo, rozmowa jest długa. Już pierwsze pytanie: „Czym jest starość? Jak ją Pan przeżywa?” sprawia, że Jean ożywia się. „Jestem dziś na etapie, kiedy nie mam obowiązków, ale mogę mówić. Następnie wkroczę w etap, kiedy nie będę już mógł mówić – wykładać, udzielać wywiadów… Potem przyjdzie czas odchodzenia. Kiedyś powiedziałem, że mam nadzieję, iż moje odchodzenie potrwa długo i nie będzie zbyt gwałtowne. Bo jeśli umrę zbyt szybko, to w mojej wspólnocie szok może być zbyt wielki. Więc powinienem przejść długą, przewlekłą chorobę…”

Jean wielokrotnie odwiedzał Kraków. Któregoś razu wylądował na lotnisku w Balicach, skąd wraz z Piotrem Wierzchosławskim zabraliśmy go do Auschwitz. Takie było życzenie Jeana; program wizyty był tak napięty, że był to jedyny moment, kiedy można było tam pojechać. A bardzo chciał. Razem z księdzem Manfredem Deselaersem weszliśmy na teren obozu. Na dziedzińcu przy Bloku Śmierci Jean przysiadł na murku i modlił się w milczeniu. Nie była to jego pierwsza wizyta w tym miejscu. Przypomniałem sobie zdjęcie zrobione kilkanaście lat wcześniej: Jean w Birkenau w otoczeniu osób z niepełnosprawnością intelektualną. Jedną rękę położył na sercu, jakby dokonywał aktu ekspiacji, drugą ściska dłoń dziewczyny z zespołem Downa. Twarz Jeana, zazwyczaj uśmiechnięta, tu jest przepełniona smutkiem. I pierwsze skojarzenie: Janusz Korczak idący na śmierć razem ze swoimi wychowankami.

I trzecie wspomnienie, najwcześniejsze. Pierwsza albo druga konferencja Jeana, w której biorę udział. Opowiada o tym, jak po licznych podróżach wrócił do swojej wspólnoty w Trosly. Przyjaciele spytali go, co porabiał przez te kilka tygodni. „Byłem tu, byłem tam, miałem wykłady na uniwersytetach i konferencje w kościołach…” „O, biedaku”, słyszy w odpowiedzi, „a myśmy tu przez ten czas w karty grali”.

Jak poskładać te i inne obrazy w całość? Może w tym pomóc książka Anne-Sophie Constant. Jean Vanier jest nazywany wielkim świadkiem, przez niektórych nawet – prorokiem. Jaka jest jego profecja? O czym świadczy? O tym, że życie Ewangelią jest możliwe. Że możemy zbudować społeczeństwo, które – jak się kiedyś wyraził – „nie będzie oparte na strachu, lecz na powitaniu”. Żeby zrozumieć świadectwo Jeana, trzeba spojrzeć na nie z tych trzech perspektyw, o których mówią przywołane obrazy: z perspektywy jego osobistego doświadczenia, z perspektywy historii, zwłaszcza dwudziestowiecznej, i z perspektywy osób z niepełnosprawnością intelektualną, z którymi związał swoje życie. Dopiero spojrzenie z tych trzech punktów widzenia pozwala uchwycić, jak bardzo spójne jest to, co głosi Jean, i jak głęboko osadzone w jego własnym życiu i w dokonywanych wyborach.

Doświadczenie Jeana mówi – powtórzmy – że życie Ewangelią jest możliwe. Trzeba jednak zdecydować się na pewien rodzaj prostoty i szczerości – przede wszystkim w stosunku do samego siebie. Vanier często wraca do sceny, w której Jezus umywa nogi uczniom. Cała hierarchia zostaje wywrócona do góry nogami: Jezus robi coś, czego „normalnie się nie robi”. Jego rewolucja jest jednak pokorna. Vanier lubi też cytować Martina Luthera Kinga, który na pytanie, czy w naszych społeczeństwach zawsze będą grupy uważające się za lepsze, pogardzające innymi lub próbujące innych zmienić wedle własnych wyobrażeń, miał odpowiedzieć: „Tak, chyba że my wszyscy zaakceptujemy i przyjmiemy wszystko to, co jest w nas zranione, nasze lęki i ciemności, które są źródłem nienawiści”.

Historia XX wieku świadczy o niewiarygodnym wręcz postępie, gdy chodzi o uznanie godności osób niegdyś wykluczonych, w tym osób z niepełnosprawnością intelektualną. Zarazem jednak historia ta uświadamia nam, jak kruche i nietrwałe są zmiany, które nie opierają się na głębszym fundamencie. Na osoby, z którymi Jean zdecydował się związać swoje życie, patrzyło się i wciąż patrzy przede wszystkim jako na liczbę ujemną w ekonomicznym rachunku. Oto ci, którym trzeba wciąż „dawać”, którymi trzeba się „zająć”. Którzy niczego nie „tworzą”, nie „produkują”, są raczej „problemem” niż rozwiązaniem. Piszę te kolejne słowa w cudzysłowach, bo choć odzwierciedlają one dość rozpowszechniony sposób myślenia, wciąż wydają mi się straszne w swej kategoryczności. Słychać w nich echo nazistowskich haseł o „życiu niewartym życia”.

Jean od lat głosi coś przeciwnego: obecność między nami osób z niepełnosprawnością intelektualną to szansa, byśmy wszyscy stali się bardziej ludzcy. Stanie się tak jednak dopiero wtedy, kiedy przestaniemy widzieć te osoby jako „biedne dzieci”, a równocześnie – i to jest paradoks jego propozycji – kiedy zaakceptujemy „biedne dziecko” w sobie. To „biedne dziecko” w nas potrzebuje do życia przede wszystkim czułości, akceptacji, relacji opartych na bezinteresowności. Mężczyźni i kobiety beztrosko grający przy stole w karty, cieszący się własną obecnością, celebrujący chwile szczęścia – to obraz tego, za czym tęsknimy, podporządkowując nasze życie zupełnie innym wartościom. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną, mówi Jean, są źródłem życia, mogą być naszymi przewodnikami na drodze powrotu do tego, co podstawowe.

Czy Jean Vanier nosi w sobie jakąś tajemnicę? Jaka jest jego własna „rana”, którą musiał w sobie zaakceptować? Podczas jednego z publicznych spotkań w Krakowie ktoś zwrócił mu uwagę, że wybierając pomaganie innym, ludzie często kierują się jakimś swoim interesem, coś próbują sobie w ten sposób zrekompensować. Krótko mówiąc, intencje takich osób rzadko bywają czyste… „No cóż, odparł Jean. W swoim życiu szukałem najpierw poczucia siły. Ten rodzaj kontaktów, który wyznaczało wydawanie i wykonywanie rozkazów, był dla mnie łatwiejszy; nie musiałem się za bardzo angażować, wszystko było sformalizowane. Być może bałem się trochę relacji z kobietami. W każdym razie dopiero spotkawszy osoby z upośledzeniem, odkryłem świat więzi, którego wcześniej nie znałem”.

W tym miejscu zrobił pauzę, uśmiechnął się i dodał: „Nie wiem, czy moje intencje są czyste. I nie wiem, czy dobrze robię to, co robię. Ale jestem taki szczęśliwy…”

Kraków, 23 czerwca 2015 r.

Wojciech Bonowicz

Nie ma miłości poza tęsknotą

Kiedy ujrzę to, co mnie pochwyciło?

Pierre Emmanuel, Jakub

Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był.

List św. Jakuba 1, 23-24

Wstęp

Historia ta może wydawać się szalona i pod wieloma względami niewątpliwie taka jest. W każdym razie wykracza poza przyjęte normy. Jest sierpień roku 1964. Trzydziestosześcioletni Kanadyjczyk, były oficer marynarki, doktor filozofii w Instytucie Katolickim w Paryżu i przez krótki czas profesor etyki na uniwersytecie w Toronto, wprowadza się z dwoma mężczyznami z upośledzeniem umysłowym, wydobytymi z przytułku, do małego, pozbawionego wody i prądu domku, który dopiero co kupił w pewnym miasteczku w departamencie Oise i który nazwał Arką (l’Arche). Jaki miał projekt? Nie miał żadnego. Mówi, że miał tylko pewność, że powinien to zrobić. A także, że do głębi poruszył go bezgłośny krzyk mężczyzn, których spotkał zamkniętych w ponurym i pełnym przemocy miejscu.

Dołączył tu do swojego ojca duchowego, dominikanina i kapelana małego ośrodka psychiatrycznego, Val fleuri, gdzie trzydziestu dwóch upośledzonych umysłowo mężczyzn spaceruje w kółko za kratami i zamkniętymi drzwiami. Zresztą ojciec Thomas Philippe nie został zbyt dobrze przyjęty przez personel tej placówki, znajdując schronienie w dwóch marnych pokojach, nieopodal placu des Fêtes.

Mimo to wokół ojca Thomasa, podobnie jak wokół dziwnej trójki mieszkańców Arki, bardzo szybko zaczęła skupiać się grupa ludzi. Przychodzą z pomocą sąsiedzi, odwiedzają ich przyjaciele. Niewiarygodny splot zdarzeń połączył Arkę i Val fleuri. W niespełna kilka miesięcy po swoich narodzinach Arka staje się „zespołem ponad pięćdziesięciu osób powiązanym ze strukturami państwowymi, Kościołem i profesjonalistami”1. Pojawiają się cudzoziemcy, wolontariusze, pieniądze. Wkrótce są to już dwa, trzy, a nawet cztery domy, które przyjmują kolejnych chłopaków z ośrodków i zakładów. Tworzą się podstawy struktur i organizacji. Kolejne domy zostają kupione w sąsiednich wioskach. Zaczyna się przyjmować kobiety. Powstają warsztaty. Stodołę przerabia się na kościół. W Trosly w 1968 roku przyjęto siedemdziesiąt trzy osoby, w roku 1970 – sto dwanaście, a w 1972 – sto dwadzieścia sześć. Wspólnoty powstają na południu i północy Francji, w Kanadzie, Indiach, Anglii, na Haiti, w Afryce, Hondurasie, Australii – w bardzo różnych warunkach, społeczeństwach, kulturach i religiach. Bez ideologii, dogmatu, woluntaryzmu. Bez strategii podboju. Rzeczy dzieją się jakby same i wspólnoty rodzą się w sposób naturalny – co nie znaczy, że bez trudności czy perturbacji. Najczęściej jako ciąg dalszy rekolekcji lub konferencji, które Jean Vanier, nasz marynarz-filozof, głosi na całym świecie... Jego słowo porusza. Jego przykład jest zaraźliwy. Potrzeba nagli.

O ile historia narodzin Arki jest zdumiewająca, o tyle jeszcze bardziej zadziwiające są historia i osoba jej założyciela. Oto gorliwy katolik, który zakłada wspólnoty ekumeniczne i międzyreligijne, w których ateiści dobrze się czują. Marynarz, który osiada na lądzie, filozof, który wybiera życie z głuchymi i niemymi o ograniczonej inteligencji. Jak dziwna musiała być droga życia, która sprawiła, że ten młody, uzdolniony człowiek, urodzony w bogatej i wpływowej rodzinie (jego ojciec – generał Georges Vanier – był bohaterem wojny lat 1914-1918, od 1964 roku gubernatorem generalnym Kanady, a matka, Pauline, była kanclerzem uniwersytetu w Ottawie i „kobietą roku” w 1965), wybrał życie w ubóstwie z osobami poszkodowanymi przez los i tak często przeraźliwie wykluczonymi i upokorzonymi? On, który spotykał się z królem Anglii, tańczył z księżniczką Małgorzatą, spędzał wakacje u patriarchy Wenecji, jadał kolacje z uczonymi, politykami i filozofami, radził się w kwestii wyboru życiowej drogi samego Jana XXIII – uzyskując radę, z której zresztą nie skorzystał – i dwa razy opłynął kulę ziemską, dlaczego wtedy, w sierpniu 1964 roku, decyduje się spędzić życie z dwoma nieznajomymi mężczyznami, nie mając pojęcia ani o niepełnosprawności, ani o upośledzeniu umysłowym? Przez jakie życiowe zakręty i zawirowania musiał przejść, zanim 4 sierpnia, w dniu świętego Dominika – a datę tę wybrał, zanim jeszcze znalazł dom – rozpoczął to całkiem nowe życie, nieoparte na wcześniejszych wzorach lub przykładach, do którego nic w jego dotychczasowej historii i formacji go nie przygotowywało?

Historia Jeana Vaniera jest historią człowieka wolnego. Człowieka, który potrafił stać się sobą, wyzwolić z ograniczeń, opinii, uprzedzeń, przyzwyczajeń intelektualnych, religijnych czy moralnych swojego środowiska, swojej epoki, swojej „­doksy społecznej”2. Z tego wielkiego nurtu, w którym wszyscy ­jesteśmy zanurzeni – my aktorzy, współsprawcy i ofiary jednocześnie. Nurtu, który dyktuje nam, jak mamy się zachowywać, jak postępować, który wpływa na nasze wybory i z całą mocą pochłania nas i wciąga tak, że nigdy do końca nie zdajemy sobie sprawy, dokąd zmierzamy i czy zachowujemy się właściwie…. Umiał wydostać się z tego potoku i znaleźć czas na wsłuchanie się w swój wewnętrzny głos bardziej aniżeli w ogłuszające głosy świata. Chodzi o tę świadomość, o której święty Tomasz z Akwinu, w ślad za Arystotelesem, mówi nam, że „nie jest w pierwszym rzędzie rozróżnianiem dobra od zła, ale byciem pociąganym ku czemuś”. Przyciąganiem ku wolności, ku sprawiedliwości, ku światłu. Pomogły mu w tym niezwykła rodzina i zadziwiające spotkania. Doświadczył również porażek, wyrzeczeń, rozczarowań. Ale ufał sobie i ufał innym.

Odważył się – dla marynarza to bez wątpienia normalne – odrzucić cumy, wyrzec się zabezpieczeń i zanurzyć w nieznane. Zakładając Arkę, nie miał ani dokładnej mapy, ani określonego kierunku, ale miał busolę, tę samą co w chwili odejścia z marynarki: „Chce żyć z Jezusem”. Przywodzi to na myśl Krzysztofa Kolumba3 Claudela mówiącego: „Nie można się pomylić, gdy podąża się za słońcem!”. Albo bogatego młodzieńca z Ewangelii, na którego Jezus spojrzał z miłością i powiedział: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!”.

Jean Vanier odmienił życie wielu tysięcy osób z upośledzeniem umysłowym. Nie tylko tych, którzy opuściwszy zakłady opiekuńcze, ulicę, zakamarki swoich domów lub klatki, w których byli izolowani i zamykani, mogli odnaleźć we wspólnotach Arki godniejsze życie, ale także tych wszystkich, którzy wśród pielgrzymkowych tłumów i podczas zainicjowanych przez niego spotkań znaleźli przyjaciół. Razem z Wiarą i Światłem4 wyrwał też z przerażającej samotności tysiące rodziców. Odmienił również spojrzenie tysięcy ludzi na upośledzenie ich dziecka oraz na niepełnosprawność osób z upośledzeniem. W życiu Jeana Vaniera jest tysiące historii takich jak ta o starcu z Burkina Faso, który pod koniec jego konferencji wstał i powiedział: „Nikt jeszcze nigdy nie powiedział nam, że nasze dzieci są piękne”.

„Nikt nigdy nie powiedział nam, że nasze dzieci są piękne!” Tam, gdzie my widzimy jedynie porażkę, nieszczęście, niemożność, ograniczenia, słabość, brzydotę, cierpienie, Jean Vanier widzi także piękno. I potrafi sprawić, by dostrzegli je także ci, którym otworzył na nie oczy. W ten sposób przemienił życie tysięcy osób, które w ślad za nim, przez ostatnie pięćdziesiąt lat dokonały tego samego przedziwnego wyboru, by żyć z osobami z upośledzeniem umysłowym. Przez kilka miesięcy, kilka lat, przez całe życie.

Dzięki swoim życiowym wyborom, doświadczeniu, słowom i tekstom, swojej charyzmie Jean Vanier stał się jedną z wielkich postaci naszych czasów. Otrzymał wiele odznaczeń i nagród i ma już swoje miejsce w niebie i na niebie – ponieważ jedna z asteroid nosi jego imię! Wszystko, co zrobił dla osób z upośledzeniem umysłowym, sprawia, że jego działań na ich rzecz nie da się zakwestionować, ale błędem byłoby pomyśleć, że te działania, podobnie jak przesłanie, dotyczą wyłącznie tych osób. To, o czym nam mówi, naprawdę nie odnosi się przede wszystkim do niepełnosprawności lub miejsca osób z upośledzeniem, ale dotyczy każdego z nas i naszych społeczeństw. Mówi nam o kruchości i pięknie ludzkości, o drodze, na którą mogłaby się ona otworzyć – drodze ku jedności. To posłaniec pokoju. Człowiek pełen pokoju, człowiek wolny, który umiał, najpierw dla samego siebie, odnaleźć tę drogę, której nikt inny obrać nie mógł, a która wiodła go od szczęśliwego dzieciństwa – mimo że naznaczonego wojną – do małego miasteczka Trosly, z którym związał swój los, podobnie jak tylu innych.

Rozdział 1

Dziecko wojny

Wszystko zaczyna się niczym powieść o wojnie i miłości. Bohaterski mężczyzna, wspaniała kobieta, przegapione spotkanie. Jest coś romantycznego w osobowościach jego rodziców. Są piękni, bogaci, wykształceni, obyci, głęboko religijni, wrażliwi i otwarci na ideały. Pokochali się od pierwszego wejrzenia, ale o mały włos utraciliby siebie. Razem dostąpili wszystkich szczebli władzy aż do powierzenia mu stanowiska gubernatora generalnego Kanady, a jej – roli małżonki gubernatora, kanclerz Rideau Hill, bo tak właśnie będzie tytułowana.

Historia rozgrywa się na tle tragedii, tragedii wojny, co sprawi, że Jean Vanier chętnie będzie mówił o sobie jako o dziecku wojny. Jest to oczywiście aluzja do drugiej wojny światowej. Ale w rzeczywistości jest dzieckiem wojny z dwóch powodów. Całe jego wczesne dzieciństwo toczy się także w cieniu innej wojny, a mianowicie pierwszej wojny światowej z lat 1914-1918. To ona wprowadziła zmiany w życiu ojca Vaniera, miała decydujący wpływ na jego karierę i sprawiła, że spotkał swoją żonę. Ona także określiła postawę rodziny wobec przeciwności i nieszczęścia innych ludzi. Gdyż ta wojna, w którą zaangażuje się ojciec Jeana Vaniera, nie jest na początku „jego” wojną, czy też jest nią raczej tylko prawem rykoszetu, ponieważ Kanada, dominium Imperium Brytyjskiego, jest w nią zaangażowana zupełnie wbrew swojej woli. Pola bitewne są z dala od ­Montrealu i mógłby on uznać, że europejski dramat go nie dotyczy. Ale przecież jego dobrowolne wstąpienie do słynnego 22 batalionu, jedynego francuskojęzycznych Kanadyjczyków, który dzięki swojej brawurowej odwadze stanie się 22 Królewskim Pułkiem, ukształtuje całą jego dalszą historię i uczyni go bohaterem, którego będą podziwiać, wraz z tyloma innymi, jego dzieci, a wśród nich syn – Jean.

W 1998 roku, kiedy pismo „Maclean” sporządza listę najbardziej wpływowych Kanadyjczyków wszech czasów, Georges Vanier wymieniony jest na jej czele. „Człowiek odwagi i poświęcenia, zarówno podczas wojny, jak i podczas pokoju”, pisze magazyn, dodając, że był on „busolą moralną dla Kanady, człowiekiem niepodważalnej uczciwości i honoru. Jest pierwszym i najważniejszym bohaterem Kanady”. Piękno matki Vaniera, jej hojność, odwaga, gorliwa wiara i zaangażowanie na rzecz ubogich czynią z niej także wyjątkową osobowość, i Jean Vanier przyznaje, jak bardzo oboje rodzice byli narzędziami jego powołania.

A przecież to wszystko nie było wcale proste. Od samego początku w życie tego dziecka wpisane jest cierpienie jego rodziców i jego własne. Jest to życie dziecka dyplomaty, którego rodzice często są nieobecni, dziecka przerzucanego między Szwajcarią, Anglią, Francją i Kanadą. Otoczony dwiema albo trzema kulturami, dwoma językami, dwiema matkami – własną i ukochaną nianią Nanny – nie może zapuścić korzeni, nie może odnaleźć swojego miejsca na ziemi.

Od chwili osiedlenia się w Trosly Jean Vanier powie, że w końcu czuje się u siebie, znalazł swój dom, swoje miejsce. Ale co dziwniejsze, starzejąc się, łączy ten dom – to miejsce, gdzie może odkrywać w sobie dziecko – z błotem. „Miałem nareszcie stopy w błocie”, tak pisze w 2010 roku albo jeszcze w 2011: „Życie w Arce zmieniło mnie, znalazłem w końcu miejsce zaangażowania – zaangażowania, które dawało mi życie. Kłody pod nogi [w oryginale „Stopy w błocie” – P.W.], ciągłe trudności – Arka wzrastała”5. Wyrażenie to nie jest zwyczajne, ale równocześnie uderzające jest, że często powraca podczas konferencji lub w rozmaitych tekstach. Czym jest to błoto, w którym znajduje się życie? To błoto, w którym mieszają się krew i ziemia? Jak tu nie pomyśleć, biorąc pod uwagę rodzinną historię, o błocie rowów i pól bitewnych 1914-1918 roku, w które zaangażuje się i w którym okryje się chwałą jego ojciec, odnajdując tam swoje powołanie?

„Nie można ich pozostawić, aby umierali sami…”

Kiedy Jean François Antoine rodzi się 10 września 1928 roku w Genewie, jego ojciec, generał Georges Philias Vanier, jest wojskowym przedstawicielem Kanady w Lidze Narodów. Wszystko robił w odwrotnej kolejności: najpierw wojna, później Królewskie Kolegium Wojskowe Kanady, a w końcu zgromadzenie na rzecz pokoju.

Na początku nic nie zapowiadało tej drogi, którą otworzyła przed nim wojna. Wojna lat 1914-1918 była tyglem, w którym wykuwało się przeznaczenie tego młodego wykształconego adwokata, miłośnika sztuki i poezji, pasjonaty boksu i hokeja, który nigdy nie wykazał najmniejszego zainteresowania zawodem wojskowego. Mimo to, z chwilą wypowiedzenia wojny zaciągnął się jako jeden z pierwszych, bez wahania porzucając komfortowe życie przedstawiciela zamożnego mieszczaństwa w Montrealu. Zaskakująca reakcja! Nie jest ani oczywista, ani powszechna w roku 1914 wśród Kanadyjczyków, zwłaszcza Kanadyjczyków francuskojęzycznych. Nie będzie taką również kilka lat później, kiedy z braku wystarczającej liczby wolontariuszy zdolnych zapełnić pola bitewne Europy w 1917 roku zostanie przegłosowany obowiązkowy pobór: 96% spośród poborowych będzie ubiegać się o zwolnienie.

Co mogło skłonić tego młodego mężczyznę do zaciągnięcia się do wojska? Poczucie obowiązku, miłość do Francji i jej kultury, przywiązanie do ziemi przodków – Vanierowie opuścili Honfleur w XVII wieku – jak pisze autorka jego biografii Mary Frances Coady. Ale także, dodaje jego syn, umiłowanie wolności – „Francja była dla niego krajem demokracji i wolności”6 – poczucie sprawiedliwości i głębokie uczucie współczucia i braterstwa z doświadczonymi przez wojnę. W 1941 roku Georges Vanier, zostawszy dowódcą wojskowego obszaru Quebec, ledwie dwadzieścia dwa lata po „der des ders”7, na nowo podejmując próbę rekrutacji ochotników, przywoła wspomnienie, które szczególnie go poruszyło i które często będzie przywoływać w swoich przemówieniach. Wspomnienie o żołnierzu Deblois.

„Żołnierz Deblois, gruboskórny z wyglądu, mówił, był wrażliwy jak dziecko. Na widok rannego – gdziekolwiek by on był – rzucał mu się na ratunek. Któregoś dnia, gdy mu winszowałem, odpowiedział mi po prostu: «Majorze, nie można ich zostawić, by umierali całkiem sami»”8. Bez wątpienia podobnemu uczuciu, nawet jeśli niewyrażonemu tak zwyczajnie, posłuszny był – angażując się – ten młody mężczyzna. Ojciec Jeana jest człowiekiem głęboko religijnym. Wychowany przez jezuitów, rozważał w sobie możliwe powołanie do stanu duchownego, ale rozeznał, że nie jest to jego droga. Wojna daje mu okazję do służby zaangażowania się w coś, co go przekracza.

Po szkoleniu wojskowym młody, dwudziestosiedmioletni ochotnik dopłynął statkiem do Anglii, a ostatecznie zszedł na ląd w Hawrze i przybył 20 września 1915 roku do strefy szczególnie brutalnych walk w regionie Ypres. W księżycowym pejzażu kraterów i błota, deszczu i śniegu, lodowatego wiatru – a jesień i zima tego roku są wyjątkowo surowe – wystrzały artylerii i bombardowania spadają na żołnierzy, którzy całymi dniami kryją się w ciasnych wnętrznościach okopów, nim podejmą próby heroicznych i krwawych ataków. 2 stycznia 1916 roku to Georges Vanier dowodzi małym oddziałem ochotników, którzy czołgając się w nocy, zdołają przedrzeć się przez zasieki z drutów kolczastych nieprzyjaciela i wysadzić w powietrze stanowisko niemieckiego karabinu maszynowego, zraszającego krwią kanadyjskie pozycje.

Prasa w Montrealu relacjonuje ten wyczyn. Ale nic albo prawie nic na ten temat nie pojawia się w listach młodego porucznika. Wkrótce potem zostaje on mianowany kapitanem i jako pierwszy w pułku otrzyma „Military Cross tak pożądany”, jak pisze pułkownik Chaballe, jeden z jego towarzyszy walki, przyznawany wyłącznie za heroiczne czyny z bronią w ręku przeciwko nieprzyjacielowi. Jeśli w jego korespondencji pojawiają się opisy błota, szczurów, lodowatej wody, w której wszyscy brodzili, trudne do zniesienia oczekiwanie i nieustające bombardowania, mają one formę swobodną, niemalże humorystyczną, i służą temu, by upomnieć się o cieplejsze skarpetki albo ostudzić romantyczny zapał młodego kuzyna, który marzy o chwale i polach bitewnych. W tonie bardziej poważnym w jego korespondencji objawia się troska o innych. Zachęca młodszego brata Anthony’ego do studiów, cieszy się ślubem siostry Evy, żartuje z najmłodszą swoją siostrą – Frances i przede wszystkim uważa, aby nikogo nie martwić.

Ten skrupulatny i prawy człowiek odkrywa w czasie wojny swój naturalny autorytet i dar dowodzenia. A nawet więcej: szacunek dla każdego, ogromne wyczucie i takt, postawa służby – powodują, że jest przez wszystkich lubiany. W każdym razie to właśnie wyłania się z niezliczonych świadectw jego towarzyszy broni i podwładnych. Nie bierze on pod uwagę możliwości opuszczenia ani tych, za których walczy, ani tych, z którymi wspólnie walczy. Jako dowódca kampanii na pierwszej linii zostaje po raz pierwszy ranny w czerwcu 1916 roku na szpicy Saillant w Ypres. Leczony we francuskojęzycznej Flandrii, w opactwie Mont des Cats przeobrażonym w szpital polowy, po repatriacji do Anglii odmawia powrotu do Kanady i trzy miesiące później wraca na pole walki. Później będzie uczestniczył we wszystkich ważnych bitwach, w które zaangażowani byli Kanadyjczycy: pod Vimy Ridge, pod Passchendaele (przywoła je w jednym ze swoich przemówień z 1941 roku jako jedno ze swoich najokropniejszych wspomnień), pod Amiens. Są to zwycięstwa kanadyjskiego korpusu ekspedycyjnego, zwycięstwa w błocie, straszliwie krwawe, ale zwycięstwa. I w końcu Chérisy – straszliwa rzeźnia. Porażka. Ofiara.

Chérisy

28 sierpnia 1918 roku jest piękna pogoda, kiedy 22 Królewski Pułk rusza do natarcia z „najbardziej niebezpiecznego punktu, najbardziej niebezpiecznego sektora” linii Hindenburg, jak mówią historycy. Tego poranka jest ich siedmiuset, a następnego dnia wieczorem zostanie ich trzydziestu dziewięciu, ocalałych na polu spustoszenia i zagłady. Wszyscy oficerowie zostali zabici lub poważnie ranni. Georges Vanier, który przejął dowodzenie po śmierci Majora zabitego na samym początku natarcia, 28 sierpnia zostaje zraniony w prawy bok. W trybie pilnym w szpitalu w Boulogne poddaje się amputacji nogi, a następnie zostaje przewieziony do Londynu. 11 listopada 1918 roku nogę trzeba będzie amputować ponownie, ucinając kość udową nieco wyżej. Tego dnia, kiedy zabierają go na salę operacyjną, rozbrzmiewają dźwięki dział witające zawieszenie broni. Był bardzo ciężko ranny, miał uszkodzoną również lewą stronę ciała i będzie musiał czekać długie miesiące, nim stanie na nogi. Kule, drewniana noga, bóle w nieistniejącej nodze, proteza – Georges Vanier cierpi, ale nic z tego cierpienia nie przebija się do jego listów do rodziny poza pozytywnym przebiegiem rekonwalescencji. Zwleka trzy tygodnie z powiedzeniem matce o amputacji, nic nie wspominając przy tym o straszliwym krwotoku, przez który o mały włos nie zszedł z tego świata, i ukrywa przed nią ogrom swoich cierpień, których ślad zachowa się jedynie w jego dzienniku intymnym.

W dniu zawieszenia broni jest ponownie operowany. Nie powrócił do Kanady z pozostałymi przy życiu żołnierzami z okrytego sławą 22 Pułku i ominęło go świętowanie powrotu. Wrócił sam, bo chciał wrócić na własnych nogach... Gorzkie zwycięstwo. Wojna zapisała się w nim na trwałe: jest brakiem w jego ciele. Mimo to, z tego co wiadomo, nie ma w nim zgorzknienia czy urazy. Można nawet ośmielić się pomyśleć, że uczyni ze swej rany miejsce najbardziej intymnego spotkania z Bogiem. Jak Jakub u kresu nocy swojej walki nad brodem potoku Jabbok, utyka, zraniony przez Anioła. I wbrew wszelkim oczekiwaniom i ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, a zwłaszcza inspektora generalnego Sił Zbrojnych, młody człowiek, zdemobilizowany i uznany za niezdolnego do służby wojskowej, nie wraca już do swojego zawodu adwokata, lecz zwraca się z prośbą o możliwość pozostania zawodowym oficerem.

W swojej korespondencji opisuje pewną scenę z mieszaniną pruderii i skłonności do zabawnych historyjek, które charakteryzują całą jego rodzinę. Vanierowie pozbawieni są patosu, mają za to poczucie understatement i bardzo brytyjskie poczucie humoru: „Generał Currie zaczął się śmiać, sympatycznie, ale śmiał się. Mówi do mnie: «Stracił Pan nogę». Odpowiedziałem: «Tak, wiem, ale czy nie potrzebujecie w równym stopniu ludzi z głową, co ludzi z dwiema nogami?». […]. Odszedłem, nie żywiąc wielkiej nadziei. Śmialiśmy się obaj, wiedząc (przynajmniej takie było moje wrażenie), że ta sprawa była niemożliwa do załatwienia, ale trzy tygodnie później zostałem zastępcą dowódcy pułku”9.

W 1921 roku, po swoim ślubie z Pauline Archer, zastępca dowódcy 22 Pułku wstępuje do Królewskiego Kolegium Wojskowego Kanady w Kingston, gdzie młodzi małżonkowie spędzą swój wspólny pierwszy rok. Następnie dotrą do Ottawy, gdzie Georges uzyskał właśnie nominację na stanowisko adiutanta nowego gubernatora generalnego, lorda Bynga, pod którego rozkazami służył we Francji. Z kolei w styczniu 1922 roku wyjadą do Anglii, ponieważ błyskotliwy oficer został przyjęty do Staff College w Camberley, w Surrey, pięćdziesiąt kilometrów od Londynu. Strategia, dowodzenie, organizacja armii, geopolityka – dwa lata formacji na najwyższym poziomie – wyznaczyły kierunki jego dalszej kariery oficera, a wkrótce potem także dyplomaty.

Ojciec nie opowiada o sobie ani o wojnie. W jego spojrzeniu jest wielka łagodność i niedostrzegalny, bolesny dystans, pewna, bez wątpienia naturalna rezerwa, którą potęgowało jeszcze wspomnienie tylu zabitych i tylu okropności. Dzieci nie pytają, skąd wzięła się ta rana. Mimo to nie mogą jej ignorować. Widzą swojego ojca wspierającego się na lasce, wchodzącego po schodach, kolejno, stopień po stopniu. Słuchają zabawnych historyjek o jednonożnych, z których, jak się zdaje, uczynił on swoją specjalność. „Nigdy nie słyszeliśmy, aby narzekał […], pisze Jean Vanier w 1967 roku. Potrafił nawet śmiać się z przyczyny swoich trudności: ze straty nogi. Zamiast robić z tego coś dramatycznego, aby wzbudzić sympatię, lubił robić kawały na temat swojej dosztukowanej nogi. Kiedy byliśmy dziećmi, brał nas na kolana i dając nam szpilkę, mówił: «Zobaczysz teraz, jaki jestem stoicki i niewzruszony» i kazał, byśmy szpilką kłuli jego nogę. Kilka razy zdarzyło się także, że spacerując z nami, uderzał laską w nogę, mówiąc: «Widzicie, jaką mam twardą nogę?»”10.

Chérisy to nazwa, którą dzieci znają. To jedno z imion ich najstarszej siostry. Przy narodzinach Jeana jest już ich troje: Thérèse, urodzona w Anglii w 1923 roku, Georges i Bernard urodzeni w Kanadzie w 1925 i 1927 roku. Najmłodszy, Michel, urodzi się znowu w Kanadzie w roku 1941. Zaskakujące jest, jak rodzice nazwali swoje pierwsze dziecko: Thérèse Maria Chérisy, jak gdyby cierpienie, zranienie, rozdarcie i przerażenia wojny stawały się częścią ich przymierza i przekazanego życia. Coś bardzo głębokiego, ukrytego, jakaś niemalże religij­na tajemnica łączy w tym punkcie obydwoje małżonków. Od początku tajemnica cierpienia stanowi część ich historii. Georges podarował Pauline – w małej szklanej fiolce ze srebrnym korkiem – odrobinę błota zebranego z buta swojej amputowanej nogi. Ona chciała, aby ich ślub został ustalony na dzień przypadający w rocznicę jego zranienia, 28 sierpnia. Co roku w tym czasie aż do śmierci Georges’a będzie pisała do niego list, wspominając ten dzień pełen bólu i zapewniając go – tak jak w pierwszym liście – że jest bardzo dumna z bycia żoną mężczyzny, który „cierpiał, ale który może cierpieć z uśmiechem na ustach”11.

To prawda, że Chérisy, które jest w samym sercu ich historii, było także w pewien sposób u początku ich spotkania. W istocie to sam dowódca bitwy, brygadier-generał Thomas-Louis Tremblay, pod którego rozkazami Georges Vanier służył przez dwa i pół roku, przedstawia go Pauline Archer pewnego pięknego wrześniowego popołudnia, gdy pił herbatę w hotelu Ritz w Montrealu.

„Jest lepszą połówką drużyny”

Pauline Archer ma dwadzieścia jeden lat, kiedy w 1920 roku spotyka dziesięć lat starszego od niej Georges’a Vaniera. Jest bardzo szczupła, bardzo wysoka – ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, jest posągowej postury. Posłużyła zresztą za model rzeźbiarzowi Alfredowi Lalibertému w monumencie, na którym przedstawia postać cywilizacji, dedykowanym Jacques’owi Cartierowi. Pod koroną ciemnych włosów – bardzo błękitne oczy i promienny uśmiech.

Nie są dokładnie z tych samych światów. Ojciec Georges’a, Philias Vanier, jest self-made manem, „nowym bogaczem”. Zatrudniony u Irlandczyka – właściciela sklepu spożywczego, którego córkę poślubił – szybko rozwinął interes i dorobił się majątku, ale praktycznie nie ukończył żadnych studiów. Matka Pauline, Thérèse d’Irumberry de Salaberry, wywodzi korzenie rodziny od królów Nawarry i przekazuje tradycję, według której to sam Henryk IV nadał im dewizę: Force à superbe, mercy à faible (Siłę wspaniałemu, litość słabemu), będąc pod wrażeniem odwagi i miłosierdzia pewnego Salaberry’ego podczas bitwy pod Coutras w 1587 roku. Inny Salaberry, Charles-Michel jest z kolei bohaterem bitwy pod Châteaugay przeciw Stanom Zjednoczonym Ameryki w roku 1813 – ważnym zbrojnym wydarzeniu dla Kanady, będącej jeszcze wtedy jedynie kolonią angielską. Ojciec Pauline, Charles Archer, sędzia Sądu Najwyższego w Quebecu, studiował na prestiżowym uniwersytecie Laval, tak jak jego przyszły zięć, i korzystał z wielkiego majątku, którego jego przodkowie dorobili się na kopalniach i budownictwie.

Pauline jako jedynaczka miała dzieciństwo „wychuchane”, a mimo to samotne. Nie brakowało jej niczego z tego, co mogą dać bogactwo i status społeczny. Kiedy z powodów zdrowotnych zmuszona jest porzucić naukę w klasztorze i pobierać lekcje w domu, jej nauczycielem literatury jest profesor z Uniwersytetu McGill, a ksiądz, który przychodzi uczyć ją religii, zostanie w przyszłości biskupem. Jest wesoła, żywiołowa, w widoczny sposób pewna siebie, a mimo to wrażliwa i często popadająca w nastroje depresyjne. Jest w pełni dwujęzyczna, uczyła się włoskiego i hiszpańskiego, gra na pianinie i „potrafi się zachować”. Będzie cudowną panią domu i spełnioną żoną dyplomaty. A mimo to, z powodu tak wcześnie przerwanej nauki – ma zaledwie jedenaście lat, kiedy opuszcza klasztor – na zawsze zachowa pewien rodzaj kompleksu.

Ta troskliwie chroniona młodość – młoda dziewczyna wychodzi na ulice Montrealu jedynie w towarzystwie guwernantki, a matka czuwa nad jej lekturami – znajduje kontynuację w życiu towarzyskim, gdzie nasza debiutantka staje się królową balów, podwieczorków i wycieczek na wieś, którymi młodzi ludzie z dobrych domów wypełniają swoje dni i wieczory. W tym samym czasie inni młodzi ludzie, w błocie okopów, zupełnie inaczej spędzają swoje dni i wieczory. Pauline czyta w prasie o ich wyczynach, jak również listę poległych w walce, i nie może pozostać obojętna.

To dusza pełna pasji, ożywiana głęboką wiarą. Ona także zadawała sobie pytanie o możliwe powołanie zakonne i również z niego zrezygnowała. Ale, tak jak Georges, stara się służyć, odnaleźć swoje miejsce w świecie. Wojna uczyni jakiś wyłom w tej całkowicie zaplanowanej, jak się wydaje, egzystencji. Pauline zapisuje się do programu wspierania żołnierzy i jako wojenna matka chrzestna prowadzi korespondencję z dwoma oficerami belgijskimi, którym wysyła także paczki. Kiedy dowiaduje się, że Czerwony Krzyż poszukuje pielęgniarek, nie uprzedzając o niczym matki ani nie pytając jej o pozwolenie, udaje się do szpitala, aby pracować przy rannych żołnierzach, którzy wrócili do kraju. Również jako matka chrzestna dołącza do radosnego świętowania z okazji powrotu 22 Pułku Królewskiego i poznaje Thomasa Tremblaya, który przedstawi ją Georges’owi Vanierowi.

Georges, całkowicie oczarowany, już następnego dnia zaprosi ją na obiad. Rozmawiają o Francji, wojnie, topografii i bitwach. Ona niebawem wybiera się w długą podróż po Francji, którą już dobrze zna, a ojciec umieścił w planie objazd pól bitewnych. Pauline ma także spotkać się z jednym ze swoich synów chrzestnych, z którym wymiana listów stała się z czasem bardziej czuła. To arystokrata i także ranny bohater wojenny. Amputowano mu jedno ramię. Przed odjazdem Pauline daremnie wygląda bukietu, którego czuje się uprawniona oczekiwać i który został sumiennie przez Georges’a wysłany, ale omyłkowo dostarczono go na inny statek. Pauline odwiedza ważne miejsca walk Kanadyjczyków we Francji, objeżdża Włochy, spotyka się z kuzynami i kuzynkami, zaręcza się z przystojnym oficerem, zrywa zaręczyny i wraca do Kanady.

Za pośrednictwem innego towarzysza z pułku odnajduje Georges’a. On zaprasza ją do Quebecu. Po kilku dniach dziwnych zalotów, podczas których on opowiada jej więcej o filozofii i literaturze angielskiej niż o miłości, Pauline oznajmia mu, że musi wyjechać. W tej sytuacji Georges skacze na głęboką wodę i oświadcza się. Ona się zgadza. Zaręczają się i biorą ślub 29 września 1921 roku. Na rocznicową datę 28 sierpnia, którą Pauline początkowo wybrała, nic nie było gotowe. Thérèse de Salaberry, jej matka, zaniepokojona reakcją swojej córki, musiała uciec się do pomocy swojego przyszłego zięcia, by ta zaakceptowała zmianę daty! Ale ślub – wspaniały – jest szeroko komentowany w kronikach towarzyskich.

Małżeństwo darzy się pełnym pasji uczuciem. Znacznie później Pauline powie: „Moje życie było wypełnione i zostałam szczodrze obdarowana Bożymi darami. Poślubiłam Georges’a Vaniera i to jest największy z darów”12. To także małżeństwo, które podziela tę samą wiarę i tę samą koncepcję życia. Pod koniec wojny, dowiedziawszy się o sukcesach uniwersyteckich swoich dzieci, Pauline tak im napisze: „Co za rodzina! Nasz Pan był tak dobry dla nas wszystkich. Z pewnością poprosi was o wiele – was, którzy zostaliście tak hojnie przez niego wyposażeni… Powinniście zawsze pamiętać o tym, że macie dawać – wy, którzy tak wiele otrzymaliście”13.

Jeśli chodzi o Georges’a i Pauline, wybrali wspólną służbę. Ona towarzyszyła mu wszędzie, gotowa – wtedy gdy sytuacja mogła okazać się niebezpieczna, tak jak w Algierii w roku 1943 – pozostawić pod opieką matki najmłodszego Michela, jeszcze całkiem małego. Bardzo ładna, pociągająca, potrafi wokół siebie stworzyć atmosferę prostoty, która porusza ludzi i zachęca ich do zwierzeń. Zawsze bezgranicznie oddana rannym, uchodźcom, dzieciom, wykonywała wyjątkową pracę zaraz po wojnie we Francji, ale wkrótce potem także w Kanadzie, jako żona gubernatora oraz jako osoba prywatna. Jak napisał jej mąż w 1961 roku z wyjątkową delikatnością: „Nie tylko mnie wspiera, ale wyprzedza mnie w wypełnianiu wspólnych zadań i obowiązków, które na nas spadają. Jest lepszą połówką drużyny…”14.

Nanny Thompson

Pauline Vanier jest kochająca, ale w zamian za to znacznie bardziej zdystansowana w stosunku do dzieci. Jak to jest w zwyczaju tamtej epoki, w dobrych angielskich rodzinach są one wychowywane przez nianie, jak to się mówi po francusku. Żyją w żłobku, widując swoich rodziców przez krótką chwilę wieczorem, zanim ci nie wyjdą na rozmaite przyjęcia, które narzuca im życie ambasady w Londynie, gdzie Georges został mianowany w 1931 roku, i jedzą z nimi wspólny obiad wyłącznie w niedzielę. Nic nadzwyczajnego. Ale u Vanierów jest coś jeszcze: rodzaj strachu Pauline, że nie stanie na wysokości zadania. Lęk, który ją paraliżuje.

W małej, pełnej humoru książeczce babcia Jeana, Thérèse de Salaberry, opowie o tej swego rodzaju dyktaturze obciążającej matki – a tutaj raczej pełną czułości babcię, którą to wszystko trochę przerasta – o rygorystycznie profesjonalnej i uczonej umiejętności niań narzucających porządek, zasady wychowania, godziny zabawy i spacerów, kary i nagrody. Prawdą jest, że opisuje tu „smoka o kostycznych cnotach”, któremu w 1943 roku powierzeni zostali mały Michel i jego babcia. Niewiele miał on wspólnego – z pewnością poza kompetencjami – z nianią Jeana Isabel Thompson, tak kochaną przez całą rodzinę, która została zatrudniona przy narodzinach Thérèse i pozostanie z Vanierami aż do wyjazdu Jeana do internatu w 1937 roku. Jean zawdzięcza jej swój przydomek – „Jock”, gdyż dla Szkotki „Jean” było zbyt trudne do wymówienia. Ale przede wszystkim to ona go wychowała i o niej zawsze mówi z uśmiechem pełnym czułości, kiedy przywołuje swoje dzieciństwo. „Ona mnie wybawiła – mówi. Kochałem ją bardziej niż moją matkę”15.

Pauline Vanier, i tak już skłonna do niepokoju i przytłoczona rolą matki, po narodzinach czwartego dziecka pogrąży się w prawdziwej depresji. Wiadomo, że jest wrażliwa. Ciąża była trudna, Pauline musiała przez długi czas leżeć, nie doszła do siebie po pożarze ich domu na wsi, w którym wszyscy o mało nie zginęli… Czy było coś jeszcze? Nie bardzo wiadomo, ale pozostanie chora przez ponad trzy lata.

Kiedy Jean mówi o swojej matce – a mówi o niej niezbyt chętnie – opisuje ją jako kogoś zarazem ekspansywnego i skłonnego do depresji. Kogoś głęboko destabilizującego, kto nie daje poczucia bezpieczeństwa, kogoś, kto szybko przechodzi od zmęczenia i przygnębienia do radości. Swoją czułość wyrażała w sposób przytłaczający. Długo pozostawał tym najmłodszym, ostatnim, a ona przez trzy lata była nieobecna, przynajmniej psychicznie. W stosunku do niego okazuje się zaborcza, tak jakby miała trudność ze znalezieniem właściwego dystansu. Czy to nie o niej i o sobie mówi Jean, gdy pisze o zranieniach dzieciństwa: „Inni mieli matkę popadającą w depresję albo zaborczą, która wykazywała nieustanną skłonność, aby nie pozwolić im dorosnąć, aby pozostali zawsze «mali», przywiązani do niej”16? Pauline Vanier potrzebuje zapewnień, że się ją kocha i że zasługuje na tę miłość. Zresztą jest to ciekawe, ponieważ, jak mówi jej syn, duchowo miała wielką siłę, była kobietą o godnej podziwu wierze: była pewna miłości Boga do niej i do innych.

W londyńskim domu życie płynie spokojnie, choć kryzys roku 1929 nadwyrężył rodzinny majątek. Georges Vanier z pewnością nie pomyślał o odpowiednim zainwestowaniu pieniędzy i małżonkowie doświadczyli pewnych finansowych trudności, które zmuszają ich do zwrócenia się o pomoc do lorda Bynga, a także do przeprowadzki. Tak naprawdę jednak nic się nie zmienia: dom jest mniejszy, ale nianie ciągle są z nimi. Kiedy ojciec wraca, daje się słyszeć delikatne pogwizdywanie oznajmiające jego obecność. Dzieci schodzą, żeby się z nim przywitać. Matka dba o odmawianie porannych i wieczornych modlitw, a w niedzielę cała rodzina idzie do kościoła.

Jean jest dzieckiem miłym w obyciu, z pewnością wybuchowym, ale zdyscyplinowanym. Dobry chłopak bez szczególnych zalet ani spektakularnych talentów, jak sam o sobie mówi. Podobnie jak jego bracia uczy się w małej prywatnej szkole, położonej w dzielnicy, i jak oni uczęszczać będzie do jezuickiego kolegium St. John. Jest jednak bardziej wrażliwy, skłonny do przeziębień, fizycznie mniej odporny, często chory, a w kwestii nauki mniej pilny. Chodzi z głową w chmurach, a nawet jest nieco pobudliwy, uczy się z łatwością, niemniej nie jest szczególnie błyskotliwy. Jest blisko ze swoim bratem Bernardem, zaledwie rok od niego starszym. Wspólnie tworzą front przeciwko starszym, tak poważnym, władczym, że odrobinę wzbudzającym strach. Jak mówi Bernard: „Oni są silniejsi, to prawda, ale są osobno… podczas kiedy my jesteśmy we dwójkę!”.

I tu także zdaje się, że droga została już wyznaczona, a historia napisana. Jednak wojna zmieni wszystko.

„Pamiętam te krzyki…”

Georges Vanier zostaje mianowany ambasadorem17 Kanady we Francji w styczniu 1939 roku. Dzieci zostały w Anglii, aby zakończyć rok szkolny. Rodzina spotyka się w czasie wakacji w Varengeville, na wybrzeżu normandzkim, podobnie jak w poprzednim roku. Jean zachowuje w pamięci wspomnienie szczęśliwych wakacji. Jest piękna pogoda. Ojciec gra w tenisa, dzieci chodzą na plażę. W hotelu de la Terasse posiłki są przepyszne i każdy dostaje swój ulubiony ser – dla Jeana le pont-l’évêque, o czym sumiennie pamięta szef kuchni. Jean zachowuje też w pamięci moment wypowiedzenia wojny. Przez roszady sojuszy i wpływów supermocarstw wojna rozprzestrzenia się na cały świat. 3 września o godzinie 11.00 Wielka Brytania wypowiada Niemcom wojnę, o godzinie 17.00 czynią to Francja, Australia, Nowa Zelandia. 10 września, w dniu urodzin Jeana – który kończy jedenaście lat – przychodzi kolej na deklarację Kanady.

Pod nieobecność Georges’a, który wraca do pracy w Paryżu, rodzina – ze strachu przed bombardowaniem i w poczuciu niepewności, co się wydarzy – zatrzymuje się w zamku Baillou, w departamencie Sarthe, u markiza de Courtavel. Atmosfera jest dziwna. Markiz jest w żałobie. Dzieci muszą mówić szeptem i chodzić na paluszkach. Wszystko zdaje się sprawiać wrażenie oczekiwania na coś, co nie wybucha. Jeszcze nie. To jest dziwna wojna. Thérèse, która skończyła szkołę średnią, zostaje w zam­ku z Jeanem, cały czas chorującym, podczas gdy ich dwoje braci kontynuuje naukę w kolegium jezuickim w Saint-Calais. Samochód przyjeżdża po nich rano i odwozi wieczorem. Dla Jeana życie w zamku jest ponure bez towarzysza zabaw – Bernarda. Również ambasador krąży pomiędzy Paryżem i Baillou i czasami towarzyszy mu Pauline.

„Prawdziwa wojna” dla tej części Europy zaczyna się w maju 1940 roku – najazdem na Belgię, a także na Francję, której drogi prędko zatykają się tłumem uchodźców. Między 15 maja a 10 czerwca sześć milionów osób ucieknie przed walkami. Wśród nich – Jean i jego rodzina. Opuszczają Paryż, do którego dotarli w kwietniu, ściśnięci w siódemkę w samochodzie ambasady. Georges został, ale matka Pauline, Thérèse de Salaberry, która mieszka z nimi od czasu śmierci męża w 1934 roku, także dołącza do podróżujących. Droga jest ciężka. Benzyna trudno dostępna. Samochód wtłoczony w monstrualny korek posuwa się naprzód – o ile w ogóle się posuwa – tempem spacerowym, zderzak w zderzak, jak opisze później swoją własną ucieczkę do Tours Georges Vanier. Mijają tysiące samochodów porzuconych na poboczach drogi i ludzi idących pieszo, ciągnących wozy z dobytkiem, pchających wózki dziecięce, idących razem ze zwierzętami ze swoich gospodarstw. Alarmy przeciwlotnicze zmuszają ich do jazdy nocą bez świateł, co dodatkowo wzmaga niepokój. Jednakże dziecko zapamięta nie własny strach, o ile go odczuwało, ale strach innych ludzi, „strach tych setek tysięcy osób zalęknionych, uciekających przez ciemiężcą”18. Jadą do Chitenay, miasteczka położonego piętnaście kilometrów od Alois, gdzie przyjmuje ich kuzynka.

Pod naporem nacierających oddziałów niemieckich 14 lipca rząd francuski i ambasadorowie wyjeżdżają z Tours i wycofują się do Bordeaux. Tą samą drogą podążają Vanierowie. Odnajdują Georges’a w departamencie Gironde, w Margaux. Później docierają w końcu do Cantenac, małego miasteczka nieopodal portu Verdon-sur-Mer, gdzie razem ze zgrupowanym personelem poselstwa kanadyjskiego oczekują na okręt. Mer Cantenacu umieszcza ich w prowizorycznym obozowisku. Na podłodze rozłożono materace i pościel, lepsze to niż nic. Ostatecznie 17 czerwca rodzina wsiada na pokład angielskiego niszczyciela, który przetransportuje ją, wraz z innymi brytyjskimi i kanadyjskimi uchodźcami, na pokład innego statku towarowego załadowanego mięsem z Argentyny, który zawrócono z drogi ku Anglii, aby zabrał uchodźców.

Podróż jest koszmarem. Nawet nie dlatego, że brakuje im wody i jedzenia – nie można naruszać załadunku – ani dlatego, że są ściśnięci w szóstkę w mikroskopijnej kabinie.… Jean z babcią śpią na waleta i „ona ma moje skarpetki w dziurkach od nosa”, mówi. To jest raczej zabawne. A nawet nie dlatego, że podróż do Anglii będzie trwać w nieskończoność. Statek, lawirujący pomiędzy minami i próbujący umknąć niemieckim statkom podwodnym, zatacza olbrzymie koło i ponad cztery dni zabiera mu dotarcie do Milford Haven w Walii. To wszystko – pomimo niepokoju, jaki wzbudzała niewidzialna obecność wroga, oraz głuche odgłosy bomb rozchodzące się u ujścia Zatoki Biskajskiej – to wszystko jest przygodą. Ekscytującą przygodą dla małego chłopca. Nie. Podróż jest koszmarem, ponieważ wpisuje się w nią inny koszmarny obraz.

Tym, co Jean zachował w pamięci i co uczyniło z przygody moment bardzo bolesny, jest spotkanie z ogromnym promem wypełnionym setkami krzyczących ludzi. Chcieli, by ich zabrano. Kapitan odmawia. „Było nas już za dużo. Ilu? Dwieście, trzysta, być może pięćset osób, na statku towarowym Nariva, który nie był do tego odpowiednio przygotowany, na którym brakowało wody, jedzenia. Pamiętam ich krzyki, gdy zobaczyli, że statek ich mija. Odpłynęliśmy. I to było straszne... Potem zaprzyjaźniliśmy się z jednym z oficerów i od niego dowiedzieliśmy się, że – z tego, co wiem – po przypłynięciu do portu kapitan popełnił samobójstwo”19.

Rodzina Vanierów dociera do Londynu po ostatnim etapie przebytym pociągiem. Georges dołącza do nich 24 czerwca. Miał iście akrobatyczną podróż – trzy razy na wzburzonym morzu zmieniał statek – ale była szybka: zajęła mu jedynie czternaście godzin! Wreszcie z początkiem lipca dzieci i ich babcia wsiadają na pokład Stefana Batorego, polskiego statku pasażerskiego, który płynął do Kanady. Pauline nie chciała opuszczać męża. Podróż na statku pasażerskim, mimo że komfortowa, upływa w niepokoju. Niemieckie okręty podwodne krążą po Atlantyku. Pewnego dnia będąc w jadalni, gdzie pasażerowie słuchają radia, dzieci dowiadują się z niemieckiej propagandy, nadawanej po angielsku, z ust niejakiego Lorda Haw Haw o autentycznym brytyjskim akcencie, że ich statek właśnie zatonął.

W Londynie Georges Vanier, zszokowany rozejmem i stanowiskiem rządu w Vichy, walczy o uznanie przez Aliantów roli generała de Gaulle’a i wolnych Francuzów. Pauline, zaangażowana w działania Czerwonego Krzyża, będzie odwiedzać w szpitalu rannych francuskich żołnierzy. W listach opowiada dzieciom, które przyjęła ciotka Frances, co dzieje się w bombardowanym Londynie. Ani ona, ani jej mąż nie mają ochoty wracać, uważając, że ich miejsce jest w ogarniętej wojną Europie. Ale rząd kanadyjski mianuje Georges’a Vaniera członkiem Stałej Wspólnej Komisji Obrony Stanów Zjednoczonych i Kanady i ostatecznie docierają do Montrealu w październiku 1940 roku.

Rodzina – znowu połączona – przenosi się do nowego mieszkania. Dzieci idą do szkoły, do Loyola College, do którego uczęszczał ich ojciec. Życie wraca do swego rytmu. Trudno odgadnąć, co dzieje się w głowie małego chłopca, który przeżył cały ten rok, błąkając się, wiedzącego, co przeżywają ci, którzy tam zostali. Dzieci są bezpieczne, ale nie umknęły wojnie. „To oczywiste, mówi dzisiaj Jean, że mówiło się o wojnie. Mówiliśmy o heroizmie i często o bohaterach”. Tym bardziej, że jego ojciec był przewodniczącym cywilnej komisji poboru wojskowego dla obszaru Montrealu, a od września 1941 roku dowódcą wojskowego obszaru Quebec. Georges w swoich przemówieniach przypomina o długim rodowodzie kanadyjskich bohaterów, o uniwersalnym i religijnym charakterze tej wojny: „To nie jest zwyczajna wojna pomiędzy narodami, to wojna, w której siły materii i zła powstały przeciwko siłom ducha”20 i głosi imperatyw powinności pospieszenia na ratunek ofiarom. „W Europie, mówił, tysiące dusz w potrzebie wołają do Nieba. To są wydziedziczeni, uciśnieni, umęczeni przez Hitlera. Przyzywają naszej pomocy. Jak Deblois wołam: «Nie można pozwolić im umierać w samotności»”. Jakim echem może się ten apel odbić w świadomości małego dziecka, które ma jeszcze uszy pełne krzyków ludzi, pozostawionych swojemu losowi, od których odpłynął ich statek? Czy jakieś echa tego wydarzenia możemy odnaleźć w motywie – tak często przytaczanym później w dziele Jeana Vaniera – „krzyku” ubogich?

Wybór Dartmouth

Dom, codzienna msza, zabawy. Czas płynie. Dziecko wrażliwe i łatwo zapadające na choroby staje się mocniejsze. A potem nadchodzi dzień, kiedy Jean kończy trzynaście lat. I ten, który dziś opisuje siebie – wydaje się to z pewnością możliwe, choć chwilami trudne do uwierzenia – jako chłopca raczej przeciętnego, miernego zarówno w szkole, jak i w sporcie, bez ukształto­wanej osobowości i pragnień, ma zaskakujący pomysł. Jest to jego pierwsze naprawdę osobiste pragnienie. Pragnienie wstąpienia do marynarki i dołączenia do szkoły wojskowej w Anglii: Królewskiej Szkoły Marynarki Wojennej w Dartmouth.

Być może w rzeczywistości ten pomysł nie ma w sobie nic zaskakującego. Jest rok 1942. Rodzina do głębi przesiąknięta jest heroizmem i przekonaniem, że w obliczu cierpień świata nie można pozostać tylko widzem. Prześladują go jeszcze obrazy uchodźców z promu. Jego siostra Thérèse, która w wieku dziewiętnastu lat wstąpiła do Armii Kanadyjskiej w poprzednim roku, w kwietniu dotrze do Londynu. Wujek Philippe, jak nazywa go Georges Vanier w swoich listach do dzieci, inaczej mówiąc generał Leclerc21, walczy w Afryce. Élisabeth de Miribel, która pracowała z generałem de Gaulle’em w Londynie i działa na rzecz wolnych Francuzów w Kanadzie, zostaje przyjacielem rodziny. Na ulicach Montrealu Jean z pewnością przechodził obok pomników przodka Salaberry’ego – z mieczem w dłoni i spojrzeniem zdobywcy. Jego własny ojciec jest bohaterem i Jean chętnie przyznaje, że bez wątpienia pragnął zwrócić na siebie uwagę bohatera i podążać jego śladem. Można jeszcze wyobrazić sobie, co sam sugeruje, że chciał odróżnić się od swoich braci, tak bystrych w szkole, albo uciec od matki, której symbiotyczną miłość była trochę przytłaczająca. Jego brat Bernard, przyjaciel i powiernik, zawsze uważał, że to pewien film o kadetach marynarki wzbudził w nim to dziwne powołanie.

Wszystko to jest możliwe i bez wątpienia prawdopodobne, ale nie wyjaśnia wszystkiego. Być może nawet – wiele nie tłumaczy. Ponieważ najbardziej zadziwiająca jest nie sama idea, sam pomysł, ale przede wszystkim zdziwienie Jeana Vaniera – dające się odczuć zawsze wtedy, kiedy o tym mówi – siła tej idei, jej brzemienne skutki, władczy charakter i ta absolutna pewność, że właśnie to powinien zrobić. „Nie rozumiem, skąd miałem taką pewność, mówi. Po raz pierwszy miałem pragnienie, które pochodziło ode mnie, które było «ze mnie», a to pragnienie… popychało mnie do opuszczenia rodziny, wstąpienia do szkoły wojskowej, protestanckiej… Co takiego popycha ludzi? Co mnie popychało? Od lat zadaję sobie to pytanie. Myślę, że ostatecznie niesie nas nasze osobiste sumienie, ono nas prowadzi. Mogę powiedzieć, że byłem prowadzony”22.

Jeszcze bardziej zdumiewająca jest postawa jego ojca. Młody, zdeterminowany chłopiec zasięgnął informacji, zebrał dokumenty wymagane do wstąpienia do Dartmouth i złożył pisemną prośbę do ojca, by wyznaczył mu spotkanie w jego biurze Generalnego Dowódcy wojskowego regionu Quebec. Jest w jego działaniach jakaś powaga. Jego ojciec dziwi się. Wysłuchuje go. Próbuje go zniechęcić. Przemawia do rozsądku, próbuje mu pokazać niebezpieczeństwa tego przedsięwzięcia. Jean ma trzynaście lat. W Europie jest wojna. Na Atlantyku co piąty statek jest zatapiany. Jest Kanadyjczykiem, katolikiem. Będzie sam. Rodzina będzie daleko. Jeśli marynarka wojenna go pociąga, może wstąpić, gdy będzie miał siedemnaście lat, do szkoły morskiej w Vancouver. Nie ma pośpiechu. Potem ojciec pyta go, czemu chce zaangażować się w taki sposób. Jean mówi, że już nie pamięta, co mu odpowiedział, ale nigdy nie zapomniał odpowiedzi swojego ojca. Ten nie tylko się zgadza, ale dodaje: „Ufam ci. Jeśli uważasz, że powinieneś to zrobić, zrób to”.

Jean Vanier przywoływał tę scenę setki razy. Niedający się zrozumieć charakter ojcowskiej decyzji z perspektywy wielu lat ciągle go uderza, podobnie jak fundamentalne znaczenie tej pozornie irracjonalnej ojcowskiej aprobaty dla jego życiowej drogi. „Tak łatwo byłoby odmówić, powiedzieć: nie. Pogodziłbym się z tym, zrozumiałbym, nie buntowałbym się. Ale coś by we mnie pękło. Byłbym głęboko zraniony. Jego zaufanie do mnie dało mi zaufanie do moich własnych intuicji. Po raz drugi dał mi życie”23.

Co skłoniło ojca, by powiedzieć „tak”, by podjąć takie niewiarygodne ryzyko? Z pewnością było coś w postawie jego syna. Coś, co ukazało mu się nagle, czego z pewnością do tej pory nie dostrzegał. Być może między ojcem a synem dokonało się zdarzenie porównywalne do tego, które miało miejsce pomiędzy Jezusem a bogatym młodzieńcem w przełomowym momencie ich dialogu, kiedy Ewangelia przynosi to zadziwiające zdanie: „spojrzał na niego i pokochał go”. Zadziwiające zdanie, ponieważ Jezus rozmawia już od dłuższej chwili z tym człowiekiem, który podbiegł do niego, by zapytać jak otrzymać życie wieczne. Przypomniał mu nawet przykazania, można rzec, normalną drogę. Co zatem zobaczył nagle w tym człowieku, że zaprosił go do obrania drogi bardziej wyjątkowej, do zostawienia wszystkiego, do pójścia za Nim?

Co zatem mógł zobaczyć Georges Vanier w swoim synu, iż zrozumiał, że nie powinien go zatrzymywać? W tym, co powiedział zapłakanej żonie, gdy oznajmiał jej nowinę, można było usłyszeć na pewno rodzaj intuicji wobec powołania : „Wiesz, nie powinniśmy podcinać skrzydeł temu dziecku. Nie wiemy, kim może zostać później”. Wpisał on także w swoją chrześcijańską wiarę pewność, że istnienie nie jest nam dane dla nas samych, że powinno ono odnaleźć swój sens w misji powierzonej każdemu przez samego Boga i Jemu samemu powinniśmy zdać z niej sprawę. Wybory życiowe są sprawą pomiędzy Bogiem a każdym człowiekiem, w którą inni, w tym także rodzice, nie powinni interweniować. O tym wychowaniu do wolności, a najpierw o samym wyborze wolności, Jean będzie potrafił pamiętać także w odniesieniu do innych.

Nauka odmienności

Georges Vanier towarzyszy Jeanowi w drodze pociągiem aż do Halifaksu, gdzie dziecko rozpocznie podróż wraz z konwojem złożonym z około dwudziestu okrętów eskortowanych przez niszczyciele. Jean jest zupełnie sam, na pokładzie nie ma oczywiście nikogo w jego wieku i nie został specjalnie powierzony niczyjej opiece. Ma osobną kabinę, ale posiłki je z oficerami. Dla rozrywki notuje w swoim dzienniku liczbę min podwodnych zrzucanych przez okręty mające ich chronić. Pamięta jeszcze głuche odgłosy eksplozji w głębi wody i wytryski piany morskiej. Jakby odwrócone sztuczne ognie, sygnalizujące podstępną i niewidzialną obecność wrogich okrętów podwodnych, które krążą gdzieś poniżej, w głębokiej wodzie.

Ciągle sam, przypływa do Liverpoolu, wsiada do pociągu i przyjeżdża do Londynu. Tam ma wyjść po niego jego siostra. Tymczasem na dworcu nie ma nikogo! Telegram zapowiadający jego przyjazd musiał zaginąć gdzieś na Atlantyku. Taksówką udaje się pod adres rodziny, u której mieszka Thérèse, jadąc przez miasto zniszczone bombardowaniami. Nikt nie odpowiada, kiedy dzwoni do drzwi. Wyczerpany kładzie się na wycieraczce i… zasypia. Pójdzie też sam zamówić mundur u krawca i wsiada do pociągu, żeby dotrzeć do Dartmouth, na samym południu Anglii, gdzie znajduje się szkoła.

Jest koniec maja 1942 roku. Jest spóźniony, semestr zaczął się w kwietniu. „Wszyscy są tu przede mną, opowiada. A ja przyjeżdżam w cywilnym ubraniu, w kapeluszu. Więc jestem tu trochę dziwaczny… Ale jestem tu. Robię to, co miałem zrobić”. I dodaje: „To, co uderza mnie dzisiaj, to że nie ani przez moment nie odczuwam nostalgii. Ani jednej łzy, żalu, przynajmniej w moich wspomnieniach. Jestem umieszczony w swego rodzaju mechanizmie, robię to, co mam do zrobienia”24.