Jan Kochanowski z Czarnolasu - L. Tatomir - ebook

Jan Kochanowski z Czarnolasu ebook

Lucjan Tatomir

0,0
3,00 zł

lub
Opis

Opowiadanie pióra Lucjana Tatomira (1836-1901) o życiu i dziełach najwybitniejszego poety polskiego i jednego z najwybitniejszych europejskiego renesansu Jana Kochanowskiego (1530-1584) nadwornego poety Stefana Batorego, sekretarz królewskiego i wojskiego sandomierskiego w latach 1579–1584.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 28




 

Lucjan Tatomir

 

Jan Kochanowski z Czarnolasu

OPOWIADANIE

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Józef Buchbinder (1839–1909), Jan Kochanowski (1884),

licencjapublic domain, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Jan_Kochanowski.png

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

 

Tekst wg edycji:

Lucjan Tatomir

Jan Kochanowski z Czarnolasu

opowiadanie

Wyd. Księgarnia Teodora Paprockiego

Warszawa 1883

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-934-8

 

 

Jan Kochanowski z Czarnolasu

 

W starym lecz pięknie odrestaurowanym kościele, wznoszącym się we wsi położonéj na lewym brzegu Wisły, przy drodze prowadzącéj z Solca do Tarłowa, właśnie niedzielne nabożeństwo ukończyło się i włościanie miejscowi z wójtem na czele, podążyli do gospody będącéj we wsi a utrzymywanéj wzorowo przez niemłodego, zacnego i sumiennego człowieka. W gospodzie téj, od lat już wielu dzierżawiący ją Mateusz Powała, idąc za radą miejscowego księdza proboszcza, utrzymywał także i sklep z towarami najpotrzebniejszemi dla gospodarzy. Było więc tam żelazo, stal, siekiery, kosy, części składowe pługów, radła, sierpy, piły i pilniki, daléj sól, słonina, sadło, wędliny, cukier, herbata, różne płócienka, perkaliki, tasiemki, igły, szpilki, nici, guziki, skóra na podeszwy, buty, pasy i t. d. Oprócz tego wszystkiego zacny Mateusz miewał i różne książki, Zorzę, Gazetę świąteczną, które pragnącym dowiedzieć się czegoś nowego chętnie dawał do przeczytania.

 Zwykle w niedziele i święta po skończoném nabożeństwie, a w dnie powszednie zimą we czwartki, latem zaś w sobotę wieczorem, poważni gospodarze i dojrzała młodzież z wójtem na czele zgromadzali się u Mateusza w izbie gościnnéj przyległéj do sklepu, w któréj od czasu jak Mateusz osiadł nie widziano jeszcze pijanego człowieka. Zgromadzający się zasiadłszy po za stołami utrzymanemi czysto i oddychając powietrzem nieprzesyconém szkodliwemi wyziewami wódki, gawędzili bądź o gospodarstwie i potrzebach gminnych, bądź téż przysłuchiwali się uważnie temu co jeden z młodszych gospodarzy, a czasem i sam wójt czytali z gazet leżących zawsze na stole. W czasie tego pożytecznego zajęcia ten lub ów popijał bądź herbatę, bądź téż, a zwłaszcza starsi wiekiem, grzane piwo nadzwyczaj smaczne i czysto przyrządzone przez żonę Mateusza, która pobrzękując kluczykami krzątała się między zgromadzonymi.

 Otóż i dnia tego, w którym zaczynamy nasze opowiadanie, również po nabożeństwie zgromadzono się u Mateusza, a to tém liczniéj, że tenże dnia poprzedniego powrócił z Radomia, dokąd jeździł za zakupem różnych towarów potrzebnych do jego sklepu. Zwykle po takiéj wycieczce Mateusz miał wiele do opowiadania zgromadzonym o tém wszystkiém co widział i słyszał.

 — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! rzekł wójt wchodząc do izby gdzie już kilku gospodarzy z Mateuszem zajętych było pogawędką.

 — Na wieki wieków, Amen! odparli obecni witając uprzejmie wójta i przybyłych z nim sąsiadów.

 — A cóż tam słychać u was, Mateuszu? zapytał wójt siadając na ławie będącéj obok jednego ze stołów, przyjechaliście pono wczoraj wieczór z Radomia, musieliście więc przywieść z sobą niemało różnych ciekawych wiadomości, radzi bylibyśmy co od was usłyszeć. A może téż przywieźliście z sobą jakie nowe książki, to użyczcie ich nam abyśmy się mogli z nich coś nowego dowiedzieć!

 — E! książek nie przywiozłem ja z sobą, odparł zagadnięty, bo obiecał mi nasz ksiądz proboszcz, który jedzie jutro do Warszawy w interesie naszego kościoła, że sam w księgarni wybierze książki dla nas i przywiezie je z sobą; mam ja jednak do opowiedzenia i przeczytania wam coś bardzo ciekawego, a jeżeli wasza wola to posłuchajcie!

 — Ależ prosimy was o to! rzekł Józef Brona, najstarszy gospodarz ze wsi.

 — Otóż więc, mówił daléj Mateusz, wracając z