Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi - Dale Carnegie - ebook

Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi ebook

Dale Carnegie

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj sekret ludzkich relacji, który zmieni Twoje życie!

Ta książka to światowy bestseller, który od dziesięcioleci pomaga milionom ludzi zdobywać sympatię, budować autorytet i skutecznie wpływać na innych – bez manipulacji, bez presji, z pełnym szacunkiem.

To potężne, sprawdzone w praktyce zasady komunikacji, które działają w biznesie, sprzedaży, przywództwie i życiu prywatnym. Nauczysz się, jak zjednywać sobie ludzi od pierwszego spotkania, jak przekonywać z klasą oraz jak zamieniać konflikty w współpracę.

Jeśli chcesz, by inni słuchali Cię z uwagą, ufali Twoim decyzjom i chętnie podążali za Twoimi pomysłami – ta książka stanie się Twoim przewodnikiem.

Ponadczasowy klasyk sukcesu.

Jedna książka, która może zmienić wszystkie Twoje relacje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 301

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny How to Win Friends and Influ­ence People

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Iza­bela Sur­dy­kow­ska-Jurek Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa: Joanna Kłos Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redak­tor tech­niczny: Witold Kuśmier­czyk

Copy­ri­ght © for this edi­tion and trans­ation by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riata@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@bel­lona.pl, www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32, www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18933-1

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Książkę tę dedy­kuję czło­wie­kowi,który nie musi jej czy­tać –mojemu dro­giemu przy­ja­cie­lowiHome­rowi Croy­owi

O autorze

Dale Car­ne­gie – ame­ry­kań­ski pisarz, wykła­dowca oraz autor sław­nych kur­sów samo­do­sko­na­le­nia, sprze­daży, szko­leń fir­mo­wych, wygła­sza­nia mów publicz­nych i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych – był dru­gim synem ubo­giego far­mera Jamesa Wil­liama Car­ne­giego i jego żony Amandy Eli­za­beth Har­bi­son. Przy­szedł na świat w 1888 roku w miej­sco­wo­ści Mary­ville w sta­nie Mis­so­uri. Choć wsta­wał co noc o czwar­tej, aby wydoić krowy, ukoń­czył State Teacher’s Col­lege w War­rens­burgu. Po stu­diach zajął się sprze­dażą kur­sów kore­spon­den­cyj­nych, a następ­nie bekonu, mydła oraz smalcu, które pro­du­ko­wała firma Armour & Com­pany.

W 1911 roku Car­ne­gie zre­zy­gno­wał z pracy sprze­dawcy po odło­że­niu pię­ciu­set dola­rów, zamie­rza­jąc zaan­ga­żo­wać się w ruch Chau­tau­qua, lecz zamiast zostać wykła­dowcą, zapi­sał się na Ame­ri­can Aca­demy of Dra­ma­tic Arts. Nie odniósł jed­nak suk­cesu na sce­nie i wró­cił bez oszczęd­no­ści do Nowego Jorku. Miesz­ka­jąc w budynku nale­żą­cym do YMCA, wpadł na pomysł popro­wa­dze­nia wykła­dów z nauki publicz­nych prze­mó­wień. W trak­cie pierw­szych zajęć omó­wił przed cza­sem cały przy­go­to­wany mate­riał i popro­sił uczest­ni­czące w nich osoby, aby opo­wie­działy o tym, co je dener­wuje. Oka­zało się, że roz­ma­wia­jąc na ten temat, odczu­wały one znacz­nie mniej­szy lęk przed publicz­nymi wystą­pie­niami. Dzięki tej wie­dzy posze­rzył w 1912 roku zakres zagad­nień oma­wia­nych na kur­sie, a zale­d­wie dwa lata póź­niej zara­biał pięć­set dola­rów tygo­dniowo, speł­nia­jąc pra­gnie­nia wielu Ame­ry­ka­nów pra­gną­cych roz­wi­jać wła­sne umie­jęt­no­ści. W 1916 roku stać go już było na wyna­ję­cie Car­ne­gie Hall i wygło­sze­nie w wypeł­nio­nej po brzegi ope­rze wykładu.

Swoją wie­dzę Dale Car­ne­gie zawarł w książce Jak prze­ma­wiać publicz­nie. Prak­tyczny kurs dla ludzi biz­nesu (wyda­nej w 1926 roku), lecz zmie­nił kilka lat póź­niej jej tytuł na Jak prze­ma­wiać publicz­nie i wpły­wać na ludzi biz­nesu (wyda­nie z 1932 roku). Opu­bli­ko­wana w 1936 roku przez wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter książka Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi stała się best­sel­le­rem, a zara­zem naj­le­piej sprze­da­jącą się pozy­cją w całym dorobku autora. Zawarł w niej prak­tyczne porady poma­ga­jące wieść udane życie zawo­dowe i oso­bi­ste. Do dziś korzy­stają z niej osoby korzy­stające z usług Dale Car­ne­gie Tra­ining. Książka składa się z czte­rech czę­ści:

Część 1: Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi.

Część 2: Sześć spo­so­bów na to, aby inni nas lubili.

Część 3: Jak prze­ko­nać innych ludzi do naszych pomy­słów i spo­sobu myśle­nia.

Część 4: Bądź lide­rem: jak zmie­niać ludzi, nie obra­ża­jąc ich i nie wzbu­dza­jąc w ich nie­chęci.

Do czasu śmierci autora prze­tłu­ma­czono ją na trzy­dzie­ści jeden języ­ków i sprze­dano w pię­ciu milio­nach egzem­pla­rzy.

W cza­sie I wojny świa­to­wej Dale Car­ne­gie słu­żył w ame­ry­kań­skiej armii. W 1931 roku roz­wiódł się z pierw­szą żoną, a w 1944 roku oże­nił ponow­nie, z Doro­thy Price Van­der­pool. Zmarł w 1955 roku we wła­snym domu, prze­żyw­szy sześć­dzie­siąt sześć lat. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w mie­ście Bel­ton w sta­nie Mis­so­uri.

Wstęp

Pierw­sze wyda­nie Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi uka­zało się w roku 1937. Jego nakład liczył zale­d­wie pięć tysięcy sztuk. Autor Dale Car­ne­gie i wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter zakła­dali skromne zyski ze sprze­daży. Ku ich ogrom­nemu zdzi­wie­niu książka w mgnie­niu oka stała się hitem, a kolejne dodruki z tru­dem zaspo­ka­jały rosnące zapo­trze­bo­wa­nie. Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi prze­szło do histo­rii jako jeden z naj­więk­szych świa­to­wych best­sel­le­rów. Dotknęło czu­łego miej­sca i zaspo­ko­iło potrzebę, która nie wyni­kała jedy­nie ze skut­ków wiel­kiego kry­zysu, czego dowo­dzą nie­zbi­cie kolejne wyda­nia uka­zu­jące się ponad pół wieku po pierw­szym.

Dale Car­ne­gie zwykł mówić, że łatwiej zaro­bić milion dola­rów, niż traf­nie ująć myśl w jed­nym zda­niu. Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi samo w sobie stało się takim zda­niem – cyto­wa­nym, para­fra­zo­wa­nym, paro­dio­wa­nym i wyko­rzy­sty­wa­nym w roz­licz­nych kon­tek­stach w komik­sach i powie­ściach. Książkę prze­tłu­ma­czono na pra­wie wszyst­kie uży­wane dziś języki. Odkry­wały ją na nowo kolejne poko­le­nia, znaj­du­jąc w niej zna­czące dla nich tre­ści.

Tak oto docho­dzimy do nasu­wa­ją­cego się logicz­nie pyta­nia – po co wpro­wa­dzać korekty i poprawki do tek­stu, który stale prze­ma­wia do czy­tel­ni­ków? Po co maj­stro­wać przy czymś, co odnio­sło suk­ces?

Na począ­tek należy wszyst­kim uświa­do­mić, że Dale Car­ne­gie za życia sam wie­lo­krot­nie i nie­zmor­do­wa­nie reda­go­wał swoje prace. Książka Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi zro­dziła się jako pod­ręcz­nik uży­wany na kur­sach do nauki efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia i nawią­zy­wa­nia rela­cji i do dziś jest w ten spo­sób uży­wana. Aż do śmierci w 1955 roku Dale nano­sił poprawki i kory­go­wał tre­ści pre­zen­to­wane w ramach kursu tak, by lepiej odpo­wia­dały potrze­bom rosną­cej grupy odbior­ców. Był nie­do­ści­gniony w dostrze­ga­niu zmie­nia­ją­cych się nur­tów współ­cze­snego życia. Nie­ustan­nie dopra­co­wy­wał wła­sne metody prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy – kil­ku­krot­nie aktu­ali­zo­wał swoją książkę na temat efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia. Gdyby żył dłu­żej, wła­sno­ręcz­nie popra­wiłby tekst Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi, aby lepiej odzwier­cie­dlał on zmiany, jakie zaszły na świe­cie od chwili jej powsta­nia w latach trzy­dzie­stych XX wieku.

Sporo zamiesz­czo­nych w książce nazwisk nale­żą­cych do osób ówcze­śnie dobrze zna­nych dziś mówi współ­cze­snym czy­tel­ni­kom bar­dzo nie­wiele. Nie­które przy­kłady i frazy spra­wiają w kon­tek­ście obec­nych nastro­jów spo­łecz­nych wra­że­nie rów­nie sta­ro­świec­kich co histo­rie opi­sane w wik­to­riań­skiej powie­ści. A to osła­bia siłę prze­kazu i samą treść książki.

Z tego powodu zde­cy­do­wa­li­śmy się ją prze­re­da­go­wać, by stała się bar­dziej przy­stępna i zro­zu­miała dla współ­cze­snych czy­tel­ni­ków, nie inge­ru­jąc w jej zawar­tość. Jedyne „zmiany”, jakie wpro­wa­dzi­li­śmy do Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi, pole­gały na usu­nię­ciu kilku zdań i doda­niu odno­szą­cych się do dzi­siej­szych cza­sów przy­kła­dów. Zacho­wa­li­śmy zuchwały i pełen werwy styl pisa­nia – nie tknę­li­śmy nawet slan­go­wych okre­śleń, któ­rych uży­wano w latach trzy­dzie­stych. Dale Car­ne­gie pisał tak, jak mówił – z entu­zja­zmem, posłu­gu­jąc się kolo­kwia­li­zmami niczym gawę­dziarz.

Z tego też powodu głos Dale’a stale roz­brzmiewa w jego książ­kach i pra­cach. Tysiące osób z całego świata uczest­ni­czą rok­rocz­nie w opra­co­wa­nych przez niego kur­sach. Kolejne tysiące czy­tają Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi i czer­pią z niego inspi­ra­cje do wpro­wa­dze­nia zmian we wła­snym życiu. To wła­śnie im ofe­ru­jemy nowe wyda­nie książki, dopra­co­wu­jąc i doszli­fo­wu­jąc bar­dzo sprawne narzę­dzie, jakie ona nie­wąt­pli­wie sta­nowi.

Jak powstała niniejsza książka – a także z jakiego powodu

Dale Car­ne­gie

Przez pierw­sze trzy­dzie­ści pięć lat XX wieku ame­ry­kań­skie wydaw­nic­twa opu­bli­ko­wały łącz­nie ponad dwie­ście tysięcy róż­nych ksią­żek. Więk­szość z nich była strasz­li­wie nudna, a wiele oka­zało się finan­so­wymi poraż­kami. Czy uży­łem słowa „wiele”? Szef jed­nego z naj­więk­szych domów wydaw­ni­czych na świe­cie zwie­rzył mi się, że aż sie­dem z ośmiu wyda­wa­nych przez jego firmę tytu­łów notuje straty.

Skąd wzięła się w takim razie moja śmia­łość do napi­sa­nia kolej­nej książki? I dla­czego powin­ni­ście w ogóle po nią się­gać?

To bar­dzo dobre pyta­nia. Posta­ram się odpo­wie­dzieć na oba.

Od 1912 roku opra­co­wuję i pro­wa­dzę kursy zawo­dowe dla miesz­kań­ców Nowego Jorku. Począt­kowo zaj­mo­wa­łem się wyłącz­nie nauką wygła­sza­nia prze­mó­wień publicz­nych. Dzięki moim kur­som ludzie dowia­dy­wali się, jak szybko reago­wać i podej­mo­wać decy­zje oraz kla­row­nie, sku­tecz­nie i swo­bod­nie wyra­żać wła­sne myśli w roz­mo­wach biz­ne­so­wych, a także zwra­ca­jąc się do więk­szych grup słu­cha­czy.

Z cza­sem, wraz z upły­wem kolej­nych pór roku, zda­łem sobie sprawę, że kur­sanci oprócz nauki efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia potrze­bo­wali rów­nież wie­dzy na temat tego, jak doga­dy­wać się z innymi ludźmi na co dzień – w kon­tak­tach zawo­do­wych i towa­rzy­skich.

Rów­nie stop­niowo uświa­da­mia­łem sobie, że i mnie przy­da­łoby się takie szko­le­nie. Kiedy dziś spo­glą­dam wstecz, poraża mnie wła­sny brak fine­zji i zro­zu­mie­nia. Jakże żałuję, że podobna książka nie tra­fiła do moich rąk dwa­dzie­ścia lat temu! Byłaby z pew­no­ścią dro­go­cen­nym skar­bem.

Obcho­dze­nie się z ludźmi to naj­praw­do­po­dob­niej naj­więk­szy pro­blem, z jakim mie­rzy­cie się w codzien­nym życiu – a w szcze­gól­no­ści na polu zawo­do­wym. Prze­pro­wa­dzone kilka lat temu pod auspi­cjami Fun­da­cji Car­ne­giego dla Roz­woju Nauki bada­nie wyka­zało bar­dzo istotną rzecz, którą potwier­dziły następ­nie kolejne prace wyko­nane przez Insty­tut Tech­no­lo­gii Car­ne­giego. Oka­zuje się, że nawet na tak spe­cja­li­stycz­nym polu zawo­do­wym jak inży­nie­ria posia­dana wie­dza deter­mi­nuje suk­ces w zale­d­wie 15 pro­cen­tach, a w aż 85 pro­cen­tach zależy on od umie­jęt­nego posłu­gi­wa­nia się inży­nie­rią spo­łeczną, czyli od oso­bo­wo­ści i zdol­no­ści prze­wo­dze­nia.

Przez wiele lat pro­wa­dzi­łem kursy dla Fila­del­fij­skiego Klubu Inży­nie­rów i nowo­jor­skiego wydziału Ame­ry­kań­skiego Insty­tutu Inży­nie­rów Elek­try­ków. Uczest­ni­czyło w nich łącz­nie mniej wię­cej tysiąc pię­ciu­set słu­cha­czy. Zgła­szali się na nie, gdyż po latach pracy, obser­wa­cji i gro­ma­dze­nia doświad­czeń zda­wali sobie w końcu sprawę, że naj­le­piej płatne sta­no­wi­ska zaj­mo­wały w ich fir­mach osoby, które nie­ko­niecz­nie były świet­nymi inży­nie­rami. Wykwa­li­fi­ko­wany pra­cow­nik z wie­dzą na temat inży­nie­rii, księ­go­wo­ści lub archi­tek­tury może liczyć na nomi­nalną stawkę. Lecz jeśli taka osoba dodat­kowo umie wyra­żać wła­sne pomy­sły, nie waha się przej­mo­wać przy­wódz­twa i potrafi roz­bu­dzać entu­zjazm u innych, to z pew­no­ścią zarobi znacz­nie wię­cej.

W naj­lep­szym okre­sie swo­jego zawo­do­wego życia John D. Roc­ke­fel­ler stwier­dził, że „umie­jęt­ność obcho­dze­nia się z ludźmi jest towa­rem takim samym jak cukier czy kawa. I jestem gotów zapła­cić za pozy­ska­nie tej umie­jęt­no­ści wię­cej niż jakiej­kol­wiek innej”.

Czy nie uwa­ża­cie, że wszyst­kie szkoły i uczel­nie w kraju powinny pro­wa­dzić kursy roz­wi­ja­jące tę naj­cen­niej­szą na całym świe­cie umie­jęt­ność? Jeśli tak się dzieje, to musia­łem ów fakt prze­ga­pić, zanim zasia­dłem do pisa­nia.

Uni­wer­sy­tet Chi­ca­gow­ski i orga­ni­za­cja YMCA zor­ga­ni­zo­wały ankietę, aby usta­lić, czego naj­chęt­niej chcia­łyby się uczyć doro­słe osoby.

Przy­go­to­wa­nie bada­nia zajęło dwa lata, a kosz­to­wało ono dwa­dzie­ścia pięć tysięcy dola­rów. Prze­pro­wa­dzono je w Meri­den w sta­nie Con­nec­ti­cut, uzna­jąc je za typowe ame­ry­kań­skie mia­sto. Wszyst­kim doro­słym miesz­kań­com i miesz­kan­kom Meri­den zadano sto pięć­dzie­siąt sześć pytań, takich jak: Czym się pan zaj­muje zawo­dowo? Jakie ma pan wykształ­ce­nie? Jak spę­dza pan czas wolny? Ile pan zara­bia? Jakie ma pan hobby? Jakie są pana ambi­cje? Z jakimi mie­rzy się pan pro­ble­mami? Jaką wie­dzę chciałby pan zdo­być? Bada­nie wyka­zało, że ludzie naj­chęt­niej inte­re­so­wali się zdro­wiem oraz innymi ludźmi – chcieli wie­dzieć, jak się z nimi doga­dy­wać, jak spra­wić, by ich lubili, i jak prze­ko­ny­wać ich do wła­snych pomy­słów.

Orga­ni­za­to­rzy bada­nia posta­no­wili przy­go­to­wać wła­śnie taki kurs dla miesz­kań­ców i miesz­ka­nek Meri­den. Roz­po­częli sumienne poszu­ki­wa­nia pod­ręcz­ni­ków zaj­mu­ją­cych się tym zagad­nie­niem, lecz nie zna­leźli żad­nego. W końcu zwró­cili się do jed­nego z auto­ry­te­tów w dzie­dzi­nie edu­ka­cji i zapy­tali, czy może im pole­cić sto­sowną książkę. „Nie – odparł. – Rozu­miem potrzeby tych ludzi, ale taka książka ni­gdy nie powstała”.

Wiem z doświad­cze­nia, że podana odpo­wiedź była praw­dziwa, gdyż latami sam szu­ka­łem prak­tycz­nego i sku­tecz­nego pod­ręcz­nika na temat rela­cji mię­dzy­ludz­kich.

A skoro takowy nie ist­niał, posta­no­wi­łem napi­sać wła­sny i wyko­rzy­stać go w trak­cie orga­ni­zo­wa­nych kur­sów. Macie go przed sobą. Mam nadzieję, że się wam spodoba.

Przy­go­to­wu­jąc się do jego stwo­rze­nia, prze­czy­ta­łem wszyst­kie tek­sty, jakie zdo­ła­łem zna­leźć na inte­re­su­jący mnie temat – od felie­to­nów w gaze­tach i arty­ku­łów w cza­so­pi­smach, przez akta sądowe, po dzieła daw­nych filo­zo­fów i współ­cze­snych psy­cho­lo­gów. Dodat­kowo zatrud­ni­łem bada­cza, który następne pół­tora roku życia spę­dził w biblio­te­kach, czy­ta­jąc tek­sty, które prze­ga­pi­łem, od uczo­nych wywo­dów po setki arty­ku­łów i bio­gra­fii sław­nych osób, aby pomóc w usta­le­niu, jak dawni przy­wódcy radzili sobie w kon­tak­tach z innymi. Prze­czy­ta­li­ście zapewne nie­jedną z nich. Wszy­scy lubimy czy­tać opo­wie­ści z życia Juliu­sza Cezara czy Tho­masa Edi­sona. My prze­czy­ta­li­śmy ponad sto bio­gra­fii The­odore’a Roose­velta. Byli­śmy gotowi poświę­cić mnó­stwo czasu i pie­nię­dzy, aby poznać każdy prak­tyczny spo­sób, jakiego użyto kie­dyś do zdo­by­wa­nia przy­ja­ciół i zjed­ny­wa­nia sobie ludzi.

Oso­bi­ście prze­py­ta­łem wiele osób, które odnio­sły suk­cesy – nie­które z nich cie­szyły się nawet świa­tową sławą, jak wyna­lazcy Mar­coni i Edi­son, poli­tycy Fran­klin D. Roose­velt i James Far­ley, przed­się­biorca Owen D. Young, gwiazdy fil­mowe Clark Gable i Mary Pick­ford, podróż­nik Mar­tin John­son – aby poznać sto­so­wane przez nie w kon­tak­tach z innymi tech­niki.

Korzy­sta­jąc ze zgro­ma­dzo­nego mate­riału, przy­go­to­wa­łem krótką prze­mowę i zaty­tu­ło­wa­łem ją „Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi”. Była ona jed­nak krótka tylko począt­kowo, bo szybko roz­ro­sła się do wykładu trwa­ją­cego pół­to­rej godziny. Przez lata wygła­sza­łem go na kur­sach orga­ni­zo­wa­nych przez nowo­jor­ski Insty­tut Car­ne­giego.

Wygła­sza­łem i zachę­ca­łem słu­cha­czy, by testo­wali zdo­by­waną wie­dzę w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym, a potem dzie­lili się swo­imi doświad­cze­niami z pozo­sta­łymi oso­bami uczest­ni­czą­cymi w kur­sie, a także tym, co zdo­łali osią­gnąć. Jakże inte­re­su­jące było to zada­nie! Pomysł uczest­ni­cze­nia w nowego rodzaju bada­niach zafa­scy­no­wał osoby łak­nące samo­do­sko­na­le­nia. Wspól­nie stwo­rzy­li­śmy pierw­sze i jedyne na świe­cie labo­ra­to­rium bada­jące ludz­kie rela­cje.

Ta książka nie powstała jak inne. Rosła niczym dziecko. Zro­dziła się i roz­wi­nęła w labo­ra­to­rium, dzięki doświad­cze­niom tysięcy doro­słych osób.

Lata temu roz­po­czę­li­śmy od listy zasad spi­sa­nych na kartce papieru nie więk­szej od pocz­tówki. W następ­nym seme­strze musie­li­śmy sko­rzy­stać z więk­szej kartki, potem z bro­szury, a następ­nie z kilku stale się roz­ra­sta­ją­cych bro­szur. Po pięt­na­stu latach zbie­ra­nia doświad­czeń i eks­pe­ry­men­to­wa­nia powstała z nich niniej­sza książka.

Reguły, które nakre­śli­li­śmy, nie wzięły się z teo­rii ani zga­dy­wa­nek. Dzia­łają jed­nak zna­ko­mi­cie. Choć może to zabrzmieć dziw­nie, na wła­sne oczy widzia­łem, jak odmie­niają ludz­kie życie.

Sko­rzy­stajmy z przy­kładu. Na kurs zapi­sał się męż­czy­zna nad­zo­ru­jący pracę trzy­stu czter­na­stu osób. Przez lata otwar­cie i bez umiaru je kry­ty­ko­wał. Z jego ust nie padały ni­gdy słowa uprzej­mo­ści, uzna­nia ani zachęty. Po zapo­zna­niu się z mate­ria­łami zawar­tymi w tej książce dra­stycz­nie zmie­nił życiową filo­zo­fię. Jego pra­cow­nicy są teraz lojalni i z entu­zja­zmem ze sobą współ­pra­cują. Trzy­stu czter­na­stu wro­gów zmie­nił w trzy­stu czter­na­stu przy­ja­ciół. Jak z dumą oznaj­mił, prze­ma­wia­jąc w trak­cie kursu: „Kiedy prze­cho­dzi­łem kory­ta­rzami firmy, nikt się ze mną nie witał. Pra­cow­nicy odwra­cali wzrok na mój widok. Teraz wszy­scy są moimi przy­ja­ciółmi i nawet stróż zwraca się do mnie po imie­niu”.

Czło­wiek ten zara­biał teraz wię­cej, miał wię­cej czasu dla sie­bie i – co ma nie­skoń­cze­nie więk­szą war­tość – był znacz­nie szczę­śliw­szy w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym.

Wielu sprze­daw­ców zwięk­szyło swoje zyski, sto­su­jąc wspo­mniane reguły. Wielu zyskało nowych klien­tów, choć wcze­śniej sły­szało od nich odmowy. Kie­row­nicy uzy­skali więk­sze upraw­nie­nia i pod­wyżki. Jeden z nich przy­znał, że stało się tak, gdyż zasto­so­wał w pracy poznane reguły. Dru­giego, zatrud­nio­nego w Fila­del­fij­skim Przed­się­bior­stwie Gazow­ni­czym, cze­kała degra­da­cja z powodu kłó­tli­wego cha­rak­teru i nie­udol­nego kie­ro­wa­nia zespo­łem. Dzięki szko­le­niom ów sześć­dzie­się­cio­pię­cio­la­tek otrzy­mał awans i więk­sze wyna­gro­dze­nie.

Na przy­ję­ciach orga­ni­zo­wa­nych po zakoń­cze­niu kur­sów wie­lo­krot­nie sły­sza­łem od mężów i żon, że w domach zago­ściło wię­cej szczę­ścia, odkąd ich dru­gie połówki zaczęły uczęsz­czać na wykłady.

Ludzie czę­sto są zadzi­wieni osią­ga­nymi przez sie­bie rezul­ta­tami. Wydają im się cza­ro­dziej­ską sztuczką. Zda­rzało się, że dzwo­nili do mnie w nie­dzielę, gdyż chcieli się nimi pochwa­lić natych­miast i nie mogli cze­kać kolej­nych dwóch dni na kolejną sesję wykła­dów.

Pewien kur­sant dys­ku­to­wał na temat reguł z innymi uczest­ni­kami przez cały wie­czór. Gdy pozo­stali roze­szli się do domów o trze­ciej w nocy, on ani myślał o śnie – tak bar­dzo pora­ziła go świa­do­mość popeł­nio­nych wcze­śniej błę­dów i per­spek­tywa otwie­ra­ją­cego się przed nim nowego świata. Nie zdo­łał zmru­żyć oka także następ­nego dnia i następ­nej nocy.

Kim był? Naiwną i słabo wykształ­coną osobą zawie­rza­jącą z miej­sca każ­dej nowej teo­rii? Wręcz prze­ciw­nie. Był oby­tym w świe­cie han­dla­rzem dzieł sztuki, lwem salo­no­wym wła­da­ją­cym bie­gle trzema języ­kami i absol­wen­tem dwóch euro­pej­skich uni­wer­sy­te­tów.

Pisząc ten roz­dział, otrzy­ma­łem list od pew­nego nie­miec­kiego ary­sto­kraty, któ­rego przod­ko­wie od poko­leń słu­żyli w armiach Hohen­zol­ler­nów. Napi­sał go na pokła­dzie trans­atlan­tyc­kiego parowca, przed­sta­wia­jąc zasto­so­wa­nie pozna­nych na kur­sie zasad z reli­gij­nym nie­malże zapa­łem.

Inny czło­wiek – wie­kowy i zamożny Nowo­jor­czyk, absol­went Harvardu i wła­ści­ciel dużej fabryki dywa­nów – oznaj­mił, że przez czter­na­ście tygo­dni trwa­nia kursu dowie­dział się o wywie­ra­niu wpływu na ludzi wię­cej niż przez cztery lata spę­dzone na uczelni. Czy powie­dział nie­do­rzecz­ność? Coś śmiesz­nego? Nie­wy­obra­żal­nego? Macie prawo zare­ago­wać na moje słowa dowol­nym przy­miot­ni­kiem, gdyż przy­ta­czam jedy­nie – bez komen­ta­rza – opi­nię kon­ser­wa­tyw­nego i odno­szą­cego suk­cesy absol­wenta Harvardu, którą usły­szało pra­wie sześć­set osób zgro­ma­dzo­nych w czwart­kowy wie­czór, 23 lutego 1933 roku, w nowo­jor­skim Yale Club.

Sławny harvardzki pro­fe­sor Wil­liam James stwier­dził: „W zesta­wie­niu z tym, kim powin­ni­śmy być, jeste­śmy zale­d­wie pół­przy­tomni. Robimy uży­tek tylko z małej czę­ści fizycz­nych i psy­chicz­nych zaso­bów. Stwier­dza­jąc ogól­nie, czło­wiek żyje w gra­ni­cach wła­snych ogra­ni­czeń. Dys­po­nuje roz­licz­nymi zdol­no­ściami, z któ­rych noto­rycz­nie nie korzy­sta”.

Zdol­no­ści, z któ­rych „noto­rycz­nie nie korzy­sta­cie”! Jedy­nym celem powsta­nia tej książki było udzie­le­nie wam pomocy w odna­le­zie­niu, udo­sko­na­le­niu, a następ­nie czer­pa­niu zysków z nie­wy­ko­rzy­sta­nych i uśpio­nych talen­tów.

Były rek­tor Uni­wer­sy­tetu Prin­ce­ton dr John G. Hib­ben powie­dział: „Edu­ka­cja to zdol­ność spro­sta­nia życio­wym sytu­acjom”.

Jeśli po prze­czy­ta­niu pierw­szych trzech roz­dzia­łów nie poczu­je­cie, że zyska­li­ście lep­sze narzę­dzia do mie­rze­nia się z życio­wymi sytu­acjami, to uznam moją książkę za porażkę, gdyż jak stwier­dził Her­bert Spen­cer: „naj­więk­szym celem edu­ko­wa­nia nie jest wie­dza, lecz dzia­ła­nie”.

A to jest wła­śnie książka o dzia­ła­niu.

Dale Car­ne­gie 1936

Dziewięć wskazówek i rad, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści

1.

Jeśli chcesz zyskać jak naj­wię­cej na czy­ta­niu niniej­szej książki, musisz speł­nić jeden bez­względ­nie konieczny wymóg, znacz­nie istot­niej­szy niż jakie­kol­wiek zasady bądź tech­niki. Jeśli nie masz tej fun­da­men­tal­nej cechy, nie pomoże sto­so­wa­nie się do nawet tysiąca reguł. A jeśli masz tę wro­dzoną zdol­ność, zdo­łasz osią­gnąć cudowne rze­czy bez czy­ta­nia rad na temat efek­tyw­nego korzy­sta­nia z porad­nika.

Jaki jest ten tajem­ni­czy wymóg? Po pro­stu szczera i mocna chęć do nauki i silna deter­mi­na­cja do dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z innymi ludźmi.

Jak można wykształ­cić w sobie powyż­sze cechy? Dzięki sta­łemu przy­po­mi­na­niu sobie, jak bar­dzo są dla nas istotne. Musisz wyobra­zić sobie, jak ich udo­sko­na­la­nie pro­wa­dzi cię ku bogat­szemu, peł­niej­szemu, szczę­śliw­szemu i uda­nemu życiu. Musisz powta­rzać sobie raz po raz: „Moja popu­lar­ność, moje szczę­ście i poczu­cie war­to­ści zależą w dużym stop­niu od mojej umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z innymi ludźmi”.

2.

Czy­taj kolejne roz­działy bez zagłę­bia­nia się w szcze­góły, aby zyskać wła­ściwą per­spek­tywę. Nie ule­gaj poku­sie i nie prze­ska­kuj pospiesz­nie do następ­nych – chyba że czy­tasz wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. Jeśli chcesz popra­wić umie­jęt­no­ści nawią­zy­wa­nia rela­cji, wróć do początku roz­działu i prze­czy­taj go uważ­niej raz jesz­cze. W ten spo­sób zaosz­czę­dzisz czas i szyb­ciej osią­gniesz rezul­taty.

3.

Prze­ry­waj czę­sto czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad tym, co prze­czy­ta­łeś. Spró­buj usta­lić, jak i kiedy mógł­byś zasto­so­wać w prak­tyce zamiesz­czone w tek­ście suge­stie.

4.

Czy­taj z ołów­kiem, dłu­go­pi­sem, mar­ke­rem lub maza­kiem w dłoni. Jeśli natra­fisz na radę, którą mógł­byś twoim zda­niem wyko­rzy­stać, pod­kreśl ją. Jeśli będzie to suge­stia czte­ro­gwiazd­kowa, pod­kreśl lub zakreśl każde zda­nie, albo postaw przy nich jakiś znak. Zazna­cza­nie tek­stu czyni pro­ces czy­ta­nia bar­dziej inte­re­su­ją­cym, a dodat­kowo uła­twia i przy­spie­sza jego póź­niej­sze prze­glą­da­nie.

5.

Zna­łem kobietę, która przez pięt­na­ście lat pra­co­wała jako kie­row­niczka w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Każ­dego mie­siąca prze­glą­dała umowy zawarte w tym okre­sie z klien­tami. Ozna­czało to, że mie­siąc po mie­siącu i rok po roku czy­tała czę­sto te same doku­menty. Dla­czego tak robiła? Doświad­cze­nie nauczyło ją, że tylko w ten spo­sób będzie w sta­nie zapa­mię­tać wszyst­kie klau­zule.

Książkę o wygła­sza­niu prze­mów pisa­łem przez dwa lata, a mimo to zaglą­da­łem do niej od czasu do czasu, aby przy­po­mnieć sobie, co napisa­łem. Szyb­kość, z jaką zapo­mi­namy, jest zdu­mie­wa­jąca.

Jeśli chcesz wynieść z czy­ta­nia tej książki jak naj­wię­cej, przej­rze­nie jej pospiesz­nie raz z pew­no­ścią nie wystar­czy. Po uważ­nym prze­czy­ta­niu każ­dego roz­działu powi­nie­neś wra­cać do niego każ­dego kolej­nego mie­siąca. Trzy­maj książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Czę­sto ją prze­glą­daj. Zaska­kuj sie­bie róż­no­rod­nymi moż­li­wo­ściami roz­woju, które cze­kają za hory­zon­tem. Pamię­taj przy tym, że sto­so­wa­nie reguł wej­dzie ci w nawyk tylko poprzez ich stałe i zde­cy­do­wane prak­ty­ko­wa­nie.

6.

Ber­nard Shaw powie­dział: „Jeśli nauczysz czło­wieka cze­go­kol­wiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny pro­ces. Uczymy się poprzez dzia­ła­nie. Jeśli chcesz zdo­być umie­jęt­no­ści opi­sane w tej książce, musisz zacząć z nich korzy­stać i robić to przy każ­dej oka­zji. W prze­ciw­nym razie szybko o nich zapo­mnisz. Zapa­mię­tu­jemy tylko tę wie­dzę, z któ­rej robimy uży­tek.

Zasto­so­wa­nie wszyst­kich reguł będzie z pew­no­ścią trudne. Dobrze o tym wiem, bo cho­ciaż napi­sa­łem o nich książkę, to sam mie­wam pro­blemy z robie­niem tego, do czego zachę­cam czy­tel­ni­ków. Posłużmy się przy­kła­dem. Kiedy jeste­śmy nie­za­do­wo­leni, znacz­nie łatwiej kry­ty­ku­jemy i potę­piamy innych, a trud­niej spo­glą­damy na sprawy z ich punktu widze­nia. Znacz­nie łatwiej wyszu­ku­jemy wady, niż udzie­lamy pochwał. Łatwiej przy­cho­dzi nam mówie­nie o wła­snych potrze­bach niż o potrze­bach innych osób. Czy­ta­jąc tę książkę, przy­po­mi­naj sobie, że nie robisz tego wyłącz­nie w celu pozy­ska­nia infor­ma­cji. Pró­bu­jesz wykształ­cić w sobie nowe nawyki. Ba, pró­bu­jesz żyć w nowy spo­sób. A do tego będziesz potrze­bo­wał czasu, uporu i codzien­nej prak­tyki.

Dla­tego czę­sto wra­caj do prze­czy­ta­nych już stron. Potrak­tuj tę książkę jak pod­ręcz­nik na temat rela­cji z innymi ludźmi, a gdy natkniesz się na kon­kretny pro­blem – nie­po­słuszne dziecko, mał­żonkę lub mał­żonka, któ­rych musisz prze­ko­nać do swo­ich pomy­słów, czy poiry­to­wa­nego klienta – nie ule­gaj impul­som, gdyż jest to zazwy­czaj dzia­ła­nie nie­wła­ściwe. Wra­caj do książki, czy­taj ponow­nie zakre­ślone wcze­śniej frag­menty, a następ­nie wypró­bo­wuj zamiesz­czone w nich rady w prak­tyce i przy­glą­daj się zaska­ku­ją­cym efek­tom podej­mo­wa­nych decy­zji.

7.

Wręcz mał­żonce, part­ne­rowi, dzie­ciom, kole­gom z pracy po zło­tówce za każ­dym razem, gdy zła­miesz któ­rąś z zasad. Zamień naukę w grę.

8.

Pod­czas roz­mowy przed moimi zaję­ciami pewien pre­zes noto­wa­nego na gieł­dzie banku opi­sał bar­dzo sku­teczną metodę samo­do­sko­na­le­nia, z któ­rej sam korzy­stał. Nie miał wyż­szego wykształ­ce­nia, a mimo to został jed­nym z naj­waż­niej­szych ame­ry­kań­skich finan­si­stów. Jak sam przy­znał, jego suk­ces zale­żał w dużym stop­niu od cią­głego sto­so­wa­nia opra­co­wa­nego samo­dziel­nie sys­temu. Posta­ram się przy­to­czyć poni­żej jego słowa tak wier­nie, jak tylko zdo­łam.

„Latami korzy­sta­łem z ter­mi­na­rza, w któ­rym noto­wa­łem wszyst­kie spo­tka­nia, jakie odby­łem danego dnia. Moi bli­scy ni­gdy nie robili pla­nów na sobotni wie­czór, gdyż odda­wa­łem się wtedy kształ­cą­cemu pro­ce­sowi rewi­zji i samo­oceny. Po kola­cji otwie­ra­łem w samot­no­ści ter­mi­narz i przy­po­mi­na­łem sobie prze­bieg każ­dej roz­mowy, dys­ku­sji i spo­tka­nia, w któ­rych uczest­ni­czy­łem w bie­żą­cym tygo­dniu. Zada­wa­łem też sobie pyta­nia:

– Jakie błędy popeł­ni­łem tym razem?

– Co tym razem zro­bi­łem popraw­nie i w jaki spo­sób mógł­bym to zro­bić jesz­cze lepiej?

– Czego nauczyło mnie to doświad­cze­nie?

Czę­sto coty­go­dniowe wery­fi­ka­cje spra­wiały, że czu­łem się nie­szczę­śliwy. Zaska­ki­wały mnie popeł­niane noto­rycz­nie błędy. Co oczy­wi­ste, z upły­wem lat wpadki zda­rzały się coraz rza­dziej. Cza­sami mia­łem ochotę pochwa­lić sie­bie. Uży­wa­łem tego sys­temu auto­ana­lizy i edu­ka­cji przez lata. Odnio­słem dzięki niemu naj­wię­cej korzy­ści w porów­na­niu z innymi meto­dami, które zasto­so­wa­łem.

Roz­wi­ną­łem za jego sprawą umie­jęt­ność podej­mo­wa­nia decy­zji – a ta wielce mi pomo­gła w nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów z ludźmi. Pole­cam go z całego serca”.

Może zasto­su­jesz w takim razie wspo­mnianą metodę do wery­fi­ka­cji tego, czy trzy­masz się reguł opi­sa­nych w książce? Jeśli tak postą­pisz, wyda­rzą się dwie rze­czy.

Po pierw­sze, zaan­ga­żu­jesz się w pro­ces nauki, zarówno cie­kawy, jak i bez­cenny.

Po dru­gie, szybko zorien­tu­jesz się, że twoje umie­jęt­no­ści radze­nia sobie i obcho­dze­nia z ludźmi ule­gną gwał­tow­nej popra­wie.

9.

Na końcu tej książki znaj­dziesz kilka pustych stro­nic, na któ­rych będziesz mógł wyno­to­wać odno­szone przez sie­bie suk­cesy. Bądź szcze­gó­łowy w opi­sach zda­rzeń. Notuj nazwi­ska, daty, adresy, koń­cowe rezul­taty. Taki rejestr zachęci cię do bar­dziej wytę­żo­nych wysił­ków, a po latach zapewni fascy­nu­jącą lek­turę!

Aby odnieść z czy­ta­nia tej książki naj­więk­sze korzy­ści, powi­nie­neś:

Wykształ­cić w sobie silną potrzebę sto­so­wa­nia reguł rela­cji mię­dzy­ludz­kich.

Prze­czy­tać każdy roz­dział dwu­krot­nie przed przej­ściem do kolej­nego.

Czę­sto prze­ry­wać czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad zasto­so­wa­niem poda­wa­nych rad.

Pod­kre­ślać w tek­ście naj­waż­niej­sze frag­menty.

Wra­cać do tej książki każ­dego mie­siąca.

Sto­so­wać opi­sane w niej reguły przy każ­dej oka­zji. Korzy­stać z niej jak z porad­nika poma­ga­ją­cego w roz­wią­zy­wa­niu codzien­nych pro­ble­mów.

Prze­kształ­cić pro­ces nauki w grę, wrę­cza zna­jo­mym lub bli­skim drobne sumy za każde zła­ma­nie któ­rejś z reguł.

Spraw­dzać co tydzień czy­nione postępy. Zasta­na­wiać się nad popeł­nio­nymi błę­dami, rze­czami do poprawy i tym, czego już się nauczy­łeś.

Spo­rzą­dzać notatki na końcu książki, zapi­su­jąc przy­padki sto­so­wa­nia zasad.

Część 1. Podstawowe techniki obchodzenia się z ludźmi

Część 1

Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi

Rozdział 1. „Jeśli chcesz zbierać miód, to nie przewracaj ula”

Roz­dział 1

„Jeśli chcesz zbie­rać miód, to nie prze­wra­caj ula”

7 maja 1931 roku naj­bar­dziej zaska­ku­jąca obława, jaka miała miej­sce w Nowym Jorku, dobie­gła końca. Po trwa­ją­cych tygo­dnie poszu­ki­wa­niach Fran­cis „Dwie Spluwy” Crow­ley – mor­derca, który nie pił ani nie palił – został osa­czony w miesz­ka­niu swo­jej dziew­czyny przy West End Ave­nue.

Stu pięć­dzie­się­ciu poli­cjan­tów i detek­ty­wów zamknęło w potrza­sku ści­ga­nego, który ukrył się na ostat­nim pię­trze budynku. Pró­bo­wali wybić dziury w dachu i wyku­rzyć Crow­leya gazem łza­wią­cym. Kiedy to zawio­dło, usta­wili na dachach pobli­skich gma­chów kara­biny maszy­nowe. Przez ponad godzinę w miesz­kal­nej dziel­nicy Nowego Jorku roz­brzmie­wały kle­ko­czące wystrzały. Ukryty za wyście­ła­nym fote­lem Crow­ley odpo­wia­dał bez­u­stan­nie ogniem. Bitwie przy­glą­dało się z chod­ni­ków i okien dzie­sięć tysięcy roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych gapiów. Taka strze­la­nina wyda­rzyła się na uli­cach Nowego Jorku po raz pierw­szy.

Kiedy Crow­ley wpadł w końcu w ręce poli­cji, komi­sarz E.P. Mul­ro­oney oznaj­mił, że posłu­gu­jący się dwoma pisto­le­tami despe­rat był jed­nym z naj­groź­niej­szych prze­stęp­ców w histo­rii nowo­jor­skiej metro­po­lii. „Potrafi zabić w mgnie­niu oka” – stwier­dził.

A jak postrze­gał samego sie­bie Crow­ley? Znamy odpo­wiedź na to pyta­nie, bo gdy poli­cjanci ostrze­li­wali jego kry­jówkę, napi­sał poże­gnalny list i zaadre­so­wał go „do wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych”. Ska­pu­jąca z ran krew pozo­sta­wiła na kartce papieru czer­wone ślady, pomię­dzy któ­rymi można było odczy­tać słowa: „Pod moim płasz­czem bije znu­żone, lecz dobre serce – takie, które ni­gdy nie wyrzą­dzi­łoby nikomu krzywdy”.

Dzień wcze­śniej Crow­ley wybrał się samo­cho­dem na Long Island i obca­ło­wy­wał się z dziew­czyną na pobo­czu drogi. Nie­spo­dzie­wa­nie do auta pod­szedł poli­cjant i powie­dział: „Popro­szę prawo jazdy”.

Bez jed­nego słowa Crow­ley się­gnął po broń i zasy­pał funk­cjo­na­riu­sza gra­dem oło­wia­nych poci­sków. Kiedy śmier­tel­nie ranny męż­czy­zna upadł na zie­mię, strze­lec wysko­czył z samo­chodu, wyjął z kabury poli­cjanta rewol­wer i wpa­ko­wał w jego ciało jesz­cze jedną kulę. I był to ten sam czło­wiek, który utrzy­my­wał, że „nie wyrzą­dziłby nikomu krzywdy”.

Crow­leya ska­zano na śmierć na krze­śle elek­trycz­nym. Czy przed wyko­na­niem wyroku w wię­zie­niu Sing Sing zadał pyta­nie: „Czy takie są kon­se­kwen­cje zabi­ja­nia ludzi?”? Otóż nie. Zapy­tał za to: „Czy takie są kon­se­kwen­cje sta­wa­nia w swo­jej obro­nie?”.

Morał tej opo­wie­ści jest nastę­pu­jący – „Dwie Spluwy” Crow­ley nie poczu­wał się do żad­nej winy.

Jeśli uwa­ża­cie, że taka postawa należy w gro­nie prze­stęp­ców do rzad­ko­ści, to posłu­chaj­cie tego.

„Spę­dzi­łem naj­lep­sze lata życia, zapew­nia­jąc ludziom drobne przy­jem­no­ści, umoż­li­wia­jąc im dobrą zabawę, a w zamian dosta­łem tylko obe­lgi i egzy­sten­cję zaszczu­tego czło­wieka”.

To słowa Ala Capone. Tak, tego Ala Capone – wroga publicz­nego numer jeden i naj­strasz­niej­szego gang­stera, jakiego wydało Chi­cago. On rów­nież nie miał sobie niczego do zarzu­ce­nia. Co wię­cej, postrze­gał sie­bie jako nie­do­ce­nia­nego i błęd­nie postrze­ga­nego dobro­czyńcę.

Podob­nie mnie­mał o sobie nie­bez­pieczny nowo­jor­ski gang­ster Dutch Schultz, nim dosię­gły go w Newark poci­ski kon­ku­ren­cji. W wywia­dzie udzie­lo­nym jed­nej z gazet wła­śnie w ten spo­sób sie­bie przed­sta­wił. I świę­cie w to wie­rzył.

Wymie­ni­łem na ten temat z Lewi­sem Lewe­sem, który przez wiele lat był naczel­ni­kiem okry­tego złą sławą wię­zie­nia Sing Sing, wiele cie­ka­wych listów. W jed­nym z nich stwier­dził: „Nie­wielu więź­niów uważa sie­bie za złe osoby. Są ludźmi, tak jak ja i ty, więc racjo­na­li­zują i szu­kają wytłu­ma­czeń. Potra­fią wyja­śnić, dla­czego wła­mali się do sejfu albo pocią­gnęli za spust. Więk­szość znaj­duje argu­menty, zmy­ślone bądź logiczne, uspra­wie­dli­wia­jące ich anty­spo­łeczne zacho­wa­nia, także dla nich samych, i w kon­se­kwen­cji nie­złom­nie utrzy­muje, że w ogóle nie powinna tra­fić do wię­zie­nia”.

Skoro Al Capone, „Dwie Spluwy” Crow­ley, Dutch Schulz, a także męż­czyźni i kobiety zamknięci za wię­zien­nymi murami nie upa­trują w sobie winy, jak zacho­wują się osoby, z któ­rymi mamy regu­larny kon­takt?

John Wana­ma­ker, twórca jed­nej z pierw­szych sieci domów towa­ro­wych, która zawie­rała w nazwie jego imię i nazwi­sko, przy­znał: „Nauczy­łem się trzy­dzie­ści lat temu, że besz­ta­nie innych jest nie­roz­sądne. Poko­ny­wa­nie wła­snych ogra­ni­czeń nastrę­cza mi wystar­cza­jąco dużo trud­no­ści i naprawdę nie muszę mar­twić się tym, że Bóg posta­no­wił obdzie­lić ludzi inte­li­gen­cją bar­dzo nie­równo”.

Wana­ma­ker poznał tę prawdę wcze­śnie. W moim przy­padku musiała upły­nąć trze­cia część wieku, nim zda­łem sobie sprawę z tego, że w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu przy­pad­kach na sto ludzie nie skry­ty­kują samych sie­bie, bez względu na to, jak bar­dzo się mylą.

Kry­tyka jest jałowa, gdyż zmu­sza drugą osobę do obrony i two­rzy w niej potrzebę uspra­wie­dli­wie­nia wła­snych dzia­łań. Kry­tyka jest rów­nież nie­bez­pieczna, gdyż rani dumę dru­giej osoby, umniej­sza jej poczu­cie wła­snej war­to­ści i rodzi urazy.

Świa­to­wej sławy psy­cho­log B.F. Skin­ner udo­wod­nił poprzez swoje eks­pe­ry­menty, że zwie­rzęta nagra­dzane za dobre zacho­wa­nie uczą się znacz­nie szyb­ciej i dłu­żej zapa­mię­tują to, czego się nauczyły, niż te karane za zacho­wa­nia złe. Póź­niej­sze bada­nia wyka­zały, że podobna reguła ma zasto­so­wa­nie rów­nież w przy­padku ludzi. Kry­ty­ku­jąc innych, nie wywo­łu­jemy trwa­łych zmian, a jedy­nie hodu­jemy urazy.

Inny sławny badacz Hans Selye stwier­dził: „Łak­niemy apro­baty tak mocno, jak oba­wiamy się potę­pie­nia”. Pre­ten­sje rodzone przez kry­tykę demo­ra­li­zują pra­cow­ni­ków, bli­skich i zna­jo­mych, a dodat­kowo wcale nie przy­czy­niają się do poprawy potę­pia­nej sytu­acji.

Geo­rge B. John­son z mia­sta Enid w sta­nie Okla­homa pra­cuje w fir­mie inży­nie­ryj­nej jako koor­dy­na­tor do spraw bez­pie­czeń­stwa. Do jego obo­wiąz­ków należy mię­dzy innymi dba­nie, aby pra­cow­nicy stale nosili wytrzy­małe kaski. Kiedy tego nie robili, przy­po­mi­nał im z poczu­ciem wyż­szo­ści o zasa­dach, do któ­rych musieli się sto­so­wać. Nadą­sani robot­nicy wyko­ny­wali jego pole­ce­nia, ale gdy tylko się odda­lił, pono­wie zdej­mo­wali kaski.

Geo­rge posta­no­wił wypró­bo­wać inną metodę. Gdy następ­nym razem spo­tkał pra­cow­ni­ków bez kasków, zapy­tał ich, czy nakry­cia głowy były za małe lub nie­wy­godne. Następ­nie przy­po­mniał im w uprzejmy spo­sób, że kaski chro­nią przed poważ­nymi ura­zami i powinny być noszone w trak­cie wyko­ny­wa­nych zadań. W kon­se­kwen­cji robot­nicy zaczęli sto­so­wać się do norm chęt­niej i bez cie­nia urazy bądź gniewu.

Na kar­tach histo­rycz­nych ksią­żek znaj­dziemy tysiące jaskra­wych przy­kła­dów darem­no­ści kry­tyki. Takich jak sławny spór pomię­dzy The­odore’em Roose­vel­tem a pre­zy­den­tem Taftem, który podzie­lił Par­tię Repu­bli­kań­ską, dał w wyścigu o Biały Dom zwy­cię­stwo Woodro­wowi Wil­so­nowi i zmie­nił bieg histo­rii, wpły­wa­jąc na prze­bieg I wojny świa­to­wej. Przy­to­czę teraz pokrótce kilka zwią­za­nych z nim fak­tów. W 1908 roku The­odore Roose­velt prze­stał peł­nić urząd pre­zy­dencki i udzie­lił popar­cia w następ­nych wybo­rach Wil­lia­mowi Taftowi, a ten je wygrał. Następ­nie Roose­velt udał się do Afryki, aby zapo­lo­wać na lwy. Kiedy wró­cił do kraju, eks­plo­do­wał z gniewu. Oskar­żył Tafta o prze­sadny kon­ser­wa­tyzm, pró­bo­wał uzy­skać nomi­na­cję par­tyjną w kolej­nych wybo­rach, a gdy tak się nie stało, utwo­rzył roz­ła­mową Par­tię Łosia, omal nie dopro­wa­dza­jąc do zgonu Grand Old Party, dla któ­rej Taft wygrał jedy­nie dwa stany – Ver­mont i Utah. Była to naj­do­tkliw­sza porażka odnie­siona przez Par­tię Repu­bli­kań­ską w jej dotych­cza­so­wej histo­rii.

The­odore Roose­velt obwi­nił za to Wil­liama Tafta, ale czy ustę­pu­jący pre­zy­dent widział winę po swo­jej stro­nie? Oczy­wi­ście, że nie. Stwier­dził ze łzami w oczach: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

Kto pono­sił w takim razie winę? Roose­velt czy Taft? Nie mam poję­cia, ale szcze­rze mówiąc, zupeł­nie mnie to nie obcho­dzi. Morał pły­nący z tej histo­rii brzmi: kry­tyka wygła­szana przez Roose­velta nie prze­ko­nała Tafta do zaak­cep­to­wa­nia faktu, że popeł­niał błędy. Spra­wiła jedy­nie, iż usil­nie sta­rał się uspra­wie­dli­wiać podej­mo­wane decy­zje, aby na koniec wyznać ze łzami w oczach: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

A teraz zaj­mijmy się aferą Teapot Dome, o któ­rej roz­pi­sy­wały się wszyst­kie ame­ry­kań­skie gazety na początku lat dwu­dzie­stych i która wstrzą­snęła całym kra­jem! We wcze­śniej­szej histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie doszło do podob­nego skan­dalu. Oto naj­waż­niej­sze z doty­czą­cych go fak­tów: Albert B. Fall, pia­stu­jący w admi­ni­stra­cji pre­zy­denta Har­dinga sta­no­wi­sko sekre­ta­rza zaso­bów wewnętrz­nych, otrzy­mał zgodę na wydzier­ża­wie­nie pań­stwo­wych złóż ropy naf­to­wej znaj­du­ją­cych się w miej­sco­wo­ściach Elk Hills i Teapot Dome. W zamy­śle miały one posłu­żyć za rezerwy pali­wowe dla ame­ry­kań­skiej mary­narki wojen­nej. Czy sekre­tarz Fall roz­pi­sał prze­targ? Oczy­wi­ście, że nie. Z miej­sca pod­pi­sał lukra­tywną umowę ze swoim przy­ja­cie­lem Edwar­dem L. Dohe­nym. A w jaki spo­sób ten mu się odwza­jem­nił? Otóż wrę­czył mu sto tysięcy dola­rów, które Fall nazwał póź­niej „pożyczką”. Sekre­tarz wydał następ­nie pole­ce­nie żoł­nie­rzom pie­choty mor­skiej, aby usu­nęli z pobli­skich dzia­łek kon­ku­ren­cję przy­ja­ciela, która rów­nież wypom­po­wy­wała ropę ze złóż znaj­du­ją­cych się pod Elk Hills. Prze­pę­dzeni ze swo­jej ziemi przez żoł­nie­rzy uzbro­jo­nych w kara­biny i bagnety przed­się­biorcy udali się pospiesz­nie do sądów i tym samym ujaw­nili skan­dal. Poli­tyczny smród, jaki w jego następ­stwie powstał, zruj­no­wał admi­ni­stra­cję Har­dinga, przy­pra­wił o mdło­ści cały naród, omal nie zakoń­czył ist­nie­nia Par­tii Repu­bli­kań­skiej i posłał za wię­zienne kraty sekre­ta­rza zaso­bów wewnętrz­nych.

Postę­po­wa­nie Falla kry­ty­ko­wali wszy­scy i z rzadko spo­ty­kaną zaja­dło­ścią. Czy ten odczu­wał skru­chę? A skądże! Kiedy kilka lat póź­niej Her­bert Hoover zasu­ge­ro­wał w trak­cie publicz­nego wystą­pie­nia, że za śmierć pre­zy­denta Har­dinga odpo­wia­dało wyczer­pa­nie i tro­ski, które były następ­stwem zdrady, jakiej dopu­ścił się jego bli­ski przy­ja­ciel, pani Fall pode­rwała się z krze­sła, zalała łzami, unio­sła pię­ści nad głowę i zakrzyk­nęła: „Co takiego?! Fall zdra­dził Har­dinga? Mój mąż ni­gdy w życiu nikogo nie zdra­dził. Nawet ten prze­peł­niony zło­tem dom nie sku­siłby go do popeł­nie­nia złego uczynku. To jego zdra­dzono, posłano na rzeź i ukrzy­żo­wano”.

I tak wła­śnie działa ludzka natura – wino­wajcy winią wszyst­kich poza sobą. Wszy­scy postę­pu­jemy podob­nie. I dla­tego, jeśli jutro naj­dzie nas ochota na to, aby kogoś skry­ty­ko­wać, przy­po­mnijmy sobie Ala Capone’a, „Dwie Spluwy” Crow­leya i Alberta Falla. Miejmy na uwa­dze, że słowa kry­tyki przy­po­mi­nają hodow­lane gołę­bie – zawsze wra­cają do domu. Bądźmy świa­domi, że osoby, które zamie­rzamy zga­nić lub popra­wić, same się przed sobą uspra­wie­dli­wią i w rewanżu potę­pią za kry­tykę nas lub stwier­dzą jak Wil­liam Taft: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

Ran­kiem 15 kwiet­nia 1865 roku Abra­ham Lin­coln umie­rał w jed­nym z poko­ików taniego pen­sjo­natu sto­ją­cego naprze­ciwko Teatru Forda, gdzie postrze­lił go John Wil­kes Booth. Ciało pre­zy­denta wysta­wało poza małe łóżko, nad któ­rym wisiała na ścia­nie repro­duk­cja sław­nego obrazu Rosy Bon­heur Targ koni. Nad gazo­wym pal­ni­kiem obok niego migo­tał żółty pło­mień.

Gdy Lin­coln koń­czył swój żywot, sekre­tarz wojny Edwin Stan­ton stwier­dził: „Tu leży naj­do­sko­nal­szy przy­wódca, jakiego widział świat”.

W jaki sekretny spo­sób Lin­coln wpły­wał na innych ludzi? Na bada­nie jego życio­rysu poświę­ci­łem dzie­sięć lat, trzy zaś na pisa­nie i reda­go­wa­nie książki zaty­tu­ło­wa­nej Nie­znany Lin­coln. Uwa­żam, że przed­sta­wi­łem w niej naj­bar­dziej wyczer­pu­jący opis oso­bo­wo­ści oraz pry­wat­nego życia daw­nego pre­zy­denta. Wiele uwagi poświę­ci­łem meto­dom sto­so­wa­nym przez Lin­colna w kon­tak­tach z innymi oso­bami. Czy pozwa­lał sobie na kry­tykę? Oczy­wi­ście.

Jako młody męż­czy­zna – miesz­ka­jący wów­czas w doli­nie rzeki Pigeon Creek – nie tylko kry­ty­ko­wał, ale wręcz wyśmie­wał ludzi w listach i wier­szach, które pisał, a następ­nie pod­rzu­cał je tam, gdzie opi­sy­wane osoby musiały je zna­leźć. Jeden z takich listów zro­dził urazę, która pło­nęła przez całe życie adre­sata.

Lin­coln ata­ko­wał swo­ich prze­ciw­ni­ków otwar­cie nawet wtedy, gdy był już praw­ni­kiem i miesz­kał w Spring­field w sta­nie Illi­nois. Robił to, publi­ku­jąc swoje listy w lokal­nej gaze­cie. Postą­pił tak jed­nak o jeden raz za dużo.

Jesie­nią 1842 roku wyśmiał próż­nego i awan­tur­ni­czego poli­tyka Jamesa Shieldsa. Obsma­ro­wał go w ano­ni­mo­wym liście opu­bli­ko­wa­nym na łamach miej­sco­wej gazety Jour­nal. Całe Spring­field zano­siło się z tego powodu śmie­chem. Pyszał­ko­waty i draż­liwy Shields kipiał ze wzbu­rze­nia. Dowie­dział się, kto napi­sał list, a następ­nie wsko­czył na konia, popę­dził za Lin­col­nem i wyzwał go na poje­dy­nek. Lin­coln nie miał zamiaru się poje­dyn­ko­wać. Był prze­ciwny tego typu prak­ty­kom, lecz nie mógł odmó­wić bez uszczerbku na wła­snym hono­rze. Shields pozwo­lił mu wybrać oręż. Dłu­go­ręki Lin­coln posta­wił na kawa­le­ryj­skie sza­ble i zapi­sał się na naukę fech­tunku do absol­wenta aka­de­mii w West Point. W wyzna­czo­nym dniu spo­tkał się z Shield­sem na piasz­czy­stym brzegu rzeki Mis­si­sipi, gotów na śmierć. Poje­dy­nek prze­rwali w ostat­niej moż­li­wej chwili sekun­danci.

Był to naj­bar­dziej nie­sa­mo­wity epi­zod z pry­wat­nego życia Lin­colna. Dał mu jed­nak bar­dzo ważną lek­cję obcho­dze­nia się z innymi ludźmi. Od tam­tej pory Lin­coln nie napi­sał już żad­nego obraź­li­wego listu i nikogo nie wyśmiał. I wła­ści­wie prze­stał kry­ty­ko­wać innych.

W trak­cie wojny sece­syj­nej Lin­coln mia­no­wał na dowód­ców unij­nej Armii Poto­maku kolej­nych gene­ra­łów i każdy z nich – McC­lel­lan, Pope, Burn­side, Hooker, Meade – popeł­niał kata­stro­falne błędy dopro­wa­dza­jące pre­zy­denta do roz­pa­czy. Połowa kraju potę­piała dzia­ła­nia nie­kom­pe­tent­nych dowód­ców, lecz „nie­ży­wiący złych zamia­rów do nikogo i wyro­zu­miały dla wszyst­kich” Lin­coln stał przy swoim. Jedno z naj­czę­ściej powta­rza­nych przez niego zdań brzmiało: „Nie sądź­cie, aby­ście nie byli sądzeni”.

Kiedy pani Lin­coln i inne osoby wypo­wia­dały się nie­po­chleb­nie o miesz­kań­cach połu­dnio­wych sta­nów, Lin­coln napo­mi­nał: „Nie kry­ty­kuj ich, w podob­nych oko­licz­no­ściach postę­po­wa­li­by­śmy podob­nie”.

A jeśli kto­kol­wiek miał prawo do wygło­sze­nia słów kry­tyki, to z całą pew­no­ścią był to sam pre­zy­dent. Posłużmy się jed­nym przy­kła­dem.

Bitwę pod Get­tys­bur­giem sto­czono w pierw­szych trzech dniach lipca 1863 roku. W nocy 4 lipca gene­rał Lee zarzą­dził odwrót na połu­dnie, korzy­sta­jąc z osłony burzo­wych chmur i rzę­si­stego desz­czu. Kiedy poko­nana połu­dniowa armia dotarła nad brzeg Poto­macu, zna­la­zła się w potrza­sku pomię­dzy wez­bra­nymi wodami rzeki i zwy­cię­skimi oddzia­łami prze­ciw­nika. Była to pułapka, z któ­rej Lee nie mógł się wydo­stać. Lin­coln miał tego świa­do­mość. Dostrze­gał ide­alną, zesłaną przez nie­biosa oka­zję do poj­ma­nia armii sece­sjo­ni­stów i zakoń­cze­nia wojny. Try­ska­jąc nadzieją, naka­zał Meade’owi, aby nie zwo­ły­wał narady, lecz bez­zwłocz­nie zaata­ko­wał woj­ska gene­rała Lee. Wpierw wysłał roz­kaz tele­gra­fem, a następ­nie za pośred­nic­twem gońca, doma­ga­jąc się od dowódcy natych­mia­sto­wego dzia­ła­nia.

A jak postą­pił gene­rał Meade? Odwrot­nie, niż powi­nien. Łamiąc roz­kaz Lin­colna, zwo­łał naradę wojenną. Wahał się, odwle­kał, wysy­łał tele­gramy z kolej­nymi wymów­kami. Na koniec otwar­cie odmó­wił wyko­na­nia roz­kazu do ataku na woj­ska gene­rała Lee, a te, kiedy wody Poto­macu opa­dły, prze­do­stały się bez­piecz­nie na drugi brzeg rzeki.

Lin­coln kipiał ze zło­ści. „Co to ma zna­czyć? – pytał krzy­kli­wym gło­sem swo­jego syna Roberta. – Dobry Boże! Co to ma zna­czyć? Mie­li­śmy ich w gar­ści. Wystar­czyło tylko wycią­gnąć dło­nie i byliby nasi. Nic nie było jed­nak w sta­nie ruszyć z miej­sca naszej armii – ani moje słowa, ani czyny. W takich oko­licz­no­ściach każdy bez mała gene­rał poko­nałby Lee. Gdy­bym tam się udał, sam spu­ścił­bym mu baty”.

Srogo roz­cza­ro­wany Lin­coln napi­sał następ­nie do gene­rała Meade’a list. Warto zazna­czyć, że w tym okre­sie życia pre­zy­dent sta­ran­nie dobie­rał słowa i mocno powstrzy­my­wał się od uży­wa­nia obraź­li­wych. Dla­tego treść listu należy uznać za naj­bar­dziej surową naganę.

Drogi Gene­rale,

nie sądzę, aby zda­wał Pan sobie sprawę ze zna­cze­nia nie­szczę­ścia, jakim jest ucieczka gene­rała Lee. Był nie­malże w naszej gar­ści. Jego pochwy­ce­nie, wraz z odnie­sio­nymi przez nas ostat­nio suk­ce­sami, zakoń­czy­łoby wojnę. Teraz toczyć się ona będzie w nie­skoń­czo­ność. Jeśli nie mógł Pan przy­pu­ścić ataku na Lee w ponie­dzia­łek, to jak zamie­rza Pan to zro­bić na połu­dnie od rzeki, skoro prze­prawi się zale­d­wie dwie trze­cie z dostęp­nych Panu oddzia­łów? Takie ocze­ki­wa­nia byłyby nie­roz­sądne i nie zakła­dam, aby Pań­skie dal­sze dzia­ła­nia miały zna­cze­nie. Prze­ga­pił Pan wyśmie­nitą oka­zję i jestem z tego powodu nie­zmier­nie zasmu­cony.

Jak waszym zda­niem zare­ago­wał na list pre­zy­denta gene­rał Meade?

Nie otrzy­mał go, bo Lin­coln go nie wysłał. Został zna­le­ziony dopiero po śmierci pre­zy­denta pośród innych doku­men­tów.

Oso­bi­ście podej­rze­wam – i są to tylko moje domy­sły – że po napi­sa­niu listu Lin­coln wyj­rzał przez okno i powie­dział: „Chwi­leczkę. Może nie powi­nie­nem tak pochop­nie oce­niać. Łatwo mi kry­ty­ko­wać z Bia­łego Domu i wyda­wać Meade’owi roz­kazy do ataku, ale gdy­bym był pod Get­tys­bur­giem i widział, tak jak on, rzeki prze­la­nej w minio­nym tygo­dniu krwi, i gdyby w moich uszach roz­le­gły się krzyki i wrza­ski ran­nych i giną­cych żoł­nie­rzy, to być może rów­nież nie spie­szył­bym się do kolej­nego natar­cia. Gdy­bym dorów­ny­wał bojaź­li­wo­ścią Meade’owi, to zapewne postą­pił­bym podob­nie. Cóż, to nie­stety zeszło­roczny śnieg. Jeśli wyślę ten list, dam upust emo­cjom, lecz jed­no­cze­śnie spra­wię, że Meade poszuka wymó­wek. Potępi mnie za jego treść. Poczuje urazę, która umniej­szy jego przy­dat­ność jako dowódcy armii, a być może skłoni go do zło­że­nia dymi­sji”.

Lin­coln, jak już napi­sa­łem wcze­śniej, odło­żył na bok list, gdyż wie­dział z doświad­cze­nia, że surowa kry­tyka i nagany nie­mal zawsze oka­zują się daremne.

The­odore Roose­velt przy­znał, że kiedy peł­nił urząd pre­zy­denta kraju i zma­gał się z poważ­nymi trud­no­ściami, zwykł wychy­lać się na fotelu, spo­glą­dać na wiszący nad biur­kiem por­tret Lin­colna i zada­wać sobie pyta­nia: „Co na moim miej­scu zro­biłby Lin­coln? Jak roz­wią­załby ten pro­blem?”.

Mark Twain tra­cił nie­kiedy opa­no­wa­nie i pisał listy, od któ­rych wię­dły uszy. Do męż­czy­zny, który go roz­gnie­wał, napi­sał: „Tobie należy się już tylko pozwo­le­nie na pochó­wek. Powiedz jesz­cze słowo, a dopil­nuję, żebyś je otrzy­mał”. Redak­to­rowi, który prze­słał mu pro­po­zy­cje korekt popra­wia­ją­cych „pisow­nię i inter­punk­cję” tek­stu książki, naka­zał: „Od tej pory sto­suj się tylko do nad­sy­ła­nych przeze mnie kopii i dopil­nuj, aby korek­tor zatrzy­mał swoje uwagi dla sie­bie – w gni­ją­cej papce, którą nazywa mózgiem”.

Dzięki kąśli­wym listom Mark Twain popra­wiał sobie humor i roz­ła­do­wy­wał napię­cie. Nie wyrzą­dzały nikomu krzywdy, gdyż jego żona wyj­mo­wała je pota­jem­nie ze skrzynki pocz­to­wej i ni­gdy nie tra­fiały do adre­sa­tów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki