Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Jak przestać się martwić i zacząć żyć” Dale’a Carnegiego to klasyczny poradnik, który pomaga odzyskać spokój, równowagę i radość z codziennego życia. Autor, znany amerykański pisarz i wykładowca rozwoju osobistego, opiera się na wieloletnich obserwacjach oraz doświadczeniach tysięcy ludzi zmagających się ze stresem i lękiem. Książka pokazuje, jak radzić sobie z zamartwianiem, napięciem i presją codziennych obowiązków, oferując proste, praktyczne techniki możliwe do zastosowania od zaraz.
Carnegie uczy, jak zmieniać sposób myślenia, by odzyskać kontrolę nad emocjami i energią życiową. Uznawana za jedną z najważniejszych pozycji w historii literatury motywacyjnej, od lat pozostaje światowym bestsellerem. To ponadczasowa lektura dla każdego, kto chce żyć spokojniej, świadomiej i pełniej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 442
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pragnę podziękować pannie Villi Stiles z północno-zachodniego zakątka mojego serca za wszystko, co zrobiła, by pomóc mi w przygotowaniu tej publikacji oraz książki pt. Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi.
Jak powstała ta książka i dlaczego ją napisałem
Trzydzieści pięć lat temu byłem jednym z najbardziej nieszczęśliwych młodych ludzi w Nowym Jorku. Zajmowałem się sprzedażą samochodów ciężarowych, nie rozumiejąc nawet podstaw działania ich silników. Co gorsza – nie chciałem tego rozumieć. Nienawidziłem swojej pracy, podobnie jak nienawidziłem mieszkania w tanio umeblowanym pokoju przy West Fifty-sixth Street – pokoju rojącym się od karaluchów. Do dziś mam przed oczyma obraz pęku krawatów wiszącego na ścianie. Gdy rano sięgałem po któryś z nich, karaluchy rozpierzchały się we wszystkich kierunkach. Nienawidziłem jeść w tanich, brudnych restauracjach, które zapewne także były pełne karaluchów.
Każdy wieczór kończyłem samotnie w pokoju z pulsującym bólem głowy – bólem wywołanym i podtrzymywanym przez rozczarowanie, niepokój, gorycz i bunt. Buntowałem się, ponieważ marzenia z czasów młodzieńczych przeobraziły się w koszmar. Czy to miało być życie? Czy to była ta wielka przygoda, na którą czekałem z taką niecierpliwością? Czy całe moje życie miało się sprowadzać do tego – do znienawidzonej pracy, egzystencji wśród karaluchów, paskudnych posiłków i braku jakiejkolwiek perspektywy na przyszłość? Brakowało mi wolnego czasu, który mógłbym przeznaczyć na lekturę, tęskniłem za pisaniem książek, o których śniłem jeszcze w czasach szkolnych.
Wiedziałem, że mogę tylko zyskać, rzucając znienawidzoną pracę. Nie zależało mi na zarabianiu dużych pieniędzy, lecz na pełnym, wartościowym życiu. Stanąłem więc przed swoim Rubikonem – tym momentem decyzji, który prędzej czy później spotyka każdego młodego człowieka na progu dorosłości. Podjąłem decyzję – i całkowicie zmieniła ona moje życie. Ostatnie trzydzieści pięć lat okazało się szczęśliwe i satysfakcjonujące, przewyższając moje najśmielsze oczekiwania.
Moja decyzja była następująca: porzucę znienawidzoną pracę i spędzę cztery lata na nauce w State Teachers’ College w Warrensburg w Missouri, przygotowując się do zawodu nauczyciela prowadzącego kursy wieczorowe dla dorosłych. Wcielając w życie swój plan, w ciągu dnia będę miał czas na czytanie książek, przygotowywanie wykładów, pisanie powieści i opowiadań. Chciałem „żyć, by pisać, i pisać, by żyć”.
Jakiego przedmiotu miałem nauczać dorosłe osoby na wieczornych zajęciach? Kiedy spojrzałem wstecz na swoją edukację, zauważyłem, że największą praktyczną wartość – w życiu i w pracy – dało mi szkolenie i doświadczenie w zakresie sztuki wystąpień publicznych. Dlaczego? Bo pozwoliło mi przezwyciężyć nieśmiałość i brak wiary we własne siły, dodało odwagi i pewności w kontaktach z ludźmi. Uświadomiło mi także, że przywództwo zwykle przypada w udziale temu, kto potrafi wstać i powiedzieć, co myśli.
Złożyłem podanie o stanowisko wykładowcy retoryki na kursach wieczorowych na Columbia University i New York University, lecz obie uczelnie uznały, że poradzą sobie beze mnie.
Początkowo odczułem rozczarowanie – dziś jednak dziękuję Bogu, że mnie odrzucili, ponieważ zacząłem uczyć na kursach wieczorowych Y.M.C.A., gdzie musiałem wykazywać konkretne efekty i to w krótkim czasie. To było wyzwanie! Ci dorośli słuchacze nie przychodzili na zajęcia po zaliczenia czy akademicki prestiż. Przyświecał im jeden cel: chcieli rozwiązać swoje problemy. Pragnęli nauczyć się stawać przed grupą ludzi i wypowiadać kilka słów na spotkaniu biznesowym bez omdlewania ze strachu. Sprzedawcy chcieli zdobyć umiejętność kontaktu z trudnym klientem, nie okrążając wcześniej budynku trzy razy dla zebrania odwagi. Szukali pewności siebie i opanowania. Dążyli do awansu i zapewnienia swoim rodzinom lepszego życia. Płacili czesne w ratach – i przestaliby płacić, jeśli nie byłoby efektów. Ponieważ otrzymywałem wynagrodzenie nie w formie stałej pensji, lecz procentu od zysków, moja skuteczność była warunkiem zarobku.
Wtedy wydawało mi się, że pracuję pod silną presją, ale dziś wiem, że było to dla mnie bezcenne doświadczenie. Musiałem motywować moich studentów do działania. Musiałem im pomóc rozwiązywać ich problemy. Musiałem sprawić, by każde zajęcia były na tyle inspirujące, żeby chcieli wracać.
To była ekscytująca praca. Uwielbiałem ją. Zdumiało mnie tempo, w jakim uczestnicy kursu nabierali pewności siebie oraz jak szybko wielu z nich awansowało i otrzymało podwyżki. Zajęcia odnosiły sukces znacznie przewyższający moje najśmielsze przewidywania. W ciągu trzech semestrów Y.M.C.A., które początkowo odmawiało mi zapłaty pięciu dolarów za wieczór, zaczęło wypłacać w systemie prowizyjnym trzydzieści dolarów za zajęcia.
Początkowo koncentrowałem się wyłącznie na sztuce wystąpień publicznych, ale wkrótce zauważyłem, że uczestnicy potrzebują również nabyć umiejętność nawiązywania przyjaźni i wywierania wpływu na otoczenie. Nie mogąc znaleźć odpowiedniego podręcznika dotyczącego relacji międzyludzkich, postanowiłem stworzyć własny. Książka nie została napisana w tradycyjny sposób – wyrosła i ewoluowała z doświadczeń moich uczniów. Nadałem jej tytuł Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi.
Ponieważ powstała wyłącznie jako materiał pomocniczy do moich kursów, a wcześniej napisałem już cztery książki, o których nikt nigdy nie słyszał, nawet przez myśl mi nie przeszło, że odniesie sukces. Prawdopodobnie należę do grona najbardziej zaskoczonych autorów na świecie.
Z biegiem lat uświadomiłem sobie, że innym poważnym problemem moich słuchaczy były lęki i niepokoje. Większość uczniów stanowili biznesmeni – dyrektorzy, sprzedawcy, inżynierowie, księgowi: przekrój wszystkich branż i zawodów – i prawie każdy z nich miał jakieś problemy. Na zajęcia uczęszczały także kobiet: zajmujące się biznesem i gospodynie domowe. One również borykały się z problemami! Stało się jasne, że potrzebuję podręcznika o walce ze zmartwieniami – więc ponownie rozpocząłem poszukiwania. Udałem się do nowojorskiej Biblioteki Publicznej przy Fifth Avenue i Forty-second Street i ku mojemu zdumieniu odkryłem, że w katalogu pod hasłem „zmartwienia” były zaledwie dwadzieścia dwa tytuły. Z rozbawieniem zauważyłem jednocześnie, że pod hasłem „robaki” znajdowało się sto osiemdziesiąt dziewięć pozycji. Prawie dziewięciokrotnie więcej publikacji o robakach niż zmartwieniach! Zdumiewające, czyż nie? Skoro zmartwienia są jednym z największych problemów ludzkości, można by oczekiwać, że każda szkoła średnia i uczelnia prowadzą kurs „Jak przestać się martwić”. Tymczasem, jeśli choć jeden uniwersytet na świecie prowadzi takie zajęcia, nigdy o tym nie słyszałem. Nic dziwnego, że David Seabury napisał w swojej książce pt. How to Worry Successfully: „Wchodzimy w dorosłość tak przygotowani na walkę z przeciwnościami losu jak mól książkowy poproszony o zatańczenie baletu”.
Efekt? Ponad połowa łóżek szpitalnych zajęta jest przez pacjentów z zaburzeniami nerwowymi i emocjonalnymi.
Przeanalizowałem wszystkie dwadzieścia dwa tytuły dotyczące zmartwień dostępne w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Nabyłem każdą książkę o tej tematyce, jaką udało mi się znaleźć, ale żadna nie nadawała się jako podręcznik na moich kursach dla dorosłych. Zdecydowałem się więc napisać własną.
Przygotowania do napisania tej książki rozpocząłem siedem lat temu. W jaki sposób? Studiowałem, co filozofowie wszystkich epok mówili o zmartwieniach. Przeczytałem także setki biografii, od Konfucjusza po Churchilla. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów z wybitnymi osobistościami z różnych dziedzin życia, takimi jak Jack Dempsey, generał Omar Bradley, generał Mark Clark, Henry Ford, Eleanor Roosevelt czy Dorothy Dix. To jednak był dopiero początek.
Zrobiłem też coś znacznie ważniejszego niż wywiady i lektury. Przez pięć lat pracowałem w laboratorium przezwyciężania zmartwień – laboratorium prowadzonym w ramach naszych kursów dla dorosłych. O ile mi wiadomo, było to pierwsze i jedyne takie laboratorium na świecie. Oto, co robiliśmy: dawaliśmy uczestnikom zestaw zasad, jak przestać się martwić, prosiliśmy ich, żeby zastosowali je w swoim życiu, a następnie opowiedzieli na zajęciach o osiągniętych efektach. Inni dzielili się metodami, które sami stosowali wcześniej.
Przypuszczam, że dzięki temu doświadczeniu, wysłuchałem więcej wykładów zatytułowanych „Jak pokonałem zmartwienia” niż ktokolwiek inny na świecie. Dodatkowo przeczytałem setki takich wystąpień przesyłanych mi pocztą – prezentacji, które zdobywały nagrody w konkursach organizowanych w ponad stu siedemdziesięciu miastach USA i Kanady. Ta książka nie powstała więc w wieży z kości słoniowej, w akademickiej izolacji. To również nie teoretyczna rozprawa o tym, jak prawdopodobnie można by radzić sobie ze zmartwieniami. Zamiast tego starałem się stworzyć dynamiczny, zwięzły, udokumentowany raport o tym, jak tysiące osób pokonało swoje niepokoje. Jedno jest pewne: ta książka ma charakter praktyczny. Można się w nią „wgryźć” i zastosować w życiu.
Z satysfakcją stwierdzam, że w niniejszej publikacji nie znajdziesz historii o wyimaginowanym „panu B...” czy o mglistych postaciach „Mary i Johna”, których nikt nie potrafi zidentyfikować. Z wyjątkiem nielicznych przypadków, podaję rzeczywiste nazwiska i konkretne adresy. Książka jest autentyczna, udokumentowana, potwierdzona i zweryfikowana.
„Nauka — jak stwierdził francuski poeta i filozof Valéry — to zbiór sprawdzonych przepisów”. Właśnie taką pozycją jest niniejsza książka – kompendium przetestowanych i skutecznych sposobów uwolnienia się od zmartwień. Ostrzegam jednak: nie odkryjesz w niej niczego rewolucyjnego, znajdziesz natomiast wiele rzeczy rzadko stosowanych w praktyce. W tej kwestii ani ty, ani ja nie potrzebujemy kolejnych nowości. Już dziś posiadamy wystarczającą wiedzę, by prowadzić spełnione życie. Wszyscy znamy sentencje i złote myśli, znamy Kazanie na Górze. Nasz problem to nie brak wiedzy, lecz brak działania. Celem tej publikacji jest przypomnienie, zobrazowanie, uproszczenie i uwydatnienie wielu odwiecznych, fundamentalnych prawd oraz – mówiąc obrazowo – „kopnięcie cię w kostkę”, żebyś zaczął je stosować.
Nie sięgnąłeś jednak po tę lekturę, aby czytać o tym, jak została napisana. Szukasz działania. W porządku, ruszajmy. Przeczytaj pierwsze czterdzieści stron tej książki – i jeśli nie poczujesz nowej siły oraz inspiracji do porzucenia zmartwień i cieszenia się życiem – wyrzuć ją do kosza. Nic ci ona nie da.
Dale Carnegie
Wiosną 1871 roku młody mężczyzna sięgnął po książkę i natknął się na dwadzieścia jeden słów, które radykalnie wpłynęły na jego przyszłość. Był studentem medycyny w Szpitalu Ogólnym w Montrealu, martwił się o zbliżające się egzaminy końcowe, o dalsze losy, wybór miejsca zamieszkania, otwarcie praktyki i sposób utrzymania.
Te dwadzieścia jeden słów, które odkrył w 1871 roku, pomogło mu stać się najsłynniejszym lekarzem swojego pokolenia. Stworzył światowej renomy Johns Hopkins School of Medicine. Został profesorem w królewskiej katedrze medycyny na Uniwersytecie Oksfordzkim, co stanowi najwyższe wyróżnienie, jakie może spotkać medyka w Imperium Brytyjskim. Otrzymał tytuł szlachecki od króla Anglii. Gdy zmarł, jego biografia zajęła dwa opasłe tomy liczące łącznie 1466 stron.
Nazywał się sir William Osler. Oto te dwadzieścia jeden słów, które przeczytał wiosną 1871 roku – myśl Thomasa Carlyle’a, która pomogła mu prowadzić życie wolne od zmartwień: „Naszym głównym zadaniem nie jest patrzenie na to, co majaczy w oddali, lecz działanie tu, robienie tego, co możliwe jest dziś”.
Czterdzieści dwa lata później, w ciepłą wiosenną noc, gdy na kampusie Yale University kwitły tulipany, sir William Osler przemawiał do tamtejszych studentów. Wyznał, że choć był profesorem na czterech uniwersytetach i autorem poczytnych książek, nie posiadał „wyjątkowych zdolności umysłowych”. Odrzucił takie przekonanie i powiedział, że jego bliscy przyjaciele często powtarzali mu, że jego zdolności były „na poziomie przeciętnym”.
Co było zatem sekretem jego sukcesu? Odpowiedział, że zawdzięcza go temu, co nazwał życiem w „szczelnie zamkniętych przedziałach dnia”. Co miał na myśli? Kilka miesięcy przed swoim wystąpieniem w Yale sir William Osler przepłynął Atlantyk na pokładzie wielkiego liniowca oceanicznego, którego kapitan, stojąc na mostku, mógł nacisnąć przycisk i — presto! — nagle rozlegał się dźwięk maszyn, a poszczególne części statku natychmiast zostawały odcięte od siebie, zamknięte w wodoszczelnych przedziałach.
„Teraz każdy z was — powiedział profesor Osler do studentów Yale — jest jeszcze bardziej cudownym organizmem niż ten wielki liniowiec i również zmierza w bardzo długą podróż. Proszę was, abyście nauczyli się kontrolować swoje mechanizmy tak, by żyć w »szczelnie zamkniętych przedziałach dnia« — co jest najpewniejszym sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa w tej podróży. Wejdźcie na mostek swojego życia i upewnijcie się, że grodzie są zamknięte. Naciśnijcie przycisk i niech na każdym poziomie waszej egzystencji zamkną się stalowe drzwi odcinające przeszłość – martwe wczorajsze dni. Naciśnijcie kolejny przycisk i zamknijcie, zasłaniając metalową kurtyną, przyszłość – nienarodzone jutra. Wtedy dopiero będziecie bezpieczni – bezpieczni w chwili obecnej… Odetnijcie się od przeszłości! Niech umarłe dni grzebią swoich umarłych... Odrzućcie wczorajsze troski, które tylko zaślepiają i wskazują drogę do śmierci. Ciężar jutra, dodany do brzemienia wczorajszego dnia i dźwigany obecnie, przygniata nawet najmocniejszych. Dlatego zamknijcie przyszłość równie szczelnie jak przeszłość... Przyszłość to dziś. Nie ma jutra. Dzień zbawienia człowieka jest teraz. Marnowanie energii, niepokój, nerwowe troski prześladują tych, którzy lękają się przyszłości... Zamknijcie grodzie, zamknijcie wodoszczelne przedziały i przygotujcie się do wyrobienia w sobie nawyku życia w »szczelnie zamkniętych przedziałach dnia«”.
Czy profesor Osler miał na myśli to, że nie powinniśmy w ogóle myśleć o przyszłości? Bynajmniej. Powiedział jednak, że najlepszym sposobem przygotowania się do jutra jest pełna koncentracja całej inteligencji, całej energii i całej pasji na wykonaniu dzisiejszej pracy najlepiej, jak potrafimy. To jedyna skuteczna metoda przygotowania się na przyszłość.
Sir William Osler zalecał studentom Yale rozpoczynanie dnia od modlitwy Pańskiej: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.
Pamiętajcie, że ta prośba dotyczy tylko dzisiejszego pożywienia. Nie ubolewa się w niej nad czerstwym chlebem z wczoraj i nie mówi: „O Boże, ostatnio było bardzo sucho i może znowu nastąpi susza – a wtedy, jeśli stracę pracę, skąd wezmę chleb jesienią? O Boże, jak zdobędę wtedy pożywienie?”
Nie, ta modlitwa uczy nas prosić każdego dnia tylko o dzisiejszy chleb. Dzisiejszy chleb jest bowiem jedynym, jaki można spożyć.
Wiele lat temu ubogi filozof wędrował przez pustynny kraj, w którym ludzie z trudem wiązali koniec z końcem. Pewnego dnia tłum zebrał się wokół niego na wzgórzu, a on wygłosił być może najczęściej cytowane przemówienie w dziejach ludzkości. Zawierało słowa, które przez wieki rozbrzmiewają echem: „Nie troszczcie się o dzień jutrzejszy, bo dzień jutrzejszy sam o siebie się zatroszczy. Dosyć ma dzień swojej biedy”.
Wielu ludzi odrzuciło te słowa Jezusa: „Nie troszczcie się o jutro”. Uznali je za radę idealisty, za przykład orientalnego mistycyzmu. „Muszę myśleć o jutrze — mówili. — Muszę zabezpieczyć swoją rodzinę. Muszę odkładać pieniądze na starość. Muszę planować i przygotowywać się na przyszłość”.
I słusznie! Oczywiście, że trzeba zadbać o swoją przyszłość. Prawda jest jednak taka, że słowa Jezusa, przetłumaczone ponad trzysta lat temu, dziś nie oznaczają tego samego, co w czasach króla Jakuba. Wówczas angielskie słowo thought (myśl) często oznaczało niepokój. Współczesne przekłady Biblii oddają przesłanie Chrystusa trafniej: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy”. Planuj zatem i przygotowuj się na przyszłość, ale nie pozwól, by przyszłość cię dręczyła.
W czasie drugiej wojny światowej nasi dowódcy wojskowi planowali przyszłe działania, ale nie mogli sobie pozwolić na paraliżujący strach. „Wyposażyłem najlepszych ludzi w najdoskonalszy sprzęt, jaki mieliśmy — powiedział admirał Ernest J. King, który dowodził marynarką wojenną Stanów Zjednoczonych — i wyznaczyłem im, moim zdaniem, najlepsze możliwe zadania. To wszystko, co mogłem zrobić. Jeśli okręt został zatopiony — kontynuował admirał King — nie mogę go wydobyć z morskich głębin. Jeśli ma pójść na dno, nie jestem w stanie temu zapobiec. Lepiej poświęcę czas na rozwiązywanie problemów jutra, niż będę się zamartwiał wczorajszymi porażkami. Poza tym, gdybym pozwolił tym rzeczom mnie przygnieść, długo bym nie wytrzymał”.
W czasie wojny czy pokoju podstawowa różnica między konstruktywnym a destrukcyjnym myśleniem jest następująca: konstruktywne podejście analizuje przyczyny i skutki wydarzeń, prowadząc do logicznego planowania; destrukcyjne często prowadzi do napięcia i załamań nerwowych.
Niedawno miałem zaszczyt przeprowadzić wywiad z Arthurem Haysem Sulzbergerem, wydawcą jednej z najsłynniejszych gazet świata: „The New York Times”. Pan Sulzberger powiedział mi, że gdy druga wojna światowa ogarnęła Europę, był tak wstrząśnięty, tak zaniepokojony przyszłością, że niemal nie mógł spać. Często wstawał w środku nocy, brał płótna i tuby z farbami, patrzył w lustro i próbował namalować autoportret. Nie znał się na malarstwie, lecz malował, by oderwać myśli od dręczących go obaw. Pan Sulzberger powiedział mi, że nie zdołał uwolnić się od lęków i odnaleźć spokoju ducha, dopóki nie przyjął jako swojego życiowego motta czterech słów z kościelnej pieśni One step enough for me (Jeden krok mi wystarczy). Brzmiały one następująco:
Lead, kindly Light…
Keep thou my feet: I do not ask to see
The distant scene; one step enough for me…
Prowadź, Światło łaskawe…
Strzeż mych kroków: nie proszę, bym ujrzał
Daleką drogę – jeden krok mi wystarczy…
Mniej więcej w tym samym czasie młody człowiek w mundurze, gdzieś w Europie poznawał tę samą prawdę. Nazywał się Ted Bengermino i mieszkał przy 5716 Newholme Road w Baltimore w stanie Maryland. Doprowadził się do poważnego przypadku przemęczenia bojowego.
„W kwietniu 1945 roku — opisuje swoją historię Ted Bengermino — martwiłem się tak długo, aż rozwinęła się u mnie dolegliwość, którą lekarze nazywają »spazmatycznym skurczem okrężnicy« – schorzenie wywołujące niewyobrażalne cierpienie. Gdyby wojna nie dobiegła końca wtedy, kiedy się zakończyła, jestem pewien, że doznałbym całkowitego załamania fizycznego. Byłem skrajnie wyczerpany. Pracowałem w dziale rejestracji poległych, jako podoficer w 94. Dywizji Piechoty. Moim zadaniem było ewidencjonowanie i prowadzenie rejestrów wszystkich poległych żołnierzy – zarówno alianckich, jak i wrogich. Musiałem też być obecny podczas ekshumacji ich ciał z prowizorycznych grobów polowych. Musiałem także zbierać rzeczy osobiste tych ludzi i odsyłać je rodzinom lub bliskim, którzy tak bardzo cenili te pamiątki. Nieustannie żyłem w strachu, że popełnimy jakieś kompromitujące czy poważne błędy. Niepokoiłem się, czy dam radę to wszystko przetrwać. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będę miał okazję wziąć w ramiona moje jedyne dziecko – szesnastomiesięcznego syna, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Byłem tak zmęczony i wyczerpany, że schudłem piętnaście kilogramów. Znajdowałem się tak blisko obłędu, że niemal traciłem rozum. Przerażony spoglądałem na swoje ręce. Były prawie samą skórą i kośćmi. Przerażała mnie myśl, że wrócę do domu jako wrak człowieka. Załamałem się i płakałem jak dziecko. Byłem tak roztrzęsiony, że za każdym razem, gdy zostawałem sam, z oczu spływały mi łzy. Był taki okres, zaraz po bitwie o Ardeny, że szlochałem tak często, iż niemal straciłem nadzieję na powrót do normalności.
W końcu trafiłem do wojskowego ambulatorium. Lekarz wojskowy udzielił mi rady, która całkowicie odmieniła moje życie. Po dokładnym badaniu stwierdził, że moje problemy mają podłoże psychiczne. »Ted — powiedział — chcę, żebyś pomyślał o swoim życiu jak o klepsydrze. Wiesz, że w górnej części znajdują się tysiące ziarenek piasku, które przesypują się powoli i równomiernie przez szyjkę w środku. Nic nie jest w stanie przyspieszyć przejścia więcej niż jednego ziarenka naraz przez tę wąską szyjkę bez uszkodzenia klepsydry. I ty, ja i wszyscy inni ludzie jesteśmy jak ta klepsydra. Rano, gdy zaczynamy dzień, stoi przed nami setka zadań, które wydają się niewykonalne. Ale jeśli podejdziemy do nich pojedynczo i pozwolimy im przepływać przez dzień powoli i równomiernie, jak ziarenka piasku przez wąską szyjkę klepsydry, to uchronimy się przed załamaniem zdrowia fizycznego i psychicznego«.
Od tego pamiętnego dnia stosuję tę zasadę. Jedno ziarenko piasku naraz... Jedno zadanie naraz. Ta rada uratowała mnie fizycznie i psychicznie w czasie wojny oraz pomaga mi również w obecnej karierze zawodowej. Pracuję w Commercial Credit Company w Baltimore. W biznesie napotkałem te same wyzwania, które znałem z czasów wojennych: mnóstwo spraw do załatwienia jednocześnie… i bardzo mało czasu na ich realizację. Czasem brakowało nam zapasów, innym razem problemem okazywały się nowe formularze, nowe układy magazynowe, zmiany adresów, otwieranie i zamykanie biur. Zamiast jednak wpadać w panikę, wprowadzać napięcie i dać się ponosić nerwom, przypomniałem sobie słowa lekarza: »Jedno ziarenko piasku naraz. Jedno zadanie naraz«. Powtarzając sobie te słowa jak mantrę, wywiązywałem się z obowiązków sprawniej i uwolniłem się od tego zamętu i chaosu, który niemal doprowadził mnie do załamania na polu bitwy”.
Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk naszej współczesnej cywilizacji jest fakt, że ponad połowa łóżek w szpitalach zajęta jest przez pacjentów z zaburzeniami nerwowymi i psychicznymi – ludzi, którzy załamali się pod przytłaczającym ciężarem nagromadzonych wczorajszych żali i lęków o przyszłość. A przecież zdecydowana większość z nich mogłaby dziś chodzić po ulicach, prowadząc szczęśliwe, pożyteczne życie, gdyby tylko wsłuchali się w słowa Jezusa: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy” lub w radę sir Williama Oslera: „Żyj w szczelnie zamkniętych przedziałach dnia”.
Ty i ja stoimy w tej chwili dokładnie na styku dwóch wieczności: rozległej przeszłości, która przeminęła bezpowrotnie, i przyszłości, która zmierza ku ostatniej sylabie zapisanej historii. Nie możemy egzystować ani w jednej, ani w drugiej z tych wieczności – nawet przez ułamek sekundy. Próbując to czynić, niszczymy swoje ciało i umysł. Lepiej więc być zadowolonym z jedynego czasu, w którym rzeczywiście możemy funkcjonować: od teraz do zaśnięcia. „Każdy może udźwignąć swój ciężar, choćby był ogromny, aż do zmierzchu” — napisał Robert Louis Stevenson, dodając: „Każdy może wykonać swoją pracę, choćby była uciążliwa, przez jeden dzień. Każdy może żyć słodko, cierpliwie, z miłością i czysto, aż do zachodu słońca. I to właśnie oznacza życie”.
Tak, to wszystko, czego życie od nas wymaga; ale pani E. K. Shields z 815 Court Street w Saginaw w Michigan, znalazła się na krawędzi rozpaczy – ocierając się o samobójstwo – zanim nauczyła się żyć od teraz do zachodu słońca.
„W 1937 roku straciłam męża — opowiadała pani Shields — byłam przygnębiona i prawie bez grosza przy duszy. Napisałam więc do mojego byłego pracodawcy, pana Leona Roacha z Roach-Fowler Company w Kansas City, i odzyskałam swoją dawną posadę. Wcześniej utrzymywałam się ze sprzedaży książek zarządom szkół wiejskich oraz miejskich. Samochód sprzedałam dwa lata wcześniej – gdy zachorował mój mąż. Na szczęście udało mi się zebrać wystarczającą kwotę pieniędzy, aby wpłacić zaliczkę na używany pojazd. Dzięki temu ponownie wyruszyłam w trasę, by handlować książkami.
Myślałam, że powrót do pracy w terenie pomoże mi przezwyciężyć depresję, ale samotne podróże i odosobnione posiłki stały się dla mnie niemal nie do zniesienia. Dodatkowo niektóre rejony okazały się mało dochodowe i trudno było mi regulować nawet te niewielkie raty za zakupiony samochód.
Wiosną 1938 roku pracowałam w okolicach Versailles w Missouri. Tamtejsze szkoły były biedne, a drogi w złym stanie. Czułam się tak samotna i zniechęcona, że w pewnym momencie rozważałam nawet samobójstwo. Sukces wydawał się nieosiągalny. Nie miałam żadnego celu. Każdego ranka z ogromnym trudem wstawałam i lękałam się zmierzyć z kolejnym dniem. Przerażało mnie wszystko: że nie dam rady spłacać rat za samochód; że zabraknie mi na czynsz; że nie będę miała co jeść; że moje zdrowie się pogarsza, a nie stać mnie na lekarza. Przed odebraniem sobie życia powstrzymywała mnie tylko świadomość, że moja siostra byłaby głęboko zasmucona, oraz fakt, że nie posiadam wystarczających środków, żeby pokryć koszty własnego pogrzebu.
Wtedy pewnego dnia przeczytałam artykuł, który podniósł mnie na duchu i dał mi odwagę do dalszego istnienia. Nigdy nie przestanę być wdzięczna za jedno inspirujące zdanie w tym artykule: »Każdy dzień jest nowym życiem dla mądrego człowieka«. Przepisałam te słowa, przykleiłam karteczkę na szybie samochodu i zerkałam na nią za każdym razem, gdy prowadziłam. Okazało się, że nie jest tak trudno żyć tylko jednym dniem na raz. Nauczyłam się zapominać o przeszłości i nie rozmyślać o przyszłości. Każdego ranka powtarzałam sobie: »Dziś rozpoczyna się nowe życie«.
Udało mi się pokonać lęk przed samotnością, ubóstwem i brakiem zatrudnienia. Teraz jestem szczęśliwa, pełna entuzjazmu i miłości do życia. Odnoszę sukcesy. Wiem, że już nigdy nie będę się bała, bez względu na to, co mnie spotka. Jestem pewna, że nie muszę lękać się przyszłości. Potrafię żyć jednym dniem na raz i wiem, że »każdy dzień jest nowym życiem dla mądrego człowieka«”.
Kto, twoim zdaniem, napisał te słowa:
Szczęśliwy człowiek, i tylko on szczęśliwy,
Kto potrafi nazwać dzisiejszy dzień swoim;
Kto, pewny siebie, może powiedzieć:
»Jutro, rób co chcesz, bo ja przeżyłem dzień dzisiejszy«.
Te słowa brzmią nowocześnie, prawda? Tymczasem zostały napisane trzydzieści lat przed narodzeniem Chrystusa przez rzymskiego poetę Horacego.
Jedną z najbardziej tragicznych rzeczy, jakie wiem o naturze ludzkiej, jest to, że wszyscy mamy skłonność do odkładania życia na później. Marzymy o jakimś magicznym różanym ogrodzie gdzieś za horyzontem – zamiast po prostu delektować się różami, które kwitną dziś pod naszymi oknami.
Dlaczego jesteśmy takimi głupcami – takimi tragicznymi głupcami?
„Jakie dziwne jest nasze życie” — napisał kiedyś Stephen Leacock, dodając: „Dziecko mówi: »Kiedy będę duże«. Ale co to znaczy? Większe dziecko wyjaśnia: »Kiedy dorosnę«. Jako dorosły człowiek oznajmia: »Kiedy się ożenię, to…«. A gdy zawiera związek małżeński, co wtedy? Myśli: »Kiedy przejdę na emeryturę…«. A potem, kiedy ta chwila nadchodzi, spogląda wstecz na swoje życie i czuje na sobie powiew chłodnego wiatru. Uświadamia sobie, że wszystko go ominęło, wszystko przepadło. Życie – czego uczymy się zbyt późno – polega na przeżywaniu każdej godziny i każdego dnia”.
Zmarły już Edward S. Evans z Detroit niemal sam siebie zniszczył zmartwieniami, zanim zrozumiał, że życie „jest w przeżywaniu, w tkance każdego dnia i każdej godziny”. Wychowany w biedzie, Edward Evans zarabiał pierwsze pieniądze sprzedając gazety, następnie pracował jako pomocnik w sklepie spożywczym. Później, gdy miał na utrzymaniu siedem osób, zatrudnił się jako pomocnik bibliotekarza. Choć zarobki były skromne, obawiał się odejścia z tej pracy. Minęło osiem lat, zanim zebrał się na odwagę, by rozpocząć własną działalność. Ale gdy to uczynił, zainwestował pożyczone pięćdziesiąt pięć dolarów i stworzył własną firmę, która przynosiła mu dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie. Potem przyszedł zabójczy kryzys. Evans poręczył znaczną sumę za przyjaciela, który po pewnym czasie zbankrutował. Zaraz potem upadł bank, w którym trzymał wszystkie swoje oszczędności. Stracił wszystko i popadł w długi na szesnaście tysięcy dolarów. Jego nerwy nie wytrzymały tego ciosu. „Nie mogłem spać ani jeść — wyznał mi. — Poczułem się dziwnie chory. Zmartwienia i tylko zmartwienia — dodał — doprowadziły mnie do tej choroby. Pewnego dnia, idąc ulicą, nagle zemdlałem i upadłem na chodnik. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Trafiłem do łóżka, a moje ciało pokryły bolesne wrzody. Wrosły one tak głęboko, że samo leżenie stało się udręką. Siły opuszczały mnie z każdą chwilą. W końcu lekarz oznajmił, że zostały mi jedynie dwa tygodnie życia. Szok. Sporządziłem testament i ułożyłem się w łóżku, czekając na nieuchronny koniec. Nie miało już sensu walczyć ani się trudzić. Poddałem się, rozluźniłem całkowicie i zasnąłem. Od tygodni nie spałem porządnie, ale teraz, gdy ziemskie troski dobiegły kresu, spałem spokojnie jak niemowlę. Moje wyczerpujące dolegliwości zaczęły ustępować. Odzyskałem apetyt i przybrałem na wadze.
Kilka tygodni później mogłem już poruszać się o kulach. Po sześciu tygodniach wróciłem do pracy. Wcześniej zarabiałem dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie, teraz z radością przyjąłem posadę za trzydzieści dolarów tygodniowo. Otrzymałem zajęcie polegające na sprzedaży klocków blokujących pod koła pojazdów podczas transportu koleją. Odrobiłem swoją lekcję na całe życie. Koniec z zamartwianiem się, koniec z żalem za minionym, koniec z lękiem przed tym, co nadejdzie. Całą energię i entuzjazm skoncentrowałem na sprzedaży tych klocków”.
Edward S. Evans szybko odzyskał pełnię sił. W ciągu kilku lat objął stanowisko prezesa firmy. Jego przedsiębiorstwo – Evans Product Company – było całkiem nieźle notowane na nowojorskiej giełdzie przez długie lata. Gdy zmarł w 1945 roku, uznawano go za jednego z najbardziej wizjonerskich ludzi biznesu w Stanach Zjednoczonych. Jeśli kiedykolwiek wylądujesz na Grenlandii, być może znajdziesz się na Evans Field – lądowisku nazwanym na jego cześć.
W tym właśnie tkwi sedno tej historii: Edward S. Evans nigdy nie osiągnąłby tych sukcesów w biznesie i życiu, gdyby nie przejrzał na oczy i nie uświadomił sobie, jak jałowe jest zamartwianie się – gdyby nie opanował sztuki życia w „szczelnie zamkniętych przedziałach dnia”.
Pięćset lat przed narodzeniem Chrystusa grecki filozof Heraklit uczył swoich uczniów, że „wszystko się zmienia poza prawem zmiany”. Mawiał: „Nie możesz dwa razy wejść do tej samej rzeki”. Woda płynie i zmienia się z każdą sekundą, podobnie jak człowiek, który do niej wchodzi. Życie to nieustanna zmiana. Jedyną pewnością jest dzień dzisiejszy. Po co psuć sobie radość z istnienia, usiłując rozwiązywać dylematy przyszłości, która i tak skazana jest na ciągłą zmienność i nieprzewidywalność – przyszłości, której nikt nie potrafi przewidzieć?
Starożytni Rzymianie mieli na to trafne powiedzenie: Carpe diem, co moglibyśmy tłumaczyć jako „Korzystaj z dnia” albo „Chwytaj dzień”. Tak, chwytaj dzień i wykorzystaj go jak najlepiej!
Taka była filozofia Lowella Thomasa. Niedawno spędziłem u niego weekend na farmie i zauważyłem, że w jego studiu radiowym wisiał cytat z Psalmu 118: „Oto dzień, który Pan uczynił; radujmy się więc i weselmy się w nim”.
Pisarz John Ruskin trzymał na swoim biurku prosty kawałek kamienia z wygrawerowanym jednym słowem: DZISIAJ. Ja nie posiadam takiego kamiennego napisu, ale mam wiersz przyklejony do lustra, by oglądać go każdego ranka podczas golenia – ten sam wiersz, który sir William Osler przechowywał na swoim biurku. Stworzył go słynny indyjski dramatopisarz Kalidas:
POWITANIE PORANKA
Spójrz na ten dzień!
Bo to jest życie, prawdziwe życie życia.
W jego krótkim biegu
Leżą wszystkie prawdy i rzeczywistości twojego istnienia:
Szczęście wzrostu
Chwała działania
Splendor osiągnięć,
Bo wczoraj to tylko wspomnienie,
A jutro jedynie marzenie,
Lecz dzień dobrze przeżyty czyni wczoraj szczęśliwym snem,
A każdy przyszły dzień — wizją pełną nadziei.
Spójrz więc uważnie na ten dzień,
Takie jest powitanie poranka.
Tak więc pierwszą rzeczą, którą powinieneś wiedzieć o zmartwieniach, jest następująca prawda: jeśli pragniesz je wyeliminować ze swojego życia – zrób to, co uczynił sir William Osler. Zasada pierwsza: Zamknij żelazne drzwi przed przeszłością i przyszłością. Żyj w szczelnie zamkniętych przedziałach dnia.
Dlaczego by nie zadać sobie tych pytań i nie zapisać odpowiedzi?
Czy mam skłonność do odkładania życia na później z powodu niepokoju o przyszłość lub marzeń o „magicznym różanym ogrodzie gdzieś za horyzontem”?
Czy czasem zatruwam teraźniejszość goryczą, rozpamiętując wydarzenia z przeszłości – te, które już minęły i stanową zamknięty rozdział?
Czy wstaję rano z postanowieniem „schwytania dnia” – maksymalnego wykorzystania tych dwudziestu czterech godzin?
Czy mogę wziąć z życia więcej, „żyjąc w szczelnie zamkniętych przedziałach dnia”?
Kiedy powinienem zacząć to robić? W przyszłym tygodniu?... Jutro?... Dzisiaj!
Czy chciałbyś poznać szybki, sprawdzony sposób radzenia sobie z kłopotliwymi sytuacjami — metodę, którą możesz zastosować natychmiast, jeszcze przed lekturą pozostałych rozdziałów tej książki?
Pozwól więc, że przedstawię ci receptę opracowaną przez Willisa H. Carriera, genialnego inżyniera, który dał początek branży klimatyzacyjnej i przez lata prowadził światowej sławy firmę Carrier Corporation w Syracuse w stanie Nowy Jork. To jedna z najskuteczniejszych strategii eliminowania problemów powodujących niepokój. Dowiedziałem się o niej bezpośrednio od samego pana Carriera podczas wspólnego lunchu w Engineers’ Club w Nowym Jorku.
„Gdy byłem młodym człowiekiem — powiedział pan Carrier — pracowałem dla Buffalo Forge Company w Buffalo w stanie Nowy Jork. Powierzono mi instalację aparatury do oczyszczania paliwa w wartym miliony dolarów zakładzie należącym do Pittsburgh Plate Glass Company w Crystal City w stanie Missouri. Celem instalacji było usunięcie zanieczyszczeń z paliwa, aby można było je spalać bez uszkadzania silników. Technologia oczyszczania była nowatorska, wcześniej testowana jedynie raz i to w odmiennych warunkach. W trakcie pracy w Crystal City pojawiły się nieprzewidziane komplikacje. Instalacja funkcjonowała, lecz nie spełniała standardów określonych w naszych gwarancjach.
Byłem wstrząśnięty porażką. Miałem wrażenie, jakby ktoś wymierzył mi cios w głowę. Mój żołądek, wnętrzności skręcały się i tak bardzo się martwiłem, że nie mogłem spać.
W końcu zdrowy rozsądek podpowiedział mi, że trapienie się do niczego nie prowadzi, więc wypracowałem metodę rozwiązywania trudności bez martwienia się. Zadziałało doskonale. Korzystam z tej techniki radzenia sobie ze zmartwieniami już od ponad trzech dekad. Metoda jest prosta i każdy może ją zastosować. Składa się z trzech kroków:
Krok 1. Przeanalizowałem sytuację z dystansu, na chłodno i szczerze, określając najgorszy możliwy scenariusz tej porażki. Nikt nie zamierzał mnie wsadzić do więzienia ani rozstrzelać. To było oczywiste. Rzeczywiście, groziła mi utrata posady, a moja firma mogła być zmuszona do demontażu instalacji i poniesienia straty dwudziestu tysięcy dolarów zainwestowanych w projekt.
Krok 2. Po ustaleniu najgorszego możliwego obrotu spraw, zaakceptowałem tę perspektywę jako ewentualność, z którą jestem w stanie się pogodzić. Powiedziałem sobie: To niepowodzenie nadszarpnie moją reputację zawodową i może doprowadzić do zwolnienia, lecz jeśli tak się stanie, zawsze znajdę inne zatrudnienie — możliwe, że na gorszych warunkach. Moi przełożeni rozumieją, że testujemy innowacyjną technologię, i jeśli to doświadczenie kosztuje ich dwadzieścia tysięcy dolarów, to są w stanie ten wydatek udźwignąć. Mogą potraktować go jako inwestycję badawczą, ponieważ to właśnie eksperyment.
Gdy uświadomiłem sobie, jaki może być najgorszy rozwój wydarzeń i zaakceptowałem go jako ewentualność, wydarzyło się coś niezwykle istotnego: błyskawicznie odzyskałem równowagę i poczułem spokój, jakiego nie zaznałem od wielu dni.
Krok 3. Od tego momentu spokojnie poświęciłem swój czas i energię na ulepszenie najgorszego scenariusza, który już zaakceptowałem w myślach.
Zacząłem teraz zastanawiać się, jak zmniejszyć potencjalną stratę dwudziestu tysięcy dolarów. Przeprowadziłem analizę i ostatecznie doszedłem do wniosku, że dodatkowa inwestycja pięciu tysięcy dolarów w nowe komponenty rozwiąże problem. Tak też uczyniliśmy — i zamiast stracić dwadzieścia tysięcy, zarobiliśmy piętnaście tysięcy dolarów.
Prawdopodobnie nigdy nie zdołałbym tego osiągnąć, gdybym wciąż się martwił, ponieważ jedną z najbardziej destrukcyjnych cech zamartwiania jest jego zdolność do niszczenia koncentracji. Gdy dajemy się opanować obawom, nasze myśli skaczą z miejsca na miejsce i tracimy umiejętność podejmowania trafnych decyzji. Kiedy jednak zmuszamy się do zaakceptowania najgorszego scenariusza i mentalnie godzimy się z tą perspektywą, eliminujemy wszelkie mgliste, nieprecyzyjne lęki i zyskujemy możliwość skoncentrowania się na rozwiązaniu problemu.
Ta sytuacja, którą właśnie opisałem, wydarzyła się wiele lat temu. Metoda okazała się na tyle skuteczna, że stosuję ją od tamtej pory niezmiennie. W efekcie moje życie jest niemal całkowicie uwolnione od destrukcyjnych zmartwień”.
Dlaczego magiczna formuła Willisa H. Carriera jest tak jest tak cenna i psychologicznie efektywna? Czy potrafimy to wyjaśnić? Jasne: ponieważ wydobywa nas z szarej mgły, w której błądzimy oślepieni przez zmartwienia. Stawia nas twardo na ziemi. Wiemy wreszcie, na czym stoimy. A bez stabilnego fundamentu pod nogami, jak możemy liczyć na wymyślenie czegokolwiek rozsądnego?
Profesor William James, ojciec psychologii stosowanej, nie żyje od trzydziestu ośmiu lat. Gdyby jednak żył i poznał tę formułę radzenia sobie z najgorszym, z pewnością by ją poparł. Skąd moja pewność? Ponieważ mawiał do swoich studentów: „Bądźcie gotowi zaakceptować fakty... Bądźcie gotowi przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest — przekonywał, dodając, że „akceptacja tego, co się wydarzyło, stanowi pierwszy krok do przezwyciężenia skutków jakiegokolwiek nieszczęścia”.
Identyczny pogląd wyraził Lin Yutang w swojej popularnej książce The Importance of Living. „Prawdziwy spokój ducha — zauważył ten chiński myśliciel — rodzi się z zaakceptowania najgorszego”. Z psychologicznego punktu widzenia oznacza to, jak sądzę, uwolnienie energii.
I rzeczywiście tak jest! Psychologicznie oznacza to nowy przypływ energii. Gdy pogodzimy się z najgorszym scenariuszem, nie mamy już nic do stracenia. A to automatycznie oznacza, że mamy wszystko do zyskania! „Gdy stanąłem twarzą w twarz z najgorszą możliwością — relacjonował Willis H. Carrier — natychmiast się odprężyłem i poczułem spokój, jakiego nie zaznałem od wielu dni. Od tego momentu mogłem znów jasno myśleć”.
To ma sens, prawda? A jednak miliony ludzi zrujnowały sobie życie tkwiąc w burzliwym zamęcie, bo nie potrafiły pogodzić się z najgorszym. Nie próbowały naprawić sytuacji i nie chciały uratować tego, co jeszcze dawało się ocalić z katastrofy. Zamiast tego pogrążyły się w gorzkim i gwałtownym buncie przeciwko rzeczywistości — i stały się ofiarami tej mrocznej obsesji zwanej melancholią.
Chcesz przekonać się, jak ktoś inny zastosował formułę Willisa H. Carriera, aby rozwiązać własne problemy? Oto przykład nowojorskiego sprzedawcy ropy, który uczestniczył w moich zajęciach.
„Padłem ofiarą szantażu! — rozpoczął swoją opowieść. — Nie wierzyłem, że to możliwe. Zawsze wydawało mi się, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach, ale rzeczywiście byłem szantażowany! Rzecz przedstawiała się następująco: kierowałem firmą naftową, która posiadała kilka cystern i zatrudniała wielu kierowców. W tamtym okresie obowiązywały surowe przepisy wojenne, które ograniczały ilość paliwa dostarczanego pojedynczemu klientowi. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że niektórzy kierowcy dostarczali naszym stałym odbiorcom mniej ropy niż należało, a powstałą w ten sposób nadwyżkę sprzedawali na własną rękę innym kupcom.
Pierwszy sygnał o tych nielegalnych praktykach otrzymałem, gdy pojawił się u mnie człowiek podający się za rządowego inspektora. Zażądał łapówki za milczenie na temat tego nielegalnego procederu. Dysponował dokumentami potwierdzającymi machlojki naszych kierowców i zagroził, że przekaże je prokuratorowi okręgowemu, jeśli mu nie zapłacę.
Oczywiście wiedziałem, że osobiście nie mam się, czym przejmować, ponieważ jestem bez winy. Jednak zdawałem sobie sprawę, że w świetle prawa przedsiębiorstwo odpowiada za czyny swoich pracowników i byłem świadomy, że gdyby sprawa trafiła do sądu, a media ją nagłośniły, skandal zniszczyłby mój biznes. Byłem dumny z mojej firmy — założył ją mój ojciec dwadzieścia cztery lata wcześniej.
Byłem tak zmartwiony, że się rozchorowałem! Przez trzy doby nie jadłem, nie spałem, krążyłem bez celu. Czy zapłacić te pięć tysięcy dolarów? A może pozwolić temu człowiekowi działać? Każda decyzja wydawała mi się koszmarem.
W niedzielny wieczór sięgnąłem po broszurę How to Stop Worrying, którą otrzymałem na kursie wystąpień publicznych Dale’a Carnegiego. Podczas lektury natknąłem się na historię Willisa H. Carriera. »Zmierz się z najgorszym« — brzmiała rada. Zadałem więc sobie pytanie: »Co najgorszego może się wydarzyć, jeśli odmówię zapłaty, a ci szantażyści przekażą dokumenty prokuratorowi?«
Odpowiedź była jasna: »Koniec mojego biznesu — to najgorszy możliwy scenariusz. Nie trafię do więzienia. Najgorszą konsekwencją będzie zniszczenie firmy przez złą prasę«.
Powiedziałem sobie: »W porządku, firma jest zrujnowana. Pogódź się z tym w myślach. Co teraz?«
Pomyślałem wtedy: »Jeśli mój biznes padnie i zbankrutuję, prawdopodobnie będę musiał szukać zatrudnienia. To wcale nie brzmi tak źle. Znam się na branży naftowej. Kilka przedsiębiorstw chętnie by mnie przyjęło...« Zacząłem odczuwać ulgę. Czarny dół, w którym tkwiłem przez trzy dni i noce, zaczął się rozjaśniać. Uspokoiłem się... i ku własnemu zaskoczeniu odzyskałem zdolność logicznego myślenia.
Miałem już wystarczająco jasny umysł, by przejść do trzeciego kroku — naprawić najgorsze szkody. Gdy rozpocząłem poszukiwanie rozwiązań, wpadł mi do głowy pomysł, którego wcześniej nie brałem pod uwagę. Uświadomiłem sobie, że jeśli przedstawię całą sprawę prawnikowi, być może znajdzie on wyjście, o którym sam nie pomyślałem. Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale byłem tak pochłonięty zamartwianiem się, że wcześniej ta myśl nie przyszła mi do głowy! Natychmiast podjąłem decyzję: pierwsza rzecz, jaką zrobię rano, to udam się do adwokata i poszedłem spać, przesypiając całą noc!
Jak to wszystko się skończyło? Następnego ranka prawnik poradził mi, bym zgłosił się do prokuratora okręgowego i przedstawił mu całą sprawę, mówiąc prawdę. Tak właśnie zrobiłem. Kiedy skończyłem swoją relację, byłem zaskoczony, słysząc prokuratorskie słowa, że ten szantaż trwał od miesięcy, a człowiek podający się za »rządowego agenta« był oszustem poszukiwanym przez policję. Cóż za ulga po trzech dniach i nocach dręczenia się pytaniem, czy powinienem przekazać pięć tysięcy dolarów temu zawodowemu naciągaczowi!
To doświadczenie stało się dla mnie cenną lekcją. Teraz, gdy napotykam jakiś problem grożący wywołaniem niepokoju, stosuję to, co nazywam »formułą starego dobrego Willisa H. Carriera«”.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Willis H. Carrier zmagał się z urządzeniami do oczyszczania paliwa w zakładzie w Crystal City w Missouri, pewien mieszkaniec Broken Bow w Nebrasce sporządzał swój testament. Nazywał się Earl P. Haney i cierpiał na wrzody dwunastnicy. Trzech lekarzy, włącznie ze słynnym specjalistą od chorób wrzodowych, orzekło, że przypadek pana Haneya jest „nieuleczalny”. Zalecono mu unikanie określonych potraw, powiedziano, by się nie martwił i nie denerwował — miał zachować spokój. Kazano mu również sporządzić testament! Te dolegliwości zmusiły Earla P. Haneya do rezygnacji z bardzo dobrego i świetnie płatnego stanowiska. Nie miał więc nic do roboty, niczego, na co mógłby czekać, poza powolną śmiercią.
Wtedy podjął decyzję: rzadką i wspaniałą decyzję. „Skoro mam przed sobą tylko kilka miesięcy życia — powiedział — równie dobrze mogę je wykorzystać najlepiej, jak się da. Zawsze marzyłem o podróży dookoła świata. Jeśli mam to uczynić, muszę działać teraz”. Kupił więc bilet.
Lekarze byli zszokowani. „Musimy pana ostrzec — oświadczyli — jeśli wyruszy pan w tę podróż, umrze pan i pochowają pana w oceanie”. „Nie — odparł krótko, po czym dodał: Obiecałem mojej rodzinie, że zostanę pochowany w rodzinnym grobie w Broken Bow w Nebrasce. Kupię więc trumnę i zabiorę ją ze sobą”.
Nabył więc trumnę, załadował ją na statek, a następnie zawarł umowę z linią żeglugową, by w razie śmierci na pokładzie, umieścić jego ciało w chłodni i przewieźć do domu. Wyruszył w podróż, inspirowany duchem starego Omara:
Ah, make the most of what we yet may spend,
Before we too into the Dust descend;
Dust into Dust, and under Dust, to lie,
Sans Wine, sans Song, sans Singer, and — sans End!
Ach, cieszmy się tym, co jeszcze da się przeżyć,
Zanim i my w proch się obrócimy;
Proch w proch, i pod nim – na wieczny spoczynek,
Bez wina, bez pieśni, bez pieśniarza — i bez końca.
Jednak nie odbył tej podróży sans wine, czyli „bez wina”. „Piłem whisky i wódkę, paliłem długie cygara” — relacjonował pan Haney w liście, który mam teraz przed sobą. „Jadłem wszelkiego rodzaju potrawy — nawet dziwne egzotyczne specjały, które powinny mnie zabić. Bawiłem się lepiej niż kiedykolwiek w życiu! Przeżyliśmy monsuny i tajfuny, które powinny posłać mnie w tej trumnie na dno oceanu — ale przetrwałem to z ogromną radością”.
„Grałem na pokładzie statku w różne gry, śpiewałem piosenki, nawiązywałem nowe znajomości, zarywałem noce na zabawie. Kiedy dotarliśmy do Chin i Indii, uświadomiłem sobie, że kłopoty, jakie zaprzątały mi głowę w rodzinnym domu, były po prostu rajem w porównaniu z biedą i głodem w Azji. Przestałem się bezsensownie zamartwiać i poczułem się świetnie. Gdy wróciłem do Ameryki, przybrałem na wadze ponad czterdzieści kilogramów. Niemal zapomniałem, że kiedykolwiek miałem wrzody żołądka. Nigdy wcześniej nie miałem lepszego samopoczucia. Od razu sprzedałem trumnę grabarzowi i wróciłem do pracy. Od tamtej pory nie chorowałem ani jednego dnia”.
W tamtym okresie Earl P. Haney nigdy nawet nie słyszał o Willisie H. Carrierze ani jego metodzie radzenia sobie ze zmartwieniami. „Ale teraz rozumiem — powiedział mi niedawno — że nieświadomie zastosowałem dokładnie tę samą zasadę. Pogodziłem się z najgorszym, co mogło się wydarzyć — w moim przypadku była to śmierć. Następnie próbowałem wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Gdybym jednak po wejściu na statek nadal się trapił, nie mam wątpliwości, że wróciłbym do domu wewnątrz tej trumny. Ale się rozluźniłem — zapomniałem o kłopotach. A ten spokój ducha dał mi nową energię, która dosłownie ocaliła mi życie”. (Earl P. Haney mieszka obecnie pod adresem 52 Wedgemere Ave. w Winchester w Massachusetts).
Skoro Willis H. Carrier uchronił dzięki swojej formule kontrakt wart dwadzieścia tysięcy dolarów, skoro nowojorski biznesmen zdołał uwolnić się od szantażu, a Earl P. Haney dosłownie ocalił własne życie, stosując tę niezawodną metodę — czy nie jest możliwe, że również twoje trudności znajdą dzięki niej rozwiązanie?
Czy nie jest prawdopodobne, że pomoże ci ona uporać się z problemami, które wydawały się niemożliwe do pokonania? Zasada druga brzmi następująco: gdy napotykasz na dręczący cię kłopot, zastosuj magiczną formułę Willisa H. Carriera, wykonując trzy rzeczy:
Zadaj sobie pytanie, co najgorszego może się wydarzyć?
Przygotuj się mentalnie na przyjęcie czarnego scenariusza, jeśli zajdzie taka konieczność.
Następnie spokojnie przystąp do poprawienia tego najgorszego scenariusza.
