Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi - Dale Carnegie - ebook

Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi ebook

Dale Carnegie

0,0
28,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj sekret ludzkich relacji, który zmieni Twoje życie!

Ta książka to światowy bestseller, który od dziesięcioleci pomaga milionom ludzi zdobywać sympatię, budować autorytet i skutecznie wpływać na innych – bez manipulacji, bez presji, z pełnym szacunkiem.

To potężne, sprawdzone w praktyce zasady komunikacji, które działają w biznesie, sprzedaży, przywództwie i życiu prywatnym. Nauczysz się, jak zjednywać sobie ludzi od pierwszego spotkania, jak przekonywać z klasą oraz jak zamieniać konflikty w współpracę.

Jeśli chcesz, by inni słuchali Cię z uwagą, ufali Twoim decyzjom i chętnie podążali za Twoimi pomysłami – ta książka stanie się Twoim przewodnikiem.

Ponadczasowy klasyk sukcesu.

Jedna książka, która może zmienić wszystkie Twoje relacje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 301

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny How to Win Friends and Influ­ence People

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Iza­bela Sur­dy­kow­ska-Jurek Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa: Joanna Kłos Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redak­tor tech­niczny: Witold Kuśmier­czyk

Copy­ri­ght © for this edi­tion and trans­ation by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riata@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@bel­lona.pl, www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32, www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18933-1

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Książkę tę dedy­kuję czło­wie­kowi,który nie musi jej czy­tać –mojemu dro­giemu przy­ja­cie­lowiHome­rowi Croy­owi

O autorze

Dale Car­ne­gie – ame­ry­kań­ski pisarz, wykła­dowca oraz autor sław­nych kur­sów samo­do­sko­na­le­nia, sprze­daży, szko­leń fir­mo­wych, wygła­sza­nia mów publicz­nych i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych – był dru­gim synem ubo­giego far­mera Jamesa Wil­liama Car­ne­giego i jego żony Amandy Eli­za­beth Har­bi­son. Przy­szedł na świat w 1888 roku w miej­sco­wo­ści Mary­ville w sta­nie Mis­so­uri. Choć wsta­wał co noc o czwar­tej, aby wydoić krowy, ukoń­czył State Teacher’s Col­lege w War­rens­burgu. Po stu­diach zajął się sprze­dażą kur­sów kore­spon­den­cyj­nych, a następ­nie bekonu, mydła oraz smalcu, które pro­du­ko­wała firma Armour & Com­pany.

W 1911 roku Car­ne­gie zre­zy­gno­wał z pracy sprze­dawcy po odło­że­niu pię­ciu­set dola­rów, zamie­rza­jąc zaan­ga­żo­wać się w ruch Chau­tau­qua, lecz zamiast zostać wykła­dowcą, zapi­sał się na Ame­ri­can Aca­demy of Dra­ma­tic Arts. Nie odniósł jed­nak suk­cesu na sce­nie i wró­cił bez oszczęd­no­ści do Nowego Jorku. Miesz­ka­jąc w budynku nale­żą­cym do YMCA, wpadł na pomysł popro­wa­dze­nia wykła­dów z nauki publicz­nych prze­mó­wień. W trak­cie pierw­szych zajęć omó­wił przed cza­sem cały przy­go­to­wany mate­riał i popro­sił uczest­ni­czące w nich osoby, aby opo­wie­działy o tym, co je dener­wuje. Oka­zało się, że roz­ma­wia­jąc na ten temat, odczu­wały one znacz­nie mniej­szy lęk przed publicz­nymi wystą­pie­niami. Dzięki tej wie­dzy posze­rzył w 1912 roku zakres zagad­nień oma­wia­nych na kur­sie, a zale­d­wie dwa lata póź­niej zara­biał pięć­set dola­rów tygo­dniowo, speł­nia­jąc pra­gnie­nia wielu Ame­ry­ka­nów pra­gną­cych roz­wi­jać wła­sne umie­jęt­no­ści. W 1916 roku stać go już było na wyna­ję­cie Car­ne­gie Hall i wygło­sze­nie w wypeł­nio­nej po brzegi ope­rze wykładu.

Swoją wie­dzę Dale Car­ne­gie zawarł w książce Jak prze­ma­wiać publicz­nie. Prak­tyczny kurs dla ludzi biz­nesu (wyda­nej w 1926 roku), lecz zmie­nił kilka lat póź­niej jej tytuł na Jak prze­ma­wiać publicz­nie i wpły­wać na ludzi biz­nesu (wyda­nie z 1932 roku). Opu­bli­ko­wana w 1936 roku przez wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter książka Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi stała się best­sel­le­rem, a zara­zem naj­le­piej sprze­da­jącą się pozy­cją w całym dorobku autora. Zawarł w niej prak­tyczne porady poma­ga­jące wieść udane życie zawo­dowe i oso­bi­ste. Do dziś korzy­stają z niej osoby korzy­stające z usług Dale Car­ne­gie Tra­ining. Książka składa się z czte­rech czę­ści:

Część 1: Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi.

Część 2: Sześć spo­so­bów na to, aby inni nas lubili.

Część 3: Jak prze­ko­nać innych ludzi do naszych pomy­słów i spo­sobu myśle­nia.

Część 4: Bądź lide­rem: jak zmie­niać ludzi, nie obra­ża­jąc ich i nie wzbu­dza­jąc w ich nie­chęci.

Do czasu śmierci autora prze­tłu­ma­czono ją na trzy­dzie­ści jeden języ­ków i sprze­dano w pię­ciu milio­nach egzem­pla­rzy.

W cza­sie I wojny świa­to­wej Dale Car­ne­gie słu­żył w ame­ry­kań­skiej armii. W 1931 roku roz­wiódł się z pierw­szą żoną, a w 1944 roku oże­nił ponow­nie, z Doro­thy Price Van­der­pool. Zmarł w 1955 roku we wła­snym domu, prze­żyw­szy sześć­dzie­siąt sześć lat. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w mie­ście Bel­ton w sta­nie Mis­so­uri.

Wstęp

Pierw­sze wyda­nie Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi uka­zało się w roku 1937. Jego nakład liczył zale­d­wie pięć tysięcy sztuk. Autor Dale Car­ne­gie i wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter zakła­dali skromne zyski ze sprze­daży. Ku ich ogrom­nemu zdzi­wie­niu książka w mgnie­niu oka stała się hitem, a kolejne dodruki z tru­dem zaspo­ka­jały rosnące zapo­trze­bo­wa­nie. Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi prze­szło do histo­rii jako jeden z naj­więk­szych świa­to­wych best­sel­le­rów. Dotknęło czu­łego miej­sca i zaspo­ko­iło potrzebę, która nie wyni­kała jedy­nie ze skut­ków wiel­kiego kry­zysu, czego dowo­dzą nie­zbi­cie kolejne wyda­nia uka­zu­jące się ponad pół wieku po pierw­szym.

Dale Car­ne­gie zwykł mówić, że łatwiej zaro­bić milion dola­rów, niż traf­nie ująć myśl w jed­nym zda­niu. Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi samo w sobie stało się takim zda­niem – cyto­wa­nym, para­fra­zo­wa­nym, paro­dio­wa­nym i wyko­rzy­sty­wa­nym w roz­licz­nych kon­tek­stach w komik­sach i powie­ściach. Książkę prze­tłu­ma­czono na pra­wie wszyst­kie uży­wane dziś języki. Odkry­wały ją na nowo kolejne poko­le­nia, znaj­du­jąc w niej zna­czące dla nich tre­ści.

Tak oto docho­dzimy do nasu­wa­ją­cego się logicz­nie pyta­nia – po co wpro­wa­dzać korekty i poprawki do tek­stu, który stale prze­ma­wia do czy­tel­ni­ków? Po co maj­stro­wać przy czymś, co odnio­sło suk­ces?

Na począ­tek należy wszyst­kim uświa­do­mić, że Dale Car­ne­gie za życia sam wie­lo­krot­nie i nie­zmor­do­wa­nie reda­go­wał swoje prace. Książka Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi zro­dziła się jako pod­ręcz­nik uży­wany na kur­sach do nauki efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia i nawią­zy­wa­nia rela­cji i do dziś jest w ten spo­sób uży­wana. Aż do śmierci w 1955 roku Dale nano­sił poprawki i kory­go­wał tre­ści pre­zen­to­wane w ramach kursu tak, by lepiej odpo­wia­dały potrze­bom rosną­cej grupy odbior­ców. Był nie­do­ści­gniony w dostrze­ga­niu zmie­nia­ją­cych się nur­tów współ­cze­snego życia. Nie­ustan­nie dopra­co­wy­wał wła­sne metody prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy – kil­ku­krot­nie aktu­ali­zo­wał swoją książkę na temat efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia. Gdyby żył dłu­żej, wła­sno­ręcz­nie popra­wiłby tekst Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi, aby lepiej odzwier­cie­dlał on zmiany, jakie zaszły na świe­cie od chwili jej powsta­nia w latach trzy­dzie­stych XX wieku.

Sporo zamiesz­czo­nych w książce nazwisk nale­żą­cych do osób ówcze­śnie dobrze zna­nych dziś mówi współ­cze­snym czy­tel­ni­kom bar­dzo nie­wiele. Nie­które przy­kłady i frazy spra­wiają w kon­tek­ście obec­nych nastro­jów spo­łecz­nych wra­że­nie rów­nie sta­ro­świec­kich co histo­rie opi­sane w wik­to­riań­skiej powie­ści. A to osła­bia siłę prze­kazu i samą treść książki.

Z tego powodu zde­cy­do­wa­li­śmy się ją prze­re­da­go­wać, by stała się bar­dziej przy­stępna i zro­zu­miała dla współ­cze­snych czy­tel­ni­ków, nie inge­ru­jąc w jej zawar­tość. Jedyne „zmiany”, jakie wpro­wa­dzi­li­śmy do Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi, pole­gały na usu­nię­ciu kilku zdań i doda­niu odno­szą­cych się do dzi­siej­szych cza­sów przy­kła­dów. Zacho­wa­li­śmy zuchwały i pełen werwy styl pisa­nia – nie tknę­li­śmy nawet slan­go­wych okre­śleń, któ­rych uży­wano w latach trzy­dzie­stych. Dale Car­ne­gie pisał tak, jak mówił – z entu­zja­zmem, posłu­gu­jąc się kolo­kwia­li­zmami niczym gawę­dziarz.

Z tego też powodu głos Dale’a stale roz­brzmiewa w jego książ­kach i pra­cach. Tysiące osób z całego świata uczest­ni­czą rok­rocz­nie w opra­co­wa­nych przez niego kur­sach. Kolejne tysiące czy­tają Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi i czer­pią z niego inspi­ra­cje do wpro­wa­dze­nia zmian we wła­snym życiu. To wła­śnie im ofe­ru­jemy nowe wyda­nie książki, dopra­co­wu­jąc i doszli­fo­wu­jąc bar­dzo sprawne narzę­dzie, jakie ona nie­wąt­pli­wie sta­nowi.

Jak powstała niniejsza książka – a także z jakiego powodu

Dale Car­ne­gie

Przez pierw­sze trzy­dzie­ści pięć lat XX wieku ame­ry­kań­skie wydaw­nic­twa opu­bli­ko­wały łącz­nie ponad dwie­ście tysięcy róż­nych ksią­żek. Więk­szość z nich była strasz­li­wie nudna, a wiele oka­zało się finan­so­wymi poraż­kami. Czy uży­łem słowa „wiele”? Szef jed­nego z naj­więk­szych domów wydaw­ni­czych na świe­cie zwie­rzył mi się, że aż sie­dem z ośmiu wyda­wa­nych przez jego firmę tytu­łów notuje straty.

Skąd wzięła się w takim razie moja śmia­łość do napi­sa­nia kolej­nej książki? I dla­czego powin­ni­ście w ogóle po nią się­gać?

To bar­dzo dobre pyta­nia. Posta­ram się odpo­wie­dzieć na oba.

Od 1912 roku opra­co­wuję i pro­wa­dzę kursy zawo­dowe dla miesz­kań­ców Nowego Jorku. Począt­kowo zaj­mo­wa­łem się wyłącz­nie nauką wygła­sza­nia prze­mó­wień publicz­nych. Dzięki moim kur­som ludzie dowia­dy­wali się, jak szybko reago­wać i podej­mo­wać decy­zje oraz kla­row­nie, sku­tecz­nie i swo­bod­nie wyra­żać wła­sne myśli w roz­mo­wach biz­ne­so­wych, a także zwra­ca­jąc się do więk­szych grup słu­cha­czy.

Z cza­sem, wraz z upły­wem kolej­nych pór roku, zda­łem sobie sprawę, że kur­sanci oprócz nauki efek­tyw­nego prze­ma­wia­nia potrze­bo­wali rów­nież wie­dzy na temat tego, jak doga­dy­wać się z innymi ludźmi na co dzień – w kon­tak­tach zawo­do­wych i towa­rzy­skich.

Rów­nie stop­niowo uświa­da­mia­łem sobie, że i mnie przy­da­łoby się takie szko­le­nie. Kiedy dziś spo­glą­dam wstecz, poraża mnie wła­sny brak fine­zji i zro­zu­mie­nia. Jakże żałuję, że podobna książka nie tra­fiła do moich rąk dwa­dzie­ścia lat temu! Byłaby z pew­no­ścią dro­go­cen­nym skar­bem.

Obcho­dze­nie się z ludźmi to naj­praw­do­po­dob­niej naj­więk­szy pro­blem, z jakim mie­rzy­cie się w codzien­nym życiu – a w szcze­gól­no­ści na polu zawo­do­wym. Prze­pro­wa­dzone kilka lat temu pod auspi­cjami Fun­da­cji Car­ne­giego dla Roz­woju Nauki bada­nie wyka­zało bar­dzo istotną rzecz, którą potwier­dziły następ­nie kolejne prace wyko­nane przez Insty­tut Tech­no­lo­gii Car­ne­giego. Oka­zuje się, że nawet na tak spe­cja­li­stycz­nym polu zawo­do­wym jak inży­nie­ria posia­dana wie­dza deter­mi­nuje suk­ces w zale­d­wie 15 pro­cen­tach, a w aż 85 pro­cen­tach zależy on od umie­jęt­nego posłu­gi­wa­nia się inży­nie­rią spo­łeczną, czyli od oso­bo­wo­ści i zdol­no­ści prze­wo­dze­nia.

Przez wiele lat pro­wa­dzi­łem kursy dla Fila­del­fij­skiego Klubu Inży­nie­rów i nowo­jor­skiego wydziału Ame­ry­kań­skiego Insty­tutu Inży­nie­rów Elek­try­ków. Uczest­ni­czyło w nich łącz­nie mniej wię­cej tysiąc pię­ciu­set słu­cha­czy. Zgła­szali się na nie, gdyż po latach pracy, obser­wa­cji i gro­ma­dze­nia doświad­czeń zda­wali sobie w końcu sprawę, że naj­le­piej płatne sta­no­wi­ska zaj­mo­wały w ich fir­mach osoby, które nie­ko­niecz­nie były świet­nymi inży­nie­rami. Wykwa­li­fi­ko­wany pra­cow­nik z wie­dzą na temat inży­nie­rii, księ­go­wo­ści lub archi­tek­tury może liczyć na nomi­nalną stawkę. Lecz jeśli taka osoba dodat­kowo umie wyra­żać wła­sne pomy­sły, nie waha się przej­mo­wać przy­wódz­twa i potrafi roz­bu­dzać entu­zjazm u innych, to z pew­no­ścią zarobi znacz­nie wię­cej.

W naj­lep­szym okre­sie swo­jego zawo­do­wego życia John D. Roc­ke­fel­ler stwier­dził, że „umie­jęt­ność obcho­dze­nia się z ludźmi jest towa­rem takim samym jak cukier czy kawa. I jestem gotów zapła­cić za pozy­ska­nie tej umie­jęt­no­ści wię­cej niż jakiej­kol­wiek innej”.

Czy nie uwa­ża­cie, że wszyst­kie szkoły i uczel­nie w kraju powinny pro­wa­dzić kursy roz­wi­ja­jące tę naj­cen­niej­szą na całym świe­cie umie­jęt­ność? Jeśli tak się dzieje, to musia­łem ów fakt prze­ga­pić, zanim zasia­dłem do pisa­nia.

Uni­wer­sy­tet Chi­ca­gow­ski i orga­ni­za­cja YMCA zor­ga­ni­zo­wały ankietę, aby usta­lić, czego naj­chęt­niej chcia­łyby się uczyć doro­słe osoby.

Przy­go­to­wa­nie bada­nia zajęło dwa lata, a kosz­to­wało ono dwa­dzie­ścia pięć tysięcy dola­rów. Prze­pro­wa­dzono je w Meri­den w sta­nie Con­nec­ti­cut, uzna­jąc je za typowe ame­ry­kań­skie mia­sto. Wszyst­kim doro­słym miesz­kań­com i miesz­kan­kom Meri­den zadano sto pięć­dzie­siąt sześć pytań, takich jak: Czym się pan zaj­muje zawo­dowo? Jakie ma pan wykształ­ce­nie? Jak spę­dza pan czas wolny? Ile pan zara­bia? Jakie ma pan hobby? Jakie są pana ambi­cje? Z jakimi mie­rzy się pan pro­ble­mami? Jaką wie­dzę chciałby pan zdo­być? Bada­nie wyka­zało, że ludzie naj­chęt­niej inte­re­so­wali się zdro­wiem oraz innymi ludźmi – chcieli wie­dzieć, jak się z nimi doga­dy­wać, jak spra­wić, by ich lubili, i jak prze­ko­ny­wać ich do wła­snych pomy­słów.

Orga­ni­za­to­rzy bada­nia posta­no­wili przy­go­to­wać wła­śnie taki kurs dla miesz­kań­ców i miesz­ka­nek Meri­den. Roz­po­częli sumienne poszu­ki­wa­nia pod­ręcz­ni­ków zaj­mu­ją­cych się tym zagad­nie­niem, lecz nie zna­leźli żad­nego. W końcu zwró­cili się do jed­nego z auto­ry­te­tów w dzie­dzi­nie edu­ka­cji i zapy­tali, czy może im pole­cić sto­sowną książkę. „Nie – odparł. – Rozu­miem potrzeby tych ludzi, ale taka książka ni­gdy nie powstała”.

Wiem z doświad­cze­nia, że podana odpo­wiedź była praw­dziwa, gdyż latami sam szu­ka­łem prak­tycz­nego i sku­tecz­nego pod­ręcz­nika na temat rela­cji mię­dzy­ludz­kich.

A skoro takowy nie ist­niał, posta­no­wi­łem napi­sać wła­sny i wyko­rzy­stać go w trak­cie orga­ni­zo­wa­nych kur­sów. Macie go przed sobą. Mam nadzieję, że się wam spodoba.

Przy­go­to­wu­jąc się do jego stwo­rze­nia, prze­czy­ta­łem wszyst­kie tek­sty, jakie zdo­ła­łem zna­leźć na inte­re­su­jący mnie temat – od felie­to­nów w gaze­tach i arty­ku­łów w cza­so­pi­smach, przez akta sądowe, po dzieła daw­nych filo­zo­fów i współ­cze­snych psy­cho­lo­gów. Dodat­kowo zatrud­ni­łem bada­cza, który następne pół­tora roku życia spę­dził w biblio­te­kach, czy­ta­jąc tek­sty, które prze­ga­pi­łem, od uczo­nych wywo­dów po setki arty­ku­łów i bio­gra­fii sław­nych osób, aby pomóc w usta­le­niu, jak dawni przy­wódcy radzili sobie w kon­tak­tach z innymi. Prze­czy­ta­li­ście zapewne nie­jedną z nich. Wszy­scy lubimy czy­tać opo­wie­ści z życia Juliu­sza Cezara czy Tho­masa Edi­sona. My prze­czy­ta­li­śmy ponad sto bio­gra­fii The­odore’a Roose­velta. Byli­śmy gotowi poświę­cić mnó­stwo czasu i pie­nię­dzy, aby poznać każdy prak­tyczny spo­sób, jakiego użyto kie­dyś do zdo­by­wa­nia przy­ja­ciół i zjed­ny­wa­nia sobie ludzi.

Oso­bi­ście prze­py­ta­łem wiele osób, które odnio­sły suk­cesy – nie­które z nich cie­szyły się nawet świa­tową sławą, jak wyna­lazcy Mar­coni i Edi­son, poli­tycy Fran­klin D. Roose­velt i James Far­ley, przed­się­biorca Owen D. Young, gwiazdy fil­mowe Clark Gable i Mary Pick­ford, podróż­nik Mar­tin John­son – aby poznać sto­so­wane przez nie w kon­tak­tach z innymi tech­niki.

Korzy­sta­jąc ze zgro­ma­dzo­nego mate­riału, przy­go­to­wa­łem krótką prze­mowę i zaty­tu­ło­wa­łem ją „Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi”. Była ona jed­nak krótka tylko począt­kowo, bo szybko roz­ro­sła się do wykładu trwa­ją­cego pół­to­rej godziny. Przez lata wygła­sza­łem go na kur­sach orga­ni­zo­wa­nych przez nowo­jor­ski Insty­tut Car­ne­giego.

Wygła­sza­łem i zachę­ca­łem słu­cha­czy, by testo­wali zdo­by­waną wie­dzę w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym, a potem dzie­lili się swo­imi doświad­cze­niami z pozo­sta­łymi oso­bami uczest­ni­czą­cymi w kur­sie, a także tym, co zdo­łali osią­gnąć. Jakże inte­re­su­jące było to zada­nie! Pomysł uczest­ni­cze­nia w nowego rodzaju bada­niach zafa­scy­no­wał osoby łak­nące samo­do­sko­na­le­nia. Wspól­nie stwo­rzy­li­śmy pierw­sze i jedyne na świe­cie labo­ra­to­rium bada­jące ludz­kie rela­cje.

Ta książka nie powstała jak inne. Rosła niczym dziecko. Zro­dziła się i roz­wi­nęła w labo­ra­to­rium, dzięki doświad­cze­niom tysięcy doro­słych osób.

Lata temu roz­po­czę­li­śmy od listy zasad spi­sa­nych na kartce papieru nie więk­szej od pocz­tówki. W następ­nym seme­strze musie­li­śmy sko­rzy­stać z więk­szej kartki, potem z bro­szury, a następ­nie z kilku stale się roz­ra­sta­ją­cych bro­szur. Po pięt­na­stu latach zbie­ra­nia doświad­czeń i eks­pe­ry­men­to­wa­nia powstała z nich niniej­sza książka.

Reguły, które nakre­śli­li­śmy, nie wzięły się z teo­rii ani zga­dy­wa­nek. Dzia­łają jed­nak zna­ko­mi­cie. Choć może to zabrzmieć dziw­nie, na wła­sne oczy widzia­łem, jak odmie­niają ludz­kie życie.

Sko­rzy­stajmy z przy­kładu. Na kurs zapi­sał się męż­czy­zna nad­zo­ru­jący pracę trzy­stu czter­na­stu osób. Przez lata otwar­cie i bez umiaru je kry­ty­ko­wał. Z jego ust nie padały ni­gdy słowa uprzej­mo­ści, uzna­nia ani zachęty. Po zapo­zna­niu się z mate­ria­łami zawar­tymi w tej książce dra­stycz­nie zmie­nił życiową filo­zo­fię. Jego pra­cow­nicy są teraz lojalni i z entu­zja­zmem ze sobą współ­pra­cują. Trzy­stu czter­na­stu wro­gów zmie­nił w trzy­stu czter­na­stu przy­ja­ciół. Jak z dumą oznaj­mił, prze­ma­wia­jąc w trak­cie kursu: „Kiedy prze­cho­dzi­łem kory­ta­rzami firmy, nikt się ze mną nie witał. Pra­cow­nicy odwra­cali wzrok na mój widok. Teraz wszy­scy są moimi przy­ja­ciółmi i nawet stróż zwraca się do mnie po imie­niu”.

Czło­wiek ten zara­biał teraz wię­cej, miał wię­cej czasu dla sie­bie i – co ma nie­skoń­cze­nie więk­szą war­tość – był znacz­nie szczę­śliw­szy w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym.

Wielu sprze­daw­ców zwięk­szyło swoje zyski, sto­su­jąc wspo­mniane reguły. Wielu zyskało nowych klien­tów, choć wcze­śniej sły­szało od nich odmowy. Kie­row­nicy uzy­skali więk­sze upraw­nie­nia i pod­wyżki. Jeden z nich przy­znał, że stało się tak, gdyż zasto­so­wał w pracy poznane reguły. Dru­giego, zatrud­nio­nego w Fila­del­fij­skim Przed­się­bior­stwie Gazow­ni­czym, cze­kała degra­da­cja z powodu kłó­tli­wego cha­rak­teru i nie­udol­nego kie­ro­wa­nia zespo­łem. Dzięki szko­le­niom ów sześć­dzie­się­cio­pię­cio­la­tek otrzy­mał awans i więk­sze wyna­gro­dze­nie.

Na przy­ję­ciach orga­ni­zo­wa­nych po zakoń­cze­niu kur­sów wie­lo­krot­nie sły­sza­łem od mężów i żon, że w domach zago­ściło wię­cej szczę­ścia, odkąd ich dru­gie połówki zaczęły uczęsz­czać na wykłady.

Ludzie czę­sto są zadzi­wieni osią­ga­nymi przez sie­bie rezul­ta­tami. Wydają im się cza­ro­dziej­ską sztuczką. Zda­rzało się, że dzwo­nili do mnie w nie­dzielę, gdyż chcieli się nimi pochwa­lić natych­miast i nie mogli cze­kać kolej­nych dwóch dni na kolejną sesję wykła­dów.

Pewien kur­sant dys­ku­to­wał na temat reguł z innymi uczest­ni­kami przez cały wie­czór. Gdy pozo­stali roze­szli się do domów o trze­ciej w nocy, on ani myślał o śnie – tak bar­dzo pora­ziła go świa­do­mość popeł­nio­nych wcze­śniej błę­dów i per­spek­tywa otwie­ra­ją­cego się przed nim nowego świata. Nie zdo­łał zmru­żyć oka także następ­nego dnia i następ­nej nocy.

Kim był? Naiwną i słabo wykształ­coną osobą zawie­rza­jącą z miej­sca każ­dej nowej teo­rii? Wręcz prze­ciw­nie. Był oby­tym w świe­cie han­dla­rzem dzieł sztuki, lwem salo­no­wym wła­da­ją­cym bie­gle trzema języ­kami i absol­wen­tem dwóch euro­pej­skich uni­wer­sy­te­tów.

Pisząc ten roz­dział, otrzy­ma­łem list od pew­nego nie­miec­kiego ary­sto­kraty, któ­rego przod­ko­wie od poko­leń słu­żyli w armiach Hohen­zol­ler­nów. Napi­sał go na pokła­dzie trans­atlan­tyc­kiego parowca, przed­sta­wia­jąc zasto­so­wa­nie pozna­nych na kur­sie zasad z reli­gij­nym nie­malże zapa­łem.

Inny czło­wiek – wie­kowy i zamożny Nowo­jor­czyk, absol­went Harvardu i wła­ści­ciel dużej fabryki dywa­nów – oznaj­mił, że przez czter­na­ście tygo­dni trwa­nia kursu dowie­dział się o wywie­ra­niu wpływu na ludzi wię­cej niż przez cztery lata spę­dzone na uczelni. Czy powie­dział nie­do­rzecz­ność? Coś śmiesz­nego? Nie­wy­obra­żal­nego? Macie prawo zare­ago­wać na moje słowa dowol­nym przy­miot­ni­kiem, gdyż przy­ta­czam jedy­nie – bez komen­ta­rza – opi­nię kon­ser­wa­tyw­nego i odno­szą­cego suk­cesy absol­wenta Harvardu, którą usły­szało pra­wie sześć­set osób zgro­ma­dzo­nych w czwart­kowy wie­czór, 23 lutego 1933 roku, w nowo­jor­skim Yale Club.

Sławny harvardzki pro­fe­sor Wil­liam James stwier­dził: „W zesta­wie­niu z tym, kim powin­ni­śmy być, jeste­śmy zale­d­wie pół­przy­tomni. Robimy uży­tek tylko z małej czę­ści fizycz­nych i psy­chicz­nych zaso­bów. Stwier­dza­jąc ogól­nie, czło­wiek żyje w gra­ni­cach wła­snych ogra­ni­czeń. Dys­po­nuje roz­licz­nymi zdol­no­ściami, z któ­rych noto­rycz­nie nie korzy­sta”.

Zdol­no­ści, z któ­rych „noto­rycz­nie nie korzy­sta­cie”! Jedy­nym celem powsta­nia tej książki było udzie­le­nie wam pomocy w odna­le­zie­niu, udo­sko­na­le­niu, a następ­nie czer­pa­niu zysków z nie­wy­ko­rzy­sta­nych i uśpio­nych talen­tów.

Były rek­tor Uni­wer­sy­tetu Prin­ce­ton dr John G. Hib­ben powie­dział: „Edu­ka­cja to zdol­ność spro­sta­nia życio­wym sytu­acjom”.

Jeśli po prze­czy­ta­niu pierw­szych trzech roz­dzia­łów nie poczu­je­cie, że zyska­li­ście lep­sze narzę­dzia do mie­rze­nia się z życio­wymi sytu­acjami, to uznam moją książkę za porażkę, gdyż jak stwier­dził Her­bert Spen­cer: „naj­więk­szym celem edu­ko­wa­nia nie jest wie­dza, lecz dzia­ła­nie”.

A to jest wła­śnie książka o dzia­ła­niu.

Dale Car­ne­gie 1936

Dziewięć wskazówek i rad, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści

1.

Jeśli chcesz zyskać jak naj­wię­cej na czy­ta­niu niniej­szej książki, musisz speł­nić jeden bez­względ­nie konieczny wymóg, znacz­nie istot­niej­szy niż jakie­kol­wiek zasady bądź tech­niki. Jeśli nie masz tej fun­da­men­tal­nej cechy, nie pomoże sto­so­wa­nie się do nawet tysiąca reguł. A jeśli masz tę wro­dzoną zdol­ność, zdo­łasz osią­gnąć cudowne rze­czy bez czy­ta­nia rad na temat efek­tyw­nego korzy­sta­nia z porad­nika.

Jaki jest ten tajem­ni­czy wymóg? Po pro­stu szczera i mocna chęć do nauki i silna deter­mi­na­cja do dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z innymi ludźmi.

Jak można wykształ­cić w sobie powyż­sze cechy? Dzięki sta­łemu przy­po­mi­na­niu sobie, jak bar­dzo są dla nas istotne. Musisz wyobra­zić sobie, jak ich udo­sko­na­la­nie pro­wa­dzi cię ku bogat­szemu, peł­niej­szemu, szczę­śliw­szemu i uda­nemu życiu. Musisz powta­rzać sobie raz po raz: „Moja popu­lar­ność, moje szczę­ście i poczu­cie war­to­ści zależą w dużym stop­niu od mojej umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z innymi ludźmi”.

2.

Czy­taj kolejne roz­działy bez zagłę­bia­nia się w szcze­góły, aby zyskać wła­ściwą per­spek­tywę. Nie ule­gaj poku­sie i nie prze­ska­kuj pospiesz­nie do następ­nych – chyba że czy­tasz wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. Jeśli chcesz popra­wić umie­jęt­no­ści nawią­zy­wa­nia rela­cji, wróć do początku roz­działu i prze­czy­taj go uważ­niej raz jesz­cze. W ten spo­sób zaosz­czę­dzisz czas i szyb­ciej osią­gniesz rezul­taty.

3.

Prze­ry­waj czę­sto czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad tym, co prze­czy­ta­łeś. Spró­buj usta­lić, jak i kiedy mógł­byś zasto­so­wać w prak­tyce zamiesz­czone w tek­ście suge­stie.

4.

Czy­taj z ołów­kiem, dłu­go­pi­sem, mar­ke­rem lub maza­kiem w dłoni. Jeśli natra­fisz na radę, którą mógł­byś twoim zda­niem wyko­rzy­stać, pod­kreśl ją. Jeśli będzie to suge­stia czte­ro­gwiazd­kowa, pod­kreśl lub zakreśl każde zda­nie, albo postaw przy nich jakiś znak. Zazna­cza­nie tek­stu czyni pro­ces czy­ta­nia bar­dziej inte­re­su­ją­cym, a dodat­kowo uła­twia i przy­spie­sza jego póź­niej­sze prze­glą­da­nie.

5.

Zna­łem kobietę, która przez pięt­na­ście lat pra­co­wała jako kie­row­niczka w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Każ­dego mie­siąca prze­glą­dała umowy zawarte w tym okre­sie z klien­tami. Ozna­czało to, że mie­siąc po mie­siącu i rok po roku czy­tała czę­sto te same doku­menty. Dla­czego tak robiła? Doświad­cze­nie nauczyło ją, że tylko w ten spo­sób będzie w sta­nie zapa­mię­tać wszyst­kie klau­zule.

Książkę o wygła­sza­niu prze­mów pisa­łem przez dwa lata, a mimo to zaglą­da­łem do niej od czasu do czasu, aby przy­po­mnieć sobie, co napisa­łem. Szyb­kość, z jaką zapo­mi­namy, jest zdu­mie­wa­jąca.

Jeśli chcesz wynieść z czy­ta­nia tej książki jak naj­wię­cej, przej­rze­nie jej pospiesz­nie raz z pew­no­ścią nie wystar­czy. Po uważ­nym prze­czy­ta­niu każ­dego roz­działu powi­nie­neś wra­cać do niego każ­dego kolej­nego mie­siąca. Trzy­maj książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Czę­sto ją prze­glą­daj. Zaska­kuj sie­bie róż­no­rod­nymi moż­li­wo­ściami roz­woju, które cze­kają za hory­zon­tem. Pamię­taj przy tym, że sto­so­wa­nie reguł wej­dzie ci w nawyk tylko poprzez ich stałe i zde­cy­do­wane prak­ty­ko­wa­nie.

6.

Ber­nard Shaw powie­dział: „Jeśli nauczysz czło­wieka cze­go­kol­wiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny pro­ces. Uczymy się poprzez dzia­ła­nie. Jeśli chcesz zdo­być umie­jęt­no­ści opi­sane w tej książce, musisz zacząć z nich korzy­stać i robić to przy każ­dej oka­zji. W prze­ciw­nym razie szybko o nich zapo­mnisz. Zapa­mię­tu­jemy tylko tę wie­dzę, z któ­rej robimy uży­tek.

Zasto­so­wa­nie wszyst­kich reguł będzie z pew­no­ścią trudne. Dobrze o tym wiem, bo cho­ciaż napi­sa­łem o nich książkę, to sam mie­wam pro­blemy z robie­niem tego, do czego zachę­cam czy­tel­ni­ków. Posłużmy się przy­kła­dem. Kiedy jeste­śmy nie­za­do­wo­leni, znacz­nie łatwiej kry­ty­ku­jemy i potę­piamy innych, a trud­niej spo­glą­damy na sprawy z ich punktu widze­nia. Znacz­nie łatwiej wyszu­ku­jemy wady, niż udzie­lamy pochwał. Łatwiej przy­cho­dzi nam mówie­nie o wła­snych potrze­bach niż o potrze­bach innych osób. Czy­ta­jąc tę książkę, przy­po­mi­naj sobie, że nie robisz tego wyłącz­nie w celu pozy­ska­nia infor­ma­cji. Pró­bu­jesz wykształ­cić w sobie nowe nawyki. Ba, pró­bu­jesz żyć w nowy spo­sób. A do tego będziesz potrze­bo­wał czasu, uporu i codzien­nej prak­tyki.

Dla­tego czę­sto wra­caj do prze­czy­ta­nych już stron. Potrak­tuj tę książkę jak pod­ręcz­nik na temat rela­cji z innymi ludźmi, a gdy natkniesz się na kon­kretny pro­blem – nie­po­słuszne dziecko, mał­żonkę lub mał­żonka, któ­rych musisz prze­ko­nać do swo­ich pomy­słów, czy poiry­to­wa­nego klienta – nie ule­gaj impul­som, gdyż jest to zazwy­czaj dzia­ła­nie nie­wła­ściwe. Wra­caj do książki, czy­taj ponow­nie zakre­ślone wcze­śniej frag­menty, a następ­nie wypró­bo­wuj zamiesz­czone w nich rady w prak­tyce i przy­glą­daj się zaska­ku­ją­cym efek­tom podej­mo­wa­nych decy­zji.

7.

Wręcz mał­żonce, part­ne­rowi, dzie­ciom, kole­gom z pracy po zło­tówce za każ­dym razem, gdy zła­miesz któ­rąś z zasad. Zamień naukę w grę.

8.

Pod­czas roz­mowy przed moimi zaję­ciami pewien pre­zes noto­wa­nego na gieł­dzie banku opi­sał bar­dzo sku­teczną metodę samo­do­sko­na­le­nia, z któ­rej sam korzy­stał. Nie miał wyż­szego wykształ­ce­nia, a mimo to został jed­nym z naj­waż­niej­szych ame­ry­kań­skich finan­si­stów. Jak sam przy­znał, jego suk­ces zale­żał w dużym stop­niu od cią­głego sto­so­wa­nia opra­co­wa­nego samo­dziel­nie sys­temu. Posta­ram się przy­to­czyć poni­żej jego słowa tak wier­nie, jak tylko zdo­łam.

„Latami korzy­sta­łem z ter­mi­na­rza, w któ­rym noto­wa­łem wszyst­kie spo­tka­nia, jakie odby­łem danego dnia. Moi bli­scy ni­gdy nie robili pla­nów na sobotni wie­czór, gdyż odda­wa­łem się wtedy kształ­cą­cemu pro­ce­sowi rewi­zji i samo­oceny. Po kola­cji otwie­ra­łem w samot­no­ści ter­mi­narz i przy­po­mi­na­łem sobie prze­bieg każ­dej roz­mowy, dys­ku­sji i spo­tka­nia, w któ­rych uczest­ni­czy­łem w bie­żą­cym tygo­dniu. Zada­wa­łem też sobie pyta­nia:

– Jakie błędy popeł­ni­łem tym razem?

– Co tym razem zro­bi­łem popraw­nie i w jaki spo­sób mógł­bym to zro­bić jesz­cze lepiej?

– Czego nauczyło mnie to doświad­cze­nie?

Czę­sto coty­go­dniowe wery­fi­ka­cje spra­wiały, że czu­łem się nie­szczę­śliwy. Zaska­ki­wały mnie popeł­niane noto­rycz­nie błędy. Co oczy­wi­ste, z upły­wem lat wpadki zda­rzały się coraz rza­dziej. Cza­sami mia­łem ochotę pochwa­lić sie­bie. Uży­wa­łem tego sys­temu auto­ana­lizy i edu­ka­cji przez lata. Odnio­słem dzięki niemu naj­wię­cej korzy­ści w porów­na­niu z innymi meto­dami, które zasto­so­wa­łem.

Roz­wi­ną­łem za jego sprawą umie­jęt­ność podej­mo­wa­nia decy­zji – a ta wielce mi pomo­gła w nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów z ludźmi. Pole­cam go z całego serca”.

Może zasto­su­jesz w takim razie wspo­mnianą metodę do wery­fi­ka­cji tego, czy trzy­masz się reguł opi­sa­nych w książce? Jeśli tak postą­pisz, wyda­rzą się dwie rze­czy.

Po pierw­sze, zaan­ga­żu­jesz się w pro­ces nauki, zarówno cie­kawy, jak i bez­cenny.

Po dru­gie, szybko zorien­tu­jesz się, że twoje umie­jęt­no­ści radze­nia sobie i obcho­dze­nia z ludźmi ule­gną gwał­tow­nej popra­wie.

9.

Na końcu tej książki znaj­dziesz kilka pustych stro­nic, na któ­rych będziesz mógł wyno­to­wać odno­szone przez sie­bie suk­cesy. Bądź szcze­gó­łowy w opi­sach zda­rzeń. Notuj nazwi­ska, daty, adresy, koń­cowe rezul­taty. Taki rejestr zachęci cię do bar­dziej wytę­żo­nych wysił­ków, a po latach zapewni fascy­nu­jącą lek­turę!

Aby odnieść z czy­ta­nia tej książki naj­więk­sze korzy­ści, powi­nie­neś:

Wykształ­cić w sobie silną potrzebę sto­so­wa­nia reguł rela­cji mię­dzy­ludz­kich.

Prze­czy­tać każdy roz­dział dwu­krot­nie przed przej­ściem do kolej­nego.

Czę­sto prze­ry­wać czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad zasto­so­wa­niem poda­wa­nych rad.

Pod­kre­ślać w tek­ście naj­waż­niej­sze frag­menty.

Wra­cać do tej książki każ­dego mie­siąca.

Sto­so­wać opi­sane w niej reguły przy każ­dej oka­zji. Korzy­stać z niej jak z porad­nika poma­ga­ją­cego w roz­wią­zy­wa­niu codzien­nych pro­ble­mów.

Prze­kształ­cić pro­ces nauki w grę, wrę­cza zna­jo­mym lub bli­skim drobne sumy za każde zła­ma­nie któ­rejś z reguł.

Spraw­dzać co tydzień czy­nione postępy. Zasta­na­wiać się nad popeł­nio­nymi błę­dami, rze­czami do poprawy i tym, czego już się nauczy­łeś.

Spo­rzą­dzać notatki na końcu książki, zapi­su­jąc przy­padki sto­so­wa­nia zasad.

Część 1. Podstawowe techniki obchodzenia się z ludźmi

Część 1

Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi

Rozdział 1. „Jeśli chcesz zbierać miód, to nie przewracaj ula”

Roz­dział 1

„Jeśli chcesz zbie­rać miód, to nie prze­wra­caj ula”

7 maja 1931 roku naj­bar­dziej zaska­ku­jąca obława, jaka miała miej­sce w Nowym Jorku, dobie­gła końca. Po trwa­ją­cych tygo­dnie poszu­ki­wa­niach Fran­cis „Dwie Spluwy” Crow­ley – mor­derca, który nie pił ani nie palił – został osa­czony w miesz­ka­niu swo­jej dziew­czyny przy West End Ave­nue.

Stu pięć­dzie­się­ciu poli­cjan­tów i detek­ty­wów zamknęło w potrza­sku ści­ga­nego, który ukrył się na ostat­nim pię­trze budynku. Pró­bo­wali wybić dziury w dachu i wyku­rzyć Crow­leya gazem łza­wią­cym. Kiedy to zawio­dło, usta­wili na dachach pobli­skich gma­chów kara­biny maszy­nowe. Przez ponad godzinę w miesz­kal­nej dziel­nicy Nowego Jorku roz­brzmie­wały kle­ko­czące wystrzały. Ukryty za wyście­ła­nym fote­lem Crow­ley odpo­wia­dał bez­u­stan­nie ogniem. Bitwie przy­glą­dało się z chod­ni­ków i okien dzie­sięć tysięcy roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych gapiów. Taka strze­la­nina wyda­rzyła się na uli­cach Nowego Jorku po raz pierw­szy.

Kiedy Crow­ley wpadł w końcu w ręce poli­cji, komi­sarz E.P. Mul­ro­oney oznaj­mił, że posłu­gu­jący się dwoma pisto­le­tami despe­rat był jed­nym z naj­groź­niej­szych prze­stęp­ców w histo­rii nowo­jor­skiej metro­po­lii. „Potrafi zabić w mgnie­niu oka” – stwier­dził.

A jak postrze­gał samego sie­bie Crow­ley? Znamy odpo­wiedź na to pyta­nie, bo gdy poli­cjanci ostrze­li­wali jego kry­jówkę, napi­sał poże­gnalny list i zaadre­so­wał go „do wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych”. Ska­pu­jąca z ran krew pozo­sta­wiła na kartce papieru czer­wone ślady, pomię­dzy któ­rymi można było odczy­tać słowa: „Pod moim płasz­czem bije znu­żone, lecz dobre serce – takie, które ni­gdy nie wyrzą­dzi­łoby nikomu krzywdy”.

Dzień wcze­śniej Crow­ley wybrał się samo­cho­dem na Long Island i obca­ło­wy­wał się z dziew­czyną na pobo­czu drogi. Nie­spo­dzie­wa­nie do auta pod­szedł poli­cjant i powie­dział: „Popro­szę prawo jazdy”.

Bez jed­nego słowa Crow­ley się­gnął po broń i zasy­pał funk­cjo­na­riu­sza gra­dem oło­wia­nych poci­sków. Kiedy śmier­tel­nie ranny męż­czy­zna upadł na zie­mię, strze­lec wysko­czył z samo­chodu, wyjął z kabury poli­cjanta rewol­wer i wpa­ko­wał w jego ciało jesz­cze jedną kulę. I był to ten sam czło­wiek, który utrzy­my­wał, że „nie wyrzą­dziłby nikomu krzywdy”.

Crow­leya ska­zano na śmierć na krze­śle elek­trycz­nym. Czy przed wyko­na­niem wyroku w wię­zie­niu Sing Sing zadał pyta­nie: „Czy takie są kon­se­kwen­cje zabi­ja­nia ludzi?”? Otóż nie. Zapy­tał za to: „Czy takie są kon­se­kwen­cje sta­wa­nia w swo­jej obro­nie?”.

Morał tej opo­wie­ści jest nastę­pu­jący – „Dwie Spluwy” Crow­ley nie poczu­wał się do żad­nej winy.

Jeśli uwa­ża­cie, że taka postawa należy w gro­nie prze­stęp­ców do rzad­ko­ści, to posłu­chaj­cie tego.

„Spę­dzi­łem naj­lep­sze lata życia, zapew­nia­jąc ludziom drobne przy­jem­no­ści, umoż­li­wia­jąc im dobrą zabawę, a w zamian dosta­łem tylko obe­lgi i egzy­sten­cję zaszczu­tego czło­wieka”.

To słowa Ala Capone. Tak, tego Ala Capone – wroga publicz­nego numer jeden i naj­strasz­niej­szego gang­stera, jakiego wydało Chi­cago. On rów­nież nie miał sobie niczego do zarzu­ce­nia. Co wię­cej, postrze­gał sie­bie jako nie­do­ce­nia­nego i błęd­nie postrze­ga­nego dobro­czyńcę.

Podob­nie mnie­mał o sobie nie­bez­pieczny nowo­jor­ski gang­ster Dutch Schultz, nim dosię­gły go w Newark poci­ski kon­ku­ren­cji. W wywia­dzie udzie­lo­nym jed­nej z gazet wła­śnie w ten spo­sób sie­bie przed­sta­wił. I świę­cie w to wie­rzył.

Wymie­ni­łem na ten temat z Lewi­sem Lewe­sem, który przez wiele lat był naczel­ni­kiem okry­tego złą sławą wię­zie­nia Sing Sing, wiele cie­ka­wych listów. W jed­nym z nich stwier­dził: „Nie­wielu więź­niów uważa sie­bie za złe osoby. Są ludźmi, tak jak ja i ty, więc racjo­na­li­zują i szu­kają wytłu­ma­czeń. Potra­fią wyja­śnić, dla­czego wła­mali się do sejfu albo pocią­gnęli za spust. Więk­szość znaj­duje argu­menty, zmy­ślone bądź logiczne, uspra­wie­dli­wia­jące ich anty­spo­łeczne zacho­wa­nia, także dla nich samych, i w kon­se­kwen­cji nie­złom­nie utrzy­muje, że w ogóle nie powinna tra­fić do wię­zie­nia”.

Skoro Al Capone, „Dwie Spluwy” Crow­ley, Dutch Schulz, a także męż­czyźni i kobiety zamknięci za wię­zien­nymi murami nie upa­trują w sobie winy, jak zacho­wują się osoby, z któ­rymi mamy regu­larny kon­takt?

John Wana­ma­ker, twórca jed­nej z pierw­szych sieci domów towa­ro­wych, która zawie­rała w nazwie jego imię i nazwi­sko, przy­znał: „Nauczy­łem się trzy­dzie­ści lat temu, że besz­ta­nie innych jest nie­roz­sądne. Poko­ny­wa­nie wła­snych ogra­ni­czeń nastrę­cza mi wystar­cza­jąco dużo trud­no­ści i naprawdę nie muszę mar­twić się tym, że Bóg posta­no­wił obdzie­lić ludzi inte­li­gen­cją bar­dzo nie­równo”.

Wana­ma­ker poznał tę prawdę wcze­śnie. W moim przy­padku musiała upły­nąć trze­cia część wieku, nim zda­łem sobie sprawę z tego, że w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu przy­pad­kach na sto ludzie nie skry­ty­kują samych sie­bie, bez względu na to, jak bar­dzo się mylą.

Kry­tyka jest jałowa, gdyż zmu­sza drugą osobę do obrony i two­rzy w niej potrzebę uspra­wie­dli­wie­nia wła­snych dzia­łań. Kry­tyka jest rów­nież nie­bez­pieczna, gdyż rani dumę dru­giej osoby, umniej­sza jej poczu­cie wła­snej war­to­ści i rodzi urazy.

Świa­to­wej sławy psy­cho­log B.F. Skin­ner udo­wod­nił poprzez swoje eks­pe­ry­menty, że zwie­rzęta nagra­dzane za dobre zacho­wa­nie uczą się znacz­nie szyb­ciej i dłu­żej zapa­mię­tują to, czego się nauczyły, niż te karane za zacho­wa­nia złe. Póź­niej­sze bada­nia wyka­zały, że podobna reguła ma zasto­so­wa­nie rów­nież w przy­padku ludzi. Kry­ty­ku­jąc innych, nie wywo­łu­jemy trwa­łych zmian, a jedy­nie hodu­jemy urazy.

Inny sławny badacz Hans Selye stwier­dził: „Łak­niemy apro­baty tak mocno, jak oba­wiamy się potę­pie­nia”. Pre­ten­sje rodzone przez kry­tykę demo­ra­li­zują pra­cow­ni­ków, bli­skich i zna­jo­mych, a dodat­kowo wcale nie przy­czy­niają się do poprawy potę­pia­nej sytu­acji.

Geo­rge B. John­son z mia­sta Enid w sta­nie Okla­homa pra­cuje w fir­mie inży­nie­ryj­nej jako koor­dy­na­tor do spraw bez­pie­czeń­stwa. Do jego obo­wiąz­ków należy mię­dzy innymi dba­nie, aby pra­cow­nicy stale nosili wytrzy­małe kaski. Kiedy tego nie robili, przy­po­mi­nał im z poczu­ciem wyż­szo­ści o zasa­dach, do któ­rych musieli się sto­so­wać. Nadą­sani robot­nicy wyko­ny­wali jego pole­ce­nia, ale gdy tylko się odda­lił, pono­wie zdej­mo­wali kaski.

Geo­rge posta­no­wił wypró­bo­wać inną metodę. Gdy następ­nym razem spo­tkał pra­cow­ni­ków bez kasków, zapy­tał ich, czy nakry­cia głowy były za małe lub nie­wy­godne. Następ­nie przy­po­mniał im w uprzejmy spo­sób, że kaski chro­nią przed poważ­nymi ura­zami i powinny być noszone w trak­cie wyko­ny­wa­nych zadań. W kon­se­kwen­cji robot­nicy zaczęli sto­so­wać się do norm chęt­niej i bez cie­nia urazy bądź gniewu.

Na kar­tach histo­rycz­nych ksią­żek znaj­dziemy tysiące jaskra­wych przy­kła­dów darem­no­ści kry­tyki. Takich jak sławny spór pomię­dzy The­odore’em Roose­vel­tem a pre­zy­den­tem Taftem, który podzie­lił Par­tię Repu­bli­kań­ską, dał w wyścigu o Biały Dom zwy­cię­stwo Woodro­wowi Wil­so­nowi i zmie­nił bieg histo­rii, wpły­wa­jąc na prze­bieg I wojny świa­to­wej. Przy­to­czę teraz pokrótce kilka zwią­za­nych z nim fak­tów. W 1908 roku The­odore Roose­velt prze­stał peł­nić urząd pre­zy­dencki i udzie­lił popar­cia w następ­nych wybo­rach Wil­lia­mowi Taftowi, a ten je wygrał. Następ­nie Roose­velt udał się do Afryki, aby zapo­lo­wać na lwy. Kiedy wró­cił do kraju, eks­plo­do­wał z gniewu. Oskar­żył Tafta o prze­sadny kon­ser­wa­tyzm, pró­bo­wał uzy­skać nomi­na­cję par­tyjną w kolej­nych wybo­rach, a gdy tak się nie stało, utwo­rzył roz­ła­mową Par­tię Łosia, omal nie dopro­wa­dza­jąc do zgonu Grand Old Party, dla któ­rej Taft wygrał jedy­nie dwa stany – Ver­mont i Utah. Była to naj­do­tkliw­sza porażka odnie­siona przez Par­tię Repu­bli­kań­ską w jej dotych­cza­so­wej histo­rii.

The­odore Roose­velt obwi­nił za to Wil­liama Tafta, ale czy ustę­pu­jący pre­zy­dent widział winę po swo­jej stro­nie? Oczy­wi­ście, że nie. Stwier­dził ze łzami w oczach: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

Kto pono­sił w takim razie winę? Roose­velt czy Taft? Nie mam poję­cia, ale szcze­rze mówiąc, zupeł­nie mnie to nie obcho­dzi. Morał pły­nący z tej histo­rii brzmi: kry­tyka wygła­szana przez Roose­velta nie prze­ko­nała Tafta do zaak­cep­to­wa­nia faktu, że popeł­niał błędy. Spra­wiła jedy­nie, iż usil­nie sta­rał się uspra­wie­dli­wiać podej­mo­wane decy­zje, aby na koniec wyznać ze łzami w oczach: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

A teraz zaj­mijmy się aferą Teapot Dome, o któ­rej roz­pi­sy­wały się wszyst­kie ame­ry­kań­skie gazety na początku lat dwu­dzie­stych i która wstrzą­snęła całym kra­jem! We wcze­śniej­szej histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie doszło do podob­nego skan­dalu. Oto naj­waż­niej­sze z doty­czą­cych go fak­tów: Albert B. Fall, pia­stu­jący w admi­ni­stra­cji pre­zy­denta Har­dinga sta­no­wi­sko sekre­ta­rza zaso­bów wewnętrz­nych, otrzy­mał zgodę na wydzier­ża­wie­nie pań­stwo­wych złóż ropy naf­to­wej znaj­du­ją­cych się w miej­sco­wo­ściach Elk Hills i Teapot Dome. W zamy­śle miały one posłu­żyć za rezerwy pali­wowe dla ame­ry­kań­skiej mary­narki wojen­nej. Czy sekre­tarz Fall roz­pi­sał prze­targ? Oczy­wi­ście, że nie. Z miej­sca pod­pi­sał lukra­tywną umowę ze swoim przy­ja­cie­lem Edwar­dem L. Dohe­nym. A w jaki spo­sób ten mu się odwza­jem­nił? Otóż wrę­czył mu sto tysięcy dola­rów, które Fall nazwał póź­niej „pożyczką”. Sekre­tarz wydał następ­nie pole­ce­nie żoł­nie­rzom pie­choty mor­skiej, aby usu­nęli z pobli­skich dzia­łek kon­ku­ren­cję przy­ja­ciela, która rów­nież wypom­po­wy­wała ropę ze złóż znaj­du­ją­cych się pod Elk Hills. Prze­pę­dzeni ze swo­jej ziemi przez żoł­nie­rzy uzbro­jo­nych w kara­biny i bagnety przed­się­biorcy udali się pospiesz­nie do sądów i tym samym ujaw­nili skan­dal. Poli­tyczny smród, jaki w jego następ­stwie powstał, zruj­no­wał admi­ni­stra­cję Har­dinga, przy­pra­wił o mdło­ści cały naród, omal nie zakoń­czył ist­nie­nia Par­tii Repu­bli­kań­skiej i posłał za wię­zienne kraty sekre­ta­rza zaso­bów wewnętrz­nych.

Postę­po­wa­nie Falla kry­ty­ko­wali wszy­scy i z rzadko spo­ty­kaną zaja­dło­ścią. Czy ten odczu­wał skru­chę? A skądże! Kiedy kilka lat póź­niej Her­bert Hoover zasu­ge­ro­wał w trak­cie publicz­nego wystą­pie­nia, że za śmierć pre­zy­denta Har­dinga odpo­wia­dało wyczer­pa­nie i tro­ski, które były następ­stwem zdrady, jakiej dopu­ścił się jego bli­ski przy­ja­ciel, pani Fall pode­rwała się z krze­sła, zalała łzami, unio­sła pię­ści nad głowę i zakrzyk­nęła: „Co takiego?! Fall zdra­dził Har­dinga? Mój mąż ni­gdy w życiu nikogo nie zdra­dził. Nawet ten prze­peł­niony zło­tem dom nie sku­siłby go do popeł­nie­nia złego uczynku. To jego zdra­dzono, posłano na rzeź i ukrzy­żo­wano”.

I tak wła­śnie działa ludzka natura – wino­wajcy winią wszyst­kich poza sobą. Wszy­scy postę­pu­jemy podob­nie. I dla­tego, jeśli jutro naj­dzie nas ochota na to, aby kogoś skry­ty­ko­wać, przy­po­mnijmy sobie Ala Capone’a, „Dwie Spluwy” Crow­leya i Alberta Falla. Miejmy na uwa­dze, że słowa kry­tyki przy­po­mi­nają hodow­lane gołę­bie – zawsze wra­cają do domu. Bądźmy świa­domi, że osoby, które zamie­rzamy zga­nić lub popra­wić, same się przed sobą uspra­wie­dli­wią i w rewanżu potę­pią za kry­tykę nas lub stwier­dzą jak Wil­liam Taft: „Nie sądzę, bym mógł zro­bić cokol­wiek ina­czej, niż zro­bi­łem”.

Ran­kiem 15 kwiet­nia 1865 roku Abra­ham Lin­coln umie­rał w jed­nym z poko­ików taniego pen­sjo­natu sto­ją­cego naprze­ciwko Teatru Forda, gdzie postrze­lił go John Wil­kes Booth. Ciało pre­zy­denta wysta­wało poza małe łóżko, nad któ­rym wisiała na ścia­nie repro­duk­cja sław­nego obrazu Rosy Bon­heur Targ koni. Nad gazo­wym pal­ni­kiem obok niego migo­tał żółty pło­mień.

Gdy Lin­coln koń­czył swój żywot, sekre­tarz wojny Edwin Stan­ton stwier­dził: „Tu leży naj­do­sko­nal­szy przy­wódca, jakiego widział świat”.

W jaki sekretny spo­sób Lin­coln wpły­wał na innych ludzi? Na bada­nie jego życio­rysu poświę­ci­łem dzie­sięć lat, trzy zaś na pisa­nie i reda­go­wa­nie książki zaty­tu­ło­wa­nej Nie­znany Lin­coln. Uwa­żam, że przed­sta­wi­łem w niej naj­bar­dziej wyczer­pu­jący opis oso­bo­wo­ści oraz pry­wat­nego życia daw­nego pre­zy­denta. Wiele uwagi poświę­ci­łem meto­dom sto­so­wa­nym przez Lin­colna w kon­tak­tach z innymi oso­bami. Czy pozwa­lał sobie na kry­tykę? Oczy­wi­ście.

Jako młody męż­czy­zna – miesz­ka­jący wów­czas w doli­nie rzeki Pigeon Creek – nie tylko kry­ty­ko­wał, ale wręcz wyśmie­wał ludzi w listach i wier­szach, które pisał, a następ­nie pod­rzu­cał je tam, gdzie opi­sy­wane osoby musiały je zna­leźć. Jeden z takich listów zro­dził urazę, która pło­nęła przez całe życie adre­sata.

Lin­coln ata­ko­wał swo­ich prze­ciw­ni­ków otwar­cie nawet wtedy, gdy był już praw­ni­kiem i miesz­kał w Spring­field w sta­nie Illi­nois. Robił to, publi­ku­jąc swoje listy w lokal­nej gaze­cie. Postą­pił tak jed­nak o jeden raz za dużo.

Jesie­nią 1842 roku wyśmiał próż­nego i awan­tur­ni­czego poli­tyka Jamesa Shieldsa. Obsma­ro­wał go w ano­ni­mo­wym liście opu­bli­ko­wa­nym na łamach miej­sco­wej gazety Jour­nal. Całe Spring­field zano­siło się z tego powodu śmie­chem. Pyszał­ko­waty i draż­liwy Shields kipiał ze wzbu­rze­nia. Dowie­dział się, kto napi­sał list, a następ­nie wsko­czył na konia, popę­dził za Lin­col­nem i wyzwał go na poje­dy­nek. Lin­coln nie miał zamiaru się poje­dyn­ko­wać. Był prze­ciwny tego typu prak­ty­kom, lecz nie mógł odmó­wić bez uszczerbku na wła­snym hono­rze. Shields pozwo­lił mu wybrać oręż. Dłu­go­ręki Lin­coln posta­wił na kawa­le­ryj­skie sza­ble i zapi­sał się na naukę fech­tunku do absol­wenta aka­de­mii w West Point. W wyzna­czo­nym dniu spo­tkał się z Shield­sem na piasz­czy­stym brzegu rzeki Mis­si­sipi, gotów na śmierć. Poje­dy­nek prze­rwali w ostat­niej moż­li­wej chwili sekun­danci.

Był to naj­bar­dziej nie­sa­mo­wity epi­zod z pry­wat­nego życia Lin­colna. Dał mu jed­nak bar­dzo ważną lek­cję obcho­dze­nia się z innymi ludźmi. Od tam­tej pory Lin­coln nie napi­sał już żad­nego obraź­li­wego listu i nikogo nie wyśmiał. I wła­ści­wie prze­stał kry­ty­ko­wać innych.

W trak­cie wojny sece­syj­nej Lin­coln mia­no­wał na dowód­ców unij­nej Armii Poto­maku kolej­nych gene­ra­łów i każdy z nich – McC­lel­lan, Pope, Burn­side, Hooker, Meade – popeł­niał kata­stro­falne błędy dopro­wa­dza­jące pre­zy­denta do roz­pa­czy. Połowa kraju potę­piała dzia­ła­nia nie­kom­pe­tent­nych dowód­ców, lecz „nie­ży­wiący złych zamia­rów do nikogo i wyro­zu­miały dla wszyst­kich” Lin­coln stał przy swoim. Jedno z naj­czę­ściej powta­rza­nych przez niego zdań brzmiało: „Nie sądź­cie, aby­ście nie byli sądzeni”.

Kiedy pani Lin­coln i inne osoby wypo­wia­dały się nie­po­chleb­nie o miesz­kań­cach połu­dnio­wych sta­nów, Lin­coln napo­mi­nał: „Nie kry­ty­kuj ich, w podob­nych oko­licz­no­ściach postę­po­wa­li­by­śmy podob­nie”.

A jeśli kto­kol­wiek miał prawo do wygło­sze­nia słów kry­tyki, to z całą pew­no­ścią był to sam pre­zy­dent. Posłużmy się jed­nym przy­kła­dem.

Bitwę pod Get­tys­bur­giem sto­czono w pierw­szych trzech dniach lipca 1863 roku. W nocy 4 lipca gene­rał Lee zarzą­dził odwrót na połu­dnie, korzy­sta­jąc z osłony burzo­wych chmur i rzę­si­stego desz­czu. Kiedy poko­nana połu­dniowa armia dotarła nad brzeg Poto­macu, zna­la­zła się w potrza­sku pomię­dzy wez­bra­nymi wodami rzeki i zwy­cię­skimi oddzia­łami prze­ciw­nika. Była to pułapka, z któ­rej Lee nie mógł się wydo­stać. Lin­coln miał tego świa­do­mość. Dostrze­gał ide­alną, zesłaną przez nie­biosa oka­zję do poj­ma­nia armii sece­sjo­ni­stów i zakoń­cze­nia wojny. Try­ska­jąc nadzieją, naka­zał Meade’owi, aby nie zwo­ły­wał narady, lecz bez­zwłocz­nie zaata­ko­wał woj­ska gene­rała Lee. Wpierw wysłał roz­kaz tele­gra­fem, a następ­nie za pośred­nic­twem gońca, doma­ga­jąc się od dowódcy natych­mia­sto­wego dzia­ła­nia.

A jak postą­pił gene­rał Meade? Odwrot­nie, niż powi­nien. Łamiąc roz­kaz Lin­colna, zwo­łał naradę wojenną. Wahał się, odwle­kał, wysy­łał tele­gramy z kolej­nymi wymów­kami. Na koniec otwar­cie odmó­wił wyko­na­nia roz­kazu do ataku na woj­ska gene­rała Lee, a te, kiedy wody Poto­macu opa­dły, prze­do­stały się bez­piecz­nie na drugi brzeg rzeki.

Lin­coln kipiał ze zło­ści. „Co to ma zna­czyć? – pytał krzy­kli­wym gło­sem swo­jego syna Roberta. – Dobry Boże! Co to ma zna­czyć? Mie­li­śmy ich w gar­ści. Wystar­czyło tylko wycią­gnąć dło­nie i byliby nasi. Nic nie było jed­nak w sta­nie ruszyć z miej­sca naszej armii – ani moje słowa, ani czyny. W takich oko­licz­no­ściach każdy bez mała gene­rał poko­nałby Lee. Gdy­bym tam się udał, sam spu­ścił­bym mu baty”.

Srogo roz­cza­ro­wany Lin­coln napi­sał następ­nie do gene­rała Meade’a list. Warto zazna­czyć, że w tym okre­sie życia pre­zy­dent sta­ran­nie dobie­rał słowa i mocno powstrzy­my­wał się od uży­wa­nia obraź­li­wych. Dla­tego treść listu należy uznać za naj­bar­dziej surową naganę.

Drogi Gene­rale,

nie sądzę, aby zda­wał Pan sobie sprawę ze zna­cze­nia nie­szczę­ścia, jakim jest ucieczka gene­rała Lee. Był nie­malże w naszej gar­ści. Jego pochwy­ce­nie, wraz z odnie­sio­nymi przez nas ostat­nio suk­ce­sami, zakoń­czy­łoby wojnę. Teraz toczyć się ona będzie w nie­skoń­czo­ność. Jeśli nie mógł Pan przy­pu­ścić ataku na Lee w ponie­dzia­łek, to jak zamie­rza Pan to zro­bić na połu­dnie od rzeki, skoro prze­prawi się zale­d­wie dwie trze­cie z dostęp­nych Panu oddzia­łów? Takie ocze­ki­wa­nia byłyby nie­roz­sądne i nie zakła­dam, aby Pań­skie dal­sze dzia­ła­nia miały zna­cze­nie. Prze­ga­pił Pan wyśmie­nitą oka­zję i jestem z tego powodu nie­zmier­nie zasmu­cony.

Jak waszym zda­niem zare­ago­wał na list pre­zy­denta gene­rał Meade?

Nie otrzy­mał go, bo Lin­coln go nie wysłał. Został zna­le­ziony dopiero po śmierci pre­zy­denta pośród innych doku­men­tów.

Oso­bi­ście podej­rze­wam – i są to tylko moje domy­sły – że po napi­sa­niu listu Lin­coln wyj­rzał przez okno i powie­dział: „Chwi­leczkę. Może nie powi­nie­nem tak pochop­nie oce­niać. Łatwo mi kry­ty­ko­wać z Bia­łego Domu i wyda­wać Meade’owi roz­kazy do ataku, ale gdy­bym był pod Get­tys­bur­giem i widział, tak jak on, rzeki prze­la­nej w minio­nym tygo­dniu krwi, i gdyby w moich uszach roz­le­gły się krzyki i wrza­ski ran­nych i giną­cych żoł­nie­rzy, to być może rów­nież nie spie­szył­bym się do kolej­nego natar­cia. Gdy­bym dorów­ny­wał bojaź­li­wo­ścią Meade’owi, to zapewne postą­pił­bym podob­nie. Cóż, to nie­stety zeszło­roczny śnieg. Jeśli wyślę ten list, dam upust emo­cjom, lecz jed­no­cze­śnie spra­wię, że Meade poszuka wymó­wek. Potępi mnie za jego treść. Poczuje urazę, która umniej­szy jego przy­dat­ność jako dowódcy armii, a być może skłoni go do zło­że­nia dymi­sji”.

Lin­coln, jak już napi­sa­łem wcze­śniej, odło­żył na bok list, gdyż wie­dział z doświad­cze­nia, że surowa kry­tyka i nagany nie­mal zawsze oka­zują się daremne.

The­odore Roose­velt przy­znał, że kiedy peł­nił urząd pre­zy­denta kraju i zma­gał się z poważ­nymi trud­no­ściami, zwykł wychy­lać się na fotelu, spo­glą­dać na wiszący nad biur­kiem por­tret Lin­colna i zada­wać sobie pyta­nia: „Co na moim miej­scu zro­biłby Lin­coln? Jak roz­wią­załby ten pro­blem?”.

Mark Twain tra­cił nie­kiedy opa­no­wa­nie i pisał listy, od któ­rych wię­dły uszy. Do męż­czy­zny, który go roz­gnie­wał, napi­sał: „Tobie należy się już tylko pozwo­le­nie na pochó­wek. Powiedz jesz­cze słowo, a dopil­nuję, żebyś je otrzy­mał”. Redak­to­rowi, który prze­słał mu pro­po­zy­cje korekt popra­wia­ją­cych „pisow­nię i inter­punk­cję” tek­stu książki, naka­zał: „Od tej pory sto­suj się tylko do nad­sy­ła­nych przeze mnie kopii i dopil­nuj, aby korek­tor zatrzy­mał swoje uwagi dla sie­bie – w gni­ją­cej papce, którą nazywa mózgiem”.

Dzięki kąśli­wym listom Mark Twain popra­wiał sobie humor i roz­ła­do­wy­wał napię­cie. Nie wyrzą­dzały nikomu krzywdy, gdyż jego żona wyj­mo­wała je pota­jem­nie ze skrzynki pocz­to­wej i ni­gdy nie tra­fiały do adre­sa­tów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki