Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi - Agata Sikora - ebook + audiobook + książka

Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi ebook i audiobook

Agata Sikora

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy codzienny stres to nasza prywatna porażka, czy może adekwatna reakcja na porządek społeczny, w którym żyjemy? Jaka jest cena pełnej niezależności i kto ją płaci?

Agata Sikora powraca z błyskotliwą analizą codzienności – obnaża iluzję, że samowystarczalność to jedyna droga do wolności. Przekonuje, że nasz lęk nie wynika z wewnętrznej kruchości, lecz z pustki po rozpadzie więzi społecznych.

Autorka odnajduje poczucie bezpieczeństwa w żywej międzyludzkiej sieci – w gestach, które wymykają się rynkowej logice transakcji i romantycznym mitom o autentycznych uczuciach.

Pokazuje, jak w świecie, który każe nam traktować samych siebie jak jednoosobowe firmy, zapewnienie sobie bezpieczeństwa stało się samotnym, prywatnym przedsięwzięciem.

·Dlaczego tak bardzo kochamy Joela z „The Last of Us”, choć w imię ochrony swoich zabiłby nas wszystkich?

·Czy istnieje siatka bezpieczeństwa, która złapie nas, gdy się potkniemy? Jeśli tak – kto i jak ją splata?

·I co się stanie, jeśli zamiast wychodzić na swoje, spróbujemy wyjść ku sobie?

„Jak wyjść z siebie”to przenikliwa, napisana z literackim zacięciem opowieść o tym, jak wyzwalające – i przyjemne – może być uznanie własnej współzależności.

Czas przestać biegać w kołowrotku indywidualizmu. Czas zacząć tkać społeczną sieć.

„Sikora tworzy błyskotliwą, trafną i niepokojącą diagnozę świata, w którym nawet troska stała się narzędziem systemu.” – PAULINA MAŁOCHLEB

„Kiedy to się stało, że walkę o przetrwanie pomyliliśmy z życiem? Czy nie na tym polegała nowoczesna obietnica?

Ta książka to zaproszenie do wykolejenia się, pozbycia automatyzmów, które trzymają nas w kieracie. Ta książka nie daje narzędzi do bycia bardziej wydajnym – daje język, by zrozumieć, dlaczego życie w późnym kapitalizmie sprawia, że czujemy się jak w źle skrojonym ubraniu.

Lubię pisanie Agaty Sikory, czytam jej teksty zawsze, gdziekolwiek się pojawią. Imponuje mi sposób jej myślenia i intelektualna klarowność. Sikora pokazuje, że można i trzeba samodzielnie myśleć świat. Wychodzi z tego literatura, która sprawia, że czytelnikowi przestaje być wygodnie. A przecież taka jest najlepsza.” – FILIP SPRINGER

*

Agata Sikora – kulturoznawczyni, eseistka. Autorka głośnych książek „Wolność, równość, przemoc” (nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz „Szczerość”. Pisuje między innymi dla „Dwutygodnika”, „Miesięcznika Znak”, OKO.press. W swojej twórczości opisuje mechanizmy kształtujące współczesną wrażliwość, łączy analizę tekstów kultury z doświadczeniem codzienności. Jej głos wnosi spokój i empatię do gorących debat publicznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 440

Data ważności licencji: 6/17/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 9 min

Lektor: Ewa Makomaska

Data ważności licencji: 6/17/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Agata Sikora

Projekt okładki Michał Jakubik

Ilustracja na okładce Freepik

Projekt został zrealizowany w ramach stypendium artystycznego m.st. Warszawy.

Redaktor nabywający Paweł Goźliński

Redaktorka prowadząca Ewelina Janowska

Redakcja Paweł Goźliński

Adiustacja Paweł Cieślarek

Korekta Jędrzej Szulga Małgorzata Sikora-Tarnowska

Koordynatorka produkcji Maria Król

Opieka promocyjna Monika Frankiewicz

ISBN 978-83-8427-027-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Zaproszenie

Zaproszenie

Nie powiem wam tutaj, we wstępie, o czym jest ta książka.

To oczywiście utrudnia mi życie i promocję. Dziś przecież każdy twórca powinien umieć przedstawić swoje dzieło w dwie minuty. Najlepiej, żeby wprowadzało ono nowe, efektowne pojęcie, zawierało niewielki pęk poręcznych słów kluczy. Powinno dawać praktyczne narzędzia pozwalające poprawić „jakość życia” oraz przynosić recepty na zdrowie, szczęście i pomyślność. Albo przynajmniej odsłaniać jakąś nieznaną, głęboką „prawdę o świecie”.

Jestem przekonana, że moja książka przekazuje kilka istotnych i nie tak oczywistych myśli – niektóre z nich można by reklamować sloganem: „Jak żyć lepiej”. Mam też w zanadrzu kilka haseł, dzięki którym umiałabym ten wywód efektownie sprzedać. Nie chcę jednak ich tutaj stosować. Bo choć lektura, którą macie w ręku, jest czymś, co nabyliście w ramach zwykłej transakcji, pozostaje zarazem czymś jeszcze: zaproszeniem do przygody rządzącej się innymi zasadami niż kupno i sprzedaż.

Problem ze słowami kluczami jest taki, że równie dobrze mogą coś otwierać, jak i zamykać. Efektowne hasła łatwo stają się wytrychami. Pewne pojęcia natychmiast wrzucają w koleiny, uruchamiają automatyzmy, budują łańcuchy skojarzeń, z których trudno się wyrwać. Dlatego czasem lepiej zacząć od środka – z poziomu banalnej powszedniości, małych bolączek – by potem wpisywać je w szersze konteksty, znów do tej przyziemności wracać, a potem jeszcze bardziej rozszerzać horyzonty. Zapraszam więc do przygody przeobrażania codzienności… która zaprowadzi nas o wiele dalej.

W punkcie wyjścia proszę was zatem o odrobinę zaufania. Nie mylmy go z wiarą albo z relacją opartą na autorytecie. Potraktujcie to raczej jak sytuację w podróży, kiedy macie wrażenie, że utknęliście w martwym punkcie – nie widać wyjścia, a ktoś, idąc w swoją stronę jakimiś opłotkami, zaprasza, byście do niego dołączyli. Na początku nie będzie łatwo. Możecie mieć nawet poczucie, że lecicie w przepaść bez asekuracji albo że walczycie o przetrwanie w postapokaliptycznym świecie nierozstrzygalnych dylematów tragicznych. Potem jednak coś was złapie. Zmniejszy się poczucie osamotnienia i izolacji. Otworzy szerszy horyzont. Może nawet uda się popłynąć…

I nie, nie będzie to żaden projekt utopii. Za odruchem fantazjowania o światach idealnych – pozbawionych przemocy, bólu, tarć, szwów – kryje się obraz relacji, w których wszyscy zawsze znajdują się we właściwym miejscu i czasie. Są wolni od sprzecznych emocji, ambiwalencji, niepewności. Czy ta wizja nie jest niepokojąca? Wręcz nieludzka?

***

Problem z myśleniem utopijnym, jak zauważa Rebecca Solnit, polega na tym, że to kolejna fantazja o zbawieniu. Wyrasta z judeochrześcijańskiej mitologii: najpierw bóstwo stwarza idealny świat, potem my, ludzie – źli, słabi i grzeszni – go niszczymy1. Do raju możemy powrócić tylko dzięki łasce patriarchalnej władzy, która wielkodusznie wybaczy nam grzechy i nas zbawi. Albo – jak w nowoczesnej wyobraźni – możemy go zbudować przy użyciu potęgi ludzkiego ducha i rozumu.

Dążenie do świata idealnego, karmiące się urojeniami o społeczeństwie pozbawionym konfliktu, cierpienia i przymusu, jest powielaniem myślenia na zasadzie „wszystko albo nic” – co może prowadzić do zbrodni, a niemal zawsze wiedzie ku naiwności. Równie łatwo popadamy jednak w drugą skrajność: przekonanie, że nic nie da się zmienić, że porządek społeczny, w którym żyjemy, to po prostu ekspresja niezmiennej „natury ludzkiej”. Na każdą próbę pomyślenia alternatywy reagujemy negacją równie automatyczną co odruch kolanowy. Dystansujemy się, łącząc pobłażliwy krytycyzm ze „zdroworozsądkowym” pragmatyzmem. Nie prowadzi to do rozmowy, eksplorowania innych możliwości, ale służy podtrzymywaniu przekonania, że zmiana z definicji jest niemożliwa. To trochę jak w przemocowym związku – każda próba interwencji spotyka się z lawiną „rozsądnych”, „życiowych”, „racjonalnych” tłumaczeń, czemu musi być tak, jak jest. Co z tego, że partner bije, wyzywa, krzyczy, szantażuje, drenuje emocjonalnie i w żaden sposób nie „wywołuje radości” (że posłużymy się tu metodologią Marie Kondo)? A co, jeśli trzeba będzie wnieść lodówkę na czwarte piętro?

Podobnie – mam wrażenie – ma się rzecz z dzisiejszym porządkiem społecznym. Duża część z nas żyje w przekonaniu, że jest on opresyjny, niesprawiedliwy, wycieńczający i wyniszczający, że demokracja (nawet jeśli wierzymy, że wciąż należy jej bronić) w praktyce nie działa. A jednocześnie mamy poczucie, że nie dysponujemy żadnymi narzędziami, by coś zmienić – bo system jawi się jako zbyt potężny i zbyt abstrakcyjny, bo co może pojedynczy zwykły człowiek, który nie ma ochoty składać siebie na ołtarzu rewolucji? To dlatego – jak zauważył Mark Fisher – „łatwiej nam dziś wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu”2.

Między ucieczkową wiarą w to, że status quo jest niezmienne (o irracjonalności takiego przekonania świadczy choćby samo istnienie historii), a ucieczkową wiarą w utopię rozciąga się ląd trudnego realizmu – bez ostatecznych recept, cudownych rozwiązań, ekstatycznego tańca całej ludzkości w kółku ze stepującymi jednorożcami. Tu właśnie dokonuje się prawdziwa zmiana społeczna – ta, która rozgrywa się w codziennych doświadczeniach, emocjach, warunkach życia. Ta, która może dyskretnie podważać hierarchie, zmieniać siły społecznego ciążenia, wykolejać narzucone scenariusze.

Zmiana ta dokonuje się cały czas, tyle że – z wyjątkiem momentów gwałtownych społecznych wstrząsów – niepostrzeżenie. Mamy w niej udział, nawet jeśli jej nie kontrolujemy. Jesteśmy przez nią tworzeni i zarazem sami ją tworzymy. A wszystko to odbywa się w czasie niedokonanym. Przyszłość zawsze pozostaje otwarta.

***

Celem tej książki jest wykolejenie paru automatyzmów myślenia, podważenie kilku „oczywistych oczywistości”. Podzielę się narzędziami, które pomagają widzieć nasze logiki działania, codzienność i emocje jako rezultat relacji społecznych raczej niż indywidualnych uwarunkowań psychologicznych czy ekspresję „natury ludzkiej”. Pokażę, że nasza „normalność”, nasze uczucia i marzenia, nasz horyzont (bez)nadziei nie wynikają ze zderzania „autentycznego ja” z obiektywną „naturą rzeczywistości”, ale są w dużej mierze kształtowane przez architekturę relacji międzyludzkich. Jesteśmy współtworzeni przez historycznie zmienny, nieustannie przekształcający się porządek społeczny – czyli siebie nawzajem. W procesie tym wiele wynika z wcześniej nadanej dynamiki, ale nic nie jest bezalternatywne czy zdeterminowane.

Po latach spędzonych na czytaniu lepiej bądź gorzej pomyślanych krytyk obecnego stanu złapałam się na narastającej frustracji: co z tego, że je przyswoiłam, skoro potraktowanie ich na serio wymagałoby radykalnego zerwania z moją codziennością – współczesnego odpowiednika udania się na pustynię? Mogę uważać, że lepsze byłoby społeczeństwo wolne od logiki akumulacji, ale w praktyce dalej bardzo głęboko kształtuje ona moje życie – nie jestem gotowa rozdać swoich dóbr wykraczających poza niezbędne do przeżycia minimum (i czym to minimum miałoby w ogóle być? – tym zajmiemy się dalej). To, że próbuję bronić się przed językiem „efektywności” i wiecznej „optymalizacji” siebie, nie wyzwala mnie od narzuconego przez te pojęcia reżimu (który wymaga na przykład dotrzymania deadline’u przy pisaniu tej książki).

Przyznanie się do tego od razu uruchamia zarzuty o hipokryzję, a hipokryzja – wiadomo! – jest zła. Żeby więc nie czuć dyskomfortu z powodu rozdźwięku między własnymi przekonaniami a logiką codziennego działania, duża część z nas woli wycofać się w wyparcie (co tylko wzmacnia wrażenie bezalternatywności i bezsilności) bądź moralizm (pozwalający, choćby tylko na chwilę, ogrzać się poczuciem własnej wyższości). Większości z nas alternatywa majaczy gdzieś poza horyzontem wyobraźni praktycznej: w squatach, komunach i ekowioskach. Rzadko potrafimy pomyśleć o niej jako o czymś, co mogłoby wydarzyć się w codziennym życiu, w którym wciąż karnie stawiamy się w pracy i odprowadzamy dzieci do szkoły.

A jednak: te alternatywne logiki istnieją. Tu i teraz. Problem w tym, że trudno nam je dostrzec.

***

Pierwszym krokiem, by to zrobić, jest wyjście poza dwa fałszywe wyobrażenia. Pierwsze, oświeceniowe, zakłada, że wiedza wyzwala: że wystarczy zrozumieć mechanizm społeczny, by przestać mu podlegać (co zdarza się również intelektualistom, często przekonanym, że są odporni na propagandę, fake newsy, emocje). Drugie, romantyczne, opiera się na przeświadczeniu, że jako rzekomo „autentyczna” i „nonkonformistyczna” jednostka jest się ponad reguły rządzące zachowaniem ludzi „zwykłych” (do czego odwołuje się szeroka gama ruchów alternatywnych: od zwolenniczek „natury” odrzucających współczesną medycynę po mizoginicznych redpillowców). Tymczasem dopiero kiedy przyznamy, że przez większość czasu podlegamy tym samym odruchom, nadziejom, złudzeniom co większość ludzi, zyskamy szansę na odrobinę sprawczości. Kruchej, dalekiej od triumfalizmu, ale rzeczywistej.

Takie poszerzenie pola manewru wymaga opowiedzenia sobie własnego doświadczenia w nowy sposób. Z początku przypomina to niezgrabne, niezdarne wiercenie się w miejscu. Nie jest to efektowne – szczególnie w porównaniu ze spektakularnym marszem Wolności, która wiedzie lud na barykady. Ale tak właśnie rozpycha się ciasny kokon poczucia bezalternatywności, luzuje pęta, dzięki czemu można wreszcie zaczerpnąć nieco więcej powietrza, zyskać swobodę ruchu.

Dlatego nie obiecuję żadnego Wielkiego Wyzwolenia – absolutnej suwerenności, afirmacji własnej woli, oddychania w rytmie wszechświata, odnalezienia autentycznego siebie czy kosmicznego orgazmu. Mogę tylko dostarczyć język, który pozwoli odpuścić sobie tani moralitet, w którym wszystko sprowadza się do jednostkowych wyborów, do osobistej winy lub zasługi, porażki bądź sukcesu – jakby cały świat był testem naszej indywidualności. Mogę zaoferować inny sposób konceptualizacji siebie – oderwany od wyobraźni religijnej, rynkowego „samodoskonalenia” i rodzinnej patriarchalnej dramy superego, ego i id. Mogę otworzyć horyzont interpretacji, w obrębie którego nie będziemy czuć się tak bardzo samotni.

Posłużą mi do tego analizy codziennych sytuacji, obiegowych haseł, literatury, popkultury, ale sięgnę też po gry wyobraźni. Dzięki nim będziemy mogli nabrać dystansu do tego, co wydaje się przezroczyste, dane raz na zawsze: tak, by w rozziewie między światami dostrzec to, czego na co dzień nie zauważamy, bo stało się tłem – inaczej nazywanym „normalnością”. Kiedy zderzymy to, co jest, z wyobrażonymi innymi regułami społecznej grawitacji, będzie można zadać pytania: Co tak konkretnie nas ogranicza? Jakie praktyczne taktyki można uruchamiać? Jak próbować zdekolonizować własną wyobraźnię, nie popadając przy okazji w złudzenie, że aby zmienić świat, wystarczy „pracować nad swoimi emocjami”? Jak grać w codzienne życie tak, by zmieniać reguły gry?

1 Zob. R. Solnit, Nadzieja w mroku. Nieznane opowieści, niebywałe możliwości, przeł. A. Dzierzgowska, S. Królak, Kraków 2019.

2 M. Fisher, Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?, przeł. A. Karalus, Warszawa 2020, s. 9.

Część I Ortopedzi i łyżwiarze, czyli o tańcu na lodzie, siatkach asekuracyjnych i trosce o siebie

Wyobraź sobie… (1)

Wyobraź sobie, że właśnie zawaliłaś deadline: nie wysłałaś raportu – miał być na wczoraj, a nie ma go nawet na dzisiaj, bo Norbert nie przysłał danych i nie odbiera telefonu, nikogo nie ma w jego dziale i nawet nie da się naściemniać.

Wyleją mnie! Magda już ostatnio krzywiła się, gdy wzięłam chorobowe.

Wdech, wydech, wdech, wydech – moje serce wali, kłuje… Łapię powietrze jak ryba.

Mamy na tę ratę i na następną, ale co dalej? Wdech, wydech.

Czy to zawał? Co z dziećmi? Wdech, wydech.

Ogarnij się, dziewczyno! Wolniej.

Zaskórniaki na dwa miesiące, wpłata za wycieczkę Wojtka piętnastego.

Jak ja to powiem Piotrkowi?

Wdech, wydech. Przestań panikować. Bądź tu i teraz. Przypomnij sobie, co mówili na kursie: nie uciekaj od lęku, pozwól mu przejść przez ciało.

Wdech… wydech…

Zwróć uwagę na to, co widzisz, co słyszysz, co czujesz.

Widzę brudny ekran komputera – trzeba go przetrzeć. Słyszę szum klimatyzacji, jednostajny, kojący, choć pewnie nie wolny od wirusów grypy wytrwale rozsiewanych przez Andrzeja. On zawsze jest w pracy.

Wdech… wydech…

To nie koniec świata. Przecież mam dobre układy z Magdą. Mogę jej wytłumaczyć, że to Norbert. Poza tym ocena okresowa była spoko, a tak od ręki nie mogą mnie przecież wyrzucić. Zresztą w najgorszym wypadku będę jeździć na Uberze.

Dlaczego więc znów wpadam w spiralę lęku?

***

No właśnie – dlaczego?

Czym się różni niedźwiedź od deadline’u (a czym zupełnie nie)

Popularna opowieść idzie tak: w obliczu zagrożenia skacze adrenalina i kortyzol, serce bije szybciej, glukoza dostaje się do krwi, przygotowując organizm do ataku lub ucieczki. To wynik naszego przystosowania do życia w środowisku, w którym zewsząd czyhały niebezpieczeństwa: napady drapieżników i innych ludzi, potęga sił natury. Dziś, jako że warunki diametralnie się zmieniły i w krajach rozwiniętych czasu pokoju rzadko musimy walczyć o fizyczne przetrwanie, taka stresowa reakcja wydaje się nieadekwatna. To powolność procesu ewolucyjnego sprawia, że w obliczu publicznego upokorzenia, spóźnienia na samolot, otrzymania wypowiedzenia czy zawalenia deadline’u uruchamiają się te same hormony co na widok drapieżnika.

Nakłada się na to druga opowieść: Jako dorośli powielamy skrypty wyuczone w dzieciństwie. Jeśli nasi rodzice nie nauczyli nas rozpoznawania własnych uczuć, jeśli zarażali nas swoim strachem, manipulowali nami, stosowali przemoc, to w dorosłości będziemy zachowywać się tak, jakbyśmy odpowiadali na sytuacje z przeszłości. Odnajdziemy spokój dopiero wtedy, gdy przepracujemy te automatyzmy, wyłączymy wewnętrznych krytyków, odzyskamy kontakt z ciałem i emocjami, damy się wybrykać wewnętrznemu dziecku. Pozwoli nam to dojrzale reagować na świat, nawet jeśli składa się on z dzwoniących komórek, filmików ze słodkimi kotkami, lęku przed sztuczną inteligencją, nocnych zmian, raportów rocznych, pożyczki u mamy, by opłacić czynsz, mikroplastiku, zmiennych rat kredytu, chorego chomika, demontażu globalnego porządku politycznego, umierających raf koralowych, konieczności skombinowania na jutro pięciu rolek po ręcznikach papierowych i dwóch motków muliny do przedszkola.

Obie te perspektywy sugerują, że ciągły stres jest nieadekwatną reakcją (przecież tu nie ma żadnego niedźwiedzia!, przecież nie jesteś już bezbronnym dzieckiem!). Zakładają, że jesteśmy nieprzystosowanymi ewolucyjnie panikarzami, którzy na krzywe spojrzenia czy zapisane kartki reagują jak na śmiertelne niebezpieczeństwa. A jako że nadmiar kortyzolu (hormonu stresu) ma długotrwałe negatywne skutki zdrowotne (na przykład otyłość, nadciśnienie, osłabienie mięśni, zaburzenia snu), to każdy powinien pracować nad sobą, żeby to zagrożenie wyeliminować. Współczesny rynek oferuje do tego cały wachlarz narzędzi: od poradników przez bieganie, jogę, medytację, szydełkowanie, olejki eteryczne (szczególnie lawendowy i cytrusowe), kąpiele leśne, mindfulness (tu do wyboru kolorowanki dla dorosłych albo oddychanie) po dotyk ludzki bądź zwierzęcy. Są również sposoby złe, niezdrowe, niszczące, zdecydowanie niezalecane (choć szeroko stosowane): podjadanie, prokrastynacja, scrollowanie, wszczynanie awantur o drobiazgi (szczególnie z osobą najbliższą), wrzeszczenie na przypadkowych kierowców, wyżywanie się na dzieciach i pracownikach, alkoholizm, kompulsywny seks, samookaleczanie, przemoc. Samobójstwo.

Ale można przecież odwrócić tę logikę. Co się wydarzy, jeśli naprawdę wsłuchamy się w siebie i codzienny stres uznamy za reakcję na sytuację realnego, choć pozbawionego kłów, zagrożenia?

***

Deadline nie jest żadną magiczną linią, po której przekroczeniu bogowie rażą cię piorunem i umierasz na miejscu. Nie przypadkiem jednak słowo to zawiera odniesienie do śmierci: wszak chodzi o granicę – teoretycznie – nieprzekraczalną; taką, za którą trzeba się już liczyć z poważnymi następstwami (co innego „termin” – ten można negocjować, przesuwać, zmieniać, naginać). Do konsekwencji tych mogą się zaliczać: kary umowne, obcięcie premii, gorsza ocena pracownicza, utrata kontrahenta, zwolnienie. Zawalenie deadline’u może więc znacząco wpłynąć na zdolność do zdobycia środków niezbędnych do życia dla siebie i istot od nas zależnych – jedzenia, dachu nad głową, leczenia, opieki.

W zdecydowanej większości wypadków nie działa to na zasadzie zero-jedynkowej: zazwyczaj chodzi o pogorszenie jakości zasobów, a nie ich całkowitą utratę prowadzącą do śmierci z głodu bądź wyziębienia. Co nie znaczy, że te konsekwencje są mniej realne. Słaba dieta, gorsze warunki mieszkaniowe (hałas, grzyb na ścianie, zanieczyszczone powietrze, brak prywatności w domu i bezpiecznej zielonej przestrzeni do uprawiania aktywności fizycznej), wykluczenie społeczne spowodowane stygmatyzacją biedy, poczucie porażki, winy i wstydu mają dobrze przebadany negatywny wpływ na zdrowie i prognozowaną długość życia.

Zagrożenie związane z zawaleniem deadline’u jest zatem równie rzeczywiste jak to związane ze spotkaniem dzikiego zwierzęcia – tyle że konsekwencje są rozcieńczone, rozłożone w czasie, pozbawione jednego traumatycznego punktu kulminacyjnego. W obu sytuacjach lęk wynika z tego, co możesię wydarzyć: jak niewysłanie raportu nie prowadzi automatycznie do zwolnienia, tak natrafienie na niedźwiedzia zazwyczaj nie kończy się śmiercią lub kalectwem (a przy okazji: jeśli się to zdarzy, należy przybrać pozycję, w której będziemy wyglądać na jak największych, i ostrożnie się wycofać).

Faktyczna różnica polega na tym, że gdy człowiek panikuje na widok drapieżnika, nikt nie zarzuca mu niekompetencji w zarządzaniu emocjami. Oczywiste jest, że stopień stresu zależy od wiedzy, zasobów i umiejętności poradzenia sobie z sytuacją: tego, jak daleko od nas znajduje się zwierzę, czy nas zauważyło, czy jest z młodymi, czy mamy dokąd uciec, czy jesteśmy sprawni, czy mamy kogoś mniej sprawnego pod naszą opieką. W takiej sytuacji lepiej zachować zimną krew, ale gdy to się nie uda, panika nie będzie interpretowana jako nieumiejętność radzenia sobie z obsesyjnymi myślami, że za chwilę możemy zostać rozszarpani przez ważące pół tony stworzenie.

W przypadku zawalenia deadline’u jest natomiast odwrotnie. Jesteśmy skłonni zakładać, że poziom stresu wynika z nieumiejętności dostosowywania wewnętrznych reakcji do „obiektywnej rzeczywistości”. Nie bierzemy pod uwagę, że przecież też zależy on od zasobów, którymi dysponujemy, by poradzić sobie z sytuacją. Bo przecież raczej nie panikowali­byśmy z powodu zawalenia terminu, gdyby codziennie dzwonił do nas rekruter, aby upewnić się, czy przypadkiem nie mieli­byśmy ochoty pracować gdzie indziej za lepsze pieniądze.

Albo gdyby było zupełnie normalne, by w czasie proszonej kolacji u przyjaciół, gdzieś między niezobowiązującą przekomarzanką a dyskusją o najnowszym sezonie The Last of Us, można było wspomnieć o stracie pracy i pobieraniu zasiłku dla bezrobotnych – bez żadnego poczucia wstydu, zażenowania, łamania tabu.

Albo gdybyśmy byli księżną, jedyną dziedziczką arystokratycznej fortuny, która poszła pracować do biura, bo bardzo lubi pisać raporty i robić rzeczy ASAP, a poza tym chciała wkurzyć kostyczną ciotkę wspominającą z powściągliwą pasywną agresją w czasie deseru (lokaj właśnie dolewa nam Dom Perignon), niby to w ramach komentarza do wyborów kuzynki babki, że szlachta nie pracuje.

Albo gdyby istniał powszechny dochód podstawowy.

***

Co jednak, jeśli żadna z powyższych sytuacji nie ma miejsca? Atak paniki w sprawie raportu odsłania potworny podskórny lęk kształtujący codzienność wielu z nas: że jesteśmy łatwo wymienialni, że strata pracy jest katastrofą, która może skończyć się tragicznie, że nie możemy liczyć na pomoc z zewnątrz. Tu chodzi o uwewnętrznione poczucie zagrożenia, o uru­chamiające się w głowie scenariusze, które – owszem – są naznaczone osobistą historią, ale w co najmniej równym stopniu są też odbiciem wyobrażeń o tym, jak działa świat3.

Ta sama logika odnosi się do innych banalnych „stresików”: od wyboru jogurtu przez podniesienie głosu na ignorujące nas dziecko po kupowanie (bądź nie) ubezpieczenia na wakacje. Każde z tych drobnych działań składających się na ogarnianie naszej codzienności jawi się jako potencjalnie istotne. Bo co, jeśli z powodu jedzenia jogurtów ze „szkodliwą chemią” w przyszłości zachorujesz na raka? Co, jeśli przez swoje nerwy i stres sprawisz, że twoje dziecko straci kontakt z własnymi uczuciami oraz wiarę w siebie i wyrośnie na psychopatę, kryminalistę albo osobę głęboko nieszczęśliwą? Co, jeśli olanie ubezpieczenia lub niedoczytanie warunków umowy zaowocuje koniecznością opłacenia akcji ratunkowej w górach z własnej kieszeni, przez co zadłużysz się do końca życia?

Jeśli mamy poczucie, że teraźniejsze zachowania przesądzają o przyszłości, że wszystko jest naszym wyborem, za który jesteśmy osobiście odpowiedzialni, każdy drobiazg nagle staje się grą o olbrzymią, choć często opartą na fantazjach, stawkę. Poziom codziennego stresu nie wynika więc tylko z naszej ewolucyjnej czy psychologicznej przeszłości, ale jest też reakcją na teraźniejszą rzeczywistość społeczną. Pokazuje, czy czujemy się bezpiecznie i czy mamy poczucie sprawczości oraz zaufanie do świata. Czy wierzymy, że jest jakaś siatka asekuracyjna, w którą wpadniemy, jeśli powinie nam się noga i bezładnie, niezgrabnie, rozpaczliwie polecimy w dół?

To, czy ta siatka istnieje, ma taki sam wpływ na naszą pewność siebie, emocje i rytm serca, jak obecność asekuracji – lub jej brak – na pewność siebie, emocje i rytm serca wspinacza, akrobatki, kaskadera. W końcu od tego, czy coś nas złapie, gdy stracimy równowagę, zależy – tak jak w ich przypadku – nasze życie… i śmierć.

Kto i jak cię złapie. O rodzajach społecznej asekuracji

Na długo przed powstaniem instytucji straży pożarnej, gdy ogień ogarniał jedną z chałup, cała wieś rzucała się do pomocy. Po pierwsze pożar mógł z łatwością przenieść się na inne gospodarstwa. Po drugie każdy wiedział, że w takiej sytuacji nie byłby w stanie sobie poradzić w pojedynkę – poprzez pomoc innym zapewniał sobie ich pomoc, gdyby znalazł się w takiej samej sytuacji. Nie wynikało to zatem z altruizmu rozumianego jako działanie „bezinteresowne”.

Relacje egalitarne często opierają się na tak pojętej zasadzie wzajemności. Pomoc nie jest aktem łaski ani wyrazem dobrego serca, lecz pragmatyką działania włączającą daną osobę czy grupę w swoiste zbiorowe ubezpieczenie. Choć nikt nie podpisuje żadnej formalnej umowy, to działanie na rzecz innych nie jest kwestią wolnego wyboru: nakazują je reguły społeczne, tradycja, zwyczaje. Do tej logiki odwołuje się dzisiejsze rozumienie przyjaźni albo sąsiedzkie podlewanie kwiatków: pomagamy w potrzebie, zakładając, że druga osoba zrobi dla nas to samo w analogicznej sytuacji. Na takim – choć bardziej sformalizowanym – mechanizmie opierały się kasy robotnicze zbierające fundusze na wsparcie strajków. Gotowość do pomocy ludziom „takim jak my” opartą na tej zasadzie będę nazywać „solidarnością”.

Sprawa wygląda zupełnie inaczej, gdy między stronami istnieje duża różnica materialna (bogaty a biedny), społeczna (pan a chłop) czy życiowa (współczujący telewidzowie a ofiary dalekiej wojny). W takich sytuacjach nikt realnie nie zakłada możliwości odwrócenia ról. Silniejszy nie pomaga dlatego, że czuje się do tego zobowiązany w ramach układu, który zabezpiecza również jego. Jest to jego decyzja – akt łaski, dobrej woli, altruizmu. Może wynikać z nakazów religijnych, strategii budowania wizerunku społecznego czy chęci realizowania własnych wartości etycznych. Jednak nawet przekonanie, że na najgłębszym poziomie wszyscy jesteśmy równi – wobec boga, śmierci, cierpienia czy w świetle Powszechnej deklaracji praw człowieka – nie usuwa asymetrii sytuacji, w której przetrwanie słabszego zależy od tego, czy silniejszy zechce coś zrobić.

Na przykład osoba żyjąca skromnie, ale bez codziennego lęku o dach nad głową i jedzenie może sobie wyobrażać, jak trudne jest życie w obozie dla uchodźców, który widziała w internetowych relacjach. Może uważać, że taki los – w następstwie na przykład wojny – mógłby spotkać i ją. Lęk przed uchodźstwem nie kształtuje jednak podskórnie jej codzienności. Dostrzeżenie w osobach uciekających przed prześladowaniem ludzi „takich jak ja” opiera się na wysiłku wyobraźni i emocjonalnym zaangażowaniu, a nie na poczuciu wspólnoty losu. Może być podszyte narcystyczną satysfakcją, emocjonalną projekcją. Można też się z niego – bez większych konsekwencji – wycofać. To dlatego działalność charytatywna – nawet motywowana altruizmem – często uruchamia dynamikę władzy. Nie przez przypadek przestarzałe słowo „dobrodziej” (głęboko zakorzenione w hierarchicznej wizji społeczeństwa) wywołuje dziś ambiwalentne uczucia.

***

Wbrew fantazjom o greckiej „kolebce demokracji” w kulturze europejskiej od jej zarania przeważała orientacja silnie hierarchiczna4. Opierała się na patriarchacie: takim porządku, w którym ojciec sprawował władzę nad matką i dziećmi oraz wszystkimi innymi – wolnymi i niewolnymi – domownikami. Hierarchia była spleciona z emocjonalnymi relacjami osobistymi i osadzona w moralnych ramach – nawet surowy patriarcha, karząc, „troszczył się” o „moralne dobro” swego poddanego. Ludzie podlegli nie mieli żadnych „przyrodzonych praw”, ale mogli liczyć na nadane przez władcę przywileje, odwoływać się do pańskiej łaski, litości czy miłosierdzia. Zwierzchnik – czy to właściciel, czy władca, czy bóstwo – zawsze był trochę jak ojciec, a każdy ojciec trochę jak właściciel, władca i bóstwo. I choć dziś o patriarchacie mówi się głównie w kontekście męskiej dominacji nad kobietami, to ucieleśnia go każdy mechanizm patronacki, polegający na tym, że ktoś coś komuś daje, a w zamian oczekuje posłuszeństwa i lojalności – czy dzieje się to w tradycyjnej rodzinie, czy w radzie nadzorczej spółek Skarbu Państwa, czy w feministycznej fundacji.

Patriarchat można widzieć też jako sposób dystrybucji opieki: taki, w którym „opieka” jest tożsama z władzą, prawem do karania i sądzenia. Natomiast faktyczna praca opiekuńcza – taka jak gotowanie, sprzątanie, wychowywanie dzieci, regulowanie czyichś emocji – jest już obowiązkiem ludzi podległych. Siatkę asekuracyjną zapewnia więc albo sprawowanie władzy nad dużą liczbą ludzi (którzy będą nam służyć, pracować na naszą rzecz i poświęcać się dla nas), albo oddanie się pod czyjąś władzę – pardon: „opiekę” – w nadziei, że jeśli do kogoś należysz, to ten ktoś będzie cię bronił (choć może cię wykorzystać i wyrzucić, darować komuś lub arbitralnie ukarać). Gdy pali się dwór, wszyscy poddani są zobowiązani rzucić się na ratunek, a gdy ogień strawi chłopską chatę, pogorzelcy mogą mieć nadzieję, że pan, wiedziony „ojcowską dobrocią”, okaże im łaskę, dając do dyspozycji jakiś inny barak i zwalniając ich na parę lat z czynszu.

Trzeci rodzaj społecznego zabezpieczenia ma związek z wyłanianiem się nowoczesnego państwa, końcem feuda­lizmu, nowoczesnością. Opiera się na założeniu racjonalnego zarządzania zasobami, na utylitarnej kalkulacji, biurokracji i równym traktowaniu wszystkich jednostek przynależących do danej klasy (ubezpieczonych, wdów, osób z niepełnospraw­nością, mężczyzn po czterdziestym roku życia, osób znajdujących się w grupie ryzyka zachorowania na cukrzycę). Ma polegać nie na kaprysach łaski czy charytatywnym współczuciu, ale racjonalnych procedurach. Na tej logice opierają się państwowe systemy: ochrona zdrowia, opieka społeczna, działanie służb ratunkowych. To dzięki nim, widząc płonący dom, nie formujemy na ulicy łańcucha ludzi podających sobie wiadra, ale wyciągamy telefon, by zaalarmować straż pożarną – wyszkolonych profesjonalistów – aby przyjechali specjalnym wozem z odpowiednim sprzętem i przyłączyli się do hydrantu (który wcześniej został tu zaprojektowany i wokół którego obowiązuje zakaz parkowania).

I wreszcie czwarty sposób myślenia o zabezpieczeniu społecznym opiera się na zapośredniczeniu relacji międzyludzkich przez transakcję rynkową. W jego ramach to, co potrzebne do utrzymania równowagi życiowej, kupowane jest jako usługa – czy będzie to opieka nad dziećmi, naprawa zepsutej pralki, rozmowa o problemach, leczenie zęba, przeżycie rozkoszy, czy przygotowanie ciała bliskiej osoby do pogrzebu. Wyłanianie się tego podejścia ma związek z zastępowaniem logiki patriarchalnej, opartej na zobowiązaniu do służenia w zamian za „opiekę”, przez myślenie kapitalistyczne, bazujące na kontrakcie. Ro­bienie czegoś na rzecz drugiego człowieka nie jest już traktowane jako obowiązek czy powinność, lecz jako usługa świadczona na wolnym rynku według zasad ustalonych na mocy umowy.

W porządku opartym na tej logice akumulacja pieniędzy jawi się jako najpewniejszy środek zabezpieczenia na wypadek nieszczęścia, starości, samotności. Jeśli zgromadzi się wystarczająco dużo środków, będzie można wykupić potrzebne usługi – czy będzie to podanie przysłowiowej szklanki wody, czy zdrowy posiłek, czy wsparcie w karmieniu piersią. Oznacza to jednak również, że te „usługi asekuracyjne” rządzą się logiką rynkową. A więc prawem popytu i podaży, nie zaś wartościami etycznymi, nakazami religijnymi, etosem zawodowym, zwyczajami czy utylitarną kalkulacją opartymi na dobru wspólnym. Gdy wybucha pożar, strażacy świadczący prywatne usługi jadą zabezpieczać domy, za których ochronę im zapłacono (jak zdarzało się to w czasie pożarów w Kalifornii w 2025 roku)5, a nie tam, gdzie są w danym momencie najbardziej potrzebni.

Opisane tu logiki to pewne typy idealne; w rzeczywistości zawsze się na siebie na różnych polach nakładają. I tak wspólnota chłopska może się składać z patriarchalnych rodzin, które wspólnie działają na zasadzie solidarności, a zarazem pozostają w relacji podległości wobec dziedzica. Zasada solidarnego dzielenia zasobów może realizować się przez oddawanie „swoich” kobiet (żon, sióstr, kobiet zniewolonych) męskim gościom. Nawet jeśli dziewiętnastowieczna służba teoretycznie sprzedawała już swoją pracę na kapitalistycznym rynku, zamiast wywiązywać się z poddańczych obowiązków, to w praktyce niewiele się zmieniło (pan dalej miał dostęp do ciał służących, a prawo pracy ich nie chroniło). W systemie opieki społecznej natomiast często odbija się logika patriarchalna (na przykład pomoc kobiecie pracującej w domu jest uzależniona od zarobków męża). Łatwo też osuwa się w nieformalne relacje patronackie (ktoś coś komuś załatwia na lewo).

***

Współcześnie skuteczność siatek asekuracyjnych w podtrzymywaniu życia jest bardzo wysoka: żyjemy w czasach bezprecedensowo bezpiecznych. Z punktu widzenia wcześniejszych epok – jak zauważa holenderski historyk Rutger Bregman – jawią się wręcz jako utopia spełniona. W średniowieczu fantazjowano o Kukanii – krainie, w której po niebie latały pieczone gęsi, a w rzekach płynęło wino. Dziś niemal to samo daje nam dostęp do lodówki i zakupów internetowych (w skali całego globu większym zagrożeniem dla zdrowia jest otyłość niż głód). Biblijne historie wspominały o cudownych uzdrowieniach – współczesna medycyna potrafi naprawdę przywracać wzrok, słuch, czucie, akcję serca. Jeszcze niewiele ponad pół wieku temu co piąte dziecko umierało przed skończeniem pięciu lat – dziś zdarza się to co dwudziestemu. Dzięki wynalezieniu sztucznych nawozów jesteśmy w stanie wykarmić całą populację planety, a antybiotyki i szczepionki pozwalają zapobiegać wielu śmiertelnym niegdyś chorobom i je leczyć6. Nawet mierząc się w wyobraźni z wpływem na nasze życie skutków katastrofy klimatycznej – takich jak pożary, powodzie, tsunami, susze, a co za tym idzie masowy głód, ekstremalne upały i tym podobne – musimy pamiętać, że to, co uznajemy za „normalne życie”, na tle historii ludzkości jawi się jako bezprecedensowy komfort (którego osiągnięcie wywołało ogromne emisje gazów cieplarnianych wpływających na klimat).

Jeśli więc mimo to mamy poczucie ogromnego stresu, to dlatego, że zdarzenia, które kiedyś brano za wyroki losu, kary bogów, nieszczęśliwe trafy, działanie czarów, niepowstrzymane siły historii, dziś rozumiane są jako konsekwencje indywidualnych wyborów. Do tego poziom bezpieczeństwa oceniamy według współczesnych standardów, a nie tych obowiązujących w plemionach zbieracko-łowieckich, na niewolniczych plantacjach czy w fabrykach dziewiętnastowiecznego Manchesteru. A przecież nie tylko o „fizyczne” zagrożenia chodzi, lecz także (podobnie jak z niedźwiedziem i deadline’em) o nasze samopoczucie psychiczne. Na nie zaś ogromny wpływ ma poczucie więzi, którego nie dają skoncentrowane na wydajności systemy czy usługi rynkowe.

Sama odczułam to silnie, gdy położna środowiskowa przyszła na kontrolę naszego drugiego dziecka (którego oczekiwana długość trwania życia jest o połowę dłuższa niż noworodka urodzonego sto lat wcześniej7).

„Nie przejmuj się, to się nie stanie” albo złudna racjonalność procedur

Jesień 2020 roku. Londyn, lockdown, wynajęte mieszkanie. Z uprzejmym profesjonalizmem odhaczamy obowiązującą procedurę: ważenie, ocena żółtaczki, kwestionariusz. Czy nie mam wahań nastroju (nie, nie mam depresji poporodowej). Czy czuję się bezpiecznie w domu (nie, nie doświadczam przemocy domowej). Czy mam tu rodzinę i przyjaciół (rodziny nie, przyjaciół tak). Gdybym potrzebowała pomocy, tutaj jest telefon, a tu adres strony… Czy mam pytania?

Tak, mam jedno pytanie, tkwiące jak drzazga pod skórą właściwie od początku pandemii:

– Co będzie, jeśli oboje dostalibyśmy covidu tak ciężkiego, że nie bylibyśmy w stanie zająć się dziećmi?

– Nie przejmuj się, tak się nie stanie – odpowiada pogodnie położna.

To tylko potęguje mój niepokój.

– Dlaczego niby się nie stanie? To może się zdarzyć i chciałabym wiedzieć, jaką pomoc moglibyśmy otrzymać.

(Nie, nie mam stanów lękowych, nie przesadzam, nie pani­kuję – to jak najbardziej racjonalne pytanie).

– No, możecie poprosić o pomoc rodzinę.

– Przecież przed chwilą powiedziałam, że nie mamy tu żadnej rodziny.

– To przyjaciół.

– Przecież nie oddam innej rodzinie dziecka z domu covidowego. Czy w takich sytuacjach jest ktoś, kto przychodzi w sprzęcie ochronnym wesprzeć w opiece?

Położna wzdycha zniecierpliwiona. Sama przecież wie, że ten foliowy fartuszek, w którym do nas przyszła, to raczej symbol ochrony, a nie prawdziwe zabezpieczenie.

– Jedyne, co możesz dostać, to rodzina zastępcza – mówi w końcu. – Ale tego byś nie chciała.

Jeśli liczyłam na to, że pod spodem jest jakaś siatka asekuracyjna, to właśnie okazała się fantazją utkaną z rubryk, kwestionariuszy, nadziei i słów.

***

Wielu ludzi – tych z niepełnosprawnościami, poważnymi chorobami, problemami ze zdrowiem psychicznym, bez pieniędzy i wsparcia rodziny – z pewnością nie miałoby takich złudzeń. A to, że z poczuciem bezradności i iluzoryczności systemów pomocy skonfrontowałam się po raz pierwszy w końcu czwartej dekady życia, w czasie pandemii, świadczy o tym, że wcześniej zajmowałam pozycję na tyle komfortową, by to złudzenie bezpieczeństwa żywić.

Do tego, mimo całego mojego rzekomego krytycyzmu, dałam się złapać na głęboko uwewnętrznione stereotypy właściwe większości migrantów przyjeżdżających do „lepszego” (czytaj: bogatszego) kraju. W Polsce nie można liczyć na państwo, nikogo nie obchodzi, czy masz depresję poporodową, czy padasz ofiarą przemocy. Co innego na Zachodzie, gdzie są system, wsparcie, racjonalne procedury. Nawet jeśli w czasie pierwszej ciąży w Wielkiej Brytanii irytowała mnie miękka dyscyplina wpisana w powtarzanie tych samych pytań i brakowało mi bardziej osobistego podejścia (za każdym razem miałam wizytę u innej osoby, zawsze okazującej mi „empatię” zgodnie z narzuconym proceduralnym skryptem), to czułam jednak, że system ten bierze pod uwagę mój stan psychiczny. Że – w porównaniu z polskim – daje mi większą sprawczość i możliwość wyboru.

Sprawa jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, a porównania nie są tak oczywiste. Tak, dostaniesz się do państwowego fizjoterapeuty w trzy tygodnie, ale wizyta ta sprowadzi się do przekazania ci garści kserokopii z ćwiczenia­mi, które masz samodzielnie wykonać. To, że wielokrotnie pytano mnie o samopoczucie psychiczne, nie znaczyło, że moja pogrążona w depresji poporodowej koleżanka uzy­skała pomoc, po tym, jak płakała położonej do telefonu (w innym przypadku kobietę przeżywającą kryzys psychiczny po poro­nieniu dopytano, czy ma myśli samobójcze – dopóki ich nie ma, nic nie mogą dla niej zrobić). Niby istnieje system schronisk dla osób do­świadczających przemocy, ale – jak opisała to Wiolet­ta Grzegorzewska w Wilczej rzece – ich mieszkanki na własną rękę muszą wspierać osobę z myślami samobójczymi, która nie ma dostępu do psychologa, bo jest przerwa wielkanocna8.

Dramatyczne przeciążenie brytyjskiej publicznej służby zdrowia – NHS (National Health Service) – na skutek „polityki zaciskania pasa” wprowadzonej przez torysów po kryzysie ekonomicznym w 2008 roku ćwiczyłam zresztą na własnej skórze. Przy pierwszym porodzie przez ponad dwie doby byłam na szczycie listy czekających na salę i położną – by w końcu rodzić z kobietą naprędce ściągniętą z dyżuru pełnionego gdzie indziej. W czasie drugiego porodu szpital zamknięto dla nowych przyjęć z powodu przeciążenia, a zgłaszające się kobiety odsyłano do placówki oddalonej o jedenaście kilometrów. „No k…, jak w Polsce” – skomentował przy innej okazji pewien pacjent po czterech godzinach czekania na ostrym dyżurze, usłyszawszy, jak współrodzic rozmawia z naszym dzieckiem po polsku.

A jednak, mimo nieustannie nagłaśnianych przez prasę niedoinwestowania, braków kadrowych, długich kolejek, o państwowej ochronie zdrowia mówi się tu z dumą: „Nasze NHS”. Publiczny, bezpłatny system wciąż jawi się jako wielkie osiągnięcie społeczne – coś, co trzeba doceniać i za co należy być wdzięcznym. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie uznaje się, że powinien być to standard „cywilizowanego kraju”, a wszystko, co działa poniżej poziomu szpitala w Leśnej Górze z Nadobre i na złe albo nie przypomina pastelowego gabinetu prywatnego internisty, jest skandalem.

Ta odmienność podejścia pokazuje, jak głębokie znaczenie miały fala PRL-owskiej modernizacji i związana z nią demokratyzacja wyobraźni. W krajach bloku wschodniego poziom usług publicznych mógł być niski, ale panowało przekonanie, że należą się one wszystkim, a ich zapewnienie jest obowiązkiem władzy. Jako dziecko dorastające w transformacyjnej Polsce przeżyłam szok, gdy dowiedziałam się, że w wielu zachodnich krajach możesz zostać obciążony kosztami ratowania życia w karetce, w szpitalu, w górach, jeśli nie byłeś ubezpieczony (do dziś zresztą Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe jest jedną z nielicznych górskich służb ratowniczych finansowanych z pieniędzy publicznych).

Wielka Brytania natomiast jest państwem głęboko klasowym. Dziewięćdziesiąt dwa miejsca w Izbie Lordów wciąż są przekazywane dziedzicznie w ramach arystokratycznych rodzin, a ciągłość podziału ziemi sięga czasów Domesday Book (spisu gruntów sporządzonego na rozkaz Wilhelma Zdobywcy w 1086 roku). To kraj z długą tradycją dyscyplinowania biednych: od praw przeciw włóczęgostwu i żebractwu uchwalonych w 1494 roku przez penalizujący bezdomność Vagrancy Act z roku 1824 aż po okrutną dyscyplinę w schroniskach opisaną przez George’a Orwella w eseju Nadnie w Paryżu i w Londynie. Zarazem jest to monarchia z dużym doświadczeniem w świadomym zarządzaniu emocjami populacji (w czasie drugiej wojny światowej, na przykład, dla zamanifestowania ponadklasowej solidarności otworzono dla ludu ogrody posiadłości, by w czasie pokoju znów je zamknąć – dziś zwiedzanie ich jest jedną z atrakcji, które arystokracja sprzedaje plebsowi). Wielu szpitalom wciąż patronują monarchowie (moje dzieci przyszły na świat na Queen Mary Maternity Unit) i choć mój „sąsiad” Ralph George Algernon Percy, dwunasty diuk Northumberland, może się zapisać do tej samej przychodni co ja, to jest więcej niż oczywiste, że nigdy się tam nie spotkamy (ja natomiast spacerowałam po jego ogrodzie, a on po moim nie).

To brytyjskie fetyszyzowanie publicznej służby zdrowia ma też związek z powracającymi pomysłami prywatyzacji NHS – co nie wydaje się niemożliwe, biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania sprywatyzowała swojego czasu kolej, budynki państwowe i outsourcowała część procedur urzędniczych (na przykład składanie mojego wniosku o obywatelstwo obsługiwała prywatna firma). Wielu ludzi boi się, że Zjednoczone Królestwo podąży drogą jednej ze swoich byłych kolonii – zwanej czasem „najbardziej rozwiniętym krajem trzeciego świata” – w której nawet dzieci nie są uniwersalnie objęte darmową opieką zdrowotną, a poród, wycięcie wyrostka czy rak mogą spowodować bankructwo i bezdomność9.

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie bogaci żyją dłużej niż biedni (przy czym po drugiej stronie Atlantyku ta różnica jest większa). Rzecz w tym, że najbogatsze dwadzieścia pięć procent Amerykanów żyje tyle, ile najbiedniejsza ćwiartka mieszkańców północy i zachodu Starego Kontynentu10.

***

Zależność, choroba, starość, słabość, śmierć są uniwersalnymi ludzkimi doświadczeniami. To jednak, jak wielki strach i stres wzbudzają w konkretnym człowieku, w bardzo dużym stopniu zależy od społeczeństwa, w którym żyje. Czy poważna choroba oznacza „tylko” lęk o życie, znoszenie bólu i bezsilność? A może wiąże się też z ryzykiem popadnięcia w długi i bezdomność całej rodziny? Czy wchodząc do gabinetu, masz poczucie, że realizujesz przysługujące ci prawa? Że kupujesz usługę? Że udało ci się uzyskać coś dzięki znajomościom?

Emigracja jest tu ciekawym eksperymentem. W Polsce wiedziałabym, że nawet gdybyśmy oboje ciężko zachorowali na covid, ktoś z naszej sieci znajomych i rodziny zająłby się dziećmi. W Anglii tego poczucia nie miałam. Ale pewnie nie przyszłoby mi do głowy, że mogę liczyć na jakiekolwiek systemowe wsparcie, gdyby nie powtarzające się pytania o moje warunki życia i stan psychiczny. Jakoś założyłam, że skoro pytają, to znaczy, że w razie potrzeby mogą pomóc.

Ta względność zagrożeń, lęków i nadziei wynika nie tylko z różnic między krajami, ale również z odmiennych kontekstów historycznych. Na przykład: dzisiejsi młodzi dorośli żyją w poczuciu bezprecedensowości swojej sytuacji – w obliczu katastrofy klimatycznej i narastających zagrożeń geopolitycznych mierzą się z realną możliwością końca ludzkości. W związku z tym stawiają pytanie o etyczność powoływania dzieci na świat. Ale przecież generacja powojennego wyżu (czyli moich rodziców), przez „The Economist” nazwana „najbardziej fartownym pokoleniem w historii”11, również żyła w cieniu możliwej zagłady, a moje niemowlęce życie miało bardzo realną szansę skończyć się w nuklearnej hekatombie. Mimo to nikt publicznie nie debatował nad tym, czy w ogóle powinno się powoływać na świat milenialsów. Dlaczego?

3 Nie znaczy to, że ten stres jest zawsze sygnałem rzeczywistego zagrożenia. Może być również reakcją na społeczne wyobrażenia o zagrożeniu. Na przykład kobiety są socjalizowane do lęku przed gwałtem dokonanym przez obcego w przestrzeni publicznej, podczas gdy statystyki pokazują, że większym zagrożeniem są mężczyźni, których znają i z którymi mają kontakt w przestrzeni prywatnej.

4 David Graeber i David Wengrow trzeźwo wskazują, że do XVIII wieku wszyscy europejscy myśliciele uznawali hierarchię za niezbędną, a demokrację za bardzo zły ustrój. Stawiają hipotezę, że osiemnastowieczna myśl demokratyczna wynikała z zetknięcia z rdzennymi mieszkańcami Ameryki, zob. D. Graeber, D. Wengrow, Narodziny wszystkiego. Nowa historia ludzkości, przeł. R. Filipowski, Poznań 2022.

5 Zob. J. Reinstein, Private Firefighters Spark Controversy Amid Devastating LA Fires, ABC News, 14 stycznia 2025, abcnews.com/US/private-firefighters-spark-controversy-amid-devastating-la-fires/story?id=117626262, dostęp: 16.12.2025. Trzeba podkreślić, że w tej chwili nawet w USA takie usługi są świadczone przede wszystkim na rzecz firm (na przykład ubezpieczycieli, którzy chcą w ten sposób ograniczyć konieczność wypłacania odszkodowań). Indywidualni klienci bądź lokalne wspólnoty wykupują je bardzo rzadko.

6 Zob. R. Bregman, Utopia dla realistów. Recepta na idealny świat, przeł. S. Paruszewski, Warszawa 2018.

7 D. Clark, Life Expectancy (from Birth) in the United Kingdom from 1765 to 2020*, Statista, 28 listopada 2025, statista.com/statistics/1040159/life-expectancy--united-kingdom-all-time/?srsltid=AfmBOoo7IUo_2L1aPTXrOhVaUnETuJb 3yMLuIYtdEQxEnqw4taC_Uc3g, dostęp: 5.03.2026.

8 Zob. W. Grzegorzewska, Wilcza rzeka, Warszawa 2021.

9 Doświadczenie opieki onkologicznej w takich warunkach bezkompromisowo opisuje poetka Anne Boyer (i tak uprzywilejowana ze względu na posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego): „W uniwersum kapitalistycznej medycyny, w którym wszystkie ciała muszą zawsze kręcić się wokół zysku, nawet podwójna mastektomia jest procedurą ambulatoryjną. Po operacji zostałam szybko i brutalnie wypisana do domu. Pielęgniarka wybudziła mnie z narkozy i próbowała niezgodnie z prawdą wypełnić kwestionariusz oceny gotowości do wypisu, a ja usiłowałam jej udowodnić, że nie czuję się dobrze. Powiedziałam, że nie zajęto się moim bólem, nie byłam jeszcze w łazience, nie dostałam żadnych instrukcji i nie mogę wstać, o wychodzeniu ze szpitala nie wspominając. A potem mnie wypisali i wyszłam”, A. Boyer, Obumarła. Ból, słabość, śmiertelność, medycyna, sztuka, czas, sny, dane, wyczerpanie, rak i opieka, przeł. K. Iwaszkiewicz, Wołowiec 2021, s. 143.

10 Zob. S. Machado i in., Association between Wealth and Mortality in the United States and Europe, „The New England Journal of Medicine”, 3 kwietnia 2025, 392(12), s. 1310–1319.

11Baby-boomers Are Loaded. Why Are They So Stingy?, The Economist, 26 maja 2024, economist.com/finance-and-economics/2024/05/26/baby-boomers-are-loaded-why-are-they-so-stingy, dostęp: 27.12.2025. Jeśli nie wskazano inaczej, cytaty ze źródeł i opracowań niepublikowanych w języku polskim podaję w przekładzie własnym.

Część II Niewidzialna praca, czyli o „kobiecej naturze”, empowermencie i paradoksach wolności

Dostępne w wersji pełnej

Część III „Zrobiłabym wszystko dla swojego dziecka”, czyli postapo tu i teraz

Dostępne w wersji pełnej

Część IV Bańki, dary i dzika menażeria, czyli o logikach współdziałania

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej