Jak wspierać transpłciowe dziecko - Szewczyk Paula - ebook

Jak wspierać transpłciowe dziecko ebook

Szewczyk Paula

0,0

Opis

Matka, ojciec i transpłciowe dziecko – Paula Szewczyk spotkała się z nimi w 2021 roku. „Jestem na takim etapie, że wierzę, że może jeszcze to się cofnie” – mówił wtedy ojciec. „Wspieram je, ale przyznaję, że nadal z tyłu głowy mam takie: a może?…” – zastanawiała się matka. Gdy autorka wróciła do nich po czterech latach, usłyszała: „Jestem ojcem, który dzisiaj bez problemu mówi, że ma syna. (…) Tranzycja niczego mi nie odebrała w byciu ojcem. Wręcz wzbogaciła doświadczenie ojcostwa”. „Naprawdę powiedziałam ci, że urodziłam córkę i że dla mnie to się nie zmieni? – zdziwiła się matka. – Dzisiaj mówię, że urodziłam syna, tylko o tym nie wiedziałam!”.

„Gdy zrozumiałem, kim jestem, byłem jeszcze za młody, żeby obawiać się, że nie wszyscy mogą to zrozumieć – wyznał transpłciowy Marcin. – Dla mnie to po prostu byłem ja i tyle”.

Opowieści bohaterów są uzupełnione o rozmowy z trojgiem ekspertów w tematyce transpłciowości. Mówią o tym, jak przebiega proces tranzycji w Polsce. „Zdarza się, że osoby odkładają swoje życie na »po tranzycji«?” – pyta autorka Juliana Stradomskiego, lekarza psychiatrii. „Znam wiele takich osób, które czekają z podjęciem studiów, bo nie chcą iść na uczelnię pod starymi danymi. To wciśnięcie pauzy na życie. Chciałbym im powiedzieć: nie czekajcie”.

Książkę zamykają rady, które dają bohaterowie części reporterskiej, każdy na podstawie własnego doświadczenia. Mówią między innymi: „Nie oceniaj” (ojciec). „Na wszystko trzeba czasu. Daj go sobie i dziecku” (matka). „Nie karz go za to, że jest trans” (dziecko).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 73

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Paula Szewczyk, Jak wspierać transpłciowe dziecko

Wydanie pierwsze, Warszawa 2025

 

Copyright © by Paula Szewczyk, 2025

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2025

 

REDAKCJA

Julianna Jonek-Springer

 

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Justyna Tomas

 

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI

Patryk Mogilnicki

 

LAYOUT

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/

www.behance.net/OneOnes

 

SKŁAD I ŁAMANIE

Michał Wysocki

 

ISBN 978-83-66778-92-4 (EPUB); 978-83-66778-94-8 (MOBI)

 

Wydanie elektroniczne 2025

 
 

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.dowody.com

[email protected], [email protected]

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

REporady

Lato–jesień 2021

Ojciec

Matka

Zima 2024

Ojciec

Matka

Syn

rePOrady

Tak zwana diagnoza. Rozmowa z Niną Kutą

Nie tylko dysphoria. Rozmowa z Anną Wiatrowską

Tranzycja to nie koniec. Rozmowa z Julianem Stradomskim

repoRADY

Ojciec

Matka

Syn

 
 
REporady
 
LATO – JESIEŃ 2021
Ojciec

Tylko imię, bez nazwiska. Nie za bardzo mogę gadać takie rzeczy.

 

Na imię ma Piotr. Na podanie nazwiska i miejsca pracy zgodzi się za trzy lata.

 

Jestem rodzicem akceptującym, ale jednocześnie trudno mi się z tym wszystkim pogodzić.

Mam piętnastoletnią córkę, która jest synem.

 

„Córkę, która jest synem”. Zapisuję tak, jak powiedział, chociaż rozumiem, że ma syna. I że tak się nie mówi. Że nie powinno się tak mówić. Że zalecane jest mówić i pisać: „Ma dziecko transpłciowe. Transpłciowego syna”.

 

Nie pamiętam, jak się dowiedziałem. Były wcześniej, powiedziałbym, symptomy... Że coś się dzieje, coś jest na rzeczy. Tylko że takie symptomy niepewne. Lekceważyłem je.

Do czasu przymierzalni.

Potem byliśmy u psychologa. Padło, że M. czuje się Marcinem.

 

Nie zapisuję tak, jak powiedział ojciec. Zapisuję M., bo wiem, że imię, jakie Marcin miał w dokumentach, nie jest dziś ważne. Tej osoby już nie ma. Samo brzmienie wypowiedzianego głośno lub zapisanego M. mogłoby Marcina zranić.

 

Myślałem: może to przejdzie, może minie. Irytowało mnie, że rozmawiamy o problemach w szkole, a dzieciak od razu, że czuje się chłopakiem. Takie sytuacje się powtarzały, a potem nagle nie było ich wcale.

Traktowałem to bycie chłopakiem jako temat zastępczy.

Do sytuacji w sklepie.

Wybieraliśmy kostium kąpielowy. Dwie godziny i nic. Przynosiłem do przymierzalni, co mi wpadło w ręce, z działu damskiego i działu męskiego na zmianę. Dramat. Płacz. Istna rozpacz. M. mierzyła stroje z mamą. Byliśmy już po rozwodzie, ale pozostawaliśmy w dobrych relacjach. Była żona wzięła mnie wtedy na bok, sama psychicznie ledwo się trzymała. Powiedziała, że teraz już rozumie i że to nie minie. Że M. po prostu nienawidzi swojego ciała. I albo coś z tym zrobimy, albo nie będziemy mieć dziecka wcale.

Wracaliśmy samochodem w ciszy.

 

Przed dwudziestą trzecią odpaliłem komputer. Czytałem do trzeciej nad ranem. Na szczęście nie byłem sam, miałem przy sobie moją partnerkę, przeczesywała sieć razem ze mną. Nic o transpłciowości nie wiedziałem, nic nie rozumiałem. Trudno się takim tematem interesować, to zupełnie obca dla przeciętnego człowieka sprawa. Siedząca obok Aneta mówiła mi, żebym się nie przejmował, próbowała mnie wspierać, ale nic nie było w stanie mnie pocieszyć. Po czwartej wysłałem byłej żonie SMS z linkiem. „Znalazłem coś takiego. Dołącz”. To była strona zamkniętej grupy dla rodziców transdzieci. O siódmej odpisała, że już tam jest.

Byłem zielony. Nie wyszedłem z grupy przez trzy tygodnie z przerwami na pracę. Im więcej czytałem, tym bardziej moje przerażenie rosło. Nie dlatego, że nie chciałem zaakceptować mojego dziecka. Dziecko jest najważniejsze. Byłem przerażony, ile je czeka... Wiem, jaki jest świat. Myślałem o tym, że będzie mu po prostu ciężko w życiu. To była moja główna obawa.

 

Na początku w ogóle nie mogłem na ten temat mówić. Gula podchodziła mi do gardła i ściskała. Nie znam osoby, która ma czterdzieści lat, jest transchłopakiem i jest szczęśliwa. Ten ma depresję, ten ma coś tam, każdy coś. Zamartwiałem się, czy ona – czy on, bo z tym imieniem do końca jeszcze się nie przestawiłem, waham się – czy będzie szczęśliwa w przyszłości.

 

Zapisuję „ona”. Nie poprawiam ojca.

 

Nie umiem sobie tego wyobrazić. Rodzicowi jest trudniej niż obcej osobie. A ja jestem bardzo racjonalny... Myślę prosto: dziewczyna miałaby chłopaka, ślub, dzieci. A w takiej sytuacji nie wiem, co będzie. Fizycznie nie do końca chłopak. A psychicznie chłopak? Dopiero się tego wszystkiego uczę.

„Boże, dlaczego ja?” – takie myśli miałem. Wydawało mi się, że nikt nie będzie umiał nam pomóc, a okazało się, że szlaki są już przetarte, drogi utorowane, tylko nic o tym nie wiedziałem.

Nie boli mnie, że miałem córkę i że jej już nie będzie. Musiałem tylko dojrzeć do myślenia, że piętnaście lat miałem córkę, a teraz będę miał syna.

Gdyby mi ktoś tak powiedział trzy miesiące temu, dostałbym szału.

 

Doszedłem już do rozumienia, że lepiej będzie jej funkcjonować jako Marcin. Rozumiem to, ale boli mnie, jakie przykrości mogą z tego dla niej wyniknąć. Znam swoje dziecko, wiem, że każdy docinek odbiera dziesięciokrotnie bardziej niż inne dzieci.

 

Grupa rodziców dała mi coś, czego się nie spodziewałem. Myślałem, że nasza sytuacja to dramat i gorzej być nie może. A poczytałem i okazało się, że nie jest źle. Nie ma u nas żadnych samookaleczeń, uciekania z domu, szpitali, psychiatrów, nic takiego się nie działo. Były, owszem, załamania nerwowe, wahania nastroju, niechęć do szkoły, niechęć do WF-u... Nie lubiła go i do tej pory nie lubi. Czasami ćwiczyła, czasami nie.

Zresztą pierwsze, co usłyszałem, gdy powiedziała, że nie chce być dziewczyną, to, że dziewczyny mają okres, a chłopaki nie.

 

W podstawówce było ciężko. Brakowało jej koleżanek, wyjść. Trzymała się z boku. Przed szkołą średnią poradziliśmy: „nie mów nikomu”, bo baliśmy się, że znowu będzie sama. „Jak źle trafisz, to cię zjedzą, będzie koniec”, tłumaczyłem. Ale po dwóch miesiącach zdecydowała zrobić w klasie oficjalny coming out. O dziwo, wychowawczyni była przychylna. Gdy do niej dzwoniłem, miałem takie nerwy... Większe niż w pracy. Niepotrzebnie.

Przynajmniej obawy o akceptację w szkole odeszły. Pozostałe są i wątpię, by minęły.

 

Jestem na takim etapie, że wierzę, że może jeszcze to się cofnie. Wszyscy mi mówią, że na pewno nie. Jeśli jednak był na świecie choćby jeden przypadek, że po kilku latach się odwróciło, to się tego trzymam.

Nie uważam, że bycie trans jest złe, ale jeśli moje dziecko takie nie będzie, uniknie wielkich trudności życiowych. Miałoby łatwiej w przyszłości.

 

O akceptację łatwo nie jest. Wiem to po sobie. Rok czy półtora roku temu ten temat był mi zupełnie obojętny. Miałem świadomość jedynie, że są geje, lesbijki, ale nic więcej wiedzieć nie chciałem. „Nie chciałem” to może źle powiedziane, bo jestem ciekawy świata, ale nie miałem pojęcia, że istnieją osoby trans. A okazało się, że tych ludzi są setki tysięcy. To też zmieniło moje podejście.

Od kiedy ten temat dotyczy M., wniknąłem w niego bardzo głęboko.

Osobom trans jest trudniej w życiu, muszą być silne. Nie wiem, jak moje dziecko będzie dalej żyć, czy dostanie pracę, czy uda mu się stworzyć związek. Czy nie zabraknie mu społecznej infrastruktury. Dom, zawód, znajomi, miłość, normalne, codzienne rzeczy, o które i tak bywa trudno. A takim osobom jak moje dziecko, które ciągle są narażone na ataki, jest potrójnie trudno.

Ja mogę sobie być w szoku, ale nie powiedziałem dziecku, że jest chore i złe, że wybiję mu te historie z głowy pasem. Nie było odrzucenia. Nie mówiłem „nie przesadzaj”, „przejdzie ci”, podkreślałem, że to bardzo ważny temat. Kiedy jednak chciała wziąć hormony, proponowałem poczekać, iść krok po kroku, bo pewne decyzje są nieodwracalne. Powtarzała wtedy „wiem i koniec”, ale miała dwanaście czy trzynaście lat! Teraz ma piętnaście i nadal nie jest powiedziane, że skoro czuje się chłopcem, to tak musi być.

W sercu liczyłem ciągle, że jej przejdzie. Bo nie ukrywam, że wolałbym, żeby tej transpłciowości w naszym życiu nie było.

I liczę na to do dziś. Też dlatego, że dużo dostawaliśmy i dostajemy od niej sygnałów, że lubi różne dziewczęce sprawy.

M. nie jest z wyglądu chłopczycą. Chodzi w unisexach, ciemnych ubraniach. Od razu chciała zacząć przyjmowanie hormonów, ale powiedziałem: spokojnie, dziecko, nie pójdę ci teraz męskich hormonów wykupić, to lekarz musi stwierdzić, czy ich potrzebujesz. Myślałem, że będzie wielki dramat, ale nie. To też dało nam do myślenia, że nie jest nastawiona aż tak radykalnie, że się aż tak bardzo nie pali.

Raz kupowaliśmy ubrania, a ona wybrała spódniczkę. Pomyślałem sobie „kupuj”, ale upewniłem się: „Będziesz w niej chodzić?”. Ona na to, że tak, że pójdzie w niej gdzieś z koleżankami. Złapałem wtedy za telefon i zadzwoniłem do byłej żony: „Nie uwierzysz!”. Podzieliłem się tym, bo się cieszyłem.

Innego razu rozmawialiśmy o dzieciach i usłyszałem, że nie będę dziadkiem. OK, spoko. A jakiś czas później gadaliśmy o żółwiach i M. powiedziała, że jeszcze jej dzieci będą mogły dożyć tych żółwi. No to jak?

Malowanie paznokci. Golenie nóg. Cały czas to robi.

Nawet w podejściu do imienia nie jest taka jednoznaczna.

Kiedy powiedziałem dziecku, że nie jestem gotowy używać męskiego imienia, zapytałem, czy to będzie wielki problem. „Nie, tata, luz”.

Zadałem też pytanie rodzicom na grupie, co o tym myślą. Przekonali mnie, że na pewno dziecko wolałoby, żebym mówił „Marcin”. Ale skoro nie robi problemu, że mówię nadal M., to może jednak imię nie jest dla niej aż tak ważne?

 

Wybór imienia jest czasem dla osób transpłciowych pierwszym krokiem do bycia sobą. Proszą bliskich, by zwracali się do nich imieniem, jakie dla siebie wybrały, choć w dokumentach mają inne, nadane im przez rodziców odpowiednio do płci przypisanej przy urodzeniu.

 

A przecież mamy jeszcze rodzinę, dziadków jednych, drugich. Tu używamy żeńskiego imienia, tam męskiego. Przychodzi sąsiad, który ją zna jako M., a inny nie, jeden zwraca się do niej tak, drugi tak. Sytuacje bywają niezręczne. Ona też nie wie, komu chce powiedzieć o tym, jak się czuje i kim jest. Waha się, czy wyjawić to dziadkom. Niektóre ciotki wiedzą, niektóre nie. A ja jestem bardzo racjonalny, lubię, żeby był porządek, albo tak, albo tak.

Sama myli się w zaimkach, w końcówkach. Mówi męsko-żeńsko. Powie „zrobiłem”, a za chwilę „zrobiłam”. Moja była żona używa formy „zrobiłoś”. Chaos.

Ja zwracam się M. – siłą przyzwyczajenia. Piętnaście lat tak mówiłem. Może gdy będą zaświadczenia, że faktycznie mam syna, że to chłopak, wtedy się przestawię?

Mnie obojętne, czy moje dziecko jest chłopakiem, czy dziewczyną, oby było szczęśliwe. A boję się, że nie będzie. I że to moja wina. Bo może gdzieś popełniłem błąd?

Wiele razy zastanawiałem się, czy mogłem coś zrobić lepiej. Czy nie zawiniłem jako ojciec. Ale nie doszedłem, gdzie ten błąd popełniłem, czy w ogóle jakiś popełniłem. Nieraz mówiłem sobie, że stało się to, co się stało, bo zawaliłem. W grupie jest mnóstwo ludzi, którzy mają więcej doświadczenia, znają temat lepiej niż ja. Piszą, że tożsamość płciowa jest niezależna od wychowania. A ja i tak myślę, że mogłem coś zrobić inaczej.

Czasami się obwiniam, że to przez rozwód. M. miała cztery lata. Żadnych problemów z nią wcześniej nie było, więc może rozstanie tak na nią wpłynęło? To jedyna rzecz, o którą mogę mieć do siebie pretensje. Chociaż dobrze się zachowywaliśmy jako rozwiedzeni rodzice. Wspólnie zajmowaliśmy się dzieckiem, nie było wojen. Jeśli rozwód miałby taki wpływ, to chyba co drugie dziecko byłoby trans.

Ale może gdybym był z nią na stałe? Mieszkał z nimi? Czy wydarzyło się po odejściu od żony coś, czego nie zauważyłem? Moja mama powiedziała: „Rozwiedliście się, to macie”. Pytała: „Jak mogłeś do tego dopuścić, jak na to pozwoliłeś?”.

 

Widujemy się z M. regularnie, nocuje u mnie, ma swój pokój. Rozmawiamy, kiedy chce. Również o hormonach.

O operacjach nie. Na razie sobie żadnych nie wyobrażam.

Nie zabronię jej tego, ale mnie to przerasta, nie jestem w stanie zaakceptować myśli o operacji. Nie czytam, gdy w grupie ktoś pyta o zabiegi. To jeszcze nie mój problem, nie ten etap. Gdy myślę o tym, że moje dziecko zrobi sobie jedynkę... Uważam, że się okaleczy.

 

Jedynka – fachowo określana jako rekonstrukcja klatki piersiowej – to zabieg, który wykonują transpłciowi mężczyźni. Nazywany tak potocznie, bo jest pierwszą operacją, na którą zwykle się decydują. Transpłciowi chłopcy i mężczyźni pozbywają się w ten sposób balastu. Mówią „balast”, by nie używać słowa „piersi”. Piersi mają dziewczyny, a oni nimi nie są.

 

Chciałbym, żebyśmy byli w stu dwudziestu, nawet w stu pięćdziesięciu procentach pewni, że to dobry kierunek. Na razie nie jestem przekonany.

 

Zauważyłem już po niej kilka pozytywnych zmian. Od kiedy rozmawiamy o tym, kim jest, zmieniła się. Zawsze była skryta, stała z boku, a od momentu, gdy mama mówi do niej „Marcin”, jej samopoczucie się poprawia. Dużo lepiej czuje się również od czasu kupienia bindera.

 

Binder to obcisły top na ramiączkach, z przodu sztywny, z tyłu elastyczny. Wkładają go pod ubranie transpłciowi chłopcy i mężczyźni, żeby ukryć balast i żeby nie doskwierała im dysforia, ból wynikający z faktu, że ten balast mają, a przecież nie powinno go tam być. Do czasu pierwszej operacji to często niezbędnik – po niej bezużytecznik.

 

Gdy zgubił się w suszeniu czy w praniu, żona dzwoniła do mnie, że dziecko lata po domu, jakby był koniec świata, krzyczy, że się zabije. A gdy się znalazł, pyk, od razu spokój. To też mi dało do myślenia. Zrozumiałem, jakie to dla niej ważne. Czasem, co prawda, wychodzi bez niego, ale fakt, że go ma, ją uspokaja. Teraz ma już trzy bindery.

M. często zachowuje się nieprzyjemnie. Setki razy rozmawialiśmy o tym, że nieważne, czy jesteś chłopak, czy dziewczyna, trzeba być dla ludzi miłym. Jeśli ktoś ci się nie podoba, nie rozmawiaj z nim, ale nie bądź niemiła. Czasem słyszę, jak odbiera telefon. Gdybym był pod drugiej stronie, pomyślałbym, że gadam z jakimś burakiem. „Dziecko, nie możesz tak robić, zwróć na to uwagę”, mówię nieraz.

W podstawówce też było różnie. Powtarzałem: „Zobacz, jak ty się zachowujesz, niefajnie mówisz, niesympatycznie”. Miałem wrażenie, że może przez swoje zachowanie nie ma znajomych.

Nieraz zdarzało się, że mówiłem jej w weekend: „Co nie idziesz nigdzie, zadzwoń do kogoś”, a ona, że nie ma do kogo, nie ma z kim. Pani sobie wyobrazi, jak się czuje wtedy rodzic. Serce pęka. „Jak to nie masz z kim? A Ula, Ola, ta, tamta?” Widziałem, że wymyśla, oszukuje. Jakby chciała się usprawiedliwić, że to nie jest jej wina, tylko dzieci nie mają czasu.

 

Chciałbym obudzić się jutro i odkryć, że wszystko jest po staremu. Nie dlatego, że nie chcę, by M. była chłopakiem. Tylko wtedy wszystkie jej problemy by zniknęły. Teraz mnie przerażają. Nie wiem, czy będę umiał sobie z nimi poradzić. Jakby mojej córce, która urodziła się córką i jest córką, ktoś powiedział „ty taka śmaka”, wiedziałbym, w jaki sposób zareagować. A jeśli powie coś przykrego córce, która jest Marcinem, to czy będę potrafił jej pomóc?

A czy ktoś ją pokocha? Nie wyobrażam sobie jej życia w samotności.

Nie interesuje mnie natomiast zupełnie, co sobie pomyślą ludzie.

Ludzie nie wiedzą nic o transpłciowości, nie mają zielonego pojęcia, z czym to się wiąże. Jeśli ktoś z otoczenia powie „o kurwa, jakieś dziwadło”, to wypad, chłopie. Za coś takiego mogę nawet zaatakować. Nie jestem agresywny, ale nie pozwolę, żeby ktoś zrobił krzywdę mojemu dziecku.

 

Dziadkowie nie akceptują naszej sytuacji. Nie chcę tracić z nimi kontaktu, ale jeśli będą się zachowywać toksycznie, to się z moim dzieckiem więcej nie spotkają. Mogą nie rozumieć, ale mają zachowywać się godnie. Przecież to nie jest jej wina, że tak ma.

Jeśli ktoś z bliskich zachowywałby się wobec niej nie w porządku, jestem gotów wykluczyć tę osobę, bo nie jest godna bycia moją rodziną.

 

Oczywiście, zdarza mi się płakać z bezradności. Chcę pomóc swojemu dziecku, widzę, gdy ma gorszy dzień. Przeżywam ten smutek trzy razy bardziej, niż gdyby nie było trans, bo wiem, że i ono wszystko mocniej przeżywa.

Czasem się we mnie gotuje. Mam mętlik w głowie, boję się, co będzie dalej.

Na razie zdobywam wiedzę. Chcę mieć pewność, że moje dziecko na pewno takie jest.

I chcę dać mu ochronę, być dla niego opoką.

 

[...]