32,00 zł
Przestań się martwić – zacznij żyć pełnią życia!
Czy martwisz się o pracę, pieniądze, rodzinę lub relacje? Czy stres i niepokój odbierają Ci radość dnia codziennego? Czy zastanawiasz się, jak uwolnić się od nawyku ciągłego zamartwiania się i wreszcie poczuć spokój?
Dale Carnegie pokazuje praktyczne strategie, które pomogły milionom ludzi uwolnić się od destrukcyjnego nawyku martwienia się. W książce znajdziesz m.in. sposoby na ograniczenie codziennych zmartwień, metody radzenia sobie z krytyką, strategie poprawy samopoczucia i wskazówki na bardziej pozytywne, radosne życie.
Sięgnij po tę książkę i odkryj, jak kontrolować stres, odzyskać spokój i zbudować szczęśliwszą, wolną od zmartwień codzienność. Dale Carnegie, mistrz sztuki budowania relacji i rozwoju osobistego, dzieli się doświadczeniem, które zmieniło życie milionów czytelników na całym świecie.
Zmień swój sposób myślenia. Zmień swoje życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginalny: How to stop worrying and start living
Projekt okładki i stron tytułowych: Izabela Surdykowska-Jurek Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska Redakcja językowa: Joanna Kłos Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redaktor techniczny: Witold Kuśmierczyk
Copyright © for this edition and transation by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18021-5
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Książkę tę dedykuję człowiekowi, który nie ma potrzeby jej czytać
(Lowellowi Thomasowi)
O autorze
Dale Carnegie – amerykański pisarz, wykładowca oraz autor sławnych kursów z zakresu samodoskonalenia, sprzedaży, szkoleń firmowych, wygłaszania mów publicznych i rozwijania umiejętności interpersonalnych – był drugim synem ubogiego farmera Jamesa Williama Carnegiego i jego żony Amandy Elizabeth Harbison. Przyszedł na świat w 1888 roku w miejscowości Maryville w stanie Missouri. Choć wstawał co noc o czwartej, aby wydoić krowy, ukończył State Teacher’s College w Warrensburgu. Po ukończeniu studiów zajął się sprzedażą kursów korespondencyjnych, a następnie bekonu, mydła oraz smalcu, które produkowała firma Armour & Company.
W 1911 roku Carnegie zrezygnował z pracy sprzedawcy po odłożeniu pięciuset dolarów, zamierzając zaangażować się w ruch Chautauqua, lecz zamiast zostać wykładowcą, zapisał się na American Academy of Dramatic Arts. Nie odniósł jednak sukcesu na scenie i wrócił bez oszczędności do Nowego Jorku. Mieszkając w budynku należącym do YMCA, wpadł na pomysł poprowadzenia wykładów z nauki publicznych przemówień. W trakcie pierwszych zajęć omówił przed czasem cały przygotowany materiał i poprosił uczestniczące w nich osoby, aby opowiedziały o tym, co je denerwuje. Okazało się, że rozmawiając na ten temat, odczuwały one znacznie mniejszy lęk przed publicznymi wystąpieniami. Dzięki tej wiedzy poszerzył w 1912 roku zakres zagadnień omawianych na kursie, a zaledwie dwa lata później zarabiał pięćset dolarów tygodniowo, spełniając pragnienia wielu Amerykanów pragnących rozwijać własne umiejętności. W 1916 roku stać go już było na wynajęcie Carnegie Hall i wygłoszenie w wypełnionej po brzegi operze wykładu.
Swoją wiedzę Dale Carnegie zawarł w książce Jak przemawiać publicznie. Praktyczny kurs dla ludzi biznesu (wydanej w 1926 roku), lecz zmienił kilka lat później jej tytuł na Jak przemawiać publicznie i wpływać na ludzi biznesu (wydanie z 1932 roku). Opublikowana w 1936 roku przez wydawnictwo Simon & Schuster książka Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi stała się bestsellerem, a zarazem najlepiej sprzedającą się pozycją w całym dorobku autora. Zawarł w niej praktyczne porady pomagające wieść udane życie zawodowe i osobiste. Do dziś korzystają z niej osoby korzystające z usług Dale Carnegie Training. Książka składa się z czterech części:
Część 1: Podstawowe techniki obchodzenia się z ludźmi.
Część 2: Sześć sposobów na to, aby inni nas lubili.
Część 3: Jak przekonać innych ludzi do naszych pomysłów i sposobu myślenia.
Część 4: Bądź liderem: jak zmieniać ludzi, nie obrażając ich i nie wzbudzając w nich niechęci.
W chwili śmierci autora przetłumaczono ją na trzydzieści jeden języków i sprzedano w pięciu milionach egzemplarzy.
Podczas I wojny światowej Dale Carnegie służył w amerykańskiej armii. W 1931 roku rozwiódł się z pierwszą żoną, a w 1944 ożenił ponownie, z Dorothy Price Vanderpool. Jak przestać się martwić i zacząć żyć ukazało się po raz pierwszy w 1948 roku w Wielkiej Brytanii nakładem wydawnictwa Chaucer Press.
Carnegie zdał sobie sprawę, że większość dorosłych osób zmaga się z obawami. Przeczytał wszystkie dostępne mu książki na temat trosk, wysłuchał wielu wykładów na temat radzenia sobie ze zmartwieniami i wykonał stosowne eksperymenty w trakcie zajęć, które prowadził. Zebrane w ten sposób doświadczenia przełożyły się na książkę Jak przestać się martwić i zacząć żyć. Autor odniósł się w niej do subtelności codziennego życia, oferując praktyczne porady pomagające przezwyciężać obawy i wieść szczęśliwe oraz satysfakcjonujące życie. Zawarł też w niej najważniejsze informacje na temat poczucia troski wraz ze skutecznymi sposobami radzenia sobie z nim. Jego książka pomogła niezliczonym rzeszom czytelników oraz zainspirowała ich i do dziś pozostaje bestsellerem.
Zmarł w 1955 roku we własnym domu w Forest Hills, przeżywszy sześćdziesiąt sześć lat. Pochowano go na cmentarzu w mieście Belton w stanie Missouri.
Dziewięć wskazówek i rad na temat tego, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści
Jeśli chcecie zyskać jak najwięcej na czytaniu niniejszej książki, musicie spełnić jeden bezwzględnie konieczny wymóg, znacznie istotniejszy niż jakiekolwiek zasady bądź techniki. Jeśli nie macie tej fundamentalnej cechy, nie pomoże wam stosowanie się nawet do tysiąca reguł. A jeśli macie tę wrodzoną zdolność, zdołacie osiągnąć cudowne rzeczy bez czytania rad na temat efektywnego korzystania z poradnika.
Jaki jest ten tajemniczy wymóg? Po prostu szczera i mocna chęć do nauki oraz wielka chęć, by przestać się martwić i zacząć żyć.
Jak można wykształcić w sobie powyższe cechy? Dzięki stałemu przypominaniu sobie, jak bardzo są dla nas istotne. Musimy wyobrazić sobie, jak ich udoskonalanie prowadzi nas ku bogatszemu i szczęśliwszemu życiu. Musimy powtarzać sobie raz po raz: „Mój spokój ducha, moje szczęście, zdrowie, a zapewne także i zarobek zależeć będą od stosowania oczywistych i odwiecznych prawd zawartych w tej książce”.
Czytajcie kolejne rozdziały bez zagłębiania się w szczegóły, aby zyskać właściwą perspektywę. Nie ulegajcie pokusie i nie przeskakujcie pospiesznie do następnych – chyba że czytacie wyłącznie dla przyjemności. Jeśli chcecie poprawić własne umiejętności nawiązywania relacji z innymi, wróćcie do początku rozdziału i przeczytajcie go uważniej raz jeszcze. W ten sposób zaoszczędzicie czas i szybciej osiągnięcie rezultaty.
Przerywajcie często czytanie, by zastanowić się nad tym, co przeczytaliście. Spróbujcie ustalić, jak i kiedy macie zastosować w praktyce zamieszczone w tekście sugestie. W ten sposób odniesiecie znacznie większe korzyści, niż pędząc do przodu niczym chart goniący zająca.
Czytajcie z kredką, ołówkiem, długopisem, markerem lub mazakiem w dłoni. Jeśli natraficie na radę, którą moglibyście waszym zdaniem wykorzystać, podkreślcie ją. Jeśli będzie to sugestia czterogwiazdkowa, podkreślcie lub zakreślcie każde zdanie albo postawcie przy nich ****. Zaznaczanie tekstu czyni proces czytania bardziej interesującym, a dodatkowo ułatwia i przyspiesza jego późniejsze przeglądanie.
Znałem pewnego mężczyznę, który przez 15 lat pracował jako kierownik w dużej firmie ubezpieczeniowej. Każdego miesiąca przeglądał wszystkie umowy zawarte w tym okresie z klientami. Oznaczało to, że miesiąc po miesiącu i rok po roku czytał często te same dokumenty. Dlaczego tak robił? Doświadczenie nauczyło go, iż tylko w ten sposób będzie w stanie zapamiętać wszystkie klauzule.
Książkę o wygłaszaniu przemów pisałem przez dwa lata, a mimo to zaglądałem do niej od czasu do czasu, aby przypomnieć sobie, co napisałem. Szybkość, z jaką zapominamy, jest zdumiewająca.
Jeśli chcecie wynieść z czytania tej książki jak najwięcej, przejrzenie jej pospiesznie raz z pewnością nie wystarczy. Po uważnym przeczytaniu każdego rozdziału powinniście wracać do niego każdego kolejnego miesiąca. Trzymajcie książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Często ją przeglądajcie. Zaskakujcie samych siebie różnorodnymi możliwościami rozwoju, które czekają za horyzontem. Pamiętajcie przy tym, że stosowanie reguł wejdzie wam w nawyk tylko poprzez ich stałe i zdecydowane stosowanie.
Bernard Shaw powiedział: „Jeśli nauczysz człowieka czegokolwiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny proces. Uczymy się poprzez działanie. Jeśli chcecie zdobyć umiejętności opisane w tej książce, musicie zacząć z nich korzystać i robić to przy każdej okazji. W przeciwnym razie szybko o nich zapomnicie. Zapamiętujemy tylko tę wiedzę, z której robimy użytek.
Zastosowanie wszystkich reguł będzie z pewnością trudne. Dobrze o tym wiem, bo chociaż napisałem o nich książkę, to sam miewam problemy z robieniem tego, do czego zachęcam czytelników. Czytając tę książkę, przypominajcie sobie, że nie robicie tego wyłącznie w celu zdobycia informacji. Próbujecie wykształcić w sobie nowe nawyki. Ba, próbujecie żyć w nowy sposób. A do tego będziecie potrzebowali czasu, uporu i codziennej praktyki.
Dlatego często wracajcie do przeczytanych już stron. Potraktujcie tę książkę jak podręcznik na temat radzenia sobie ze zmartwieniami, a gdy natkniecie się na konkretny problem, postarajcie się nie martwić. Nie ulegajcie impulsom, gdyż jest to zazwyczaj działanie niewłaściwe.
Zamiast tego sięgnijcie po tę książkę i przeczytajcie ponownie zakreślone wcześniej fragmenty, a następnie próbujcie zamieszczone w nich rady zastosować w praktyce i przyglądajcie się zaskakującym efektom podejmowanych decyzji.
Wręczajcie żonom po złotówce za każdym razem, gdy złamiecie którąś z zasad. Szybko zabraknie wam drobnych!
Zwróćcie szczególną uwagę na to, co na stronach 274–275 powiedzieli o korygowaniu własnych pomyłek bankier H.P. Howell i Benjamin Franklin. Spróbujcie odnieść przytoczone przez nich techniki do własnych prób stosowania zawartych w książce porad. Będzie to miało dwojaki skutek.
Po pierwsze, zaangażujecie się w proces nauki, zarówno ciekawy, jak i bezcenny.
Po drugie, szybko zorientujecie się, że wasze umiejętności radzenia sobie ze zmartwieniami i życia pełną piersią rozkwitną niczym wiosenna łąka.
Prowadźcie dziennik i zapisujcie w nim odnoszone sukcesy. Bądźcie szczegółowi w opisach zdarzeń. Notujcie nazwiska, daty, adresy, końcowe rezultaty. Taki rejestr zachęci was do większych wysiłków, a po latach zapewni fascynującą lekturę!
W skrócie:
1. Wykształć w sobie silną potrzebę stosowania reguł radzenia sobie ze zmartwieniami.
2. Czytaj każdy rozdział dwukrotnie przed przejściem do kolejnego.
3. Często przerywaj czytanie, aby zastanowić się nad zastosowaniem podawanych rad.
4. Podkreślaj w tekście najważniejsze fragmenty.
5. Wracaj do tej książki każdego miesiąca.
6. Stosuj opisane w niej reguły przy każdej okazji. Korzystaj z niej jak z poradnika pomagającego w rozwiązywaniu codziennych problemów.
7. Przekształć proces nauki w grę, prezentując znajomym lub bliskim drobne za każde złamanie którejś z reguł.
8. Sprawdzaj co tydzień czynione postępy. Zastanawiaj się nad popełnionymi błędami, rzeczami do poprawy i tym, czego już się nauczyłeś.
9. Sporządzaj notatki na końcu książki, zapisując przypadki zastosowania przez siebie zasad.
Część 1
Istotne informacje na temat zmartwień
Rozdział 1
Żyj w „dziennych przedziałach”
Wiosną 1871 roku pewien młody mężczyzna wziął do ręki książkę i przeczytał dwadzieścia jeden słów, które w istotny sposób wpłynęły na jego późniejsze życie. Mieszkał w Montrealu, był studentem medycyny, pracował w miejscowym szpitalu i stale zamartwiał się końcowymi egzaminami, najbliższą przyszłością, rozpoczęciem praktyki lekarskiej, zarabianiem na życie.
Wspomniane powyżej dwadzieścia jeden słów pomogło temu młodemu człowiekowi stać się najsłynniejszym lekarzem swojego pokolenia. Współtworzył wydział medyczny na Uniwersytecie Johna Hopkinsa i uzyskał tytuł profesora królewskiego na wydziale medycznym Uniwersytetu Oksfordzkiego, co jest największym zaszczytem, jakiego może dostąpić lekarz praktykujący w Królestwie Brytyjskim. Otrzymał ponadto od monarchy tytuł szlachecki. Do opisania jego życia w pełni potrzebne było aż tysiąc czterysta sześćdziesiąt sześć stron.
Ów młodzieniec nazywał się William Osler. Wiosną 1871 roku miał dwadzieścia jeden lat, a ustęp, który wówczas przeczytał, pochodził z dzieła Thomasa Carlyle’a i brzmiał: „Naszym głównym celem nie powinno być wypatrywanie tego, co odległe i niewyraźne, lecz czynienie tego, co leży w zasięgu naszej ręki”.
Pewnego wiosennego wieczoru, czterdzieści dwa lata później, gdy na terenie kampusu rozkwitały tulipany, sir William Osler wygłosił przemowę do studentów Uniwersytetu Yale. Zapewnił ich, że nawet taki mózg jak jego – profesora czterech szkół wyższych i autora bardzo popularnej książki – nie odznaczał się „niczym szczególnym”. Dodał nawet, że jego przyjaciele wiedzieli, iż „był on jak najbardziej przeciętny”.
W czym tkwiła zatem tajemnica odniesionego przez Oslera sukcesu? Profesor wyznał studentom, że osiągnął go dzięki życiu w „dziennych przedziałach”. Co miał przez to na myśli? Kilka miesięcy przed wygłoszeniem mowy na Uniwersytecie Yale Osler przebył na pokładzie pasażerskiego liniowca Atlantyk. W trakcie tej podróży dowiedział się, że stojący na mostku kapitan mógł za pomocą jednego tylko przycisku – przy wtórze pobrzękującej maszynerii – oddzielić od siebie poszczególne części statku, czyniąc je w ten sposób wodoszczelnymi. „Wy wszyscy jesteście strukturami znacznie bardziej cudownymi niż oceaniczny liniowiec i odbywającymi o wiele dłuższe podróże – zwrócił się do studentów Osler. – Zachęcam was, abyście nauczyli się kontrolować własne maszynerie, aby żyć w «dziennych przedziałach», gdyż w ten sposób zagwarantujecie sobie bezpieczne wojaże. Stańcie na mostku i upewnijcie się, że grodzie działa bez zarzutu. Wciśnijcie przycisk i posłuchajcie, jak żelazne drzwi zamykają się, oddzielając was od Przeszłości i minionych dni na każdym poziomie waszego życia. Dotknijcie kolejnego i spuśćcie w myślach kurtynę na Przyszłość i nienarodzone jutra. Wówczas będziecie bezpieczni. Bezpieczni na dziś (…)! Oddzielcie przeszłość! Niech martwa pogrzebie swoje zwłoki (…). Oddzielcie minione dni, które rozświetliły drogę głupcom do szarawej śmierci (…). Niesiony stale ciężar jutra i ciężar wczorajszych dni sprawiają trudności nawet najsilniejszym z nas. Oddzielcie się od przyszłości równie szczelnie jak od przeszłości (…). Przyszłość dzieje się teraz (…). Nie ma jutra. Nastał dzień zbawienia ludzkości. Utrata zapału, mentalne bolączki, niepokoje, obawy towarzyszą ludziom martwiącym się o przyszłość (…). Zamknijcie szczelnie przednie i tylne grodzie i wyróbcie w sobie nawyk życia w dziennych przedziałach”.
Czy doktor Osler miał w takim razie na myśli, że nie powinniśmy w ogóle szykować się na to, co przyniesie przyszłość? Oczywiście, że nie. Stwierdził jednakże, że najlepszym sposobem na dbanie o przyszłość jest skupienie całego zapału i całej inteligencji na jak najlepszym wykonywaniu bieżących czynności, gdyż w ten sposób skutecznie się do niej przygotujemy.
Sir William Osler zachęcał studentów Uniwersytetu Yale, aby rozpoczynali dzień od słów modlitwy: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.
Zwróćcie uwagę, że jest w niej mowa wyłącznie o chlebie „powszednim”. Nie ma w niej utyskiwań na czerstwy chleb zjedzony wczoraj. Nie znajdziecie w niej też słów: „O, dobry Boże, mamy strasznie gorącą porę roku i szykuje się kolejna susza. A jeśli do niej dojdzie, to jak kupię chleb na jesieni? A jeśli stracę do tego pracę? Dobry Boże, za co wtedy kupię chleb?”.
Modlitwa uczy nas, aby prosić wyłącznie o strawę na dziś. Przecież i tak możemy zjeść tylko ten chleb, który mamy.
Wiele lat temu pewien niemający grosza przy duszy filozof wybrał się na wędrówkę przez kamienistą i równie ubogą co on krainę, której mieszkańcy z trudem wiązali koniec z końcem. Któregoś dnia przystanął na wzgórzu i wówczas zebrał się wokół niego tłum gapiów. Mężczyzna wygłosił wówczas najsławniejszą i najczęściej cytowaną mowę w historii całej ludzkości. Znalazło się w niej następujące dwadzieścia jeden słów, które powtarzano potem przez wieki: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”1.
Wielu ludzi odrzucało nauki Jezusa o nietroszczeniu się o przyszłość, dopatrując się w nich wpływu orientalnego mistycyzmu. „Przecież muszę myśleć o jutrze – stwierdzali. – Muszę zabezpieczyć byt mojej rodziny. Muszę odłożyć pieniądze na starość. Muszę zaplanować przyszłość i się do niej przygotować”.
I mieli przy tym rację! Myślenie, snucie planów o przyszłości i przygotowywanie się na to, co nadejdzie, są zachowaniem normalnym. Nie jest nim jednakże troska.
W trakcie wojen dowódcy armii tworzą plany na przyszłość. Nie mogą sobie jednak pozwolić na to, aby dopuścić do głosu własne obawy. „Zaopatrzyłem najlepszych ludzi w najlepszy dostępny sprzęt – stwierdził admirał Ernest J. King, który w trakcie II wojny światowej piastował stanowisko szefa sztabu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. – Powierzyłem im najbardziej sensowne zadania. Tylko tyle mogę zrobić”.
„Kiedy okręt idzie na dno, nie odzyskam go – powiedział również King. – Nie zapobiegnę jego zatopieniu. Znacznie lepiej spożytkuję czas, pracując nad przyszłymi problemami, niż zamartwiając się tym, co było wczoraj. Co więcej, gdybym na to sobie pozwolił, długo bym nie wytrzymał”.
Zarówno w czasach wojny, jak i w czasach pokoju różnica pomiędzy dobrym a złym myśleniem polega na tym, że myśląc właściwie, skupiamy się na skutkach i przyczynach, co skutkuje logicznymi oraz konstruktywnymi planami, myśląc zaś źle, dopuszczamy do głosu obawy, co prowadzi do powstania napięć i nerwowych załamań.
Miałem niedawno zaszczyt przeprowadzić wywiad z Arthurem Haysem Sulzbergerem, wydawcą jednej z najsławniejszych gazet na całym świecie – „The New York Times”. Wyznał, że gdy wojenna pożoga objęła Europę, tak bardzo obawiał się o przyszłość, że nie mógł w ogóle zasnąć. Regularnie wstawał z łóżka w środku nocy, po czym siadał do sztalug i spoglądając w lustro, próbował namalować autoportret. Nie umiał malować, ale robił to, aby oddalić od siebie obawy. Pan Sulzberger dodał, że wyzbył się trosk i odnalazł spokój ducha, dopiero gdy wziął sobie do serca słowa śpiewanego w kościele hymnu:
Prowadź mnie, Światło, swą błogą opieką (…)
Nie proszę rajów odległych widoku,
Starczy promyczek dla jednego kroku2.
Mniej więcej w tym samym czasie podobną lekcję przyswajał sobie pewien odziany w mundur i przebywający w Europie młodzieniec. Zwał się Ted Bengermino i mieszkał w Baltimore pod adresem Newholme Road 5716. Ted zamartwiał się tak bardzo, że nabawił się nerwicy frontowej.
„W kwietniu 1945 roku zamartwiałem się tak bardzo, że zdaniem lekarzy dostałem spazmów okrężnicy poprzecznej, które wywoływały straszliwy ból” – napisał Ted Bengermino.
„Gdyby wojna zakończyła się później, a nie wtedy, kiedy się zakończyła, moje ciało z pewnością odmówiłoby posłuszeństwa.
Byłem całkowicie wyczerpany. Służyłem w stopniu podoficerskim w 94 Dywizji Piechoty i odpowiadałem za rejestrację grobów. Moja praca polegała na prowadzeniu spisów wszystkich poległych, zaginionych i hospitalizowanych żołnierzy. Pomagałem też przy ekshumacji zwłok zarówno alianckich, jak i nieprzyjacielskich żołnierzy pochowanych pośpiesznie w płytkich grobach w trakcie toczonych bitew. Zbierałem ich osobiste rzeczy i odsyłałem najbliższym osobom, rodzicom, krewnym. Stale obawiałem się, że popełnię jakiś poważny i wstydliwy błąd. Bałem się też, czy zdołam przeżyć wojnę. Martwiłem się, czy dane mi będzie potrzymać na rękach moje jedyne dziecko – szesnastomiesięcznego synka, którego nie widziałem nawet na oczy. Zamartwiałem się tak bardzo, że schudłem piętnaście kilogramów. Wręcz odchodziłem od zmysłów. Gdy spoglądałem na swoje dłonie, widziałem tylko skórę i kości. Przerażała mnie myśl, że wrócę do domu, będąc wrakiem człowieka. Załamałem się i łkałem jak dziecko. Za każdym razem, gdy zostawałem sam, łzy napływały mi do oczu. Po bitwie o Ardeny płakałem już tak często, że straciłem resztki nadziei na to, że będę jeszcze kiedyś normalnie funkcjonował.
Trafiłem do wojskowego ambulatorium. Służący w nim lekarz dał mi pewną radę, która odmieniła całkowicie moje życie. Najpierw starannie mnie przebadał, po czym uznał, że moje problemy zdrowotne mają podłoże psychiczne. A potem powiedział: «Ted, wyobraź sobie, że twoje życie to klepsydra. Wiesz, że w jej górnej bańce spoczywa tysiąc ziarenek piasku przesypujących się powoli przez wąską szyjkę na spód. Ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie przyspieszyć tego procesu bez uszkadzania samego zegara. Każdy z nas jest taką klepsydrą. Rozpoczynamy kolejne dni, myśląc o dziesiątku zadań i obowiązków, jakie musimy wykonać, ale jeśli nie zabierzemy się do nich pojedynczo i powoli, na podobieństwo przesypujących się ziarenek piasku, to z całą pewnością uszkodzimy własne ciała i umysły».
Od tamtej pory stosuję się do tej życiowej filozofii, którą usłyszałem z ust wojskowego lekarza. «Jedno ziarenko piasku na raz. Jedna czynność na raz». Dzięki tej radzie przetrwałem wojnę fizycznie i psychicznie, a po jej zakończeniu poradziłem sobie w nowej pracy – odpowiadam za kontrolę zasobów w firmie Commercial Credit Company. Mierzę się w niej z podobnymi problemami co na wojnie, czyli koniecznością wykonywania wielu zadań jednocześnie w połączeniu z brakiem czasu – kupowanie brakujących akcji, wypełnianie nowych formularzy, zawieranie nowych umów, zmienianie adresów, otwieranie i zamykanie biur i tak dalej. Zamiast się denerwować i martwić, myślałem o tym, co powiedział mi lekarz: «Jedno ziarenko piasku na raz. Jedna czynność na raz». Powtarzając w myślach te słowa, wykonywałem kolejne zadania sprawnie, efektywnie i bez obaw, które na wojnie uczyniły ze mnie wraka”.
Fakt, że ponad połowę szpitalnych łóżek zajmują dziś osoby zmagające się z nerwowymi i psychicznymi dolegliwościami, czyli ludzie przygnieceni ciężarem obaw o przyszłość oraz przyszłość, jest zatrważającym komentarzem współczesnego świata. Większość z tych pacjentów spacerowałaby radośnie po chodnikach, wiodąc szczęśliwe życia, gdyby wsłuchała się w słowa Jezusa: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro”, albo sir Williama Oslera: „Żyjcie w dziennych przedziałach”.
Wszyscy stoimy w tej chwili w punkcie, w którym stykają się dwie nieskończoności – bezkresna i odwieczna przeszłość oraz przyszłość sięgająca ostatniej sylaby czasu. Nie możemy w nich żyć nawet przez ułamek sekundy. Próbując tego dokonać, niszczymy własne ciała i umysły. Zadowalajmy się zatem tym, co jest nam dane, czyli dniem trwającym od chwili, gdy wstajemy z łóżka, po chwilę, w której się do niego ponownie kładziemy. „Każdy z nas jest w stanie dźwigać swój ciężar, bez względu na to, jak jest duży, aż do zapadnięcia zmroku – napisał Robert Louis Stevenson. – Każdy może wykonywać powierzoną mu pracę, bez względu na to, jak jest ona trudna, przez jeden dzień. Każdy może wieść słodkie, spokojne, czyste i pełne miłości życie od wschodu do zachodu słońca. Bo na tym polega właśnie życie”.
Zanim rady te przyswoiła sobie pani E.K. Shields z Saginaw w stanie Michigan, troski i obawy sprawiły, że zaczęła myśleć o popełnieniu samobójstwa.
„W 1937 roku straciłam męża – wyznała, opowiadając mi swoją historię. – Byłam zrozpaczona i bez grosza przy duszy. Napisałam list do byłego pracodawcy – pana Leona Roacha z firmy Roach-Fowler w Kansas City – a ten ponownie mnie zatrudnił. Przed laty sprzedawałam podręczniki, odwiedzając szkoły na wsiach i w małych miasteczkach. Dwa lata temu, kiedy zachorował mój mąż, sprzedałam samochód, ale zdołałam zebrać wystarczającą sumę na zaliczkę i kupiłam używane auto, aby wrócić do pracy.
Myślałam, że dzięki służbowym podróżom poczuję się mniej przygnębiona, lecz samotna jazda autem i spożywane w samotności posiłki sprawiły, że popadłam w jeszcze większą depresję. Sprzedawałam niewiele książek i choć raty za samochód były niewielkie, miałam coraz większe problemy z ich spłatą.
Wiosną 1938 roku zatrzymałam się w Versailles w stanie Missouri. Okoliczne szkoły były biedne, a drogi znajdowały się w fatalnym stanie. Samotność i zniechęcenie doskwierały mi tak bardzo, że zaczęłam myśleć o samobójstwie. Sukces wydawał się niemożliwy od osiągnięcia. Nie miałam powodu, by dalej żyć. Bałam się każdego poranka, bo zmuszał mnie do konfrontacji z życiem. Obawiałam się o wszystko – że nie zdołam spłacić rat za samochód, że zabraknie mi pieniędzy na czynsz, że nie będę miała za co kupić jedzenia. Bałam się, że podupadnę na zdrowiu i że nie stać mnie będzie na wizytę u lekarza. Od targnięcia się na własne życie powstrzymywała mnie jedynie myśl o siostrze i smutku, w którym z pewnością by się pogrążyła, a także braku pieniędzy na pochówek.
Pewnego dnia przeczytałam jednak artykuł, który dodał mi odwagi i rozwiał przygnębienie. Do końca swoich dni będę wdzięczna za zamieszczone w nim zdanie: «Dla mądrego człowieka każdy nowy dzień jest nowym życiem». Przepisałam je na maszynie i przykleiłam kartkę do szyby samochodu tak, aby spoglądać na nią w trakcie jazdy. Szybko przekonałam się, że życie dzień po dniu nie jest takie trudne. Nauczyłam się zapominać o tym, co minęło, i nie myśleć o tym, co nadejdzie. Każdego ranka powtarzałam sobie: «Dziś zaczyna się nowe życie».
Zdołałam przezwyciężyć lęk przed samotnością i obawy o niedostatek. Dziś jestem kobietą szczęśliwą i odnoszącą umiarkowane sukcesy. Podchodzę do życia z wielkim entuzjazmem i miłością. Wiem, że bez względu na to, co stanie na mojej drodze, nie będę się już bała. Wiem, że nie muszę się obawiać przyszłości. Wiem, że mogę żyć dzień po dniu, a dla mądrego człowieka każdy z nich to początek nowego życia”.
Kto waszym zdaniem jest autorem poniższych wersów?
Szczęśliwy ten, w samotności szczęśliwy,
Kto dzień dzisiejszy swoim nazwać może,
I ten, kto bez wahania stwierdzić może:
Czyń ze mną, co chcesz, jutro, dzisiaj żywym.
Choć brzmią całkiem współcześnie, wyszły spod pióra siedemnastowiecznego poety i dramaturga Johna Drydena.
To okropne, jak wielu z nas odkłada życie na później. Wszyscy marzymy o różanym ogrodzie majaczącym za linią horyzontu i nie zwracamy uwagi na pojedyncze róże kwitnące pod oknami naszych domów.
Dlaczego zachowujemy się tak straszliwie głupio?
„Jakże dziwna jest ta procesja nazywana życiem – zanotował pisarz Stephen Leacock. – Dziecko mawia: kiedy będę dużym chłopcem… Lecz cóż to znaczy? Duży chłopiec mówi: kiedy dorosnę… A gdy dorasta, stwierdza: kiedy się ożenię… A cóż znaczy ożenek? A potem myśli: kiedy przejdę na emeryturę… A kiedy to robi, odwraca się i spogląda na przebytą drogę, po której hula mroźny wiatr. Przegapił wszystko i nic już nie ma. Życie, o czym dowiadujemy się zbyt późno, polega na przeżywaniu, tkwi w tkance każdego dnia i każdej godziny”.
Zanim Edward S. Evans z Detroit przeczytał te zdania, omal nie umarł z troski. Dorastał w ubogiej rodzinie i pierwsze pieniądze zarobił, sprzedając gazety i pracując w sklepie spożywczym. Kiedy od jego zarobków zaczęło zależeć życie siedmiu osób, zatrudnił się w bibliotece. Choć zarabiał mało, nie chciał rezygnować z pracy. Musiało upłynąć osiem lat, nim zebrał się na odwagę i otworzył własny interes. Za pożyczone pięćdziesiąt pięć dolarów rozwinął firmę przynoszącą co roku zyski w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów. I wtedy przyszły straszliwe przymrozki. Przyjaciel, któremu pan Evans podżyrował kredyt, ogłosił bankructwo. Niebawem w jego ślady poszedł również bank, w którym Edward deponował oszczędności. W krótkim czasie stracił nie tylko wszystkie pieniądze, ale stał się dodatkowo dłużnikiem na sumę szesnastu tysięcy dolarów. Niedziwne, że załamał się nerwowo. „Nie mogłem spać ani jeść – wyznał w rozmowie ze mną. – Rozchorowałem się z troski i obaw. Pewnego dnia zemdlałem i upadłem na chodnik. Nie miałem siły się podnieść. Wylądowałem w łóżku, a moje ciało pokryły dziwne czyraki. Nawet leżenie w bezruchu sprawiało mi okropny ból. Słabłem z dnia na dzień. W końcu lekarz powiedział mi, że zostały mi dwa tygodnie życia. Wstrząśnięty tymi słowami spisałem testament i cierpliwie czekałem końca. Dalsze zamartwianie się straciło wszelki sens. Uspokoiłem się i w końcu zasnąłem. Od tygodni przesypiałem co najwyżej dwie godziny, lecz tym razem spałem niczym niemowlę. Zacząłem odczuwać mniejsze zmęczenie. Wrócił mi apetyt, zyskałem na wadze.
Po upływie kilku tygodni mogłem stanąć o kulach. Sześć tygodni później wróciłem do pracy. Choć nie tak dawno zarabiałem rocznie dwadzieścia tysięcy dolarów, to teraz byłem szczęśliwy, otrzymując co tydzień wynagrodzenie w wysokości trzydziestu. Sprzedawałem klocki do blokowania kół aut podczas ich transportu. I wyciągnąłem naukę ze swoich doświadczeń. Przestałem się martwić, przestałem tęsknie wspominać przeszłość i zamartwiać się o przyszłość. Poświęciłem czas, energię i entuzjazm na sprzedawanie klocków”.
Edward S. Evans szybko awansował, a kilka lat później został nawet dyrektorem firmy. Założona przez niego Evans Product Company trafiła na nowojorską giełdę. Kiedy zmarł w 1945 roku, uznawano go za jednego z najbardziej postępowych biznesmenów w Stanach Zjednoczonych. Jeśli zdarzy się wam podróżować do Grenlandii, możecie wylądować na lotnisku nazwanym od jego imienia. A oto morał tej opowieści – jej bohater nie odniósłby żadnego sukcesu w życiu zawodowym i prywatnym, gdyby nie dostrzegł, jak bezużyteczne i szkodliwe jest zamartwianie się. Innymi słowy, gdyby nie nauczył się żyć w „dziennych przedziałach”.
Pięćset lat przed narodzinami Chrystusa grecki filozof Heraklit z Efezu wpajał swoim uczniom, że „wszystko podlega zmianom, prócz prawa zmiany”. Stwierdził również, iż „niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”3, gdyż z upływem każdej kolejnej sekundy zmienia się nie tylko rzeka, ale i wchodzący do niej człowiek. Tym samym życie to bezustanna zmiana, a jedynym pewnikiem jest dzień dzisiejszy. Po co w takim razie szpecić jego piękno, próbując rozwiązywać problemy przyszłości obleczonej zmianą i niepewnością, czyli takiej, której nie sposób przewidzieć?
Starożytnych Rzymian charakteryzowało podobne podejście. Chętnie powtarzali maksymę carpe diem, czyli „chwytaj dzień”, co oznaczało ni mniej, ni więcej: „ciesz się każdym dniem”.
Ta sama filozofia życiowa przyświeca od zawsze Lowellowi Thomasowi. Całkiem niedawno spędziłem na jego farmie weekend i zauważyłem, że na ścianach swojego studia powiesił oprawiony w ramkę ustęp z Psalmu 118 tak, by często na niego spoglądać:
Oto, dzień, który Pan uczynił:
Radujmy się zeń i weselmy!4
John Ruskin trzymał na biurku zwykły kamień, na którym wyryto tylko jedno słowo: DZIŚ. Sam nie korzystam z kamieni, ale na lustrze, przy którym golę się każdego ranka, powiesiłem kartkę z wierszem autorstwa sławnego indyjskiego poety Kalidasy. Tym samym, który na swoim biurku trzymał sir William Osler:
Wyglądaj kolejnego dnia!
Gdyż jest on życia, samym sednem życia.
W jego krótkim trwaniu
Drzemią wszystkie prawdy i realia twojej egzystencji:
Błogość rozwoju
Chwała działania
Splendor dokonań.
Bo dzień miniony jest jedynie snem,
A jutrzejszy tylko wizją.
Lecz dobrze przeżyty dzień sprawia, że wczoraj staje się snem szczęścia.
A każde jutro wizją nadziei.
Wyglądaj zatem następnego dnia!
Oto pochwała poranka.
Pierwsza ważna informacja na temat zmartwień brzmi: jeśli chcecie pozbyć się ich z własnego życia, postępujcie jak sir William Osler, czyli zatrzaśnijcie żelazne drzwi prowadzące do przeszłości i przyszłości. Żyjcie w dziennych przedziałach.
Zadajcie sobie następujące pytania i zanotujcie odpowiedzi:
1. Żyję dniem dzisiejszym czy raczej martwię się o własną przyszłość lub marzę o „magicznym różanym ogrodzie czekającym za linią horyzontu”?
2. Czy zatruwam sobie dzień dzisiejszy, żałując tego, co wydarzyło się w przeszłości, wypominając rzeczy, na które nie mam już wpływu?
3. Czy wstaję każdego ranka z chęcią „pochwycenia dnia”, aby jak najlepiej wykorzystać kolejne dwadzieścia cztery godziny?
4. Czy mogę odnieść większe korzyści, żyjąc w „dziennych przedziałach”?
5. Kiedy mam zacząć to robić? Za tydzień? Jutro? Dziś?
Rozdział 2
Magiczna formuła na radzenie sobie z troskami
Chcecie poznać wypróbowany i prosty sposób radzenia sobie w sytuacjach, które rodzą obawy? Możecie zastosować tę technikę od ręki, bez konieczności czytania kolejnych rozdziałów.
Opowiem wam w takim razie o metodzie opracowanej przez Willisa H. Carriera, znakomitego inżyniera i ojca współczesnej klimatyzacji, który zarządza jednocześnie sławną na całym świecie firmą Carrier Corporation z siedzibą w mieście Syracuse. Jest to jedna z najlepszych technik radzenia sobie z problemami, jakie poznałem, a dowiedziałem się o niej od samego pana Carriera, gdy wspólnie spożywaliśmy pewnego dnia obiad w nowojorskim Klubie Inżynierów.
„Kiedy byłem młodym mężczyzną, pracowałem w firmie Buffalo Forge Company – wyznał pan Carrier. – Powierzono mi zadanie zainstalowania urządzenia czyszczącego w fabryce należącej do Pittsburgh Plate Glass Company, a mieszczącej się w Crystal City w stanie Missouri. Była ona warta miliony dolarów. Wspomniane urządzenie miało usuwać zanieczyszczenia ze spalanego w fabryce gazu i tym samym poprawić bezpieczeństwo fabrycznych robotników. W jego stworzeniu wykorzystano nowoczesną metodę. Zastosowano ją wcześniej tylko raz i w dodatku w zupełnie innych warunkach. Po dotarciu do Crystal City napotkałem niespodziewane trudności. Urządzenie działało, ale nie oczyszczało gazu w stopniu, jaki zagwarantowaliśmy klientowi.
To niepowodzenie bardzo mnie zaskoczyło. Poczułem się tak, jakby ktoś zdzielił mnie pięścią w głowę. Mój żołądek, całe moje wnętrzności zaczęły się skręcać. Przez pewien czas martwiłem się tak bardzo, że nie mogłem spać.
Ostatecznie posłuchałem głosu zdrowego rozsądku i uznałem, że zamartwianie się do niczego mnie nie doprowadzi; postanowiłem rozwiązać problem, ignorując obawy. Poszło mi wyśmienicie. Od tamtej pory, a minęło już od niej ponad trzydzieści lat, wykorzystuję tę samą technikę radzenia sobie z obawami.
Jest ona bardzo prosta. Każdy może się nią posłużyć. Składa się z trzech kroków.
Krok 1: Analizuję sytuację bez obaw i zastanawiam się nad najgorszymi konsekwencjami danego niepowodzenia. W tamtym przypadku nie groziło mi ani więzienie, ani śmierć. Tego byłem akurat pewien. Mogłem co prawda stracić stanowisko. Istniało też ryzyko, że nasza firma będzie musiała zdemontować urządzenie, tracąc tym samym zlecenie warte dwadzieścia tysięcy dolarów.
Krok 2: Po ustaleniu najgorszych konsekwencji staram się z nimi pogodzić, o ile jest to możliwe. Wtedy powiedziałem sobie: to fiasko stanie się plamą na mojej karierze. Mogę stracić przez nie pracę, ale jeśli do tego dojdzie, znajdę szybko inną. Okoliczności mogły być dla moich pracodawców znacznie gorsze. Ostatecznie testowaliśmy nową metodę oczyszczania gazu i jeśli ów eksperyment zakończyłby się niepowodzeniem, jego kosztami – czyli dwudziestoma tysiącami dolarów – można było obciążyć dział badawczy.
Po rozważeniu najgorszych konsekwencji pogodziłem się z nimi i wtedy wydarzyło się coś bardzo istotnego. Natychmiast się odprężyłem. Podobnego spokoju ducha nie czułem od kilku dni.
Krok 3: Poświęcam całą energię i dostępny czas na poprawę sytuacji, akceptując jej konsekwencje. Wówczas starałem się wpaść na pomysł redukujący stratę dwudziestu tysięcy dolarów. Przeprowadziłem kilka testów i doszedłem do wniosku, że jeśli zainwestujemy jeszcze pięć tysięcy w zakup dodatkowych części, rozwiąże to problem w całości. I tak też zrobiliśmy. W rezultacie zamiast stracić dwadzieścia tysięcy, zarobiliśmy piętnaście.
Zapewne nigdy bym tego nie osiągnął, gdybym nie przestał się martwić, gdyż jednym z najgorszych aspektów zamartwiania się jest jego destrukcyjny wpływ na koncentrację. Kiedy się martwimy, nasze myśli skaczą od jednego zagadnienia do drugiego i tracimy zdolność podejmowania decyzji. Kiedy zmuszamy siebie do zmierzenia się z najgorszymi konsekwencjami problematycznej sytuacji, a potem je akceptujemy, usuwamy z myśli mgliste wizje kłopotliwej przyszłości i stawiamy się w pozycji pozwalającej na pełne skupienie się na rozwiązaniu danego problemu.
Do opisywanego przeze mnie zdarzenia doszło wiele lat temu. Metoda, którą się posłużyłem, dała tak dobre rezultaty, że do dziś z niej korzystam, a dzięki temu wiodę życie pozbawione właściwie jakichkolwiek obaw”.
Dlaczego stosowana przez Willisa H. Carriera magiczna formuła jest tak wartościowa i praktyczna? Bo ściąga nas na ziemię, gdy dryfujemy pomiędzy szarymi, utrudniającymi widoczność chmurami, jakie tworzą nasze zmartwienia. Osadza nas twardo na stabilnym gruncie. Uświadamia, na czym stoimy. A bez stabilności przemyślenie dowolnego problemu jest przecież praktycznie niemożliwe.
Profesor William James, ojciec współczesnej psychologii stosowanej, zmarł ponad sto lat temu. Ale gdyby usłyszał przytoczoną powyżej metodę, z pewnością wyraziłby o niej pochlebną opinię. Skąd o tym wiem? Bo radził swoim studentom: „Bądźcie gotowi się z tym pogodzić, bo (…) akceptacja tego, co się dokonało, jest pierwszym krokiem na drodze przezwyciężania konsekwencji każdego nieszczęścia”.
W podobnym duchu wyraził się pisarz Lin Yutang, zamieszczając w swojej czytanej na całym świecie książce The Importance of Living (Znaczenie życia) takie zdanie: „Prawdziwy pokój ducha płynie z akceptacji tego, co najgorsze. Pod względem psychologicznym oznacza to, moim zdaniem, wyzwalanie energii”.
I tym właśnie jest! Wyzwoleniem nowej energii! Kiedy godzimy się z najgorszym, nie mamy nic więcej do stracenia, co automatycznie oznacza, że mamy wszystko do zyskania! „Po rozważeniu najgorszych konsekwencji pogodziłem się z nimi i natychmiast odprężyłem. Podobnego spokoju ducha nie czułem od kilku dni. Od tamtego momentu byłem w stanie myśleć” – wyznał mi Willis H. Carrier.
Ma to sens, prawda? A mimo to miliony osób zrujnowało własne życie, gdyż nie potrafiły zaakceptować najgorszych konsekwencji i nie dały sobie szans na to, aby im zaradzić, nie mówiąc już o ocaleniu z ruin tego, co ocalić mogły. Zamiast podejmować próby odmiany własnego losu, wikłały się w zażartą i „brutalną walkę z doświadczeniem”, kończąc w roli ofiar trawiącej ich melancholii.
Chcecie dowiedzieć się, jak inne osoby zastosowały z powodzeniem formułę Willisa H. Carriera do rozwiązania swoich problemów? Mam dla was dobry przykład. Zaczerpnąłem go od pewnego sprzedawcy paliwa z Nowego Jorku, który uczęszczał na moje wykłady.
„Byłem szantażowany – wyznał w rozmowie ze mną. – Nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. A mnie naprawdę ktoś szantażował! Wyglądało to mniej więcej tak: kierowałem firmą produkującą ropę – mieliśmy własne ciężarówki i swoich kierowców. W tamtym czasie obowiązywały nas surowe przepisy wprowadzone przez OPA (Office of Price Administration – Biuro Zarządzania Cenami) i mogliśmy dostarczać do poszczególnych klientów wyznaczoną z góry ilość paliwa, nie wolno nam było tych limitów przekraczać. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że część kierowców spuszczała ropę z cystern i sprzedawała ją na lewo.
Dowiedziałem się o tym, dopiero gdy pewnego dnia zjawił się w moim biurze inspektor i zażądał łapówki. Powiedział, że dysponuje dowodami obciążającymi naszych kierowców, i zagroził, że przekaże je prokuratorowi generalnemu, jeśli nie sięgnę do kieszeni.
Wiedziałem rzecz jasna, że nie mam powodu do obaw. Osobiście nic mi nie groziło. Firma odpowiadała jednak za działania zatrudnionych w niej pracowników. Zdawałem sobie ponadto sprawę, że gdyby zajął się tym przypadkiem sąd, to niebawem trafiłby on na łamy gazet, zaś zła prasa mogłaby mnie puścić z torbami. A byłem dumny z mojej firmy. Odziedziczyłem ją po ojcu, który założył ją dwadzieścia cztery lata wcześniej.
Rozchorowałem się z nerwów! Martwiłem się tak bardzo, że przez trzy dni i trzy noce niczego nie zjadłem i nie zmrużyłem oka. Biłem się na okrągło z myślami. Powinienem dać szantażyście pięć tysięcy dolarów, których zażądał, czy posłać go do diabła? Podjęcie decyzji stało się koszmarem.
Pewnego niedzielnego wieczoru sięgnąłem po broszurę Jak przestać się martwić, którą dostałem na zajęciach z wygłaszania publicznych przemówień. Zacząłem ją czytać i natknąłem się na fragment opisujący Willisa H. Carriera. Zmierz się z najgorszym – takie było jego przesłanie. Zadałem więc sobie pytanie: Co może mnie w najgorszym wypadku spotkać, jeśli nie dam łapówki, a inspektor poinformuję o wszystkim prokuraturę?
Odpowiedź na nie brzmiała: Stracę firmę. Nie mogłem trafić za kratki. Mogłem za to splajtować z powodu złej prasy.
Powiedziałem więc w myślach: W porządku, tracę firmę. Co dalej?
Musiałbym na pewno poszukać nowej pracy, co nie brzmiało najgorzej. Wiedziałem bardzo dużo na temat ropy i z pewnością znalazłbym zatrudnienie w innej firmie (…). Od razu poczułem się lepiej. Obawy, które trapiły mnie od trzech dni i nocy, zaczęły się rozwiewać. Uspokoiłem się (…). I ku memu ogromnemu zdziwieniu mogłem w końcu trzeźwo myśleć.
Z przewietrzoną głową przeszedłem do punktu trzeciego – korekty najgorszego scenariusza wydarzeń. Szukając rozwiązań, wpadłem na świeży pomysł. Uznałem, że poinformuję o wszystkim swojego prawnika, żeby wyraził własną opinię. Wiem, że powinienem na to wpaść na samym początku, ale jak już wspomniałem, nie myślałem trzeźwo, a tylko się zamartwiałem! Postanowiłem udać się do prawnika z samego rana, a potem zasnąłem jak niemowlę!
Jak skończyła się ta historia? Następnego dnia prawnik doradził mi, abym bezzwłocznie udał się do prokuratury i o wszystkim opowiedział. Posłuchałem go. Ku swemu zaskoczeniu dowiedziałem się, że nie byłem jedyną szantażowaną osobą. Od kilku miesięcy policja próbowała schwytać podszywającego się pod «inspektora» naciągacza. Jakże wielką poczułem ulgę. I pomyśleć, że przez trzy doby zamartwiałem się i biłem z myślami, czy wręczyć pięć tysięcy dolarów zawodowemu oszustowi!
Wyciągnąłem z tej historii cenną nauczkę. Od tamtej pory, kiedy mierzę się z problemem, rozwiązuję go przy pomocy sprawdzonej formuły Carriera”.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Willis H. Carrier martwił się o instalowane w fabryce urządzenie do oczyszczania gazu, pewien jegomość z miasta Broken Bow w stanie Nebraska spisywał testament. Zwał się Earl P. Harvey i cierpiał na wrzody dwunastnicy. Trzech lekarzy, w tym uznany specjalista od leczenia wrzodów, uznało przypadek pana Harveya za „nieuleczalny”. Polecili mu, co jeść, a czego powinien unikać, i doradzili, aby jak najmniej się zamartwiał, a najlepiej zachowywał stoicki spokój. Dodali też, że powinien sporządzić testament!
Z powodu wrzodów Earl P. Harvey musiał zrezygnować z dobrze płatnej posady i teraz czekał już jedynie na pełznącą w jego kierunku śmierć.
Podjął jednak niecodzienną i wyśmienitą decyzję: „Skoro zostało mi niewiele czasu, to wykorzystam go w pełni – stwierdził. – Zawsze marzyłem o podróżach po świecie. Jeśli chcę to marzenie spełnić, to muszę się do tego zabrać od ręki”. A następnie kupił bilet.
Zbulwersowani lekarze nie kryli zdumienia. „Muszę pana ostrzec – powiedział każdy z nich. – Jeśli wybierze się pan w tę podróż, to pewnie pochowają pana w oceanie”.
„Nic takiego się nie stanie – odparł pan Harvey. – Obiecałem bliskim, że spocznę w rodzinnym grobowcu w Broken Bow. Dlatego zabiorę ze sobą trumnę”.
Kupił więc trumnę, kazał przetransportować ją na pokład liniowca i dogadał się z jego właścicielami, aby w przypadku jego śmierci umieścili zwłoki w chłodni. A potem wyruszył w podróż przepełniony duchem Omara Chajjama:
Ciesz się życiem. Wieść taką ślę ci przez gońca,
zanim w proch się obrócisz i będziesz bez końca
leżał wśród innych prochów. Czas ci będzie biegł
bez wina, bez pieśni, bez miłej, bez słońca5.
Pan Harvey nie zamierzał rzecz jasna podróżować „bez wina”.
„Piłem koktajle i paliłem długie cygara – napisał w liście, który trzymam teraz przed oczami. – Jadłem wszystko, bez ograniczeń, nawet osobliwe potrawy, które mogły doprowadzić do mojego zgonu. Nie bawiłem się tak wyśmienicie od lat! Przepłynąłem przez budzące grozę tajfuny i monsuny, które powinny mnie posłać do trumny, a i tak podróż sprawiała mi ogromną frajdę!
Grałem na pokładzie liniowca w gry, śpiewałem pieśni, zawierałem nowe przyjaźnie, kładłem się spać w środku nocy. Kiedy dopłynęliśmy do Chin i Indii, uświadomiłem sobie, że problemy, z jakimi mierzymy się w domu, są niczym w porównaniu z biedą i niedostatkiem, które wyniszczają Orient. Przestałem się bez sensu zamartwiać i poczułem się lepiej. Kiedy wróciłem do Stanów, ważyłem czterdzieści kilogramów więcej. Zapomniałem o swoich wrzodach. Nigdy wcześniej nie czułem się tak dobrze. Pospiesznie odsprzedałem trumnę właścicielowi zakładu pogrzebowego i wróciłem do pracy. Od tamtej pory nie miałem żadnych problemów ze zdrowiem”.
Earl P. Harvey nie słyszał w ogóle o Willisie H. Carrierze i stosowanej przez niego metodzie radzenia sobie ze zmartwieniami. „Dziś już wiem, że podświadomie robiłem to samo – powiedział mi, kiedy niedawno rozmawialiśmy. – Pogodziłem się z najgorszym scenariuszem, czyli w moim przypadku z własną śmiercią. A potem zabrałem się do korekty okoliczności, postanawiając wycisnąć z resztki życia, ile się dało. Gdybym dalej się zamartwiał, to jestem przekonany, że wróciłbym z tamtej podróży w trumnie. Ale odprężyłem się i zapomniałem o troskach, a spokój ducha tchnął we mnie nową energię, która ocaliła mi życie” (Earl P. Harvey mieszka dziś w Winchester w stanie Massachusetts).
Skoro Willis H. Carrier uratował zlecenie warte dwadzieścia tysięcy dolarów, nowojorski biznesmen nie uległ szantażowi, a Earl. H. Harvey ocalił życie – wszyscy stosując podobną metodę – to, czy jest możliwe, że sprawdzi się ona również w waszym przypadku? Być może rozwiążecie dzięki niej problemy, które dotąd wydawały się wam nierozwiązywalne.
Zasada numer 2 brzmi: jeśli masz poważne zmartwienia, zastosuj formułę Willisa. H. Carriera, wykonując następujące kroki:
1. Zadaj sobie pytanie: co najgorszego może mnie spotkać?
2. Pogódź się z najgorszymi konsekwencjami.
3. Przejdź do poprawiania tych okoliczności.
Rozdział 3
Jaki wpływ mają na nas zmartwienia
Biznesmeni, którzy nie umieją zwalczać trosk, umierają młodo.
dr Alexis Carrel
Jakiś czas temu zapukał wieczorem do moich drzwi sąsiad, aby zachęcić mnie do szczepień na ospę. Należał do grona tysięcy wolontariuszy działających na terenie Nowego Jorku. Przerażeni ludzie stali godzinami w kolejkach, aby przyjąć szczepionki. Punkty szczepień otworzono nie tylko w szpitalach, ale również strażackich remizach, na policyjnych komisariatach i w dużych zakładach przemysłowych. Ponad dwa tysiące lekarzy i pielęgniarek pracowało niezmordowanie od świtu do zmroku. W mieście zachorowało osiem osób, a dwie z nich zmarły. To dwa zgony na łączną liczbę mieszkańców sięgającą prawie ośmiu milionów.
Mieszkam w Nowym Jorku od trzydziestu siedmiu lat i jak dotąd nikt nie zapukał do moich drzwi, aby ostrzec mnie przed negatywnym wpływem zamartwiania się – a jest to dolegliwość, która pochłonęła znacznie więcej ludzkich istnień niż wspomniana powyżej ospa.
Nikt mi również nie powiedział, że co dziesiąty obywatel Stanów Zjednoczonych przechodzi załamanie nerwowe będące w większości przypadków następstwem trosk i emocjonalnych rozterek. I z tego powodu napisałem ten rozdział – zamierzam was o tym przestrzec osobiście.
Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny – dr Alexis Carrel – powiedział: „Biznesmeni, którzy nie umieją zwalczać trosk, umierają młodo”. Podobnie jak gospodynie domowe, weterynarze i robotnicy budowlani.
Kilka lat temu spędziłem wakacje, przemierzając autem Teksas i Nowy Meksyk w towarzystwie dr. O.F. Gobera odpowiadającego za opiekę medyczną pracowników kolei Santa Fe. Jego pełen tytuł brzmiał: główny lekarz Stowarzyszenia Szpitalnego dla Regionu Zatoki, Colorado i Santa Fe. Rozmawialiśmy między innymi o wpływie trosk. Pamiętam, że powiedział wówczas: „Siedemdziesiąt procent pacjentów trafiających do szpitali uleczyłoby siebie samodzielnie, gdyby tylko przestali się bać i zamartwiać. Nie oznacza to bynajmniej, że ich choroby są urojone – dodał. – Są równie prawdziwe co rwący ból zęba i nierzadko sto razy od niego poważniejsze. Mam na myśli takie dolegliwości jak niestrawność, wrzody żołądka, zakłócenia pracy serca, bezsenność, bóle głowy, pewne formy paraliżu.
Wszystkie są realne. Dobrze wiem, o czym mówię, bo sam przez dwanaście lat zmagałem się z wrzodami żołądka.
Lęk rodzi obawy. Obawy sprawiają, że stajemy się spięci i nerwowi, co wpływa na pracę żołądka, zakłóca właściwą produkcję soków trawiennych i w konsekwencji prowadzi do powstawania wrzodów”.
Doktor Joseph F. Montague, autor książki Nervous Stomach Trouble (Dolegliwości żołądka na tle nerwowym), stwierdził dokładnie to samo: „Nie nabawiamy się wrzodów żołądka z powodu tego, co sami jemy, lecz tego, co nas gryzie”.
Doktor W.C. Alvarez z Kliniki Mayo powiedział: „Wrzody często pojawiają się i znikają wraz z pojawieniem się i znikaniem emocjonalnego stresu”.
Słowa te potwierdziły badania przeprowadzone przez wspomnianą klinikę na piętnastu tysiącach pacjentów z problemami żołądkowymi. U czterech na pięć badanych osób nie stwierdzono żadnych powodów natury zdrowotnej mogących skutkować pojawieniem się chorób żołądkowych. Korelowały one za to z obawami, lękiem, nienawiścią, krańcowym egoizmem oraz nieumiejętnością dostosowania się do otaczającego pacjentów świata… A warto dodać, że wrzody prowadzą często do śmierci. Według magazynu „Life” zajmują one dziesiątą lokatę na liście śmiertelnych chorób.
Wymieniłem niedawno kilka listów z doktorem Haroldem C. Habeinem pracującym w Klinice Mayo. Zapoznał się z pewną pracą udostępnioną lekarzom biorącym udział w dorocznym zjeździe Amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarzy oraz Chirurgów Przemysłowych, której autor przebadał stu siedemdziesięciu sześciu biznesmenów o średniej wieku liczącej niewiele ponad czterdzieści cztery lata. „Ponad jedna trzecia z nich cierpiała na dolegliwości powiązane z odczuwanym silnie napięciem – choroby serca, wrzody i podwyższone ciśnienie”. Warto to zdanie powtórzyć. Aż jedna trzecia osób zajmujących kierownicze stanowiska chorowała na serce, miała wrzody oraz podwyższone ciśnienie jeszcze przed czterdziestymi piątymi urodzinami. Oto prawdziwa cena sukcesu! I czy można go za taki uznać, skoro powodzenie w biznesie „kupuje się” za cenę wrzodów żołądka i chorób serca? Jaki zysk osiąga się, podbijając świat i psując jednocześnie własne zdrowie? Przecież mając już wszystko, i tak śpimy w tylko jednym łóżku i jemy trzy posiłki dziennie. To samo robią kopiący rowy robotnicy i zapewne wysypiają się znacznie lepiej od zarabiających fortuny dyrektorów. Wyznam szczerze, że wolałbym dzierżawić pole w Alabamie, umilając sobie czas grą na bandżo, niż prowadzić intratne przedsiębiorstwo kolejowe lub zakład produkcji papierosów i w wieku czterdziestu pięciu lat być wrakiem człowieka.
A skoro już mowa o papierosach – całkiem niedawno jeden z biznesmenów zajmujących się ich produkcją wyzionął ducha na zawał serca, próbując zaznać odpoczynku w kanadyjskich lasach. Choć zarobił miliony, zmarł w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. Podejrzewam, że z chęcią wymieniłby odniesiony „sukces” na kilka dodatkowych lat życia.
Według moich szacunków wspomniany biznesmen nie odniósł większego sukcesu niż mój ojciec – farmer z Missouri – który pożegnał się z tym światem bez grosza przy duszy, przeżywszy osiemdziesiąt dziewięć lat.
Sławni lekarze – bracia Mayo – stwierdzili, że ponad połowę szpitalnych łóżek w Stanach Zjednoczonych zajmują pacjenci zmagający się z chorobami nerwowymi. Co ciekawe, wykonywane post mortem badania wykazują, że połączenia nerwowe wspomnianych osób znajdują się zazwyczaj w doskonałym stanie. Ich „dolegliwości nerwowe” nie są konsekwencją uszkodzeń nerwów, lecz skutkiem negatywnych emocji, frustracji, lęków, obaw i rozpaczy. Już Platon stwierdził, że „największym błędem, jaki może popełnić medyk, jest próba uleczenia ciała, bez próby uleczenia umysłu, bo umysł i ciało to jedność i nie powinny być traktowane oddzielnie”!
Medycyna potrzebowała aż dwudziestu trzech stuleci, aby zaakceptować tę prawdę. Dopiero niedawno wykształciła się jej dziedzina zwana medycyną psychosomatyczną, zajmująca się leczeniem schorzeń zarówno ciała, jak i ducha. I jest na to chyba najwyższa pora. Nauka wyeliminowała już wiele straszliwych chorób wywoływanych przez zarazki takich jak ospa, cholera, czy żółta febra, które posłały przedwcześnie do grobów miliony ludzi. Do tej pory mieliśmy jednak problem z radzeniem sobie z dolegliwościami powstającymi na skutek działania emocji – zmartwień, lęków, nienawiści, frustracji i rozpaczy. Liczba ich ofiar rośnie obecnie w zastraszającym tempie.
Lekarze szacują, że co dwudziesty Amerykanin trafia w trakcie swojego życia do szpitala psychiatrycznego. Co szósty poborowy lub ochotnik został podczas II wojny światowej uznany za niezdolnego do pełnienia służby z powodu choroby umysłowej.
W czym tkwi przyczyna takiego stanu społeczeństwa? Nikt tego nie wie. Jest jednakże bardzo prawdopodobne, iż w istotnym stopniu odpowiadają za niego lęki oraz obawy. Ludzie nieumiejący poradzić sobie z realiami rzeczywistego świata uciekają w świat urojony i stworzony przez siebie, odcinając się tym samym od trapiących ich problemów.
Pisząc tę książkę, trzymałem na biurku książkę autorstwa dr. Edwarda Podolsky’ego zatytułowaną Stop Worrying and Get Well (Przestań się martwić i zacznij zdrowieć). Przytoczę poniżej kilka nazw rozdziałów:
Co obawy wyrządzają sercu.
Za wysokie ciśnienie krwi odpowiadają obawy.
Przyczyną reumatyzmu mogą być obawy.
Martw się mniej ze względu na żołądek.
Jak zmartwienia wywołują przeziębienie.
Zmartwienia a tarczyca.
Zamartwiający się cukrzyk.
Równie ciekawych i pouczających informacji dostarczyła mi książka dr. Karla Menningera Man Against Himself (Człowiek sam przeciwko sobie). Można się z niej dowiedzieć, jaką krzywdę wyrządzamy sobie, kiedy skupiamy się głównie na destrukcyjnych emocjach. Jeśli chcecie przestać utrudniać sobie życie, bezzwłocznie ją przeczytajcie, a potem sprezentujcie znajomym i przyjaciołom. Kosztuje tylko cztery dolary i będą to z pewnością najlepiej zainwestowane przez was pieniądze w całym dotychczasowym życiu.
Nawet najbardziej powściągliwe osoby chorują z powodu trosk i obaw. Generał Grant przekonał się o tym pod koniec wojny secesyjnej. Od dziewięciu miesięcy jego wojska oblegały Richmond. Broniący miasta żołnierze generała Lee byli wyczerpani i wygłodniali. Dezerterowały całe pułki. W namiotach wznoszono żarliwe modły, płacząc, krzycząc i doznając wizji. Konfederaci podłożyli ogień pod magazyny z bawełną oraz tytoniem, spalili arsenał i pod osłoną nocy wycofali się z trawionego płomieniami Richmond. Grant ruszył ich tropem, atakując obie flanki i tył kolumny, podczas gdy kawaleria generała Sheridana blokowała im drogę, niszcząc linie kolejowe i przechwytując wozy z zaopatrzeniem.
Uskarżający się na potworny ból głowy i ledwo widzący na oczy Grant zatrzymał się na pewnej farmie. „Spędziłem noc, mocząc stopy w gorącej wodzie z musztardą i okładając nią nadgarstki oraz kark, licząc, że ból minie do rana” – napisał w swoich pamiętnikach.
Nazajutrz po dolegliwościach nie było już śladu, lecz nie zniknęły one wskutek okładów z musztardy, lecz dzięki gońcowi, który przyniósł wierzchem propozycję kapitulacji przesłaną przez generała Lee.
„Kiedy dotarł do mnie oficer [z tą wiadomością], nadal zmagałem się z bólem głowy, ale gdy tylko przeczytałem treść listu, natychmiast ozdrowiałem” – zanotował Grant.
Za chorobę generała odpowiadały rzecz jasna obawy oraz napięcie. Ozdrowiał od razu, gdy poczuł się pewniej na wieść o rychłym zwycięstwie.
Siedemdziesiąt lat po tamtych wydarzeniach Henry Morgenthau jr piastujący w gabinecie Franklina D. Roosevelta stanowisko sekretarza skarbu, dowiedział się, że za zawroty głowy, na które się uskarżał, odpowiadały jego troski. Zanotował w pamiętniku, jak bardzo zaniepokoiła go decyzja prezydenta o skupie czterech milionów buszli zboża w celu podniesienia jego rynkowej ceny: „Cały czas kręciło mi się w głowie. Wróciłem do domu i po obiedzie położyłem się na dwie godziny do łóżka”.
Gdybym chciał dowiedzieć się więcej o wpływie trosk na ludzkie samopoczucie, nie musiałbym wybierać się do biblioteki ani do lekarza – wystarczyłoby, abym wyjrzał przez okno. Sąsiad z domu obok przeszedł nerwowe załamanie, a drugi zachorował z obaw na cukrzycę. Poziom cukru w jego krwi poszybował w górę na wieść o krachu na giełdzie.
Kiedy francuski filozof Michel de Montaigne objął urząd burmistrza miasta Bordeaux, oznajmił jego mieszkańcom: „Jestem gotów wziąć wasze sprawy w swoje ręce, ale nie dopuszczę ich do swoich płuc i wątroby”.
Mój sąsiad pozwolił na to, aby wydarzenia rozgrywające się na giełdzie przeniknęły do jego krwiobiegu i omal nie przypłacił tego życiem.
Obawy przykuwają ludzi do wózków i łóżek, powodując reumatyzm oraz artretyzm. Doktor Russell I. Cecil z wydziału medycznego Uniwersytetu Cornell – specjalista w dziedzinie leczenia artretyzmu – wymienił cztery najczęstsze przyczyny jego powstawania:
1. Załamanie nerwowe.
2. Kłopoty finansowe i zamartwianie się.
3. Samotność oraz obawy.
4. Żywiona od dawna uraza.
Nie są to rzecz jasna jedyne przyczyny, gdyż na ich podstawie wyróżniamy różne rodzaje artretyzmu. Doktor Russell L. Cecil podał je jednak jako występujące najczęściej. Posłużmy się przykładem. Mój przyjaciel stracił w trakcie kryzysu tak dużo, że dostawca odłączył od jego domu gaz, a bank zajął hipotekę. Jego żona zupełnie niespodziewanie nabawiła się artretycznych bólów, które pomimo stosowanych leków oraz diet ustąpiły, dopiero gdy poprawie uległ stan rodzinnych finansów.
Troski skutkują nawet psuciem się zębów. Doktor William I.L. McGonigle stwierdził w przemowie wygłoszonej do członków Amerykańskiego Stowarzyszenia Dentystycznego, że „przykre emocje, takie jak obawa, lęk, czy udręka (…) wpływają na poziom wapnia w ludzkim ciele, co prowadzi do psucia się zębów”. Doktor McGonigle opowiedział historię swojego pacjenta, który miał idealne uzębienie, lecz zaczął mieć problemy z zębami, gdy małżonka zapadła nagle na poważną chorobę. W ciągu trzech tygodni jej hospitalizacji dentysta znalazł u męża aż dziewięć ubytków, które pojawiły się na skutek zmartwień.
Czy widzieliście kiedyś osobę z ostrą nadczynnością tarczycy? Ja tak i mogę was zapewnić, że trzęsie się ona niczym przerażone dziecko. Rozregulowana tarczyca, czyli organ odpowiadający za stabilizowanie pracy całego ciała, przyspiesza bicie serca, które zaczyna przypominać rozpalony do czerwoności piec. Bez właściwej kuracji bądź operacji cierpiący na tę dolegliwość pacjent może nawet umrzeć, „wypalając się do cna”.
Jakiś czas temu wybrałem się do Filadelfii z przyjacielem, który zmaga się z tą chorobą. Umówił się na wizytę u sławnego specjalisty leczącego podobne przypadki od trzydziestu ośmiu lat. Spróbujcie zgadnąć, jaką radę miał dla swoich pacjentów ów lekarz. Na ścianie poczekalni do jego gabinetu wisiał drewniany znak z radą, którą zapisałem na odwrocie koperty.
Najlepszy relaks i wypoczynek zapewniają
zdrowa wiara, sen, muzyka oraz śmiech.
Miej wiarę w Boga – naucz się dobrze wysypiać –
zakochaj się w dobrej muzyce – dostrzeż radosną stronę życia – a zyskasz zdrowie i szczęście.
Pierwsze pytanie, jakie lekarz zadał mojemu przyjacielowi, brzmiało: „Jakie emocjonalne zawirowania wywołały to schorzenie?”. A następnie ostrzegł go, że jeśli nie przestanie się zamartwiać, to nabawi się innych problemów w postaci choroby serca, wrzodów na żołądku lub cukrzycy. „Wszystkie z tych chorób to spokrewnieni ze sobą kuzyni i kuzynki” – dodał na koniec. I miał rację, bo za pojawienie się każdej z nich odpowiadają nasze zmartwienia!
Kiedy przeprowadzałem wywiad z aktorką Merle Oberon, wyznała mi, że celowo nie myślała o troskach z uwagi na szkodliwy wpływ, jaki wywarłyby one na jej głównym atucie, czyli urodzie.
„Kiedy zaczynałem pracę w kinie, byłam przerażona i stale się martwiłam – powiedziała w rozmowie. – Właśnie wróciłam do kraju z Indii i nie znałam nikogo w Londynie. Spotkałam się z kilkoma producentami, ale żaden nie chciał mnie zatrudnić. Zaoszczędzone pieniądze zaczęły topnieć. Przez dwa tygodnie żywiłam się krakersami popijanymi wodą. Do zmartwień doszedł głód. «Może jesteś idiotką i nigdy nie zostaniesz aktorką? – mówiłam w myślach sama do siebie. Nie masz przecież żadnego doświadczenia. Nie zagrałaś w żadnym filmie. Co masz do zaoferowania oprócz pięknej twarzyczki?»
Podeszłam do lustra i zobaczyłam, jak odcisnęły się na mojej urodzie zmartwienia! Zmarszczki układały się w wyraz troski. I wtedy powiedziałam sobie: «Musisz natychmiast przestać! Nie stać cię na zamartwianie się. Masz do zaoferowania tylko urodę, a troski ją zniszczą!»”.
Niewiele rzeczy postarza i oszpeca kobiety równie szybko co zmartwienia. Napinają z ich powodu mięśnie twarzy i zaciskamy szczęki, co tworzy zmarszczki. Wykrzywiają z ich powodu twarze w grymasie. Siwieją im, a nawet wypadają włosy. Psuje się cera, a skóra pokrywa wysypką, krostami i pryszczami.
Najwięcej ludzi umiera obecnie w Stanach Zjednoczonych na choroby serca. W czasie II wojny światowej zginęło ponad trzysta tysięcy amerykańskich żołnierzy. W tym samym czasie z powodu chorób serca zmarły w ojczyźnie dwa miliony cywili, a za połowę tych zgonów odpowiadały troski i życie w ciągłym stresie. To właśnie z tego powodu dr Alexis Carrel stwierdził: „Biznesmeni, którzy nie umieją zwalczać trosk, umierają młodo”.
Afroamerykanie i Chińczycy znacznie rzadziej zmagają się z chorobami serca, gdyż potrafią zachowywać większy spokój. Z powodu niewydolności serca umiera dwudziestokrotnie więcej lekarzy niż rolników. Ci pierwsi żyją w znacznie większym napięciu i ponoszą za to cenę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Biblia Tysiąclecia, Mt 6:34. [wróć]
2. Przeł. Zygmunt Kubiak. [wróć]
3. Przeł. Władysław Tatarkiewicz. [wróć]
4. Biblia Tysiąclecia, Ps 118, 24. [wróć]
5. Przeł. Janusz Krzyżowski. [wróć]
