Jak przestać się martwić i zacząć żyć - Dale Carnegie - ebook

Jak przestać się martwić i zacząć żyć ebook

Dale Carnegie

0,0
32,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przestań się martwić – zacznij żyć pełnią życia!

Czy martwisz się o pracę, pieniądze, rodzinę lub relacje? Czy stres i niepokój odbierają Ci radość dnia codziennego? Czy zastanawiasz się, jak uwolnić się od nawyku ciągłego zamartwiania się i wreszcie poczuć spokój?

Dale Carnegie pokazuje praktyczne strategie, które pomogły milionom ludzi uwolnić się od destrukcyjnego nawyku martwienia się. W książce znajdziesz m.in. sposoby na ograniczenie codziennych zmartwień, metody radzenia sobie z krytyką, strategie poprawy samopoczucia i wskazówki na bardziej pozytywne, radosne życie.

Sięgnij po tę książkę i odkryj, jak kontrolować stres, odzyskać spokój i zbudować szczęśliwszą, wolną od zmartwień codzienność. Dale Carnegie, mistrz sztuki budowania relacji i rozwoju osobistego, dzieli się doświadczeniem, które zmieniło życie milionów czytelników na całym świecie.

Zmień swój sposób myślenia. Zmień swoje życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny: How to stop wor­ry­ing and start living

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Iza­bela Sur­dy­kow­ska-Jurek Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa: Joanna Kłos Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redak­tor tech­niczny: Witold Kuśmier­czyk

Copy­ri­ght © for this edi­tion and trans­ation by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18021-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Książkę tę dedy­kuję czło­wie­kowi, który nie ma potrzeby jej czy­tać

(Lowel­lowi Tho­ma­sowi)

O autorze

O auto­rze

Dale Car­ne­gie – ame­ry­kań­ski pisarz, wykła­dowca oraz autor sław­nych kur­sów z zakresu samo­do­sko­na­le­nia, sprze­daży, szko­leń fir­mo­wych, wygła­sza­nia mów publicz­nych i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych – był dru­gim synem ubo­giego far­mera Jamesa Wil­liama Car­ne­giego i jego żony Amandy Eli­za­beth Har­bi­son. Przy­szedł na świat w 1888 roku w miej­sco­wo­ści Mary­ville w sta­nie Mis­so­uri. Choć wsta­wał co noc o czwar­tej, aby wydoić krowy, ukoń­czył State Teacher’s Col­lege w War­rens­burgu. Po ukoń­cze­niu stu­diów zajął się sprze­dażą kur­sów kore­spon­den­cyj­nych, a następ­nie bekonu, mydła oraz smalcu, które pro­du­ko­wała firma Armour & Com­pany.

W 1911 roku Car­ne­gie zre­zy­gno­wał z pracy sprze­dawcy po odło­że­niu pię­ciu­set dola­rów, zamie­rza­jąc zaan­ga­żo­wać się w ruch Chau­tau­qua, lecz zamiast zostać wykła­dowcą, zapi­sał się na Ame­ri­can Aca­demy of Dra­ma­tic Arts. Nie odniósł jed­nak suk­cesu na sce­nie i wró­cił bez oszczęd­no­ści do Nowego Jorku. Miesz­ka­jąc w budynku nale­żą­cym do YMCA, wpadł na pomysł popro­wa­dze­nia wykła­dów z nauki publicz­nych prze­mó­wień. W trak­cie pierw­szych zajęć omó­wił przed cza­sem cały przy­go­to­wany mate­riał i popro­sił uczest­ni­czące w nich osoby, aby opo­wie­działy o tym, co je dener­wuje. Oka­zało się, że roz­ma­wia­jąc na ten temat, odczu­wały one znacz­nie mniej­szy lęk przed publicz­nymi wystą­pie­niami. Dzięki tej wie­dzy posze­rzył w 1912 roku zakres zagad­nień oma­wia­nych na kur­sie, a zale­d­wie dwa lata póź­niej zara­biał pięć­set dola­rów tygo­dniowo, speł­nia­jąc pra­gnie­nia wielu Ame­ry­ka­nów pra­gną­cych roz­wi­jać wła­sne umie­jęt­no­ści. W 1916 roku stać go już było na wyna­ję­cie Car­ne­gie Hall i wygło­sze­nie w wypeł­nio­nej po brzegi ope­rze wykładu.

Swoją wie­dzę Dale Car­ne­gie zawarł w książce Jak prze­ma­wiać publicz­nie. Prak­tyczny kurs dla ludzi biz­nesu (wyda­nej w 1926 roku), lecz zmie­nił kilka lat póź­niej jej tytuł na Jak prze­ma­wiać publicz­nie i wpły­wać na ludzi biz­nesu (wyda­nie z 1932 roku). Opu­bli­ko­wana w 1936 roku przez wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter książka Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi stała się best­sel­le­rem, a zara­zem naj­le­piej sprze­da­jącą się pozy­cją w całym dorobku autora. Zawarł w niej prak­tyczne porady poma­ga­jące wieść udane życie zawo­dowe i oso­bi­ste. Do dziś korzy­stają z niej osoby korzy­stające z usług Dale Car­ne­gie Tra­ining. Książka składa się z czte­rech czę­ści:

Część 1: Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi.

Część 2: Sześć spo­so­bów na to, aby inni nas lubili.

Część 3: Jak prze­ko­nać innych ludzi do naszych pomy­słów i spo­sobu myśle­nia.

Część 4: Bądź lide­rem: jak zmie­niać ludzi, nie obra­ża­jąc ich i nie wzbu­dza­jąc w nich nie­chęci.

W chwili śmierci autora prze­tłu­ma­czono ją na trzy­dzie­ści jeden języ­ków i sprze­dano w pię­ciu milio­nach egzem­pla­rzy.

Pod­czas I wojny świa­to­wej Dale Car­ne­gie słu­żył w ame­ry­kań­skiej armii. W 1931 roku roz­wiódł się z pierw­szą żoną, a w 1944 oże­nił ponow­nie, z Doro­thy Price Van­der­pool. Jak prze­stać się mar­twić i zacząć żyć uka­zało się po raz pierw­szy w 1948 roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii nakła­dem wydaw­nic­twa Chau­cer Press.

Car­ne­gie zdał sobie sprawę, że więk­szość doro­słych osób zmaga się z oba­wami. Prze­czy­tał wszyst­kie dostępne mu książki na temat trosk, wysłu­chał wielu wykła­dów na temat radze­nia sobie ze zmar­twie­niami i wyko­nał sto­sowne eks­pe­ry­menty w trak­cie zajęć, które pro­wa­dził. Zebrane w ten spo­sób doświad­cze­nia prze­ło­żyły się na książkę Jak prze­stać się mar­twić i zacząć żyć. Autor odniósł się w niej do sub­tel­no­ści codzien­nego życia, ofe­ru­jąc prak­tyczne porady poma­ga­jące prze­zwy­cię­żać obawy i wieść szczę­śliwe oraz satys­fak­cjo­nu­jące życie. Zawarł też w niej naj­waż­niej­sze infor­ma­cje na temat poczu­cia tro­ski wraz ze sku­tecz­nymi spo­so­bami radze­nia sobie z nim. Jego książka pomo­gła nie­zli­czo­nym rze­szom czy­tel­ni­ków oraz zain­spi­ro­wała ich i do dziś pozo­staje best­sel­le­rem.

Zmarł w 1955 roku we wła­snym domu w Forest Hills, prze­żyw­szy sześć­dzie­siąt sześć lat. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w mie­ście Bel­ton w sta­nie Mis­so­uri.

Dziewięć wskazówek i rad na temat tego, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści

Dzie­więć wska­zó­wek i rad na temat tego, jak odnieść z czy­ta­nia tej książki naj­więk­sze korzy­ści

1

Jeśli chce­cie zyskać jak naj­wię­cej na czy­ta­niu niniej­szej książki, musi­cie speł­nić jeden bez­względ­nie konieczny wymóg, znacz­nie istot­niej­szy niż jakie­kol­wiek zasady bądź tech­niki. Jeśli nie macie tej fun­da­men­tal­nej cechy, nie pomoże wam sto­so­wa­nie się nawet do tysiąca reguł. A jeśli macie tę wro­dzoną zdol­ność, zdo­ła­cie osią­gnąć cudowne rze­czy bez czy­ta­nia rad na temat efek­tyw­nego korzy­sta­nia z porad­nika.

Jaki jest ten tajem­ni­czy wymóg? Po pro­stu szczera i mocna chęć do nauki oraz wielka chęć, by prze­stać się mar­twić i zacząć żyć.

Jak można wykształ­cić w sobie powyż­sze cechy? Dzięki sta­łemu przy­po­mi­na­niu sobie, jak bar­dzo są dla nas istotne. Musimy wyobra­zić sobie, jak ich udo­sko­na­la­nie pro­wa­dzi nas ku bogat­szemu i szczę­śliw­szemu życiu. Musimy powta­rzać sobie raz po raz: „Mój spo­kój ducha, moje szczę­ście, zdro­wie, a zapewne także i zaro­bek zale­żeć będą od sto­so­wa­nia oczy­wi­stych i odwiecz­nych prawd zawar­tych w tej książce”.

2

Czy­taj­cie kolejne roz­działy bez zagłę­bia­nia się w szcze­góły, aby zyskać wła­ściwą per­spek­tywę. Nie ule­gaj­cie poku­sie i nie prze­ska­kuj­cie pospiesz­nie do następ­nych – chyba że czy­ta­cie wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. Jeśli chce­cie popra­wić wła­sne umie­jęt­no­ści nawią­zy­wa­nia rela­cji z innymi, wróć­cie do początku roz­działu i prze­czy­taj­cie go uważ­niej raz jesz­cze. W ten spo­sób zaosz­czę­dzi­cie czas i szyb­ciej osią­gnię­cie rezul­taty.

3

Prze­ry­waj­cie czę­sto czy­ta­nie, by zasta­no­wić się nad tym, co prze­czy­ta­li­ście. Spró­buj­cie usta­lić, jak i kiedy macie zasto­so­wać w prak­tyce zamiesz­czone w tek­ście suge­stie. W ten spo­sób odnie­sie­cie znacz­nie więk­sze korzy­ści, niż pędząc do przodu niczym chart goniący zająca.

4

Czy­taj­cie z kredką, ołów­kiem, dłu­go­pi­sem, mar­ke­rem lub maza­kiem w dłoni. Jeśli natra­fi­cie na radę, którą mogli­by­ście waszym zda­niem wyko­rzy­stać, pod­kre­śl­cie ją. Jeśli będzie to suge­stia czte­ro­gwiazd­kowa, pod­kre­śl­cie lub zakre­śl­cie każde zda­nie albo postaw­cie przy nich ****. Zazna­cza­nie tek­stu czyni pro­ces czy­ta­nia bar­dziej inte­re­su­ją­cym, a dodat­kowo uła­twia i przy­spie­sza jego póź­niej­sze prze­glą­da­nie.

5

Zna­łem pew­nego męż­czy­znę, który przez 15 lat pra­co­wał jako kie­row­nik w dużej fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Każ­dego mie­siąca prze­glą­dał wszyst­kie umowy zawarte w tym okre­sie z klien­tami. Ozna­czało to, że mie­siąc po mie­siącu i rok po roku czy­tał czę­sto te same doku­menty. Dla­czego tak robił? Doświad­cze­nie nauczyło go, iż tylko w ten spo­sób będzie w sta­nie zapa­mię­tać wszyst­kie klau­zule.

Książkę o wygła­sza­niu prze­mów pisa­łem przez dwa lata, a mimo to zaglą­da­łem do niej od czasu do czasu, aby przy­po­mnieć sobie, co napisa­łem. Szyb­kość, z jaką zapo­mi­namy, jest zdu­mie­wa­jąca.

Jeśli chce­cie wynieść z czy­ta­nia tej książki jak naj­wię­cej, przej­rze­nie jej pospiesz­nie raz z pew­no­ścią nie wystar­czy. Po uważ­nym prze­czy­ta­niu każ­dego roz­działu powin­ni­ście wra­cać do niego każ­dego kolej­nego mie­siąca. Trzy­maj­cie książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Czę­sto ją prze­glą­daj­cie. Zaska­kuj­cie samych sie­bie róż­no­rod­nymi moż­li­wo­ściami roz­woju, które cze­kają za hory­zon­tem. Pamię­taj­cie przy tym, że sto­so­wa­nie reguł wej­dzie wam w nawyk tylko poprzez ich stałe i zde­cy­do­wane sto­so­wa­nie.

6

Ber­nard Shaw powie­dział: „Jeśli nauczysz czło­wieka cze­go­kol­wiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny pro­ces. Uczymy się poprzez dzia­ła­nie. Jeśli chce­cie zdo­być umie­jęt­no­ści opi­sane w tej książce, musi­cie zacząć z nich korzy­stać i robić to przy każ­dej oka­zji. W prze­ciw­nym razie szybko o nich zapo­mni­cie. Zapa­mię­tu­jemy tylko tę wie­dzę, z któ­rej robimy uży­tek.

Zasto­so­wa­nie wszyst­kich reguł będzie z pew­no­ścią trudne. Dobrze o tym wiem, bo cho­ciaż napi­sa­łem o nich książkę, to sam mie­wam pro­blemy z robie­niem tego, do czego zachę­cam czy­tel­ni­ków. Czy­ta­jąc tę książkę, przy­po­mi­naj­cie sobie, że nie robi­cie tego wyłącz­nie w celu zdo­by­cia infor­ma­cji. Pró­bu­je­cie wykształ­cić w sobie nowe nawyki. Ba, pró­bu­je­cie żyć w nowy spo­sób. A do tego będzie­cie potrze­bo­wali czasu, uporu i codzien­nej prak­tyki.

Dla­tego czę­sto wra­caj­cie do prze­czy­ta­nych już stron. Potrak­tuj­cie tę książkę jak pod­ręcz­nik na temat radze­nia sobie ze zmar­twie­niami, a gdy natknie­cie się na kon­kretny pro­blem, posta­raj­cie się nie mar­twić. Nie ule­gaj­cie impul­som, gdyż jest to zazwy­czaj dzia­ła­nie nie­wła­ściwe.

Zamiast tego się­gnij­cie po tę książkę i prze­czy­taj­cie ponow­nie zakre­ślone wcze­śniej frag­menty, a następ­nie pró­buj­cie zamiesz­czone w nich rady zasto­so­wać w prak­tyce i przy­glą­daj­cie się zaska­ku­ją­cym efek­tom podej­mo­wa­nych decy­zji.

7

Wrę­czaj­cie żonom po zło­tówce za każ­dym razem, gdy zła­mie­cie któ­rąś z zasad. Szybko zabrak­nie wam drob­nych!

8

Zwróć­cie szcze­gólną uwagę na to, co na stro­nach 274–275 powie­dzieli o kory­go­wa­niu wła­snych pomy­łek ban­kier H.P. Howell i Ben­ja­min Fran­klin. Spró­buj­cie odnieść przy­to­czone przez nich tech­niki do wła­snych prób sto­so­wa­nia zawar­tych w książce porad. Będzie to miało dwo­jaki sku­tek.

Po pierw­sze, zaan­ga­żu­je­cie się w pro­ces nauki, zarówno cie­kawy, jak i bez­cenny.

Po dru­gie, szybko zorien­tu­je­cie się, że wasze umie­jęt­no­ści radze­nia sobie ze zmar­twie­niami i życia pełną pier­sią roz­kwitną niczym wio­senna łąka.

9

Pro­wadź­cie dzien­nik i zapi­suj­cie w nim odno­szone suk­cesy. Bądź­cie szcze­gó­łowi w opi­sach zda­rzeń. Notuj­cie nazwi­ska, daty, adresy, koń­cowe rezul­taty. Taki rejestr zachęci was do więk­szych wysił­ków, a po latach zapewni fascy­nu­jącą lek­turę!

W skró­cie:

1. Wykształć w sobie silną potrzebę sto­so­wa­nia reguł radze­nia sobie ze zmar­twie­niami.

2. Czy­taj każdy roz­dział dwu­krot­nie przed przej­ściem do kolej­nego.

3. Czę­sto prze­ry­waj czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad zasto­so­wa­niem poda­wa­nych rad.

4. Pod­kre­ślaj w tek­ście naj­waż­niej­sze frag­menty.

5. Wra­caj do tej książki każ­dego mie­siąca.

6. Sto­suj opi­sane w niej reguły przy każ­dej oka­zji. Korzy­staj z niej jak z porad­nika poma­ga­ją­cego w roz­wią­zy­wa­niu codzien­nych pro­ble­mów.

7. Prze­kształć pro­ces nauki w grę, pre­zen­tu­jąc zna­jo­mym lub bli­skim drobne za każde zła­ma­nie któ­rejś z reguł.

8. Spraw­dzaj co tydzień czy­nione postępy. Zasta­na­wiaj się nad popeł­nio­nymi błę­dami, rze­czami do poprawy i tym, czego już się nauczy­łeś.

9. Spo­rzą­dzaj notatki na końcu książki, zapi­su­jąc przy­padki zasto­so­wa­nia przez sie­bie zasad.

Część 1. Istotne informacje na temat zmartwień

Część 1

Istotne infor­ma­cje na temat zmar­twień

Rozdział 1. Żyj w „dziennych przedziałach”

Roz­dział 1

Żyj w „dzien­nych prze­dzia­łach”

Wio­sną 1871 roku pewien młody męż­czy­zna wziął do ręki książkę i prze­czy­tał dwa­dzie­ścia jeden słów, które w istotny spo­sób wpły­nęły na jego póź­niej­sze życie. Miesz­kał w Mont­re­alu, był stu­den­tem medy­cyny, pra­co­wał w miej­sco­wym szpi­talu i stale zamar­twiał się koń­co­wymi egza­mi­nami, naj­bliż­szą przy­szło­ścią, roz­po­czę­ciem prak­tyki lekar­skiej, zara­bia­niem na życie.

Wspo­mniane powy­żej dwa­dzie­ścia jeden słów pomo­gło temu mło­demu czło­wie­kowi stać się naj­słyn­niej­szym leka­rzem swo­jego poko­le­nia. Współ­two­rzył wydział medyczny na Uni­wer­sy­te­cie Johna Hop­kinsa i uzy­skał tytuł pro­fe­sora kró­lew­skiego na wydziale medycz­nym Uni­wer­sy­tetu Oks­fordz­kiego, co jest naj­więk­szym zaszczy­tem, jakiego może dostą­pić lekarz prak­ty­ku­jący w Kró­le­stwie Bry­tyj­skim. Otrzy­mał ponadto od monar­chy tytuł szla­checki. Do opi­sa­nia jego życia w pełni potrzebne było aż tysiąc czte­ry­sta sześć­dzie­siąt sześć stron.

Ów mło­dzie­niec nazy­wał się Wil­liam Osler. Wio­sną 1871 roku miał dwa­dzie­ścia jeden lat, a ustęp, który wów­czas prze­czy­tał, pocho­dził z dzieła Tho­masa Car­lyle’a i brzmiał: „Naszym głów­nym celem nie powinno być wypa­try­wa­nie tego, co odle­głe i nie­wy­raźne, lecz czy­nie­nie tego, co leży w zasięgu naszej ręki”.

Pew­nego wio­sen­nego wie­czoru, czter­dzie­ści dwa lata póź­niej, gdy na tere­nie kam­pusu roz­kwi­tały tuli­pany, sir Wil­liam Osler wygło­sił prze­mowę do stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Yale. Zapew­nił ich, że nawet taki mózg jak jego – pro­fe­sora czte­rech szkół wyż­szych i autora bar­dzo popu­lar­nej książki – nie odzna­czał się „niczym szcze­gól­nym”. Dodał nawet, że jego przy­ja­ciele wie­dzieli, iż „był on jak naj­bar­dziej prze­ciętny”.

W czym tkwiła zatem tajem­nica odnie­sio­nego przez Oslera suk­cesu? Pro­fe­sor wyznał stu­den­tom, że osią­gnął go dzięki życiu w „dzien­nych prze­dzia­łach”. Co miał przez to na myśli? Kilka mie­sięcy przed wygło­sze­niem mowy na Uni­wer­sy­te­cie Yale Osler prze­był na pokła­dzie pasa­żer­skiego liniowca Atlan­tyk. W trak­cie tej podróży dowie­dział się, że sto­jący na mostku kapi­tan mógł za pomocą jed­nego tylko przy­ci­sku – przy wtó­rze pobrzę­ku­ją­cej maszy­ne­rii – oddzie­lić od sie­bie poszcze­gólne czę­ści statku, czy­niąc je w ten spo­sób wodosz­czel­nymi. „Wy wszy­scy jeste­ście struk­tu­rami znacz­nie bar­dziej cudow­nymi niż oce­aniczny linio­wiec i odby­wa­ją­cymi o wiele dłuż­sze podróże – zwró­cił się do stu­den­tów Osler. – Zachę­cam was, aby­ście nauczyli się kon­tro­lo­wać wła­sne maszy­ne­rie, aby żyć w «dzien­nych prze­dzia­łach», gdyż w ten spo­sób zagwa­ran­tu­je­cie sobie bez­pieczne wojaże. Stań­cie na mostku i upew­nij­cie się, że gro­dzie działa bez zarzutu. Wci­śnij­cie przy­cisk i posłu­chaj­cie, jak żela­zne drzwi zamy­kają się, oddzie­la­jąc was od Prze­szło­ści i minio­nych dni na każ­dym pozio­mie waszego życia. Dotknij­cie kolej­nego i spuść­cie w myślach kur­tynę na Przy­szłość i nie­na­ro­dzone jutra. Wów­czas będzie­cie bez­pieczni. Bez­pieczni na dziś (…)! Oddziel­cie prze­szłość! Niech mar­twa pogrze­bie swoje zwłoki (…). Oddziel­cie minione dni, które roz­świe­tliły drogę głup­com do sza­ra­wej śmierci (…). Nie­siony stale cię­żar jutra i cię­żar wczo­raj­szych dni spra­wiają trud­no­ści nawet naj­sil­niej­szym z nas. Oddziel­cie się od przy­szło­ści rów­nie szczel­nie jak od prze­szło­ści (…). Przy­szłość dzieje się teraz (…). Nie ma jutra. Nastał dzień zba­wie­nia ludz­ko­ści. Utrata zapału, men­talne bolączki, nie­po­koje, obawy towa­rzy­szą ludziom mar­twią­cym się o przy­szłość (…). Zamknij­cie szczel­nie przed­nie i tylne gro­dzie i wyrób­cie w sobie nawyk życia w dzien­nych prze­dzia­łach”.

Czy dok­tor Osler miał w takim razie na myśli, że nie powin­ni­śmy w ogóle szy­ko­wać się na to, co przy­nie­sie przy­szłość? Oczy­wi­ście, że nie. Stwier­dził jed­nakże, że naj­lep­szym spo­so­bem na dba­nie o przy­szłość jest sku­pie­nie całego zapału i całej inte­li­gen­cji na jak naj­lep­szym wyko­ny­wa­niu bie­żą­cych czyn­no­ści, gdyż w ten spo­sób sku­tecz­nie się do niej przy­go­tu­jemy.

Sir Wil­liam Osler zachę­cał stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Yale, aby roz­po­czy­nali dzień od słów modli­twy: „Chleba naszego powsze­dniego daj nam dzi­siaj”.

Zwróć­cie uwagę, że jest w niej mowa wyłącz­nie o chle­bie „powsze­dnim”. Nie ma w niej uty­ski­wań na czer­stwy chleb zje­dzony wczo­raj. Nie znaj­dzie­cie w niej też słów: „O, dobry Boże, mamy strasz­nie gorącą porę roku i szy­kuje się kolejna susza. A jeśli do niej doj­dzie, to jak kupię chleb na jesieni? A jeśli stracę do tego pracę? Dobry Boże, za co wtedy kupię chleb?”.

Modli­twa uczy nas, aby pro­sić wyłącz­nie o strawę na dziś. Prze­cież i tak możemy zjeść tylko ten chleb, który mamy.

Wiele lat temu pewien nie­ma­jący gro­sza przy duszy filo­zof wybrał się na wędrówkę przez kamie­ni­stą i rów­nie ubogą co on kra­inę, któ­rej miesz­kańcy z tru­dem wią­zali koniec z koń­cem. Któ­re­goś dnia przy­sta­nął na wzgó­rzu i wów­czas zebrał się wokół niego tłum gapiów. Męż­czy­zna wygło­sił wów­czas naj­sław­niej­szą i naj­czę­ściej cyto­waną mowę w histo­rii całej ludz­ko­ści. Zna­la­zło się w niej nastę­pu­jące dwa­dzie­ścia jeden słów, które powta­rzano potem przez wieki: „Nie troszcz­cie się więc zbyt­nio o jutro, bo jutrzej­szy dzień sam o sie­bie trosz­czyć się będzie. Dosyć ma dzień swo­jej biedy”1.

Wielu ludzi odrzu­cało nauki Jezusa o nie­trosz­cze­niu się o przy­szłość, dopa­tru­jąc się w nich wpływu orien­tal­nego misty­cy­zmu. „Prze­cież muszę myśleć o jutrze – stwier­dzali. – Muszę zabez­pie­czyć byt mojej rodziny. Muszę odło­żyć pie­nią­dze na sta­rość. Muszę zapla­no­wać przy­szłość i się do niej przy­go­to­wać”.

I mieli przy tym rację! Myśle­nie, snu­cie pla­nów o przy­szło­ści i przy­go­to­wy­wa­nie się na to, co nadej­dzie, są zacho­wa­niem nor­mal­nym. Nie jest nim jed­nakże tro­ska.

W trak­cie wojen dowódcy armii two­rzą plany na przy­szłość. Nie mogą sobie jed­nak pozwo­lić na to, aby dopu­ścić do głosu wła­sne obawy. „Zaopa­trzy­łem naj­lep­szych ludzi w naj­lep­szy dostępny sprzęt – stwier­dził admi­rał Ernest J. King, który w trak­cie II wojny świa­to­wej pia­sto­wał sta­no­wi­sko szefa sztabu Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych. – Powie­rzy­łem im naj­bar­dziej sen­sowne zada­nia. Tylko tyle mogę zro­bić”.

„Kiedy okręt idzie na dno, nie odzy­skam go – powie­dział rów­nież King. – Nie zapo­bie­gnę jego zato­pie­niu. Znacz­nie lepiej spo­żyt­kuję czas, pra­cu­jąc nad przy­szłymi pro­ble­mami, niż zamar­twia­jąc się tym, co było wczo­raj. Co wię­cej, gdy­bym na to sobie pozwo­lił, długo bym nie wytrzy­mał”.

Zarówno w cza­sach wojny, jak i w cza­sach pokoju róż­nica pomię­dzy dobrym a złym myśle­niem polega na tym, że myśląc wła­ści­wie, sku­piamy się na skut­kach i przy­czy­nach, co skut­kuje logicz­nymi oraz kon­struk­tyw­nymi pla­nami, myśląc zaś źle, dopusz­czamy do głosu obawy, co pro­wa­dzi do powsta­nia napięć i ner­wo­wych zała­mań.

Mia­łem nie­dawno zaszczyt prze­pro­wa­dzić wywiad z Arthu­rem Hay­sem Sul­zber­ge­rem, wydawcą jed­nej z naj­sław­niej­szych gazet na całym świe­cie – „The New York Times”. Wyznał, że gdy wojenna pożoga objęła Europę, tak bar­dzo oba­wiał się o przy­szłość, że nie mógł w ogóle zasnąć. Regu­lar­nie wsta­wał z łóżka w środku nocy, po czym sia­dał do szta­lug i spo­glą­da­jąc w lustro, pró­bo­wał nama­lo­wać auto­por­tret. Nie umiał malo­wać, ale robił to, aby odda­lić od sie­bie obawy. Pan Sul­zber­ger dodał, że wyzbył się trosk i odna­lazł spo­kój ducha, dopiero gdy wziął sobie do serca słowa śpie­wa­nego w kościele hymnu:

Pro­wadź mnie, Świa­tło, swą błogą opieką (…)

Nie pro­szę rajów odle­głych widoku,

Star­czy pro­my­czek dla jed­nego kroku2.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie podobną lek­cję przy­swa­jał sobie pewien odziany w mun­dur i prze­by­wa­jący w Euro­pie mło­dzie­niec. Zwał się Ted Ben­ger­mino i miesz­kał w Bal­ti­more pod adre­sem Newholme Road 5716. Ted zamar­twiał się tak bar­dzo, że naba­wił się ner­wicy fron­to­wej.

„W kwiet­niu 1945 roku zamar­twia­łem się tak bar­dzo, że zda­niem leka­rzy dosta­łem spa­zmów okręż­nicy poprzecz­nej, które wywo­ły­wały strasz­liwy ból” – napi­sał Ted Ben­ger­mino.

„Gdyby wojna zakoń­czyła się póź­niej, a nie wtedy, kiedy się zakoń­czyła, moje ciało z pew­no­ścią odmó­wi­łoby posłu­szeń­stwa.

Byłem cał­ko­wi­cie wyczer­pany. Słu­ży­łem w stop­niu pod­ofi­cer­skim w 94 Dywi­zji Pie­choty i odpo­wia­da­łem za reje­stra­cję gro­bów. Moja praca pole­gała na pro­wa­dze­niu spi­sów wszyst­kich pole­głych, zagi­nio­nych i hospi­ta­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy. Poma­ga­łem też przy eks­hu­ma­cji zwłok zarówno alianc­kich, jak i nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy pocho­wa­nych pośpiesz­nie w płyt­kich gro­bach w trak­cie toczo­nych bitew. Zbie­ra­łem ich oso­bi­ste rze­czy i odsy­ła­łem naj­bliż­szym oso­bom, rodzi­com, krew­nym. Stale oba­wia­łem się, że popeł­nię jakiś poważny i wsty­dliwy błąd. Bałem się też, czy zdo­łam prze­żyć wojnę. Mar­twi­łem się, czy dane mi będzie potrzy­mać na rękach moje jedyne dziecko – szes­na­sto­mie­sięcz­nego synka, któ­rego nie widzia­łem nawet na oczy. Zamar­twia­łem się tak bar­dzo, że schu­dłem pięt­na­ście kilo­gra­mów. Wręcz odcho­dzi­łem od zmy­słów. Gdy spo­glą­da­łem na swoje dło­nie, widzia­łem tylko skórę i kości. Prze­ra­żała mnie myśl, że wrócę do domu, będąc wra­kiem czło­wieka. Zała­ma­łem się i łka­łem jak dziecko. Za każ­dym razem, gdy zosta­wa­łem sam, łzy napły­wały mi do oczu. Po bitwie o Ardeny pła­ka­łem już tak czę­sto, że stra­ci­łem resztki nadziei na to, że będę jesz­cze kie­dyś nor­mal­nie funk­cjo­no­wał.

Tra­fi­łem do woj­sko­wego ambu­la­to­rium. Słu­żący w nim lekarz dał mi pewną radę, która odmie­niła cał­ko­wi­cie moje życie. Naj­pierw sta­ran­nie mnie prze­ba­dał, po czym uznał, że moje pro­blemy zdro­wotne mają pod­łoże psy­chiczne. A potem powie­dział: «Ted, wyobraź sobie, że twoje życie to klep­sy­dra. Wiesz, że w jej gór­nej bańce spo­czywa tysiąc zia­re­nek pia­sku prze­sy­pu­ją­cych się powoli przez wąską szyjkę na spód. Ani ty, ani ja nie jeste­śmy w sta­nie przy­spie­szyć tego pro­cesu bez uszka­dza­nia samego zegara. Każdy z nas jest taką klep­sy­drą. Roz­po­czy­namy kolejne dni, myśląc o dzie­siątku zadań i obo­wiąz­ków, jakie musimy wyko­nać, ale jeśli nie zabie­rzemy się do nich poje­dyn­czo i powoli, na podo­bień­stwo prze­sy­pu­ją­cych się zia­re­nek pia­sku, to z całą pew­no­ścią uszko­dzimy wła­sne ciała i umy­sły».

Od tam­tej pory sto­suję się do tej życio­wej filo­zo­fii, którą usły­sza­łem z ust woj­sko­wego leka­rza. «Jedno zia­renko pia­sku na raz. Jedna czyn­ność na raz». Dzięki tej radzie prze­trwa­łem wojnę fizycz­nie i psy­chicz­nie, a po jej zakoń­cze­niu pora­dzi­łem sobie w nowej pracy – odpo­wia­dam za kon­trolę zaso­bów w fir­mie Com­mer­cial Cre­dit Com­pany. Mie­rzę się w niej z podob­nymi pro­ble­mami co na woj­nie, czyli koniecz­no­ścią wyko­ny­wa­nia wielu zadań jed­no­cze­śnie w połą­cze­niu z bra­kiem czasu – kupo­wa­nie bra­ku­ją­cych akcji, wypeł­nia­nie nowych for­mu­la­rzy, zawie­ra­nie nowych umów, zmie­nia­nie adre­sów, otwie­ra­nie i zamy­ka­nie biur i tak dalej. Zamiast się dener­wo­wać i mar­twić, myśla­łem o tym, co powie­dział mi lekarz: «Jedno zia­renko pia­sku na raz. Jedna czyn­ność na raz». Powta­rza­jąc w myślach te słowa, wyko­ny­wa­łem kolejne zada­nia spraw­nie, efek­tyw­nie i bez obaw, które na woj­nie uczy­niły ze mnie wraka”.

Fakt, że ponad połowę szpi­tal­nych łóżek zaj­mują dziś osoby zma­ga­jące się z ner­wo­wymi i psy­chicz­nymi dole­gli­wo­ściami, czyli ludzie przy­gnie­ceni cię­ża­rem obaw o przy­szłość oraz przy­szłość, jest zatrwa­ża­ją­cym komen­ta­rzem współ­cze­snego świata. Więk­szość z tych pacjen­tów spa­ce­ro­wa­łaby rado­śnie po chod­ni­kach, wio­dąc szczę­śliwe życia, gdyby wsłu­chała się w słowa Jezusa: „Nie troszcz­cie się więc zbyt­nio o jutro”, albo sir Wil­liama Oslera: „Żyj­cie w dzien­nych prze­dzia­łach”.

Wszy­scy sto­imy w tej chwili w punk­cie, w któ­rym sty­kają się dwie nie­skoń­czo­no­ści – bez­kre­sna i odwieczna prze­szłość oraz przy­szłość się­ga­jąca ostat­niej sylaby czasu. Nie możemy w nich żyć nawet przez uła­mek sekundy. Pró­bu­jąc tego doko­nać, nisz­czymy wła­sne ciała i umy­sły. Zado­wa­lajmy się zatem tym, co jest nam dane, czyli dniem trwa­ją­cym od chwili, gdy wsta­jemy z łóżka, po chwilę, w któ­rej się do niego ponow­nie kła­dziemy. „Każdy z nas jest w sta­nie dźwi­gać swój cię­żar, bez względu na to, jak jest duży, aż do zapad­nię­cia zmroku – napi­sał Robert Louis Ste­ven­son. – Każdy może wyko­ny­wać powie­rzoną mu pracę, bez względu na to, jak jest ona trudna, przez jeden dzień. Każdy może wieść słod­kie, spo­kojne, czy­ste i pełne miło­ści życie od wschodu do zachodu słońca. Bo na tym polega wła­śnie życie”.

Zanim rady te przy­swo­iła sobie pani E.K. Shields z Sagi­naw w sta­nie Michi­gan, tro­ski i obawy spra­wiły, że zaczęła myśleć o popeł­nie­niu samo­bój­stwa.

„W 1937 roku stra­ci­łam męża – wyznała, opo­wia­da­jąc mi swoją histo­rię. – Byłam zroz­pa­czona i bez gro­sza przy duszy. Napi­sa­łam list do byłego pra­co­dawcy – pana Leona Roacha z firmy Roach-Fow­ler w Kan­sas City – a ten ponow­nie mnie zatrud­nił. Przed laty sprze­da­wa­łam pod­ręcz­niki, odwie­dza­jąc szkoły na wsiach i w małych mia­stecz­kach. Dwa lata temu, kiedy zacho­ro­wał mój mąż, sprze­da­łam samo­chód, ale zdo­ła­łam zebrać wystar­cza­jącą sumę na zaliczkę i kupi­łam uży­wane auto, aby wró­cić do pracy.

Myśla­łam, że dzięki służ­bo­wym podró­żom poczuję się mniej przy­gnę­biona, lecz samotna jazda autem i spo­ży­wane w samot­no­ści posiłki spra­wiły, że popa­dłam w jesz­cze więk­szą depre­sję. Sprze­da­wa­łam nie­wiele ksią­żek i choć raty za samo­chód były nie­wiel­kie, mia­łam coraz więk­sze pro­blemy z ich spłatą.

Wio­sną 1938 roku zatrzy­ma­łam się w Ver­sa­il­les w sta­nie Mis­so­uri. Oko­liczne szkoły były biedne, a drogi znaj­do­wały się w fatal­nym sta­nie. Samot­ność i znie­chę­ce­nie doskwie­rały mi tak bar­dzo, że zaczę­łam myśleć o samo­bój­stwie. Suk­ces wyda­wał się nie­moż­liwy od osią­gnię­cia. Nie mia­łam powodu, by dalej żyć. Bałam się każ­dego poranka, bo zmu­szał mnie do kon­fron­ta­cji z życiem. Oba­wia­łam się o wszystko – że nie zdo­łam spła­cić rat za samo­chód, że zabrak­nie mi pie­nię­dzy na czynsz, że nie będę miała za co kupić jedze­nia. Bałam się, że pod­upadnę na zdro­wiu i że nie stać mnie będzie na wizytę u leka­rza. Od tar­gnię­cia się na wła­sne życie powstrzy­my­wała mnie jedy­nie myśl o sio­strze i smutku, w któ­rym z pew­no­ścią by się pogrą­żyła, a także braku pie­nię­dzy na pochó­wek.

Pew­nego dnia prze­czy­ta­łam jed­nak arty­kuł, który dodał mi odwagi i roz­wiał przy­gnę­bie­nie. Do końca swo­ich dni będę wdzięczna za zamiesz­czone w nim zda­nie: «Dla mądrego czło­wieka każdy nowy dzień jest nowym życiem». Prze­pi­sa­łam je na maszy­nie i przy­kle­iłam kartkę do szyby samo­chodu tak, aby spo­glą­dać na nią w trak­cie jazdy. Szybko prze­ko­na­łam się, że życie dzień po dniu nie jest takie trudne. Nauczy­łam się zapo­mi­nać o tym, co minęło, i nie myśleć o tym, co nadej­dzie. Każ­dego ranka powta­rza­łam sobie: «Dziś zaczyna się nowe życie».

Zdo­ła­łam prze­zwy­cię­żyć lęk przed samot­no­ścią i obawy o nie­do­sta­tek. Dziś jestem kobietą szczę­śliwą i odno­szącą umiar­ko­wane suk­cesy. Pod­cho­dzę do życia z wiel­kim entu­zja­zmem i miło­ścią. Wiem, że bez względu na to, co sta­nie na mojej dro­dze, nie będę się już bała. Wiem, że nie muszę się oba­wiać przy­szło­ści. Wiem, że mogę żyć dzień po dniu, a dla mądrego czło­wieka każdy z nich to począ­tek nowego życia”.

Kto waszym zda­niem jest auto­rem poniż­szych wer­sów?

Szczę­śliwy ten, w samot­no­ści szczę­śliwy,

Kto dzień dzi­siej­szy swoim nazwać może,

I ten, kto bez waha­nia stwier­dzić może:

Czyń ze mną, co chcesz, jutro, dzi­siaj żywym.

Choć brzmią cał­kiem współ­cze­śnie, wyszły spod pióra sie­dem­na­sto­wiecz­nego poety i dra­ma­turga Johna Dry­dena.

To okropne, jak wielu z nas odkłada życie na póź­niej. Wszy­scy marzymy o róża­nym ogro­dzie maja­czą­cym za linią hory­zontu i nie zwra­camy uwagi na poje­dyn­cze róże kwit­nące pod oknami naszych domów.

Dla­czego zacho­wu­jemy się tak strasz­li­wie głu­pio?

„Jakże dziwna jest ta pro­ce­sja nazy­wana życiem – zano­to­wał pisarz Ste­phen Leacock. – Dziecko mawia: kiedy będę dużym chłop­cem… Lecz cóż to zna­czy? Duży chło­piec mówi: kiedy doro­snę… A gdy dora­sta, stwier­dza: kiedy się oże­nię… A cóż zna­czy oże­nek? A potem myśli: kiedy przejdę na eme­ry­turę… A kiedy to robi, odwraca się i spo­gląda na prze­bytą drogę, po któ­rej hula mroźny wiatr. Prze­ga­pił wszystko i nic już nie ma. Życie, o czym dowia­du­jemy się zbyt późno, polega na prze­ży­wa­niu, tkwi w tkance każ­dego dnia i każ­dej godziny”.

Zanim Edward S. Evans z Detroit prze­czy­tał te zda­nia, omal nie umarł z tro­ski. Dora­stał w ubo­giej rodzi­nie i pierw­sze pie­nią­dze zaro­bił, sprze­da­jąc gazety i pra­cu­jąc w skle­pie spo­żyw­czym. Kiedy od jego zarob­ków zaczęło zale­żeć życie sied­miu osób, zatrud­nił się w biblio­tece. Choć zara­biał mało, nie chciał rezy­gno­wać z pracy. Musiało upły­nąć osiem lat, nim zebrał się na odwagę i otwo­rzył wła­sny inte­res. Za poży­czone pięć­dzie­siąt pięć dola­rów roz­wi­nął firmę przy­no­szącą co roku zyski w wyso­ko­ści dwu­dzie­stu tysięcy dola­rów. I wtedy przy­szły strasz­liwe przy­mrozki. Przy­ja­ciel, któ­remu pan Evans pod­ży­ro­wał kre­dyt, ogło­sił ban­kruc­two. Nie­ba­wem w jego ślady poszedł rów­nież bank, w któ­rym Edward depo­no­wał oszczęd­no­ści. W krót­kim cza­sie stra­cił nie tylko wszyst­kie pie­nią­dze, ale stał się dodat­kowo dłuż­ni­kiem na sumę szes­na­stu tysięcy dola­rów. Nie­dziwne, że zała­mał się ner­wowo. „Nie mogłem spać ani jeść – wyznał w roz­mo­wie ze mną. – Roz­cho­ro­wa­łem się z tro­ski i obaw. Pew­nego dnia zemdla­łem i upa­dłem na chod­nik. Nie mia­łem siły się pod­nieść. Wylą­do­wa­łem w łóżku, a moje ciało pokryły dziwne czy­raki. Nawet leże­nie w bez­ru­chu spra­wiało mi okropny ból. Sła­błem z dnia na dzień. W końcu lekarz powie­dział mi, że zostały mi dwa tygo­dnie życia. Wstrzą­śnięty tymi sło­wami spi­sa­łem testa­ment i cier­pli­wie cze­ka­łem końca. Dal­sze zamar­twia­nie się stra­ciło wszelki sens. Uspo­ko­iłem się i w końcu zasną­łem. Od tygo­dni prze­sy­pia­łem co naj­wy­żej dwie godziny, lecz tym razem spa­łem niczym nie­mowlę. Zaczą­łem odczu­wać mniej­sze zmę­cze­nie. Wró­cił mi ape­tyt, zyska­łem na wadze.

Po upły­wie kilku tygo­dni mogłem sta­nąć o kulach. Sześć tygo­dni póź­niej wró­ci­łem do pracy. Choć nie tak dawno zara­bia­łem rocz­nie dwa­dzie­ścia tysięcy dola­rów, to teraz byłem szczę­śliwy, otrzy­mu­jąc co tydzień wyna­gro­dze­nie w wyso­ko­ści trzy­dzie­stu. Sprze­da­wa­łem klocki do blo­ko­wa­nia kół aut pod­czas ich trans­portu. I wycią­gną­łem naukę ze swo­ich doświad­czeń. Prze­sta­łem się mar­twić, prze­sta­łem tęsk­nie wspo­mi­nać prze­szłość i zamar­twiać się o przy­szłość. Poświę­ci­łem czas, ener­gię i entu­zjazm na sprze­da­wa­nie kloc­ków”.

Edward S. Evans szybko awan­so­wał, a kilka lat póź­niej został nawet dyrek­to­rem firmy. Zało­żona przez niego Evans Pro­duct Com­pany tra­fiła na nowo­jor­ską giełdę. Kiedy zmarł w 1945 roku, uzna­wano go za jed­nego z naj­bar­dziej postę­po­wych biz­nes­me­nów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Jeśli zda­rzy się wam podró­żo­wać do Gren­lan­dii, może­cie wylą­do­wać na lot­ni­sku nazwa­nym od jego imie­nia. A oto morał tej opo­wie­ści – jej boha­ter nie odniósłby żad­nego suk­cesu w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym, gdyby nie dostrzegł, jak bez­u­ży­teczne i szko­dliwe jest zamar­twia­nie się. Innymi słowy, gdyby nie nauczył się żyć w „dzien­nych prze­dzia­łach”.

Pięć­set lat przed naro­dzi­nami Chry­stusa grecki filo­zof Hera­klit z Efezu wpa­jał swoim uczniom, że „wszystko pod­lega zmia­nom, prócz prawa zmiany”. Stwier­dził rów­nież, iż „nie­po­dobna wstą­pić dwu­krot­nie do tej samej rzeki”3, gdyż z upły­wem każ­dej kolej­nej sekundy zmie­nia się nie tylko rzeka, ale i wcho­dzący do niej czło­wiek. Tym samym życie to bez­u­stanna zmiana, a jedy­nym pew­ni­kiem jest dzień dzi­siej­szy. Po co w takim razie szpe­cić jego piękno, pró­bu­jąc roz­wią­zy­wać pro­blemy przy­szło­ści oble­czo­nej zmianą i nie­pew­no­ścią, czyli takiej, któ­rej nie spo­sób prze­wi­dzieć?

Sta­ro­żyt­nych Rzy­mian cha­rak­te­ry­zo­wało podobne podej­ście. Chęt­nie powta­rzali mak­symę carpe diem, czyli „chwy­taj dzień”, co ozna­czało ni mniej, ni wię­cej: „ciesz się każ­dym dniem”.

Ta sama filo­zo­fia życiowa przy­świeca od zawsze Lowel­lowi Tho­ma­sowi. Cał­kiem nie­dawno spę­dzi­łem na jego far­mie week­end i zauwa­ży­łem, że na ścia­nach swo­jego stu­dia powie­sił opra­wiony w ramkę ustęp z Psalmu 118 tak, by czę­sto na niego spo­glą­dać:

Oto, dzień, który Pan uczy­nił:

Radujmy się zeń i weselmy!4

John Ruskin trzy­mał na biurku zwy­kły kamień, na któ­rym wyryto tylko jedno słowo: DZIŚ. Sam nie korzy­stam z kamieni, ale na lustrze, przy któ­rym golę się każ­dego ranka, powie­si­łem kartkę z wier­szem autor­stwa sław­nego indyj­skiego poety Kali­dasy. Tym samym, który na swoim biurku trzy­mał sir Wil­liam Osler:

Pochwała poranka

Wyglą­daj kolej­nego dnia!

Gdyż jest on życia, samym sed­nem życia.

W jego krót­kim trwa­niu

Drze­mią wszyst­kie prawdy i realia two­jej egzy­sten­cji:

Bło­gość roz­woju

Chwała dzia­ła­nia

Splen­dor doko­nań.

Bo dzień miniony jest jedy­nie snem,

A jutrzej­szy tylko wizją.

Lecz dobrze prze­żyty dzień spra­wia, że wczo­raj staje się snem szczę­ścia.

A każde jutro wizją nadziei.

Wyglą­daj zatem następ­nego dnia!

Oto pochwała poranka.

Pierw­sza ważna infor­ma­cja na temat zmar­twień brzmi: jeśli chce­cie pozbyć się ich z wła­snego życia, postę­puj­cie jak sir Wil­liam Osler, czyli zatrza­śnij­cie żela­zne drzwi pro­wa­dzące do prze­szło­ści i przy­szło­ści. Żyj­cie w dzien­nych prze­dzia­łach.

Zadaj­cie sobie nastę­pu­jące pyta­nia i zano­tuj­cie odpo­wie­dzi:

1. Żyję dniem dzi­siej­szym czy raczej mar­twię się o wła­sną przy­szłość lub marzę o „magicz­nym róża­nym ogro­dzie cze­ka­ją­cym za linią hory­zontu”?

2. Czy zatru­wam sobie dzień dzi­siej­szy, żału­jąc tego, co wyda­rzyło się w prze­szło­ści, wypo­mi­na­jąc rze­czy, na które nie mam już wpływu?

3. Czy wstaję każ­dego ranka z chę­cią „pochwy­ce­nia dnia”, aby jak naj­le­piej wyko­rzy­stać kolejne dwa­dzie­ścia cztery godziny?

4. Czy mogę odnieść więk­sze korzy­ści, żyjąc w „dzien­nych prze­dzia­łach”?

5. Kiedy mam zacząć to robić? Za tydzień? Jutro? Dziś?

Rozdział 2. Magiczna formuła na radzenie sobie z troskami

Roz­dział 2

Magiczna for­muła na radze­nie sobie z tro­skami

Chce­cie poznać wypró­bo­wany i pro­sty spo­sób radze­nia sobie w sytu­acjach, które rodzą obawy? Może­cie zasto­so­wać tę tech­nikę od ręki, bez koniecz­no­ści czy­ta­nia kolej­nych roz­dzia­łów.

Opo­wiem wam w takim razie o meto­dzie opra­co­wa­nej przez Wil­lisa H. Car­riera, zna­ko­mi­tego inży­niera i ojca współ­cze­snej kli­ma­ty­za­cji, który zarzą­dza jed­no­cze­śnie sławną na całym świe­cie firmą Car­rier Cor­po­ra­tion z sie­dzibą w mie­ście Syra­cuse. Jest to jedna z naj­lep­szych tech­nik radze­nia sobie z pro­ble­mami, jakie pozna­łem, a dowie­dzia­łem się o niej od samego pana Car­riera, gdy wspól­nie spo­ży­wa­li­śmy pew­nego dnia obiad w nowo­jor­skim Klu­bie Inży­nie­rów.

„Kiedy byłem mło­dym męż­czy­zną, pra­co­wa­łem w fir­mie Buf­falo Forge Com­pany – wyznał pan Car­rier. – Powie­rzono mi zada­nie zain­sta­lo­wa­nia urzą­dze­nia czysz­czą­cego w fabryce nale­żą­cej do Pit­ts­burgh Plate Glass Com­pany, a miesz­czą­cej się w Cry­stal City w sta­nie Mis­so­uri. Była ona warta miliony dola­rów. Wspo­mniane urzą­dze­nie miało usu­wać zanie­czysz­cze­nia ze spa­la­nego w fabryce gazu i tym samym popra­wić bez­pie­czeń­stwo fabrycz­nych robot­ni­ków. W jego stwo­rze­niu wyko­rzy­stano nowo­cze­sną metodę. Zasto­so­wano ją wcze­śniej tylko raz i w dodatku w zupeł­nie innych warun­kach. Po dotar­ciu do Cry­stal City napo­tka­łem nie­spo­dzie­wane trud­no­ści. Urzą­dze­nie dzia­łało, ale nie oczysz­czało gazu w stop­niu, jaki zagwa­ran­to­wa­li­śmy klien­towi.

To nie­po­wo­dze­nie bar­dzo mnie zasko­czyło. Poczu­łem się tak, jakby ktoś zdzie­lił mnie pię­ścią w głowę. Mój żołą­dek, całe moje wnętrz­no­ści zaczęły się skrę­cać. Przez pewien czas mar­twi­łem się tak bar­dzo, że nie mogłem spać.

Osta­tecz­nie posłu­cha­łem głosu zdro­wego roz­sądku i uzna­łem, że zamar­twia­nie się do niczego mnie nie dopro­wa­dzi; posta­no­wi­łem roz­wią­zać pro­blem, igno­ru­jąc obawy. Poszło mi wyśmie­ni­cie. Od tam­tej pory, a minęło już od niej ponad trzy­dzie­ści lat, wyko­rzy­stuję tę samą tech­nikę radze­nia sobie z oba­wami.

Jest ona bar­dzo pro­sta. Każdy może się nią posłu­żyć. Składa się z trzech kro­ków.

Krok 1: Ana­li­zuję sytu­ację bez obaw i zasta­na­wiam się nad naj­gor­szymi kon­se­kwen­cjami danego nie­po­wo­dze­nia. W tam­tym przy­padku nie gro­ziło mi ani wię­zie­nie, ani śmierć. Tego byłem aku­rat pewien. Mogłem co prawda stra­cić sta­no­wi­sko. Ist­niało też ryzyko, że nasza firma będzie musiała zde­mon­to­wać urzą­dze­nie, tra­cąc tym samym zle­ce­nie warte dwa­dzie­ścia tysięcy dola­rów.

Krok 2: Po usta­le­niu naj­gor­szych kon­se­kwen­cji sta­ram się z nimi pogo­dzić, o ile jest to moż­liwe. Wtedy powie­dzia­łem sobie: to fia­sko sta­nie się plamą na mojej karie­rze. Mogę stra­cić przez nie pracę, ale jeśli do tego doj­dzie, znajdę szybko inną. Oko­licz­no­ści mogły być dla moich pra­co­daw­ców znacz­nie gor­sze. Osta­tecz­nie testo­wa­li­śmy nową metodę oczysz­cza­nia gazu i jeśli ów eks­pe­ry­ment zakoń­czyłby się nie­po­wo­dze­niem, jego kosz­tami – czyli dwu­dzie­stoma tysią­cami dola­rów – można było obcią­żyć dział badaw­czy.

Po roz­wa­że­niu naj­gor­szych kon­se­kwen­cji pogo­dzi­łem się z nimi i wtedy wyda­rzyło się coś bar­dzo istot­nego. Natych­miast się odprę­ży­łem. Podob­nego spo­koju ducha nie czu­łem od kilku dni.

Krok 3: Poświę­cam całą ener­gię i dostępny czas na poprawę sytu­acji, akcep­tu­jąc jej kon­se­kwen­cje. Wów­czas sta­ra­łem się wpaść na pomysł redu­ku­jący stratę dwu­dzie­stu tysięcy dola­rów. Prze­pro­wa­dzi­łem kilka testów i dosze­dłem do wnio­sku, że jeśli zain­we­stu­jemy jesz­cze pięć tysięcy w zakup dodat­ko­wych czę­ści, roz­wiąże to pro­blem w cało­ści. I tak też zro­bi­li­śmy. W rezul­ta­cie zamiast stra­cić dwa­dzie­ścia tysięcy, zaro­bi­li­śmy pięt­na­ście.

Zapewne ni­gdy bym tego nie osią­gnął, gdy­bym nie prze­stał się mar­twić, gdyż jed­nym z naj­gor­szych aspek­tów zamar­twia­nia się jest jego destruk­cyjny wpływ na kon­cen­tra­cję. Kiedy się mar­twimy, nasze myśli ska­czą od jed­nego zagad­nie­nia do dru­giego i tra­cimy zdol­ność podej­mo­wa­nia decy­zji. Kiedy zmu­szamy sie­bie do zmie­rze­nia się z naj­gor­szymi kon­se­kwen­cjami pro­ble­ma­tycz­nej sytu­acji, a potem je akcep­tu­jemy, usu­wamy z myśli mgli­ste wizje kło­po­tli­wej przy­szło­ści i sta­wiamy się w pozy­cji pozwa­la­ją­cej na pełne sku­pie­nie się na roz­wią­za­niu danego pro­blemu.

Do opi­sy­wa­nego przeze mnie zda­rze­nia doszło wiele lat temu. Metoda, którą się posłu­ży­łem, dała tak dobre rezul­taty, że do dziś z niej korzy­stam, a dzięki temu wiodę życie pozba­wione wła­ści­wie jakich­kol­wiek obaw”.

Dla­czego sto­so­wana przez Wil­lisa H. Car­riera magiczna for­muła jest tak war­to­ściowa i prak­tyczna? Bo ściąga nas na zie­mię, gdy dry­fu­jemy pomię­dzy sza­rymi, utrud­nia­ją­cymi widocz­ność chmu­rami, jakie two­rzą nasze zmar­twie­nia. Osa­dza nas twardo na sta­bil­nym grun­cie. Uświa­da­mia, na czym sto­imy. A bez sta­bil­no­ści prze­my­śle­nie dowol­nego pro­blemu jest prze­cież prak­tycz­nie nie­moż­liwe.

Pro­fe­sor Wil­liam James, ojciec współ­cze­snej psy­cho­lo­gii sto­so­wa­nej, zmarł ponad sto lat temu. Ale gdyby usły­szał przy­to­czoną powy­żej metodę, z pew­no­ścią wyra­ziłby o niej pochlebną opi­nię. Skąd o tym wiem? Bo radził swoim stu­den­tom: „Bądź­cie gotowi się z tym pogo­dzić, bo (…) akcep­ta­cja tego, co się doko­nało, jest pierw­szym kro­kiem na dro­dze prze­zwy­cię­ża­nia kon­se­kwen­cji każ­dego nie­szczę­ścia”.

W podob­nym duchu wyra­ził się pisarz Lin Yutang, zamiesz­cza­jąc w swo­jej czy­ta­nej na całym świe­cie książce The Impor­tance of Living (Zna­cze­nie życia) takie zda­nie: „Praw­dziwy pokój ducha pły­nie z akcep­ta­cji tego, co naj­gor­sze. Pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym ozna­cza to, moim zda­niem, wyzwa­la­nie ener­gii”.

I tym wła­śnie jest! Wyzwo­le­niem nowej ener­gii! Kiedy godzimy się z naj­gor­szym, nie mamy nic wię­cej do stra­ce­nia, co auto­ma­tycz­nie ozna­cza, że mamy wszystko do zyska­nia! „Po roz­wa­że­niu naj­gor­szych kon­se­kwen­cji pogo­dzi­łem się z nimi i natych­miast odprę­ży­łem. Podob­nego spo­koju ducha nie czu­łem od kilku dni. Od tam­tego momentu byłem w sta­nie myśleć” – wyznał mi Wil­lis H. Car­rier.

Ma to sens, prawda? A mimo to miliony osób zruj­no­wało wła­sne życie, gdyż nie potra­fiły zaak­cep­to­wać naj­gor­szych kon­se­kwen­cji i nie dały sobie szans na to, aby im zara­dzić, nie mówiąc już o oca­le­niu z ruin tego, co oca­lić mogły. Zamiast podej­mo­wać próby odmiany wła­snego losu, wikłały się w zażartą i „bru­talną walkę z doświad­cze­niem”, koń­cząc w roli ofiar tra­wią­cej ich melan­cho­lii.

Chce­cie dowie­dzieć się, jak inne osoby zasto­so­wały z powo­dze­niem for­mułę Wil­lisa H. Car­riera do roz­wią­za­nia swo­ich pro­ble­mów? Mam dla was dobry przy­kład. Zaczerp­ną­łem go od pew­nego sprze­dawcy paliwa z Nowego Jorku, który uczęsz­czał na moje wykłady.

„Byłem szan­ta­żo­wany – wyznał w roz­mo­wie ze mną. – Nie mogłem w to uwie­rzyć. Myśla­łem, że takie rze­czy dzieją się tylko w fil­mach. A mnie naprawdę ktoś szan­ta­żo­wał! Wyglą­dało to mniej wię­cej tak: kie­ro­wa­łem firmą pro­du­ku­jącą ropę – mie­li­śmy wła­sne cię­ża­rówki i swo­ich kie­row­ców. W tam­tym cza­sie obo­wią­zy­wały nas surowe prze­pisy wpro­wa­dzone przez OPA (Office of Price Admi­ni­stra­tion – Biuro Zarzą­dza­nia Cenami) i mogli­śmy dostar­czać do poszcze­gól­nych klien­tów wyzna­czoną z góry ilość paliwa, nie wolno nam było tych limi­tów prze­kra­czać. Nie wie­dzia­łem jesz­cze wtedy, że część kie­row­ców spusz­czała ropę z cystern i sprze­da­wała ją na lewo.

Dowie­dzia­łem się o tym, dopiero gdy pew­nego dnia zja­wił się w moim biu­rze inspek­tor i zażą­dał łapówki. Powie­dział, że dys­po­nuje dowo­dami obcią­ża­ją­cymi naszych kie­row­ców, i zagro­ził, że prze­każe je pro­ku­ra­to­rowi gene­ral­nemu, jeśli nie się­gnę do kie­szeni.

Wie­dzia­łem rzecz jasna, że nie mam powodu do obaw. Oso­bi­ście nic mi nie gro­ziło. Firma odpo­wia­dała jed­nak za dzia­ła­nia zatrud­nio­nych w niej pra­cow­ni­ków. Zda­wa­łem sobie ponadto sprawę, że gdyby zajął się tym przy­pad­kiem sąd, to nie­ba­wem tra­fiłby on na łamy gazet, zaś zła prasa mogłaby mnie puścić z tor­bami. A byłem dumny z mojej firmy. Odzie­dzi­czy­łem ją po ojcu, który zało­żył ją dwa­dzie­ścia cztery lata wcze­śniej.

Roz­cho­ro­wa­łem się z ner­wów! Mar­twi­łem się tak bar­dzo, że przez trzy dni i trzy noce niczego nie zja­dłem i nie zmru­ży­łem oka. Biłem się na okrą­gło z myślami. Powi­nie­nem dać szan­ta­ży­ście pięć tysięcy dola­rów, któ­rych zażą­dał, czy posłać go do dia­bła? Pod­ję­cie decy­zji stało się kosz­ma­rem.

Pew­nego nie­dziel­nego wie­czoru się­gną­łem po bro­szurę Jak prze­stać się mar­twić, którą dosta­łem na zaję­ciach z wygła­sza­nia publicz­nych prze­mó­wień. Zaczą­łem ją czy­tać i natkną­łem się na frag­ment opi­su­jący Wil­lisa H. Car­riera. Zmierz się z naj­gor­szym – takie było jego prze­sła­nie. Zada­łem więc sobie pyta­nie: Co może mnie w naj­gor­szym wypadku spo­tkać, jeśli nie dam łapówki, a inspek­tor poin­for­muję o wszyst­kim pro­ku­ra­turę?

Odpo­wiedź na nie brzmiała: Stracę firmę. Nie mogłem tra­fić za kratki. Mogłem za to splaj­to­wać z powodu złej prasy.

Powie­dzia­łem więc w myślach: W porządku, tracę firmę. Co dalej?

Musiał­bym na pewno poszu­kać nowej pracy, co nie brzmiało naj­go­rzej. Wie­dzia­łem bar­dzo dużo na temat ropy i z pew­no­ścią zna­la­zł­bym zatrud­nie­nie w innej fir­mie (…). Od razu poczu­łem się lepiej. Obawy, które tra­piły mnie od trzech dni i nocy, zaczęły się roz­wie­wać. Uspo­ko­iłem się (…). I ku memu ogrom­nemu zdzi­wie­niu mogłem w końcu trzeźwo myśleć.

Z prze­wie­trzoną głową prze­sze­dłem do punktu trze­ciego – korekty naj­gor­szego sce­na­riu­sza wyda­rzeń. Szu­ka­jąc roz­wią­zań, wpa­dłem na świeży pomysł. Uzna­łem, że poin­for­muję o wszyst­kim swo­jego praw­nika, żeby wyra­ził wła­sną opi­nię. Wiem, że powi­nie­nem na to wpaść na samym początku, ale jak już wspo­mnia­łem, nie myśla­łem trzeźwo, a tylko się zamar­twia­łem! Posta­no­wi­łem udać się do praw­nika z samego rana, a potem zasną­łem jak nie­mowlę!

Jak skoń­czyła się ta histo­ria? Następ­nego dnia praw­nik dora­dził mi, abym bez­zwłocz­nie udał się do pro­ku­ra­tury i o wszyst­kim opo­wie­dział. Posłu­cha­łem go. Ku swemu zasko­cze­niu dowie­dzia­łem się, że nie byłem jedyną szan­ta­żo­waną osobą. Od kilku mie­sięcy poli­cja pró­bo­wała schwy­tać pod­szy­wa­ją­cego się pod «inspek­tora» nacią­ga­cza. Jakże wielką poczu­łem ulgę. I pomy­śleć, że przez trzy doby zamar­twia­łem się i biłem z myślami, czy wrę­czyć pięć tysięcy dola­rów zawo­do­wemu oszu­stowi!

Wycią­gną­łem z tej histo­rii cenną nauczkę. Od tam­tej pory, kiedy mie­rzę się z pro­ble­mem, roz­wią­zuję go przy pomocy spraw­dzo­nej for­muły Car­riera”.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy Wil­lis H. Car­rier mar­twił się o insta­lo­wane w fabryce urzą­dze­nie do oczysz­cza­nia gazu, pewien jego­mość z mia­sta Bro­ken Bow w sta­nie Nebra­ska spi­sy­wał testa­ment. Zwał się Earl P. Harvey i cier­piał na wrzody dwu­nast­nicy. Trzech leka­rzy, w tym uznany spe­cja­li­sta od lecze­nia wrzo­dów, uznało przy­pa­dek pana Harveya za „nie­ule­czalny”. Pole­cili mu, co jeść, a czego powi­nien uni­kać, i dora­dzili, aby jak naj­mniej się zamar­twiał, a naj­le­piej zacho­wy­wał sto­icki spo­kój. Dodali też, że powi­nien spo­rzą­dzić testa­ment!

Z powodu wrzo­dów Earl P. Harvey musiał zre­zy­gno­wać z dobrze płat­nej posady i teraz cze­kał już jedy­nie na peł­znącą w jego kie­runku śmierć.

Pod­jął jed­nak nie­co­dzienną i wyśmie­nitą decy­zję: „Skoro zostało mi nie­wiele czasu, to wyko­rzy­stam go w pełni – stwier­dził. – Zawsze marzy­łem o podró­żach po świe­cie. Jeśli chcę to marze­nie speł­nić, to muszę się do tego zabrać od ręki”. A następ­nie kupił bilet.

Zbul­wer­so­wani leka­rze nie kryli zdu­mie­nia. „Muszę pana ostrzec – powie­dział każdy z nich. – Jeśli wybie­rze się pan w tę podróż, to pew­nie pocho­wają pana w oce­anie”.

„Nic takiego się nie sta­nie – odparł pan Harvey. – Obie­ca­łem bli­skim, że spo­cznę w rodzin­nym gro­bowcu w Bro­ken Bow. Dla­tego zabiorę ze sobą trumnę”.

Kupił więc trumnę, kazał prze­trans­por­to­wać ją na pokład liniowca i doga­dał się z jego wła­ści­cie­lami, aby w przy­padku jego śmierci umie­ścili zwłoki w chłodni. A potem wyru­szył w podróż prze­peł­niony duchem Omara Chaj­jama:

Ciesz się życiem. Wieść taką ślę ci przez gońca,

zanim w proch się obró­cisz i będziesz bez końca

leżał wśród innych pro­chów. Czas ci będzie biegł

bez wina, bez pie­śni, bez miłej, bez słońca5.

Pan Harvey nie zamie­rzał rzecz jasna podró­żo­wać „bez wina”.

„Piłem kok­tajle i pali­łem dłu­gie cygara – napi­sał w liście, który trzy­mam teraz przed oczami. – Jadłem wszystko, bez ogra­ni­czeń, nawet oso­bliwe potrawy, które mogły dopro­wa­dzić do mojego zgonu. Nie bawi­łem się tak wyśmie­ni­cie od lat! Prze­pły­ną­łem przez budzące grozę taj­funy i mon­suny, które powinny mnie posłać do trumny, a i tak podróż spra­wiała mi ogromną frajdę!

Gra­łem na pokła­dzie liniowca w gry, śpie­wa­łem pie­śni, zawie­ra­łem nowe przy­jaź­nie, kła­dłem się spać w środku nocy. Kiedy dopły­nę­li­śmy do Chin i Indii, uświa­do­mi­łem sobie, że pro­blemy, z jakimi mie­rzymy się w domu, są niczym w porów­na­niu z biedą i nie­do­stat­kiem, które wynisz­czają Orient. Prze­sta­łem się bez sensu zamar­twiać i poczu­łem się lepiej. Kiedy wró­ci­łem do Sta­nów, waży­łem czter­dzie­ści kilo­gra­mów wię­cej. Zapo­mnia­łem o swo­ich wrzo­dach. Ni­gdy wcze­śniej nie czu­łem się tak dobrze. Pospiesz­nie odsprze­da­łem trumnę wła­ści­cie­lowi zakładu pogrze­bo­wego i wró­ci­łem do pracy. Od tam­tej pory nie mia­łem żad­nych pro­ble­mów ze zdro­wiem”.

Earl P. Harvey nie sły­szał w ogóle o Wil­li­sie H. Car­rie­rze i sto­so­wa­nej przez niego meto­dzie radze­nia sobie ze zmar­twie­niami. „Dziś już wiem, że pod­świa­do­mie robi­łem to samo – powie­dział mi, kiedy nie­dawno roz­ma­wia­li­śmy. – Pogo­dzi­łem się z naj­gor­szym sce­na­riu­szem, czyli w moim przy­padku z wła­sną śmier­cią. A potem zabra­łem się do korekty oko­licz­no­ści, posta­na­wia­jąc wyci­snąć z resztki życia, ile się dało. Gdy­bym dalej się zamar­twiał, to jestem prze­ko­nany, że wró­cił­bym z tam­tej podróży w trum­nie. Ale odprę­ży­łem się i zapo­mnia­łem o tro­skach, a spo­kój ducha tchnął we mnie nową ener­gię, która oca­liła mi życie” (Earl P. Harvey mieszka dziś w Win­che­ster w sta­nie Mas­sa­chu­setts).

Skoro Wil­lis H. Car­rier ura­to­wał zle­ce­nie warte dwa­dzie­ścia tysięcy dola­rów, nowo­jor­ski biz­nes­men nie uległ szan­ta­żowi, a Earl. H. Harvey oca­lił życie – wszy­scy sto­su­jąc podobną metodę – to, czy jest moż­liwe, że spraw­dzi się ona rów­nież w waszym przy­padku? Być może roz­wią­że­cie dzięki niej pro­blemy, które dotąd wyda­wały się wam nie­roz­wią­zy­walne.

Zasada numer 2 brzmi: jeśli masz poważne zmar­twie­nia, zasto­suj for­mułę Wil­lisa. H. Car­riera, wyko­nu­jąc nastę­pu­jące kroki:

1. Zadaj sobie pyta­nie: co naj­gor­szego może mnie spo­tkać?

2. Pogódź się z naj­gor­szymi kon­se­kwen­cjami.

3. Przejdź do popra­wia­nia tych oko­licz­no­ści.

Rozdział 3. Jaki wpływ mają na nas zmartwienia

Roz­dział 3

Jaki wpływ mają na nas zmar­twie­nia

Biz­nes­meni, któ­rzy nie umieją zwal­czać trosk, umie­rają młodo.

dr Ale­xis Car­rel

Jakiś czas temu zapu­kał wie­czo­rem do moich drzwi sąsiad, aby zachę­cić mnie do szcze­pień na ospę. Nale­żał do grona tysięcy wolon­ta­riu­szy dzia­ła­ją­cych na tere­nie Nowego Jorku. Prze­ra­żeni ludzie stali godzi­nami w kolej­kach, aby przy­jąć szcze­pionki. Punkty szcze­pień otwo­rzono nie tylko w szpi­ta­lach, ale rów­nież stra­żac­kich remi­zach, na poli­cyj­nych komi­sa­ria­tach i w dużych zakła­dach prze­my­sło­wych. Ponad dwa tysiące leka­rzy i pie­lę­gnia­rek pra­co­wało nie­zmor­do­wa­nie od świtu do zmroku. W mie­ście zacho­ro­wało osiem osób, a dwie z nich zmarły. To dwa zgony na łączną liczbę miesz­kań­ców się­ga­jącą pra­wie ośmiu milio­nów.

Miesz­kam w Nowym Jorku od trzy­dzie­stu sied­miu lat i jak dotąd nikt nie zapu­kał do moich drzwi, aby ostrzec mnie przed nega­tyw­nym wpły­wem zamar­twia­nia się – a jest to dole­gli­wość, która pochło­nęła znacz­nie wię­cej ludz­kich ist­nień niż wspo­mniana powy­żej ospa.

Nikt mi rów­nież nie powie­dział, że co dzie­siąty oby­wa­tel Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­cho­dzi zała­ma­nie ner­wowe będące w więk­szo­ści przy­pad­ków następ­stwem trosk i emo­cjo­nal­nych roz­te­rek. I z tego powodu napi­sa­łem ten roz­dział – zamie­rzam was o tym prze­strzec oso­bi­ście.

Lau­reat Nagrody Nobla w dzie­dzi­nie medy­cyny – dr Ale­xis Car­rel – powie­dział: „Biz­nes­meni, któ­rzy nie umieją zwal­czać trosk, umie­rają młodo”. Podob­nie jak gospo­dy­nie domowe, wete­ry­na­rze i robot­nicy budow­lani.

Kilka lat temu spę­dzi­łem waka­cje, prze­mie­rza­jąc autem Tek­sas i Nowy Mek­syk w towa­rzy­stwie dr. O.F. Gobera odpo­wia­da­ją­cego za opiekę medyczną pra­cow­ni­ków kolei Santa Fe. Jego pełen tytuł brzmiał: główny lekarz Sto­wa­rzy­sze­nia Szpi­tal­nego dla Regionu Zatoki, Colo­rado i Santa Fe. Roz­ma­wia­li­śmy mię­dzy innymi o wpły­wie trosk. Pamię­tam, że powie­dział wów­czas: „Sie­dem­dzie­siąt pro­cent pacjen­tów tra­fia­ją­cych do szpi­tali ule­czy­łoby sie­bie samo­dziel­nie, gdyby tylko prze­stali się bać i zamar­twiać. Nie ozna­cza to by­naj­mniej, że ich cho­roby są uro­jone – dodał. – Są rów­nie praw­dziwe co rwący ból zęba i nie­rzadko sto razy od niego poważ­niej­sze. Mam na myśli takie dole­gli­wo­ści jak nie­straw­ność, wrzody żołądka, zakłó­ce­nia pracy serca, bez­sen­ność, bóle głowy, pewne formy para­liżu.

Wszyst­kie są realne. Dobrze wiem, o czym mówię, bo sam przez dwa­na­ście lat zma­ga­łem się z wrzo­dami żołądka.

Lęk rodzi obawy. Obawy spra­wiają, że sta­jemy się spięci i ner­wowi, co wpływa na pracę żołądka, zakłóca wła­ściwą pro­duk­cję soków tra­wien­nych i w kon­se­kwen­cji pro­wa­dzi do powsta­wa­nia wrzo­dów”.

Dok­tor Joseph F. Mon­ta­gue, autor książki Nervous Sto­mach Tro­uble (Dole­gli­wo­ści żołądka na tle ner­wo­wym), stwier­dził dokład­nie to samo: „Nie naba­wiamy się wrzo­dów żołądka z powodu tego, co sami jemy, lecz tego, co nas gry­zie”.

Dok­tor W.C. Alva­rez z Kli­niki Mayo powie­dział: „Wrzody czę­sto poja­wiają się i zni­kają wraz z poja­wie­niem się i zni­ka­niem emo­cjo­nal­nego stresu”.

Słowa te potwier­dziły bada­nia prze­pro­wa­dzone przez wspo­mnianą kli­nikę na pięt­na­stu tysią­cach pacjen­tów z pro­ble­mami żołąd­ko­wymi. U czte­rech na pięć bada­nych osób nie stwier­dzono żad­nych powo­dów natury zdro­wot­nej mogą­cych skut­ko­wać poja­wie­niem się cho­rób żołąd­ko­wych. Kore­lo­wały one za to z oba­wami, lękiem, nie­na­wi­ścią, krań­co­wym ego­izmem oraz nie­umie­jęt­no­ścią dosto­so­wa­nia się do ota­cza­ją­cego pacjen­tów świata… A warto dodać, że wrzody pro­wa­dzą czę­sto do śmierci. Według maga­zynu „Life” zaj­mują one dzie­siątą lokatę na liście śmier­tel­nych cho­rób.

Wymie­ni­łem nie­dawno kilka listów z dok­to­rem Harol­dem C. Habe­inem pra­cu­ją­cym w Kli­nice Mayo. Zapo­znał się z pewną pracą udo­stęp­nioną leka­rzom bio­rą­cym udział w dorocz­nym zjeź­dzie Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Leka­rzy oraz Chi­rur­gów Prze­my­sło­wych, któ­rej autor prze­ba­dał stu sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu biz­nes­me­nów o śred­niej wieku liczą­cej nie­wiele ponad czter­dzie­ści cztery lata. „Ponad jedna trze­cia z nich cier­piała na dole­gli­wo­ści powią­zane z odczu­wa­nym sil­nie napię­ciem – cho­roby serca, wrzody i pod­wyż­szone ciśnie­nie”. Warto to zda­nie powtó­rzyć. Aż jedna trze­cia osób zaj­mu­ją­cych kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska cho­ro­wała na serce, miała wrzody oraz pod­wyż­szone ciśnie­nie jesz­cze przed czter­dzie­stymi pią­tymi uro­dzi­nami. Oto praw­dziwa cena suk­cesu! I czy można go za taki uznać, skoro powo­dze­nie w biz­ne­sie „kupuje się” za cenę wrzo­dów żołądka i cho­rób serca? Jaki zysk osiąga się, pod­bi­ja­jąc świat i psu­jąc jed­no­cze­śnie wła­sne zdro­wie? Prze­cież mając już wszystko, i tak śpimy w tylko jed­nym łóżku i jemy trzy posiłki dzien­nie. To samo robią kopiący rowy robot­nicy i zapewne wysy­piają się znacz­nie lepiej od zara­bia­ją­cych for­tuny dyrek­to­rów. Wyznam szcze­rze, że wolał­bym dzier­ża­wić pole w Ala­ba­mie, umi­la­jąc sobie czas grą na ban­dżo, niż pro­wa­dzić intratne przed­się­bior­stwo kole­jowe lub zakład pro­duk­cji papie­ro­sów i w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat być wra­kiem czło­wieka.

A skoro już mowa o papie­ro­sach – cał­kiem nie­dawno jeden z biz­nes­me­nów zaj­mu­ją­cych się ich pro­duk­cją wyzio­nął ducha na zawał serca, pró­bu­jąc zaznać odpo­czynku w kana­dyj­skich lasach. Choć zaro­bił miliony, zmarł w wieku sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat. Podej­rze­wam, że z chę­cią wymie­niłby odnie­siony „suk­ces” na kilka dodat­ko­wych lat życia.

Według moich sza­cun­ków wspo­mniany biz­nes­men nie odniósł więk­szego suk­cesu niż mój ojciec – far­mer z Mis­so­uri – który poże­gnał się z tym świa­tem bez gro­sza przy duszy, prze­żyw­szy osiem­dzie­siąt dzie­więć lat.

Sławni leka­rze – bra­cia Mayo – stwier­dzili, że ponad połowę szpi­tal­nych łóżek w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zaj­mują pacjenci zma­ga­jący się z cho­ro­bami ner­wo­wymi. Co cie­kawe, wyko­ny­wane post mor­tem bada­nia wyka­zują, że połą­cze­nia ner­wowe wspo­mnia­nych osób znaj­dują się zazwy­czaj w dosko­na­łym sta­nie. Ich „dole­gli­wo­ści ner­wowe” nie są kon­se­kwen­cją uszko­dzeń ner­wów, lecz skut­kiem nega­tyw­nych emo­cji, fru­stra­cji, lęków, obaw i roz­pa­czy. Już Pla­ton stwier­dził, że „naj­więk­szym błę­dem, jaki może popeł­nić medyk, jest próba ule­cze­nia ciała, bez próby ule­cze­nia umy­słu, bo umysł i ciało to jed­ność i nie powinny być trak­to­wane oddziel­nie”!

Medy­cyna potrze­bo­wała aż dwu­dzie­stu trzech stu­leci, aby zaak­cep­to­wać tę prawdę. Dopiero nie­dawno wykształ­ciła się jej dzie­dzina zwana medy­cyną psy­cho­so­ma­tyczną, zaj­mu­jąca się lecze­niem scho­rzeń zarówno ciała, jak i ducha. I jest na to chyba naj­wyż­sza pora. Nauka wyeli­mi­no­wała już wiele strasz­li­wych cho­rób wywo­ły­wa­nych przez zarazki takich jak ospa, cho­lera, czy żółta febra, które posłały przed­wcze­śnie do gro­bów miliony ludzi. Do tej pory mie­li­śmy jed­nak pro­blem z radze­niem sobie z dole­gli­wo­ściami powsta­ją­cymi na sku­tek dzia­ła­nia emo­cji – zmar­twień, lęków, nie­na­wi­ści, fru­stra­cji i roz­pa­czy. Liczba ich ofiar rośnie obec­nie w zastra­sza­ją­cym tem­pie.

Leka­rze sza­cują, że co dwu­dzie­sty Ame­ry­ka­nin tra­fia w trak­cie swo­jego życia do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Co szó­sty pobo­rowy lub ochot­nik został pod­czas II wojny świa­to­wej uznany za nie­zdol­nego do peł­nie­nia służby z powodu cho­roby umy­sło­wej.

W czym tkwi przy­czyna takiego stanu spo­łe­czeń­stwa? Nikt tego nie wie. Jest jed­nakże bar­dzo praw­do­po­dobne, iż w istot­nym stop­niu odpo­wia­dają za niego lęki oraz obawy. Ludzie nie­umie­jący pora­dzić sobie z realiami rze­czy­wi­stego świata ucie­kają w świat uro­jony i stwo­rzony przez sie­bie, odci­na­jąc się tym samym od tra­pią­cych ich pro­ble­mów.

Pisząc tę książkę, trzy­ma­łem na biurku książkę autor­stwa dr. Edwarda Podol­sky’ego zaty­tu­ło­waną Stop Wor­ry­ing and Get Well (Prze­stań się mar­twić i zacznij zdro­wieć). Przy­to­czę poni­żej kilka nazw roz­dzia­łów:

Co obawy wyrzą­dzają sercu.

Za wyso­kie ciśnie­nie krwi odpo­wia­dają obawy.

Przy­czyną reu­ma­ty­zmu mogą być obawy.

Martw się mniej ze względu na żołą­dek.

Jak zmar­twie­nia wywo­łują prze­zię­bie­nie.

Zmar­twie­nia a tar­czyca.

Zamar­twia­jący się cukrzyk.

Rów­nie cie­ka­wych i poucza­ją­cych infor­ma­cji dostar­czyła mi książka dr. Karla Men­nin­gera Man Aga­inst Him­self (Czło­wiek sam prze­ciwko sobie). Można się z niej dowie­dzieć, jaką krzywdę wyrzą­dzamy sobie, kiedy sku­piamy się głów­nie na destruk­cyj­nych emo­cjach. Jeśli chce­cie prze­stać utrud­niać sobie życie, bez­zwłocz­nie ją prze­czy­taj­cie, a potem spre­zen­tuj­cie zna­jo­mym i przy­ja­cio­łom. Kosz­tuje tylko cztery dolary i będą to z pew­no­ścią naj­le­piej zain­we­sto­wane przez was pie­nią­dze w całym dotych­cza­so­wym życiu.

Nawet naj­bar­dziej powścią­gliwe osoby cho­rują z powodu trosk i obaw. Gene­rał Grant prze­ko­nał się o tym pod koniec wojny sece­syj­nej. Od dzie­wię­ciu mie­sięcy jego woj­ska oble­gały Rich­mond. Bro­niący mia­sta żoł­nie­rze gene­rała Lee byli wyczer­pani i wygłod­niali. Dezer­te­ro­wały całe pułki. W namio­tach wzno­szono żar­liwe modły, pła­cząc, krzy­cząc i dozna­jąc wizji. Kon­fe­de­raci pod­ło­żyli ogień pod maga­zyny z bawełną oraz tyto­niem, spa­lili arse­nał i pod osłoną nocy wyco­fali się z tra­wio­nego pło­mie­niami Rich­mond. Grant ruszył ich tro­pem, ata­ku­jąc obie flanki i tył kolumny, pod­czas gdy kawa­le­ria gene­rała She­ri­dana blo­ko­wała im drogę, nisz­cząc linie kole­jowe i prze­chwy­tu­jąc wozy z zaopa­trze­niem.

Uskar­ża­jący się na potworny ból głowy i ledwo widzący na oczy Grant zatrzy­mał się na pew­nej far­mie. „Spę­dzi­łem noc, mocząc stopy w gorą­cej wodzie z musz­tardą i okła­da­jąc nią nad­garstki oraz kark, licząc, że ból minie do rana” – napi­sał w swo­ich pamięt­ni­kach.

Naza­jutrz po dole­gli­wo­ściach nie było już śladu, lecz nie znik­nęły one wsku­tek okła­dów z musz­tardy, lecz dzięki goń­cowi, który przy­niósł wierz­chem pro­po­zy­cję kapi­tu­la­cji prze­słaną przez gene­rała Lee.

„Kiedy dotarł do mnie ofi­cer [z tą wia­do­mo­ścią], na­dal zma­ga­łem się z bólem głowy, ale gdy tylko prze­czy­ta­łem treść listu, natych­miast ozdro­wia­łem” – zano­to­wał Grant.

Za cho­robę gene­rała odpo­wia­dały rzecz jasna obawy oraz napię­cie. Ozdro­wiał od razu, gdy poczuł się pew­niej na wieść o rychłym zwy­cię­stwie.

Sie­dem­dzie­siąt lat po tam­tych wyda­rze­niach Henry Mor­gen­thau jr pia­stu­jący w gabi­ne­cie Fran­klina D. Roose­velta sta­no­wi­sko sekre­ta­rza skarbu, dowie­dział się, że za zawroty głowy, na które się uskar­żał, odpo­wia­dały jego tro­ski. Zano­to­wał w pamięt­niku, jak bar­dzo zanie­po­ko­iła go decy­zja pre­zy­denta o sku­pie czte­rech milio­nów buszli zboża w celu pod­nie­sie­nia jego ryn­ko­wej ceny: „Cały czas krę­ciło mi się w gło­wie. Wró­ci­łem do domu i po obie­dzie poło­ży­łem się na dwie godziny do łóżka”.

Gdy­bym chciał dowie­dzieć się wię­cej o wpły­wie trosk na ludz­kie samo­po­czu­cie, nie musiał­bym wybie­rać się do biblio­teki ani do leka­rza – wystar­czy­łoby, abym wyj­rzał przez okno. Sąsiad z domu obok prze­szedł ner­wowe zała­ma­nie, a drugi zacho­ro­wał z obaw na cukrzycę. Poziom cukru w jego krwi poszy­bo­wał w górę na wieść o kra­chu na gieł­dzie.

Kiedy fran­cu­ski filo­zof Michel de Mon­ta­igne objął urząd bur­mi­strza mia­sta Bor­de­aux, oznaj­mił jego miesz­kań­com: „Jestem gotów wziąć wasze sprawy w swoje ręce, ale nie dopusz­czę ich do swo­ich płuc i wątroby”.

Mój sąsiad pozwo­lił na to, aby wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się na gieł­dzie prze­nik­nęły do jego krwio­biegu i omal nie przy­pła­cił tego życiem.

Obawy przy­ku­wają ludzi do wóz­ków i łóżek, powo­du­jąc reu­ma­tyzm oraz artre­tyzm. Dok­tor Rus­sell I. Cecil z wydziału medycz­nego Uni­wer­sy­tetu Cor­nell – spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie lecze­nia artre­tyzmu – wymie­nił cztery naj­częst­sze przy­czyny jego powsta­wa­nia:

1. Zała­ma­nie ner­wowe.

2. Kło­poty finan­sowe i zamar­twia­nie się.

3. Samot­ność oraz obawy.

4. Żywiona od dawna uraza.

Nie są to rzecz jasna jedyne przy­czyny, gdyż na ich pod­sta­wie wyróż­niamy różne rodzaje artre­ty­zmu. Dok­tor Rus­sell L. Cecil podał je jed­nak jako wystę­pu­jące naj­czę­ściej. Posłużmy się przy­kła­dem. Mój przy­ja­ciel stra­cił w trak­cie kry­zysu tak dużo, że dostawca odłą­czył od jego domu gaz, a bank zajął hipo­tekę. Jego żona zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie naba­wiła się artre­tycz­nych bólów, które pomimo sto­so­wa­nych leków oraz diet ustą­piły, dopiero gdy popra­wie uległ stan rodzin­nych finan­sów.

Tro­ski skut­kują nawet psu­ciem się zębów. Dok­tor Wil­liam I.L. McGo­ni­gle stwier­dził w prze­mo­wie wygło­szo­nej do człon­ków Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Den­ty­stycz­nego, że „przy­kre emo­cje, takie jak obawa, lęk, czy udręka (…) wpły­wają na poziom wap­nia w ludz­kim ciele, co pro­wa­dzi do psu­cia się zębów”. Dok­tor McGo­ni­gle opo­wie­dział histo­rię swo­jego pacjenta, który miał ide­alne uzę­bie­nie, lecz zaczął mieć pro­blemy z zębami, gdy mał­żonka zapa­dła nagle na poważną cho­robę. W ciągu trzech tygo­dni jej hospi­ta­li­za­cji den­ty­sta zna­lazł u męża aż dzie­więć ubyt­ków, które poja­wiły się na sku­tek zmar­twień.

Czy widzie­li­ście kie­dyś osobę z ostrą nad­czyn­no­ścią tar­czycy? Ja tak i mogę was zapew­nić, że trzę­sie się ona niczym prze­ra­żone dziecko. Roz­re­gu­lo­wana tar­czyca, czyli organ odpo­wia­da­jący za sta­bi­li­zo­wa­nie pracy całego ciała, przy­spie­sza bicie serca, które zaczyna przy­po­mi­nać roz­pa­lony do czer­wo­no­ści piec. Bez wła­ści­wej kura­cji bądź ope­ra­cji cier­piący na tę dole­gli­wość pacjent może nawet umrzeć, „wypa­la­jąc się do cna”.

Jakiś czas temu wybra­łem się do Fila­del­fii z przy­ja­cie­lem, który zmaga się z tą cho­robą. Umó­wił się na wizytę u sław­nego spe­cja­li­sty leczą­cego podobne przy­padki od trzy­dzie­stu ośmiu lat. Spró­buj­cie zgad­nąć, jaką radę miał dla swo­ich pacjen­tów ów lekarz. Na ścia­nie pocze­kalni do jego gabi­netu wisiał drew­niany znak z radą, którą zapi­sa­łem na odwro­cie koperty.

Relaks i wypoczynek

Naj­lep­szy relaks i wypo­czy­nek zapew­niają

zdrowa wiara, sen, muzyka oraz śmiech.

Miej wiarę w Boga – naucz się dobrze wysy­piać –

zako­chaj się w dobrej muzyce – dostrzeż rado­sną stronę życia – a zyskasz zdro­wie i szczę­ście.

Pierw­sze pyta­nie, jakie lekarz zadał mojemu przy­ja­cie­lowi, brzmiało: „Jakie emo­cjo­nalne zawi­ro­wa­nia wywo­łały to scho­rze­nie?”. A następ­nie ostrzegł go, że jeśli nie prze­sta­nie się zamar­twiać, to nabawi się innych pro­ble­mów w postaci cho­roby serca, wrzo­dów na żołądku lub cukrzycy. „Wszyst­kie z tych cho­rób to spo­krew­nieni ze sobą kuzyni i kuzynki” – dodał na koniec. I miał rację, bo za poja­wie­nie się każ­dej z nich odpo­wia­dają nasze zmar­twie­nia!

Kiedy prze­pro­wa­dza­łem wywiad z aktorką Merle Obe­ron, wyznała mi, że celowo nie myślała o tro­skach z uwagi na szko­dliwy wpływ, jaki wywar­łyby one na jej głów­nym atu­cie, czyli uro­dzie.

„Kiedy zaczy­na­łem pracę w kinie, byłam prze­ra­żona i stale się mar­twi­łam – powie­działa w roz­mo­wie. – Wła­śnie wró­ci­łam do kraju z Indii i nie zna­łam nikogo w Lon­dy­nie. Spo­tka­łam się z kil­koma pro­du­cen­tami, ale żaden nie chciał mnie zatrud­nić. Zaosz­czę­dzone pie­nią­dze zaczęły top­nieć. Przez dwa tygo­dnie żywi­łam się kra­ker­sami popi­ja­nymi wodą. Do zmar­twień doszedł głód. «Może jesteś idiotką i ni­gdy nie zosta­niesz aktorką? – mówi­łam w myślach sama do sie­bie. Nie masz prze­cież żad­nego doświad­cze­nia. Nie zagra­łaś w żad­nym fil­mie. Co masz do zaofe­ro­wa­nia oprócz pięk­nej twa­rzyczki?»

Pode­szłam do lustra i zoba­czy­łam, jak odci­snęły się na mojej uro­dzie zmar­twie­nia! Zmarszczki ukła­dały się w wyraz tro­ski. I wtedy powie­dzia­łam sobie: «Musisz natych­miast prze­stać! Nie stać cię na zamar­twia­nie się. Masz do zaofe­ro­wa­nia tylko urodę, a tro­ski ją znisz­czą!»”.

Nie­wiele rze­czy posta­rza i oszpeca kobiety rów­nie szybko co zmar­twie­nia. Napi­nają z ich powodu mię­śnie twa­rzy i zaci­skamy szczęki, co two­rzy zmarszczki. Wykrzy­wiają z ich powodu twa­rze w gry­ma­sie. Siwieją im, a nawet wypa­dają włosy. Psuje się cera, a skóra pokrywa wysypką, kro­stami i prysz­czami.

Naj­wię­cej ludzi umiera obec­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych na cho­roby serca. W cza­sie II wojny świa­to­wej zgi­nęło ponad trzy­sta tysięcy ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy. W tym samym cza­sie z powodu cho­rób serca zmarły w ojczyź­nie dwa miliony cywili, a za połowę tych zgo­nów odpo­wia­dały tro­ski i życie w cią­głym stre­sie. To wła­śnie z tego powodu dr Ale­xis Car­rel stwier­dził: „Biz­nes­meni, któ­rzy nie umieją zwal­czać trosk, umie­rają młodo”.

Afro­ame­ry­ka­nie i Chiń­czycy znacz­nie rza­dziej zma­gają się z cho­ro­bami serca, gdyż potra­fią zacho­wy­wać więk­szy spo­kój. Z powodu nie­wy­dol­no­ści serca umiera dwu­dzie­sto­krot­nie wię­cej leka­rzy niż rol­ni­ków. Ci pierwsi żyją w znacz­nie więk­szym napię­ciu i pono­szą za to cenę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Biblia Tysiąc­le­cia, Mt 6:34. [wróć]

2. Przeł. Zyg­munt Kubiak. [wróć]

3. Przeł. Wła­dy­sław Tatar­kie­wicz. [wróć]

4. Biblia Tysiąc­le­cia, Ps 118, 24. [wróć]

5. Przeł. Janusz Krzy­żow­ski. [wróć]