Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 641 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Izrael oswojony - Elżbieta Sidi

Już znacie Izrael? Ten z doniesień o wojnie, napięciu na Bliskim Wschodzie, aktach terroryzmu? Z thrillerów? Z powieści Amosa Oza, Meira Shaleva, Lizzie Doron, Eshkola Nevo wydawanych przez Muzę? A może od dawna jest na liście Waszych podróży?

Przeczytajcie jednak tę książkę, bo to naprawdę rzadka okazja!

Ela Sidi pokazuje Izrael taki, z jakim przyszło się oswajać właśnie jej, pochodzącej z Polski nie-Żydówce, która emigrację „otrzymała w podarunku wraz z mężem, Izraelczykiem”. Z humorem i nie bez autoironii opisuje dylematy, jakie nagle wtargnęły w jej życie. W jakim tu mówi się języku, czy raczej w ilu mówi się językach? Czy każdy Izraelczyk jest Żydem, kto jest, a kto nie jest Żydem i jakie w państwie żydowskim ma to znaczenie? Z kim zasiada się, a z kim nie przy jednym stole, co na nim postawić i jak to powinno być przyrządzone? Co jest sprawą tradycji i zwyczaju, a co zakazem i nakazem religijnym respektowanym przez prawo? A we wszystko to wplecione są ważne wydarzenia publiczne, historie konkretnych ludzi, anegdoty, popularne dowcipy.

Izrael Eli Sidi to kraj na wskroś nowoczesny, w którym tradycja ma zagwarantowane prawem miejsce, a w klimatyczne i krajobrazowe kontrasty zadziwiająco wpisują się skrajne różnice religijno-społeczne. Dla niej jest, jak sama pisze, fascynującym światem złożonym z tysięcy niepasujących do siebie, ściśniętych na małej przestrzeni kawałków, gdzie codzienność toczy się w sporach i kompromisach. Tu zawsze jest „i tak, i nie i dobrze, i źle. Lewiego Eszkola, premiera Izraela, spytano kiedyś: kawa czy herbata? Pół na pół – padła bardzo izraelska odpowiedź”.

 

Ela Sidi, Polka i Izraelka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, autorka powieści „Biała cisza” i popularnego bloga Gojka z Izraela. Pracowała w legendarnej Księgarni Edmunda Neusteina w Tel Awiwie. Była modelką, hostessą w agencji modelek, korektorką w polskiej gazecie „Nowiny-Kurier”, tłumaczką z języka hebrajskiego, lektorką dubbingową, pracownicą studia graficznego i przez siedemnaście lat grafikiem w izraelskiej prasie.

Od dwudziestu lat mieszka z rodziną, mężem i dwojgiem dzieci, w Izraelu.

Opinie o ebooku Izrael oswojony - Elżbieta Sidi

Cytaty z ebooka Izrael oswojony - Elżbieta Sidi

wysokich gór, rzek i jezior. Państwo tysiącletnich tułaczy z całego świata liżących rany sprzed pół wieku i sprzed setek lat, szczycące się osiemnastoletnimi bohaterami, którzy zginęli wczoraj w obronie opuszczonego dzisiaj posterunku, ponieważ zmieniła się ekipa rządząca. Kraina, w której w czasach biblijnych chodziło się po wodzie
Badania przeprowadzone przez ekonomistów – Ereza Sinibra, dziekana Wydziału Ekonomii w Wyższej Szkole Zarządzania oraz Gila Epsteina z Uniwersytetu Bar-Ilan – wykazały, że zajmują oni ostatnie miejsce na liście płac: zarabiają mniej niż izraelscy Arabowie, ich płaca wynosi mniej niż połowę średniej. Opublikowany w listopadzie 2009 roku na łamach niezależnego dziennika „Jedijot Achronot” [8] sondaż pokazuje, że pięćdziesiąt trzy procent pracodawców biur reklamy, banków i firm prawniczych

Fragment ebooka Izrael oswojony - Elżbieta Sidi

ELA SIDI

IZRAEL OSWOJONY

Projekt okładki: Magdalena Antoniuk

Redaktor serii: Halina Hałajkiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

Fotografowała na potrzeby książki Katarzyna Sikora (http://www.kaskasikora.pl);

niektóre zdjęcia udostępnili: Hanan Isachar, Jurek Press i autorka

Zdjęcia na okładce

© Katarzyna Sikora

© Daniel Newcombe/Getty Images/Flash Press Media

© by Ela Sidi

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2013

ISBN 978-83-7758-414-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I

Dla Ejala, Maćka i Kim – bez nich ta książka by nie powstała

– Chodź pobawić się ze mną – zaproponował Mały Książę. – Jestem taki smutny…

– Nie mogę bawić się z tobą – odparł lis. – Nie jestem oswojony.

– Ach, przepraszam – powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: – Co znaczy „oswojony”?

– Nie jesteś tutejszy – powiedział lis. – Czego szukasz? […]

– Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?

– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.

[…] Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu…

ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY

Mały Książę

(w przekładzie Jana Szwykowskiego)

O oswajaniu – od autorki

Izrael przedzielony betonowym murem, szczycący się najlepszą armią świata, rządzony przez generałów w stanie spoczynku, zapisujący swą historię starożytnym pismem w kierunku odwrotnym niż w innych językach świata. Miasta zbudowane na pustyni, tysiące kilometrów gumowych rzek sztucznie doprowadzających wodę pod każde drzewo. Oślepiające słońce, kamienie, popękana ziemia bez naturalnych lasów, wysokich gór, rzek i jezior. Państwo tysiącletnich tułaczy z całego świata liżących rany sprzed pół wieku i sprzed setek lat, szczycące się osiemnastoletnimi bohaterami, którzy zginęli wczoraj w obronie opuszczonego dzisiaj posterunku, ponieważ zmieniła się ekipa rządząca. Kraina, w której w czasach biblijnych chodziło się po wodzie i za życia wstępowało do nieba, a dzisiaj chałaty i bobrowe czapki mieszają się z przezroczystymi bluzeczkami. Wyspa wśród arabskich krajów i kultury tak mała, że trudno ją znaleźć na mapie. Bałagan, krzyk, kłótnie, czas, który zawsze się spóźnia, i przekonanie, że nie ma po co się martwić, bo Bóg czuwa nad swoim narodem i ha'kol ihije be'seder – „wszystko będzie dobrze”. Izrael – państwo żydowskie, stworzone z myślą o Żydach, rządzone przez Żydów, wspierane przez Żydów, broniące się pazurami przed zepchnięciem do morza.

Każda z izraelskich społeczności, wywodzących się z wielu kultur i tradycji, podzielonych z powodu różnych języków, zwyczajów, poglądów, stara się wytresować Medinat Israel według własnego modelu. I nikomu się to nie udaje. Izrael zraniony, nieufny i gotowy na wszystko, staje dęba, gryzie każdą uwięź i nie pozwala się ujeździć. To raczej on tresuje, niż jest tresowany. A kiedy jakiś zdesperowany śmiałek, który nic już nie ma do stracenia, spróbuje go okiełznać, trzymając się grzywy z całej siły i smagając szpicrutą, wtedy nie będzie mu dane dobrodziejstwo snu. Dniem i nocą czuwanie będzie jego chlebem powszednim, modlitwa do Jahwe jego wodą, a bronią siła mięśni wytresowanych w ucieczce i spoczynku na rozwalonych kirkutach w miejscu pożyczonym u kogoś za cenę życia.

Czy z takim krajem można się oswoić? Nie jestem pewna.

Wraz z latami upływającymi mi w Izraelu utwierdzam się w przekonaniu, że im bardziej się do niego zbliżam, tym lepiej rozumiem, że nie jestem w stanie go oswoić, choć patrzymy już sobie w oczy i wiemy, co znaczy nagłe prężenie mięśni czy zmiana pozycji. Izrael nie stał się dla mnie swojskim krajem, w pełni akceptowanym, miłym jak ciepłe kapcie w zimowy dzień w izraelskich mieszkaniach bez centralnego ogrzewania, zbudowanych tak, by nie zatrzymywały ciepła. Nadal zachowujemy wobec siebie bezpieczną odległość, ale niewątpliwie więź już nas łączy.

Moje spotkanie z tym krajem zmieniło mnie. Noszę po nim szramę. Dziś rana jest już zagojona. Traktuję ją jak medal za odwagę i pamiątkę z okresu, kiedy nasza wzajemna obcość budziła lęk, podejrzenia i nawet agresję. Izrael stał mi się bliski, a jego los bardzo ważny. Moje dzieci żyją z nim w przyjaźni. Dlatego wiem: aby się z nim oswoić, trzeba się tu urodzić, cierpliwie poznawać, przybliżać, poczuć zapach, wyczuć kształt, posłuchać głosu, posmakować słodyczy i znieść gorycz. Należy pamiętać, że nie z każdym lubi się spoufalać.

Chciałabym, aby moja książka pozwoliła czytelnikom postawić pierwszy krok w procesie oswajania się z Izraelem i Żydami bez idealizacji, ale również bez demonizowania, bo taka jest cena poznania.

Izraelski kalejdoskop (zamiast wprowadzenia)

Od czasu, kiedy w Krakowie usłyszałam usłużnego hotelarza proponującego turyście „pokoiczek z widoczkiem na Waweleczek”, jestem podejrzliwa wobec wszelkich zdrobnień. Dopiero jednak w Izraelu, gdzie zamieszkałam w 1991 roku, mogłam się uwolnić od niezręcznej, dziecinnej formy swojego imienia i lekkiego zażenowania, które zawsze mi towarzyszyło, gdy przedstawiałam siebie, dorosłą osobę, jako Elę. W Izraelu wszyscy mówią sobie po imieniu. Nie ma tu pań i panów, ponieważ kraj ten budowali w komunach zwanych kibucami syjonistyczno-socjalistyczni pionierzy, a ci nawet własnym dzieciom polecali zwracać się do siebie po imieniu, bo „mamo” i „tato” było zbyt mieszczańskie w ich mniemaniu. W Ziemi Świętej „Ela” nie dość że brzmi dostojnie, to jeszcze oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko boginię, choć i… pistację. Nie będąc królową Anglii, swojego oficjalnego imienia – Elżbieta – używam tylko formalnie. Izraelczykom bardzo trudno je wymówić i gdy je słyszą, za każdym razem chcą koniecznie wiedzieć, czy w języku polskim są słowa jeszcze trudniejsze. Odpowiadam z dumą: „Oczywiście, spróbujcie powtórzyć za mną – w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”.

Nazwisko po mężu, Sidi, krótkie i dźwięczne, nie komplikuje mi życia. Jest łatwe do zapamiętania i brzmi nowocześnie zarówno po polsku, jak i po hebrajsku. Co dowcipniejsi Izraelczycy, znając mój zawód, związany z komputerami, pytają: „Twoje nazwisko po angielsku pisze się CD, si-di, tak jak dyskietki do komputera, czy es-di? Tymczasem, aby wyjaśnić jego etymologię, trzeba sięgnąć setki lat w przeszłość. W bułgarskim, tureckim (żydowska prababcia męża przyjechała z Bułgarii przez stulecia będącej pod władaniem Turków) i arabskim oznacza ono zarządcę, dowódcę, władcę, pana. Tak więc, Drodzy Państwo, ten tekst pisze dla Was z Izraela Bogini Pani we własnej osobie. Powiecie – megalomanka! I, mimo pozorów, nie będziecie mieli racji. Po pierwsze, nie ja wybrałam sobie imię; uczynił to mój ojciec, kierując się podszeptem babci, Julii Romanowicz. Po wtóre, nim wyszłam za mąż, za mężczyznę noszącego jak order imię Ejal – oznaczające męskość i odwagę – nie wiedziałam, że wyjdę za mąż za Pana. Między nami mówiąc, gdybym nawet przed laty sprawdziła jego dowód osobisty i tak nie miałabym pojęcia, co oznaczają te wszystkie literki w kształcie kolczastego drutu, a teraz już jest za późno. Lubię swoje imię i nazwisko i nie chciałabym ich zmienić. Poza tym obecnie nikt tego ode mnie nie żąda, podczas gdy moi znajomi Żydzi, masowo emigrujący z Polski do Izraela w latach w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, często musieli to zrobić, aby zasymilować się w nowym środowisku. A że trudno im było wyrzec się polskiej części siebie, do tej pory są Karolem, Zenkiem, Henrykiem dla polskojęzycznych znajomych, a dla Izraelczyków – Jaronem, Danim czy Cwim. To właśnie oni mi opowiadali, że i w Polsce zdarzały się podobne sytuacje. Takie choćby jak mojego znajomego Judkego Goldsteina vel Romana Nowakowskiego, Żyda od wielu pokoleń, którego ojciec, zawodowy oficer, w 1944 roku z frontu przysłał żonie list:

Kochana Basiu, od dzisiaj jesteś już nie Leą Goldstein, tylko Basią Nowakowską, a nasz synek, od tej pory nazywa się Roman. Nie ma już Żydów i Polaków, są tylko towarzysze budujący światłą Polskę bez uprzedzeń rasowych i narodowościowych.

Zbigniew Nowakowski, Twój mąż.

List ten, choć autentyczny (zmieniłam tylko imię i nazwisko), przypomina mi o starym dowcipie:

Do urzędu stanu cywilnego przychodzi Żyd i mówi, że chce zmienić nazwisko.

– Na jakie? – pyta urzędnik.

– Chciałbym się nazywać Kowalski.

– A jak pan się nazywa teraz?

– Malinowski.

– No to dlaczego chce je pan zmienić?

– Bo widzi pan, jak mnie zapytają o poprzednie nazwisko, to chcę móc odpowiedzieć: Malinowski, a nie Goldstein.

Hebrajskie imiona Izraelczyków urzekają mnie. Niosą ze sobą posmak starożytnego świata. Nic w tym dziwnego, skoro we współczesnym Izraelu mówi się prawie tym samym językiem hebrajskim, którym posługiwano się na co dzień w czasach inwazji wojsk babilońskiego króla Nabuchodonozora na Jerozolimę, w 597 roku p.n.e. W nazwach własnych zachowało się wiele archaizmów wskrzeszonych po przeszło dwóch tysiącach lat. Tylko sobie to wyobraźcie: Arie, czyli Lew, oraz Zeew, Wilk, spotykają na ulicach Tel Awiwu swoich sąsiadów, czteroosobową rodzinę: mamę Aurę (Hila), z ojcem Świtem (Szachar), córką Światłem (Or) i synkiem Horyzontem (Ofek). Po drodze mijają panią Ptak (Cipora), która wybrała się do kawiarni, by tam posiedzieć w towarzystwie Wolności (Drora) i Nadziei (Tikwa), pijąc espresso podane przez Promień (Keren). Brzmi jak bajka? W Izraelu wydarza się ona powszechnie, podobnie jak wiele innych dziwów. Ha'im ze moce chen be'ejnejchem?, „Czy to wzbudza zachwyt w waszych oczach?”, spytałby po hebrajsku Izraelczyk. W moich tak, choć nigdy nie planowałam swojego życia z dala od Polski i w najśmielszych wizjach mojej przyszłości Bliski Wschód nigdy się nie pojawiał. Zanim na stałe zamieszkałam w Izraelu, dwukrotnie przyjeżdżałam tu jako turystka i za każdym razem wyjeżdżałam z przekonaniem, że nie jest to kraj, z którym potrafiłabym się oswoić. Emigracja do Izraela po prostu mi się zdarzyła. Otrzymałam ją w ślubnym podarunku wraz z mężem Izraelczykiem.

Geneza książki

Przytrafiło się to właśnie mnie: nie-Żydówce, Polce bez pojęcia ani o historii, ani o tradycji judaizmu, który stanowi podstawę identyfikacji narodu żydowskiego i państwa izraelskiego, jedynego na całym świecie, w którym judaizm jest religią większości obywateli. Została mi dana możliwość, by przez ponad dwadzieścia lat uczyć się tej rzeczywistości od wewnątrz, z perspektywy gojki mieszkającej w społeczności Żydów[*] świeckich. Wysnuta z tego doświadczenia osobista opowieść o nietypowej izraelskiej rodzinie – złożonej z Żyda, nie-Żydówki i dwójki dzieci – pokazuje współczesny Izrael, nie ten jednak z pierwszych stron gazet, ale ten zwykłych ludzi, którzy piszą dzieje kraju, stojąc w tłumie, nie zaś na jego czele. Moja narracja próbuje przybliżyć czytelnikom unikalną izraelską wielość światów pomieszczonych na małej przestrzeni: niejednolitych, sprzecznych, kontrastowych i z sobą skonfliktowanych. A także wynikający stąd kalejdoskop postaw, poglądów i tożsamości Izraelczyków.

Nie jest to książka naukowa. Potrzebną do jej napisania wiedzę czerpałam przede wszystkim z wieloletnich bezpośrednich obserwacji, z wywiadów i rozmów z Izraelczykami, z książek, środków masowego przekazu i internetu. Pokazuje ona skrawek izraelskiej rzeczywistości[1], powszedniego Izraela małych i wielkich spraw, kraju, który jest nie tylko celem pielgrzymek wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa i islamu czy stroną zbrojnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ale i nowoczesnym, najbardziej rozwiniętym pod względem przemysłowym i gospodarczym państwem Bliskiego Wschodu.

Relikty przeszłości, takie jak kapparot, sięgająca czasów starożytnych ofiara z koguta, współistnieją tutaj z nowoczesnymi centrami technologii high-tech, plaża dla homoseksualistów sąsiaduje z plażą dla ortodoksyjnych, przestrzegających segregacji płciowej Żydów i nadal usłyszeć można, jak za przedwojennych lat w żydowskich miasteczkach w Polsce, nawoływanie alte zachen[2] płynące z zapchanego niepotrzebnymi rzeczami wozu ciągniętego przez wychudzonego konika. Tyle że w dzisiejszym Izraelu woźnica to przeważnie Arab, głos nagrany jest na płytę, a „stare rzeczy” to komputery, pralki automatyczne i lodówki.

Religia i państwo

Chociaż społeczeństwo izraelskie w większości jest niereligijne, w Izraelu nie ma rozdziału państwa i religii. Judaizm jest religią państwową, a biblijne i talmudyczne prawa – zwłaszcza koszerności – przestrzegane są we wszystkich publicznych instytucjach: szkołach, restauracjach, szpitalach, sklepach, samolotach, w izraelskim wojsku, CaHaL-u[3], i parlamencie – Knesecie. W Izraelu sądy rabinackie, złożone wyłącznie z mężczyzn, rozstrzygają sprawy według liczących setki, a nawet tysiące lat praw religijnych. To one mają decydujący głos w sprawach małżeństwa i rozwodu – również Żydów świeckich.

Począwszy od popołudniowych godzin piątkowych aż do sobotniego wieczoru niemożliwe jest, poza Hajfą, w której mieszka społeczność mieszana arabsko-żydowska, i miejscowościami arabskimi, skorzystanie z publicznego transportu – jego funkcjonowanie zawiesza się na czas świętego szabatu. W Jom Kippur w żydowskich miejscowościach wszystkie restauracje i sklepy zamknięte są na dwadzieścia pięć godzin, wstrzymana jest wszelka komunikacja na lądzie, w powietrzu i na morzu. Podczas obchodów trwającego tydzień święta Pesach nie kupi się pieczywa, bo jest to zabronione prawem religijnym respektowanym przez państwo, a ponieważ w tym okresie Izraelczycy prawie jednomyślnie wybierają się na wiosenne wycieczki, nie da się uniknąć stania w długich korkach na drogach prowadzących zarówno na północ, jak i na południe.

Przyjeżdżających do Izraela w Dniu Zagłady i w Dniu Pamięci mogą zaskoczyć niezrozumiałe sceny: nagle, o godzinie 10:00, w całym kraju zaczynają wyć syreny. Izraelczycy – emeryci, dzieci, kobiety i mężczyźni – stoją na baczność z pochyloną głową w miejscach, w których zastał ich dźwięk syren: na samym środku autostrady, w sklepach, w biurach, szkołach, na szpitalnych korytarzach, w zakładach przemysłowych, restauracjach i na ścieżkach w parkach. W tym momencie jezdnie z tysiącem unieruchomionych samochodów i zastygłymi obok nich sylwetkami ludzi bardziej kojarzą się z planem filmowym niż z prawdziwym życiem, przerwanym na chwilę w hołdzie zamordowanym w czasie drugiej wojny światowej Żydom oraz poległym w obronie ojczyzny żołnierzom i cywilom. Niektórzy ultraortodoksyjni i antysyjonistyczni Żydzi urządzają jednak w tych dniach w parkach radosne pikniki.

W Dzień Niepodległości Izraela, kiedy tańcami, pokazami sztucznych ogni i muzyką świętowane jest odrodzenie się narodu żydowskiego we własnym państwie, nieuznający Izraela chasydzi[4] z dynastii Satmar ostentacyjnie palą flagi izraelskie, wywieszając w oknach własne – czarne, na znak żałoby; podobnie czynią w swoich miejscowościach ci Arabowie, dla których jest to dzień klęski Palestyńczyków.

Izrael wydumany i rzeczywisty

W Polsce nazwa „Izrael” natychmiast przywoła pewnie skojarzenie z konfliktem palestyńsko-izraelskim na Bliskim Wschodzie, o którym pisze się i mówi w telewizji, z pielgrzymkami, bożonarodzeniową pasterką w Betlejem, urodą okolic Morza Martwego. A ponieważ zdjęcia publikowane w mediach zwykle robione są na ulicach miast Autonomii Palestyńskiej, to właśnie one, wraz ze Starym Miastem w Jerozolimie, starożytną topografią Ziemi Świętej i scenami biblijnymi, stają się reprezentatywnym wyobrażeniem o współczesnym wyglądzie Izraela, mitycznej krainy pokrytej pustynnym piaskiem. Tymczasem jest to państwo w pełni nowoczesne, przypominające kraje europejskie i zarazem bliskowschodnie. Choć cierpi, podobnie jak cały Bliski Wschód, na chroniczny brak wody, na każdym kroku można w nim spotkać parki, skwery, sztuczne zbiorniki wodne i mozaiki kwiatów zdobiące pobocza dróg. Domy otoczone są bujną roślinnością, a popularne wśród Izraelczyków ogrody zakłada się nie tylko wokół prywatnych willi, ale również na dachach i tarasach wielu budynków. W całym kraju sadzi się lasy i zagospodarowuje piaszczyste tereny, nawadniane przez skomplikowane, elektronicznie regulowane systemy wodne, najnowocześniejsze na świecie, pod uprawę kwiatów, owoców cytrusowych, tytoniu, bawełny, orzeszków ziemnych, warzyw i zbóż. Fikusy hodowane w Polsce w doniczkach tu rozrastają się do rozmiaru potężnych drzew. Wysadzane są nimi aleje wielu miast, a ich spadające owoce pokrywają chodniki grubą warstwą miąższu pozostawiającego trudne do wywabienia, podobne do smoły czarne plamy nieodwracalnie niszczące asfaltową nawierzchnię. Wzdłuż poboczy dróg obok fikusów rosną palmy daktylowe, akacje o żółtych, czerwonych lub fioletowych kwiatach, wielobarwne azalie i oliwki o srebrnozielonych liściach. Często spotyka się pochodzące z Australii eukaliptusy, które idealnie przystosowują się do izraelskiego klimatu i dlatego są niemal wszędzie.

W rzece Alexander, w okolicy Netanii, pływają olbrzymie żółwie wodne, a na północy, w dolinie Hula, raju ptaków, co roku w drodze z Europy do Afryki zatrzymuje się na krócej lub dłużej, wylęgając tu młode, ponad pięćset milionów (!) ptaków reprezentujących trzysta dziewięćdziesiąt gatunków. W pustynnym mieście, Micpe Ramon, zbudowanym na skraju przepaści, nad rozległym kraterem przypominającym Wielki Kanion albo powierzchnię Księżyca, pomiędzy blokami mieszkalnymi przechadzają się dzikie kozice; nad starożytnymi ruinami Gamli na wzgórzach Golan szybują stada orłów, a najdziwniejszą chyba cechą Ziemi Świętej jest to, że obok siebie rosną drzewa znane z krajobrazów Afryki, Europy, Australii i Azji. W tym samym czasie jedne z nich dopiero wypuszczają pączki, ciesząc się wiosną, inne już rodzą dorodne owoce, jak bywa to latem, jeszcze inne szykują się do „zimy”, pozbywając się liści tuż obok drzew kwitnących pierwszym kwieciem.

Zimą w Tel Awiwie nad Morzem Śródziemnym można spędzić miły poranek podobny do majowego w Polsce, przenieść się w listopadowy dzień, szargany porywistym wiatrem i oziębiany niskimi temperaturami w położonej na wysokości Zakopanego Jerozolimie i stamtąd, w ciągu czterdziestu pięciu minut, zjechać do najniższej depresji świata nad Morzem Martwym, aby w pełnym letnim słońcu kąpać się w śliskiej i oleistej w dotyku wodzie. Nazajutrz zaś na północy kraju można pojeździć na nartach na ośnieżonej górze Hermon (ostrzegam jednak przed wielogodzinnymi korkami).

Szczególnie ostrożnym trzeba być zimą nad Morzem Martwym – Jam ha'Melach, Morzem Soli, jak je nazywają Izraelczycy. Jeśli na pobliskich Wzgórzach Judzkich spadnie ulewny deszcz, to wyschnięte koryta okresowych rzek odżyją, napełniając się wodą. W terenie pozbawionym roślinności, gdzie występują nagie skały i płytka, gliniasta, drobnoziarnista gleba o niskiej infiltracji, woda nie wsiąka, tylko z dużą siłą spływa w dół, ku Morzu Martwemu, w skoncentrowanych, potężnych strumieniach wezbranych rzek. Powstałym w ten sposób wartkim prądom nie potrafią sprostać nawet ciężarówki. Woda, pojawiająca się nagle „znikąd”, zatopić może przejścia drogowe, zniszczyć mosty i porwać wszystko, co napotka na swojej drodze. Jeśli w tym czasie, korzystając z pięknej pogody nad Morzem Martwym, będziecie zwiedzać jeden z parków narodowych czy rezerwatów przyrody, możecie być narażeni na niespodziewane, okresowe pojawienie się wodospadów spływających z wysokości około ośmiuset metrów na grunt położony czterysta metrów poniżej poziomu morza. Powódź na pustyni, coś, co brzmi dla wielu ludzi jak science fiction, w Izraelu nie tylko że się zdarza każdego roku, ale i czasami zbiera śmiertelne żniwo.

Żyd, Arab, Izraelczyk

Kwestia tożsamości Izraelczyków żydowskiego pochodzenia – głównych bohaterów mojej książki – tych, którzy tu przybyli z każdego niemal kraju świata, są wyznawcami różnych odłamów judaizmu, mówią wieloma językami, różnią się od siebie mentalnością, zwyczajami, stosunkiem do religii, jest pogmatwana i niejednoznaczna. Dziś to oni i ich potomkowie stanowią trzon (siedemdziesiąt pięć procent wszystkich mieszkańców) wciąż kształtującego się narodu izraelskiego. Obok nich, na tym samym terytorium, żyją mniejszości wyznaniowe i etniczne: druzyjska, beduińska (pięć procent) i arabska (dwadzieścia procent)[5]. Część Arabów uważa się za Palestyńczyków (większość ma obywatelstwo izraelskie), ale Izraelczycy wszystkich nazywają Arabami izraelskimi.

Sami Izraelczycy określają się poprzez przynależność do narodu żydowskiego i zarazem izraelskiego, a często i tego, w którym żyli oni sami i ich przodkowie urodzeni w diasporze, ponieważ są przekonani, że to opisuje ich tożsamość w specyficzny sposób. Na co dzień w miastach i wioskach zamieszkanych przez ludność żydowską, nie mówi się o sobie: „jesteśmy Żydami”. Zakłada się, że są nimi wszyscy i nie trzeba tego jakoś specjalnie podkreślać. (Niektórzy Żydzi potrafią bezbłędnie, po wyglądzie, sposobie zachowania i akcencie, rozpoznać arabskich mieszkańców Izraela, co dla postronnych obserwatorów stanowi nie lada wyzwanie).

W wielu zasadniczych kwestiach, takich jak stopień religijności determinujący styl życia, poglądy polityczne, mentalność, stosunek do gojów, czyli nie-Żydów, i kwestii palestyńskiej, jedna izraelska rodzina (a nawet poszczególni jej członkowie) może diametralnie różnić się od drugiej mieszkającej za ścianą w tym samym budynku, w tym samym mieście. Kategoria „Żydzi w Izraelu” opisuje bowiem spektrum postaw, poglądów i stylu życia. Obejmuje nie tylko należących do ultraortodoksyjnego odłamu judaizmu pejsatych chasydów w czarnych kapotach i mitnagedów w garniturach, białych koszulach, czarnych kapeluszach, ale i Żydów, u których jedyną zewnętrzną oznaką żydowskości jest szydełkowa kipa. Żydami są modni dandysi z niepozorną kipą na głowie, nieróżniący się wiele w sposobie ubierania się czy w stylu życia od przeciętnego mieszkańca europejskiej metropolii, a także należący do narodu żydowskiego ateiści oraz Żydzi przestrzegający tradycji judaistycznej, chociaż nie wszystkich praw religijnych. Izraelczyk-Żyd pochodzący z Maroka czuje się o wiele bardziej związany z tym, który urodził się w Iraku czy Algierii, niż z Izraelczykiem-Żydem europejskim. Żyd świecki lepiej zrozumie innego świeckiego Izraelczyka niż Żyda ultraortodoksyjnego. Z kolei ultraortodoksyjnym Żydom europejskim, odseparowanym od laickiego społeczeństwa, podzielonym na dwory chasydzkie i zwolenników różnych rabinów oraz przeciwstawiających się im mitnagedów, trudno znaleźć wspólny język z przedstawicielami ortodoksyjnych Żydów pochodzących spoza Europy. Zwolennik porozumienia z Palestyńczykami świetnie porozumie się z kimś, kto reprezentuje izraelską lewicę polityczną i będzie w ostrym konflikcie z Żydem osadnikiem na Zachodnim Brzegu.

Żyd homoseksualista swobodnie eksponujący swoją seksualność podczas parad miłości regularnie organizowanych na ulicach Tel Awiwu i Jerozolimy może zostać obrzucony kamieniami w ultraortodoksyjnym Bnei Braku. Kibucnik wychowany w socjalistycznej idei równouprawnienia i emancypacji kobiet z oburzeniem wysłucha głosu Żydów ultraortodoksyjnych domagających się separacji płciowej, a oficer izraelskich sił zbrojnych, Żyd należący do religijno-narodowego odłamu judaizmu, nie będzie miał w kwestii obronności kraju wiele wspólnego z tym Izraelczykiem, który zamiast pójść do wojska, przez całe dnie studiuje święte księgi w oderwaniu od spraw doczesnych.

Niezintegrowane i podzielone wewnętrznie społeczeństwo izraelskie jednoczy się głównie w momencie zagrożenia egzystencji państwa. Zgodnie z religijnym nakazem, który głosi, że „wszyscy Izraelici odpowiedzialni są jeden za drugiego”[6], Izraelczycy pochodzenia żydowskiego są solidarni w poczuciu więzi etnicznej z innymi Żydami w diasporze oraz z Izraelczykami przebywającymi czasowo poza granicami państwa.

Izrael do wyborów 2013 roku należał do nielicznych na świecie państw, w których partie polityczne w kampanii przedwyborczej koncentrowały się nie na postulatach ekonomicznych[7], ale na kwestiach obronności i religii. Kiedy tu mówi się o lewicy politycznej, ma się na myśli świeckie partie opowiadające się za prawem Palestyńczyków do suwerenności i własnej ziemi; prawica zaś, zwykle w koalicji z partiami ultraortodoksyjnymi, jest w tej kwestii bardziej konserwatywna.

Wielość światów

W państwie emigrantów z całego świata ostre antagonizmy występują pomiędzy nowymi olim chadaszim a sabrami, czyli tymi, którzy usadowili się tu przez lata lub już się tutaj urodzili, a także tymi o jaśniejszej skórze a ciemniejszymi, pochodzącymi z krajów arabskich czy z Afryki. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie Żydów z Etiopii mieszkających na słabo rozwiniętych peryferiach, gdzie jest wysoki wskaźnik bezrobocia. Badania przeprowadzone przez ekonomistów – Ereza Sinibra, dziekana Wydziału Ekonomii w Wyższej Szkole Zarządzania oraz Gila Epsteina z Uniwersytetu Bar-Ilan – wykazały, że zajmują oni ostatnie miejsce na liście płac: zarabiają mniej niż izraelscy Arabowie, ich płaca wynosi mniej niż połowę średniej. Opublikowany w listopadzie 2009 roku na łamach niezależnego dziennika „Jedijot Achronot”[8] sondaż pokazuje, że pięćdziesiąt trzy procent pracodawców biur reklamy, banków i firm prawniczych nie zatrudniłoby pochodzącego z Etiopii Izraelczyka z wyższym wykształceniem, a siedemdziesiąt trzy procenty nie dałoby mu awansu.

Olim chadaszim z zacofanych gospodarczo terenów Afryki, najtrudniej asymilujący się z izraelskim społeczeństwem, nierzadko stają się w Izraelu przedmiotem jawnej dyskryminacji. Niektóre placówki oświatowe nie chcą przyjmować ich dzieci, a bywa i tak jak w Kiriat Malachi, gdzie w jednej z nowoczesnych dzielnic w 2012 roku sto dwadzieścia rodzin podpisało porozumienie o niesprzedawaniu i niewynajmowaniu mieszkań Etiopczykom, uzasadniając swoją decyzję – jak to określił komitet mieszkańców – „brakiem higieny Etiopczyków” oraz faktem, że ich „obecność w dzielnicy przyczynia się do obniżki cen nieruchomości”[9].

Czasem ma się wrażenie, że łatwiej zrozumieć, kto jest przeciwko komu i dlaczego, niż kto jest z kim. Sami Żydzi są zresztą tego świadomi, czemu dają wyraz w autoironicznym dowcipie:

Na bezludną wyspę przypływa statek i odnajduje tam Izraelczyka. Uszczęśliwiony rozbitek pokazuje kapitanowi, czego dokonał w ciągu dziesięciu lat pobytu na wyspie. Najbardziej chwali się trzema niepozornymi barakami.

– Proszę się dobrze przyjrzeć – mówi – tu zbudowałem trzy przepiękne synagogi.

– Trzy?!? – dziwi się kapitan. – Po co aż trzy?

– Jedna dla Żydów aszkenazyjskich, druga dla sefardyjskich, a trzecia to ta, do której nie jestem gotów wejść za żadną cenę.

Izraelscy Żydzi od wieków podzieleni są na dwa główne odłamy: aszkenazyjczyków – Żydów pochodzących z Europy Środkowej i Wschodniej, oraz sefardyjczyków – wywodzących się z Półwyspu Iberyjskiego (czyści sefardyjczycy) oraz głównie z obszaru państw arabskich położonych w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowej. Każda społeczność ma swojego naczelnego rabina, każda inaczej chwali tego samego Boga, a głębokie różnice między nimi ukształtowała odmienność etniczna, kulturowa i mentalna. Aby lepiej zrozumieć tę odrębność, należy spotkać się z sefardyjczykami i aszkenazyjczykami przy jednym stole. W domu moich znajomych, Żydów z Polski, na pytanie, czy chcesz coś zjeść, przyjęte jest odpowiadać: „Nie, nie jestem głodny”. A po głębokim namyśle dodawać: „Może jednak szklankę wody?”.

U mamy mojej przyjaciółki z Maroka nikt nie pyta, czy ktoś jest głodny. Gości od razu sadza się za stół i częstuje obfitym obiadem, spożywanym wraz z liczną rodziną gospodarzy, sąsiadami, bliższymi i dalszymi krewnymi. W domu aszkenazyjczyków przebojem stołu jest gefilte fisz (jidysz), ryba faszerowana, zwykle karp, szara, delikatna w smaku, zanurzona w trzęsącej się galarecie, ewentualnie z dodatkiem ugotowanej marchewki przypominającej tę, jaką podaje się w pierwszych zupkach niemowlakom. W domu sefardyjskim gwiazdą stołu jest rybna potrawa zwana chraime, zwykle przygotowywana z ryby o poetyckiej nazwie „księżniczka Nilu”: dramatycznie czerwona od sosu z pomidorów i czerwonej papryki, doprawiona mnóstwem przypraw, paląca usta i pachnąca intensywnie kolendrą.

Aszkenazyjska pani domu wystawia na stół bogatą zastawę, świeczki, kwiaty i zaledwie kilka, tych samych co zawsze, potraw. Broń Boże, nie za dużo, by się nie zmarnowało. Goście zamiast rozmawiać – celebrują jedzenie i słuchają koncertu. Stół sefardyjskiej gospodyni ugina się od rozmaitego rodzaju kolorowych sałatek, zwykle ostro przyprawionych, kilku gatunków mięs, ryb oraz obfitości rozmaitych kolorowych dodatków. Nieważne, czy potrawy stać będą w garnku na stole lub zostaną wyłożone na papierowe talerze. Koniecznie musi ich być dużo, by wszyscy mieli w czym wybierać, czuli się nasyceni i głośno wychwalali dania oraz pracowitą gospodynię, która zawsze gotowa jest pracować dzień i noc, aby zadowolić innych.

Wszyscy Izraelczycy są co do tego zgodni: jeśli nawet kuchnia aszkenazyjska nie odwołuje się do powonienia, a sefardyjska zabija smak, to obie dopełniają się wzajemnie, tworząc mieszankę prawdziwie izraelską.

Wybrakowane puzzle

Powstałe w 1948 roku młode państwo emigrantów z całego świata nadal tworzy się i ciągle zmienia. Mówi się tu w trzydziestu trzech językach. Język hebrajski i arabski mają rangę języków urzędowych, ale bez problemu można się też porozumieć po angielsku i rosyjsku. Za to na kurs jidysz[10] jedzie się do… Polski. Pogmatwany, zdezintegrowany Izrael zadziwia, fascynuje i prowokuje sprzeczne opinie. I choć wszystko to przywodzi na myśl wybrakowane puzzle, okazuje się, że owe niepasujące do siebie kawałki, upchnięte w jednym pudle, układają się, o dziwo, w niepowtarzalną całość.

Kontrasty występują w każdym państwie. W Izraelu, i to jest ewenement, są one przewodnią zasadą rzeczywistości uporządkowanej według nakładających się na siebie konfliktów. Jak w anegdocie, w której do rabina przychodzi ze skargą na swojego aszkenazyjskiego sąsiada Żyd sefardyjski. Rabin po wysłuchaniu go oświadcza: „masz rację!”. Wkrótce pojawia się u niego aszkenazyjczyk z kontrargumentami. Rabin i jemu przyznaje rację. Przysłuchujący się całemu zdarzeniu uczeń rabina zwraca się z pretensją do swego nauczyciela: „Rabbi nie można jednocześnie przyznawać racji dwu przeciwstawnym stanowiskom”. „I ty masz rację”, odpowiada na to rabin z pewnością w głosie.

1 Emigrantka z przypadku

Przepraszam, czy ktoś kiedykolwiek widział Żyda?

Pierwszego „Żyda” poznałam, mając kilka lat. Nazywał się Herod i jako król żydowski znany był pod przydomkiem Wielki[11]. Do czasu, gdy „grudniową porą” usłyszałam o dokonanej na jego rozkaz zbrodni – rzezi chłopców liczących nie więcej niż dwa lata – nigdy nie myślałam, że dorośli mogą się obawiać dzieci, i to w wieku niemowlęcym.

O drugim, powitym w żłobie synu cieśli z Nazaretu, do którego modliły się nawet osioł i wół, słyszałam przez całe życie, ale jakoś wbrew świadectwu ewangelistów Mateusza i Łukasza nie uważałam go za Żyda, ponieważ wedle mojej wiedzy jego matka była Królową Polski.

W liceum Żyd Jankiel w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza zagrał mi koncert. Na planie filmowym Ziemi Obiecanej Andrzeja Wajdy pierwszy raz zobaczyłam panów w czarnych chałatach z pejsami, a czytając Isaaca Bashevisa Singera wyobrażałam sobie, szczegół po szczególe, żydowski świat synagog, furmanek z rozgadanymi handlarzami, tańczących na ulicy chasydów, nawiedzone Rachele widujące szatana i pokutujących cadyków, czekających na Mesjasza. Odkryłam też „pasje utajone” żydowskiego lekarza, Zygmunta Freuda, i złowieszczą nazwę „Zagłada”.

Mając piętnaście lat, zakochałam się w kimś, kto pochodził z żydowskiej rodziny, choć był katolikiem. Nazywał się Bolesław Leśmian i pisał moje ulubione wiersze. On to pierwszy „zapodziany po głowę w malinowym chruśniaku”, pokazując mi „złachmaniałą pajęczynę”, wzbudził we mnie poetyckie emocje i przedstawił „garbatej śmierci”.

Kiedy studiowałam w Gdańsku, całymi dniami chodziły mi po głowie piosenki grającego na dachu skrzypka, a nocami, po lekturze pamiętników Ocalonych sceny z książek wracały do mnie tak realne, że byłam pewna, że to ja jestem zamkniętą w getcie Żydówką i zamiast śniegu spada na mnie z nieba białe pierze z rozprutych poduszek.

W moim ocenzurowanym dzieciństwie i młodości o Żydach nie pisało się zbyt wiele ani nie mówiło – przynajmniej w moim środowisku. Do dwudziestego trzeciego roku życia nie widziałam ani jednego żywego Żyda i nie znałam też nikogo, kto by go znał. Dla mnie Żydzi, podobnie jak Rzymianie czy dinozaury, należeli do historycznej przeszłości. Byli mitycznym postaciami, niegdyś żyjącymi w moim kraju, z którymi u początków czasu przymierze zawarł sam Bóg, a później nagle – tak jak to się przydarzyło Weiserowi Dawidkowi – zniknęli w tajemniczy sposób i już nigdy nikt ich nie widział aż do czasu, kiedy w Polsce zaczęto twierdzić, że każda osobistość znana z prasy czy telewizji ma żydowskie korzenie i kiedyś używała zupełnie innego nazwiska.

Przez lata studiów nawet przez chwilę nie przypuszczałam, że na wykładach przez cały czas siedziała niedaleko ode mnie, w środkowym rzędzie, owa tajemnicza istota zwana Żydówką. Nie ta opisana, namalowana, zagrana przez aktorów, tylko prawdziwa. Z krwi i kości. „Gdybyś się jej lepiej przyjrzała, pewnie od razu odkryłabyś sekret jej pochodzenia”, tak twierdzili znajomi studenci, pytając mnie z niedowierzaniem: „Naprawdę, że wiedziałaś, że ona jest Żydówką? Zasymilowaną, ale jednak! Przecież wszyscy o tym wiedzieli! Nie zauważyłaś semickich rysów twarzy?! Nie mogłaś jej przegapić! W końcu sto dwadzieścia osób na roku to nie aż tak wiele”. „Ależ jesteś roztargniona!”, wyrokowano i kręcono z dezaprobatą głową.

„Spotykałyśmy się tylko na wykładach”, próbowałam się tłumaczyć, jakby znajomość tego, kto jest, a kto nie jest Żydem, była regułą obowiązującą wszystkich Polaków i miała jakiekolwiek znaczenie. „Jej nazwisko nie brzmiało po polsku, ale dla mnie było po prostu obce i tyle… Bo przecież wiecie…”, plątałam się nieprzekonująco. „Studiujemy w Gdańsku – mieście Niemców, a nie Żydów, więc czemu się dziwicie, że Goldberg[**] współgrało mi z kamienicami Zierenbergów, Schumannów, Uphagenów czy Steffensów oraz niemiecką nazwą miasta: Danzig?” Nie myślcie, że nie zauważyłam jej egzotycznej urody: falujących włosów, migdałowych oczu, podłużnego kształtu twarzy, mocno zarysowanych brwi i wąskiego, prostego nosa. Mnie kojarzyła się po prostu z bizantyjską Madonną z katolickich kościołów.

Moja „madonna” o imieniu Ewa w nowym semestrze często siadywała koło mnie na wykładach. Zaprzyjaźniłyśmy się. Pod koniec roku akademickiego, w uniwersyteckim barku, pomiędzy jednym a drugim łykiem herbaty, Ewa spytała:

– Może masz ochotę wybrać się ze mną na wakacje do Izraela? Jadę do mojej rodziny w Ramat Ganie. Załatwiłabym ci zaproszenie i nocleg w mieszkaniu krewnych z Tel Awiwu, którzy w tym czasie będą za granicą w Stanach.

Z wrażenia poparzyłam się herbatą. Cóż za pytanie?! Pewnie, że chciałam! Izrael wydawał mi się jednym z najbardziej egzotycznych miejsc na Ziemi, a Żydzi od lat mnie interesowali. Jak mogłam przegapić taką okazję?

Izrael po raz pierwszy

Kiedy pierwszy raz przyleciałam do Izraela, w 1989 roku, lotnisko im. Ben Guriona było małe, zatłoczone i przestarzałe. Funkcjonowało w tym samym miejscu od czasu, gdy je zbudowali Brytyjczycy w latach trzydziestych XX wieku, w okresie brytyjskiego mandatu nad Palestyną. Mogło wtedy przyjmować pięć, nie zaś szesnaście milionów pasażerów rocznie, i nie przypominało w niczym lotniska dzisiejszego, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, nowoczesnego, zbudowanego z kamienia jerozolimskiego, szkła i stali nierdzewnej, z dwoma synagogami, trzema bankami, liczącą dziesięć tysięcy metrów kwadratowych powierzchnią handlową, dwudziestu czterema ruchomymi mostami powietrznymi łączącymi terminal lotniczy bezpośrednio z samolotami, zapewniającymi podróżnym wygodne przejście do budynku portu lotniczego.

Moje lądowanie w czasach przed ogłoszeniem przez Airports Council International lotniska im. Ben Guriona „najbardziej przyjaznym na świecie” było mniej komfortowe. Opuściwszy samolot, musiałam wsiąść do autobusu, aby podjechać do sali odpraw paszportowych. W Warszawie temperatura wynosiła osiem stopni Celsjusza i lało. Ubrałam się w wełniany sweterek z moheru w morskim kolorze, więc kiedy po przylocie stanęłam w drzwiach samolotu, uderzyła we mnie fala gorącego powietrza, jakbym otworzyła wrota piekieł. Instynktownie cofnęłam się do tyłu, nadeptując komuś na nogę.

„O! Mamy szaraw”, ze znawstwem skomentowała Ewa. „Znajomi pisali, że dzisiaj będzie wyjątkowo gorący dzień z wiejącym od pustyni suchym wiatrem. Zapomniałam ci o tym powiedzieć”, dodała usprawiedliwiająco, widząc moją szamotaninę ze swetrem. „Lubię słońce”, oświadczyłam niezbyt mądrze, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że akurat tego dnia zza grubej zasłony kurzu i drobniutkich cząsteczek piasku unoszących się w powietrzu słońca nie było widać. Byłam przerażona upałem o nieznanej dla mnie skali. To ma być suchy wiatr?, dziwiłam się, obserwując litry potu, jakie moje ciało wydzielało w zwariowanym tempie z każdego poru skóry. O, Boże, przecież ja tu umrę z gorąca!, pomyślałam i nie dając po sobie niczego poznać, z miną Angielki z Kolonii Indyjskich paradującej w skwarze w kilku warstwach sukna, zeszłam na płytę lotniska w lepiącej się do ciała koszulce z długim rękawem. Już po chwili dostrzegłam angielskojęzyczny transparent nad wejściem do budynku portu lotniczego: Welcome to Israel, wiszący obok jakiegoś hebrajskiego tekstu, którego za nic nie potrafiłabym odczytać. Ewa przetłumaczyła na język polski archaiczną sentencję powitania, pasującą bardziej do czasów żydowskiego króla Salomona niż do epoki nowoczesnego lotniska: Bruchim ha'baim le'Israel – Błogosławieni przybywający do Izraela. Byłam przekonana, że w państwie, do którego przyleciałam, wszyscy muszą być religijni i bogobojni.

Ustawiłyśmy się do odprawy paszportowej. Obok nas w kolejce dla obywateli Izraela stała kobieta ubrana w staroświecką sukienkę z długimi rękawami. Najwyraźniej nosiła perukę, bo jej włosy o jednolitym kolorze zbyt idealnie były ułożone i sztywne, by mogły być prawdziwe. Towarzyszył jej pan z brodą i pejsami, w czarnych spodniach, czarnej kapocie, białych podkolanówkach i w kapeluszu na głowie. Trzymała za ręce dwóch podobnych do siebie chłopców w białych męskich koszulach z dziwnymi frędzlami ze sznurka po bokach. Kręcone kosmyki włosów, nieproporcjonalne długie w stosunku do całej fryzury, mieli założone za uszy, na głowach identyczne czarne, aksamitne jarmułki ze złotym wzorem. Wyglądali jak replika ojca z rysunków typu: „znajdź piętnaście szczegółów różniących jeden obrazek od drugiego”. Brakowało wprawdzie brody, kapelusza, chałatu i jakichś pięćdziesięciu centymetrów wzrostu, ale poza tym stanowili pomniejszoną kopię dorosłego mężczyzny. Byłam prawie pewna, że są Żydami. Najprawdziwszymi, takimi, jakich opisał Singer. Przypominali mi statystów z filmu historycznego.

– To Żydzi, prawda? – zwróciłam się szeptem do mojej towarzyszki podróży.

– Hmm – potwierdziła Ewa.

– A tamten chłopak w szydełkowej jarmułce na głowie, ubrany w dżinsy i niebieską koszulkę firmy Nike?

– Oczywiście, Żyd – odpowiedziała Ewa, nie rozumiejąc, o co mi chodzi. – Przecież jesteśmy w Izraelu! Prawie wszyscy ludzie w obsłudze lotniska i ci, których zobaczysz po wyjściu z niego, będą Żydami! Ci sprzedający w bufecie młodzi ludzie i ci sprawdzający bagaże, ta pani sprzątająca lotnisko i ci wszyscy kierowcy samochodów na ulicy.

Tylu Żydów w jednym miejscu?, zdziwiłam się w myśli. Przecież oprócz tamtej rodziny z kolejki oni nie wyglądają na Żydów! Gdzie podziały się „długie nosy”, druciane okulary intelektualistów, uduchowione, mistyczne oczy synów narodu wybranego? Dlaczego oni golą się, zamiast zapuszczać brody mędrców i nie ubierają się w kaftany ani nie noszą jarmułek? Co to za dziwny język, którym mówią? Nie przypomina żadnego znanego mi języka!

Powoli docierał do mnie fakt, najbardziej chyba zrozumiały i w nikim oprócz mnie niebudzący zdziwienia: skoro to państwo żydowskie, właśnie Żydów można tu spotkać, i to masowo. Oczywiście zdawałam sobie z tego sprawę, ale jakoś nie utożsamiałam ich ze współczesnymi Izraelczykami. Izraelczycy byli dla mnie jakimś nowym tworem narodowym, niemającym zbyt wiele wspólnego z polskimi Żydami, którzy kiedyś mieszkali w mojej ojczyźnie.

W Polsce nawarstwiło się wiele stereotypów i nieporozumień wokół mieszkańców Izraela. Jedni nie widzieli związku między Izraelczykami (nazywanymi przez nich czasami, zgodnie z biblijną terminologią, Izraelitami) a Żydami, traktując ich jako dwie różne kategorie narodowościowe. Drudzy stawiali znak równości między Izraelczykami a Żydami, przenosząc na Izraelczyków swoje poglądy dotyczące Żydów polskich. Ci zaś funkcjonowali w trzech stereotypowych perspektywach: „Żydów mitycznych” – narodu wybranego, wyjątkowego, wyidealizowanego; „Żydów – symbolu ludu uciskanego”, uniwersalnego dogmatu Ofiary i minionego świata zgładzonego w drugiej wojnie światowej; oraz „Żydów – kozłów ofiarnych”, obiektów ataków antysemickich, przedstawicieli dyskryminowanego narodu, który obarcza się winą za wszystkie możliwe niepowodzenia, własną frustrację, źle prosperującą gospodarkę, przegrane wybory, za śmierć Chrystusa. Odpowiadały temu trzy postawy wobec owych abstrakcyjnych Żydów (nie znało się ich wszak na co dzień, co uniemożliwiało realistyczną ocenę): idealizująca, oparta na fascynacji Żydami i bezkrytycznej ich gloryfikacji, przypisująca im cechy wręcz magiczne; chrześcijańsko-współczująca, wynikająca z empatii dla krzywdzonych, słabych i cierpiących; antysemicka – agresywna, nacechowana nieufnością, obcością, strachem, wrogością i nienawiścią.

Pierwsze minuty mojego pobytu w Izraelu uświadomiły mi, że kwestia żydowskości i izraelskości jest o wiele bardziej skomplikowana i niejednoznaczna, niż mi się wydawało. Do słownika pojęć związanych z Żydami należącymi do narodu żydowskiego, którzy są wyznawcami religii mojżeszowej, musiałam dodać pojęcie „Izraelczycy” i to, jak oni sami swoją żydowskość rozumieją.

Zaskoczenie

Oglądanie Izraela z okna wiozącej nas do Tel Awiwu taksówki pogłębiało moje uczucie zawodu. Na ulicach nie było Beduinów na wielbłądach ani brodatych mężczyzn z pejsami na osiołkach. Przechodnie przypominali wielkomiejski tłum w Polsce. Jedyną egzotykę, jakiej mogłam się dopatrzyć, stanowił niecodzienny dla mnie widok izraelskich żołnierzy i żołnierek uzbrojonych w amerykańskie karabiny maszynowe M16, a także młodych chłopców w sandałach, ubranych po cywilnemu, i dziewczyn wychodzących ze sklepów z plastikowymi reklamówkami, ale i z przewieszonymi przez ramię długimi, sięgającymi im prawie do kostek, karabinami noszonymi nonszalancko niczym rodzaj torebki.

Zanim wyruszyłam do Izraela, byłam przekonana, że jadę do pustynnego kraju, prymitywnego i zaniedbanego, z nielicznymi drzewami, bez nowoczesnych dróg i wieżowców. Reliktu przeszłości, w którym w każdej chwili może zacząć się wojna, gdzie więcej jest terrorystów i żołnierzy niż cywilów, a piękne czarnookie kobiety w otoczonych palmami oazach na pustyni czerpią wodę do glinianych dzbanków.

Dopiero tu, na autostradzie, widząc samochody wszystkich światowych marek (w Polsce jeździło się w tym czasie fiacikami, a polonez wielu ludziom wydawał się luksusem), mijając nowoczesne budynki o śmiałej architekturze i luksusowe dzielnice willowe, zrozumiałam, że kraj z moich wyobrażeń niewiele ma wspólnego z Izraelem, jaki jawi się przed moimi oczyma. Zdumiona powiewającymi swobodnie z aut, domów i przydrożnych słupów flagami z Gwiazdą Dawida – mnie kojarzyła się ona dotąd z Szoah albo z aktami wandalizmu na kolejowych wiaduktach – oburzałam się w myśli: Skąd tu tylu antysemitów? Dlaczego się na to pozwala?

Mijając po drodze zielone pola i palmy, przypominające olbrzymie ananasy czy gigantyczne wyrastające ponad ziemię marchewki, mimo wszystko poczułam jednak powiew egzotyki. Miała cierpki i słodki jednocześnie zapach z kwaskowatą nutą. Trochę przypominał mi skoszoną trawę, papierówki tarte na jabłecznik i lekko mdłą słodkość gruszek.

– Co tak pachnie? – spytałam wiozącego nas taksówkarza.

– Gujawa – odparł, wzruszając ramionami, jakby było to oczywiste. – Co, jeszcze ją czuć? – zapytał, odwracając głowę w moim kierunku. W jego głosie nie było drwiny.

Jak mogłabym nie poczuć czegoś tak intensywnego?, myślałam. Zapach nachalnie wgryzał się w każdą rzecz. Nie potrafiłam zdecydować, czy go lubię czy nie. Mnie wydał się po prostu zapachem Izraela i dziwiłam się, że nie jest to aromat cytrusów.

– Tylko trochę – odpowiedziałam, siląc się na grzeczność.

– To taki owoc trochę podobny do guzowatej gruszki, prawda? – spytała Ewa.

– Uhm – potwierdził taksówkarz.

Popatrzyłam na nią z uznaniem. Ona wiedziała o tym świecie znacznie więcej niż ja.

– Piękna melodia, oparta na ćwierćtonach… typowo wschodnia! – zagadnęłam znowu taksówkarza, chcąc zaimponować Ewie swoją wiedzą.

– Takie właśnie lubię. Jestem z Iraku – ożywił się kierowca, młody chłopak o śniadej skórze w trykotowej koszulce z napisem YES.

– Z Iraku? – zdziwiłam się. – I jako Arab nie ma pan problemu ze znalezieniem pracy?

– Jaki Arab! Jestem Żydem! Mój ojciec był „więźniem Syjonu” – w głosie taksówkarza momentalnie odezwała się irytacja.

Żyd. Nie Arab!, zanotowałam w pamięci. Do tej pory wydawało mi się, że Żydzi głównie pochodzą z Polski lub Europy, a mieszkają w USA. Jakoś nikt mi nigdy nie opowiadał o Żydach z Iraku.

– A ta piosenka jest po hebrajsku?

– Po hebrajsku – odpowiedział trochę już uspokojony Izraelczyk.

– Piękna! Taka melodyjna, rzewna, romantyczna, trafiająca wprost do serca. Pewnie o jakiejś tragicznej miłości? – próbując udobruchać kierowcę, przesadzałam z pochwałami.

– Nie. To reklama środków przeczyszczających – zimnym tonem poinformował mnie taksówkarz, zmieniając program na wiadomości.

Miłość mieszka pod numerem drugim

Stałam właśnie przed drzwiami wejściowymi do budynku położonego naprzeciwko parku w Ramat Ganie. W ręku trzymałam małą karteczkę z adresem i nazwiskiem rodziny, u której miałam dorywczo pracować. Brakowało jednak numeru mieszkania. Tuż koło skrzynek na listy wywieszono wprawdzie spis lokatorów, ale nic z niego nie rozumiałam. Pisany był od prawej do lewej, znakami podobnymi do wyrytych na nagrobkach ludzi obcej wiary, mieszkających kiedyś w mojej ojczyźnie. Nie potrafiłam nic odczytać. Zapukałam do pierwszych zauważonych drzwi, do których framugi przymocowany był mały podłużny pojemnik, jak się później dowiedziałam, nazywany przez Żydów mezuzą. Otworzyła mi wysoka, szczupła kobieta o surowej twarzy i wąskich ustach. Nie zrozumiała mojego polskiego ani rosyjskiego. Kiedy przeszłam na angielski, odwróciła się i zawołała: „Ejal!”. I najwidoczniej przez pomyłkę (wolę nie myśleć, że z innego powodu) zamknęła mi drzwi tuż przed nosem. Nie byłam pewna, co powinnam zrobić. Czekać czy sobie pójść? Co oznaczało słowo, które powiedziała? Brzmiało jak imię, choć równie dobrze mogło oznaczać cokolwiek innego. Na szczęście, nie musiałam zbyt długo się zastanawiać. Tym razem drzwi otworzył mi młody chłopak: wysoki, szczupły i chyba przystojny, choć nie mogę przysiąc; byłam zbyt onieśmielona jego spojrzeniem, by przyjrzeć mu się uważnie. Zapamiętałam tylko jego pociągłą fizjonomię, przypominającą Jezusa ze świętych obrazów, i brązowe oczy uważnie lustrujące moje szaroniebieskie. Tego dnia nie wyglądałam najlepiej: miałam mocno podkrążone po parnej nocy oczy, włosy zebrane byle jak w kucyk, byłam spieczona od słońca, ubrana w niezbyt atrakcyjną bluzkę ze śladami potu pod pachami i na dodatek bolała mnie głowa. Widocznie piłam za mało wody. Pewnie widzi, jak strasznie wyglądam, wyjaśniłam sobie jego przedłużające się milczenie i bezruch, żałując jednocześnie, że zapukałam do tych, a nie innych drzwi. Stojąc tam, wstydziłam się sama przed sobą swego zaniedbania i kiepskiej znajomości angielskiego, który widocznie okazał się niezbyt zrozumiały, skoro chłopak nadal nie odpowiadał na powtórzone przeze mnie pytanie. Dopiero po chwili niezręcznej, wlokącej się w nieskończoność ciszy skinął głową i bez słowa poprowadził mnie na trzecie piętro, do mieszkania po lewej stronie. Zapukał za mnie i odszedł bez pożegnania.

Co za gbur!, pomyślałam, snob jeden! Nie wysilił się nawet na jedno życzliwe słowo czy uśmiech! Za kogo on się uważa? A może jest niemową?, skorygowałam swoje opinie i zrobiło mi się głupio, że mogłam tak źle pomyśleć o biednym kalece.

Już po latach, kiedy byliśmy małżeństwem i zapytałam Ejala, co sobie wtedy pomyślał o mnie w tej bluzce w wypłowiałym kolorze, odpowiedział mi zwrotem jak z książkowych romansów: „Kiedy tamtego dnia otworzyłem drzwi, zobaczyłem przed sobą najpiękniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek w życiu widziałem, i z wrażenia nie mogłem oddychać”. Było to jedno z najbardziej intymnych wyznań, jakich dane było mi wysłuchać (Ejal nie lubi mówić o swoich uczuciach i prawie nigdy tego nie robi). Nie wyjaśnił mi też przekonująco, dlaczego się wtedy do mnie nie odezwał. Może dlatego, że od zawsze był milczkiem? Do czwartego roku życia nie mówił, choć nie było po temu żadnych fizycznych, emocjonalnych czy psychicznych powodów. Być może wytłumaczenia należałoby szukać w postawie jego matki wychowanej w skromnej, ubogiej rodzinie brazylijskiego rabina, spędzającej czas w domu z dziećmi, która dobrze gotowała, dbała o czystość i schludne ubrania, ale przeciwna była wszelkim zbędnym odgłosom, wliczając w to muzykę, zwierzęta i mówienie wykraczające poza praktyczną konieczność.

Kiedy po kilku godzinach wyszłam na parking przed budynkiem, chłopak z pierwszego piętra wybrał się właśnie myć zupełnie czysty samochód. Przeszedł koło mnie, nie spojrzawszy nawet w moim kierunku. Podczas kilku moich kolejnych wizyt Ejal kręcił się koło swojego samochodu, sprawdzając olej, ilość powietrza w dętce, jakość dźwięku w samochodowym radiu i zawsze „właśnie” wychodził od siebie w momencie, kiedy pojawiałam się koło jego domu. Tego dnia podszedł do mnie z jakąś starą szmatą w ręku i z poważną miną, jakby miał do przeprowadzenia jakąś finansową transakcję, powiedział po angielsku (a jednak potrafił mówić!): „Jadę na zajęcia na uniwersytet do Tel Awiwu” (nieprawda, nie miał wtedy zajęć). „Może gdzieś cię podwieźć?”.

Tak, wykrztusiłam zaskoczona, nie wiedząc, jak wymigać się od propozycji. Z niechęcią wsiadłam do najczęściej spotykanego tam wtedy samochodu marki Subaru, nie przypuszczając nawet przez chwilę, że przypieczętowuję tym samym swój los i półtora roku później, po wyjeździe z Izraela, spotkaniach z Ejalem w Polsce i podczas kolejnego pobytu w Izraelu, na własne życzenie wpakuję się w prawdziwą wojnę, z którą w dodatku jako nie-Żydówka nie będę miała nic wspólnego. No, prawie nic, bo Ejal oświadczył mi się dokładnie w przeddzień zbombardowania Iraku przez amerykańskie lotnictwo i pierwszej wojny w Zatoce Perskiej.

Wojna na własne życzenie

Giwatajim, gdzie wtedy wynajmowaliśmy razem z Ejalem małe mieszkanko, opustoszało. Izraelczyków na ulicach telawiwskiej metropolii, najbardziej zagrożonej atakami, prawie nie było widać. Wyjechali na prowincję, do rejonów graniczących z arabskimi osiedlami, gdzie podobno miało być najbezpieczniej. Ewa mieszkała już w tym czasie w Nowym Jorku jako żona Dava, amerykańskiego Żyda poznanego w Izraelu tego lata, kiedy przyjechałyśmy razem do Tel Awiwu. Znajomi Polacy, przeważnie pracujący w Izraelu „na czarno”, po pierwszej informacji o prawdopodobnym ataku wojsk irackich na Ziemię Świętą wrócili do Polski, podobnie jak wszyscy turyści. Ejal w wojskowym mundurze wyruszył na stanowisko przeciwlotnicze gdzieś koło Hadery. Władze Izraela, przewidując atak na swoje państwo, wszystkim pozostałym w rejonie zagrożenia mieszkańcom poleciły nie opuszczać domów wyposażonych w schrony. Po pustych ulicach miast wałęsały się tylko bezdomne koty.

W dzieciństwie przeżywałam wojnę w snach. Niemcy gonili mnie, torturowali, zamykali w obozach koncentracyjnych. Często budziłam się z krzykiem. Dziękowałam Bogu, że urodziłam się w 1965 roku i mój koszmar rozwiewa się rankiem. Tym razem nie śniłam jednak i byłam dosłownie sama. Bez rodziny, przyjaciół. Na obczyźnie. Samotne, bezczynne dnie spędzałam w pustym mieszkaniu, oglądając CNN. W tamtych dniach nie rozstawałam się z magicznym, tekturowym pudełkiem, w którym miałam maskę gazową, lekarstwa i zastrzyki z atropiny. Niepokoiłam się, ale mimo wszystko łudziłam, że Irak nie zaatakuje Izraela. Dlaczego miałby to zrobić?, przekonywałam sama siebie, przecież prowadzi wojnę z Iranem i ze Stanami Zjednoczonymi, a nie z Izraelem! Kiedy nad ranem obudziło mnie dudnienie, świst i wycie syren, wiedziałam już, że się myliłam. Dom się zatrząsł. Bałam się, że za chwilę runie. Spadały pierwsze Scudy. Siedziałam w cheder ha'atum – pokoju specjalnie uszczelnionym na wypadek użycia broni chemicznej, słuchałam komunikatów radiowych i powtarzanego przejmującym głosem ostrzeżenia: Azaka! Azaka! Hatkafat tilim al Israel! Alarm! Rakietowy atak na Izrael! W chwili detonacji, stojąc w masce gazowej, przyciskałam się plecami do ściany, próbując opanować drżenie mięśni. O wiele bardziej niż śmierci bałam się przygniecenia betonem i uwięzienia między zawalonymi stropami. Byłam młoda. Lubiłam tańczyć i nie chciałam być kaleką. W Polsce czekał na mnie syn, Maciek, ze zbyt pośpiesznie zawartego studenckiego małżeństwa, które szybko się rozsypało. Jemu byłam potrzebna.

Po każdym ataku na ulicach pojawiali się ludzie ustawiający się przed budkami telefonicznymi. Każdy chciał poznać los swoich najbliższych i jak najszybciej uciec w bardziej osłonięte miejsce. Ja nie miałam do kogo dzwonić. Ejal stale zajęty był na stanowisku przeciwrakietowym w Haderze, a oprócz niego nie miałam w Izraelu przyjaciół. Gdyby coś mi się stało, nikt by tego nawet nie zauważył. Dziesięciu dni i dziesięciu nocy, w większości spędzonych w dusznym cheder ha'atum, nigdy nie zapomnę.

Po powrocie Ejala nocne syreny wydawały się mniej złowrogie. Były już o wiele rzadsze i nie czyniły takiego spustoszenia jak na początku ataków, a później wszystko się uspokoiło. Ja jednak nie potrafiłam. Nie spałam po nocach. Kiedy zasypiałam nawet na krótko, budziłam się z krzykiem. W myślach wracały do mnie sceny z ataków i trudno przychodziło mi skoncentrować się na czymkolwiek. Syreny karetki pogotowia czy policji sprawiały, że oblewałam się potem ze strachu. Podrygiwałam nerwowo na dźwięk przekręcania kontaktu przy zapalaniu światła, dzwonka u drzwi czy cichego pukania. Było to nawet zabawne. Ja też sama z siebie się śmiałam, ale i zdarzało się, że ze śmiechu przechodziłam w nagły płacz. Byłam zmęczona Izraelem. Wiedziałam, że Ejalowi już nic nie grozi, i mogłam wyjechać bez poczucia dezercji. Wojna udowodniła mi, że Ziemia Święta nie jest dla mnie, a tym bardziej dla mojego syna właściwym miejscem.

Zaślubiny

Z objawów stresu pourazowego można się wyleczyć. Do miłości można próbować się nie przyznawać. Udawać, że się ją zapomniało, wymieniło na coś innego, mniej dramatycznego, zlekceważyło lub przepędziło argumentami o strachu, obcej religii, konieczności rozstania z bliskimi czy czymkolwiek innym. Czasami to się udaje, czasami zaś nawet najtrafniejsze i bardzo rozsądne argumenty nie pomagają. Mnie i Ejalowi przydarzyła się ta druga możliwość.

Ślub wyznaczyliśmy na czas, kiedy w Warszawie rozpoczynała się złota polska jesień. Mój importowany z Ziemi Świętej narzeczony – wysoki chudzina, z niedowagą dziesięciu kilogramów – jako żywo przypominał zięcia Tewjego Mleczarza z legendarnego, reżyserowanego przez Jerzego Gruzę, w 1984 roku, przedstawienia Skrzypka na dachu, którym w czasach studenckich w Gdańsku kilkakrotnie się zachwycałam. W dniu ślubu ubrał się w tureckie spodnie z modnymi szczypankami z przodu i w indyjską koszulę kupioną na bazarze pod Pałacem Kultury. Prawie dwukrotnie przepasał się polskim paskiem i w Urzędzie Stanu Cywilnego Warszawa-Wola stał z miną tak poważną, jakby właśnie zapadł na niego ostateczny wyrok. Zarówno granatowe paski, jak i zakładki na spodniach, mające optycznie poszerzać, nie sprawdziły się w wypadku Ejala. Co gorsza, dziwnie jakoś podkreśliły jego młodzieńczą, wiotką sylwetkę zakończoną pokaźnymi, białymi, amerykańskimi butami firmy Nike, w Polsce nazywanymi adidasami, w rozmiarze 47.

Na głowie Ejal miał szopę bujnych, falujących włosów tak pociągająco czarnych, że mój piętnastoletni brat, mysi blondyn (ten sam, który po latach ożeni się w Izraelu z Żydówką o włosach jeszcze bielszych niż jego), nie mogąc oprzeć się wrażeniu, „wypożyczył” sobie ich czerń i własnoręcznie ufarbował swoje proste jak druty włosy na upiorny kolor. A że przez pomyłkę wybrał trwałą farbę, przez jakiś czas straszył trupim kontrastem i prawie pożegnał się z edukacją w szkole średniej…

Ja również w dniu ślubu bez problemu zmieściłabym się (ach, gdzież podziały się te czasy?!) w tej samej kategorii wagi lekkiej lub nawet piórkowej. Wyglądałam bowiem, by posłużyć się określeniem mojej babci, jak „śmierć na urlopie”. Ubrana byłam w poszerzane w talii spodnie, zdobyte w Hofflandzie po odstaniu w długiej kolejce, w oliwkowym kolorze symbolizującym ojczyznę mego wybranka, białą bluzkę z falbankami, bo jakkolwiek by było, w szkole nauczono mnie, że na ważne uroczystości przychodzi się w białej bluzce (a to w końcu był mój ślub), na nogach miałam sandały kupione w sklepiku w okolicy Hali Mirowskiej w Warszawie. Razem wyglądaliśmy tak chudo, młodo i biednie, jak potrafili wyglądać tylko studenci w początkach lat dziewięćdziesiątych. Po drodze na uroczystość zaślubin gojki[12] z Żydem kupiliśmy od ulicznej kwiaciarki bukiet za kilka złotych, a kiedy okazało się, że moja bratowa, Barbara, jedna z czworga zaproszonych przeze mnie gości, jeśli nie liczyć tłumacza, przyszła z piękną wiązanką, zamieniłyśmy się i takim oto sposobem stałam się właścicielką misternie ułożonych kwiatów, które w zdenerwowaniu skubałam płatek po płatku.

Nasi goście: bratowa i trzej bracia (w tym jeden niepełnoletni, ów fałszywy brunet), na naszą prośbę wszyscy w koszulkach i dżinsach, pełnili bardzo ważne funkcje: dwóch było świadkami, trzeci – fotografem, a bratowa reprezentowała gości.

Jedyną osobą niepasującą do całości widowiska był tłumacz przysięgły z języka hebrajskiego, który za przywilej półgodzinnego uczestnictwa w uroczystości pobrał zawrotną sumę stanowiącą równowartość całego mojego studenckiego stypendium wraz z rentą otrzymywaną po śmierci mamy, pozbawiając nas w ten sposób kłopotu zapraszania liczniejszego grona gości. Widocznie dla niego owa suma nie okazała się zbyt zachęcająca, bo w dniu poprzedzającym nasz ślub zadzwonił do mnie z oświadczeniem, że niezbyt dobrze się czuje i raczej woli zostać w domu, niż pałętać się po mieście, tłumacząc akt desperacji zwany też małżeńskim. Zaciskając grzecznie zęby, pożyczyłam mu zdrowia i poszłam wypłakać się do łazienki z powodu anulowania ślubu, który, między nami mówiąc, i tak miał być trochę „na próbę”. Ani ja, ani mój narzeczony nie za bardzo wierzyliśmy we wspólne życie, tym bardziej że z powodu nieukończonych studiów Ejala musiało ono, przynajmniej przez najbliższe trzy lata jego nauki, toczyć się w Izraelu. Mimo wszystko chcieliśmy spróbować.

Znalezienie w ciągu jednego dnia innego tłumacza z rzadkiego w tamtych czasach języka narodu wybranego było niemożliwe, a bilet powrotny Ejala, najtańszy, bez możliwości zwrotu, czekał już na niego z datą wyznaczoną na najbliższe dni. W sytuację wmieszał się jednak mój mniej ustępliwy narzeczony i przemawiając językiem biblijnym, przemieszanym z inwektywami zapożyczonymi ze wszystkich innych, jakie mu przyszły do głowy (to było jego najdłuższe w życiu przemówienie), doprowadził do cudownego wyzdrowienia chorego, który nazajutrz stawił się w urzędzie bez żadnych oznak niemocy.

Czterdziestoletni pan w okularach, jak przystało na warszawski ślub zagranicznego narzeczonego wywożącego z Polski to, co miała najcenniejszego – piękną białogłowę, ubrany był w trzyczęściowy elegancki garnitur z jedwabną chusteczką w klapie, białą koszulę z krawatem i świecące lakierki. Czekając obok nas na początek ceremonii, nawet przez chwilę pewnie nie pomyślał, że te dzieciaki obok niego to jego klienci, podobnie jak my nie mogliśmy sobie wyobrazić, że ten elegancki pan właśnie nas ma reprezentować.

Staliśmy więc obok siebie w korytarzu przed salą ślubów, nie podejrzewając siebie nawzajem o jakikolwiek związek i denerwując spóźnieniem drugiej strony, aż do momentu, kiedy cała uroczystość omal nie została anulowana z powodu nieobecności obecnych.

Po raz kolejny ceremonia o mały włos, a nie doszłaby do skutku i nie skończyła się złożeniem podpisów na małżeńskim certyfikacie z powodu zupełnie nieplanowanego niepohamowanego ataku śmiechu panny młodej i zarażonych nim gości, co przez urzędniczkę ze złotym łańcuchem na szyi zostało ocenione jako akt „znieważający urząd państwowy”. Na szczęście pan młody znów stanął na wysokości zadania. Z pomocą niezachwianej w niczym powagi i dostojeństwa tłumacza uspokoił srogą panią co do swoich poważnych zamiarów.

Szczęśliwie zaobrączkowani pożyczonymi od starszego brata obrączkami, udaliśmy się do „domu weselnego” – dwudziestodwumetrowej kawalerki Joasi, mojej koleżanki poznanej podczas pierwszej wizyty w Izraelu, u której mieszkałam przez ostatnie wakacyjne miesiące z Ejalem i Maćkiem. Ucztę kulinarną, złożoną z ulubionych kotletów schabowych (pan młody nie miał z tym żadnego problemu), ziemniaków z koperkiem, surówki z kapusty oraz ciasta z cukierni pod blokiem, przyrządziliśmy własnoręcznie z Ejalem.

Niestety, czasami drogo trzeba płacić za popełnione błędy – i to właśnie zdarzyło mi się w dniu mojego ślubu. Kilka lat wcześniej byłam starościną na „prawdziwym” weselu mojego brata: z panną młodą w pięknej białej sukni, dziesiątkami gości, orkiestrą i całonocną ucztą z mnóstwem dań. Niefortunnie położywszy się o północy „chwilkę odpocząć”, nie pozwoliłam się już obudzić i bezczelnie przespałam całą miesiącami przygotowywaną „z pompą i paradą” celebrację nowego małżeńskiego stadła. Pamiętając mój wybryk, dwoje z czworga gości, śpiesząc do swego pierworodnego syna, opuściło mnie i mojego świeżo poślubionego męża i nie uraczyło się nawet wspaniałym obiadem, czego do dziś żałuje, i słusznie! Udał nam się bowiem wyjątkowo smaczny. Niestety, mój brat i bratowa nie wzięli też udziału w programie rozrywkowym zapowiedzianym na tę doniosłą uroczystość: spacerze do pobliskiego kina. Chcecie wiedzieć, jaki film grano w dniu mojego ślubu? Nie pamiętam. Z natłoku wrażeń zasnęłam w trakcie. Musiał chyba być dobry, bo do tej pory mój najmłodszy brat – weselny fotograf, ten od farbowanych włosów – wspominając tamtą uroczystość, patrzy na mnie z podziwem, kręci głową i mówi: „Siostra, to było WESELE!”.

Odmiana losu

Moje stare życie zmieściło się w dwóch torbach. Oprócz ubrań, wiecznego pióra, kałamarza z niebieskim atramentem, znalazły się w nich zdjęcia, ulubione książki i osiemnaście czarnych talerzy. Nigdy takich wcześniej nie widziałam w sklepach. Nie porcelanowe, tylko ceramiczne, nie okrągłe, tylko kwadratowe. Ich szokująca na białych obrusach czerń, niepokryta lakiem, chropowata, matowa i gęsta, miała w sobie jakby drugi wymiar pod warstwą farby. Wydawało mi się, że gdybym ją zaczęła rozdrapywać paznokciem, odkryłabym jakąś nową barwę, niewidzianą przez nikogo przede mną. Nie próbowałam jednak tego robić, ponieważ jestem dość praktyczną osobą, która przeważnie nie niszczy już pierwszego dnia swoich zakupów, choć czasami zostawia je gdzieś po drodze do domu, a gdzie – nawet nie potrafi sobie przypomnieć.

„Czarny anioł” – tak nazywał się zestaw, o czym informowała naklejka na spodzie. Nie wiem dokładnie, dlaczego nie tylko go kupiłam, ale i straciłam dla niego cenne kilogramy, na które mogłam sobie pozwolić, opuszczając Polskę i lecąc do Izraela. Talerze zdawały się idealnie pasować do mojej nowej rzeczywistości: oryginalne, zaskakujące, intrygujące swoim czarem. Wyzwalały we mnie uczucie ekscytującego oczekiwania z domieszką strachu, neutralizowanego z pomocą specjalnie kupionego na okazję przeprowadzki albumu zatytułowanego Układanki kwiatowe. Wyobrażałam sobie, że w Izraelu będę mieszkać w domu z dużym ogrodem i codziennie rano stroić pokoje mojego domu bukietami świeżo zerwanych kwiatów.

Kontrola bezpieczeństwa przed lotem na Okęciu była jak zwykle nieprzyjemna. Choć nie miałam nic do ukrycia, czułam się zdenerwowana i niepewna. Układając po kontroli rzeczy w walizkach, myślałam o tym, że znów, mimo złych doświadczeń, jadę do kraju formalnie w stanie wojny z wieloma państwami arabskimi, w tym z prawie wszystkimi sąsiadami. Wszak wiedziałam już, że rakiety spadające na domy w Izraelu to nie jest jeszcze jedna wiadomość w telewizji gdzieś z końca świata; one są rzeczywiste i dotyczą miejsca, gdzie zamierzam mieszkać. Lot do Izraela kojarzył mi się raczej z samobójstwem niż z podróżą poślubną. Pomyślałam o obietnicy Ejala, że po studiach spróbuje znaleźć pracę w Polsce i tam zamieszkamy. Popatrzyłam na trzymany w ręku bilet w jedną stronę i weszłam na pokład samolotu.

Przez cały lot do Tel Awiwu zastanawiałam się nad moim nowym życiem mającym się rozpocząć w Izraelu u boku mężczyzny (nazwałam go tak trochę na wyrost), który na wzór bohatera brazylijskiej opery mydlanej postanowił dla mnie walczyć ze swoim światem, by ten przyjął do własnego grona gojkę o odmiennej mentalności, pochodzącą z innej kultury i innego narodu, który, jak powiedział były premier Izraela Icchak Szamir, „antysemityzm wyssał z mlekiem matki”. Gdyby ktoś wtedy uważniej przypatrzył się Ejalowi, trudno by mu było w nim dostrzec, mimo tego imienia, odważnego bohatera, mędrca posiadającego monopol na prawidłowe odpowiedzi czy zuchwałego Don Juana, pożeracza serc niewieścich. Mój dwudziestoczteroletni mąż nie był też typem hipisa, który może spać ze swoją ukochaną pod gwiazdami, ani rozpieszczonym jedynakiem żydowskiego milionera. Był studentem ekonomii, przeciętnym chłopakiem z niedowagą i grzywą czarnych włosów, przekonanym, że przez przypadek znalazł sobie do kochania kogoś nie bardzo odpowiedniego, wręcz problematycznego – Polkę z kraju kojarzącego mu się z obozami koncentracyjnymi i ze spadkiem po socjalistycznym reżimie.

Swojej miłości był pewny, wątpliwa wydawała mu się za to rzeczywistość, w jakiej miał od tej pory żyć, opuściwszy dom rodziców, z kobietą i jej synem, mówiącymi w niezrozumiałym dla niego języku (ale czy jakikolwiek mężczyzna jest w stanie zrozumieć kobietę?). Nie potrafił jasno i pewnie odpowiedzieć ani sobie, ani jej, na wiele pytań: czy poradzą sobie finansowo – on jeszcze bez zawodu, ona niepotrafiąca nawet zapytać o drogę w języku kraju, w którym ma mieszkać? Gdzie będą pracowali? Za co żyli? Czy jego rodzice zaakceptują ją jako jego żonę bez ślubu pod chupą[13]? Czy jego żona będzie miała wystarczającą motywację, by schować do szuflady ciężko zdobyty dyplom magistra filologii polskiej nieprzydatny w Izraelu i nauczy się nowego zawodu, jednocześnie pracując, by mieć pieniądze na utrzymanie? Czy znajdzie nowych przyjaciół, pokocha święta bez śniegu i najbliższej rodziny siedzącej wokół stołu? Czy przestanie tęsknić za starym krajem? Zadomowi się w kraju, w którym szansę na deszcz ma się tylko czasami przez cztery zimowe miesiące, a przez resztę roku słońce tak praży, że ucieka się od niego jak od zarazy? Jak zaaklimatyzuje się jej syn? A jeśli nawet wszystkie odpowiedzi będą pozytywne, to czy oni okażą się parą na całe życie? Czy potrafią zbudować szczęśliwy dom i pozostać w nim aż do śmierci?

I ja, i mój mąż nie dość, że nie byliśmy pewni siebie i trwałości naszego związku, to jeszcze solidarnie wręcz wątpiliśmy w optymistyczną przyszłość rozpoczętą w Warszawie zaślubinami gojki z Żydem – aktem miłości, ale i biurokratyczną formalnością konieczną dla mojej emigracji. Z naszej niewiary wynikło postanowienie o zachowaniu tajemnicy: przez jakiś czas, rok, dwa (?) będziemy próbowali żyć razem, bez obrączek i przede wszystkim bez wtajemniczenia w nasze małżeństwo rodziców Ejala mających poważne obiekcje wobec ewentualnego ślubu najstarszego syna z nie-Żydówką, i to obarczoną dzieckiem (moi nie żyli, nie mogli ani nas pobłogosławić, ani być nam przeszkodą). Postanowiliśmy: jeśli będzie nam ze sobą dobrze, to wyjawimy wszystkim, że jesteśmy małżeństwem, jeśli nie, a tak pewnie się stanie i to szybko – trudno. Każde pójdzie swoją drogą i już!

Sekret

Nie wszystko w życiu da się przewidzieć. Któż mógłby pomyśleć, że pewnego dnia ojciec Ejala, leżąc na fotelu dentystycznym u rodzinnego stomatologa, z ustami ubezwłasnowolnionymi klamrami i znieczuleniem, zostanie zaskoczony gratulacjami z powodu dobrego stanu uzębienia (nie licząc górnej czwórki) swojej synowej, o której nie wiedział, że istnieje, a jego żona, Rina, pojawi się bez zapowiedzi w wynajętym mieszkaniu syna z hummusem, jego ulubionym daniem, kupionym okazyjnie w Jafie, i otworzywszy drzwi, niezamknięte na klucz, zastanie przywitana na progu przez tę samą dziewczynę, która szczęśliwie dla niej wyjechała z Izraela kilka miesięcy wcześniej do swojego kraju, a teraz, nie spodziewając się wizyty żadnych starszych pań, będzie stała przed nią tak, jak ją Pan Bóg stworzył, i na dodatek, śmiertelnie przestraszona, zacznie histerycznie krzyczeć przy wtórze głosu teściowej, nie mniej od niej zdesperowanej.

A wszystko dlatego, że tego dnia było nam wyjątkowo gorąco i Ejal postanowił wyskoczyć do sklepu po lody – mieliśmy się nimi wzajemnie ochładzać. Ja zresztą wcale nie byłam naga. Na szyi miałam potrójny sznur czerwonych korali, kupionych dzień wcześniej na arabskim bazarze w Jerozolimie, podobnych do tych, jakie ofiarowała mi kiedyś mama mojej mamy, podkreślając, że to „prawdziwy koral”, uważanych za „prostackie” przez mamę ojca. Mnie się jednak podobały – i te, i tamte. Kiedyś pasowały do mojej czerwonej plisowanej spódniczki, a teraz, w Izraelu, do czerwonej szminki, którą malowałam usta dla Ejala. Poza tym do drzwi, nawet otwartych i nawet tych należących do własnego syna, trzeba pukać!

Kiedy wreszcie udało nam się przestać wrzeszczeć na siebie z szeroko otwartymi z przerażenia oczami i podniesionymi rękami, moja teściowa, powiedziała coś nerwowo do mnie po hebrajsku i wyszła z mieszkania, zapominając o zostawieniu hummusu. Chyba miałam wtedy szczęście, że nie zrozumiałam, o co jej chodziło.

Znajomość z Riną od pierwszego spotkania nacechowana była nieufnością i brakiem porozumienia. I ona, i jej mąż (nie potrafię sobie przypomnieć, aby kiedyś odezwał się do mnie bezpośrednio) nawet wtedy, gdy oboje już wiedzieli, że pobraliśmy się z Ejalem, zachowywali się tak, jak gdybyśmy nadal nie byli małżeństwem i starali się trzymać ten fakt w sekrecie. My również podtrzymywaliśmy iluzję, mając nadzieję, że we właściwym momencie przyjdzie rozstrzygnięcie.

Pierwszy i jedyny raz rodzice Ejala przyszli nas odwiedzić razem dopiero w kilka lat po ślubie, podczas choroby Ejala. Przenieśliśmy się już wtedy z ulicy Weizman w Giwatajim, z jednopokojowego mieszkania w starym, zaniedbanym budynku, na sąsiednią ulicę Ben Cwi, do wynajmowanego, nowo wybudowanego trzypokojowego mieszkania z widokiem na ostatnie zielone wzgórze w mieście. Było to tuż po tym, jak pewnego sobotniego wieczoru młodszy brat mojego męża, uczeń liceum, niespodziewanie zaczął dobijać się do naszych drzwi. Kiedy przerażeni otworzyliśmy, Niw, nie patrząc się na mnie, złapał Ejala za koszulę i potrząsał nim histerycznie, krzycząc: „Ojciec płacze!!! Wszystko przez ciebie!”. Ejal tak jak stał, w filcowych kapciach, wybiegł z bratem na deszcz. Patrząc przez okno, widziałam go śpieszącego do samochodu, jakby od każdej mijającej sekundy zależało czyjeś życie. Myślałam, że nie wróci. Wrócił, nie powiedziawszy nawet słowa o tym, co się wydarzyło w domu jego rodziców.

Za każdym razem, kiedy wchodziłam do naszego nowego mieszkania, czułam się wybranką losu i to nie tylko dlatego, że wygraliśmy jego wynajem, konkurując z sześciu innymi parami, które chciały w nim mieszkać (okolica była zielona, budynek nowiutki o wysokim standardzie i niewygórowanym czynszu, stąd takie duże zainteresowanie). Mój syn Maciek, którego pobyt w Izraelu właśnie zalegalizowano, przyznając mu status stałego rezydenta, Maszi, jak nazwali go koledzy za sprawą blond włosów, miękkich i delikatnych, w dotyku przypominających jedwab, po hebrajsku meszi, mógł w nim wreszcie mieć swój pierwszy własny pokój.

Kim, moja i Ejala córka, przyszła na świat dopiero po dwunastu latach małżeństwa, w 2003 roku, w pierwszym własnościowym mieszkaniu, moim i Ejala, kupionym dzięki spadkowi po śmierci ojca Ejala. Kiedy widoczne z naszych okien wzgórze pokryło się budynkami nowej dzielnicy, nasza rodzina przeprowadziła się na drugą stronę tego wzgórza, do Ramat Ganu. Dopiero wtedy poczułam, że zaczynam oswajać się z Izraelczykami i Izraelem. Zanim się to jednak zdarzyło, upłynąć musiało wiele lat wzajemnej nieufności wynikającej przed wszystkim z faktu, że w kraju Żydów byłam nie-Żydówką. Godłem państwa, w którym żyłam, była menora – złoty świecznik z gałązkami oliwnymi i napisem „Israel”, od trzech tysięcy lat będący symbolem narodu żydowskiego; flaga – w formie białego prostokąta z niebieskimi pasami po bokach – wzorowana była na żydowskim szalu modlitewnym – tałesie, a podczas państwowych uroczystości śpiewano:

Dopóki w naszych dusz głębinie,

Serce żydowskie żywo bije,

Oko ku wschodowi się obraca,

I do Syjonu wciąż powraca[14].