Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie - Joanna Kuciel-Frydryszak - ebook
Opis

Poetka, wnuczka Tomasza Zana, przyjaciela Mickiewicza, dziś najczęściej przypominana jako sekretarz marszałka Piłsudskiego. Ona sama także bardziej od wierszy ceniła swoją karierę urzędniczki, dumna, że może służyć Polsce. Ale jej debiut poetycki zrobił furorę. Zachwyt wyraził Stefan Żeromski a Jarosław Iwaszkiewicz fascynował się jej wczesnymi wierszami i do końca pozostał jej czytelnikiem. Jej przekład Anny Kareniny do dziś nie stracił świeżości, a spory z redaktorami przeszły do legendy.

To opowieść o życiu poetki, która jest też zapisem czasów i jej zmagań z przeciwnościami: sieroctwem i samotnością, a także wyprawą do czasów i historycznych wstrząsów, które naznaczyły jej losy, czasem przynosząc zmiany na lepsze, a częściej – katastrofy. Na froncie I wojny światowej opatrywała żołnierzy, umarła pół roku przed zakończeniem stanu wojennego, zupełnie niewidoma.

Wielka dama i kontrowersyjna osobowość. „Jest ekscentryczna. Mówi zawsze, co innego, niż się oczekuje, wprost uosobienie przekory” – pisała o niej Maria Dąbrowska. Emancypantka, katoliczka, na pewnym etapie socjalistka mówiła, że nie interesują jej „podziałki polityczne” między ludźmi, ponieważ uznawała, że w każdym obozie politycznym są ludzie głupi i mądrzy oraz przyzwoici i niezbyt porządni.

 

 

 

 

Joanna Kuciel-Frydryszak – absolwentka Polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka, współpracująca m.in. z „Wysokimi Obcasami Extra” i dodatkiem „Gazety Wyborczej” „Ale Historia”; prowadzi zajęcia w Dolnośląskiej Szkole Wyższej.

Autorka biografii Słonimski. Heretyk na ambonie, nominowanej w najważniejszych konkursach na Historyczną Książkę Roku – im. K. Moczarskiego i O. Haleckiego.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta GRZEGORZ BOGDAŁ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Podczas pracy nad książką autorka korzystała ze stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Copyright © by Joanna Frydryszak Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-55-3
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

PAMIĘCI MOJEJ MAMY

.

Od czarnej słodyczy, jedwabnych snów

dusza powstaje i tęskni znów,

i wije wianki, i powrozy wije,

i zarzuca je gwiazdom i księżycom na szyję;

wychodzi z ciała na niebieski połów

i wraca z siecią pełną ptaków i aniołów

KAZIMIERA IŁŁAKOWICZÓWNA, POŁÓW

.

Fryburg, około 1907 roku.

1

NA FAŁSZYWYCH PAPIERACH.DZIADEK PROMIENISTY

„Urodziłam olbrzymkę!” – zapisała Barbara Iłłakowicz po wydaniu na świat swojej drugiej córki Kazimiery, która ważyła prawie pięć kilo.

Czy nauczycielka języków i muzyki w Wilnie końca XIX wieku była szczęśliwa, rodząc dziecko żonatemu kochankowi? Przekazy rodzinne milczą na ten temat, ale mit tej miłości głosi, że choć zakazane, było to uczucie spełnione. Z tego związku już kilka lat wcześniej narodziła się córeczka Basia. Nie był to więc błahy romans, lecz trwająca latami relacja miłosna, która zaczęła się od spotkania w kościele młodej dziewczyny, śpiewającej w chórze, i mężczyzny w średnim wieku, szanowanego adwokata i ojca trójki dzieci.

Barbara mieszkała w małym mieszkanku należącym do krewnych przy ulicy Sierockiej (dzisiaj Subocz), niedaleko Ostrej Bramy. Jej rodzina – jak przypuszczała poetka – wywodziła się z jeńców tatarskich osadzonych na Żmudzi. Dziadek Zygmunt Iłłakowicz, profesor języków na wileńskim uniwersytecie, przeżył załamanie, gdy po zdaniu bardzo trudnego egzaminu z sanskrytu nie dostał posady docenta, o którą się ubiegał, ponieważ otrzymał ją pewien Rosjanin łapówkarz. Popadł w melancholię, zdziwaczał i głosił, że nie należy kształcić dzieci, bo edukacja przynosi tylko zgryzoty.

Kazimiera Iłłakowiczówna znała sześć języków, więc prawdopodobnie właśnie po nim odziedziczyła talent, twierdziła, że dziadek nauczył się o jeden język za dużo i dlatego zwariował, a opiekę nad ósemką dzieci przejęła nienadająca się do zarządzania babcia Kazimiera z Paszowskich. Skończyło się to sprzedażą majątku i przeprowadzką rodziny do Wilna. Matka poetki, Barbara, najmłodsza z sióstr, została wysłana do klasztornej szkoły średniej w bretońskim Rennes we Francji, gdzie nauczyła się niemieckiego, francuskiego, łaciny i greki, a że była uzdolniona także muzycznie, po powrocie została guwernantką na Witebszczyźnie. Tu się zaręczyła, a następnie straciła narzeczonego, Michała Stabrawskiego, gdy zachorował na gruźlicę.

Jeden z braci Barbary – Jakub Iłłakowicz – potraktował dosłownie przestrogi ojca i po ukończeniu szkoły średniej utopił wszystkie podręczniki w Wilii na znak, że z nauką koniec, i został oficerem carskiej armii.

Kazimiera Iłłakowiczówna miała przez całe życie kilka tajemnic. Niektóre z nich znali najbliżsi, o innych nie wiedział nikt. Największą zagadką była data jej urodzenia. Sama poetka podawała 1892 rok, zastrzegając, że jest to data orientacyjna, a prawdziwej nie zna, ponieważ na zachowanym akcie chrztu można odczytać jedynie datę wystawienia dokumentu – 19 lutego 1893 roku. I tak, na podstawie rozmaitych skojarzeń i domniemań, przez lata spekulacji podawano kilka dat, które nadal funkcjonują w obiegu, a każda z nich wydawała się równie prawdopodobna.

Na tablicy pamiątkowej w krużganku kościoła Dominikanów w Poznaniu widnieje 1888 rok, co zrodziło hipotezę, że jest to data najpewniejsza, bo kto wie – może powierzona spowiednikowi? Ten sam rok wymienia również siostra Kazimiery w swoich wspomnieniach, co jeszcze bardziej uprawdopodobnia tę datę – z tego powodu uznawana była za niemal pewną. Gdzie indziej pojawia się także 1889 rok. Jednak jako najbezpieczniejsze przyjmuje się podawanie 1892 roku – tego, którym posługiwała się Iłłakowiczówna.

Jest też trop zupełnie nieprawdopodobny – i to w miejscu, gdzie akurat spodziewalibyśmy się poznać prawdę: na cmentarzu. Na płycie nagrobnej poetki na Powązkach wyryto 1898 rok. Kto tak zdecydował, nie wiadomo.

Straszny galimatias powodują te niepewne daty. Zostawmy więc na chwilę tajemnicę poetki, zanim ją odkryjemy. Zajmijmy się jej drugim sekretem: ojcem.

W akcie chrztu zapisano, że jest córką Jakuba Iłłakowicza i jego żony Eugenii. Ale przecież Jakub to jej wuj, brat matki, ten sam, który utopił podręczniki w rzece. To niewinne fałszerstwo – jak nazywała owe machinacje Iłłakowiczówna – było wynikiem pragmatyzmu ze strony jej matki, która nie mogła podać nazwiska ojca dziecka, ponieważ był to mężczyzna żonaty. W tej sytuacji postanowiła ochronić córki przed napiętnowaniem społecznym: starszą córkę Basię „przypisała” rodzinie Wołków (kuzynce Barbarze i jej mężowi Gustawowi), a Kazimierę – bratu, który zgodził się ją adoptować. Ten moment zdecydował o rozłamie w więzi dziewczynek – dostały dwa różne nazwiska i różnych rodziców, a wszystkich nieprawdziwych.

Przez całe lata, już w czasach, gdy Kazimiera Iłłakowiczówna stała się słynną poetką, powszechnie nie wiedziano, że ma siostrę. Sama nazywała ją czasem siostrą przyrodnią, aby nie prowokować dociekań. Barbara, jako kobieta dojrzała, pisała z goryczą: „Oficjalnie przestałyśmy być siostrami. Ten fałsz w naszych metrykach, a w rezultacie potrzeba podwójnej gry w życiu, odbiły się z czasem boleśnie na naszych wzajemnych stosunkach”.

Dopiero w 1961 roku, sporządzając testament, Kazimiera Iłłakowiczówna wyjawia:

Barbara jest moją rodzoną siostrą. Jako nieślubne dzieci Barbary Iłłakowiczówny i Klemensa Zana, zostałyśmy przypisane do dwóch wujów [...]. W końcu XIX wieku praktykowano nieraz takie ostatecznie niewinne fałszerstwa, żeby oszczędzić dzieciom wstydu z powodu ich pochodzenia [...] Mierziły mnie całe życie te fałszywe papiery i chcę dać świadectwo prawdzie.

Powróćmy zatem do ojca poetki, skoro zdradziła nam, że był nim Klemens Zan, szanowany wileński adwokat, żonaty, ojciec trójki dzieci i syn słynnego Tomasza Zana zwanego Promienistym.

W Wilnie pod koniec XIX wieku, gdy rodziła się jego wnuczka z nieślubnego łoża syna, Tomasz Zan (zredukowany w toku współczesnej edukacji do roli przyjaciela Adama Mickiewicza) był jeszcze pamiętany jako poeta i bohater narodowy, założyciel stowarzyszeń uniwersyteckich Promieniści i Towarzystwo Filomatów, prezes Zgromadzenia Filaretów, a w końcu syberyjski zesłaniec. To on odkrył Marylę Wereszczakównę, przywiózł do niej Mickiewicza, a potem podobno cierpiał, gdy para zakochała się w sobie bez pamięci. Jednak zawsze lojalny i zafascynowany Mickiewiczem, był oddanym posłańcem przekazującym listy pomiędzy ukochanymi.

Określany przez biografów jako niezbyt stabilny psychicznie, o charakterze mistycznym i łagodnym, zapisał się w pamięci swych przyjaciół i uczniów jako wierny przyjaciel, obdarzony charyzmą, a także utalentowany poetycko, z zamiłowaniem do zabawy i łatwością do tworzenia trioletów – ośmiowierszowych strof, zwykle okolicznościowych, często dla pań budzących jego żywe uczucia (podobno licznie).

Poznali się z Mickiewiczem na egzaminach wstępnych na uniwersytet w Wilnie (Zan wspominał, że był lepszy w matematyce i fizyce, ale Adam przerastał go bystrością i elokwencją). Rywalizowali ze sobą o stypendium; otrzymał je Mickiewicz, lecz przyznał, że udało się to dzięki protekcji krewnego. Przyjaźń połączyła ich od razu, zgodnie z późniejszą teorią Zana, że promienie (promionki) wytwarzane przez oczy dwojga ludzi stykają się i przecinają, a gdy na przecięciach stworzą okrąg, ludzie płci przeciwnej pokochają się, a tej samej – zaprzyjaźnią mocno. Okrąg między Zanem a Mickiewiczem musiał być doskonały, ponieważ przyjaźnili się mocno i serdecznie. „Wielka jama, gdzie nie ma Adama” – lubił powtarzać Zan.

Kiedy w 1823 roku na rozkaz Mikołaja Nowosilcowa Zan został aresztowany wraz z innymi filomatami i oczekiwał na wyrok, przyszły go żegnać setki wilnian. A kiedy wziął całą winę na siebie, potwierdził tym swoją skłonność do poświęceń i wzbudził ogromny podziw. „Dał on próbę kochania” – napisał Mickiewicz w liście do innego ich przyjaciela, a niedługo potem uczynił Zana jednym z bohaterów III części Dziadów, który wygłasza kwestię: „Ja stałem na waszego towarzystwa czele, / Mam obowiązek cierpieć za was, przyjaciele”.

Zan, skazany na zesłanie, trafił za Ural do Orenburga, gdzie dały znać o sobie kolejne jego talenty i wszechstronne zainteresowania: asystował w badaniach meteorologicznych Aleksandrowi von Humboldtowi, wybitnemu przyrodnikowi i geografowi, następnie zajął się geologią, badał złoża minerałów i opracowywał mapy Uralu. Kiedy wrócił na Wileńszczyznę, wśród witających bohatera – jak głosi narodowa legenda – czekała nie pierwszej już młodości panna Brygida Świętorzecka, która uklękła przed nim i wręczyła mu bukiet białych róż, a on w tej onieśmielającej sytuacji zapytał, czy zostanie jego żoną. Wersja rodzinna Zanów jest tylko trochę mniej romantyczna. Oto wracającemu do kraju Tomaszowi w powozie pękła oś. Podróżny, poszukując pomocy, dotarł do najbliższego dworu, którym był majątek Konstantynów, należący do Świętorzeckich. Drzwi otworzyła mu wcale nie podstarzała, tylko szesnastoletnia panna Brygida, która wkrótce została jego żoną i urodziła mu czterech synów, w tym Klemensa – ojca Kazimiery Iłłakowiczówny.

Klemens, najmłodszy z dzieci, został adwokatem i jak ojciec całe życie spiskował przeciw rosyjskiemu zaborcy, i jak on organizował grupy młodzieży. Ożenił się z Bronisławą Moraczewską, lekką dewotką, z którą miał czworo dzieci (ostatnia córka Julia była rówieśnicą Kazimiery Iłłakowiczówny). O jego romansie z nauczycielką języków podobno wiedzieli wszyscy, żona jednak wolała udawać, że nie ma o tym pojęcia.

W kwietniu 1889 roku Klemens Zan został znaleziony martwy, z raną postrzałową głowy, w pociągu jadącym z Białegostoku do Wilna. „Dziennik Poznański” poinformował następnego dnia, że radca prawny Towarzystwa Kolei Rosyjskich, syn Tomasza Zana, przyjaciela Mickiewicza, „wystrzałem z rewolweru pozbawił się życia” w pociągu pod Landwarowem, zostawiając żonę i czworo dzieci. Co najmniej jedna nieprawda znalazła się w tej notatce: Klemens zostawił szóstkę dzieci, w tym siostrę Kazimiery. Poza tym również przyczyna śmierci raczej została zmyślona – nikt ze znających Klemensa Zana nie uwierzył w samobójstwo. Przypuszczano, że został zastrzelony albo w związku z konspirowaniem w antycarskiej organizacji Ziemia i Wolność, albo z powodu działalności adwokackiej.

A nie był to jedyny tajemniczy zgon w rodzinie: zwłoki zastrzelonego brata Abdona znaleziono na grobie ich ojca Tomasza Zana, drugi brat – chory psychicznie Wiktor – odebrał sobie życie. Postronni uważali, że Zanowie w pokoleniu Klemensa mieli skłonność do załamań psychicznych, a i biografowie Promienistego wskazują, że cierpiał on na zaburzenia psychiczne.

Po latach, zaraz po tym, gdy się dowiedzą, kim był ich ojciec i że już nie żyje, Kazimiera i jej siostra jako nastolatki przyjadą z Inflant do Wilna na jego grób. Do tamtej pory dawano im jedynie do zrozumienia, że ich ojciec był bardzo złym człowiekiem. Kiedy dotarło do nich, co się kryje za tą opinią, postanowiły znaleźć na Rossie jego grób. Na płycie nagrobnej zobaczyły księgę zapisaną do połowy i metalowy wieniec ze srebrnymi liśćmi, który na mogile ukochanego złożyła matka dziewczynek.

Iłłakowiczówna ukrywała przed światem swoje pochodzenie, ponieważ zgodnie z dziewiętnastowiecznymi normami jako nieślubne dziecko czuła się pohańbiona. Kilka razy w wierszach i prozie napomykała o „dziadku promienistym”, ale fakt, że była wnuczką słynnego Zana, najpewniej nie miał dla niej większego znaczenia, nie stanowił źródła dumy, a samą jego postać oceniała bardzo trzeźwo. W liście tłumaczyła siostrze Basi (która prawdopodobnie chciała przywrócić pamięć o słynnym dziadku), że już przed wojną nazwisko Tomasza Zana nie budziło żadnego zainteresowania. „Jeśli Tomasz Zan (senior) może być w jakikolwiek sposób zaliczony do rewolucyjnych czynników w życiu Mickiewicza, to go odgrzeją i warto się o to starać. Inaczej ostatecznie – czymże on był? Co zdziałał? Czym się zasłużył?” – pytała retorycznie i dodawała, że „wepchnąć go między Mickiewiczana dzisiejsze mógłby chyba jakiś wzięty Mickiewiczolog, ale chyba w sosie rewolucyjnym”.

Dla wielu jednak, którzy nie wiedzieli o pochodzeniu Iłłakowiczówny, była to spora sensacja, wyjaśniająca i talent poetki, i jej tajemniczość, a także usposobienie ukształtowane przez doświadczenia sieroctwa. Kiedy poznański pisarz Przemysław Bystrzycki dowiedział się, że Iłłakowiczówna to wnuczka Zana, dostrzegł nawet między nimi podobieństwo fizyczne:

Wspólność zewnętrznych rysów w szlachetnym kształcie głowy, w wykroju opadających na oczy brwi (u pani Kazimiery) często unoszonych przekornym zdziwieniem, oczu spoglądających z uwagą i ze skrytą gotowością do wyrażenia sądu, co nieobytym mogło wydawać się nieufnością. Lecz największe podobieństwo w wyrazistym nosie o równej linii, no i opad czoła, dostrzegany także z boku. Jeżeli te uwagi nie są czcze, tym bardziej słów kilka o cechach charakteru: rygoryzm organizacji działań, zapobiegliwość wsparta o dokładność w czynieniu, stale podejmowane próby zrozumienia drugiego, szukanie rozwiązań pokojowych, ale skutecznych – być może, że swój pierwowzór znajdują właśnie w dziadku.

Powrócimy do daty urodzenia poetki. Prawda, dość głęboko skryta, okazuje się nietrudna do ustalenia. Iłłakowiczówna przyznawała, że ponieważ jej metryka była tak niepewna, bez skrupułów dodawała sobie lat lub je odejmowała. Z zachowanego odpisu aktu chrztu, który znajduje się w archiwum Kazimiery Iłłakowiczówny w bibliotece PAN-u w Kórniku, rzeczywiście nie sposób odczytać daty urodzenia – dokument jest bardzo zniszczony, w wielu miejscach przetarty i akurat tam, gdzie wpisany został rok urodzenia, widzimy białą plamę.

Ale przecież zanim się przedarł, kiedyś był czytelny. Czy więc poetka rzeczywiście nie znała daty swojego urodzenia?

Prawdopodobnie lata dwudzieste.

Podpowiedzi poszukajmy w innych dokumentach Iłłakowiczówny. Na przykład na świadectwie ze szkoły w Petersburgu i na legitymacji siostry miłosierdzia z czasów I wojny światowej. Na obu widnieje ten sam rok: 1889. I nagle w 1918 roku ta data się zmienia. Wtedy Kazimiera zatrudnia się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i podaje w dokumentach inną datę urodzenia: 1892 rok, ten, który do dziś znajdujemy w encyklopediach i wszelkich jej notach biograficznych.

Czy bierzemy pod uwagę, że poetka z premedytacją zmieniła datę swoich narodzin? Czy uważamy, że wiedziała, kiedy się urodziła? Tak, tak, wszystko na to wskazuje. I ani nas to dziwi, ani gorszy, co druga przecież nasza babka czy prababka miała w dokumentach wymyśloną przez siebie datę urodzenia. Zawieruchy wojenne i migracje XX wieku sprzyjały korektom nie tylko granic. Kto nie chciałby być młodszym?

W przypadku Kazimiery Iłłakowiczówny kalkulacja: „ile lat by sobie ująć?” raczej nie wchodziła w rachubę, a zmiana daty – co widać wyraźnie – została przeprowadzona w sposób najprostszy z możliwych: ósemkę przerobiono na dziewiątkę, dziewiątkę – na dwójkę. I tak zamiast 1889 mamy 1892 rok. To właśnie widać na dokumencie, który się zachował i jest ważnym dowodem w sprawie. Jest to karta uprawniająca do przejazdu do Finlandii. I na niej oto w sposób niebudzący wątpliwości datę urodzenia zmieniono. A że raczej zrobiła to ręka niezbyt wprawna w fałszerstwach, toteż wątpliwości nie ma, które cyfry zostały poprawione.

Dalej jednak niczego pewnego nie wiemy. Mamy na razie tylko poszlaki. Może obie daty są tylko prawdopodobne lub orientacyjne?

Metryka chrztu Kazimiery Iłłakowiczówny, z której wynika, że urodziła się w 1889 roku.

Sprawę ostatecznie rozstrzygają dokumenty z Litewskiego Państwowego Archiwum Historycznego (LVIA). Wciąż znajduje się tam oryginał aktu chrztu Kazimiery Iłłakowiczówny, bo przecież świadectwo, jakim dysponowała poetka, było tylko odpisem, który się zniszczył. Za to na bardzo dobrze zachowanym oryginale widzimy wyraźnie, że prawidłową datą urodzenia Kazimiery Iłłakowiczówny jest 6 sierpnia 1889 roku. Czyli urodziła się w Święto Przemienienia, cztery miesiące po tragicznej śmierci swego ojca Klemensa Zana.

Matka poetki zmarła, mając około trzydziestu lat. Z pamięci, wrażeń i relacji rodzinnych Iłłakowiczówna zapamiętała „matkę Barbarę” – jak ją nazywała – jako zapracowaną, zabiedzoną i pozbawioną wsparcia, której śmiertelna choroba wynikała z niedostatku, ponieważ nie było jej stać na ciepłe buty. Barbara zmarła na suchoty w majątku Śniegi niedaleko Wilna, u krewnych, a została pochowana w litewskich Dubinkach (skąd pochodziła Barbara Radziwiłłówna i gdzie spotkała swego przyszłego męża Zygmunta Augusta). W pisanych prozą wspomnieniach Iłłakowiczówna przedstawiła pogrzeb matki nad Jeziorem Dubińskim jako podróż przez Styks, gdzie siwy, zgrzebny, kosmaty chłop niczym Charon przewozi trumnę tratwą na tamten brzeg. Dziewki bose i poplamione biegną z naręczami wiechci, a stary szlachcina wuj głaszcze główki sierot.

Ale cofnijmy się do szczęśliwszego, wileńskiego okresu dzieciństwa poetki, choć niewiele jej zostało w pamięci z tego czasu. To tylko, co jak grom grzmiało, co przerażało i co zapowiadało okrucieństwo świata; „rzeczy wyraziste – pisała – które się długo śnią i nie tylko w dzieciństwie”. Czyli wściekła krowa, przed którą uciekały z matką na przedmieściach Wilna, a która długo będzie jej się przypominać w nocnych koszmarach; płacz kota zagryzanego przez psy, który to moment zdecydował o jej wielkim uczuciu do kotów; deszcz kamieni podczas wichury, uderzający o dach ich mieszkania na poddaszu, który niania objaśniała jako zapowiedź końca świata; a wreszcie gazety, które z siostrą wrzucały do pieca, aż wznieciły pożar (chora matka nie miała siły go ugasić, więc Kazię dręczyły wyrzuty sumienia, że to przez nią pogorszyło się mamie).

Śladem etapu wileńskiego pozostał właściwie jedynie akt chrztu w kościele św. Ducha przy ulicy Dominikańskiej, jednym z piękniejszych, późnobarokowym, który przetrwał do współczesności jako kościół katolicki.

Po matce najważniejsza była niania – baba Kazimierzowa, którą dziewczynki przezywały Babą-Jagą, choć w swoich fałdzistych spódnicach i kraciastej chuście na głowie raczej straszna nie była. Z Kazią, dzieckiem niegrzecznym, które wrzeszczało i wierzgało, gdy miało iść spać, niania radziła sobie białoruską kołysanką i czarownymi baśniami. Działy się w nich takie rzeczy, że dziewczynka nie tylko dawała się przekonać do snu, lecz także uznała, że baśnie są czymś najpiękniejszym na świecie. Po wielu latach niektóre nawet zacytuje w swoich wierszach dla dzieci, jak na przykład białoruską baśń o Baju:

Szoł baj pa ścienié

W czerwanom kaftanié

Nios siekiero łapciéj:

Dla siebia, dla żeny

I dietionku pa łaptionku

Ci Baj, ci nie.

Siostra Barbara, starsza co najmniej o trzy lata (jej metryka także jest niepewna), zapamiętała, że Kazia, zwana Dzidzi, była niemowlakiem dokuczliwym, nie pozwalała ani spać, ani odpoczywać. A kiedy miała ochotę bawić się lalką siostry wbrew jej woli, gryzła do krwi. „Zabierzcie stąd Dzidziulę, ona niegrzeczna. Całkiem niepotrzebnie się urodziła” – denerwowała się Basia.

Barbara zapamiętała także kilka wileńskich mieszkań, po których tułały się we trójkę, między innymi za rzeką, w dzielnicy zwanej wówczas Popowszczyzną. I matkę czytającą im tam ballady Mickiewicza: Świteź i Świteziankę, a także uczącą je śpiewać pieśni patriotyczne, obowiązkowe wówczas w polskich rodzinach: Boże, coś Polskę; Pije Kuba do Jakuba; Tam na błoniu błyszczy kwiecie; Wiatr szumny wionął po pustym stepie.

Kazimiera Iłłakowiczówna (siedzi na krześle) z siostrą Barbarą, około 1892 roku.

We wspomnieniach, które spisała jako dojrzała kobieta, Barbara (już Czerwijowska) określa swoje i Kazi wczesne dzieciństwo przy rodzonej matce jako radosne, a ich więź – jako bardzo silną. Natomiast o związku swoich rodziców pisze tak, jakby byli małżeństwem: „Po dwóch latach wspólnego pożycia urodziła się moim rodzicom druga córeczka, Kazia”. Wspomina także o liście, który zostawiła jej matka, a który miał świadczyć o tym, że Klemens zamierzał porzucić swoją rodzinę i związać się z Barbarą, lecz ona nie chciała się na to zgodzić i „złożyła na ołtarzu miłości samą siebie, a – bezwiednie i nas obie, któreśmy się dopiero miały narodzić”.

Już jako starsza dziewczynka Basia znalazła wśród bielizny, która została po mamie, ozdobne koszule z wyhaftowanymi literami „BZ”, odczytując je jako inicjały Barbary Zan. Wnioskowała z tego, że matka uznawała siebie za prawowitą żonę Klemensa.

Wszystkie te drobne, ale znaczące sygnały czytała siostra Iłłakowiczówny jako dowody głębokiej miłości między rodzicami. Czy rzeczywiście ta miłość była wzajemna i płomienna, nie ustalimy. Można się tylko zastanawiać, na ile wersja o przywiązaniu Klemensa do Barbary jest wiarygodna, skoro z jego małżeństwa urodziła się córka niemal w tym samym czasie co Kazimiera (pomiędzy dziewczynkami były tylko cztery miesiące różnicy). Julia Zan, po wojnie sekretarka na uniwersytecie w Toruniu, nawiąże kontakt ze swoją przyrodnią siostrą, słynną już wówczas poetką, i przez lata będą ze sobą korespondować w serdecznym tonie. Traktowała Kazimierę jako równoprawną córkę swego ojca; w jednym z listów wyznała, że jest szczęśliwa i dumna, że ma taką siostrę, i opisała jej okoliczności śmierci ich ojca.

18 grudnia 1974

Chciałaś Kaziu znać szczegóły śmierci naszego Ojca. Śmierć nastąpiła bez świadków w okolicznościach niedających się ściśle ustalić i dlatego musiała wywołać liczne komentarze i przypuszczenia. Ojciec miał rozległe stosunki w różnych sferach, wielu znajomych i przyjaciół. Według słów współczesnych mu osób posiadał urzekający czar osobisty i wiele zalet towarzyskich. Był ceniony jako wybitny prawnik i zdolny organizator pracy społecznej. Toteż Jego śmierć wywołała silny wstrząs i żal na całej Wileńszczyźnie. Nie szczędzono trudu, by dogłębnie zbadać tę sprawę, wszelkie usiłowania trafiały jednak na opór władz rosyjskich na przeprowadzenie śledztwa. Ojciec nasz w ramach pracy adwokackiej był radcą prawnym w urzędzie kolei.

W tym czasie prowadził sprawę przeciw synowi gubernatora wileńskiego Klinkenberga. Klinkenberg zapisał się jako człowiek podły, bez skrupułów, polakożerca, nienawidzony i pogardzany nie tylko przez Polaków, ale również i przez Rosjan. Syn jego był obwiniony o zgwałcenie robotnicy kolejowej, i gdy ta przyszła, upominając się o swoją krzywdę, zbił ją, powodując śmierć. Poziom moralny Sądownictwa Rosyjskiego był wówczas bardzo wysoki, gubernator nie mógł się spodziewać z tej strony wyroku łagodnego. Wiadomo było też, że Ojciec nasz, który był znany jako zdolny prawnik i dobry mówca, tę sprawę niechybnie wygra – przekupić się nie da.

W tym czasie Ojciec nadmieniał kilkakrotnie, że czuje się śledzony, że od paru tygodni jakiś typ snuje się za nim, że go to niepokoi i denerwuje. A że właśnie wybierał się do Grodna, chciał mieć towarzysza w drodze i zaproponował bratu mojej Matki, by z nim jechał, ale Wuj czemuś się nie zgłosił.

Katastrofa nastąpiła w powrotnej drodze z Grodna. Ojciec jechał sam w przedziale I klasy. Jak następnie ustalono – spał. Gdy pociąg wjechał w tunel (na drodze do Wilna), pasażerowie usłyszeli szereg wystrzałów. Kilka kul utknęło w oparciu kanapy. Według opinii badających tę smutną sprawę, było to bezwzględnie morderstwo. Zabójca został nasłany przez gubernatora-generała Klinkenberga.

W kilka tygodni po śmierci naszego Ojca zgłosił się robotnik kolejowy z oświadczeniem, że jest gotów wskazać zabójcę i być świadkiem w sądzie w razie wytoczenia sprawy. Nie zgłosił się jednak ponownie, bał się widać po zastanowieniu – konsekwencji.

Do końca życia Iłłakowiczówny o jej pochodzeniu wiedzieli nieliczni. Rewelację, że była wnuczką Tomasza Zana, ogłosiła Maria Korniłowiczówna, wnuczka Henryka Sienkiewicza, której matka przyjaźniła się z poetką. W 1983 roku, kilka miesięcy po śmierci Kazimiery, opublikowała w miesięczniku „Odra” artykuł Wnuczka Promienistego Tomasza, w którym wyjawiła jej pochodzenie. Potwierdziła te informacje w liście do „Tygodnika Powszechnego” Janina Czerwijowska, siostrzenica Kazimiery.

Były to wiadomości sensacyjne, wymuszające korektę not biograficznych poetki w encyklopediach i leksykonach, chociaż według Korniłowiczówny w okresie międzywojennym krąg osób znających pochodzenie sióstr mógł liczyć nawet tysiąc osób.

Za życia Iłłakowiczówny nikt nie miał śmiałości – był to jeszcze świat, w którym dyskrecja stanowiła wartość – upublicznić tej skrywanej przez poetkę niezwykłej tajemnicy, będącej niemniej tajemnicą poliszynela.

A jednak znajdujemy w jej prozie tropy, którymi się Kazimiera odsłania, jakby chciała, aby ktoś za nimi podążył. Kiedy pisze o umierającej matce w tomie prozy poetyckiej Z rozbitego fotoplastykonu, wzdycha dwukrotnie: „Barbara, nieślubna synowa promienistego Tomasza, umiera”. Nikt tego jednak nie podchwycił, tabloidy nie istniały, coming out nie nastąpił. Na tę sugestię pozwoliła sobie Iłłakowiczówna jednak dopiero w latach pięćdziesiątych, gdy reputacja nieślubnego dziecka mogła już nie mieć dla niej większego znaczenia. Miewała wrogów, a przynajmniej osoby jej niechętne, które mogłyby sprawę pochodzenia wykorzystać z przyjemnością, ale nikt się do tego nie posunął.

Do kręgu wtajemniczonych z całą pewnością należeli arystokraci: Platerowie i rodzina Zanów, pierwsi – niezainteresowani upokarzaniem własnej wychowanki, drudzy – sami zawstydzeni.

Żona Klemensa Zana, Bronisława, choć zmarła w latach trzydziestych, gdy nieślubna córka jej męża była słynną poetką i sekretarką Piłsudskiego, nigdy nie nawiązała z Kazimierą kontaktu. Została zapamiętana jako osoba o surowych zasadach i poglądach, choć – co bardzo ciekawe – chętnie pomagająca kobietom porzuconym przez mężczyzn. Prawnuczka Tomasza Zana, Helena Stankiewiczowa, uważała, że „babcia Bronia” powinna – szczególnie jako prawdziwa chrześcijanka – wziąć dziewczynki do siebie po śmierci ich matki. Nie zrobiła tego, choć opiekowała się innymi sierotami i ich samotnymi matkami.

Iłłakowiczówna, wracając do swojego dzieciństwa, mówiła przede wszystkim o samotności, o sieroctwie, o patosie wielkich uczuć, na które była zbyt mała:

Moje dzieciństwo? Było nad wyraz smutne. Rodzice odumarli mnie wcześnie. Naprzód ojciec, potem matka. Miałam dwa lata, kiedy zostałam sama na świecie, przygarnięta przez dalekich krewnych.

A jeśli miała żal – kilka razy zaledwie wyrażony – odnosił się on do sytuacji matki, pozostawionej bez pomocy i w opresji społecznej:

Dlatego, że ją zaszczuto, że była tu nieszczęśliwa

że przywalono ją życiem, jak wielką skałą mogilną

że maleńkie jej zziębłe stópki tylekroć przemierzyły Wilno,

a spocząć nie mogła aż w śmierci, i po grób nie znalazła

[domu...

I nikt jej słabnącej nie dostrzegł i nikt jej ginącej nie

[pomógł.

Iłłakowiczówna pozna prawdę o swoim pochodzeniu bardzo późno – i to tabu, poczucie krzywdy i bezdomności, zabarwi na ciemno całe jej życie i twórczość.

Po raz pierwszy odczuły z Basią, że ich sytuacja wymaga ukrywania prawdy, tuż przed pogrzebem matki, gdy ubrano je w szkockie sukienki, ponieważ miały uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu. I wtedy jedna z ciotek sprzeciwiła się temu kategorycznie. Oświadczyła, że nie można pokazać dziewczynek na pogrzebie niezamężnej matki, i kazała odwiesić sukienki do szafy. „Tak spotkała mnie pierwsza, wówczas dla mnie niepojęta krzywda: nie pozwolono mi odprowadzić do grobu mojej mamusi” – pisała Barbara Czerwijowska u schyłku swojego życia. Wcześniej, gdy zaczynała publikować, przybrała pseudonim Zan, aby zaznaczyć swoje pokrewieństwo. Prawdopodobnie uważała, że należy jej się to nazwisko.

Kazimiera nie pamiętała matki, więc inaczej niż siostra przeżywała swoje sieroctwo i odtrącenie społeczne. Ono dopiero wróci i wybrzmi w jej wierszach.

Gdybyś ty jeszcze żyła,

mateńko miła,

to byśmy hańbę lepiej niosły razem

Córka Czarownicy

Na razie, tuż po pogrzebie, dziewczynki zostają rozdzielone. Zgodnie z metrykami pojadą tam, gdzie zostały „przypisane”: Kazimiera do Dyneburga, do wuja Jakuba, Barbara do cioci Bronisławy Karpowicz, która była siostrą Barbary Wołk, do Warszawy (ciotka dzieliła opiekę nad dziewczynką z rodziną Wołków, która ją adoptowała). Kazimiera trafia źle. Wuj Jakub i jego rosyjska żona nie umieją się nią zajmować i wyręczają się ordynansem, więc brudne, zawszone dziecko staje się niespokojne i nieszczęśliwe. Wkrótce to się zmieni, Kazimiera znajdzie dom, miłość i matkę – Zofię.

2

MATKA ZOFIA. W INFLANTACH

Życie Iłłakowiczówny zmienia się w jednej chwili dzięki jej buntowniczej naturze – nie lubi być bezsilna i tak już pozostanie na zawsze. Cztero- lub pięcioletnia dziewczynka pisze nieporadnie list do wujostwa ze Śniegów, skąd wyruszyła po pogrzebie matki, że jest jej źle, wuj się nią nie zajmuje, wyręcza go w opiece ordynans, a wujenka jest dla niej niedobra. Po tym dramatycznym komunikacie wujostwo zabierają ją z powrotem do Śniegów.

I wtedy właśnie u swojej znajomej, pani Żabiny w Krasławiu (która się przyjaźniła z matką Kazimiery), arystokratka Zofia Buyno z Plater-Zyberków zauważa fotografię dziewczynki w sukience w szkocką kratę. Gdy tylko się dowiaduje, że dziecko jest sierotą, postanawia zabrać je do siebie. Iłłakowiczówna wierzyła, że o jej losie zdecydowało to właśnie zdjęcie, na którym miała buzię w podkówkę, więc na całe życie zapamiętała nazwisko autora szczęśliwej fotografii – był to niejaki Czyż, fotograf z Wilna.

Gdy Kazia przyjeżdża do majątku w Baltyniu, Zofia Buyno czeka na ganku obrośniętym winem, pijąc herbatę przy wiklinowym stoliku. Nie uśmiecha się na widok dziecka, a nawet lekko sznuruje usta. Ma białe włosy i jeden rudy kosmyk. Przekroczyła już czterdziestkę. Chociaż jest mężatką, zamiast z mężem hulaką Tadeuszem Buyno woli żyć sama, opiekując się sierotami (dzieci mieć nie mogła, jedyne urodziło się martwe).

Dzieje jej rodu są równie fascynujące, jak historia Inflant – ziem na północy wschodniej Europy, między Kurlandią, Rosją a Litwą, z którymi Platerowie od wieków byli związani. Byli to potomkowie komtura zakonu kawalerów mieczowych (Rycerzy Chrystusowych), powstałego w XIII wieku na tych terenach dla obrony chrześcijaństwa. Zakon połączył się z Krzyżakami, a w XVI wieku zsekularyzował i uciekając przed zakusami Moskwy, oddał się pod panowanie polskiego króla Zygmunta Augusta. Jak wiele innych inflanckich rodów o niemieckim pochodzeniu, Platerowie (i między innymi Tyzenhauzowie czy Manteufflowie) spolonizowali się i stali gorliwymi patriotami, a zarazem posiadaczami wielu dworów w Inflantach, mecenasami, fundatorami ochronek i szkół. Z tego rodu wywodziła się bohaterka powstania listopadowego Emilia Plater, choć uważa się ją za Litwinkę (urodziła się i zmarła na Litwie), pomijając inflancki okres jej życia, który ją ukształtował, i fakt, że to z tymi ziemiami była związana gałąź rodu, z którego się wywodziła.

Inflanty polskie, dziś niemal zapomniane kresy I Rzeczpospolitej, należały do Polski ponad dwieście lat. Wcześniej, pod wpływami niemieckimi, całkowicie protestanckie, wraz z przejęciem przez Rzeczpospolitą Obojga Narodów zaczęły zmieniać swoje oblicze: arystokracja polonizowała się i przechodziła na katolicyzm, a z Korony przybywała polska szlachta. W ten sposób powoli ustaliła się struktura społeczna tych terenów: w miastach mieszkali Polacy, Żydzi, Niemcy i Rosjanie, we wsiach – chłopi łotewscy, pozostający pod wpływem niemieckim, trochę też wiejskiej ludności rosyjskiej i białoruskiej. Dla mieszkańców reszty ziem polskich Inflanty pozostały terenem dosyć obcym, mało znanym, mającym własną specyfikę i obyczaje, wręcz egzotycznym. (Historyk tych ziem Gustaw Manteuffel w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego ubolewał, że nawet czytająca polska ludność wie o Inflantach mniej niż o Sumatrze i Borneo). Po pierwszym rozbiorze Inflanty polskie zostały włączone do Imperium Rosyjskiego i nigdy do Polski już nie powróciły. W 1918 roku stały się częścią nowo powstałej Łotwy. Dziś ów region, w siedmiu procentach zamieszkały przez Polaków, nazywa się Łatgalia. O jego polskiej historii przypominają kościoły i ruiny dworów polskich ziemian, między innymi w Dyneburgu, Krasławiu, Lucynie, Rzeżycy.

Gałąź rodu Plater-Zyberków, z której wywodziła się Zofia Buyno, miała swój początek w 1803 roku, gdy Michał Plater, uczestnik powstania kościuszkowskiego, ożenił się z Izabelą Heleną, ostatnią przedstawicielką Zyberków (de Sieberg zu Wisching) – niemieckiego, katolickiego rodu, do którego należała Liksna, gdzie w 1847 roku urodziła się hrabina Zofia, a trzydzieści lat wcześniej wychowywała Emilia Plater.

Iłłakowiczówna trafiła do Baltyna, majątku dzierżawionego przez hrabinę, nieopodal miasteczka Krasław w powiecie witebskim. Od razu poczuła się tu doskonale. Nowa opiekunka, kobieta łagodna i subtelna, nie budziła w Kazi lęku, zresztą ona nie była dzieckiem, które bało się kogokolwiek – dobrze wiedziała, czego chce i na co nie ma ochoty. Odmówiła zatem nazywania nowej opiekunki ciocią. Zajmie jej sporo czasu, zanim przyzwyczai się do tej formy. Ale po czterech latach powie do niej „mama” – i tak już zostanie na zawsze.

Kiedy Zofia Buyno wzięła do siebie Kazię, już od siedemnastu lat wychowywała sierotę łotewską Emilię Deglau, zwaną Misią, która stanie się źródłem dziecięcych cierpień Kazimiery. Jednak na razie dziewczynka jest bardzo szczęśliwa, kocha swoją opiekunkę od pierwszej chwili, a ta odpłaca jej miłością i ciągłą uwagą. Oczywiście hrabina nie zajmuje się podopieczną fizycznie – od tego są opiekunki, piastunki, bony i służące. Misia czesze Kazię i doprowadza do ładu z zaniedbania, usuwając wszy; niemiecka bona Eliza Spalwingk troszczy się o dziewczynkę na co dzień; służąca Józia jej usługuje, a gospodyni Izabella szykuje dla niej posiłki. Natomiast Zofia opiekuje się Kazią emocjonalnie i duchowo.

Hrabina nie jest typem kobiety wylewnej, zachowuje dystans, który Kazimierze zawsze się będzie kojarzył z postawą godną i właściwą. Iłłakowiczówna twierdziła nawet, że powściągliwość matki Zofii nadawała pewien urok ich stosunkom. Swoją miłość – którą rozpamiętywać będzie przez całe życie – okazywała, całując opiekunkę w rękę, nigdy w twarz, a jako zaszczyt traktowała możliwość pomagania matce: czytanie jej, słanie łóżka lub czesanie jej srebrnych włosów. Z czasem tradycją staje się codzienne wyznanie opiekunce przewinień, rodzaj spowiedzi, wynikający z poczucia, że to hrabina rozstrzyga, co jest dobre, co złe, że sama jest wyłącznie Dobrem. Przyznaje się więc Kazia bez większego oporu do swoich grzeszków, na przykład, że namówiła służącą, aby dała jej gruszkę, bo przecież owoce są podawane tylko na specjalne okazje.

Nie opuszczają jej jednak lęki po traumie utraty matki i rozłące z siostrą. Budzi się w nocy, gnębiona poczuciem winy, że to przez nią – bo była niegrzeczna – matka zmarła. W dzień natomiast jest przerażona, że nowa matka, która „jest jej słońcem”, umrze albo że umrze ona sama. Świadomość śmierci i strach przed nią spleciony jest z obawą przed rozłąką z matką Zofią, więc dziewczynka przeżywa głęboką rozpacz, którą uśmierza dopiero zapewnienie hrabiny, że jeśli umrą, to razem – popłyną w morze statkiem i zatoną. To Kazię uspokaja.

Dwór, w którym mieszkały, to duży, piętrowy pałacyk z długimi korytarzami i wysokimi sufitami, otoczony starym parkiem. Urok nadawały okolicy liczne jeziora, dzika przyroda, pustkowia, bory sosnowe z jodłą w niższych partiach i rojstami. Na pagórach rozłożyły się wioski, w których żyła łotewska biedota (pola wkoło były niezbyt urodzajne, przeważnie uprawiano żyto, grykę, len i konopie). Dla Kazimiery Iłłakowiczówny ta kraina, obok Litwy, pozostanie ojczystą, a wszystko inne potem – powie – to jak zagranica.

Jedno z najwcześniejszych zachowanych zdjęć Kazimiery Iłłakowiczówny, prawdopodobnie z czasów szkolnych.

Pejzaże inflanckie zdeterminują jej więź z naturą. Mieszkając później w miastach, zawsze będzie tęsknić za przyrodą. Jej poezja przesiąknie śpiewem ptaków, zapachem ajeru, borami sosnowymi, słowikami i komarami, które obserwować będzie okiem botanika, a przeżywać duchowo. Obcowanie z przyrodą stanie się dla niej istotniejsze od relacji międzyludzkich lub bardziej fascynujące. W jej samotności, chcianej i oswojonej, bardziej pożądane będą rzeka, słowik i kwitnąca jabłoń niż spotkanie drugiego człowieka.

Nie trzeba mnie wyganiać, nie trzeba mnie odpychać!

Obejmę jabłoń za szyję, zacznę z jabłonią usychać,

zapłaczę nad agrestem, przejdę się malinami,

będą skurczone liście, jagody z czarnymi plamami.

Nie trzeba mnie wyganiać! Szparagi wyginą suche,

do grząd cienistych truskawek namówię ciotkę ropuchę.

W stajni rozplotę włosy, zakręcę znów do góry,

i przyjdą z ziem indyjskich olbrzymie rogate szczury.

Trzeba mnie wziąć do domu, przy stole dębowym

[posadzić,

trzeba mnie długo pieścić, po zimnych stopach gładzić,

a kiedy sen mnie zmoże albo zaleję się łzami

– długo po czole miedzianym ciepłymi wodzić ustami.

Licho

Dwór arystokratów to miejsce pozbawione jakichkolwiek rozrywek dla małych dziewczynek, wesoło jest jedynie w kuchni, przy służbie. Do wsi chodzić nie wolno – tam mieszka biedota łotewska, panują tyfus i inne choroby. Na szczęście przy majątku zachował się zarośnięty, tajemniczy cmentarz z mogiłami kurlandzkich baronów.

Wczesnym bardzo rankiem zbiegałyśmy ze stromej pochyłości, zostawiając na lewo zarośnięte czeremchą zbocze i parów szalejący od słowików... Biegnąc tak na cmentarz przed śniadaniem i lekcjami, niosłyśmy na cmentarz łopaty i grabie, każda z nas – stosownie do swego wzrostu i sił. Lubiłam te wyprawy, uważając je za ofiarę połączoną z przygodą.

Dzieci spotyka jedynie w dworach u licznej rodziny matki Zofii – i jest to zawsze wielka atrakcja. Platerowie mają mnóstwo wychowanków, przygarniętych sierot, kształcą biedotę, a ponieważ w pobliżu nie ma lekarza, hrabina bierze na siebie obowiązek leczenia chłopów domowymi sposobami (specjalizuje się w modnej wówczas homeopatii).

Czasem Kazia zabierana jest do Liksny, gdzie jeszcze zachował się ogródek „cioci Emilii Plater”. Ta dzielna dziewczyna, która dowodziła podczas powstania listopadowego pułkiem kosynierów, wielbiona przez kolejne pokolenia Polaków jako symbol niezłomnej kobiety, we własnej rodzinie była postrzegana jako ekscentryczka, która nie znała swego (kobiety) miejsca w szeregu. Kazimiera zapamiętała, jak potomkowie ciotki, mówiąc o niej, kręcili głową z dezaprobatą. „Bo ona poszła z bronią do lasu i wiele tym panom narobiła kłopotu... Pomyśl tylko sama, jakie to było dla nich krępujące! Więcej dziwactwa niż pożytku – taką zostawiła po sobie pamięć u potomnych krewnych bohaterska panna z Inflant” – pisała po latach.

Co innego Leon Broel-Plater, powstaniec styczniowy, który jako pierwszy w guberni witebskiej przystąpił do powstania i wziął udział w spektakularnej akcji odbicia transportu sztucerów w kwietniu 1863 roku. Zatrzymany przez wojska carskie, został rozstrzelany w twierdzy dyneburskiej, o czym informuje tablica wmurowana na tamtejszym cmentarzu katolickim. Ten bohater był dla Platerów prawdziwym powodem do dumy. O nim mówiono chętnie i z czcią.

Hrabina Zofia Buyno dbała, aby jej wychowanka rozwijała się „równomiernie” – jak radził Johann Pestalozzi, dziewiętnastowieczny guru pedagogiki – fizycznie, intelektualnie i moralnie. Dziewczynka jest uczona manier, z matką rozmawia po polsku i po francusku, a z boną – po niemiecku. Każdego popołudnia musi zdawać relację z tego, co zaobserwowała i przeżyła, a hrabina koryguje jej sposób wypowiedzi. Tak kształtują się styl i wyobraźnia przyszłej poetki. Kiedy kończy siedem lat, matka Zofia nakazuje jej prowadzenie pamiętnika – Kazia musi zapisać stronę tygodniowo, może prowadzić notatki na raty, ale raz w tygodniu powinna przeczytać całą stronę zapisków hrabinie. Na razie jest posłuszna i nie ma nic przeciwko wtajemniczaniu w swój świat ukochanej opiekunki, teraz już nazywanej mamą.

Wkrótce odkrywa, że na niechęć innych wcale nie trzeba zapracować – pojawia się także jako skutek zazdrości i rywalizacji. Tak jest z Misią, niemal dorosłą panną, którą irytuje nowa córeczka hrabiny Zofii, ponieważ przez nią Misia przestała być jedyną ulubienicą. Dziewczyna szykuje się już do odejścia z domu, ale zanim to nastąpi, daje małej Kazi popalić: szarpie ją za włosy przy czesaniu, dręczy jej kotkę i judzi na Kazię służbę. „Boże, daj, aby mnie Misia pokochała” – modli się Kazimiera, jednak jej prośba nie zostaje wysłuchana.

Tymczasem Barbara, która chowa się u cioci Brońci w Warszawie, a czasem w wuja Wołka na Podlasiu, bardzo przeżywa rozstanie z młodszą siostrą. Już niedługo będą miały okazję się spotkać. Hrabina Buyno postanawia pokazać małą Kazię swej licznej rodzinie. Podróżując po Polsce, zatrzymuje się w Warszawie w Hotelu Europejskim. Jest prawdopodobnie 1894 rok. Siostrzyczki spotykają się przez kilka dni i więź między nimi natychmiast ożywa, choć nie widziały się co najmniej od roku. Barbara dostrzega jednak różnicę między sobą a młodszą siostrą. Kiedy na kolację dostają jajka na miękko, Kazia je z kieliszka, elegancko, tak jak dorośli, a starsza dziewczynka – ze spodeczka, ponieważ inaczej nie potrafi.

Szczęśliwy okres w Baltynie powoli się kończy, kiedy hrabina postanawia kupić majątek w pobliskim Stanisławowie pod Krasławiem. Do drewnianego, brunatnego dworu, stojącego na tle ogromnych jodeł, jedzie się polną dróżką wśród zbóż. Dom okalają ogród z parkiem i zboczem opadającym w stronę rzeki. Posiadłość nie jest tak okazała jak ta w Baltynie, liczy dziesięć pokoi, więc Kazi wydaje się skromna. Jest tu za to mnóstwo służby oddziedziczonej po Bałtach, od których Zofia Buyno kupiła dwór. Ogrodnik Walter, Łotysz, z którym rozmawia się po niemiecku, służąca Matylda – Łotewka i bony Berta, Elza i Tina – Bałtyjki, co nadaje domowi ciekawy koloryt, a także wywiera wpływ na zwyczaje, tak różniące się od tych znanych w Warszawie czy w jakichkolwiek innych regionach Korony. Iłłakowiczówna wspominała:

W noc noworoczną piło się odtąd poncz i jadło szpekuchy, z Dyneburga przywoziło się „Cischen”, parówki, a na moje urodziny piekło się tzw. „kręgiel”. Na Boże Narodzenie śpiewałam „Stille Nacht, heilige Nacht”, czytałam po niemiecku zachwycające bajki Andersena, a cały ten dwór wzbudzać mógł tylko jedno zastrzeżenie u purystów – był protestancki.

Hrabina Buyno wprowadza w majątku swoje porządki: drzewa z sadu wydzierżawia Żydom i rosyjskim chłopom, starowiercom, którzy zbierali i sprzedawali plony, a tylko kilka zostawia na potrzeby domu, przede wszystkim na kompoty i konfitury.

Iłłakowiczówna nie lubi Stanisławowa od pierwszej chwili. Tu Misia dokucza jej jeszcze mocniej, ponadto na tym odludziu Kazia zaczyna się nudzić tak bardzo, jak tylko dzieci potrafią. Ileż można siedzieć w salonie na szezlongu, obok białego pudla-karzełka Fifouche, zwanego Fifusiem? Lub bawić się z kotami w ogrodzie? Atrakcją jest wyjście do kościoła lub do sklepu. Znudzona dziewczynka z rozłożystej, starej jabłoni wypatruje pociągów jadących do miasta, wierząc, że tam, daleko, jest prawdziwe życie.

I nagle wszystko się zmienia: hrabina postanawia sprowadzić Basię do siebie, żeby siostry chowały się razem. Co za radość!

Dziesięcioletnia Kazia, w grantowym płaszczyku w czerwono-niebieską kratę, smukła, z jasnym warkoczem przerzuconym przez ramię, wita swoją siostrę na stacji w Dyneburgu. To spotkanie jest takie szczęśliwe – kończy się pięcioletnia rozłąka sióstr rozdzielonych przez zły los. Barbara pod koniec życia wspominała:

Los zesłał nam teraz świetne warunki rozwoju, możność kształcenia się, światły wpływ mądrej, doświadczonej wychowawczyni, jaką okazała się pani Buynowa. Bogata biblioteczka młodzieżowa zasobna w najlepsze i najciekawsze książki w kilku językach ułatwiała nam wchłanianie wiedzy [...]. Rozmowy z naszą subtelną, wyrozumiałą opiekunką wpajały nam ogładę, kulturę towarzyską, umiejętność wysłowienia się i formułowania myśli i wrażeń z taktem i umiarem. Była to dla nas nieoceniona szkoła, nie osiągalna poza tym nigdzie na świecie.

Ale dla Barbary to nie będzie wyłącznie korzystna zmiana. Wyrwana z ciepłego domu pełnego dzieci, trafia do „pałacu z lodu”, z rygorem i etykietą, której nie znała. „Doglądano nas po staroświecku, systemem policyjnym” – będzie wspominać. Z wychowankami w pokoju mieszka bona, śpi za przepierzeniem i pilnuje ich całymi dniami, pomaga też słać łóżka i zaplata warkocze. A wieczorem, tuż przed snem, matka Zofia przychodzi pocałować dziewczynki na dobranoc i każdej robi krzyżyk na czole. Rano jedna z sióstr pełni dyżur w kuchni. Wstać trzeba bardzo wcześnie, ponieważ już o ósmej zaczynają się lekcje z guwernantką, panną Marią Komar z Wilna. Za pomocą dwóch karbowanych łopatek szybko należy ukręcić zgrabne kulki masła, obok położyć na talerzyku wyborne gomółki z kminkiem, a przede wszystkim specjalną gilotynką narąbać cukru z głów, czyli wysokich stożków. Potem trzeba ustawić na tacy śniadanie dla hrabiny Zofii: do prostych produktów śniadaniowych, które i one jadły, hrabinie dokłada się parę plasterków szynki, domowe słodkie bułeczki, sucharki i nieco konfitur lub powideł. Trzeba rozmieszać w filiżance kakao z żółtkiem, utrzeć, a następnie zalać wrzątkiem i mlekiem.

Kazimiera Iłłakowiczówna (na dole, pierwsza z prawej) na polowaniu w Pohulance nad Dźwiną, około 1902 roku. Na fotografii też m.in. ksiądz Konstanty Budkiewicz (w kapeluszu).

Śniadania sióstr nie są już tak wykwintne, ponieważ hrabina jest zdania, że dzieci i młodzież należy uczyć skromności. Dlatego(podobnie jak w innych ziemiańskich dworach) obowiązują dwa stoły: jeden dla opiekunki i drugi, dużo mniej wytworny, dla dziewczynek i nauczycielki. Barbara tak to zapamiętała:

Widok przysmaków wystawionych na stole nie dla nas nauczył nas ich pożądać, a potem wykradać po kryjomu. Była to szkoła nieuczciwości i łakomstwa. Ściągałyśmy kawałki cukru przy rąbaniu go na dyżurach. Ściągałyśmy jabłka i śliwki w sadzie, czasem udało się nam porwać grono winogron, przeznaczone dla gości lub na sprzedaż. Wpadłam na genialny pomysł spijania w lodowni śmietanki z mleka. Brało się ze spiżarnianej szafy długą rurkę grubego makaronu i przez nią jak przez słomkę spijało się z garnków ustałą na powierzchni śmietankę. Rurka nie zostawiała prawie śladu na powierzchni mleka.

Kazia, już od lat przyzwyczajona do dyscypliny i wymagań matki Zofii, dużo łatwiej znosi rygor; Barbara, chowana dotąd w postępowym, otwartym domu, zasady pani Zofii przyjmuje jak opresję. Nie może się nadziwić, że tu musi wykradać to, do czego w rodzinie wujka Wołka miała dostęp przez cały dzień, kiedy tylko była głodna.

Zofia Buyno, wytworna i pełna powagi, deprymuje Barbarę samą swoją postacią, ale i nie stara się pozyskać jej serca – wszystkie polecenia przekazuje przez Kazię. „Odpychała mnie od niej dworska etykieta, otaczająca ją niby francuskiego monarchę” – napisze Barbara we wspomnieniach.

Każdy dzień wyglądał tak samo: po codziennych lekcjach, o godzinie drugiej jadły obiad, potem obowiązkowo spacerowały w towarzystwie nauczycielki, a po spacerze zajęcia w salonie prowadziła z nimi hrabina Zofia – czytały na głos lekturę francuską i niemiecką albo słuchały wykładu o historii Polski. Wieczorami przy lampie naftowej odrabiały lekcje na następny dzień. Tylko niedziela była inna: jeździło się do kościoła do Indrycy, oddalonego o osiem kilometrów, lub trochę dalej, do Warnowicz, promem przez Dźwinę. A kiedy wyjazd był niemożliwy – w deszcz, śnieżycę lub zawieruchę – nabożeństwo odczytywane było w domu, po nim zaś jeszcze oddawano się „lekturze budującej” – rozmyślaniom i rozważaniom. Dla Basi były to męki, natomiast Kazia czytała chętnie i chłonęła atmosferę religijną bez słowa skargi.

Dla równowagi sił – zgodnie z zaleceniami Pestalozziego – dziewczynki musiały czasem pracować fizycznie. Jesienią grabiły liście, wiosną odwadniały dziedziniec, a zimą zwoziły z jeziora lód do przechowywania żywności. Uczyły się reperować swoją odzież lub przepisywały „święte” księgi, za co dostawały kieszonkowe. Kiedy w ramach dobroczynności organizowanej przez arystokratów była zbierana odzież dla najbiedniejszych, pod okiem służącej szyły dla dzieci sukienki i fartuszki. Te prace odbywały się w salonie podczas lektury w językach obcych. Żadna chwila nie była marnowana.

Tuż po przyjeździe Barbary Zofia Buyno zażądała, aby Kazimiera powtarzała jej dosłownie wszystko, o czym z siostrą rozmawiają. Barbara była tym wstrząśnięta. Miała już czternaście lat i trudno jej było zrozumieć ten totalny nadzór. O szczerości z siostrą nie było więc mowy.

Odgrodziło mnie to gruntownie od Kazi. Nie byłam przecież dzieckiem zepsutym ani zdeprawowanym. Jak się Kazi z czegoś zwierzałam, przypominało mi się, że ona zaraz powtórzy to pani Zofii, i myśl ta zamykała mi usta.

Nie chcąc się skarżyć, Basia wylewała łzy w poduszkę, co Kazi wydało się fascynującym, tragicznym darem, ponieważ sama nigdy nie płakała. Teraz postanowiła dołączyć do siostry i z nią równo szlochała. W końcu stwierdziły – wspominały obie tę sytuację – że będą sprawdzać, która wylała więcej łez. Ponieważ matka Zofia wykorzystywała do homeopatii dużo małych buteleczek, wzięły sobie kilka i do nich zbierały łzy, a potem przelewały je do większej butelki. Iłłakowiczówna wspominała:

Wiem, że kiedyś doszłam do pół butelki od piwa tych konkursowych łez. Zaniosłam ów plon triumfalnie na poddasze, gdzie w małej nasadce nad gankiem miałyśmy schowek dla rzeczy osobliwych, jak czaszki końskie, materiały potrzebne do wynalezienia prochu itp. Niestety, buteleczkę przewróciły koty i łzy się zmarnowały.