Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Za murami, gdzie kończy się wolność… zaczyna się prawdziwa opowieść o ludzkiej naturze. Kat Powstania Warszawskiego, as wywiadu AK, twórca Lolka i Bolka, słynny oświęcimski kapo, płatny zabójca z Rosji i handlarz ludźmi z Ameryki, żaden z nich nie trafił tam przypadkiem.
Więzienie w Strzelcach Opolskich to świat, który niewielu widziało z tak bliska, jak on. Andrzej Kucharz spędził w nim 31 lat, przechodząc drogę od strażnika do naczelnika. Widział więcej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić… i mówi o tym otwarcie.
To mocny, prawdziwy i absolutnie wyjątkowy dokument o ludzkiej naturze, o tym, jak cienka jest granica między dobrem a złem – i jak wygląda życie tam, gdzie trafiają ci, których boi się cały świat.
„I skończyłem w więzieniu”, wciąga jak najlepszy thriller – bo wszystko wydarzyło się naprawdę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 215
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: I skończyłem w więzieniu
Podtytuł: Wspomnienia naczelnika słynnego kryminału
Opis do okładki: Na okładce wykorzystano motyw z plakatu wykonanego przez więźnia z okazji buntu skazanych w 1981 roku.
Projekt graficzny: Mariusz Kula
Redakcja: Zbigniew Górniak
Korekta: Krzysztof Szymczyk
Korekta językowa: Krzysztof Szymczyk
Copyright: Sergiusz Kucharz
ISBN ePub: 978-83-977784-1-2
Wydawca: © Next Chapter Wydawnictwo, © New Horizon Consulting
Ojcowska czapka z daszkiem
Dwa pułki zabójców
Konsul z publicystyczną żyłką
Trójca z alei Szucha
Cywil strzela obcasami
Przecież grypsy są zabronione
Agent wielu służb, czyli trzeci z alei Szucha
Należy głęboko oddychać
Pływający harem szejka
Szuflada czaju i totek pod kontrolą
Fredek, narysuj nam bolka i lolka
Wśród nocnej ciszy
Zakochany hardy góral
Krótki serial o zbrodni i miłości
Zepsute dziecko polskiego filmu
Krótki film o zabijaniu
Reformy Piątkowskiego, czyli jazz i poezja za kratami
Widzenia bez dozoru i polemiki prasowe
Dlaczego ruski nie chciał wyjść
Na rosyjskim killerze goi się jak na psie
Beton od mijala i wrogowie socjalizmu
Zbożowa wstrząśnięta, nie zmieszana
30 Centymetrów do wolności
Tetetka w domu i inne przypadki
Krety z wołowa ryją tunel
Bunty, niepokoje, protesty, głodówki
Pałą od swojego i wierzgająca kobyła historii
Wielka trójka i wielka wisława
KONIEC I POCZĄTEK
Naczelnicy Zakładu Karnego nr 1 w Strzelcach Opolskich (dawniej Centralne Więzienie)
Bibliografia
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Byłem szefem więzienia, jednego z najcięższych i najbardziej znanych w Polsce. To Zakład Karny nr 1 w Strzelcach Opolskich, popularnie zwany „jedynką”.
Strzelce Opolskie – dźwięk tych słów do dziś wywołuje uniesienie brwi zarówno wśród tych, którzy łamią prawo, jak i wśród tych, którzy starają się im to wyperswadować. W pewnych środowiskach fakt odsiadki w Strzelcach kwitowany bywa gwizdem uznania. Krzysztof Kąkolewski, wybitny polski reportażysta, nazywał Strzelce polskim Spandau. Niemieckie więzienie w Spandau to potężna twierdza leżąca na peryferiach Berlina.
Gdyby nie to, że jestem człowiekiem starej daty i stronię od stadnych mód, także językowych, oraz to, że slang nie pasuje do mojej szarży pułkownika, napisałbym nawet, że byłem szefem więzienia kultowego. Siedzieli tu: kat Powstania Warszawskiego, as wywiadu AK, twórca Bolka i Lolka, najsłynniejszy oświęcimski kapo, płatny zabójca z Rosji i handlarz ludźmi z Ameryki, seryjni zabójcy, także płatni, wielcy aferzyści, znani oszuści, szpiedzy i w końcu wybitni opozycjoniści. Wielu znanych bandytów, ale i szara przestępcza masa. Przy czym słowa „masa” używam nieprzypadkowo. Zawsze było tu tłoczno, a rekord zaludnienia, choć może raczej należałoby napisać: przeludnienia, został tu pobity 29 lutego 1980 roku, gdy w celach przebywało jednocześnie 1762 skazanych.
Ta kultowość Strzelec w świecie przestępczym przejawiała się nie tylko werbalnie, ale i symbolicznie. Nieoficjalnym godłem skazanych, którzy siedzieli w Strzelcach, takim ich znakiem rozpoznawczym, były dwa skrzyżowane miecze, jakie tatuowali sobie na widocznych miejscach ciała. Coś na kształt emblematu jednostki wojskowej lub sprawności harcerskiej.
Nie od razu byłem tym szefem, bo to nie jest takie łatwe. Cokolwiek mówić o czasach PRL, w niektórych branżach obowiązywała wtedy ścisła hierarchia i jasno określona ścieżka kariery, nie do przeskoczenia przez fakt posiadania patrona, który dużo może. Żeby awansować, trzeba było być fachowcem. Więzienie to nie jest spółka Skarbu Państwa, którą można powierzyć kochance ministra.
W 1969 roku przyszedłem do pracy w strzeleckiej „jedynce” i zaliczyłem wszystkie szczeble więziennej kariery. Byłem po kolei: strażnikiem, oddziałowym, zastępcą kierownika działu ochrony, zastępcą naczelnika, naczelnikiem, a po zmianie ustawy o Służbie Więziennej – dyrektorem. Na emeryturę odszedłem 30 kwietnia 2000 roku. 31 lat za tymi samymi murami! To o sześć lat dłużej niż najdłuższa odsiadka.
Na dodatek z tematyką więzienną stykałem się już od dziecka. Jako chłopak przymierzałem czapkę funkcjonariusza zakładu karnego. Ta czapka należała do mojego ojca, Stanisława, który pełnił służbę w SW przez ponad 30 lat, bo od 1946 do 1977 roku. Był funkcjonariuszem w Radomiu, w Jaworznie, a potem w Strzelcach Opolskich.
Gdy żegnałem się ze służbą, wygłosiłem do współpracowników i przyjaciół mowę, którą przypomniał mi niedawno pewien sędzia. Wspominałem w niej żartobliwie, jak w podstawówce nauczyciele wróżyli mi, że skończę w kryminale. Ale nie jako funkcjonariusz, a potem jego szef, ale jako… podopieczny. A było tak…
Strzelce po wojnie tonęły w gruzach i my, dzieci, fantastycznie się na tych gruzach bawiliśmy. Jako dwunastolatek wysadzałem dla hecy te ruiny w powietrze. Robiłem butelkowe bomby z karbidu, który podprowadzaliśmy z budów, gdzie służył do produkcji acetylenu potrzebnego do spawania. Wiadomo, wtedy nic nie było strzeżone.
Wkładało się odrobinę karbidu do butelki po oranżadzie, takiej z porcelanową klamrą, zalewało wodą i umieszczało w murze. Moja sąsiadka, Lucyna, za wcześnie wyszła z ukrycia. Kawałek szkła rozciął jej wargę aż do zębów, paskudna sprawa, szpital, chirurg. Oczywiście – apel w szkole i ja jako główny oskarżony. I litania złych słów pod moim adresem oraz proroctwo: „Nie skończysz nawet szkoły, Kucharz, bo ty wylądujesz w więzieniu”.
Szkołę jednak skończyłem, ale inną. Rodzice musieli mnie przenieść, bo nauczyciele nie dawali mi spokoju; dziś nazwalibyśmy to mobbingiem i pobieglibyśmy z tym do mediów. A w kryminale wylądowałem, to fakt, ale na szczęście w nieco innej roli, niż to dla mnie przewidziano. Ta nauczycielka zresztą też tu wylądowała, uczyła w więziennej szkole. A Lucynę widuję do dziś. Kłaniamy się sobie, nie ma do mnie żalu, choć bliznę jeszcze widać.
Zanim rzucę się w wir wspominania tego, co było w mojej pracy najciekawsze, najbardziej barwne, brawurowe, zdumiewające, a nierzadko zatrważające, kilka uwag porządkowych na temat specyfiki miejsca. O samym więzieniu – jego ciekawej historii i niezwykłej architekturze, które zresztą spowodowały, że gmach w 1996 roku trafił do rejestru zabytków województwa opolskiego – opowiem na sam koniec. Teraz kilka słów o Strzelcach Opolskich i ich więziennym kontekście.
Strzelce były przez lata szczególne, choćby z tego powodu, że przed wojną, za Niemca, wybudowano tu zakład karny po to, aby ożywić miasto, a po wojnie – od 1949 roku do 1969 – funkcjonowało tu aż pięć kryminałów. A dwa duże zakłady karne do dziś wpisane są w pejzaż miejsca. Można powiedzieć: miasto więzienne. Były to: Centralne Więzienie Karne, czyli późniejszy Zakład Karny nr 1, któremu podporządkowany był Zakład Karny nr 2 przy ulicy Gogolińskiej oraz dwa ośrodki rolne, w których pracowali więźniowie, wypracowując tam chleb nie tylko dla siebie, ale i społeczeństwa. Mokre Łany to był ośrodek karny dla kobiet, a Suche Łany – dla mężczyzn. Do tego Ośrodek Pracy Więźniów, czyli wapienniki, kamieniołomy, wypalanie wapna, tego typu roboty, nielekkie i kojarzące się nieco z katorgą. Wapienniki znajdowały się za torami, widać je było z więzienia centralnego. Stały tam baraki, w których mieszkali skazani.
Więzienia były we wczesnym PRL wpisane w plan gospodarczy na rodowej ekonomii i musiały na rzecz tej ekonomii produkować. Naczelnik więzienia był rozliczany nie tylko z ucieczek skazanych, ale także z ich nieobecności w pracy. I tak jak w gospodarce na wolności wykształcił się wtedy specyficzny typ społeczny nazywany chłoporobotnikiem, który rano szedł do fabryki, a po fajrancie i na urlopach – w pole, tak w sieci więzień w całej Polsce zaczął funkcjonować typ, którego nazywaliśmy więźniorobotnikiem. Inna rzecz, że praca ma naprawdę walory wychowawcze.
Rozmieszczenie jednostek więziennych na terenie Strzelec Opolskich do końca 1969 r. 1 – Zakład Karny nr 1 (dawniej Centralne Więzienie), 2 – Zakład Karny nr 2 (dawniej Więzienie Karno-Śledcze i Izolacyjne), 3 – podośrodek pracy więźniów (mężczyźni), 4 – podośrodek pracy więźniów (kobiety), 5 – ośrodek pracy więźniów – wapienniki.
Przez wszystkie lata mojej służby w rozmaitych okolicznościach towarzyskich i zawodowych byłem najczęściej pytany o trzy sprawy. O strach, o sławnych strzeleckich więźniów i o ucieczki. Widzę ogromną rolę mediów i popkultury w takim właśnie nastawieniu do mojej pracy. To one sprawiły, że więzienia kojarzą się tak „filmowo”. To właśnie dziennikarze stawiają najczęściej te nośne medialnie pytania: kto uciekł i kiedy, jakich tu mieliśmy gagatków, czy wybuchały bunty i czy my się ich baliśmy. Jakoś mało kto pyta o sukcesy resocjalizacyjne albo o historię zakładu, w którym pracowałem tak długo. A sami się z tej książki przekonacie, że są to tematy nie mniej fascynujące niż na przykład ucieczki króla polskich zbiegów, Zdzisława Najmrodzkiego. On też zresztą siedział w Strzelcach, tyle że w „dwójce”, czyli Zakładzie Karnym nr 2. Bo w małych Strzelcach są dwa więzienia, a był czas, że było ich pięć. Ale o tym później. A Najmrodzki, choć owiany legendą króla zbiegów, nawet nie próbował z „dwójki” uciec.
Ale rozumiem ten kierunek zainteresowań, taki jest dzisiejszy świat, a może zawsze taki był, bo w końcu jeden z największych hitów filmowych powstawał nie na kanwie historii o budowie Alcatraz, lecz na motywach historii ucieczki z tego słynnego więzienia.
Żeby nakarmić waszą ciekawość już na wstępie, omówię krótko pierwszy temat, czyli więzienny strach. Pytano mnie, czy nie bałem się swojej pracy. Albo czy nie bałem się, będąc w pracy. Czy na stałe nosiłem przy sobie broń i tym podobne stereotypy zaczerpnięte z filmów i literatury. Albo czy codzienne obcowanie z ludźmi, którzy dopuścili się okrutnych zbrodni, nie wpłynęło na moją głowę. Nie uczyniło gruboskórnym, co jest częstą odpowiedzią psychiki na bojaźń. Przy czym mało który z pytających wiedział naprawdę, ilu w Strzelcach przebywało morderców. Gdyby znał fakty, pewnie pytania nabierałyby dramaturgicznej ostrości. Bo bywały lata, że przebywało tu za murami jednocześnie ponad 500 zabójców. Można by utworzyć ze dwa pułki.
Zerkam do notatek z początku swojej pracy. Rok 1969. 328 zabójców. 96 gwałcicieli. 192 rozbójników, czyli sprawców rozboju – z nożem, łomem lub kastetem. Wtedy jeszcze obowiązywała kara śmierci i można ją było dostać nie tylko za okrutny mord, ale i za afery gospodarcze. Od roku 1959 obowiązywała tak zwana specustawa wymierzona w tych, którzy godzili w podstawy gospodarcze socjalizmu. Gdyby utrzymała się do dziś, w Polsce nie byłoby chyba ani jednego biznesmena na wolności, tak była restrykcyjna. Opowiadano mi, ale i sam pamiętam odwiedziny takich aferzystów gospodarczych. Mimo że wcześniej sąd zarekwirował im majątki, ich kobiety zawsze przyjeżdżały tu w futrach i upierścienione. A co do zagęszczenia zabójców – a w takim roku 1975, czyli za środkowego Gierka, siedziało ich w strzeleckiej „jedynce” aż 569 – to wynikało ono nie z ich społecznego rozmnożenia, lecz z nowych przepisów, ale o tym jeszcze w tej książce opowiem.
Na pytania o strach odpowiadałem nieodmiennie w taki oto sposób: jak ktoś ma wśród skazanych szacunek, to nie musi się ich obawiać. Wtedy pytano, jak się taki szacunek grzeszników zdobywa: surowością czy spoufalaniem się? Ani tym, ani tym. Środowisko więzienne to środowisko stu nastrojów. Skłonne do różnych nieoczekiwanych zachowań. To wrzątek pod przykrywką, dlatego musimy nieustannie czuwać, żeby ciśnienie pod nią nie było zbyt wysokie. Ja zawsze lansowałem wśród skazanych i podwładnych taką zasadę: „Kaprala i sierżanta słuchaj. A dyskutuj z oficerem”. W praktyce ma to wyglądać tak, że zbój powinien wykonywać polecenia strażników, bo oni są od pilnowania porządku. A rozmawiać o swoich problemach może z wychowawcą, z kierownikiem lub z naczelnikiem. Gdy ja nim byłem, droga do mnie zawsze stała przed skazanym otworem. No, dobra… było na tej drodze kilka solidnie zamkniętych wrót, ale jak ktoś bardzo chciał, to i one się otwierały. Poza tym my, kadra kierownicza, nie byliśmy zamknięci w swoich gabinetach, na swoich strzeżonych piętrach. Systematycznie wizytowaliśmy skazanych w celach mieszkalnych i w miejscu pracy. Złodzieje mówili na mnie za plecami „Andrzejek”, chyba to najtrafniej oddaje ich stosunek do mnie. Gorzej znosiła to moja żona, gdy słyszała czasami okrzyk zza krat: „Dzień dobry, pani Andrzejkowa!”.
Czasem młodzi dziennikarze pytają mnie, czy jako naczelnik miałem swojego bodyguarda. Jakiegoś rosłego albo sprawnego w sztukach walki strażnika, który by mnie chronił w razie ataku. Nie miałem, choć zatrudniłem tu instruktorów walki, o czym jeszcze opowiem. W sytuacjach kryzysowych rozmawiałem ze skazanym na ogół w towarzystwie wychowawcy i w taki sposób, aby bardziej mu coś wyperswadować, niż się na nim odgrywać. Nie chodziło przecież o to, żeby pokazać, kto tu jest panem. Zbój dobrze to wiedział, kto rządzi w kryminale, i na ogół to respektował. A ta perswazja nie zawsze bywała łagodna. Tak, używałem ostrych słów, ale one bywały w takich sytuacjach konieczne. Rozmawiać w więzieniu ze zbuntowanym bandziorem salonową polszczyzną to tak, jakby wystawić drużynę szachistów przeciwko rugbistom.
Natomiast gdy czasami przyszło mi rozmawiać w moim gabinecie sam na sam z jakimś furiatem, to najpierw mu kazałem siadać. Gdy środek ciężkości obniżał mu się do poziomu zadu, zbój tracił rezon, schodziła z niego para. I już nie był taki wojowniczy. Poza tym chodziło też o to, żeby on wtedy nie stał nade mną, a ja z kolei żebym swoim siedzeniem nie stwarzał w nim wrażenia o swojej przewadze. Wzrok na tej samej linii i już była inna rozmowa. Mnie się to zawsze sprawdzało.
A przecież zdarzały się sytuacje, gdy ręce same zaciskały się w pięści, a ręka szukała broni. Na szczęście mieliśmy ją w depozycie. Jakie sytuacje? Na przykład zdarzenie z „Pętlarzem”.
„Pętlarz”, bo polował na kobiety z pętlą, podduszał je, a potem gwałcił. Też był z Katowickiego, jak słynny zabójca Marchwicki, to zresztą działo się już po wykonaniu wyroku na śląskim wampirze.
W przedsiębiorstwie na terenie naszego zakładu karnego podjęła pracę córka funkcjonariusza. Niedawno zdała maturę, zatrudniono ją w biurze. „Pętlarz” też tam pracował – w dziale skór miękkich. Gdy szedł do palarni, spostrzegł udającą się do toalety córkę klawisza. Dopadł ją tam, przydusił, ale na szczęście nie zdążył nic zrobić, bo inni więźniowie usłyszeli raban. Przybiegli strażnicy, obezwładnili „Pętlarza”. Sprawa poszła do prokuratora i dobrze facetowi nie wróżyła, bo za usiłowanie zabójstwa karano wtedy jak za samo sprawstwo. Poza tym bał się zemsty ze strony funkcjonariuszy, bo gdziekolwiek by go przenieśli, zawsze by za nim poszła zła fama tego, który rzucił się na córkę klawisza. No i powiesił się w celi.
Czy naprawdę dopadłaby go zemsta klawiszy? Trudno powiedzieć, bo człowiek jest tylko człowiekiem i choć w naszym zawodzie trzeba umieć trzymać na wodzy emocje, nie każdemu się to udaje. Bo życie potrafi pisać scenariusze, jakich nie wymyśli Hollywood. Oto inna tego rodzaju historia.
Pewnego dnia strażnik na wieżyczce, były więzień Auschwitz, nieoczekiwanie zobaczył na spacerniaku „Krwawego Franka”, który go męczył w obozie śmierci. To był jeden z najbardziej bezwzględnych oświęcimskich kapo. Strażnikowi puściły nerwy, zdjął z pleców karabin maszynowy, wycelował, lecz w ostatniej chwili coś kazało mu poderwać lufę i seria poszła w niebo. Na szczęście, bo na dziedzińcu była chyba setka skazanych.
O „Krwawym Franku” opowiem jeszcze, a teraz o innych sławnych więźniach. Czasem żartuję sobie, że skoro hotele w swych folderach promocyjnych chwalą się listą sławnych gości, tak samo powinny robić więzienia.
Napomknąłem wcześniej o filmowych tematach. Zacznijmy od Huberta Ś. vel Silberstein. Mówi wam coś to nazwisko? Nie? To powiem inaczej: Czesław Wiśniak vel Jacek Silberstein. Teraz już wiecie? Tak? Brawo!
Wiśniak vel Silberstein to bohater słynnego filmu „Konsul”, w którym główną rolę brawurowo zagrał niezastąpiony Piotr Fronczewski. Wszyscy pamiętamy ten film, a jak ktoś nie pamięta albo nie zna, to radzę poszperać w internecie. To historia oparta na życiorysie sławnego w latach sześćdziesiątych na Śląsku oszusta. W istocie jego nazwisko nie brzmiało Wiśniak, lecz zaczynało się na „Ś” i też było owocowe. Ten żywotny, choć niewielki mężczyzna, bo miał zaledwie 164 cm wzrostu, namieszał swego czasu tak, że dziś mogliby się uczyć od niego najwięksi nawet współcześni przekręciarze. Choć skala jego oszustw była, rzecz jasna, mniejsza, bo skrojona na PRL-owską miarę. Dziś, jak się kradnie, to miliardy.
Tenże Hubert, pracując jako kierownik zaopatrzenia w kopalni „Bielszowice” w Rudzie Śląskiej, namówił szefową sklepu „Samopomocy Chłopskiej” do zawarcia fikcyjnych umów na druty i łańcuchy do kopalni. On potwierdzał ich odbiór, kopalnia płaciła spółdzielni ogromne pieniądze, a kierowniczka dzieliła się nimi z Hubertem. Bo przecież żadne łańcuchy ani druty nie istniały.
Zainkasował wyrok i trafił do Strzelec Opolskich. Resocjalizacja przebiegała prawidłowo i kto mógł przypuszczać, że Hubert wcieli się kiedyś tak brawurowo w austriackiego konsula. Można powiedzieć, że w Strzelcach nabierał wprawy w nabieraniu otoczenia i rozwijał swe talenty, które potem wystrzeliły w filmowy sposób.
Pamiętam go, bo zetknąłem się z nim na początku mojej więziennej pracy, gdy byłem jeszcze strażnikiem. Za swoje wyczyny dostał 11 lat, ale odsiedział siedem, u nas był od 1965, wcześniej w ZK w Zabrzu. Wyszedł w 1970. Miał wtedy 47 lat. Po odsiadce pojechał do Zabrza, gdzie kopalnia „Rokitnica”, jeszcze gdy siedział, trzymała dla niego etat i zapewniała o tym nasz zakład karny. To dziś musi brzmieć egzotycznie, prawda? Robotnik siedzi, a zakład pracy trzyma dla niego etat. Ale chyba szybko znudziła mu się robota na przodku, czy gdzie go tam przydzielili.
Hubert był bardzo poprawnym więźniem, udzielał się w miesięczniku „Prześwit”, czasopiśmie zapisywanym, redagowanym i drukowanym w Strzelcach przez więźniów, którego był nawet sekretarzem redakcji. Warto tu uczynić wtręt o ówczesnym czytelnictwie prasy, której więcej wtedy czytano i prenumerowano w więzieniu niż dziś na niejednym uniwersytecie. Sięgam po numer „Prześwitu” z 1963 roku, zerkam na tabele i oczom nie wierzę. To znakomity materiał źródłowy nie tylko dla badaczy dziejów więziennictwa, ale i prasoznawców.
Kategoria dzienniki:
Trybuna Ludu – 115 egzemplarzy, Trybuna Robotnicza – 78, Trybuna Opolska – 15, Dziennik Zachodni – 18, Kurier Polski – 135, Życie Warszawy – 29, Express Wieczorny – 81, Sztandar Młodych – 30, Słowo Powszechne – 10, Sport – 52, Sportowiec – 12, Wieczór – 14.
Kategoria tygodniki:
Polityka – 15, Przyjaźń – 129, Panorama Śląska – 122, Przekrój – 69, Nowa Wieś – 64, Dookoła Świata – 26, Magazyn Polski – 65, Radar – 44, Poznaj Świat – 24, Żyjmy Dłużej – 45, Sport dla Wszystkich – 30, Morze – 15, Rozrywka – 53, Krzyżówka – 18.
A do tego kilkadziesiąt egzemplarzy prasy technicznej i naukowo-technicznej w rodzaju Młodego Technika czy Modelarza.
Przyszły „Konsul” miał publicystyczną żyłkę, potrafił w swych artykułach przywalać nawet współwięźniom. Nie lubiano go za to wśród skazanych, co nawet zostało odnotowane we wniosku o warunkowe przedterminowe zwolnienie, który niedawno odnalazłem w swoich archiwach. Było ono w jednej teczce z kopią jego artykułu z 1969, który był, jak sam napisał „rewią więziennych gwiazd”.
W tym wniosku o warunkowe przywołano fragment podania przyszłego „Konsula”, w którym w swoim niezastąpionym stylu napisał:
Jestem przygotowany na wiele wyrzeczeń. Wiem, że będę przez kilka lat zmuszony żyć w myśl przysłowia „ora et labora”, a właściwie z tego przysłowia pozostanie tylko „labora”. Ale wolę suchy kawałek chleba na wolności w gronie swojej rodziny, aniżeli beztroskie życie za murami zakładu karnego.
Do dziś rozbraja mnie tym „beztroskim życiem”, prawdopodobnie chodziło mu o „bezproduktywne” życie, czyli o to, że jako więźnia państwo ludowe musi go karmić, ubierać, chronić. Wiedział, w jaką czułą strunę uderzyć, by władza ludowa nadstawiła ucha. No i wyszedł.
Być może to publicystyczne sukcesy tak uderzyły mu do głowy, że na wolności zaczął udawać dyplomatę? Znamy to z filmu: przedstawiając się jako doktorant AGH, otrzymuje etat technologa. W szpitalu udaje brata członka KC wiodącej partii. W końcu wpada na pomysł, by udawać konsula austriackiego we Wrocławiu. Załatwia dokumenty, urządza wystawny bankiet i jako dr Jacek Ben Silberstein nabiera lokalne elity, pełne kompleksów i marzeń o zachodnim świecie. I to właśnie na nich, na tych lokalnych VIP-ów jest satyrą film „Konsul”.
Gdy za ten niebywały numer dostał swój drugi w życiu wyrok, skierowano go do Rawicza.
Ponieważ co niezapisane, tego nie ma, przytoczę tu jeszcze fragment wspomnianego artykułu z miesięcznika „Prześwit”, w którym Hubert Ś. opisał więziennych ważniaków, pozerów, plotkarzy, arystokratów i lumpenproletariat. Najbardziej spodobała mi się charakterystyka plotkarzy. Cytuję:
Specjalnym typem ludzi są plotkarze, z których większość inklinację do rozsiewana zmyślonych pogłosek przyniosła już z wolności. Klan plotkarzy dzieli się na kilka kast. Jedni są wysoko kwalifikowanymi fachowcami od propagandy optymistycznej, inni od pesymistycznej.
Mogę z całą stanowczością stwierdzić, że ich działalność ma destrukcyjny wpływ na nasz stan psychiczny. Te ich wiadomości, pochodzące rzekomo od osób poważnych i na stanowiskach, nigdy się nie potwierdzają. Powoduje to u nas chwile depresji, załamań i zniechęcenia, a ten stan psychiczny rzutuje w pewnym stopniu na nasze współżycie, wydajność w pracy, a nieraz na nasz stosunek do najbliższych osób. Służę przykładem. Mam widzenie. Przypadkowo siedzę obok takiego typka. Mimochodem słyszę, co opowiada mu osoba odwiedzająca go. Rozmowa nie dotyczy w najmniejszym stopniu spraw więźniów. Po kilkudziesięciu minutach wracamy rączka w rączkę na oddział. W momencie, kiedy przechodzimy obok bloku „D”, słyszę głos: „Jasiu, co słychać?”. Jasiem okazuje się mój partner od pary, który ni stąd, ni zowąd odpowiada: „Klawo jest. Prokurator powiedział mamie, że za dwa miesiące jestem w domu”.
Wiadomość roznosi się lotem błyskawicy i w sercu każdego rozpala płomyk nadziei. Wszak nic dziwnego – każdy z nas żyje przecież nadzieją na jakiś cud…
Prawda, jak trafnie opisał przyszły „Konsul” pewien destrukcyjny mechanizm więziennej plotki? Pompowanie nadziei, która nigdy się nie spełni. Nie ma w kryminale nic groźniejszego. No, może tylko kiepskie jedzenie, co mówiąc, przymrużam oko, ale wcale nie aż tak kpiarsko. Ludzie zza muru mogą tego nie zrozumieć w pełni, a dla nas, klawiszy, jest to bardzo ważne.
I może jeszcze fraszka jego autorstwa wymierzona w bandziorów cięższego kalibru. Teraz lepiej zrozumiecie, dlaczego grypsera nie lubiła „Konsula”, mimo że jego wyczyny były przecież dla niej imponujące:
Nosił szpenio majcher ostry / kosą zwany – na nieludzi / Siedzi teraz, nagi, bosy / lecz współczucia w nas nie budzi.
Przyszły Hubert von Silberstein podpisywał się licznymi pseudonimami. Dlaczego o tym mówię? Bo powiedział mi kiedyś jeden z zaprzyjaźnionych dziennikarzy: powiedz, jaki masz pseudonim, a powiem ci, kim jesteś. Oto pseudonimy Huberta Ś.: „Szerszeń”, „Homo Sapiens”, „Ego”, „Szczors”, „Umberto”, „Ego Ipso”, „Hust”, „Kastor”, „Feniks”.
Hubert Ś. nie miał okazji obejrzeć filmu „Konsul”. Gdy w 1989 wszedł on na ekrany, Hubert już nie żył. W więzieniu w Rawiczu popełnił samobójstwo.
W świadomości społecznej skazanie groźnego lub głośnego przestępcy i osadzenie go w więzieniu jest jak przyciśnięcie na komputerze klawisza z napisem „kasuj”. Nie w sensie fizycznym, lecz – kasuj ze społecznej pamięci. Oto sprawiedliwości stało się zadość, społeczeństwo odetchnęło z ulgą, zbój został słusznie ukarany i zniknął za stalowymi drzwiami osadzonymi na solidnych zawiasach w jeszcze solidniejszych murach. Nie ma go. Nie widać go. Zapadł się. Wyparował. Nikt go nie wspomina i nie dziwota, bo niby dlaczego społeczeństwo miałoby sobie zawracać głowę tym, który deptał powszechne zasady.
Ale przecież on istnieje. Tuż za murem, kilkadziesiąt, czasem kilkanaście metrów od nas. Oddycha, je, czyta, marzy, odlicza czas, modli się do Boga lub złorzeczy Mu, pisze listy, gra w karty, robi sobie tatuaż przemyconą do celi igłą, czeka na widzenie. Leczy swoją duszę lub pogrąża ją w jeszcze większej demoralizacji. Czasem, owszem, bywa o nim na nowo głośno, gdy ucieka lub gdy zbliża się dzień jego wyjścia, a społeczeństwu nie za bardzo się to podoba. Bo jest on, jak na przykład słynny Trynkiewicz, mordercą-pedofilem. Ale to się zdarza rzadko, raz na wiele lat. Większość więźniów, nawet tych „sławnych”, odbywa swe kary w pokorze – naturalnej lub wymuszonej okolicznościami. A na bramach więzień nie ma wywieszonych list lokatorów, jak kiedyś na klatkach schodowych, zanim zaczęły obowiązywać przepisy o ochronie danych osobowych. Gdy przechodzicie w waszych miastach obok murów więzień w drodze do pracy, na randkę, po zakupy, nawet nie domyślacie się, kto może stać teraz za oknem zakrytym blindą i zerkać pożądliwie na skrawek nieba, które nad wami wisi w całej okazałości.
To najczęściej bywa pospolity zbój, jak w swoim zawodowym żargonie nazywamy skazanych, ale może być i tak, że jest to postać, o której swego czasu krzyczały gazety albo książki do historii. Krzyczały ze zgrozą, rzecz jasna. Czasem więzienna brama uchyla się i taka osoba znów ma kontakt ze światem. Jak wtedy, kiedy Brigadeführer SS i pułkownik żandarmerii Paul Otto von Geibel, słynny kat Powstania Warszawskiego i burzyciel naszej stolicy, musiał w konwoju pojechać właśnie do… Warszawy. Pociągiem. Pod obstawą dwóch konwojentów – zbrojmistrza Palińskiego i oddziałowego Józefa Tecława, ale bez kajdanek na rękach, bo był na warunkowym. Wyszedł po 20 latach odsiadki, choć najpierw zasądzono mu dożywocie.
To było we wrześniu 1966 roku, 22 lata po powstaniu. Warszawę podniesiono już z ruin, a pod Dworzec Główny, na którym wysiedli konwojenci z Geiblem, nie podstawiono z aresztu na Mokotowie samochodu. Strażnicy musieli więc wziąć taksówkę. Warszawski taryfiarz, ciekawski cwaniak, widzi dwóch mundurowych pod bronią i dystyngowanego faceta z więziennym tobołkiem. Może polityczny? Może ktoś ważny? Więc szoferak dopytuje: a kto? a co? a za co? Konwojenci gryzą się w język. Wiedzą, że oznajmić warszawskiej ulicy, że oto taksówką po Alejach Jerozolimskich jedzie sobie ten, który wymordował tu tysiące ludzi i nie zostawił kamienia na kamieniu, byłoby jak wrzucić zapałkę do wiadra w naftą. Geibel też milczy, wpatrując się w odbudowane kamienice, które kiedyś na jego rozkaz wysadzano. Udaje, że nie rozumie, choć rozumie doskonale.
Dopiero gdy zapłacili za kurs, nachylił się do taksówkarza i szepnął: – Gdyby pan wiedział, kogo pan wiózł, tobyśmy nie dojechali, a w mieście wybuchłaby rewolta.
Geibel był jednym z tak zwanej trójcy z alei Szucha, która siedziała w Strzelcach. Pozostali z trójcy to Alfred Otto vel Romanowicz, zastępca szefa warszawskiego gestapo, oraz Ludwik Kalkstein Stoliński, człowiek, którego oskarżano także o to, że sprzedał Niemcom szefa AK Grota-Roweckiego. A nazwa „trójca z alei Szucha” wzięła się stąd, że przy tej właśnie alei mieściła się w okupowanej Warszawie siedziba gestapo oraz SS.
