Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hostel Nomadów - Artur Nowaczewski

Impresjonistyczna wędrówka „po kręgosłupie Bułgarii” wypełniona wrażeniami, spotkanymi ludźmi, obrazami, smakami i zapachami kraju, który przez ponad pięć wieków trwał w granicach Imperium Osmańskiego, by ostatecznie uzyskać niepodległość dopiero w wieku XX. Ciepła i życzliwa. Zmienna i tajemnicza. Znajoma i nieznana. Intymnie bliska.
Taka się jawi Bułgaria wydeptana krokami trójmiejskiego poety, Artura Nowaczewskiego.

„Każdy z nas ma swoje mapy wewnętrzne, swoją topografię wyobraźni, stałe punkty, swój ruchomy, rozszerzający się i kurczący jak serce świat. Ten puls to jest właśnie życie. Życie jest zawsze gdzie indziej. A czemuż to «gdzie indziej» nie miałoby być właśnie w Bułgarii?”

Opinie o ebooku Hostel Nomadów - Artur Nowaczewski

Fragment ebooka Hostel Nomadów - Artur Nowaczewski

Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Redakcja: Katarzyna Wójcik

Korekta: Jolanta Spodar

Na okładce wykorzystano zdjęcie autorstwa Filipa Stojanowa

Copyright © by Artur Nowaczewski

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Podczas pisania książki autor korzystał ze stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-244-0485-8

Wydawnictwo ISKRY

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS RZECZY

Sofia po raz pierwszy

Zapiski piechura: Riła, Pirin 2009

Płowdiw

Sofia po raz drugi

Zapiski piechura: Kom–Emine 2010–2011

Wielkie Tyrnowo, Hostel Nomadów po raz pierwszy

Spanchevci

Zapiski piechura: Rodopy 2012

Hostel Nomadów po raz drugi

Ścinki z notatnika

Powstanie kwietniowe

Sofia po raz trzeci

Batak

„Człowiek, który zabił Liberty Valance’a”

Hostel Nomadów po raz ostatni

Podziękowania

Przypisy

Sofia po raz pierwszy

Kiedy już pożegnałem się z Jordanem i jego rodziną, kiedy wymeldowałem się z hostelu i czekałem na autobus do Pragi, stało się.

Kilka dni wcześniej zakupiłem bilet – stało na nim: firma przewozowa Karats–Sofia–Praga, godzina dziewiąta.

Poszedłem do kas spytać, skąd autobus odjeżdża.

– Awtobus nul tri – uzyskałem odpowiedź.

Stoję więc na stanowisku nul tri, ale nic. Ósma pięćdziesiąt – nic, dziewiąta – autobusu nie ma. Zaczynam się denerwować. Dziewiąta dziesięć – idę do kas. Mówię babce:

– Autobus do Praginie prijechał, nic nie ma na nul tri.

O mój języku bułgaro-ruski, zawiodłeś mnie po raz pierwszy tego lata. Widzę, jak babka robi się czerwona, oglądając mój bilet.

– Nu, sztoż wy diełajetie! – przeszła na rosyjski. – Awtobus ujechał w Giermaniu!

Ożeż! Jakże to? Jak śmiało to? Ujechać? W Giermaniu?

– Awtobus nul tri – powtarza ona – awtobus ujechał w Giermaniu.

Więc nic się nie zgadza. Żadne trzecie stanowisko, ale numer autobusu nul tri. I nie żadne Karats, jak na bilecie, tylko Eurolines. I nie Sofia–Praha, tylko Warna–Hamburg. Jak idiota stałem niedaleko swojego autobusu i patrzyłem na jego odjazd. Zresztą coś podejrzewałem, ale Pragi nie widziałem, tabliczka na przedniej szybie się przewróciła – Praha zniknęła. A ja zostałem. O babo, ożeż taka, siaka, skąd mam wiedzieć, co sobie myślisz, mówiąc nul tri. Ale i ona zmartwiona teraz moją sytuacją.

– Nu, sztoż mnie diełat? – pytam.

Ona na to:

– Awtobus ujechał w Giermaniu.

Toż wiem, że ujechał, ale co z biletem moim? Następny awtobus za trzy dni. Na razie jednak jest dziewiąta piętnaście.

Awtobus kwadrans temu ujechał w Giermaniu.

Babka dzwoni gdzieś, gada coś po bułgarsku. Z tego wszystkiego przestałem ją rozumieć.

Ona teraz coś do mnie. Kartkę daje: jechać taksi, garaże, szofiery. Znaczy: jechać – ale po co, do kogo? Zajadę do garażu i powiem:

– Mój awtobus w Giermaniu ujechał!

Przecież to bez sensu.

Wychodzi ze mną na parking. Macha na taksówkę. Zatrzymuje się mały samochodzik, wystraszony gostek w okularach, trzeci kurs w życiu chyba robi. Ona do niego: bierz tego czużdienca i jedź z nim tam! Daje mu kartkę, a na kartce nazwa jakiejś ulicy – zapewne trzy metry żużla, dwa skrawki garażu na przedmieściu.

– Bierz go i wieź!

Plecak wrzucam, z przodu siadam. Wjeżdżamy w środek piekła miejskiego.

Mijają minuty, awtobus jedziew Giermaniu, a ja nie wiadomo gdzie. Nie możemy znaleźć tej ulicy. Jedziemy przez cygańskie slumsy, jakieś wysypiska, sofijskie trójkąty bermudzkie. Cyganie ciągną wózki ze złomem, a mój taksówkarz jest bliski rozpaczy. On również nie kuma, gdzie mnie wiezie... Liczy się czas, a my tkwimy, trąbimy, krążymy.

W końcu jakaś babcia wskazuje nam ulicę – awtobus tymczasem już o jedną strefę czasową bliżej Giermanii...

Wreszcie wysiadam – są garaże. Mam tylko dwa banknoty po dziesięć euro. Taksiarz wydaje mi wobec tego dziesięć lewów. Zostaję sam przed garażami. Żar leje się z nieba, głód, stres. Teraz to już prawdziwa dżungla. Nie mam mapy Sofii, nie wiem, gdzie jestem. I po co miałem przyjechać do tych garaży.

Idzie w moją stronę człowiek – szofier... Ale wkurzony jakiś.

– Nu, sztoż ty zdiełał! Poczemu on ujechał (mówi o taksiarzu). Awtobus – tu nabiera w płuca powietrza, robi wymowną pauzę – awtobus ujechał w Giermaniu!

Wszystko zatem jest jasne.

– Miałeś gonić awtobus do granicy taksówką. Dogonić przed granicą, dosiąść się na przejściu z Serbią.

Do granicy ze sto kilometrów, u mnie w kieszeni dziesięć euro i dziesięć lewów – jak dojadę taksówką do granicy?!

Dzielę się tym spostrzeżeniem z szofierem.

On ma na to krótką odpowiedź:

– Awtobus ujechał w Giermaniu.

A ja znów:

– Sztoż mnie diełat?

Już trzejszofiera z nami. Stoją nade mną jak nad sierotą. Jeden gada przez komórkę. W końcu podejmuje decyzję.

– Wsiadaj!

– Gdie my jediom? – pytam.

On na to:

– W awtobus.

Ach, więc akcja wreszcie się posunęła naprzód.

Ale awtobus ma już ponad godzinę przewagi...

Jedziemy, korki, nerwy, gadanie przez telefon.

– Mietro, mietro – powtarza szofier.

Wreszcie widzę wielki napis „Mietro”, a pod nim stoi mój awtobus.

Dziękuję, kajam się, wsiadam, w środku nikt nie mówi mi złego słowa. Zajmuję miejsce na tylnym siedzeniu obok dziesięcioosobowej tureckiej rodziny.

Jedziemy w Giermaniu.

* * *

Pojechałem w Giermaniu i wysiadłem w Pradze. Ale do Bułgarii wracałem jeszcze wiele razy. Za tym pierwszym razem wyglądałem jak ostatnia górska łajza. Snułem się w skwarze przez zatłoczone ulice. Plecak osiemdziesiąt litrów, odblaskowa karimata, w rękach kijki. Nic dziwnego, że podszedł. Przedstawił się jakoMakedonian, który od trzech dni nie ma gdzie spać. – People so cold in Sofia – mówił – nie mam za co wrócić do matki. – Żalił się płynną angielszczyzną. – Zrobię wszystko, co chcesz. Masz pieniądze, podróżujesz po świecie (you have map Rila) i już proponował, że zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego monastyru, który jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Mówił teraz o pieniądzach albo o czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko spławić. Niestety, wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, aleMakedonian ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał się something. Nie miałem something, a cała sprawa zaczęła mnie już wpieniać, powiedziałem więc, że nic nie mam, i jeszcze:go away. LeczMakedonian, teraz już prawie wrzeszcząc, lazł obok, a z nim jego cholerna angielszczyzna.

– Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery, but you, but you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a liar! I tak uszliśmy jeszcze dwie przecznice: chuderlawy okularnik, uginający się pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący: You are a liar! You are a liar! Teraz miałem ochotę przygrzmocić mu trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie innej możliwości, żeby uwolnić się od napastnika, on w końcu zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo nagle, jak wcześniej się pojawił.

Zaraz za dworcem zaczynał się bulwar Marii Luizy. Banki i lupanary. Most z kamiennymi cielskami lwów nad wyschłą rzeczką. Poza Dunajem kraj ten nie zna wielkich rzek – rzeki tutejsze to większe potoki. Wiosną pewnie inaczej, topniejące śniegi z górskich zboczy musiały zasilać nurt. Teraz jednak, w sierpniu, w kanale snuła się mętna smuga. Na jej dnie walały się śmieci, których nikt nie uprzątał.

W szyldzie „hostelu” widniała sylwetka kobiety na tle tropikalnych palm. Jego właścicielka wyglądała jak drapieżnik trotuarów. Spotkałem ją w przelocie, tuż przed wyjściem na zakupy.

– Iskam za nosztuwka – wydukałem wyuczoną formułkę.

Odpowiedziała mi:

– Ili-ili – albo-albo. – Ili pokój za dwadzieścia euro – pokazała wielkie małżeńskie łoże w różu – ili łóżko za dwadzieścia lewów. W wieloosobowym. Ale wiesz, ktoś w nocy może przyjść.

Wieczorem w recepcji rozsiadła się sprzątaczka z koleżanką. I nadawały na cały głos jakieś lokalne ploty. Gdy pojawiłem się w drzwiach, na chwilę przerwały swoje zapamiętałe narracje.

– Ej, młodzieniec – odezwała się sprzątaczka – jesteś sam, student? Może potrzebujesz kobiety? Mogę zadzwonić po dziewczynę dla ciebie.

Po upływie czasu wyobraźnia dodaje jej złote zęby. I upiorność. Ale ja przecież po tylu latach nie pamiętam już jej twarzy. W pamięci najdłużej zostają rekwizyty związane z ludźmi. Ubrania, fryzury. Twarz pozostaje zamazana. Kobieta bez kozery zapytała jeszcze o żenę dwa razy, tak na wszelki wypadek.

„W nocy ktoś może przyjść”. No to przyszedł. O dziesiątej drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch steranych życiem, wyblakłych Rumunów. Jeden ważył sto dwadzieścia kilo i zaraz zwalił się na tapczan, rozsnuwając wokół siebie zawiesinę przetrawionego alkoholu. Drugi – żigolak – okazał się nałogowym palaczem. Łaził co chwilę zaczepiać babki w recepcji, a te zanosiły się chichotem. Tymczasem grubas zaczął chrapać. Rwana linia melodyczna, dławiące pauzy, wibrujący świst. Przewracałem się z boku na bok. Po godzinie czy dwóch wrócił żigolo i zajął się kontemplatywnym wypalaniem kolejnych papierosów. Kłęby dymu wsiąkały w pościel, zetlałe firany i włosy. Tak minęła pierwsza noc w Sofii.

* * *

A pierwsze zdjęcie? Slumsy na rogatkach stolicy. Na pierwszym planie płot, na którym ktoś powywieszał wygrzebane ze śmieci dywany. Jest też coś, co wygląda jak tygrysia skóra. Tuż za płotem wnętrzności dzikiego wysypiska. Na planie ostatnim sklecone z płyt i dykty budy, a nad nimi kępa satelitarnych talerzy. W centrum fotografii wóz na czterech kołach z gumy. Właściwie nie wóz, a rozklekotana skrzynka przyczepy i trzech mężczyzn. Wszyscy odwróceni. Pierwszy, w zielonych dresach, stoi na przyczepie pochylony, jakby pracował łopatą. Widać jego chudą, naprężoną rękę. Kolejni dwaj zwróceni są bokiem. Jeden ubrany w podwinięte spodnie i niebieską bluzę z białymi paskami. Drugi, o śniadej karnacji, przyciemnionej dodatkowo opalenizną i kurzem – widać go wyraźniej, bo zasłania towarzysza – ma na sobie koszulkę FC Barcelony. Nad tym kłębowiskiem kolorów wyrasta wielka plama zielonego drzewa. Ale co najciekawsze – dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się, za przyczepą, pod ścianą bud, widać pochylone głowy dzieci.

* * *

Dlaczego przyjechałem do Bułgarii?

Pochodzić po tutejszych górach, ale przede wszystkim chciałem się spotkać z Jordanem, moim przyjacielem z dzieciństwa.

Piątą i szóstą klasę podstawówki spędziłem w Korei Północnej. Moja rodzina znalazła się w Phenianie w listopadzie 1989 roku[1]. W Polsce dogorywał poprzedni system, można było już bez partyjnej legitymacji wyjechać za granicę i zarabiać w dolarach. Dzięki temu ojcu udało się otrzymać w stolicy państwa Kimów czteroletni kontrakt. Pozostawał problem, gdzie mój brat i ja mamy kontynuować edukację. Szkoła koreańska z wykładowym angielskim nie wchodziła w grę. Wykuwanie po angielsku na pamięć życiorysu Kim Ir Sena oraz zawiłości idei Dżucze było – w perspektywie powrotu do kraju – absolutnie bezsensowne. Pozostawała podstawówka dla dzieci radzieckich dyplomatów z językiem wykładowym rosyjskim. Uczęszczały tu dzieciaki z zamkniętej dzielnicy ambasad – Polacy, Czesi, Węgrzy, Bułgarzy, Mongołowie... Kilku polskich kumpli było rozsianych po różnych wyższych klasach, jaw moim roczniku znalazłem się sam pośród Rosjan. Na dwadzieścia dwie osoby byli tu jeszcze Czeszka, Ukrainiec i Bułgar.

Każdy z nas, Polaków w Korei, miał swojego Bułgara. Takiego dobrego kumpla. Moim był Jordan. Żywiołowy i wysportowany chłopak, najszybszy biegacz w klasie. Czerwoną chustę pionierską – inaczej niż wbici w mundurki Rosjanie – nosił narzuconą na jasnoniebieski sweter. Lubili go właściwie wszyscy. Otwarty, emocjonalny, wesoły, często się śmiał. Miał pewien dystans do rygorów szkolnych, ale bez demonstracyjnej kontestacji. O jakiej zresztą kontestacji możemy myśleć w wieku lat jedenastu? Nie wiem, jak do tego doszło, że usiedliśmy w jednej ławce. Pewnie stało się to samorzutnie, jak w wypadku ustalania składu drużyny szkolnej na lekcjach „fizkultury”. Klasa podzieliła się na ambasadę („pasolskich”[2]) i „resztę świata”. U „pasolskich” grali moskwianie, dzieci nieraz wysoko postawionych członków nomenklatury. W „reszcie świata” znaleźliśmy się my. Oprócz Polaka i Bułgara skład uzupełniali Ukrainiec Dima i Rosjanin z Chabarowska, Jurij. Częściej przegrywaliśmy, niż wygrywaliśmy. „Pasolscy” znali się z podwórka, grali ze sobą dzień w dzień. Stosowali też nieczyste zagrywki. Wychodzisz sam na sam, a tu ktoś chwyta cię za szyję. Karny? Skądże znowu! Zapomnij! Nauczyciel jest akurat przy dziewczętach, które rozgrywają mecz siatkówki. Nie ma komu zagwizdać. Otrzepujesz się, popyskujesz, ale gra toczy się dalej. Tylko piłkarsko możesz się odegrać.

Jeśli akurat nie staliśmy w bramce, role były rozdane. Wysoki Jurij zostawał w obronie. Przysadzisty Dima był – jak to się dziś mówi – defensywnym pomocnikiem. My z Jordanem tworzyliśmy atak. Ta gra w jednej drużynie nas zbliżyła. I to, że mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy. Odwiedzaliśmy się w domach, bywaliśmy w swoich ambasadach, gdzie ćwiczyliśmy dwójkowe akcje. Wymyślaliśmy polsko-bułgarskie zwroty, których nie rozumieli Rosjanie. Na przykład: udało mi się odebrać piłkę na naszym polu karnym, Jordan szybko jak wiatr wybiega na pozycję i krzyczy po polsku „podaj mi do przodu”. Wpuszczam piłkę w „uliczkę”. Jest sam na sam z bramkarzem. Gol!

Tak było przez dwa lata. Dwa lata to w przypadku dzieciaków z podstawówki cała epoka. Dni, miesiące, godziny w tym wieku są rozciągliwe. Ale i nas dopadł upływ czasu. Zaczęliśmy interesować się koleżankami z klasy. Urodziny Jordana w kwietniu 1991 roku były okazją do tego, żeby jego starsza siostra, Iliana, zaprosiła na prywatkę swoje przyjaciółki i moich kolegów Polaków. To wtedy po raz pierwszy poprosiłem dziewczynę do tańca. Puszczało się to, co na Zachodzie – Roxette i Madonnę. Tymczasem świat, w którym się spotkaliśmy, właśnie się kończył. Korea kurczowo trzymała się swojego kursu, ale rozpadał się Związek Radziecki. Praca w kraju Kim Ir Sena, wskutek zmiany kursu dolara, przestała być opłacalna. W czasie wakacji między szóstą a siódmą klasą ojciec oznajmił, że wracamy do Polski. Cieszyłem się bardzo, bo tęskniłem strasznie za krajem. Ale jednocześnie dotknęło mnie coś na kształt melancholii. Nie wrócę we wrześniu do rosyjskiej szkoły. Nie spotkam już swojej pierwszej miłości, Elwiry, nie spotkam Jordana i innych. Nie było nawet jak się z nim pożegnać – był na wakacjach w Bułgarii. Na koniec sierpnia nasza rodzina miała wykupione bilety na samolot z Pekinu do Warszawy. Wiedziałem z późniejszych relacji młodszych kolegów, którzy zostali w Phenianie dłużej, że Jordan pytał o mnie. I ja myślałem o nim, o czarnowłosej dziewczynie z Kazania i o wszystkich innych kumplach. Wydawało się, że już nigdy nie zobaczę żadnego z nich.

Ale któż z nas mógł wtedy przewidzieć powstanie internetu? Że pojawią się takie portale jak Odnokłassniki, gdzie będzie można odnaleźć kontakty do szkolnych kolegów z innych części świata? Przez siedemnaście lat nie miałem żadnej informacji o Jordanie. Aż zalogowałem się na rosyjskiej Naszej Klasie i odnalazłem nie tylko bułgarskiego przyjaciela, ale też paru innych kumpli i kilka koleżanek. Wymieniliśmy serdeczne maile. Postanowiłem odwiedzić go w Sofii. Ciągnęło mnie w bułgarskie góry. To był dobry pretekst, żeby odgrzać stary kontakt.

Otrzymałem mailem numer komórki i mieliśmy się skontaktować, jak już będę na miejscu. Tak też zrobiłem. Umówiliśmy się na następny dzień pod lokomotywą ustawioną w głównym holu dworca w Sofii. Z Korei pozostał mi obraz ubranego w niebieski sweterek drobnego chłopaka, sięgającego mi do ucha. Jego współczesne zdjęcia znałem już z sieci, więc rozpoznanie nie sprawiło większego trudu. Moim oczom ukazał się potężny dziarski facet. Nie widzieliśmy się osiemnaście lat. A on po prostu podszedł i zapytał, jakbyśmy rozstali się wczoraj:

– Zdravej Artur! Kak si?

Z dworca zabrał mnie prosto do swojego domu w jednym z sofijskich blokowisk. Poznałem jego żonę i trzyletnią córkę Aleks. Swobodnie przechodziliśmy od wspomnień, starych zdjęć, do obecnego życia. Wielką radością jest zyskać nowego przyjaciela, ale czynie większą odnaleźć starego? Bo tak się poczułem. Ślepa odnoga czasu odzyskała blask i barwę. Zostałem ugoszczony w sposób baśniowy, suto zastawionym stołem, na którym było wszystko naraz: kiufteta[3], kebabczeta[4], wędliny, szopska sałata, no i rzecz jasna rakija. Przyszli też rodzice Jordana i ze śmiechem wspominaliśmy dawne czasy. Przeglądałem zdjęcia z rodzinnego albumu i widziałem, jak chłopiec, którego kiedyś znałem, zmieniał się powoli w mężczyznę siedzącego obok. W szkole średniej zaczął intensywnie ćwiczyć na siłowni. Robił się coraz większy i większy. Zaraz po maturze zgłosił się do armii, do kompanii reprezentacyjnej. Do jej obowiązków należało między innymi trzymanie wart przed pałacem prezydenta. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej noszą efektowne biało-czerwone mundury. Długo jednak Jordan przed pałacem nie postał. Od ćwiczeń rozrósł się w barach tak, że nie mieścił się w mundur. Rozwijał więc czerwone dywany i dbał o nagłośnienie. Po zakończeniu służby nadal szukał adrenaliny, więc zgłosił się do straży pożarnej. W folderze ze zdjęciami, inaczej niż w schludnie utrzymanym ręką żony mieszkaniu, panował chaos. Ale ten chaos właśnie oddawał rytm pracy Jordana – fotki rodzinne były bowiem przemieszane z ujęciami pożarów. Jordan w kombinezonie, Jordan w mundurze, w tle płonie jakiś dom, Jordan osmalony dymem po akcji; sprasowane samochody, z których trzeba wydobywać zmasakrowane ciała. A za chwilę okres narzeczeński, zdjęcia z żoną, mała Aleks.

Gdy już było późno, zaproponował:

– Jutro mam wolny dzień. Gdzie chciałbyś pojechać?

No i pojechaliśmy w góry Witosza. Widać je z poziomu bulwaru Marii Luizy. Zaczynają się zaraz za rogatkami miasta i nie przekraczają dwóch tysięcy metrów wysokości. U ich podnóży leży cerkiew Bojańska i monastyr Dragalewski. Myślałem, że ze względu na bliskość stolicy góry będą pełne ludzi, jak Tatry, ale nie. Witały nas puste iglaste lasy. Koło monastyru cicho szumiało źródełko, mała Aleks bawiła się czerpakami do wody. W cerkwi oglądaliśmy nowoczesne w formie freski, wyprzedzające o dwieście, trzysta lat europejski renesans.

Ostatnio kontakt z Jordanem się urwał. Nic na to nie poradzę. Zostają więc w pamięci po prostu dobre dni. Z nami w głównych rolach już nie jako dziećmi, ale dorosłymi. Nowe zdjęcia. Ale przecież nie przyjechałem tu, żeby wracać do przeszłości, tylko żeby iść przed siebie. Wtedy, w Bułgarii, to się zaczęło i tak trwa.

Zapiski piechura: Riła, Pirin 2009

Na początku miały to być zwykłe górskie wakacje. Zaliczanie szlaków, kolekcjonowanie szczytów. Tak się zresztą jeździ w Riłę albo Pirin. Po Bułgarii pozostaje tylko folder ze zdjęciami i kilka hardcorowych opowieści. A za rok inne góry. Kolejna kolekcja. Kolejne wakacje przesłonięte sobą. Mogło tak być. Mogło tak przecież się stać. Jak do tego doszło, że wszystko potoczyło się inaczej? Dzisiaj, gdy staję przed rozkładem pociągów na sofijskim dworcu, słyszę nazwy, z których większość coś mi mówi, coś przypomina. Nakładają się wszystkie dni, urywki mijanych w trasie obrazów, tropy, przypadkowe i nieprzypadkowe spotkania, przygodne rozmowy. I wyłania się z nich Bułgaria. Coraz bardziej swojska, oswajana z każdym kolejnym wydeptywanym w upale sierpniem. Każdy z nas ma swoje mapy wewnętrzne, swoją topografię wyobraźni, stałe punkty, swój ruchomy, rozszerzający się i kurczący jak serce świat. Ten puls to jest właśnie życie. Życie jest zawsze gdzie indziej. A czemuż to „gdzie indziej” nie miałoby być właśnie w Bułgarii?

* * *

Po jakiejś godzinie jazdy z Sofii wysiadłem w Kostencu. Senna mieścina, jakich wiele u podnóża Riły. Na ławkach przed domkami i w oknach starzy ludzie kontemplujący uliczny bezruch. Czarne chustki. Laski ściskane w pomarszczonych dłoniach. Domy z lekko pochyłymi zadaszeniami w kolorze bladoczerwonym. Jednolitość dachów w małych miejscowościach – jak się potem okazało – wszędzie ustawionych pod tym samym kątem rozwartym powoduje, że przyczepione do stoków budynki przypominają wtopione w krajobraz grzybnie. Wszystko to w świetle pochmurnej godziny dziewiętnastej, na tle wyrastającego za miasteczkiem masywu gór.

Idę w ich kierunku, potem dwa kilometry za zabudowaniami odbijam od szosy, żeby opodal jeziora – chociaż raczej jest to większy staw – rozbić namiot, skryć się za niewielką wypukłością terenu oraz drzewem mirabelki. Wtopić się. A chmury kłębią się coraz bardziej w narastającym pomruku. W końcu nadchodzi burza. Krople bębnią o tropik przez całą noc.

* * *

Nazwa „Riła” oznacza „góry pełne wody”. Wody pod wieloma postaciami – źródełek, potoków, wodospadów czy jezior.

Szlaki wiodące przez pogórze Riły okazały się słabo oznakowane. Szybko znalazłem się na manowcach, w ślepym gardle przecinki wiodącej donikąd. Donikąd? A gdyby przedrzeć się przez „donikąd”? Cierniste jeżyny, pokrzywy wielkości człowieka. Stawiałem niepewnie kroki na zarośniętym żlebie, po spróchniałych powalonych pniach drzew, nie wiedząc, co kryje się pod spodem. Ciężki plecak nie dawał stabilności. Następne sto metrów zajęło trzy kwadranse. W końcu – kolejna przecinka. Poparzony i pokłuty, zszedłem z gór w stronę równiny. Łagodne wzgórza, dzikie śliwki – najróżniejsze! Mirabelki i węgierki, czereśnie – tylko iść i zrywać. Żółte kwiaty wystawiające słupki pół metra nad ziemię... Tak do wieczora, także przez pogrążone w letargu od przynajmniej kilkunastu lat podgórskie eksletniskowe miejscowości. Płoty i kłódki zżerała rdza, szyby znikały z okien, trawa zarastała ścieżki, cywilizacja cofała się, kraj się wyludniał. Taka jawiła mi się Bułgaria – pełna sprzeczności, w jednych miejscach ofensywna, nowobogacka, czterogwiazdkowa, w innych zdawała się rozpadać i zanikać.

* * *

Do Borowca pozostało jeszcze kilka kilometrów. Nie udało się złapać stopa przed zmrokiem, trzeba było więc biwakować na przypadkowej polanie niedaleko potoku. Obudził mnie dźwięk muzyki. Nieopodal obozowiska zatrzymał się pulsujący bałkańskim disco samochód wypełniony Cyganami. Nie było ich widać, ale wyobraziłem sobie niebieskie dresy z paskami i wiszące na szyjach złote łańcuchy.

Nie uszedłem stu metrów asfaltem, kiedy jakiś uczynny miejscowy zaprosił mnie do wnętrza rozklekotanego burozielonego UAZ-a. Trzymając kierownicę jedną ręką, drugą popijając kawę z plastikowego kubka, pewnie brał zakręty wijącej się między świerkami szosy.

– Where are you come from?

– From Poland, Polsza!

– Aaaa! Połsza!

– Ty edin?

– Da, odin!

– Where are you going?

– Mu-SA-ła!

– Aaaa! MU-sała! Chiża MU-sała?

– Da, chiża Mu-SA-ła!

– Good! Good!

I tak, przekrzykując pyrkot silnika starego UAZ-a, rozmawialiśmy sobie ni to po angielsku, ni to po rosyjsku, ni to po bułgarsku. Mignęły hotele Borowca, mignęły gwiazdki, supermarkety, souveniry... Mignęła stacja Lifta, wreszcie mój dobroczyńca zatrzymał się u wylotu leśnej drogi. Trzaśnięcie drzwi, uścisk dłoni.

– CHI-ża MU-sa-ła! – powiedział, wskazując drogowskaz.

* * *

Musała... czyli Mus Allah... Tron Allaha. Dwa tysiące dziewięćset dwadzieścia pięć metrów wysokości, najwyższy szczyt Riły i całych Bałkanów. Warto zauważyć, że nazwy tej nie zmieniono. A wiele szczytów w Bułgarii po odzyskaniu niepodległości otrzymało nowe miana. Musała, Mus Allah świeci wśród nich swoją nienaruszalnością.

Szlak z Borowca nie był zbytnio uczęszczany, można powiedzieć, że wręcz pusty. Chmury zasnuwały szczyty. Piętra roślinności w Rile różnią się od naszych tatrzańskich. Wszystko rośnie wyżej: wyżej sięga las iglasty, wyżej podchodzi kosodrzewina, wyżej sięgają połoniny – do dwóch i pół tysiąca metrów. Podejście pod Musałę od północy jest skaliste i dużo trudniejsze niż trawiaste południowe zbocza. Wielkie schronisko, położone na wysokości prawie dwóch tysięcy czterystu metrów było w remoncie. Zamiast niego funkcjonował mały baraczek, gdzie mogłem przenocować. Góra ukazała swój majestat dopiero, kiedy wieczorem wyszło słońce.

Rankiem – cudowna widoczność. Ani jednej chmurki, skały odbijały się w idealnie czystych jeziorach. Gorąco. Coraz wyżej i wyżej. Im bliżej wierzchołka Musały, tym więcej turystów. Głównie Bułgarzy wychodzący na szlak z dolin i od kolejki. Niedaleko szczytu czerwone punkciki – sześciu jednakowo ubranych wycieczkowiczów, wspinających się po ścieżce. Wszyscy mieli identyczne czerwone polary, rozmawiali po niemiecku. Normalnie Polar Korps... Ale turystów było dużo więcej – ściągali ze wszystkich stron. Rozległy wierzchołek zmieścił ich przeszło setkę.

W stacji znajdującej się na szczycie serwowano herbatę. Różnojęzyczny tłum wesołych głosów odcinał się wyraźnie od wcześniejszej ciszy. Zrzuciłem plecak, kijki oparłem o spory głaz, rozwinąłem mapę. Nagle zobaczyłem, że ktoś robi zdjęcie. Poruszyłem się, myśląc, że może wchodzę mu w kadr. On jednak pokręcił głową z dezaprobatą. Zwinął palce w kółko i cmoknął: – Typiczen turist! Model!

* * *

Z Musały szlak prowadził do schroniska Grynczar. Tron Allaha szybko zniknął z oczu. Parę godzin ciężkiego marszu. Większość trasy po dość eksponowanej grani, mija się kolejne szczyty, które jednak zdążyły się skryć w chmurach. Maszerowałem już czwarty dzień i dopiero zaczynałem łapać właściwy rytm. Krok, krok, oddech, krok, oddech, krok – cudowna harmonia niezmącona ciężarem plecaka. Wieczorem narastające zmęczenie. Coraz częstsze odpoczynki dla zaczerpnięcia tchu.

Po latach z całych dni, rozciągających się na minuty i godziny, pozostają pojedyncze kadry i odgłosy. Z tego pozostanie ciche szczeknięcie w kosodrzewinie. To mały, szaro umaszczony wilkopodobny piesek, wyczuwszy mój zapach, ostrzegł swoich towarzyszy podróży. Wyłonili się z zarośli. Dwóch takich jak ja, młodych plecakowców w wieku poststudenckim. Pierwszy z nich uśmiechał się szeroko. Ten uśmiech był tak naturalny, że poszerzał mu twarz, jak odpowiedni układ kresek w komiksie. To wrażenie pogłębiał rybacki kapelusik. Drugi, masywniejszy posturą, miał na głowie kapelusz Jacka Wolfskina z szerokim rondem. Na szyi dźwigał profesjonalnego canona. Wyglądał na człowieka uważnego, co można poczytać za cnotę. Robili wrażenie fajnych gości. A ja już po kilku dniach odczuwałem samotność na szlaku. Wyprzedzili mnie i słyszałem jeszcze, jak iglaste gałęzie smagają ich płaszcze. I znów zapadła cisza. Kwadrans potem zobaczyłem, jak na sporej polanie zabierają się do rozbijania namiotu. Tymczasem podbiegł piesek. Był to jeden z tych piesków wędrownych, jakich wiele w górach Riła. Przyłączaj ą się do turystów w wioskach i idą za nimi wiele dni. Żywią się tym, co upolują w trawie albo wyżebrzą. Pieski wędrowne Riły – najsympatyczniejsi Cyganie świata... Oczywiście zaraz przyszedł mi do głowy Miłosz: „Myślałem nie tylko o ludziach, którzy swe szczęścia postradali, także o pokoleniach piesków im w codziennych błędnych powrotach i porannych pielgrzymkach towarzyszących. I raz, nie wiadomo skąd, pewnie we śnie nad ranem, zjawiła mi się ta śmieszna i czuła nazwa: «piesek przydrożny»...”[5].

Psie oczy wpatrywały się we mnie, oczekując czegoś lub nie oczekując, i tak stanęło przede mną zdanie z Małego Księcia Antoine’a de Saint Exupéry’ego: „jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować”.

* * *

Z dnia na dzień idzie się coraz lepiej. Kolejny etap to odcinek Grynczar-Ribni Ezera. Połoniny położone na wysokości dwóch tysięcy pięciuset metrów. Upojenie powietrzem, marszem. Połykanie kilometrów i krajobrazów. Ogrom masywów, mnogość jezior... Jeziora niebieskie, błękitne, zielonkawe, a czasem tak przeźroczyste, że z odległości kilkunastu metrów widać każdy kamyczek na dnie... Po co jechać do Riły? Nie odkrywa się przecież żadnego terra incognita. Góry też nie są tak wysokie jak w Alpach. A jednak jest tu coś swojskiego, zaprawiającego wędrówkę elementem nostalgii, szczyptą wschodnioeuropejskiego chaosu. Potrzeba zabrudzenia, pewnej skazy na nieskazitelnym krajobrazie. Przyzwyczajenie do zgrzebnych infrastruktur, do narciarskich prześmierdłych kibli. Wieczorem kupowałem w schroniskach edna bira[6] i wyczekiwałem na to, co się zdarzy. Na postoju w Ribni Ezera spotkałem Polaków. Julia i Jan, jak się okazało, dotarli do Bułgarii tym samym autobusem co ja. Teraz sobie to przypominam. Siedzieli tuż przede mną. Młoda para, która robiła zdjęcia lepiankom na rogatkach Sofii. Wpadliśmy na siebie po prawie tygodniu, idąc z różnych stron pasma – oni z zachodu, ja od wschodu. Wymieniamy się namiarami, ale nie ma tu zasięgu komórek – nowi znajomi znikają gdzieś w ciemnościach, nie mogę już odnaleźć ich namiotu.

* * *

W schronisku zakwaterowano mnie z czeskim małżeństwem. Rano wyruszyłem w ich towarzystwie na szlak. Oprócz nas szli też znajomi z widzenia dwaj Bułgarzy (ci od pieska) i niezidentyfikowany Irokez – chyba z Wielkiej Brytanii. Gęstwina kosodrzewiny. Ian prowadził, jego żona i ja dreptaliśmy z tyłu. Dogonieni Bułgarzy poczęstowali nas herbatnikami.

Pogoda jest zmienna, wkrótce opada mgła, groźnie się chmurzy nad graniami. Wreszcie schron – „zasłona”[7] Kobylino Braniszte. Zasłona przypomina szopę albo działkową budę zbitą z desek. Nad wejściem wisi czerep zdechłej krowy. W środku dziesięć pryczy, piec – można napalić i się ogrzać. O dziwo, wszystko to stoi tutaj już ze czterdzieści lat...

Ian z żoną decydują się zejść do monastyru Rilskiego, kończą im się zapasy. Bułgarzy i ja zostajemy. Bogdan i Filip są inżynierami z Płowdiwu. Bogdan – to ten uśmiech w rybackim kapelindrze, Filip – uważny fotograf. Okazuje się, że piesek, który wędrował z nimi kilka dni, odłączył się w Ribni Ezera. Z niedalekiego szałasu pasterskiego przynosimy drzewo na opał. Po jego obejściu kręcą się kury, szczeka duży, przywiązany do budy pies. Bogdan, wrzucając drewno do pieca, mówi, że piece tego typu można spotkać w całej Bułgarii. Tymczasem Filip coś notuje w niewielkim kajecie. Zagadnięty o to odpowiada, że pisze bloga. Każdy dzień podróży ilustruje zdjęciami i na bieżąco stara się dopasować do nich opis, póki ma wszystko świeżo w pamięci. Przez otwarte drzwi zasłony widać szalejący na zewnątrz żywioł – ściany deszczu, błyski piorunów. A w środku przyjemne ciepełko. Bogdan podaje biskwity[8] posmarowane jakąś apetyczną mazią. Ma tego cały słoik. „Specjał” jest bardzo pożywny, dwa ciastka i jakbyś kanapkę zjadł. Później zdradza tajemnicę przepisu. Jest on bardzo prosty: bierzesz pół słoika miodu i mieszasz pół na pół z tahanem[9]. Trzeba tę mieszankę dobrze wybełtać i gotowe. Niestety, za te pyszności mogę się zrewanżować jedynie chińską zupką i konserwą. Przedstawiam chłopakom te dania jako polsko-kitajskij sup i polsko-tyrolsku konsierwu. Na dworze leje i leje. Nagle ze strug deszczu wyłania się zakapturzona postać. Zielony płaszcz w ostrym kapturze, normalnie desant z Rivendell! Machamy przyjaźnie:

– Chodź do nas! Bywaj! Tu bywaj! – Postać wchodzi. Już się wydawało, że zyskaliśmy czwartego towarzysza, lecz gość wyprowadza nas z błędu:

– Ale nas jest sześciu!

I wchodzą gęsiego do szopy, jeden za drugim, w identycznych płaszczach, parując deszczem, śmierdząc potem i zmęczeniem. „Sześciu Czecha”, ale nie – w tym komandzie są i dziewczyny. Cała niewielka powierzchnia schronu wypełnia się momentalnie buciorami, skarpetami i prędką czeską mową. Czesi rżną w karty, przekrzykując się i przekomarzając. Być może to jest wyższość samotnej wędrówki; grupy przyjacielskie wyjeżdżające w góry tak naprawdę mentalnie nigdzie nie wyjeżdżają. Rozgadani, skupieni na własnych przywiezionych z domu wątkach, czują się bezpiecznie i nie potrzebują ludzi z zewnątrz. Potem wrócą i w tym samym gronie będą oglądać zdjęcia z Riły, przypominając sobie dowcipy i lapsusy popełnione w drodze, zaczynając lekturę fotografii od wyrazu własnych twarzy.

Po zmroku pod szopę podchodzi puszczone samopas stado krów. Wypełniają noc niepokojącymi szmerami. Ktoś zamyka drzwi. Pomieszczenie wypełnia ciemność i chrapanie. Za ścianą słychać rozległość tej nocy...

* * *

Rano Bogdan udał się na poszukiwanie wody. Wrócił z napełnioną butelką, ale żółta ciecz nie budziła zaufania. Po krótkiej wymianie zdań z Filipem postanowili ją wylać. Wyszli znów na dwór i wrócili kwadrans później, teraz już z czystą wodą, którą zaczerpnęli z górnego biegu strumienia. Czesi ruszali już w drogę – w stronę Ribnich Ezer. Koledzy z Płowdiw nie spieszyli się.

Okazało się, że zostali w schronie celowo. Bogdan starannie zamiata podłogę.

– Tego nauczyłem się w wojsku – żartuje – zamiatać.

Nie ruszyliśmy na szlak, póki schron nie wyglądał tak jak przed naszym przybyciem. Nie dość na tym – Bogdan przez całą trasę niósł worek, do którego zbierał porzucone na szlaku niedopałki i papierki po batonach.

Tego dnia pogoda była mglista, zimno oblepiało nasze kurtki. Pokonaliśmy kawałek szlaku zabezpieczony linami. Dość trudny jak na Riłę, przypominał łatwiejsze odcinki Orlej Perci. Wczorajsza decyzja o pozostaniu w Kobylinie Braniszte okazała się więc słuszna.

Byli znakomitymi kompanami. Starałem się nauczyć jak największej liczby bułgarskich słów. Chłopakom imponował mój przewodnik Petryszaka i Jankowa po górach Riła i Pirin wydawnictwa Bezdroża – zwłaszcza dokładne profile tras ze szczegółowym kilometrażem. Filip ochrzcił go kniżką Artura. Na każdym postoju, kiedy zasiadaliśmy nad mapą, chłopacy pytali:

– Artur, kakwo szte każe twojata kniżka?

Czytałem więc po cichu: „Odtąd krajobraz przybiera wysokogórski charakter. Z przełęczy na północ schodzą znaki zielone do kompleksu Majlowica, a na wschód znaki żółte na Łopuszki Wrych i dalej do znaków zielonych pod szczyt Goljam Medarnik. Na grzbiecie skręcamy gwałtownie na zachód, trawersujemy skalisty stok po sporych głazach, na niezbyt długim odcinku towarzyszy nam stalowa lina. Po prawej stronie zieją przepaście opadające do doliny potoku Sredna Preka. Trasa biegnie po sporych wantach mniej więcej na tej samej wysokości, po czym zaczyna się obniżać po minięciu skał, z których ciekną małe, ale liczne stróżki wody, przez co droga może być miejscami mokra i śliska”[10].

Gdyby byli Polakami, przeczytałbym na głos. Przewodnik uprzedzałby każdy nasz krok i próbowalibyśmy się odnaleźć w opisie. Ale nie umiałem przetłumaczyć tekstu na żaden ze znanych nam wspólnie języków. Pokazywałem im więc profile tras, gdzie w obrazowy sposób przedstawione są różnice wysokości i czasy przejść.

Zwykle okazywało się, że czas przejścia podany w kniżce był zbyt optymistyczny.

– Człowiek, który to pisał, musiał bardzo szybko iść, nie wliczając postojów i ciężaru plecaka – stwierdził Bogdan, kiedy jego pierwszy zapał wobec przewodnika już opadł.

Potem żartowali, że kniżka działa na mnie psychologicznie. Czytając, że do schroniska tylko dwie godziny, mobilizowałem się. Tymczasem z dwóch robiły się zwykle cztery.

W kolejnym schronie (Strasznoto Ezero) przyszła pora na dłuższy postój. Regulamin użytkowania zawieszony na drzwiach sporządzony był w trzech językach: bułgarskim, niemieckim i... polskim. Wokół roztaczał się prawdziwie groźny alpejski krajobraz – poszarpane granie i niedostępne ściany. Tego dnia Filip miał kryzys formy i zostawał z tyłu. To był moment, w którym mogłem oderwać się od przygodnych towarzyszy, wejść na powrót w swoją samotność. Ale wolałem na nich poczekać, odpoczywając na dużym głazie. Ucieszył ich mój widok, gdy wyłonili się zza zakrętu. Tworzyliśmy już team. Tuż przed schroniskiem Malowica na wielkim głazowisku gdzieś przepadł szlak. Siąpił deszcz, więc zejście po śliskich kamieniach było dość niebezpieczne.

Chiża[11] należy do największych w Rile. Można przysiąść w świetlicy i pooglądać telewizję. W wiadomościach nowy bułgarski premier, Bojko Borisow, waląc pięścią w stół, mówił o walce z kryzysem. Dziennik zajmował się też ważkim problemem: czy znane bułgarskie danie – szopska sałata – jest szopskie czy serbskie? Czuć, że jest to dużo mniejszy kraj od Polski. Przynajmniej przez szybę ekranu wygląda kameralniej, świat wydaje się odległy i mniej rzeczywisty. Jeden z pracowników schroniska obchodził urodziny. Miałem dzięki temu okazję zobaczyć tradycyjny taniec choro. Grupa młodych ludzi, trzymając się za ręce, tańczy w półkolu. Są takie chwile, kiedy nie przeszkadza to, że jest się na obrzeżu.

Opowiadam chłopakom o tym, jak w Polsce zdobywa się koronę gór, kompletuje najwyższe szczyty wszystkich pasm Beskidów i Sudetów. – Ale po co? – zaśmiał się Bogdan, rozbawiony wizją korony Himalajów dla ubogich. W kraju, gdzie gór jest tak wiele, nikt nie wpadłby na taki pomysł. Mnóstwo pasm jest w ogóle nieodwiedzanych przez turystów. Ku mojemu zaskoczeniu, Filip wyjmuje z chlebaka książeczkę Bułgarskiego Związku Turystycznego, gdzie wymienionych jest sto najsłynniejszych atrakcji turystycznych w całej Bułgarii; ma w niej około dwudziestu pieczątek. Wodząc palcem po mapie, opowiada o ciekawych miastach, które znajdują się w Rodopach.

– Jest też szlak, który idzie przez całą Bułgarię, od granicy z Serbią do morza. Cały czas przez góry, przez Bałkan.

– Jak się nazywa?

– Kom–Emine.

Wiem już, że w przyszłym roku tu wrócę. Przejść Bułgarię dosłownie. Z jednego końca na drugi. Górskim grzbietem. Przez sam środek kraju, po jego kręgosłupie.

* * *

Następny dzień przyniósł wejście na Malowicę. Imponująco wygląda ten szczyt od północy; ściana ta, nazywana niekiedy „czarnym trójkątem”, stanowiła największe wyzwanie dla wspinaczy w Rile. W latach trzydziestych szturmowało ją wielu alpinistów – grupy z Jugosławii, Francji, Austrii, III Rzeszy, Włoch odchodziły spod niej pokonane. Udawało im się pokonać jedynie kilkadziesiąt metrów z dwustumetrowej przepaści. Zdawała się niezdobyta. Kto na nią próbował wejść i pierwszego dnia nie wrócił, musiał kontynuować wspinaczkę. Inaczej był właściwie skazany na śmierć. Na gładkiej ścianie nieraz przez kilkanaście godzin nie było miejsca, gdzie można odpocząć, napić się wody. Pierwsi zdobywcy – Kosta Sawadżijew i Georgi Stojmenow – pokonali ją w 1938 roku i zajęło im to czterdzieści cztery godziny. Niemal dwie doby, w trakcie których, wczepieni w skały, przeżyli nocną burzę z błyskawicami. Nic dziwnego, że data ich wyczynu uważana jest za początek bułgarskiego alpinizmu, a o szczycie śpiewa się przy ognisku piosenki.

Turystyczne wejście zajęło nam kilka godzin. Nie było zbyt trudne. Po drodze cmentarzyk ludzi gór, którzy zginęli w różnych pasmach świata. Pasące się na halach konie. Szlaki prawie puste, tylko na samej Malowicy spora grupka turystów – Bułgarzy, Czesi, Polacy, nawet para z Izraela. Można spojrzeć w słynną czeluść północnej ściany.

Z tego dnia zostanie mi taki obrazek, być może wyraźniejszy niż te na szczycie: spora szczelina na grani, która chroni nas przed wiatrem. Bogdan gotuje czaj[12] na gazowej maszynce. Biorę w zmarznięte dłonie ciepły kubek i cieszę się tym zimnem, herbatą i mgłą... A pod wieczór, gdy widzimy już siedem jezior, spotykamy rodzinę „Moro” – ojciec ubrany w stylu wędkarsko-militarnym, za nim gęsiego podążają żona, córka podlotek i trzech malców.

W Dolinie Siedmiu Jezior jest już Białe Bractwo. Tysiące namiotów obsiadły wzgórza, wyglądając zza krzaków kosodrzewiny pstrokacizną tropików, pulchnymi kształtami igloo. O bractwie niewiele wcześniej zdążyłem w Polsce przeczytać, niewiele było dostępne. Raz do roku w sierpniu zbierają się w Dolinie Siedmiu Jezior, w środku parku narodowego, by tańczyć i osiągać harmonię z naturą. Ten ekologiczno-religijny sos mało mnie przekonuje, kiedy widzę zadeptywaną przez sekciarzy dolinę. Setki ludzi ubranych na biało drepczą do źródełka po butelkę wody. Po raz pierwszy w czasie całej mojej podróży jest tłoczno jak w Tatrach. Na te wszystkie imprezy Bractwo dostaje zezwolenie od bułgarskiego rządu.

Po prawdzie, w obozowisku Białego Bractwa znajdowały się też „czarne owce”. Na przykład mój czarny polar krążył bezkarnie wśród białych koszulek polo, a nasze dwa nieoznaczone namioty przycupnęły na jednej z namiotowych uliczek, wijących się wśród skał. Jest tu więcej takich „czarnych” jak my. Idąc do kibla, zauważyliśmy przy ścieżce przygotowane do drogi wielkie plecaki i zwinięte już namioty.

– Patrz, Biełyje Bractwo – tak jak my – powiedziałem, wskazując palcem swój polar.

– Byal Bractwo, cherno bractwo – roześmiał się Bogdan.

W Bułgarii język instytucjonalnej religii, który weryfikuje rzeczywistość w Polsce, jest prawie nieobecny. Groźne słowo „sekta” traci swoją moc. Rząd zawiesza prawo specjalnie dla niewielkiej grupy religijnej (w całej Rile nie wolno biwakować) i... jest to normalne.

* * *

Kolejny dzień jest już ostatnim w naszej wspólnej podróży. Filip wraca do Płowdiwu, Bogdan zostaje w Dolinie Siedmiu Jezior, a ja ruszam do schroniska Iwan Wazow. Odprowadzili mnie na przełęcz. A nawet na zmianę taszczyli mój ciężki plecak. Przypomniała mi się Pieśń o przyjacielu Wysockiego. Czy się jeszcze kiedyś zobaczymy? Serdecznie uściskałem obydwu.

Zstępuję rozległą połoniną w kierunku Iwan Wazow.

Nagle zauważam korowód znajomych postaci. To ojciec „Moro” ze swoją rodziną. Rozmawialiśmy z nim wczoraj.

– A czemu dzisiaj sam? – spytał.

– To byli moi przyjaciele z gór, szliśmy razem kilka dni, a teraz oni tam, a ja tu – wyjaśniłem. – Oni Bułgarzy, a ja Polak.

Poprzedniego dnia nawet nie zauważyli, że jestem z zagranicy. Wyglądałem po prostu za najbardziej nieśmiałego z naszej trójki.

– A my byliśmy tam – powiedziała żona pana „Moro” i wskazała na najwyższy szczyt rysujący się na horyzoncie.

– I wsie tam byli, malcziszki toże? Minienki gieroi! – pochwaliłem malców swoim dziwacznym, ni to ruskim, ni to bułgarskim językiem.

– Minienki gieroi! – zaśmiała się pani „Moro” i dłonią zmierzwiła włosy najmłodszemu z chłopaczków. – On trochę po rusku mówi!

– No, na nas już czas! Wycieczka, naprzód – zakomenderował pan „Moro”. I ruszył pierwszy, a za nim żona z córką i gęsiego chłopcy.

Teraz poczułem się naprawdę sam.