Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Deus mare, Batavus litora fecit…
„Bóg stworzył morze, Holender wybrzeże” - jak mówi znane powiedzenie.
Kiedy lądujemy na lotnisku Schiphol pod Amsterdamem, nie myślimy o tym, że leży osiem metrów poniżej poziomu morza i jeszcze nie tak dawno tonęły tu statki. Tymczasem ponad jedna trzecia Holandii wyrwana została kapryśnym falom w wiekowej walce na śmierć i życie.
Holendrzy przechytrzyli Boga, wmieszali się w plan stworzenia. Ten pojedynek zaczął się na wodzie i trwa nadal, także na ziemi. Zmienił krajobraz i ludzi. Aby przetrwać, muszą być czujni, działać wspólnie. Dlatego stworzyli kanon zachowań, który przeprowadził ich przez głębokie wiry historii. Nauczyli się nie tylko dyscypliny, oszczędności, wytrwałości, kooperacji, ale także otwartości, tolerancji i zrozumienia. I wciąż chcą być najlepsi na świecie. Mają do tego prawo: poprawili przecież samego Boga.
„Wiatru nie można zatrzymać” - mówią dzieciom w kołysce. A wodę? Holandia pokazuje, że wodę zatrzymać można. Ten piękny kraj na dnie morza to ich dzieło. I tylko ich, Holendrów. Opus Batavus.
Marek Orzechowski nie ukrywa, że kocha Holandię. I ta właśnie miłosna lojalność zwalnia go ze swoistej dyskrecji w opisie kraju pełnego wody, ale i skąpstwa, światowości, ale i naturalnego prowincjonalizmu, pozwala łamać stereotypy i uwalniać prawdę. Każdy kraj ma swoje tajemnice, także Holandia, i Marek nie boi się pójść ich tropem. Z pozycji obiektywnego przyjaciela pokazuje nam Holandię, jakiej nie znamy, i przekonuje, że to nie przypadek, że Holendrzy tacy są, jacy są. Wiem, co mówię, ponieważ sam pochodzę z holenderskiej rodziny.
GÜNTER VERHEUGEN
Holandia przyciąga jak magnes, kusi odmiennością i żadnego podróżnika nie rozczarowuje. Gdzie tkwi jej tajemnica? Marek Orzechowski w swojej podróży po tym pięknym wodnym kraju, przepasanym kobiercami tulipanów i zaludnionym cierpliwymi krowami, z zaskakującą historią i frapującą teraźniejszością, tropi tę odmienność, docieka prawdziwego charakteru, odkrywa przed nami walkę o przetrwanie z zawistną wodą, ujawnia naturę mieszkańców będącą odpowiedzią na wyzwania miejsca na granicy morza, ziemi i nieba. Holandia po lekturze jego książki może nie będzie się nam już kojarzyć wyłącznie dobrze, ale na pewno prawdziwiej.
ANDRZEJ SEWERYN
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Data ważności licencji: 4/8/2033
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Adam Kosik
Redaktor serii: Halina Hałajkiewicz
Redaktor inicjujący: Barbara Czechowska
Redaktor prowadzący: Magdalena Zabrocka
Opracowanie indeksu: Zuzanna Pasikowska (Lingventa)
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Katarzyna Szajowska
Zdjęcia w książce pochodzą z zasobów
Wikimedia Commons, Shutterstock, EAST NEWS oraz Karola Strasburgera
© by Marek Orzechowski
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014, 2026
ISBN 978-83-287-4101-0
MUZA SA
Wydanie III, uzupełnione i zaktualizowane
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Ani, która odsłoniła słońce
Wiatru nie można zatrzymać,
ale można budować wiatraki.
NIDERLANDZKIE PRZYSŁOWIA LUDOWE
Sünig üüs en müs,
Oszczędny jak mysz.
FRYZYJSKIE POWIEDZENIE
W końcu wydaje mi się, że nie dostrzegłem
niczego poza wodą w różnych stanach
– woda zamarznięta, pośniegowa, woda w kałużach,
w których odbijają się wodne chmury…
PAUL VALÉRY, POWRÓT Z HOLANDII, 1926
Nigdy się nie tłumacz.
Przyjaciele i tak zrozumieją,
wrogowie i tak nie uwierzą.
ERAZM Z ROTTERDAMU
Pieniądz nie zna kuzynów.
NIDERLANDZKIE POWIEDZENIE
Wy Polacy musicie bardzo dokładnie słuchać,
co mówi w parlamencie nasz premier.
Nigdy nie powie, że wspólna Europa
jest projektem służącym zachowaniu pokoju.
To wy tak mówicie i tak myślicie,
chociaż się wciąż chętnie bijecie.
Nasz premier zawsze powie,
że Europa to handel, dobry interes,
że dobrze na nim zarabiamy.
Ale w momencie, kiedy ludzie spostrzegą,
że tak nie jest, i przestaną wierzyć,
że Europa to pieniądze,
ponieważ nie będą ich widzieć
na własnych kontach,
wtedy nas tu nie będzie,
wypiszemy się z tej wspólnej Europy.
MÓJ STARY, DOBRY NIDERLANDZKI PRZYJACIEL
Właściwie, poza książkami, nigdy niczego nie zbierałem. Ani monet, ani znaczków, motyli czy kamieni. Nie pociągały mnie ołowiane żołnierzyki, chociaż jak każdy chłopiec miałem je w swoich wielkich pudłach. Musiałem przecież, od czasu do czasu, prowadzić i wygrywać wojny. Lubiłem samochodziki, ale to żadna ekstrawagancja, chociaż i w tym różniłem się od kolegów. Swoje stare przedwojenne modele z wielkimi błotnikami i wielkimi lampami robiłem sam z plasteliny. Kołami z reguły były pinezki albo małe guziki, które podbierałem mamie. Patrzyłem na swoje cuda, podziwiałem je i marzyłem o prawdziwych pięknych autach, jakich nie widywało się na ulicach.
Mój dziadek zbierał znaczki i pewnie się spodziewał, że je kiedyś odziedziczę. I choć nic z tego nie wyszło, zapamiętałem, jak kiedyś, siedząc na jego kolanach, podziwiałem mały ciemnozielony, a może granatowy znaczek z głową jakiejś damy. Królowej, wytłumaczył mi dziadek. Po czym dodał z wielką dumą: „Dostałem Niderlandy”. Z całej reszty niewiele zrozumiałem, tyle tylko, że doszło do jakieś wymiany. Dla mnie brzmiało to tak, jakby chodziło o wejście do wielkiego skarbca. Niderlandy, dalekie, za siódmą górą i siódmą rzeką, u dziadka znalazły się blisko, na wyciągnięcie ręki. Jego, nie mojej, ja mogłem tylko spoglądać z góry. Ja wtedy swoich Niderlandów jeszcze nie dostałem.
Kiedy już trochę podrosłem i chodziłem do szkoły, każda wycieczka, każdy wyjazd autokarem poza mury szkoły stawały się dla mnie wielkim przeżyciem. Kraków, Gdańsk, Zakopane – to były te kierunki. Ale pewnego dnia w autobusie, który miał nas unieść ku kolejnej wielkiej przygodzie, usłyszałem, jak jeden z kolegów zapytał nauczycielkę, czy jedziemy daleko, a ona ze śmiechem odpowiedziała, że bardzo, bardzo daleko, bo kto wie, czy nie aż do Amsterdamu. Zepsuła tym moją piękną wycieczkę, ponieważ przez cały czas podróży nie mogłem myśleć o niczym innym jak tylko o owym Amsterdamie. Ba, nie za bardzo wtedy wiedziałem, czy to miasto, góry, państwo czy rzeka – myślałem o nim jak o czymś tak dalekim, że na pewno niedosięgłym.
Kiedy wróciłem do domu, zacząłem pytać, szperać, szukać w książkach i atlasach. I oto był. Był tam na końcu po lewej stronie tej wielkiej mapy. Domy stały w wodzie, wszędzie widziałem wiatraki, jakieś takie inne od tych nielicznych, które gdzieś się jeszcze u nas uchowały, a tulipany rosły na polach jak łany zbóż. Ogarnąć myślą nie bardzo się to udawało. W ten właśnie sposób Amsterdam stał się dla mnie wyzwaniem i zarazem obiektem tęsknoty. W wyobraźni przemierzałem ulice, pływałem po kanałach, zaglądałem do okien… i zasypiałem z atlasem otwartym na stronie z odległymi Niderlandami. Byłem zaledwie uczniem szkoły podstawowej i tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak one daleko leżą. Wystarczyło jednak spojrzeć na mapę i po raz kolejny przyjrzeć się nielicznym dostępnym w książkach zdjęciom, żeby zrozumieć, że w moim wieku pojechać do Amsterdamu znaczy to samo, co nigdy nie móc tam dojechać. Ja swoich Niderlandów jeszcze nie dostałem.
Nierealności moich marzeń ponownie doświadczyłem w szkole średniej, i to już na samym początku, gdy zachęcony przez rodziców przeczytałem grube tomy Sienkiewicza. Dobrnąłem do sceny, w której król szwedzki w zamian za otwarcie bram Zamościa oferuje księciu Zamoyskiemu województwo lubelskie, a ten w odpowiedzi, idąc za radą Zagłoby, oddaje królowi Niderlandy. Doznałem wtedy uczucia, jakby ktoś wbił mi igłę wprost w serce. Niderlandy, a wraz nimi Amsterdam, w jednej strasznej chwili stały się dla mnie fatamorganą, znikającym punktem, odległym Księżycem. Skoro tak są niedostępne i nierealne, by uczyniony z nich dar posłużył za kpinę i ośmieszył Karola Gustawa, rozumowałem, to i dla mnie muszą pozostać tylko miejscem na mapie.
Mimo to któregoś dnia, kiedy już kończyłem studia, wsiadłem do samochodu i z kilkoma dolarami w kieszeni wyruszyłem w drogę. Gdyby dziś ktoś zachęcał mnie do odbycia dalekiej podróży z taką kwotą, popukałbym się pewnie w czoło i w najlepszym razie poszedł na dobry obiad. Ale wtedy nie było to ważne. Wyjeżdżałem, aby przekroczyć Rubikon, a adresem docelowym tej najbardziej frapującej w moim życiu podróży był… Amsterdam, właściwie mogę napisać – mój Amsterdam. Chociaż nie widziałem go przedtem na oczy, znałem go na pamięć. Chociaż nie miałem pojęcia o drodze, która do niego prowadzi, wiedziałem, że trafię. Chociaż wszystko mogło mnie zaskoczyć czy zniechęcić, wiedziałem, że się nie rozczaruję. Nawet wówczas, gdy już na granicy niemiecko-niderlandzkiej poproszono mnie, abym zjechał na bok. Wszystkie inne samochody celnicy przepuszczali machnięciem ręki, a mój, z czarną tablicą, powędrował do małej zatoki. Nikt właściwie nic ode mnie nie chciał, po prostu w wizie potrzebny był stempel, holenderski celnik nie miał go pod ręką i musiał pójść do swojej budki. Gdy już przystawił ten stempel, ukłonił się i życzył mi szerokiej drogi.
Podróż była przyjemna. Nastraszony w Niemczech przez znajomych, że tu policja jeździ nawet Porsche, aby dogonić rajdowców, trzymałem się dzielnie dozwolonej prędkości, wyprzedzały mnie więc wszystkie ciężarówki. A kiedy zatrzymałem się na małej stacji benzynowej (unikałem dużych samoobsługowych w obawie, że sobie nie poradzę), sprzedawca, dowiedziawszy się, że jestem z Polski, czyli z zaświatów, obdarował mnie paczką papierosów, gumą do żucia i opakowaniem nożyków do golenia, które widziałem po raz pierwszy w życiu.
Cztery godziny później byłem w Amsterdamie. Nie miałem pojęcia, czy moja wyobraźnia pojedna się z obrazem, który zobaczę, nie wiedziałem, czy miasto dorówna temu z moich marzeń. Gdy jednak zobaczyłem pierwszy kanał, majestatyczny wiatrak w oddali, pierwszy zwodzony most i pierwsze łodzie zacumowane przed smukłymi, zadbanymi domami patrycjuszy, a z Placu Dam w centrum miasta dobiegły mnie dźwięki muzyki i śpiewy hippisów, byłem szczęśliwy jak niegdyś mój dziadek. On spoglądał jedynie na znaczek. Przede mną było o wiele więcej. Całe wymarzone miasto i już wkrótce oczy pięknej Miriam, w której zadurzyłem się po studencku, czyli bez większych perspektyw w świecie podzielonym żelazną kurtyną.
I odtąd dostaję te swoje Niderlandy kawałek po kawałku. Bywam tu często, nigdy się nie nudzę, nigdy mi dość, nigdy mi do syta. Znam smak niderlandzkiego chleba jak z waty i pindakaas, pasty z ziemnych orzeszków, przysmaku, którym chętnie go smaruję. Kiedy tu jestem, pochłaniam matiesy na surowo jak każdy prawdziwy Holender, podziwiam tulipany, jakbym przedtem ich nigdy nie widział, zajadam się serem, mimo że z pewnością nie różni się od francuskiego, belgijskiego, a dziś także od świetnych serów polskich. Nawet pomidory, choć wszędzie poza Holandią mówi się o nich, że smakują jak sztuczne i są pełne wody, też mi smakują. Piwo, choć za nim nie przepadam – wolę wino – popijam bez pośpiechu jak Holender, słuchając dowcipów, opowieści o morzu i przytakując skinieniem głowy. Skąpstwo Holendrów widzę, ale już dawno im to wybaczyłem, bo wiem, że skąpi są przecież głównie dla siebie. A jednak wciąż obcuję tylko z zewnętrzną formą, z pierwszą warstwą, nie z tym, co pochodzi z głębi duszy. Holendrzy są otwarci na świat i przybyszów z zewnątrz, ale nie są dostępni dla każdego, kto nie zjadł z nimi beczki śledzi, nie przeżył wody na tamie i nie rozumie kuriozalnej puenty w jednym z dialektów, których tu pełno. Dla nas, Polaków, przyzwyczajonych do jednej mowy i jednych w niej niuansów, to prawdziwa tabula rasa. Niderlandzki pisarz Cees Nooteboom pisze, że Holendrzy mają dwie twarze. Jedną dla siebie, drugą dla innych. Widzimy to, co chcą nam pokazać, reszta jest dla nich. Oznacza to, że dzieląc się swoim krajem ze światem, nie oddają nam tego, co najważniejsze – siebie. Trochę nieładne, myślę często, takie ukrywanie prawdziwej twarzy, wystawianie na ogląd innej, nie do końca prawdziwej, ale czy są pod tym względem wyjątkiem? Wielu tak przecież czyni, ukrywa przed obcymi swoją prawdziwą naturę. No, być może z wyjątkiem Polaków, po których od razu widać, co myślą i kim naprawdę są.
Poznawanie Holendrów jest jak próba zgłębiania życia latarnika. Myślimy, że ma romantyczny żywot – siedzi wysoko, w cieple swojej małej, przytulnej kajuty, z każdej strony oblewanej przez zimne i bezwzględne fale, i swoim światłem prowadzi statki do portu. Chętnie popatrzylibyśmy na tę orgię wody z jego bezpiecznego schronienia, posłuchali mrożących krew w żyłach opowieści, wypili z nim kubek gorącej kawy, a potem opuścili tę przystań z przekonaniem, że zrozumieliśmy i zobaczyliśmy wszystko. Ale nawet i to mi nie przeszkadza, nie przeszkadza mi świadomość, że moje Niderlandy są jak znaczek z urwanym rogiem i tylko częściowo wystają z wody. Nie mam do nich o to pretensji. Jeden z moich przyjaciół pocieszył mnie, że już jestem blisko. Sporo widziałem, sporo słuchałem, potrzebuję jeszcze ze stu lat, aby je do końca zrozumieć. Co to jest sto lat, Marku, powiedział, czas biegnie dziś tak szybko.
O tak, a ponieważ biegnie coraz szybciej, mam go coraz mniej. Dlatego stałem się zachłanny, chciałbym dostać całe Niderlandy już teraz, nie jutro, jeszcze dziś, zdążyć, zanim czas mnie prześcignie. W końcu to wprawdzie kraj wielkich depresji, ale przecież krótkich dystansów. Nie będę musiał przedzierać się przez lasy, bo ich nie ma, wspinać się na zbocza, bo wiatr ich nie usypał, schodzić w doliny, które Bóg zapomniał wyrzeźbić. Wystarczy, że pogodzę się z wodą i oddam jej pierwszeństwo. Wszystko bowiem tutaj – cała historia i losy mieszkańców, ich charaktery, życiorysy i doświadczenia, wartości, które ich kształtują, ich przyzwyczajenia, wolności i przymus, któremu ulegają – związane jest z morzem i wodą. Głęboką i płytką, słoną i słodką, wolno płynącą i niechętną, trzymaną w ryzach przez tamy, groble i wały. Jeżeli istnieje jakiś wróg od wieków zagrażający Niderlandom, to jest nim morze. Jeżeli istnieje jakiś odwieczny przyjaciel nieopuszczający ich w potrzebie, to jest nim woda. Szmer kropel uderzających w taflę wody – oto prawdziwie niderlandzka symfonia.
Denkend aan Holland, zie ik breede rivieren, traag door oneinding laagland gaan; rijen ondenkbaar, ijle populieren, als hooge pluimen, aan den einder staan… „Kiedy myślę o Holandii, widzę szerokie rzeki, niesione leniwie przez płaski kraj, rzędy niewyobrażalnie smukłych topoli, stojące w oddali z rozpostartymi piórami…” Tak pisał o swojej ojczyźnie poeta, który przed wojną osiadł z dala od mokradeł i wody, i schronił się wśród winnic na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. W południowym słońcu widział dalekie zamglone wieże rodzimych kościołów, targane wiatrem wiązy, pochmurne niebo, wsłuchiwał się w daleki plusk wody i tęsknił, bardzo tęsknił (a mówią, że to tylko nasza specjalność). Nazywał się Hendrik Marsman, a ten wiersz zatytułował najprościej, ale i najpiękniej: Herinnering aan Holland (Pamięć o Holandii). Napisał go w 1937 roku, w tamtym zupełnie innym świecie i od tego czasu dla jego rodaków jest on wierszem stulecia. Ważnym także dla mnie osobiście, bo pierwszy autorstwa holenderskiego poety, który przed wielu, wielu laty Miriam przeczytała mi w oryginale. Nie zrozumiałem wówczas treści, ale dźwięki do dziś brzmią w moich uszach, gdy wracam do niej myślą. Hendrik Marsman, jak przystało na prawdziwego Holendra, którego dzieciństwo upłynęło nad brzegiem kanału, z życiem pożegnał się na morzu. Za wcześnie jednak i zapewne nie tak, jak marzył. Chciał być bliżej Holandii, za którą tęsknił, płynął jako pasażer na statku „Berenice” z Bordeaux do angielskiego portu Falmouth, kiedy dwudziestego pierwszego czerwca 1940 roku wystrzelona z U-Boota U65 torpeda przecięła jego życie. Skrył się na zawsze w morskiej otchłani jak przed nim wielu jego rodaków.
Gdy dziś patrzę na Niderlandy, kiedy je przemierzam, za każdym razem zatrzymuję się nad wodą i wystawiam twarz na silne podmuchy wiatru. Zapewne czynił tak i Hendrik Marsman. Wszak to właśnie tafla wody po horyzont jest, jak pisał niemiecki romantyk Heinrich Heine, przestrzenią, w której od pokoleń dokonują się w życiu Holendrów wielkie wydarzenia. Ja uchyliłem wprawdzie drzwi, przekroczyłem próg, zajrzałem do domu i zdjąłem przemoczone buty, ale nie do końca się rozgościłem, nie poczułem, że wolne krzesło przy stole jest naprawdę moje. Nie wzniosłem przecież wraz z innymi na mokradłach ani jednej grobli, nie umocniłem ani jednej tamy, nie udrożniłem ani jednego polnego kanału. Nie wszedłem do głębokiej wody, nie miałem odwagi, mojej twarzy nie zmoczyła do kości na ochronnym wale sztormowa fala. Zrozumiałem, że tu wszystko zaczęło się w wodzie i w wodzie się skończy, bo fale dają, ale i odbierają. I ponosi się tego skutki. Że całych Niderlandów nigdy nie dostanę i nigdy nie stanę się Holendrem. To jest po prostu niemożliwe. A trzeba być Holendrem, pisał Vincent van Gogh, żeby opanować sztukę życia we wspólnocie, w zgodzie z rytmem natury – z wiatrem, morzem, falami.
Minęły lata, odkąd po raz pierwszy tu trafiłem. Myśl, że Holandia wciąż jest dla mnie taka, jaka była wtedy, nie daje mi spokoju. Przyjaciele mówią mi, że tamta kraina tolerancji i nieskrępowanej wolności istnieje już tylko w mojej głowie. Rozwój cywilizacyjny głęboko przeorał i na nowo ukształtował tradycyjną tkankę bytu społecznego i określił nowy kodeks holenderskiego życia. Hier geen asielzoekerscentrum, „Tu nie ma ośrodka dla ubiegających się o azyl”. Takie napisy są przejawem czegoś nowego, czego w tym kraju, z jego długą tradycją oferowania schronienia, do niedawna nie było, a co teraz stało się powszechne. Dlaczego? Przecież kolorową twarz spotykało się tu od czasów, gdy Holendrzy wyruszyli w świat. Niewidoczna, nierzucająca się w oczy należała do krajobrazu.
Dziś jest w każdym zakątku kraju natarczywie obecna. Wciąż głośno czegoś żąda, co zmieniło cały kontekst. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu inny kolor skóry Holandię urozmaicał, był zapowiedzią niespodzianki, pewną enigmą, wzbudzał uzasadnioną ciekawość. Ale już od dawna odmienność przestała być czymś rzadkim, stała się nagminna. Związała się z obcesowością roszczeń. Jest się innym, w potrzebie, więc wszystko się należy. Tak jak dawniej, kiedy Holendrzy dawali, o nic nie pytając. Teraz pytają i liczą. Co poszło nie tak? To proste. Kolorów jest tak dużo, że stanowią trudne do udźwignięcia obciążenie. Nie tylko zresztą w Holandii. Nie wystarczy wpuścić kogoś do kraju. Trzeba jeszcze zapewnić mu godne warunki życia i jakąś przyszłość, ale przecież nie swoim kosztem, nie odejmując sobie od ust. I tym właśnie Holendrzy są już bardzo zmęczeni.
W moich tamtych „dziewiczych” Niderlandach tak nie było. Podobnie jak nie było zabójstw dziennikarzy, którzy piszą o korupcji i mafiach narkotykowych. To właśnie tak bardzo się zmieniło. Chciałbym móc zaprzeczyć. Wiatraki wszak wciąż dostojnie wyłapują wiatr, woda płynie leniwie w pamiętających czasy Wilhelma Oranje kanałach, fryzyjskie krowy, chociaż ich ubywa, jak od trzystu lat wylegują się na pastwiskach, tulipany ścielą się kobiercem jak przed wiekami. Delft, Lejda, Dordrecht, Horn, cały ten piękny niderlandzki świat nadal leży tuż przed naszymi oczyma. Ale przecież wiem, że on nie jest już ten sam. Miałem po prostu szczęście oglądać Niderlandy, gdy były tak różne od swoich sąsiadów. Kolorowe, wesołe, przesycone muzyką i zapachem marihuany. Tylko że wtedy marihuana była zabawą, dziś jest twardym biznesem. Tak, to tamte rzuciły na mnie urok i ten urok trwa niezależnie od tego, jak bardzo się zmieniły. Wracam co jakiś czas i na nowo je odkrywam. Szukam „swojego” miejsca między kroplami deszczu, staram się zrozumieć wodne opowieści i uczę się właściwie czytać silny wiatr od morza. Moje całe Niderlandy nadal na mnie czekają. Inne? Trudniejsze? Mniej beztroskie i przyjacielskie? Trudno. Dziś nie chowają się przynajmniej jak dawniej za siódmą górą, każdy może tu dotrzeć, by je po swojemu odkrywać.
Moja Holandia. Presja depresji, matka obecnego zaktualizowanego wydania, szybko zniknęła z księgarskich półek. Wszystkim czytelnikom jestem wdzięczny za czas poświęcony lekturze. Z wieloma spotkałem się tam i w Polsce. Najbardziej wzruszające dla mnie były opinie od lat mieszkających w Holandii Polaków, którzy twierdzili, że dzięki książce odkryli na nowo miejsce, gdzie przyszło im żyć, że zrozumieli lepiej holenderską mentalność. Teraz będzie nam tu łatwiej żyć, słyszałem często. Nie mniej satysfakcjonujące okazały się uwagi i komentarze na portalu „Lubimy czytać” tych czytelników, którzy przyznali, że po lekturze również ulegli tej fascynacji i pojechali tam, aby doznać „niderlandzkiej inicjacji”. To wielki dla mnie zaszczyt. Nic bowiem tak nie zbliża nas do innych jak dzielenie się własnymi doświadczeniami. Dzięki temu tworzymy przestrzeń, w której jest miejsce dla świata innego niż własny.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
