Historie pisane emocjami - Ewa Wyszyńska - ebook

Historie pisane emocjami ebook

Ewa Wyszyńska

5,0

Opis

„Przecież każdy się czegoś boi, zawsze znajdzie się coś, co obudzi w człowieku strach, serce zacznie szybciej bić, a wszystkie włoski na skórze się podniosą.” Ta książka wyciąga wszystkie nasze lęki na wierzch. Zbiór opowiadań, który porusza wiele tematów tabu i problemów dzisiejszego świata. Każdy znajdzie w tej książce coś ze swojego życia, a to przeraża nas najbardziej. Odważysz się?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 176

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sylwiaa890

Nie oderwiesz się od lektury

Ujęła mnie E-gwiazda, życiowe i w sam punkt. Pozostałe opowiadania fajne, z morałem.
00

Popularność




Ewa Wyszyńska

Historie pisane emocjami

© Ewa Wyszyńska, 2022

„Przecież każdy się czegoś boi, zawsze znajdzie się coś, co obudzi w człowieku strach, serce zacznie szybciej bić, a wszystkie włoski na skórze się podniosą.”

Ta książka wyciąga wszystkie nasze lęki na wierzch. Zbiór opowiadań, który porusza wiele tematów tabu i problemów dzisiejszego świata. Każdy znajdzie w tej książce coś ze swojego życia, a to przeraża nas najbardziej.

Odważysz się?

ISBN 978-83-8273-923-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Przepowiednia

Nie każdy wierzy w przepowiednie, wróżby czy jasnowidzów. Większość wręcz powie otwarcie, że to oszustwo i naciąganie niewinnych ludzi na ich ciężko zarobione pieniądze. Ale czy nie jest jednak tak, że ludzie, którzy decydują się zaufać wystrojonej pani przed szklaną kulą, sami pokładają w niej nadzieję? Czy czytelnicy horoskopów naprawdę nieświadomie dopasowują zdarzenia ze swojego życia pod ten, jakże obiecujący artykuł z gazety? Rozważcie sami, ale jednak każdy wie, że istnieją moce i siły, których najzwyczajniej nie pojmujemy.

Starszy pan, który chwycił kobietę za ramiona i praktycznie wyciągnął ją spod kół pędzącej ciężarówki. Staruszek nawet nie spojrzał na pojazd, pojawił się znikąd i równie niewytłumaczalnie zniknął.

Dziwne nagrania z kamer monitoringu, na których widzimy bliżej nieokreślone kształty, obcych czy zjawy. Większość z nich można spokojnie obalić, udowodnić, że są fałszerstwem lub zupełnie czymś innym niż nam się wydawało. Ale jednak parę z nich jest tak niepodważalnie niewytłumaczalnych, że powietrze utyka nam gdzieś między płucami a tchawicą.

Otwierające się drzwi od pokoju, w którym śpią małe dzieci, otwierające się powoli, z przerwami i uwagą, nie jak podczas przeciągu, nie uderzają agresywnie w ścianę, nie powodują hałasu, lecz dyskretnie się uchylają, jak gdyby ktoś tylko zapragnął zajrzeć do środka.Dzieci się nie budzą, nadal śpią, ale coś, co do tej pory było jedynie obserwatorem, postanawia ujawnić swoją obecność i rozpoczyna głośną zabawę szufladami komody oraz drzwiczkami szafek. Równo w momencie, gdy dzieci się budzą, wszystko milknie, a pomieszczenie przeszywa mrożący chłód powodujący w małych ludziach strach i panikę.

Przesuwające się przedmioty nie są pojedynczymi przypadkami, odnotowuje się ich coraz więcej, a wszyscy sceptycy, którzy na siłę próbują udowodnić, że nic takiego wcale nie miało miejsca, ponoszą ciągle klęskę za klęską. Kubek przesuwający się cicho po blacie kuchennym, książki, które właściwie same się otwierają, a ich kartki szybko przelatują od pierwszej do ostatniej. Głośny huk zatrzaśniętej grubej okładki to koniec tego paranormalnego przedstawienia. A może tylko finisz jego już którejś z kolei części pomijanej do tej pory przez wzrok wystraszonych domowników?

Dziewczynka siedziała cicho w swoim pokoju, wciągnięta w zabawę nie zwracała uwagi na otoczenie, jak to dzieci mają w zwyczaju. Układała na cienkich podłogach swojego domku dla lalek dywanik, na nim malutką kanapę i fotelik. To właśnie tutaj będzie urzędować od dzisiaj jej ulubiona zabawka — lalka Lulu.

Lulu nie jest zwyczajną zabawką, nie jest piękna i — o ile dobrze przyjrzała się jej matka dziewczynki — codziennie ma inaczej uczesane sztuczne włosy. Kobieta często znajdowała tę lalkę w różnych miejscach — na blacie w kuchni, w wannie, a nawet w jej własnej sypialni zaraz po przebudzeniu.

Nie dostrzegała w tym jednak nic paranormalnego, zwykła zabawa dziecka, które nie nauczyło się jeszcze odkładania rzeczy na swoje miejsce. W pierwszej chwili, gdy znów zauważyła długie, jasne włosy Lulu w zupełnie przypadkowym, przynajmniej dla niej, miejscu, brała lalkę w rękę i zanosiła ponownie do domku, w którym powinna się znajdować. Jednak mała dziewczynka kochała lalkę Lulu ponad wszystko i ostro krytykowała swoją matkę za umniejszanie wartości zabawki.

— To Lulu — wołała z łkaniem w głosie, gdy mama po raz kolejny oskarżała ją o bałaganiarstwo i lenistwo.

Nie były to zbyt wychowawcze oskarżenia, a jedynie sposób, by kobieta mogła dać ujście swoim emocjom. Dziewczynka płakała zawsze długo, ale cichutko, by nie wzbudzić zainteresowania rodziców. Przytulała swoją Lulu do siebie i szeptała pocieszające formułki. Lulu wiedziała, że dziewczynka ją kocha i była świadoma, że będzie w stanie zrobić wszystko, o co ją poprosi.

Innym znów razem, Lulu leżała grzecznie w swoim zabawkowym pokoju i czekała, aż jej przyjaciółka się obudzi. Nie wybrała się dzisiaj na żaden spacer po mieszkaniu, bo bardzo pragnęła, by dziewczynka zabrała ją ze sobą do przedszkola. Jednak tak się nie stało.Kiedy matka zawołała swoją córeczkę na śniadanie, dziecko wybiegło radośnie z pokoju, nie zwracając nawet uwagi na leżącą nadal bez ruchu lalkę. Lulu została znów sama na potworne sześć godzin i bardzo jej się to nie spodobało.

Gdy rodzic zawiezie już swoje dzieci do szkoły czy przedszkola, pragnie choć na chwilę oderwać się od swojego rutynowego życia, szuka adrenaliny, odskoczni, czegoś, co pozwoli ponownie poczuć się niezależnym i wolnym. Matka dziewczynki spotkała się ze swoimi przyjaciółkami w dobrze znanej im kawiarence, spędzały tutaj piątkowe południa już od paru miesięcy, a każda z nich pragnęła tego samego — poczuć to coś.

Po kawie w kolorowych kubkach nie było już śladu, a grzech ukryty w kawałku pysznego ciasta, zniknął bezpowrotnie. Kobiety zaczęły się nudzić, a że nie brakowało im wyobraźni, zaczęły przerzucać się kolejnymi pomysłami na ciekawe spędzenie reszty wolnego czasu. Jedna z nich zaproponowała, by udały się do Madame Seri, która parę uliczek dalej wróżyła z kryształowej kuli.

Podobno jej przepowiednie zawsze się sprawdzały i wcale nie brała za swoją pracę dużych pieniędzy. To mogło być coś niesamowitego, zapewniającego matkom dreszczyk emocji i podniecenia. Zapłaciły rachunek i opuściły kawiarenkę w wyśmienitym humorze. Śmiały się, trzymały pod ręce i aż kipiały z ciekawości, co też niesamowitego przepowie im Madame Seri.

Dotarły do wąskiej uliczki w zaledwie pięć minut. Mały szyld „Madame Seri” nad drewnianymi drzwiczkami idealnie pasował do zajęcia tej tajemniczej kobiety, umieszczony był na kawałku szkła pomalowanego chyba na wszystkie kolory, jakie tylko istnieją, co dawało mu niemal trójwymiarowy wygląd.Jedna z mam zastukała kołatką i odsunęła się dwa kroki w tył, jakby obawiała się, co się stanie, gdy wróżbitka im otworzy. Jednak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.

Kobieta w zielonej, długiej sukni, z upiętymi sztywno włosami i ostrym makijażem zaprosiła kobiety do środka. W małej izdebce oświetlonej jedynie świecami, unosił się lekki zapach stęchlizny i duszących kadzideł. Usiadły na twardej sofie i czekały, aż Madame Seri przygotuje się do wróżenia.

Najpierw wytarła swoją kryształową kulę kawałkiem zżółkłej tkaniny, by następnie okrężnymi ruchami okadzić ją dymem z białej szałwii. Przyjrzała się dokładnie, czy aby na pewno usunęła wszystkie zanieczyszczenia, a potem zasiadła na wielkim fotelu przy okrągłym stoliku.

— Możemy zaczynać — wychrypiała niskim głosem. — Która pierwsza?

Kobiety popatrzyły na siebie z lekko drwiącym uśmiechem. Chyba żadna z nich nie wierzyła w zdolności starszej pani, ale każda bała się tego, co jej przepowie ta kryształowa kula. Właściwie było to pewnym paradoksem, mimo iż były przekonane, że Madame Seri po prostu udaje i okłamuje swoich klientów, czuły strach przed tym, czego się dowiedzą.

— To może ja — odparła najodważniejsza mama, która na co dzień walczyła ze swoją córką zostawiającą lalkę Lulu w różnych miejscach.

Kobieta usiadła na drewnianym krzesełku i położyła dłonie płasko na stole tak, jak kazała jej Madame Seri. Jej najmniejsze palce zaczęły delikatnie drgać. Była naprawdę podekscytowana, ale i zdenerwowana. Wróżbitka wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, prawie zaglądając w jej duszę. Po czym przyłożyła ręce do kuli i zamknęła oczy.

— Widzę, że otacza cię negatywna energia — zaczęła cicho. — Niedobrze, bardzo niedobrze.

— Negatywna energia? — zapytała kobieta.

— Cii! Nie przeszkadzać. Widzę dziewczynkę, małą dziewczynkę o jasnych włosach. Łączy was silna więź. Dziewczynka siedzi w jakimś pomieszczeniu, bawi się i śmieje. Nóż w kuchni upada na ziemię, ale ciebie tam nie ma, nie ma tam nikogo — kontynuowała Madame Seri.

Pozostałe kobiety obserwowały całe zdarzenie, były naprawdę zaciekawione. Pierwszy okręt zatopiony, wróżbitka trafiła w dziesiątkę z informacją o córce kobiety, co zdziwiło wszystkich.

— Nie, zaraz — zaczęła znów mówić. — Jest tam ktoś, widzę blond włosy uczesane w dziwny sposób. Śmieje się, bierze nóż. Idzie do sypialni. Krew, wszędzie krew.

Z każdym słowem Madame Seri coraz bardziej się trzęsła, palce wyginały jej się do granic możliwości w nienaturalnym przeproście. Mówiła z każdą chwilą coraz głośniej i zaciskała dłonie na kuli. Otworzyła szybko oczy, przysunęła twarz bliżej do kryształowej powierzchni, jakby czegoś tam szukała. Patrzyła i wykrzywiała czoło, ale milczała. Nagle jednym ruchem ręki zrzuciła swoją kulę na ziemię, tysiące malutkich kawałeczków szkła rozprysło się po podłodze, a wróżbitka zasłoniła twarz czarną chustką leżącą na stoliku obok stosiku starych i zniszczonych ksiąg.

— Na dzisiaj koniec — wyszeptała i parę razy zaczerpnęła głośno powietrza.

— Ile się należy? — zapytała jedna z kobiet, które nadal siedziały sztywno na sofie.

— Dzisiaj nic nie płacicie. Proszę już wyjść.

Wszystkie praktycznie wybiegły z salonu Madame Seri, czuły, jakby ktoś je ścigał. Kobieta, której dzisiaj wróżbitka najpewniej przepowiedziała śmierć, stanęła parę metrów od drewnianych drzwiczek i wyjęła z torby chusteczkę higieniczną. Przetarła oczy, do których zaczęły napływać łzy.

— To tylko głupoty, nie martw się — pocieszały ją inne matki, klepiąc ją po plecach, chwytając za drżące dłonie i gładząc jej spięte ramiona.

Ale ona przecież o tym wiedziała, tylko emocje, które tak nagle się w niej pojawiły, musiały znaleźć jakieś ujście i najprościej było jej się po prostu rozpłakać. Nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa, poziom zdenerwowania podniósł się tak bardzo, że na czole pojawiły się malutkie kropelki potu. Przez moment znajdowała się w uścisku paniki, oczami wyobraźni widziała złowrogą lalkę Lulu, która opuszcza pokój jej córki i zmierza w kierunku sypialni z nożem w małych rękach.

Nie do końca potrafiła jakoś ten nóż zmieścić w dłoniach lalki, ale czuła, że teraz już wszystko jest prawdopodobne. Może wcale nie będzie to nóż, a jakiś śrubokręt albo gwóźdź. Blade przerażenie zalało ją całkowicie, a jej sceptycyzm i wyśmiewająca postawa względem tych wszystkich wróżb oraz przepowiedni, szybko ustąpiły pokorze i bezsilności.

Pomyślała, że musi spalić lalkę Lulu, nie była pewna, czy to coś da, ale w taki sposób walczą ze złem na filmach, więc może i w rzeczywistości to rozwiązanie uchroni ją przed nieszczęściem. Pożegnała się z koleżankami, które poszły dalej delektować się czasem bez dzieci. Zamówiła taksówkę i chciała jak najszybciej wrócić do domu.

Kiedy szukała kluczy w torebce, poczuła się bardzo nieprzyjemnie. Czyjeś spojrzenie śledziło każdy jej ruch, miała wrażenie, że nawet jej myśli nie są już bezpieczne. Będzie musiała być bardzo ostrożna, bo jeśli nie doceni tego przeciwnika, Lulu może postanowić zamordować ją wcześniej.

Otworzyła drzwi, udając, że nie zdarzyło się dzisiaj nic nadzwyczajnego. Położyła torebkę na komodzie w przedpokoju, zdjęła płaszcz i odwiesiła go na wieszak wiszący na ścianie. Zdjęła buty i wsunęła stopy w miękkie, ciepłe i o niebo wygodniejsze kapcie z uroczym, puszystym pomponikiem.

Weszła do kuchni, nalała trochę chłodnej wody do szklanki i wypiła ją duszkiem. Jej mowa ciała zdradzała zdenerwowanie, a kobieta nie chcąc popełnić błędu, starała się kontrolować każdy swój ruch, ale na niewiele się to zdało. Emocje powoli przejmowały nad nią kontrolę i odbierały jasność myślom w jej głowie.

Wdrapała się po schodach, upewniła się, czy wanna jest pusta, a gdy dotarła do pokoju swojej córeczki, podparła się o framugę drzwi, by nie stracić równowagi i zamarła w bezruchu. Lalka Lulu leżała na samym środku dywanu, jej plastikowa główka była obrócona w stronę drzwi, a jej nieobecne, niebieskie oczy wpatrywały się w osłupiałą kobietę.

Dopiero po chwili była w stanie zrobić krok, później kolejny. Zatrzymała się nad zabawką i zmrużyła oczy, by móc szybciej dostrzec jakikolwiek ruch. Jednak lalka się nie poruszyła. Kobieta wzięła ją za jasne włosy i zeszła ponownie po schodach na dół. Mając tę demoniczną zabawkę w garści, czuła się już dużo pewniej i bezpieczniej.

Stanęła przed kominkiem, wśród rozgrzanych cegieł nadal tlił się żar. Powoli położyła lalkę na pomarańczowych kawałkach palącego drewna i przysłoniła ją dużą szczapą. Dłoń cały czas trzymała na chropowatej korze, delikatnie dociskając zabawkę coraz mocniej. Plastik szybko zaczął się topić, ręce i nogi się wykrzywiały, włosy wydawały przeraźliwy, strzelający odgłos.

Po paru minutach nie była już w stanie dostrzec lalki Lulu i odczuła ogromną ulgę. Pozbyła się zagrożenia, ocaliła siebie i prawdopodobnie swoją rodzinę, stała się bohaterką, ale nie zamierzała się z tym obnosić. Wykonała jedynie zadanie, którego podjęłaby się każda osoba wypełniona tak wszechogarniającym strachem.

Usiadła na fotelu przy kominku i ze spokojem przyglądała się, jak wielki kawał drewna rozpala się agresywnym płomieniem i powoli zmienia kolor na czarny. Teraz z pewnością mogła czuć się bezpieczna, lalka Lulu to jedynie wspomnienie, niemiłe wspomnienie.

Kobieta przez resztę dnia nie analizowała ani prawdopodobieństwa, iż ów lalka rzeczywiście mogła żyć, ani tego, czy przepowiednia Madame Seri mogła się spełnić. Zajęła się domowymi obowiązkami, a kiedy wybiła czternasta, założyła ponownie swój szary płaszcz i niewygodne buty. Wyszła z domu i podążyła w kierunku przedszkola, z którego dokładnie za piętnaście minut musiała odebrać swoją córkę.

Wracając do domu, małej nie zamykała się buzia. Opowiadała swojej mamie o wszystkich zdarzeniach dzisiejszego dnia, o zabawach z kolegami i nowych zabawkach, które przyniosła ciocia ze starszej grupy. W tej placówce zawsze stosowano zasadę „zero waste”, jeśli starsze dzieci wyrosły już z jakiś zabawek lub sprzętów, automatycznie przejmowała je młodsza grupa. Dzieciom bardzo się to podobało, gdyż niepotrzebne już starszakom przedmioty zazwyczaj były bardziej interesujące i zajmujące niż inne zabawki leżące w sali.

— Leć umyć rączki, kochanie, a ja zrobię ci coś do jedzenia — nakazała matka, a dziewczynka szybko pobiegła do łazienki.

Kobieta odgrzała kurczaka, pokroiła warzywa na sałatkę i przyprawiła ją ziołami. Zaniosła naczynia na stół i dorzuciła jeszcze jeden kawałek drewna do kominka, z którego wciąż czuć było zapach palonego plastiku. Kiedy się obróciła, jej córka stała zaledwie metr od niej i zaciskała piąstki ze złości.

— Gdzie jest Lulu? — wykrzyczała, oddzielając każde słowo, co dodawało temu pytaniu grożącego tonu.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W całym natłoku myśli i strachu nie przewidziała, że córka od razu zauważy nieobecność ulubionej lalki.

— Może znów gdzieś ją zostawiłaś, kochanie — spróbowała się wyłgać.

— Nie — odparła dziewczynka. — Miała czekać na mnie w moim pokoju, ale nie ma jej tam.

— Na pewno się znajdzie, chodź, zjemy coś. Umieram z głodu.

Dziewczynka usiadła do stołu, wzięła do rączki widelec i bardzo powoli nadziewała na niego kawałki warzyw. Kurczaka nawet nie tknęła, zbyt bardzo zajęta była obserwacją swojej matki. Matki, która ledwie pół godziny wcześniej bez najmniejszych oporów zawlokła jej lalkę za włosy do salonu i wepchnęła do kominka.

Panowała napięta atmosfera, matka i córka nie odezwały się ani jednym słowem, a kobiecie robiło się coraz bardziej wstyd. Zaczęła wątpić w przepowiednię Madame Seri i zastanawiała się, co nią kierowało i dlaczego tak łatwo poddała się swojemu lękowi.

— Czy mogę już iść się bawić? — zapytała dziewczynka, odsuwając swój talerz z niedokończonym posiłkiem.

Zazwyczaj kobieta od razu by zaprotestowała i kazała małej dokończyć danie albo zjeść chociaż same warzywa, ale dzisiaj postąpiła inaczej. Kiwnęła głową i zabrała resztki obiadu ze stołu. Pomyślała, że odkupi córce lalkę przy najbliższej okazji, może nawet już następnego dnia, zamiast znów łazić bez celu z koleżankami, pojedzie tramwajem do centrum handlowego i wybierze nową zabawkę. Dziecko będzie zachwycone i na pewno szybko zapomni o Lulu.

Poszła na górę, sprawdzić, jak bawi się córeczka. Jak zwykle mała była zajęta sobą i udawała, że pije herbatkę z niebieskim misiem oraz kucykiem z kreskówki.

— Może przynieść ci, skarbie, moje kapelusze? Panu misiowi na pewno się spodoba ten fioletowy — zaproponowała córce, a ta, bez pretensji czy wrogości, odwróciła głowę w stronę drzwi, uśmiechnęła się i klasnęła w rączki.

Grzebiąc w szafie w poszukiwaniu wszystkich kolorowych kapeluszy, kobieta czuła zadowolenie. Udało jej się wynagrodzić dziecku to, że je zawiodła. Oczywiście nigdy nie przyzna się do błędu, ale przynajmniej teraz będzie mogła spokojnie spać. A jak jutro odbierze dziewczynkę z przedszkola i wręczy jej nową lalkę, awansuje już na stanowisko idealnej matki roku.

Nagle usłyszała dziwny brzdęk na parterze domu. Zbiegła po schodach na dół i wpadła do kuchni. Nic nie przyciągnęło jej uwagi, dlatego przez chwilę odtwarzała ten odgłos w głowie i zastanawiała się, co mogło go wydać. Gdy przeniosła swój wzrok na blat, czegoś na nim brakowało — noża.

Ruszyła pędem z powrotem na górę, w końcu musiała uratować swoje dziecko. Czyżby lalka Lulu zmartwychwstała i pragnęła się zemścić? A może już tego dokonała? Kobieta szybko odgoniła negatywne myśli i wleciała do dziecięcego pokoju, ledwo trafiając we framugę drzwi. Jej córki już tam nie było. Odwróciła się i szybkim krokiem weszła do swojej sypialni. Wszystkie kolorowe kapelusze leżały rozrzucone na podłodze, wiele z nich było pogiętych i zniszczonych. Zauważyła też, że cała pościel na łóżku została ściągnięta na podłogę.

Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że do pomieszczenia właśnie weszła jej córeczka.

— Bałam się o ciebie, gdzie ty byłaś? — spytała, robiąc krok w kierunku dziecka.

Ale jej córka nie wyglądała na zadowoloną, policzki miała mokre od łez, ubrania ubrudzone popiołem. W lewej rączce ściskała kurczowo kawałek sukienki lalki Lulu, a w drugiej kuchenny nóż. Otworzyła szeroko małe usteczka i wydała z siebie niesamowicie głośny krzyk rozpaczy, po czym rzuciła się na matkę, wbijając nóż w sam środek jej brzucha.

— Spaliłaś ją, spaliłaś ją — powtarzała w kółko i za każdym razem rysowała nożem kolejną krwawą kreskę.

Później już tylko dźgała bez opamiętania, by w końcu opaść bez sił obok na podłogę i przytulając do policzka kawałek osmolonego materiału, zasnąć.

Emerytura

„Stefcia” — tak mówili o niej przyjaciele. Wielu już odeszło, inni nie byli w stanie nawet zapamiętać własnego imienia, a co dopiero jej. „Stefcia” — tak zwracał się do niej mąż, jedyny mężczyzna, którego kochała i któremu ufała. „Stefcia” — imię miłe, przyjemne w wydźwięku, wzbudzające sympatię i uśmiech. Nie tam jakieś wyniosłe i ospałe „Stefania”. Dla wszystkich zawsze była Stefcią, bez znaczenia, czy przedstawiała się pierwszego dnia w pracy, czy na imprezie, zawsze była Stefcią.

I teraz też była Stefcią, tylko trochę więcej siwych włosów chowała pod chustką, jej twarz była pomarszczona, ale uśmiechnięta i ciągle wyrażała to samo zaskoczenie życiem i pięknem świata. Tylko męża już nie było, dzieci rzadko zaglądały do jej czystego mieszkanka. Przyjaciółki nie wpadały na kawę, nie chodziły wspólnie na zakupy, nie śmiały się i nie plotkowały.

Choć ten świat był nadal tym samym światem, życie tym samym życiem i Stefcia tą samą Stefcią, coś jednak było inaczej — gorzej, ciężej, samotniej.

Ukojenie dawały jej zdjęcia z przeszłości, obrazy zapisane na cienkim, sztywnym kawałku papieru. Często jeszcze czarno-białe wspomnienia, ale też i te już kolorowe, nowe, lepszej jakości. Na fotografiach była ona — uśmiechnięta i zadowolona, wolna i młoda. Obok niej zazwyczaj stali ludzie, zmieniali się w zależności od tego, które zdjęcie akurat trzymała w dłoni. Drugą ręką coraz częściej ocierała małą łezkę, ukradkiem wymykającą się z jej błękitnego oka.

Stefcia żyła sama, chociaż raz na jakiś czas ktoś zapukał do jej drzwi albo rzucił pospieszne „Dzień dobry!” w pobliskim sklepie. Dzieci zajęte były swoim życiem, nie miały już tyle czasu i miłości dla Stefci, co kiedyś. Dawniej organizowali wspólnie każde jej urodziny, świętowali Boże Narodzenie, a w sylwestrową noc dom Stefci zamieniał się w istne przedszkole, ponieważ z wielką frajdą pozwalała rodzicom swoich wnuków oderwać się od trudnego obowiązku wychowywania dzieci.

Teraz i te małe pociechy nie odwiedzały Stefci, nie dzwoniły, nie miały czasu. Wolały towarzystwo rówieśników, wycieczki i zabawę. Stefcia też by tak chciała i nocami zastanawiała się, czy jej życie zakończy się równie samotnie jak teraz przychodzi jej trwać.

Wstała z łóżka i delikatnie pogładziła swoje uda. Ostatnio czuła, że mięśnie ma coraz słabsze i znacznie szybciej się męczyła. Kobieta zawsze była ogromną zwolenniczką spodni, to też wolała spać w piżamie, a nie koszuli nocnej, jak większość starszych pań. Poprawiła gumkę od lekkich spodenek na brzuchu i poszła do łazienki.

W nocy musiała wstawać średnio co dwie godziny, przez co nie mogła się już porządnie wyspać. I właśnie w nocy jej lęki oraz samotność były najbardziej dokuczliwe. Otaczały ją ze wszystkich stron, zaciskały krwiste pazury na jej biednym, starym sercu. Sercu, które nie zgadzało się z obecną sytuacją i bolało coraz mocniej każdego dnia. Stefcia też nie umiała pogodzić się z tym, że nie tylko jej ciało się zmieniło, ale życie również.

Każdy się starzeje, ale prawie nikt nie potrafi dopuścić do siebie tej myśli aż do samego końca. Nawet stając przed lustrem i rzucając wściekłe „Ale jestem stara”, Stefcia widziała wszystkie zmiany, które targały jej młodością, ale nie docierało to do niej. Była świadoma, wiedziała, myślała o tym, że czasu nie da się zatrzymać, ale gdzieś tam w głębi biednego i coraz starszego serca łudziła się, że nigdy nie stanie się stara.

Na początku, gdy znalazła pierwszego siwego włosa, rozpłakała się. Wyrwała go i przez kolejne miesiące udawała, że tamto zdarzenie nigdy nie miało miejsca. Do czasu aż musiała pozbyć się kolejnej, białej kreseczki, prawie niezauważalnej wśród kasztanowych, kręconych włosów. Później nie nadążała już ich wyrywać, tych wszystkich bezbarwnych i starych wstążek. A pewnego dnia, kiedy stała znów przed tym samym lustrem w łazience, z całych sił starała się zlokalizować choć jeden, brązowy włos, ale nie znalazła już żadnego.

Wtedy też bardzo płakała, ale pocieszał ją mąż, obejmował i szeptał, że do twarzy jej w tym nowym kolorze. Czasy się zmieniały, kobiety farbowały stare wstążki, ale nie Stefcia, ona uwierzyła swojemu ukochanemu i chciała nosić siwiznę z godnością.

Było lato, upał jak sto choler, parno, duszno i nie do zniesienia. Kobiecie zdawało się, że zaraz się rozpłynie od gorąca albo po prostu wyparuje.Jej mąż znosił wysokie temperatury lepiej od niej, siedział tego dnia w salonie przy małym, dębowym stoliczku i rozwiązywał krzyżówki. A Stefcia przygotowywała właśnie zimną lemoniadę z pokruszonym lodem. Wtedy to było na czasie, wszyscy pili taki napój na zabój i starsza pani również uległa tej modzie.

Niespodziewanie wyłączyła kruszarkę do lodu i zamarła, smutne przeczucie i strach ogarnęły jej stare serce. Parę sekund później, kiedy nadal trwała w bezruchu, usłyszała głuchy odgłos. To jej mąż upadł właśnie na podłogę, jego serce, równie stare jak Stefci, nie wytrzymało upału i się zatrzymało.

Czy coś gorszego mogło ją spotkać i czy cokolwiek jeszcze na nią czekało? Stefci wydawało się, że nadal jest ważna, potrzebna, niezastąpiona. Jako dobra matka, ugodowa teściowa i kochana babcia, ale minęło ledwie parę lat, a i te epitety już do niej nie pasowały. Córki nie potrzebowały już rad i wsparcia, teraz same ich udzielały swoim dzieciom. Zięciowie przestali się interesować starszą kobietą, bo wiedzieli, że jeśli poprosiłaby ich o pomoc, z przyzwoitości musieliby jej udzielić. Dlatego nawet nie pytali, nie odzywali się, nie proponowali. Wnuki dorastały, zmieniały się, wściekały i buntowały, jak każdy nastolatek.

A Stefcia? Stefcia trwała, w nadziei, że może jeszcze sytuacja się odmieni, a świat sobie o niej przypomni, znowu ją pokocha i podaruje jeszcze parę szczęśliwych chwil. Oczywiście rodzina odwiedzała ją w chłodne wieczory, by napić się ciepłej herbaty z cytryną. Opowiadali w skrócie o swoim oddzielnym już życiu, ale starsza pani niewiele miała im do powiedzenia, więc milczała i udawała, że to z przejęcia ich historiami.

Gdy znów zostawała sama, zarzucała swoją ulubioną chustę na ramiona, wtulała się w kanapę i leżała, dopóki nie objął ją swoimi nużącymi ramionami sam Morfeusz. W snach widziała męża, napawała się jego głosem, zapachem. Cieszyła się swoim życiem, które w realnym świecie było nie do zniesienia.

Jeszcze wtedy, co jakiś czas wpadały koleżanki albo wspólnie umawiały się na spacer. Później coraz częściej widziała je ubrane w czarne sukienki, leżące w drewnianej trumnie z nienaturalnie poważną miną. Na pogrzebach nigdy nie płakała, wstydziła się, myślała, że rozpacz i smutek są czymś złym, parszywym i hańbiącym. W domu, kiedy już nie otaczali jej nieznani ludzie popijający darmowe drinki na stypach, rozklejała się i chwytała drżącą ręką za swoje stare serce.

Nie mogła już ukryć, ile ma lat, ale w środku nie czuła się wcale aż taka stara. Duszą nadal mogłaby tańczyć całą noc albo wdrapać się na najwyższą z gór, by podziwiać zapierający dech widok, malutkie domki w nierównych szeregach i lekkie obłoczki przesuwające się szybko zaraz koło jej stóp. Takim życiem chciała żyć, ale jej ciało dawno już nie nadążało za myślami i Stefcia, wcześniej czy później, musiała to zaakceptować. Musiała nauczyć się chcieć, ale nie spełniać swoich pragnień, marzyć tak, aby na chwilę zapominać, że przecież nigdy nie uda jej się tych marzeń osiągnąć.

Nie będzie już nigdy tańczyć całą noc ani nie wejdzie na najwyższą górę, by podziwiać widok. Nie przytuli nigdy męża, nie usłyszy jego głosu i nie będzie już w stanie mu zaufać, że do twarzy jej z siwymi włosami. Nie spotka już swoich koleżanek, nie będą siedzieć razem, pić kawy i obgadywać innych kobiet z okolicy. Wspólne spacery i zakupy nie powrócą, a Stefcia będzie mogła teraz jedynie robić to wszystko sama — samotna.

Obudziła się w nocy, by już po raz trzeci skorzystać z toalety. Później przemyła twarz zimną wodą, nie mogła już zasnąć. Morfeusz opuścił ją, tak samo jak najpierw mąż, a później dzieci, ale to chyba ta ostatnia rozłąka bolała ją najbardziej. Może dlatego, że męża już nie było, nie miał wyboru, nie odtrącił jej świadomie, ale jej dzieci już tak. I może wcale nie uczyniły w ten sposób ze swojego widzimisię, tylko życie tego od nich zażądało. Możliwe, że same pragnęłyby spotykać się ze Stefcią częściej, ale czas tak szybko kurczył im się w rękach, że ledwo starczało go na sen.

Słońce powoli wznosiło się nad horyzont, pokój stawał się coraz jaśniejszy. Stefcia wstała z kanapy, na której przeleżała resztę nocy. Emerytury nie miała za wysokiej, ale starczyło jej w tym miesiącu na naprawdę spore zakupy, więc poszła do lodówki, jak tylko przypomniała sobie o wielkiej, gorzkiej czekoladzie z orzechami laskowymi.

Dziwnym trafem bez problemów dała radę ją pogryźć, uwielbiała ten lekko gorzko-kwaśny smak w połączeniu z chrupiącymi orzechami. Wzięła łyk gorącej kawy, a wspomnienia jej spotkań z koleżankami wywołały na jej twarzy szczery, szeroki uśmiech. Założyła nawet nogę na nogę i poczuła się jakaś taka zgrabniejsza, młodsza i szczęśliwsza.

Pukanie przerwało jej delektowanie się kawą i czekoladą. Otworzyła drzwi i ponownie się uśmiechnęła. Odruchowo poprawiła włosy rękoma i przetarła usta, upewniając się czy nie pozostały na nich kawałki słodkiego grzechu.

— Stefcia — powiedział radośnie jej gość. — Jak zwykle wyglądasz pięknie w tych siwych włosach, dziewczyno.

Łzy niezgody

Otworzył oczy, nadal leżał w łóżku pod ciepłą, miękką kołdrą. Dookoła unosił się lekki zapach lawendy. Smutek nie opuścił jeszcze jego wnętrza po ostatnim wieczorze pełnym kłótni ze swoją partnerką.

Ostatnie lata ich związku nie były ani spokojne, ani miłe. Raniące słowa, poniżające oskarżenia i przemoc stały się dla Samuela chlebem powszednim. Nie doszukiwał się winnych, nie zrzucał wszystkiego na swoją partnerkę, chociaż w głębi duszy wiedział, że to wszystko wydarzyło się przez nią, przynajmniej po części.

Na początku wierzył i to stanowczo zbyt długo, że kolejna awantura znów okaże się tą ostatnią, nagłe napady agresji jego ukochanej skończą się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a oni będą mogli się jeszcze cieszyć wspólnym, szczęśliwym życiem. Ale z każdym miesiącem było coraz gorzej.

Kasandra nie była już młodą dziewczyną, dawno przekroczyła czterdziestkę i wiek coraz bardziej odbijał się na jej twarzy. Od kiedy pamięta reagowała na sprzeciw bardzo emocjonalnie — płakała, krzyczała, czasem czymś rzuciła. Prawdziwy koszmar zaczął się, gdy poznała Samuela.

Nie potrafiła już dłużej się kontrolować. Była świadoma, że postępuje karygodnie, ale mężczyzna był prawdziwym mistrzem rozdrapywania starych ran, manipulacji i prowokacji. Jego spojrzenie, drobne docinki, które uderzały w nią z siłą pędzącego meteorytu, plotki, które rozpowiadał wśród znajomych — to wszystko sprawiało, że z całych sił pragnęła się opanować i kontrolować swoje emocje. Nie umiała.

Samuel nadal leżał w łóżku, nie drgnął i udawał, że śpi, kiedy do ich sypialni weszła Kasandra. Popatrzyła na ledwie ciepłe zwłoki mężczyzny, cuchnące przetrawionym alkoholem i perfumami innych kobiet.

— Ruszysz się w końcu? — spytała, specjalnie wypowiadając słowa dużo głośniej niż wymagała tego sytuacja.

— Nie drzyj mordy! — odburknął Samuel, ponownie przypominając kobiecie jak słodki i uroczy bywa po całonocnych imprezach.

Kasandra wiele razy zastanawiała się, dlaczego jeszcze od niego nie odeszła, ale kiedy była już niemal pewna, że chce się uwolnić z tej toksycznej relacji, wszystko nagle stawało się pełne radości i sielskości. Rezygnowała i znów pozwalała się porwać tej truciźnie. Z pewnością nie uczyła się na swoich błędach, Samuel też tego nie potrafił.

Głowa mu pękała, ale był z siebie zadowolony. Zeszłej nocy zaszalał, należało mu się. Całymi dniami ciężko pracował, ponieważ niska pensja Kasandry nie wystarczała nawet na ćwierć wszystkich wydatków, ale kobieta stanowczo odmawiała choćby rozważenia zmiany pracy na lepiej płatną. Tam jej było dobrze, wygodnie, miała całą rzeszę koleżaneczek, wiedziała dokładnie co i jak ma robić. A fakt, iż przez nią jej partner musiał wyciskać ostatnie poty, harując po dwanaście godzin na dobę, nie wzruszał jej zupełnie.

Jedyną ucieczką od codzienności Samuela okazał się alkohol i imprezy, więc kiedy tylko kończył ostatnią zmianę w tym tygodniu, wyruszał na podbój podziemia. Zdarzało mu się bawić z coraz mniej kulturalnymi i odpowiednimi osobami, włączając w to prostytutki, które akurat miały przerwę, dilerów narkotykowych, a nawet przestępców świętujących koniec odsiadki.

Towarzystwo nie było ważne, byle by nie była to jego Kasandra. A kobieta siedziała w domu i wydzwaniała do niego po trzydzieści, czterdzieści razy, nagrywała swoje groźby na pocztę głosową. Wysyłała wiadomości, prosząc by się odezwał, bo się martwi, by po dwóch minutach wyzywać go i obrażać za to, kim się stał.

A nie stał się przecież z własnej winy i ona również nie przypominała już kobiety, z którą związał się Samuel. Sami wybrali dla siebie taką drogę, ale żadne z nich tak naprawdę nie pragnęło tej podłości i nienawiści w tej relacji.

Ilekroć Kasandra chciała porozmawiać z partnerem, przerwać to okropne, kręcące się wciąż koło poniżenia i agresji, on nigdy nie miał ochoty na przyjęcie wyciągniętej ręki. A kiedy to znów on zapragnął coś zmienić, ustalić granice, priorytety, to Kasandra wznosiła mur milczenia i tylko co jakiś czas bombardowała go podłymi słowami.

Mijali się, żyli obok siebie, ale żadne nie zdecydowało się na ten ważny krok, by odejść i zacząć wszystko od nowa. Czuli się bezpieczni w tym położeniu, chociaż nie było ono dla nich ani korzystne, ani wygodne. Po prostu nie widzieli wyjścia, bali się przyszłości i zmian.

Samuel nie odpowiedział nic na całą wiązankę swojej partnerki, na jej oskarżenia, że zniszczył jej życie, jest pijakiem i narkomanem. Znów groziła, że odejdzie, że znajdzie kogoś lepszego, ale na Samuelu nie robiło to już wrażenia. Zmrużył oczy i ponownie zasnął, a Kasandra wybiegła z pokoju wypełniona po uszy wściekłością i nienawiścią.

Dopiero około godziny jedenastej Samuel powlókł się pod prysznic. Kasandra już od ponad czterech godzin była w pracy, ale mężczyzna nawet nie zauważył jej nieobecności. Cieszył się tylko, że nikt już nie jęczy mu nad głową i może w spokoju przeżywać dalej swojego triumfalnego kaca.

Włączył telewizor i zjadł przygotowane wcześniej kanapki, późne śniadanie popił kwaśnym kefirem. Latał po kanałach, lecz nic nie przyciągało jego uwagi na dłużej niż parę minut. W głowie kołatało mu dziwne uczucie pustki i straty. Pomyślał nawet, że może w końcu nadszedł właściwy czas, by coś zmienić i jeszcze raz spróbować porozmawiać szczerze z Kasandrą.

Myśl ta dojrzewała w jego jeszcze odurzonym alkoholem umyśle dobre dwie godziny zanim postanowił zacząć działać. Wziął ponownie prysznic, choć wiedział, że tak czy siak nadal będzie śmierdzieć jak pijak spod sklepu. Umył dokładnie zęby, ogolił się, ubrał ładną koszulę.

Wszedł do kuchni, by przygotować obiad, podczas którego chciał zaproponować Kasandrze nowe rozwiązania, tworzące się w jego głowie w niesamowitym tempie.

„Przede wszystkim otwarta rozmowa” — myślał i dodawał kolejne punkty do swojej świeżej listy pełnej nadziei.

Wybiła piętnasta trzydzieści, to właśnie o tej porze Kasandra zawsze wracała do domu. Samuel siedział w kuchni przy stole suto zastawionym obiadem i czekał, czekał, ale kobieta się nie pojawiła. Zaraz po szesnastej mężczyzna przeniósł się do salonu i ponownie włączył telewizor.

Godziny mijały, aż Samuela zmorzył sen. Przebudził się piętnaście po trzeciej nad ranem. Kasandra siedziała na fotelu i patrzyła na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu. W końcu uśmiechnęła się i podeszła do kanapy.

— Wiem, kochanie, wiem — wyszeptała i pogładziła Samuela po policzku.

Oboje położyli się do łóżka, Samuel przytulił swoją ukochaną i spokój ogarnął jego zmęczone ciągłymi walkami serce. Gładził jej włosy, wchłaniał jej kojący zapach. Znów poczuł jak bardzo ją kocha i jak mocno mu na niej zależy.

— Zacznijmy wszystko od nowa, nie kłóćmy się już, to nie ma sensu. Przecież tak nam dobrze ze sobą, Kasandro — wyszeptał do jej ucha i pocałował jej smukłą szyję.

— Dobrze, Sami, a teraz już śpij…

Samuel zasnął bardzo szybko, ciepło jej ukochanej promieniowało i przynosiło mu ulgę. Wierzył głęboko, że od jutra ich życie się zmieni, nie będą już roztaczać tej potwornej wrogości i nienawiści jak do tej pory. Zawsze wiedział, że byli dla siebie stworzeni i pewnie tak właśnie było.

Ze snu wyrwało go pukanie do drzwi, wciągnął na siebie pogniecione jeansy i poszedł szybkim krokiem do przedpokoju.

— Dzień dobry, czy pan Samuel Griss?

— Tak, o co chodzi?

Przed drzwiami stało dwóch policjantów — jeden prawdopodobnie w cywilu, drugi w pełnym umundurowaniu.

— Mam dla pana przykrą wiadomość, pańska partnerka Kasandra Wellman zginęła dzisiaj w nocy w wypadku komunikacyjnym. Ciało znajduje się w…

Samuel już nie słuchał, pobiegł do sypialni, przecież jego ukochana nadal spała, ale zastał tylko pustą poduszkę. Wrócił do drzwi, lecz nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa. Policjant jeszcze coś mówił, o coś pytał, ale napotykał jedynie pusty wzrok mężczyzny, który zagubił się gdzieś pomiędzy miłością a nienawiścią i już nigdy nie będzie w stanie naprawić swoich błędów, wyjaśnić słów wypowiedzianych w złości, przeprosić za to, jak bardzo odtrącał kobietę swojego życia i powiedzieć jej, jak mocno ją kochał. Nigdy już tego nie powie patrząc jej w oczy, nigdy nie pogładzi jej włosów, nie usłyszy jej głosu ani śmiechu. Nigdy, już nigdy, nigdy.

Stał w przedpokoju, a po jego policzkach spływały tylko łzy — łzy pełne miłości, łzy żalu i niedowierzania, szoku oraz niezgody na tę niesprawiedliwość świata.