Historia ich miłości - Diana Palmer - ebook + książka

Historia ich miłości ebook

Diana Palmer

4,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Michelle nigdy nie zapomni, jak wiele zawdzięcza Gabrielowi. Ten przystojny ranczer wziął ją pod swoje opiekuńcze skrzydła, gdy tego najbardziej potrzebowała. Zawsze traktował ją jak siostrę, ona od dawna go kocha. Jednak to właśnie jemu nieświadomie wyrządziła wielką krzywdę i nawet naraziła go na śmiertelne niebezpieczeństwo. Urażony i zraniony Gabriel zrywa z nią wszelkie kontakty. To zrozumiałe, ale może postąpił zbyt pochopnie? Przecież nawet nie zdążył powiedzieć Michelle, że zawsze odwzajemniał jej uczucia. Tak, popełniła błąd, lecz czy postąpiłaby tak samo, gdyby nie miał przed nią tak wielu sekretów?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (18 ocen)
10
1
4
3
0
Sortuj według:
mrooxa

Z braku laku…

Przyćmiona gwiazda Diana Palmer snuje kolejną historię o najemniku o złotym sercu i niewinnych uczynkach.Zakochanemu w nieletniej ze skomplikowaną sytuacją rodzinną.
00

Popularność




Diana Palmer

Historia ich miłości

Tłumaczenie: Ewelina Grychtoł

HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Texas Born

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2014

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2014 by Diana Palmer

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gwiazdy Romansu są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6750-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Michelle Godfrey czuła, że jej spodnie są pobrudzone ziemią. Przez łzy ledwo je widziała. Kolejna kłótnia, kolejny bolesny dramat.

Jej macocha, Roberta, zamierzała sprzedać cały dobytek jej ojca. A przecież nie żył dopiero od trzech tygodni! Roberta chciała pochować go w prostej sosnowej trumnie, a kwiaty i ceremonię pogrzebową uznała za niepotrzebny wydatek.

Choć Michelle dobrze znała wybuchowy temperament macochy, zdecydowała się poprosić o pomoc właściciela miejscowego domu pogrzebowego. Ten zasugerował Robercie, że społeczności małego teksańskiego miasteczka Comanche Wells nie spodobałoby się, gdyby zlekceważyła życzenia swoje zmarłego męża. Wiadomo było bowiem, że Alan Godfrey chciał zostać pochowany na cmentarzu kościoła metodystów u boku swojej pierwszej żony. Właściciel domu pogrzebowego zauważył też, że w porównaniu ze skandalem, jaki wywoła jej skąpstwo, zaoszczędzi grosze. Gdyby zamierzała pozostać w Jacobs County, zamknęłoby to przed nią wiele drzwi.

Roberta była skąpa, ale nie głupia. Nierozsądnie byłoby zrazić do siebie sąsiadów właśnie teraz, kiedy musiała jak najszybciej spieniężyć dobytek męża, w tym stado bydła.

Dlatego poddała się i pozostawiła organizację pogrzebu Michelle. Nie omieszkała jednak zemścić się przy pierwszej sposobności. Po ceremonii zebrała wszystkie rzeczy osobiste Alana, których nie dało się sprzedać, i wywiozła na wysypisko.

Kiedy Michelle wróciła ze szkoły, zalała się łzami, ale na widok zadowolonego uśmieszku Roberty jej smutek zamienił się we wściekłość. Otarła łzy i obiecała sobie, że gdy nie będzie już pod prawną opieką macochy, znajdzie sposób, by tę kobietę dosięgła sprawiedliwość.

Dwa tygodnie po pogrzebie Robertę odwiedził miejscowy pastor. Zajechał przed dom kabrioletem, który mógłby się wydawać dziwnym wyborem, ale wielebny Blair nie był zwykłym pastorem.

Najpierw z uśmiechem przywitał się z Michelle. Nie było jej w kościele przez ostatnie dwa tygodnie i chciał się upewnić, że wszystko u niej w porządku. Michelle nie odpowiedziała, za to Roberta wyglądała na zmieszaną. Następnie pastor napomknął, że słyszał dziwną plotkę, jakoby Roberta nie pozwalała pasierbicy chodzić do kościoła. Mówiąc to, cały czas się uśmiechał, ale w jego uśmiechu było coś niepokojącego.

– Oczywiście ani przez chwilę nie uwierzyłem, że to prawda – zakończył Jake Blair i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Roberta zmusiła się do uśmiechu.

– Hm, oczywiście, że to nieprawda. Michelle może chodzić, gdzie chce.

– Może kiedyś przyjdziecie razem? – zaproponował. – Chętnie witamy nowych członków naszej trzódki.

– Ja w kościele? – Roberta parsknęła śmiechem. – Nie chodzę do kościoła. Nie wierzę w te bzdury.

Jake uniósł brew. Uśmiechnął się do siebie, jakby przyszło mu do głowy coś zabawnego.

– Zapewniam, że pewnego dnia zmienisz zdanie.

– Mało prawdopodobne – odparła sztywno.

– Jak wolisz. W takim razie rozumiem, że nie masz nic przeciwko temu, żeby moja córka Carlie podwiozła Michelle na niedzielną mszę?

Najwyraźniej pastor dobrze wiedział, że Michelle nie ma prawa jazdy, a Roberta nie chce jej podwozić. Już miała odmówić, kiedy przyszło jej do głowy, że pozbycie się pasierbicy z domu ułatwi jej spotkanie z Bertem.

– Oczywiście, że nie – zapewniła.

– Cudownie. Poproszę Carlie, żeby w każdą niedzielę przywoziła Michelle do kościoła i odwoziła z powrotem do domu. Odpowiada ci taki układ, Michelle?

Michelle rozpromieniła się.

– Dziękuję, wielebny Blairze – odparła łagodnym, dziewczęcym głosem.

– Nie ma sprawy.

Roberta nie zadała sobie trudu, żeby wstać, więc Michelle sama odprowadziła pastora do drzwi. Kiedy byli na schodach, obrócił się do niej i zniżył głos.

– Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy, wiesz, gdzie nas szukać – powiedział z powagą.

– Muszę tylko wytrzymać do skończenia szkoły. Zostało mi kilka miesięcy. Jeśli będę ciężko pracować, uda mi się dostać stypendium i pójść na studia. Wybrałam uczelnię w San Antonio.

– Co chcesz robić?

– Pisać. Chcę zostać dziennikarką.

– To nie jest zbyt intratne zajęcie, ale pewnie już o tym wiesz. Może porozmawiasz z Minette Carson? Prowadzi tutejszą gazetę.

– Dziękuję za sugestię – odparła uprzejmie. – Już to zrobiłam. To ona przekonała mnie do pójścia na dziennikarstwo. Jest bardzo miła.

– Owszem. Tak samo jak jej mąż – odparł wielebny, mając na myśli szeryfa Hayesa Carsona.

– Właściwie go nie znam. Pamiętam tylko, że kilka lat temu przyniósł do szkoły swoją iguanę. Fascynujące stworzenie! – odparła Michelle, śmiejąc się.

– Obawiam się, że czas na mnie. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

– Dobrze. Dziękuję.

– Twój ojciec był dobrym człowiekiem. Jego śmierć jest dla nas wszystkich niepowetowaną stratą. Był jednym z najlepszych lekarzy, jakich mieliśmy w Jacobs County, mimo że po zaledwie kilku miesiącach choroba zmusiła go do rezygnacji.

– Wiedział, co go czeka, tłumaczył mi, co się będzie dalej działo. Powiedział, że gdyby nie był taki uparty i zbadał się wcześniej, może udałoby się powstrzymać rozwój choroby.

– Młoda damo, pamiętaj, że wszystko jest częścią Bożego planu – pocieszył ją łagodnie Jake. – Nic nie dzieje się bez przyczyny, nawet jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka.

– Ja też tak myślę. Dziękuję, że rozmówiłeś się z Robertą. Nie chciała wysłać mnie na kurs prawa jazdy, a tata był zbyt chory, żeby mnie uczyć. Poza tym i tak nie pożyczyłaby mi auta. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby ją do wstania w niedzielę rano, więc nie miałam jak uczestniczyć w nabożeństwie. Tęskniłam za tym.

– Szkoda, że nie porozmawiałaś ze mną o tym wcześniej. Nieważne. Wszystko w swoim czasie.

– Czy… z czasem robi się łatwiejsze? To znaczy, życie? – zapytała z bezbrzeżnym smutkiem.

– Wkrótce będziesz miała nad nim większa kontrolę – odparł. – Życie jest próbą. Czasem musimy przejść przez ogień, ale Bóg nam to wynagrodzi. Za każde cierpienie czeka nas wielka radość.

– Dziękuję.

– Nie pozwól jej sobą pomiatać.

– Postaram się – obiecała.

– A gdybyś potrzebowała pomocy, nie wahaj się o nią poprosić. Jeszcze nie spotkałem człowieka, który zdołałby mnie przestraszyć.

Michelle wybuchnęła śmiechem.

– Zauważyłam. Roberta ma paskudny charakter, ale dla ciebie była naprawdę miła!

– Rozsądni ludzie są dla mnie mili. Do zobaczenia.

Zszedł z werandy, przeskakując po dwa schodki. Był wysokim, wysportowanym mężczyzną i chodził w charakterystyczny sposób. Wsiadł do samochodu i wyjechał na drogę ze zręcznością, której Michelle mu pozazdrościła.

Wracając do środka, doskonale wiedziała, że Roberta już na nią czeka.

– Nasłałaś go na mnie! – krzyknęła od progu macocha. – Zabroniłam ci udziału w tych kościelnych bzdurach, więc ukartowałaś to za moimi plecami!

– Lubię chodzić do kościoła. W czym ci to przeszkadza?

– Kiedy chodziłaś do kościoła, zawsze spóźniałaś się z obiadem. A ja musiałam opiekować się twoim ojcem. Obrzydliwość – mrukneła, krzywiąc się na samo wspomnienie. W rzeczywistości Roberta nigdy nie kiwnęła palcem, żeby pomóc mężowi. Wszystko zrzucała na Michelle. – Na dodatek musiałam sama mu gotować. Nienawidzę gotować. To twoje zadanie. Masz robić obiad, zanim pojedziesz do kościoła.

– Dobrze. – Michelle odwróciła wzrok.

– I lepiej, żeby dom lśnił, bo inaczej cię nie puszczę!

Michelle wiedziała, że Roberta blefuje. Ewidentnie przestraszyła się wizyty pastora. Zdenerwowanie macochy ją bawiło, ale nie dała nic po sobie poznać.

– Mogę iść do mojego pokoju? – zapytała.

Roberta przewróciła oczami.

– Rób, co chcesz. – Obejrzała się w lustrze. – Wychodzę. Bert zabiera mnie na kolację w San Antonio, więc wrócę bardzo późno. – Popatrzyła na Michelle i zaśmiała się drwiąco. – Nie wiedziałabyś, co zrobić z mężczyzną, ty mała cnotko.

Michelle zesztywniała. Słyszała to już od Roberty setki razy.

– Och, idź już – mruknęła Roberta.

Michelle wyszła bez słowa.

Cały dzień spędziła na nauce. Musiała mieć jak najlepsze oceny, żeby dostać stypendium. Ojciec zostawił jej trochę pieniędzy, ale pieczę nad nimi miała sprawować jej macocha, póki Michelle nie osiągnie pełnoletniości. Do tego czasu pewnie nie zostanie z nich nawet wspomnienie.

Pod koniec życia pan Godfrey nie myślał jasno, przyjmował ogromne dawki środków przeciwbólowych. Roberta zadbała, żeby jego testament był dla niej korzystny, zatrudniając swojego osobistego prawnika do spisania ostatniej woli męża. Michelle była pewna, że ojciec nie zamierzał zostawiać jej tak mało, ale nic nie mogła zrobić. Jeszcze nawet nie skończyła liceum.

Życie pod władzą Roberty było dla niej udręką. Macocha wiecznie miała do niej jakieś pretensje. Śmiała się z niej, drwiła z jej konserwatywnego sposobu ubierania się, zamieniała jej życie w koszmar. Ale pastor miał rację, pewnego dnia to wszystko się skończy. Będzie miała własny dom i nie będzie musiała prosić Roberty o pieniądze na lunch.

Usłyszała na drodze ryk samochodu. Wyjrzała i zobaczyła dużego czarnego pikapa. Michelle wiedziała, kto jest jego właścicielem: Gabriel Brandon, ich najbliższy sąsiad.

Po raz pierwszy widziała go dwa lata wcześniej, w czasie ostatnich wakacji, jakie spędziła z dziadkiem i babcią przed ich śmiercią. Mieszkali w tym samym domu, który teraz dzieliła z Robertą. Pojechała z dziadkiem do miasta po lekarstwo dla chorego cielaka i kiedy weszli do sklepu, ekspedient właśnie rozmawiał z Gabrielem, który niedawno zamieszkał w sąsiedztwie.

Był bardzo wysoki i muskularny. Chyba nigdy wcześniej nie widziała równie przystojnego mężczyzny.

Zauważył jej rozanielone spojrzenie i roześmiał się. Wciąż pamiętała, jak ten śmiech w mgnieniu oka odmienił jego surowe rysy. Zarumieniła się, odwróciła wzrok i prawie wybiegła ze sklepu. Wyszła na idiotkę.

Zapytała swojego dziadka, kim jest tajemniczy nieznajomy. Ten wiedział tylko tyle, że ich sąsiad pracuje dla Eba Scotta, który miał ranczo niedaleko Jacobsville. Niewiele o sobie mówił i ludzie byli go ciekawi. Nie był żonaty, ale miał siostrę, która odwiedzała go od czasu do czasu.

Dziadek Michelle śmiał się z jej zauroczenia Brandonem. Przypomniał jej, że w wieku piętnastu lat nie powinna interesować się mężczyznami. Michelle udała, że się z nim zgadza, ale w głębi ducha uważała, że pan Brandon jest zniewalająco przystojny i żadna licealistka nie przeszłaby obok niego obojętnie.

Z kolei przyjaźniący się z Robertą Bert zawsze wyglądał, jakby zapomniał umyć włosy. Michelle go nie znosiła. Jego wygląd sprawiał, że cierpła jej skóra. Raz odsunęła się, kiedy próbował zmierzwić jej włosy, a on obrócił to w żart. Ale po oczach było widać, że nie jest mu do śmiechu.

Byłby do zniesienia, gdyby on i Roberta nie afiszowali się ze swoim romansem. W poniedziałek Michelle wróciła ze szkoły i natknęła się na leżącą na kanapie parę. Na widok spojrzenia pasierbicy Roberta roześmiała szyderczo.

– Na co patrzysz, mała cnotko? – parsknęła. – Myślałaś, że będę nosić żałobę i na zawsze dochowam wierności twojemu ojcu?

– On umarł dopiero dwa tygodnie temu! – krzyknęła wstrząśnięta Michelle.

– I co z tego? Nawet przed chorobą nie był dobry w łóżku. Kiedy mieszkaliśmy w San Antonio, świetnie zarabiał jako kardiolog. A potem zdiagnozowano u niego raka i postanowił przeprowadzić się do tej zapadłej dziury, żeby żyć z renty i oszczędności! Które i tak zaraz poszły na jego leczenie. Myślałam, że jest bogaty!

– Tak, dlatego za niego wyszłaś – prychnęła Michelle.

– Owszem – potwierdziła Roberta. Usiadła, zapaliła papierosa i dmuchnęła dymem w twarz Michelle. Michelle rozkaszlała się.

– Tata nie pozwoliłby ci palić w domu – powiedziała.

– No tak, ale tata nie żyje – odparła Roberta i uśmiechnęła się złośliwie.

– Masz ochotę na trójkącik? – wtrącił Bert, również siadając.

Michelle rzuciła mu mordercze spojrzenie.

– Zamknij się, Bert – rozkazała Roberta i wstała z kanapy. – Chodź, pojedziemy do ciebie.

Zniesmaczona Michelle poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz.

Usłyszała, jak się kłócą. Kilka minut później wyszli z sypialni.

– Nie będzie mnie na obiedzie! – zawołała Roberta.

Michelle nie odpowiedziała.

– Same problemy z tą dziewuchą – burknęła Roberta. – Zawsze wtrąca się w cudze sprawy, czysta i nieskalana jak płatek śniegu!

– Mógłbym naprawić to ostatnie – zarechotał Bert.

– Zamknij się! – warknęła Roberta. – Chodźmy stąd.

Policzki zapiekły Michelle z gniewu. Na dole trzasnęły drzwi frontowe, a potem drzwi od samochodu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak odjeżdżają sportowym samochodem Berta.

Westchnęła z bezbrzeżną ulgą. Nikt nie wiedział, jakie piekło urządza jej ta dwójka.

Przez następne dni w domu panowała nerwowa atmosfera. Para kochanków bez przerwy wyśmiewała Michelle, jej poglądy i sposób ubierania się. Roberta nie szczędziła też szyderczych komentarzy na temat ojca Michelle i choroby, która go zabiła. Roberta nigdy nie odwiedziła męża w szpitalu. To Michelle czuwała przy nim codziennie aż do śmierci.

Do ukończenia szkoły zostało jej tylko kilka miesięcy. Miała bardzo dobre oceny i liczyła, że dostanie się do Marist College w San Antonio. Zdążyła już nawet zaaplikować. Ale mimo dobrych stopni martwiła się, czy uda jej się pójść na wymarzone studia. Musiała zdobyć stypendium i znaleźć pracę.

Kiedy jej ojciec jeszcze żył, pracowała dorywczo u mechanika. Ojciec zawoził ją tam po szkole, a po pracy odwoził do domu. Oczywiście, gdy tylko wykryto jego chorobę, musiała zrezygnować z pracy.

Przewróciła się na drugi bok. Może uda jej się coś znaleźć w San Antonio, na przykład w sklepie spożywczym. Nie przeszkadzała jej ciężka praca, była do niej przyzwyczajona. Odkąd jej ojciec ożenił się z Robertą, Michelle miała na głowie gotowanie, pranie i sprzątanie, a nawet koszenie trawnika.

Pod koniec życia jej ojciec zaczął uświadamiać sobie błąd, jaki popełnił, żeniąc się z Robertą. Od śmierci matki Michelle był bardzo samotny, a Roberta schlebiała mu i poprawiała humor. Na początku naprawdę sprawiała wrażenie miłej osoby, nawet wobec Michelle. Chodziła z nią na zakupy, wychwalała jej kuchnię. Dopiero po ślubie odkryła swoje prawdziwe oblicze.

Michelle podejrzewała, że za jej przemianą stał alkoholizm. Nie rozmawiano o tym przy niej, ale Roberta zniknęła na parę tygodni. Krążyła plotka, że doktor wysłał młodą żonę na odwyk. Po powrocie żyło się z nią całkiem znośnie, przynajmniej do czasu, kiedy przeprowadzili się do Comanche Wells.

Kilka dni przed tym, jak choroba na stałe przykuła ojca do łóżka, poklepał Michelle po ramieniu i uśmiechnął się z żalem.

– Tak mi przykro, kochanie – powiedział. – Gdybym tylko mógł cofnąć się w czasie…

– Wiem, tato. Będzie dobrze.

– Jesteś taka, jak twoja matka. Musisz się nauczyć, jak sobie radzić z nieprzyjemnymi ludźmi. Nie traktować życia tak poważnie…

– Alan, ile mam na ciebie czekać? – zawołała z irytacją Roberta. Nienawidziła, kiedy jej mąż poświęcał uwagę córce.

– Zaraz wracam! – zawołał w odpowiedzi.

– Naczynia czekają w zlewie – dodała Roberta z zimnym uśmiechem, zwracając się do Michelle. – To twoja działka.

Wróciła do środka, trzaskając drzwiami. Michelle i jej ojciec jednocześnie się skrzywili.

– Jakoś sobie poradzimy – powiedział nieobecnym tonem. Przycisnął rękę do brzucha i znów skrzywił się boleśnie.

– Powinieneś pójść do doktora Coltraina – powiedziała Michelle. – Cały czas to odkładasz. Jest coraz gorzej, prawda?

– Obawiam się, że tak. Dobrze, pójdę do niego jutro, mała panikaro.

– Dziękuję.

Wizyta zakończyła się serią badań i smutną diagnozą. Onkolog odesłał doktora Godfreya do domu z nowymi lekami i brakiem nadziei na przyszłość.

Oczy Michelle napełniły się łzami. Tęskniła za ojcem i nienawidziła być na łasce macochy, która nawet nie kryła się z tym, że zamierza sprzedać dom i ziemię. Powiedziała wprost, że zrobi to, gdy tylko zakończy się postępowanie spadkowe.

Michelle zaprotestowała, mówiąc, że przecież jeszcze przez kilka miesięcy musi chodzić do szkoły. Gdzie miała się podziać?

Roberta odparła, że to nie jej problem. Była młoda, miała przed sobą kawał życia i nie zamierzała spędzić go na oglądaniu bydła. Planowała wprowadzić się do Berta. Wprawdzie obecnie był bezrobotny, ale sprzedaż domu i ziemi pozwoli im przez jakiś czas się utrzymać. Potem wyjadą do Las Vegas, gdzie zamierzała zbić fortunę w kasynie.

Michelle przekrzywiła głowę i spojrzała na macochę z niedowierzaniem.

– Nikt jeszcze nie wzbogacił się na hazardzie – zauważyła ostrożnie.

– Ja się wzbogacę – warknęła Roberta. – Nic nie wiesz o hazardzie.

– Wiem, że mądrzy ludzie go unikają.

Roberta wzruszyła ramionami.

W Comanche Wells pracowała tylko jedna agentka nieruchomości. Michelle zadzwoniła do niej, zmartwiona i wytrącona z równowagi.

– Roberta mówi, że chce sprzedać dom…

– Spokojnie. – Betty Mathers zaśmiała się wesoło. – Musi załatwić wszystkie formalności spadkowe, a potem zrobić wykaz majątku. Rynek nieruchomości ledwie zipie.

– Dziękuję – szepnęła Michelle. – Nawet nie wiesz, jak się bałam…

– Nie ma powodu do zmartwień – zapewniła Betty. – Nawet jeśli Roberta wyjedzie, masz tu wielu przyjaciół. Na pewno ten, kto odkupi nieruchomość, nie wyrzuci cię na bruk. Sama kupię ten dom, jeśli będę musiała.

– Jesteś aniołem…!

– Michelle, jesteś częścią Jacobs County. Kiedy przyjeżdżałaś na wakacje do dziadków, pomagałaś im i innym ludziom. Kiedy synek Harrisów miał wycinany wyrostek, czuwałaś w szpitalu przy jego łóżku. Kiedy Robowi Meinerowi spłonął dom, upiekłaś ciasta na kiermasz. Zawsze byłaś tam, gdzie najbardziej cię potrzebowano. Nie myśl, że nikt tego nie zauważa. I nie myśl, że nie widzimy, co knuje twoja macocha – dodała gniewnie. – Zapewniam, że nie ma tu przyjaciół.

– Myślała, że tata jest bogaty.

– No tak.

– Była wściekła, że musi się tu przeprowadzić. A ja nigdy nie byłam szczęśliwsza. Kocham Comanche Wells.

Betty roześmiała się.

– Ja też. Przeprowadziłam się tu z Nowego Jorku. Przyjemniej słucha się świerszczy niż syren policyjnych.

– Zgadzam się.

– Przestań się martwić. Wszystko będzie dobrze.

– Dziękuję.

Następnego dnia Michelle przypomniała sobie tę rozmowę. Gdy wróciła ze szkoły, ukochana kolekcja znaczków jej ojca leżała rozłożona na stoliku kawowym, a wysoki, elegancki mężczyzna podawał Robercie czek.

– To piękna kolekcja – pochwalił.

– Co ty robisz?! – krzyknęła Michelle. Książki wypadły jej z ręki. – Nie możesz sprzedać znaczków taty! Nie możesz! To jedyne, co mi po nim zostało!

Roberta wyglądała na zmieszaną.

– Michelle, już o tym rozmawiałyśmy…

– O niczym nie rozmawiałyśmy! – wrzasnęła Michelle – Mój ojciec nie żyje dopiero od trzech tygodni, a ty już pozbyłaś się jego rzeczy! Chcesz nawet sprzedać ten dom. Jestem dopiero w liceum, nie będę miała gdzie mieszkać. A teraz to! Ty… ty wyrachowana jędzo!

Roberta próbowała uspokoić mężczyznę, który wyglądał na wstrząśniętego.

– Przepraszam za moją córkę – wykrztusiła, siląc się na uśmiech.

– Nie jestem jej córką! Ożeniła się z moim ojcem dwa lata temu. Ma chłopaka. Byli razem już wtedy, kiedy mój ojciec umierał w szpitalu.

Mężczyzna przeniósł wzrok z Michelle na Robertę, wyrwał czek z jej ręki i podarł go na kawałki.

– Ale… ale dobiliśmy targu… – wyjąkała Roberta.

– Proszę pani, gdyby była pani moją krewną, wydziedziczyłbym panią – powiedział ozięble. – Nie zamierzam kupować kolekcji skradzionej dziecku.

– Pozwę cię! – warknęła Roberta.

– Proszę bardzo. – Mężczyzna odwrócił się do Michelle. – Bardzo mi przykro z powodu twojej straty i sytuacji, w której się znalazłaś – powiedział łagodnie. Chłodno pożegnał się z Robertą i wyszedł.

Roberta odczekała, aż wsiądzie do samochodu, po czym doskoczyła do Michelle i uderzyła ją mocno.

– Ty wstrętny bachorze! – wrzasnęła. – Chciał mi zapłacić pięć tysięcy dolarów. Znalezienie nabywcy zajęło mi całe tygodnie.

– Proszę bardzo, uderz mnie jeszcze raz. Zobaczysz, co się stanie.

Roberta zamachnęła się, ale przypomniała sobie rozmowę z pastorem. Opuściła rękę i podniosła swoją torebkę.

– Idę zobaczyć się z Bertem – warknęła. – A ty od tej chwili nie dostaniesz ode mnie ani grosza. Możesz zarobić na jedzenie, myjąc podłogi.

Wypadła z domu, trzasnęła drzwiami od samochodu i odjechała.

Michelle pozbierała cenną kolekcję znaczków i zaniosła do swojego pokoju. Miała tam tajną skrytkę i liczyła, że Roberta jej nie znajdzie. W jej garderobie była luźna listwa. Wyjęła ją, wcisnęła za nią album ze znaczkami i przycisnęła ją z powrotem do ściany.

Obejrzała się w lustrze. Po uderzeniu Roberty chyba zostanie ślad, ale nie obchodziło jej to. Nie odda tego albumu, nawet gdyby Roberta miała ją za to zabić.

To nie zmieniało faktu, że znalazła się w trudnym położeniu. Miesiące, które zostały jej do ukończenia szkoły, wydawały się długimi latami. Teraz, kiedy sprzeciwiła się Robercie, macocha zamieni jej życie w piekło. Była tym wszystkim skrajnie zmęczona.

Wstała i wyszła z domu, poruszając się jak lunatyczka. Dotarła do polnej drogi i usiadła na samym środku, zrozpaczona, pokryta ziemią i kurzem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Michelle poczuła drżenie drogi na długo przed tym, jak usłyszała ryk silnika. Jej ostatnia nadzieja na lepsze czasy zgasła. Miała dość życia.

Dlatego otoczyła kolana ramionami, zamknęła oczy i czekała na kolizję. To pewnie będzie bolało. Miała nadzieję, że przynajmniej nie potrwa zbyt długo.

Usłyszała głośny pisk opon, ale nie poczuła uderzenia. Czyżby już nie żyła?

Długie, muskularne nogi w wypłowiałych niebieskich dżinsach i czarnych skórzanych butach znalazły się w polu jej widzenia.

– Wyjaśnisz mi, co robisz na środku drogi? – zapytał gniewny głos.

– Czekam, aż przejedzie mnie samochód.

– Ja jeżdżę pikapem.

– Może być i pikap – odparła rzeczowo.

– Możesz to rozwinąć?

Michelle wzruszyła ramionami.

– Moja macocha pewnie mnie zbije, kiedy wróci do domu, bo zepsułam jej interes.

Gabriel Brandon zmarszczył brwi.

– Jaki interes?

– Mój ojciec zmarł trzy tygodnie temu – wyjaśniła ponuro. Uznała, że jej sąsiad o tym nie wie, bo przez ostatnie tygodnie nie było go w domu. – Wyrzuciła wszystkie jego rzeczy na wysypisko, bo zmusiłam ją, żeby zapłaciła za godny pogrzeb, a teraz próbuje sprzedać jego kolekcję znaczków. To wszystko, co mi po nim zostało. Nabywca wyszedł. Uderzyła mnie…

Mężczyzna pochylił się, żeby spojrzeć na jej twarz. Zmrużył oczy.

– Wsiadaj do pikapa.

– Jestem brudna.

– To brudny samochód. Nic się nie stanie.

– Porywa mnie pan?

– Tak.

– Niech będzie – westchnęła. Spojrzała na niego żałośnie. – Jeśli nie robi to panu różnicy, chciałabym polecieć na Marsa. Skoro już mam być porwana.

Otworzył jej drzwi po stronie pasażera.

– Ma pan na nazwisko Brandon – odezwała się, kiedy usiadł za kierownicą.

– Tak.

– Ja jestem Michelle.

– Michelle – powtórzył i zaśmiał się pod nosem. – Była taka piosenka. Mój ojciec ją uwielbiał. To szło jakoś tak: „Michelle, ma belle”. Mówisz po francusku?

– Trochę – odparła. – Mam francuski na drugiej lekcji. To znaczy „moja piękna”. – Zaśmiała się. – Obawiam się, że ta piosenka nie jest o mnie.

Brandon uniósł brwi. Czyżby mówiła poważnie? Była piękną dziewczyną.

– Piękno jest w oku patrzącego – powiedział.

– Mówi pan po francusku?

– Po francusku, hiszpańsku, portugalsku, w afrikaans, po norwesku, rosyjsku, niemiecku i w kilku bliskowschodnich dialektach.

– Naprawdę? Jest pan tłumaczem?

Gabriel myślał przez chwilę nad odpowiedzią.

– Od czasu do czasu – powiedział w końcu, śmiejąc się pod nosem.

– Fajnie.

Odpalił silnik i pojechał w stronę domu. To był typowy dom ranczera, odsunięty od drogi i otoczony morzem kwiatów, zasadzonych przez poprzednią właścicielkę, panią Eller. Oczywiście teraz, w lutym, nic nie kwitło.

– Pani Eller uwielbiała kwiaty – odezwała się Michelle.

– Słucham?

– Spędziła tu całe życie – wyjaśniła, uśmiechając się, kiedy zaparkowali przed werandą. – Jej mąż był zastępcą szeryfa. Mieli syna w wojsku, który zginął na służbie. Jej mąż umarł niedługo potem. Zasadziła tyle kwiatów, że nie było widać zza nich domu.

– Pochodzisz z tych okolic?

– Tak, moja rodzina mieszka tu od trzech pokoleń. Mój tata studiował medycynę w Georgii, a potem prowadził gabinet kardiologiczny w San Antonio. Tam się wychowałam, ale każde wakacje spędzałam tutaj, z dziadkami. Po ich śmierci tata zdecydował się nie sprzedawać domu i póki moja mama żyła, używaliśmy go jako domku letniskowego. Potem tata postanowił przeprowadzić się tu na wcześniejszą emeryturę. Moja macocha znienawidziła to miejsce od pierwszego wejrzenia. – Posmutniała. – Chce je sprzedać.

Gabriel westchnął. Wysiadł, otworzył drzwi pasażera i pomógł wysiąść Michelle. Następnie zaprowadził ją do domu, posadził w kuchni i wyjął dzbanek herbaty mrożonej. Nalał im obojgu po szklance.

– No, dalej – zachęcił. – Wyrzuć to z siebie.

– To nie pana problem.

– Chciałaś mnie wykorzystać do swojej próby samobójczej – przypomniał. – To już jest mój problem.

– Bardzo przepraszam, panie Brandon…

– Mów mi Gabriel.

Zawahała się.

– Nie jestem jeszcze taki stary – zauważył.

– No dobrze.

– Powiedz to – zachęcił, patrząc jej prosto w oczy.

– Ga… Gabriel.

– Tak lepiej.

– Nie czuję się za dobrze w towarzystwie mężczyzn – wypaliła.

Potem opowiedziała mu o wszystkim. O tym, jak znalazła Robertę w ramionach Berta tuż po pogrzebie, o tym, jak Bert na nią patrzył i próbował jej dotknąć, o wizycie pastora…

– A ja myślałem, że moje życie jest skomplikowane – skomentował ponuro. – Zapomniałem już, jak to jest być młodym i zdanym na łaskę dorosłych ludzi.

Michelle przyglądała mu się w milczeniu.

– Wiesz, jak to jest – domyśliła się. – Rozumiesz.

– Miałem ojczyma – warknął przez zęby. – Wiecznie próbował dobrać się do mojej siostry. Była bardzo ładna, miała prawie czternaście lat. Ja byłem kilka lat starszy i większy od niego. Nasza matka go kochała. Przeprowadziliśmy się do Teksasu, bo dostał awans i musiał objąć posadę w Dallas. Pewnego dnia usłyszałem krzyk siostry. Wpadłem do jej pokoju i zobaczyłem, jak on próbuje… Matka musiała zawołać sąsiada, żeby mnie od niego odciągnął. Wyobrażasz sobie, że wciąż go broniła? Zostałem aresztowany, ale opowiedziałem o wszystkim obrońcy. Wezwał moją siostrę na przesłuchanie. Ojczymowi wytoczono proces, w trakcie rozprawy jego adwokat bez przerwy obwiniał moją siostrę. To wszystko wpędziło ją w taką traumę, że do teraz boi się umawiać z mężczyznami.

Michelle wzdrygnęła się. Nieśmiało podniosła rękę i położyła ją na jego zaciśniętej pięści.

– Przykro mi.

– Dotąd nigdy o tym z nikim nie rozmawiałem – wyznał.

– Czasem dobrze jest opowiedzieć komuś o swoich problemach. Mroczne wspomnienia bledną, kiedy wyjdą na światło dzienne.

– Siedemnastolatka z mądrością trzydziestolatki? – zażartował i uśmiechnął się.

– Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma gorzej – zauważyła. – Mój przyjaciel Billy ma ojca alkoholika, który bije jego i jego matkę. Cały czas przyjeżdża policja, ale jego matka nigdy nie chce wnosić oskarżeń. Szeryf Carson mówi, że następnym razem wsadzi go do więzienia.

– To miło ze strony szeryfa.

– Co się stało po procesie?

Gabriel uścisnął jej dłoń. Jej dotyk był dziwnie uspokajający.

– Mój ojczym poszedł do więzienia za pedofilię. Moja matka codziennie go odwiedzała.

– A co się stało z tobą i twoją siostrą?

– Matka wyrzuciła nas z domu, trafiliśmy do rodziny zastępczej. Obrońca miał niezamężną, bezdzietną ciotkę po próbie samobójczej. Jej problemy nie były aż tak straszne, ale miała skłonności do depresji. Obrońca pomyślał, że moglibyśmy pomóc sobie nawzajem. W ten sposób zamieszkaliśmy z ciotką Maude. – Gabriel uśmiechnął się z nostalgią. – Zupełnie nie była typem starej panny. Jeździła jaguarem, paliła jak smok, potrafiła przepić każdego mężczyznę, uwielbiała grać w bingo i gotowała jak szef kuchni. A, i jeszcze mówiła w dwudziestu językach. Za młodu była w wojsku i musztrowała nas jak sierżant.

– Wow! Mieszkanie z nią musiało być fascynujące.

– Owszem. Była bogata i rozpieszczała nas. Zaciągnęła moją siostrę na terapię, a mnie do wojska. Uwielbiała Boże Narodzenie. Mieliśmy choinki, które ledwie mieściły się w salonie. Zapraszała bezdomnych na wieczerzę wigilijną. – Spoważniał. – Mówiła, że widziała kraje Trzeciego Świata, gdzie biedni ludzie byli traktowani lepiej niż u nas. Jak na ironię ci sami ludzie, których zapraszała do stołu, zadźgali ją na śmierć.

– Tak mi przykro!

– Kiedy to się zdarzyło, ja i Sara byliśmy już dorosłymi ludźmi. Byłem… w wojsku – dodał, mając nadzieję, że Michelle nie zauważyła zawahania. – Sara miała własne mieszkanie. Maude zostawiła cały majątek nam i swojemu bratankowi. Chcieliśmy oddać mu naszą część, ale tylko się roześmiał i powiedział, że dzięki nam mógł się nią dłużej cieszyć. Poza tym nie potrzebował pieniędzy, bo zarobił fortunę, broniąc w sądzie baronów narkotykowych.

– Baronów narkotykowych…

– Żadna praca nie hańbi – zauważył. – Poza tym znam przynajmniej jednego barona narkotykowego, który jest lepszym człowiekiem niż wielu szacownych obywateli.

Michelle tylko się uśmiechnęła. Gabriel spojrzał na jej drobną dłoń.

– Jeśli będzie bardzo ciężko, daj mi znać. Postaram się jakoś pomóc – powiedział.

– Muszę tylko wytrzymać do końca roku szkolnego.

– Tak, ale w niektórych sytuacjach kilka miesięcy wydaje się całym życiem. Przyjaciele sobie pomagają – dodał Gabriel.

– A jesteśmy przyjaciółmi? – zapytała.

– Musimy być. Nikomu dotąd nie powiedziałem o moim ojczymie.

– Nie opowiedziałeś mi reszty historii.

– Sześć miesięcy po wyroku mój ojciec został wypuszczony za dobre sprawowanie i postanowił zemścić się na mojej siostrze. Zadzwoniła na policję. Zastrzelili go.

– O Boże.

– Moja matka obarczyła winą nas oboje. Wróciła do Kanady, gdzie dorastaliśmy.

– Jesteś Kanadyjczykiem?

– Urodziłem się w Teksasie. Potem przeprowadziliśmy się do Kanady i przez jakiś czas mieszkaliśmy z rodziną naszej matki, kiedy ojciec był w wojsku. Sara urodziła się w Calgary.

– Czy po tym wszystkim zobaczyłeś jeszcze kiedyś matkę?

– Matka nigdy więcej się do nas nie odezwała. Umarła kilka lat temu. Jej prawnik odszukał mnie i poinformował, że cały spadek zapisała kuzynom z Alberty.

– Tak mi przykro.

– Takie życie. Miałem nadzieję, że może pewnego dnia uświadomi sobie, jaką krzywdę wyrządziła mojej siostrze, ale to nigdy nie nastąpiło.

– Nie możemy nic poradzić na to, kogo kochamy, ani co ta miłość z nami robi.

– Naprawdę jesteś siedemnastolatką z mądrością trzydziestolatki.

– Może jestem starą duszą.

– Ach. Interesujemy się filozofią?

– Tak. Nie mówiłeś nic o twoim ojcu.

– Był w organizacji paramilitarnej. Stanął na minie przeciwpiechotnej.

Michelle nie wiedziała, czym jest organizacja paramilitarna, więc tylko pokiwała głową.

– Pochodził z Dallas – kontynuował Gabriel. – Miał małe ranczo w Teksasie, które odziedziczył po dziadku. On i moja matka poznali się na rodeo w Calgary. Przyjechał, żeby sprzedać kilka sztuk. Ona miała wujka, który był właścicielem rancza w Albercie i przywiózł na rodeo swój inwentarz. – Mówiąc to, wpatrywał się w drobną dłoń Michelle. – Jej rodzina pochodziła z francuskiej części Kanady. Jedna z moich babć należała do plemienia Siuksów.

– Wow! W takim razie jesteś Amerykaninem czy Kanadyjczykiem?

– Jestem zarówno Kanadyjczykiem, jak i Amerykaninem.

– Mój ojciec uwielbiał kanadyjski serial „Na Południe”. Miał wszystkie odcinki na DVD. Ze wszystkich bohaterów najbardziej lubiłam psa Mountiego. Był wilkiem.

– Uwielbiałem ten serial. Był przezabawny.

Michelle zerknęła na zegar.

– Muszę już iść. Jeśli nie chcesz mnie przejechać, to muszę wrócić i zrobić kolację na wypadek, gdyby Roberta wróciła do domu na noc. Wciąż będzie wściekła przez tę kolekcję znaczków, ale jej nie znajdzie. Mam kryjówkę, o której nie wie.

Gabriel uśmiechnął się.

– Jesteś chytra jak lis.

– Zwykle nie, ale nie pozwolę jej sprzedać znaczków taty.

– Jeśli znowu cię uderzy, zadzwoń na policję.

– Zabije mnie za to.

– Mało prawdopodobne.

– Przypuszczam, że pewnie to zrobię, jeśli mnie do tego zmusi.

– Mówiłaś coś o pastorze. Jak się nazywa?

– Jake Blair. Dlaczego pytasz? Znasz go? Jest wspaniałym pastorem. Chociaż Roberta chyba się go boi.

– Tak, słyszałem o nim.

– Powiedział, że jego córka będzie mnie przywozić i odwozić z kościoła w każdą niedzielę. Carlie pracuje dla komendanta policji Jacobsville.

– Casha Griera?

Michelle skinęła głową.

– Jest bardzo miły.

– Cash Grier?! – wykrzyknął Gabriel. – Miły?

– Och, wiem, co ludzie o nim mówią, ale uważam, że jest inteligentnym człowiekiem.

– Bardzo.

Gabriel zaprowadził ją do pikapa i odwiózł do domu. Michelle już miała wysiadać, ale zawahała się.

– Dziękuję. To była moja pierwsza próba samobójcza.

– Wszyscy miewamy dni, kiedy gryzie nas czarny pies.

– Słucham?

– Winston Churchill miewał epizody depresyjne. Tak je nazywał.

– Winston Churchill…

– Wiesz, była taka wielka wojna światowa – wyjaśnił Gabriel z teatralnym entuzjazmem. – Brał w niej udział taki kraj jak Wielka Brytania, i…

– Och, przestań! – Michelle wybuchnęła śmiechem.

– Tylko sprawdzałem.

– Wiem, kim był Winston Churchill. Musiałam tylko przypomnieć sobie kontekst. Jeszcze raz dziękuję.

– Nie ma sprawy.

Wysiadła i zamknęła drzwi samochodu, z ulgą zauważając, że Roberta nie wróciła jeszcze do domu.

Kiedy Roberta wróciła, kolacja była gotowa. Macocha Michelle wciąż płoneła gniewem.

– Nie tknę wołowiny – oświadczyła. – Wiesz, że jej nie znoszę. Czy to puree ziemniaczane? Na pewno zrobiłaś je na maśle!

– Owszem – odparła cicho Michelle. – Zawsze mówiłaś, że takie lubisz najbardziej.

Roberta zarumieniła się i poruszyła niespokojnie, jakby coś w głosie Michelle wzbudziło w niej wyrzuty sumienia.

Tak właśnie było. Jej mąż nie żył dopiero od trzech tygodni. Wyrzuciła jego rzeczy, nie poszła na pogrzeb, wyśmiewała pasierbicę na każdym kroku, a nawet uderzyła ją. A ona po wszystkim zrobiła jej ulubione danie. Dobrze, że była zbyt naiwna, by zachowanie Roberty obudziło jej czujność. Pomyślała gorzko, że to wina Berta.

– Nie musisz jeść – powiedziała Michelle, odwracając się.

– Chętnie zjem – wymamrotała Roberta. Ty nie jesz?

– Już jadłam.

Roberta zabrała się za pieczeń wołową i puree ziemniaczane. To dziecko zrobiło nawet jej ulubiony krem z groszku.

Odłożyła widelec i zauważyła, że ręka jej drży. Cofnęła ją gwałtownie.

Było coraz gorzej. Potrzebowała coraz więcej. Bert narzekał na wydatki. Pokłócili się. Wpadła do jego apartamentu w San Antonio, zanurkowała w jego zapasach, a on głośno zaprotestował. Ale przecież to przez niego się uzależniła, czyż nie?

Nałóg pochłaniał więcej pieniędzy, niż się spodziewała, i Alan w końcu się zorientował. Zażądał rozwodu, ale ona błagała, żeby tego nie robił. Nie miała gdzie się podziać.

Alan zgodził się, ale pod jednym warunkiem: musiała przeprowadzić się z nim do jego rodzinnego miasteczka.

Myślała, że ma na myśli tymczasową przeprowadzkę. Był zmęczony wyścigiem szczurów i potrzebował chwili odpoczynku. Ale po kilku dniach spędzonych w jego domu rodzinnym wyznał, że zdiagnozowano u niego nowotwór. Chciał spędzić jak najwięcej czasu ze swoją córką, póki choroba go nie pokona. Planował też założyć darmową klinikę dla najbiedniejszych pacjentów. Chciał zakończyć swoje życie w miejscu, gdzie się urodził.

A ona była uwięziona w szponach nałogu, na który nie mogła sobie pozwolić, niezdolna do walki.

Spojrzała wściekle na pasierbicę. Naprawdę potrzebowała pieniędzy za te znaczki. Nie zostało nic więcej, co mogłaby spieniężyć. Wcale nie zabrała rzeczy Alana na wysypisko, powiedziała tak Michelle, by ta nie próbowała ich szukać. Tak naprawdę poszła do komisu w San Antonio i sprzedała wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Zarobiła na tym kilkaset dolarów, ale pieniądze wyparowały w ciągu kilku dni.

– Co zrobiłaś ze znaczkami? – zapytała nagle.

– Pojechałam do miasta i poprosiłam Casha Griera, żeby je dla mnie przechował – odparła Michelle.

– Casha Griera?

– Uznałam, że to najbezpieczniejsze miejsce. Powiedziałam, że boję się, że ktoś je ukradnie, kiedy będę w szkole.

Co oznaczało, że nie powiedziała komendantowi, że Roberta ją uderzyła. Dzięki Bogu. Tylko tego jej brakowało, oskarżenia o przemoc domową!

Roberta wstała od stołu. Chciało jej się pić, ale wiedziała, że nie uda jej się podnieść filiżanki z kawą, nie rozlewając wszystkiego. Najpierw musiała wziąć coś, co uspokoi drżenie rąk.

Zatrzymała się przed drzwiami łazienki.

– Eee… nie powinnam była cię uderzyć – burknęła, stojąc tyłem do Michelle.

Nie czekała na odpowiedź. Zaraz zresztą pożałowała swoich przeprosin. Co ją, do cholery, obchodzą uczucia tego dzieciaka?

Michelle posprzątała ze stołu i włożyła naczynia do zmywarki. Kiedy skończyła, Roberta dalej siedziała w łazience, więc poszła prosto do swojej sypialni.

Przeprosiny Roberty były dla Michelle sporym zaskoczeniem. Po dłuższym namyśle doszła do wniosku, że jej macocha po prostu obawiała się interwencji policji. Michelle bała się macochy, która miała gwałtowne wahania nastrojów i bywała agresywna.

Co dziwne, na początku Michelle lubiła Robertę. Była zabawna i sympatyczna, choć za bardzo interesowała się innymi mężczyznami. Kiedy szły razem do restauracji, zawsze ktoś ją zagadywał. Roberta lubiła i potrafiła skupiać na sobie uwagę.

Kilka miesięcy później wszystko się zmieniło. Roberta zaczęła znikać na całe wieczory. Powiedziała mężowi, że dołączyła do prywatnego klubu treningowego. Aerobik, pilates, same kobiety.

Niedługo potem przestała dbać o wygląd i zapomniała o swoich nienagannych manierach. Na wszystko narzekała. Alan dawał jej za mało kieszonkowego. W domu przydałoby się posprzątać, dlaczego Michelle tego nie robi? Nie chciała więcej gotować, nie lubiła tego. I tak dalej, i tak dalej. Alan był zrozpaczony jej przemianą. Michelle tym bardziej, jako że to głównie na niej wyżywała się Roberta.

– Niektóre kobiety z wiekiem robią się humorzaste – wyjaśnił Alan córce, ale w jego głosie było coś dziwnego. – Nie możesz jej o tym mówić. Nie lubi myśleć, że przybywa jej lat. Dobrze?

– Dobrze, tato – zgodziła się Michelle z uśmiechem.

– Grzeczna dziewczynka.

Po tym wydarzeniu Roberta zniknęła na kilka tygodni. Niedługo po jej powrocie przeprowadzili się do Comanche Wells, gdzie Michelle każdego lata spędzała tyle szczęśliwych chwil z dziadkami. Para staruszków zginęła w wypadku kilka tygodni po tym, jak matka Michelle zmarła na udar. To był straszny cios zarówno dla Michelle, jak i jej ojca.

Mimo to Michelle czuła się w Comanche Wells jak u siebie. Znała tu prawie każdą rodzinę, znała też sporo ludzi w pobliskim Jacobsville.

Michelle uwielbiała zwierzęta, które hodował dziadek. W gospodarstwie żyły psy, koty i kury, z którymi mogła się bawić. Ale kiedy tu zamieszkali, zostało tylko małe stado bydła, teraz już sprzedane.

Drzwi jej sypialni otworzyły się gwałtownie. Stanęła w nich Roberta.

– Wyjeżdżam na noc do San Antonio. Muszę zobaczyć się z Bertem.

– Nie ma… – Michelle chciała powiedzieć „Nie ma problemu”, ale drzwi już się zatrzasnęły. Roberta poszła prosto do samochodu.

To było dziwne zachowanie, nawet jak na nią.

Michelle czuła się już nieco lepiej i zaczynała wierzyć, że uda jej się wytrzymać z Robertą do maja, kiedy kończyła szkołę. Uśmiechnęła się, przypominając sobie serdeczność Gabriela i silny, ciepły uścisk dłoni. Na samo wspomnienie serce zabiło jej żywiej. Dotąd tylko raz trzymała chłopaka za rękę, kiedy miała dwanaście lat i występowała w szkolnym przedstawieniu. Kiedy poszła do liceum, była zbyt nieśmiała i staroświecka, żeby którykolwiek z kolegów się nią zainteresował. Raz poszła na randkę, ale to była kompletna katastrofa.

Gabriel nie był już chłopakiem. Musiał mieć przynajmniej z dwadzieścia pięć lat. Skrzywiła się na myśl, że pewnie uważa ją za dziecko. Na szczęście już wkrótce będzie dorosła. Pewnego dnia… kto wie, co się stanie?

Otworzyła podręcznik i zaczęła odrabiać zadanie domowe. Nagle przypomniała sobie kłamstwo, które wymyśliła dla Roberty. A jeśli macocha zapyta o to Casha Griera?

Na samą myśl zrobiło jej się gorąco. To byłaby katastrofa. Roberta odkryłaby jej podstęp. Zdemolowałaby cały dom, szukając albumu…

Zaraz jednak uspokoiła się. Roberta bała się komendanta policji Jacobsville. większość ludzi się go bała. Mimo to Michelle postanowiła pójść na posterunek. W razie czego skłamie, że chciała tylko zapytać Carlie, o której godzinie ma się jej spodziewać w niedzielę. Potem może odważy się opowiedzieć szeryfowi, co zrobiła. Będzie musiała obejść się bez lunchu. Dzięki temu oszczędzi pieniądze na taksówkę z Jacobsville do domu. Dobrze, że już miała kieszonkowe na ten tydzień, bo Roberta powiedziała, że nie będzie dawać jej więcej pieniędzy na jedzenie.

Westchnęła. Jej życie było bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek, ale może kiedyś będzie lepiej. Może.

ROZDZIAŁ TRZECI

W piątek po południu Michelle wysiadła ze szkolnego autobusu w centrum Jacobsville. Najpierw musiała zajrzeć do Minette Carson, żeby zapytać, czy da jej referencje do aplikacji o stypendium. Jej biuro było bardzo blisko posterunku komendanta Griera, z którym też musiała się zobaczyć. Po wszystkim zostanie jej akurat tyle pieniędzy, żeby wrócić taksówką do domu.

Kiedy Michelle weszła do biura, Minette siedziała za biurkiem. Na jej widok uśmiechnęła się i wstała, żeby się przywitać.

– Jak tam w szkole? – zapytała.

– Świetnie mi idzie. Chciałam zapytać, czy mogłabyś wystawić mi referencje. Staram się stypendium, o którym rozmawiałyśmy w zeszłym miesiącu, w Marist College w San Antonio.

– Jasne.

– Dziękuję. Mam nadzieję, że nie powinie mi się noga w szkole i uda mi się je zdobyć.

– Poradzisz sobie, Michelle. Nigdy nie kłamię, kiedy oceniam czyjś warsztat – zaznaczyła. – Jestem brutalnie szczera.

Michelle roześmiała się.

– Okej. W takim razie dziękuję.

– Wiesz, zastanawiałam się, czy nie chciałabyś pracować dla mnie na pół etatu? – zaproponowała. – Po szkole i w sobotę rano.

– To znaczy, pracować tutaj? – zawołała. – Boże, byłoby wspaniałe! – Nagle uśmiech spełzł jej z twarzy. – Nie mogę – jęknęła. – Nie mam prawa jazdy i nie stać mnie na taksówki. To znaczy, dzisiaj wrócę taksówką, ale musiałam obejść się bez lunchu… – Zaczerwieniła się.

– Carlie mieszka tuż obok ciebie – odparła spokojnie Minette. – Kończy pracę o piątej, tak jak my, i też pracuje w sobotę rano. Na pewno zgodzi się cię podwozić.

– Zapytam ją! – Michelle natychmiast znów się rozpromieniła.

– Tak zrób. I daj mi znać.

– Jasna sprawa.

– Jeśli chcesz, możesz zacząć już od poniedziałku. Masz telefon komórkowy?

Zawstydzona Michelle spuściła wzrok.

– Nie bój się. Kupimy ci.

– Ojej, ale…

– Zamierzam wykorzystać cię do obdzwaniania miasta w poszukiwaniu tematów na artykuł. Telefon to absolutna konieczność.

– No dobrze, ale oddam ci za niego z pensji.

– Zgoda.

– Dziękuję! Zaraz pójdę pogadać z Carlie.

– Wpadnij do mnie jeszcze i powiedz, co ustaliłyście.

– Dobrze!

Zwykle Michelle nigdzie się nie spieszyło, ale tym razem była tak podekscytowana, że popędziła na posterunek jak na skrzydłach.

Kiedy weszła, Cash Grier opierał się o biurko Carlie i dyktował jej z trzymanej w ręce kartki. Przerwał na widok Michelle.

– Przepraszam – powiedziała i zarumieniła się. – Chciałam tylko zapytać o coś Carlie, ale mogę wrócić później…

– Daj spokój – odparł Cash i wyszczerzył zęby.

– Dziękuję i… okłamałam macochę. Uznałam, że powinien pan o tym wiedzieć, bo jest pan częścią tego kłamstwa.

– Naprawdę? Zgłosiłaś mnie do zagrania głównej roli w filmie? Muszę cię ostrzec, że oczekuję wysokiej gaży.

– Nie. Powiedziałam jej, że dałam panu na przechowanie kolekcję znaczków mojego ojca. – Zarumieniła się. – Chciała ją sprzedać. To wszystko, co mi po nim zostało.

Cash wstał z biurka i spojrzał na nią z góry. Nie uśmiechał się.

– Przynieś te znaczki do mnie, a ja umieszczę je w sejfie – powiedział łagodnie. – Nikt ich nie dotknie.

– Dziękuję. – Michelle usiłowała się nie rozpłakać. – To takie miłe…

– Oj, nie płacz mi tutaj, bo ja też się rozpłaczę. Co ludzie by sobie pomyśleli? Jestem dużym, twardym policjantem. Nie mogę płakać.

Michelle przestała przygryzać drżącą wargę i uśmiechnęła się szeroko.

– No, tak lepiej. Twoja macocha jest dość specyficzną osobą, co? Nasłuchałem się o niej od pastora.

– Kiedy mieszkaliśmy w San Antonio, zachowywała się zupełnie inaczej. Chodziłyśmy razem na zakupy, gotowałyśmy na zmianę. Potem przeprowadziliśmy się tutaj, a ona zaczęła się zadawać z Bertem. Jest w nim coś niepokojącego, ale ona za nim szaleje.

– Bert Sims? – zapytał Cash.

– Tak, właśnie ten.

Cash doskonale znał tego osobnika, ale zachował to dla siebie.

– Jeśli zrobi się gorąco, zadzwoń do mnie, dobrze? – powiedział tylko. – Wiem, że mieszkasz poza granicami miasta, ale mogę poprosić o pomoc Hayesa Carsona. To jego teren.

– Och, to nic takiego…

– Doprawdy?

– Roberta mnie przeprosiła. Tak jakby. To znaczy, za to, że mnie uderzyła.

– Uderzyła cię? – Cash wyprostował się gwałtownie. – Kiedy?

– Przeszkodziłam jej w sprzedaży znaczków. Wpadła w szał, krzyczała, uderzyła mnie w policzek. Była nerwowa jeszcze za życia taty, ale teraz zupełnie oszalała. Przez cały czas mówi o pieniądzach, jakby rozpaczliwie ich potrzebowała.

– Wiesz dlaczego?

– Wiem, co pan podejrzewa, ale Roberta nie pije. Kiedyś miała z tym problem, ale ostatnio nie zauważyłam w domu żadnego alkoholu.

– Daj mi znać, jeśli zrobi się gorzej. Dobrze?

– Dobrze, panie komendancie. Dziękuję.

W tym momencie zadzwonił telefon. Carlie podniosła słuchawkę.

– To twoja żona – poinformowała Casha z uśmiechem.

Komendant rozpromienił się.

– Naprawdę? Wow. Dzwoni do mnie gwiazda filmowa. To niesamowite. – Wyszczerzył zęby. Wszyscy wiedzieli, że jego żona Tippy była sławną modelką i aktorką. – Odbiorę w gabinecie. Za zamkniętymi drzwiami. – Udał, że marszczy groźnie brwi. – Bez podsłuchiwania.

Carlie przycisnęła dłoń do serca.

– Klnę się na moją matkę, że nie będę podsłuchiwać!

– Na moim posterunku nie wolno kląć – poinformował ją.

Kiedy się odwrócił, Carlie pokazała mu język.

– Widziałem to – rzucił, nie odwracając się. Wszedł do gabinetu i zamknął drzwi.

– Kiedy się z nim pracuje, każdy dzień to przygoda – powiedziała Carlie. – Kiedy zaczęłam tu pracować, bałam się go. Przynajmniej do czasu, aż oskarżył mnie o ukrywanie jego naboi do pistoletu i opowiadanie jego ludziom, że czyta w łazience czasopisma o modzie.

Michelle roześmiała się.

– Komendant ma świetne poczucie humoru – kontynuowała Carlie. – Zamknął jedną szufladę na klucz i zarzeka się, że trzyma w niej tajne akta na temat spotkań z kosmitami. Za to kiedy wkracza do akcji, zamienia się w najtwardszego kolesia, jakiego znam. Gdybym była przestępcą, nigdy nie odważyłabym się wejść mu w drogę.

– Mówią, że raz gonił pirata drogowego przez całą drogę do San Antonio.

– Nie, to nie nasz komendant. Tego dokonał Kilraven, który był tu pod przykrywką. Tak naprawdę pracuje dla policji federalnej, ale nie wolno nam o tym mówić.

– Nie puszczę pary z ust – obiecała Michelle.

– Komendant też ma na koncie brawurowe akcje. Pewnego razu wsiadł na pokład samolotu lecącego za granicę, na miejscu wrzucił uciekającego przestępcę do torby i zawiózł do Miami. Ten przestępca należał do kartelu narkotykowego. Uciekł do kraju, który nie ma z nami umowy o ekstradycję, ale gdy tylko postawił stopę na amerykańskiej ziemi, został aresztowany. – Carlie uśmiechnęła się z satysfakcją. – Szeryf zaprzeczył, że kiedykolwiek widział na oczy tego mężczyznę. Aha, i nie słyszałaś tego ode mnie. Jasne?

– Jasne!

– No dobrze, co mogę dla ciebie zrobić?

– Potrzebuję podwózki.

– Mam jeszcze trochę pracy, ale…

– Nie dzisiaj – uściśliła Michelle. – Od poniedziałku. Minette Carson zaproponowała mi pracę na pół etatu, ale nie mam potem jak wrócić do domu. Powiedziała, że mogę pracować też w sobotę rano, ale nie mam samochodu ani prawa jazdy.

– Możesz jeździć ze mną. Fajnie będzie mieć towarzystwo – odparła bez wahania Carlie.

– Dziękuję! Oczywiście będę się dorzucać do benzyny.

– O, to by bardzo pomogło! Widziałaś, czym jeżdżę? Mój tata ma dziwny stosunek do samochodów. Uważa, że jeśli dasz młodemu kierowcy starego gruchota, to nie będzie przekraczać prędkości, więc kupił mi dwunastoletni czołg. – Zmarszczyła brwi. – W każdym razie pali galon na dwanaście kilometrów. – Pokręciła głową. – Sam jeździ zabytkowym fordem – dodała.

Michelle tylko się uśmiechnęła. Nie miała pojęcia o samochodach. Przypomniała sobie, jak auto pastora wystrzeliło z jej podjazdu, rozpryskując żwir.

– Twój ojciec przestraszył moją macochę – przypomniała sobie ze śmiechem. – Nie pozwalała mi chodzić do kościoła. Twój tata powiedział, że mogłabym jeździć z tobą. – Przerwała i zarumieniła się. – Przepraszam, czuję się, jakbym się okropnie narzucała. Chciałabym mieć auto…

– Nie narzucasz się – odparła Carlie i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Tak jak powiedziałam, lubię towarzystwo. Poza tym drogi między Jacobsville a Comanche Wells nie są zbyt uczęszczane. Nie jestem bojaźliwa, ale widziałam, jak ktoś próbował zabić mojego tatę nożem. – Spuściła głowę. – Na szczęście mu przeszkodziłam.

Michelle słyszała o tej historii, ale kompletnie o niej zapomniała. Zrobiło jej się wstyd.

– Nauczę się karate – obiecała. – Możemy razem pójść na zajęcia, a jak ktoś nas zaatakuje, to mu oddamy!

– Zły pomysł – wtrącił Cash, który właśnie wyszedł z gabinetu. – Nawet doświadczony karateka woli uciec, niż stawić czoła uzbrojonemu bandycie – dodał poważnie.

– W reklamach mówią coś innego – zażartowała Carlie.

– Tak, wiem – odparł Cash. – Ale rozbrojenie kogoś jest trudne nawet dla posiadacza czarnego pasa.Którym jestem.

Carlie zerwała się i skłoniła się głęboko.

– Sensei!

Nie zdoławszy utrzymać powagi, Cash roześmiał się w głos.

– Mógłby nas pan uczyć – zaproponowała Michelle.

– Przypuszczam, że nikomu by to nie zaszkodziło. Kilka podstawowych technik na podbramkowe sytuacje. Ale jeśli przeciwnik ma broń, to bezwzględnie należy uciekać – dodał zdecydowanie. – A jeśli nie możesz, to krzycz. I nigdy nie wsiadaj do samochodu z kimś, kto grozi, że cię zabije, jeśli tego nie zrobisz. Kiedy już będziesz w jego aucie, to nikt ci nie pomoże.

Michelle przeszedł zimny dreszcz.

– Dobrze.

Carlie wyglądała na przestraszoną. Wiedziała, o czym mówi szeryf. Nieświadomie potarła ramię w miejscu, które ugodził nóż, kiedy próbowała bronić ojca. Agresor został aresztowany, ale wkrótce potem zmarł w tajemniczych okolicznościach.

– Niemiłe wspomnienia? – domyśliła się Michelle.

Carlie wzdrygnęła się.

– Przepraszam. Myślałam o człowieku, który zaatakował mojego tatę. – Zmarszczyła brwi. – Kim trzeba być, żeby atakować pastora?

– Chodź ze mną do więzienia federalnego, a pokażę ci kilku takich – odparł Cash. – Spory religijne to częsty motyw przestępstw. Właśnie dlatego w tym biurze nie rozmawiamy o religii i polityce – dodał i zmarszczył brwi. – Gdyby ktoś tu umarł, pewnie zmówilibyśmy modlitwę. A gdyby prezydent przyszedł się ze mną zobaczyć, pewnie rozmawialibyśmy o polityce zagranicznej.

– Po co prezydent miałby tu przychodzić? – zapytała Michelle.

– Żeby poprosić mnie o radę, oczywiście – odparł z powagą Cash. – Mam kilka świetnych pomysłów związanych z polityką zagraniczną.

– Na przykład? – zapytała Carlie.

– Uważam, że powinniśmy wypowiedzieć wojnę Tahiti. Jaki żołnierz przy zdrowych zmysłach nie chciałby walczyć na Tahiti? Tropikalne kwiaty, piękne kobiety, ocean… Możemy po prostu okupować ich przez jakieś trzy tygodnie, pozwolić im się poddać, a potem zaproponować pomoc humanitarną. – Nagle Cash skrzywił się gniewnie. – Do diabła z wami! Rozpowiecie to wszędzie, prezydent się o tym dowie i nawet o mnie nie usłyszy. Odebrałyście mi szansę na zaproszenie do Białego Domu! A ja tak bardzo chciałem spędzić noc w sypialni Lincolna.

– Posłuchaj, może zamiast tego opowiesz prezydentowi o swoich tajnych aktach na temat kosmitów? – zaproponowała Carlie, ignorując chichot Michelle.

– Nie pozwolą mi – wyjaśnił Cash. – Są tajemnice, o których nawet prezydent nie ma prawa się dowiedzieć.

– Jak to? – zdziwiła się Carlie.

– No wiesz, prezydenci sprawują urząd tylko przez cztery lata, maksymalnie przez osiem. Dlatego ludzie, którzy rządzą tajnymi agencjami, pilnują przed nimi swoich tajemnic. – Cash zachichotał.

Dziewczęta, które same nie wiedziały, czy mu wierzyć, po prostu zaśmiały się razem z nim.

W drodze powrotnej Michelle wstąpiła na chwilę do biura Minette, żeby przekazać jej dobre wieści i podziękować za ofertę pracy.

– Wiesz, szeryf Grier to naprawdę miły człowiek.

– Jest miły dla tych, których lubi – odparła. – W więzieniach o zaostrzonym rygorze jest kilku przestępców, którzy mogliby się z tobą nie zgodzić.

– Nie wątpię.

– W takim razie możesz zacząć od poniedziałku?

– Chętnie zaczęłabym wczoraj! – odparła ze śmiechem Michelle. – Jestem taka podekscytowana!

– Poniedziałek jest już za trzy dni. Cierpliwości.

– Możesz mi napisać potwierdzenie, że przyjmujesz mnie do pracy? Na wypadek, gdybym go potrzebowała?

– Nie ma problemu. – Minette usiadła za biurkiem, napisała krótki tekst, podpisała go i podała Michelle. – Proszę bardzo.

– Jaki jest dress code? – zapytała Michelle, rozglądając się po redakcji. Kilkoro dziennikarzy siedziało za swoimi biurkami, a w pomieszczeniu za szklaną szybą leżały ryzy papieru.

– Masz po prostu wyglądać schludnie – odparła Minette. – Ja chodzę głównie w dżinsach i T-shircie, chociaż na debaty i wywiady z politykami ubieram się elegancko. Musisz też nauczyć się obsługiwać kamerę. Na szczęście te cyfrowe są proste w obsłudze.

– To wszystko jest takie ekscytujące!

– Dla mnie też, a przecież kiedy zaczynałam, byłam młodsza niż ty teraz. Spędziłam w tym biurze najlepsze lata życia. To miejsce jest dla mnie jak dom.

– Naprawdę nie mogę się doczekać. Będę po prostu pisać artykuły?

– Nie, a przynajmniej nie od razu. Poznasz każdy aspekt naszej pracy, od sprzedawania reklam po formatowanie i obsługę prenumerat. – Minette pochyliła się do Michelle. – Dowiesz się, że niektórzy nasi czytelnicy prawdopodobnie byli kiedyś lekarzami, bo ich charakter pisma bardziej przypomina sanskryt niż alfabet łaciński.

– Dam sobie radę. Mój tata miał najgorszy charakter pisma na świecie.

– I był lekarzem – zauważyła Minette.

– Był bardzo dobrym lekarzem – odparła ze ściśniętym gardłem. – Przepraszam. – Otarła łzę z policzka. – Dalej nie mogę się z tym pogodzić.

– Czas leczy rany – pocieszyła ją Minette. – Ja straciłam matkę, ojczyma i macochę. Kochałam ich wszystkich. Kiedyś nauczysz się z tym żyć. Płacz pomaga.

– Dziękuję.

– Jeśli potrzebujesz pogadać, to nie krępuj się. Kiedy chcesz. W dzień i w nocy.

– To bardzo miłe z twojej strony.

Nagle zadzwonił telefon.

– To do ciebie, szefowo! – zawołał jeden z pracowników. – Burmistrz oddzwania.

Minette skrzywiła się.

– Muszę odebrać. Pracuję nad artykułem o nowym systemie wodociągów.

– W takim razie do zobaczenia w poniedziałek po szkole i jeszcze raz dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Michelle wróciła do domu z głową pełną marzeń. Nigdy dotąd nie była tak szczęśliwa. Wszystko naprawdę zaczynało się układać.

Zauważyła na podjeździe samochód Roberty i psychicznie przygotowała się na kłótnię. Była pora kolacji, a ona nie miała kiedy jej zrobić.

Zgodnie z oczekiwaniami Roberta na jej widok skrzywiła się gniewnie.

– Nie będę gotować – warknęła. – To twoje zadanie. Gdzieś ty się podziewała?

– Byłam… na mieście.

– I co tam robiłaś?

– Dostałam pracę.

– Pracę? – Roberta zmarszczyła brwi. Jej spojrzenie było dziwnie rozbiegane. – Ja cię nie będę wozić.

– Poradzę sobie.

– Praca – prychnęła Roberta. – Już teraz ciągle cię nie ma. A kto będzie robił pranie, sprzątał i gotował?

– Muszę skądś wziąć pieniądze na lunch – zauważyła. – Poza tym muszę oszczędzać na studia. Zaczynam jesienią.

To jeszcze bardziej rozsierdziło Robertę.

– Praca! Studia! Myślisz, że ja zostanę w tej dziurze, a ty pojedziesz sobie studiować?

– Kończę szkołę za trochę ponad trzy miesiące…

– Wystawię dom na sprzedaż – warknęła w odpowiedzi jej macocha. – Nawet nie próbuj się kłócić. Pójdę z tym do pośrednika z San Antonio. – Rzuciła Michelle pogardliwe spojrzenie. – Ci tutaj są wszyscy po twojej stronie. Potrzebuję pieniędzy!

Przez moment Michelle zastanawiała się, czy nie oddać jej znaczków. Potem uznała, że to bez sensu. Roberta wyda pieniądze i wciąż będzie próbowała sprzedać dom. Pocieszyła się, że jej macocha musi poczekać przynajmniej do końca postępowania spadkowego. Istniała też szansa, że dom się po prostu nie sprzeda.

– Wątpię, żeby wiele ludzi chciało się przeprowadzić do takiego małego miasteczka – powiedziała.

– Ktoś miejscowy mógłby kupić dom. Jeden z ranczerów. – W ustach Roberty zabrzmiało to jak obelga.

Michelle poczuła się nieco lepiej. Gdyby ktoś miejscowy kupił dom, może zgodziłby się go jej wynająć.

Roberta otarła twarz. Pociła się.

Michelle zmarszczyła brwi.

– Wszystko w porządku?

– Oczywiście. Po prostu jestem głodna.

– Zrobię kolację. – Michelle poszła do swojego pokoju, żeby odłożyć podręczniki. W progu stanęła jak wryta. Jej sypialnia wyglądała, jakby przeszedł przez nią huragan. Szuflady były opróżnione, ubrania rozrzucone po podłodze. Dyskretnie sprawdziła listwy w garderobie, które okazały się nienaruszone. Wymyślone przez nią kłamstwo nie powstrzymało Roberty od przeszukania jej sypialni.

Wróciła na korytarz, gdzie macocha stała z założonymi ramionami i wyraźnie rozczarowanym wyrazem twarzy. Spodziewała się, że pasierbica pójdzie prosto do swojej skrytki. Skoro nawet nie szukała, to znaczyło, że znaczków naprawdę tu nie ma. Niech to szlag, naprawdę zaniosła je do Casha Griera.

– No nie mów – powiedziała Michelle, patrząc na nią z politowaniem. – Wiewiórki?

– No dobrze, po prostu chciałam się upewnić, że znaczków nie ma w domu. Pewnie od początku mówiłaś prawdę.

– Jeśli tak bardzo potrzebujesz pieniędzy, to dlaczego nie znajdziesz sobie pracy?

– Miałam pracę – padła odpowiedź. – Pracowałam w sprzedaży.

To była prawda. Roberta pracowała w dziale z kosmetykami w jednym z najbardziej prestiżowych domów towarowych w San Antonio.

– Ale nie zamierzam do tego wracać – prychnęła. – Jak już sprzedam tę norę, to przeprowadzę się do Nowego Jorku albo Los Angeles i znajdę faceta, który będzie naprawdę bogaty.

– Boże. Biedny Bert – westchnęła Michelle. – Wie o tym?

– Jak tylko piśniesz mu słówko…

– To nie moja sprawa.

– Dokładnie! – warknęła Roberta. – A teraz może zrobisz kolację, co?

– Jasne – zgodziła się Michelle. – Jak tylko posprzątam mój pokój.

Jej macocha zaczerwieniła się. Gwałtownie zaczerpnęła tchu.

– Potrzebuję… więcej… – wymamrotała. Poszła do swojej sypialni i zatrzasnęła drzwi.

Zjadły razem, ale Michelle prawie nie czuła smaku jedzenia. Roberta czytała przy kolacji jakiś kolorowy magazyn.

– Gdzie ty w ogóle będziesz pracować? Kto chciałby zatrudnić takiego dzieciaka? – zapytała nagle.

– Minette Carson.

– Będziesz pracować dla gazety?

– Oczywiście. Chcę studiować dziennikarstwo.

– Nie chcę, żebyś pracowała dla gazety. Znajdź sobie coś innego.

– Nie ma takiej opcji – odparła stanowczo Michelle. – To właśnie chcę robić w życiu i gdzieś muszę zacząć. No i muszę zacząć odkładać na studia. Chyba że zamierzasz opłacić mi czesne…

– Nie ma mowy! – prychnęła Roberta.

– Tak też myślałam.

– Gazety. Brudne szmaty – wybełkotała Roberta. Wyraźnie nie miała apetytu i dalej się pociła.

– Robią wiele dobrego – sprzeciwiła się Michelle. – Są oczami i uszami opinii publicznej.

– Wścibscy ludzie wsadzający nos w cudze sprawy.

Michelle wbiła wzrok w talerz. Musiała na końcu języka odpowiedź, że to problem ludzi, którzy mają coś do ukrycia.

Roberta wzięła papierowy ręcznik i wytarła spoconą twarz. Wydawała się otumaniona.

– Powinnaś pójść do lekarza – odezwała się Michelle. – Sporo ludzi choruje teraz na grypę…

– Nie jestem chora. A moje zdrowie to nie twoja sprawa! Tu jest za gorąco – fuknęła Roberta. – Nie musisz ustawiać tak wysokiej temperatury.

– Jest dość chłodno – odparła nieco zaskoczona Michelle. – Gdybym podniosła temperaturę, nie stać by nas było na zapłacenie rachunków. – Płaciła rachunki z konta, które niechętnie udostępniła jej macocha.

– I tak jest gorąco – padła zirytowana odpowiedź. Roberta wstała od stołu. – Wychodzę. Tu się nie da oddychać.

Michelle odprowadziła ją zdumionym wzrokiem. Dziwne. Ostatnio często widziała u Roberty takie objawy jak rumieńce i zadyszka. Niekiedy zupełnie bez powodu trzęsły jej się ręce. Zachowywała się, jakby była pijana, ale Michelle wiedziała, że nie pije. Pewnie po prostu miała grypę.

Na werandzie rozległo się głuche łupnięcie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Michelle postanowiła sprawdzić, co się stało. Otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Robert leżała na plecach, ciężko dysząc. W jej wytrzeszczonych oczach malował się wyraz przerażenia.

– Nie bój się! Zaraz zadzwonię po pogotowie! – Michelle pobiegła po telefon i wróciła z nim, wystukując numer alarmowy.

Roberta skrzywiła się w udręce.

– Boli! – jęknęła. – Tak bardzo boli! Michelle!

Błagalnie wyciągnęła rękę. Michelle ujęła dłoń i uścisnęła ją uspokajająco.

– Dyspozytornia Jacobs County, słucham? – zabrzmiał uprzejmy głos w słuchawce.

– Z tej strony Michelle Godfrey. Moja macocha narzeka na ból w piersi. Ciężko oddycha i jest półprzytomna. – Michelle wymieniła adres.

– Zaraz kogoś tam wyślemy. Proszę pozostać na linii.

– Dobrze.

– Pomóż mi – jęknęła Roberta.

Michelle mocniej uścisnęła jej rękę.

– Kartetka już jedzie – pocieszyła ją. – Wszystko będzie dobrze.

– Bert – wykrztusiła Roberta. – Cholerny Bert! To wszystko… jego… wina!

– Proszę, nie wstawaj – powiedziała Michelle, przytrzymując ją. – Leż spokojnie.

– Zabiję… go – wydusiła Roberta. – Zabiję go! Boże, jak to boli! Moje serce… moje serce…

W oddali zabrzmiały syreny.

– Zaraz tam będą – powiedziała dyspozytorka. – Jeszcze kilka minut.

– Tak, słyszę – potwierdziła Michelle. – Roberta mówi, że czuje ból w piersi.

Usłyszała w słuchawce, jak operatorka z kimś rozmawia.

Zza zakrętu wyjechała karetka, zostawiając za sobą chmurę kurzu. Roberta tak mocno ściskała dłoń Michelle, że to aż bolało. Była spocona i blada jak śmierć.

– Przepraszam… cię – wykrztusiła. Łzy błysnęły w jej oczach. – Powiedział, że… nie była czysta…Wzięłam… za dużo… – Z trudem łapała oddech. – Nie pozwól… żeby uszło mu to… na sucho… – Zamknęła oczy i zadrżała. Ręka trzymająca dłoń Michelle rozluźniła uścisk.

Karetka zahamowała na podjeździe i wyskoczyło z niej dwoje ratowników, kobieta i mężczyzn.

– Powiedziała, że… boli ją serce… – wyjąkała Michelle, schodząc im z drogi. – I że nie może oddychać. – Po policzkach spływały jej łzy. – Przeżyje? – zapytała z lękiem.

Ratownicy zignorowali ją. Od razu rozpoczęli resuscytację krążeniowo-oddechową. Michelle rozpoznała, co robią, bo miała w szkole zajęcia z pierwszej pomocy.

Po kilku minutach ratownik przerwał i pokręcił głową. Oboje wstali i zwrócili się do Michelle:

– Bardzo nam przykro.

– Jak to? To znaczy, że…

Ratownicy pokiwali głową.

– Zadzwonimy po koronera i szeryfa – powiedział mężczyzna. – Nie możemy jej zabrać, póki nie zakończą się procedury. Czy chcesz zadzwonić do domu pogrzebowego?

– Tak… – Michelle odgarnęła włosy. Nie mogła w to uwierzyć. Roberta nie żyła? Była w tak głębokim szoku, że po prostu stała i patrzyła, jak ratownicy ładują sprzęt z powrotem do karetki.

– Czy jest ktoś, kto mógłby się tobą zaopiekować do przyjazdu koronera? – zapytała łagodnie ratowniczka.