Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
57 osób interesuje się tą książką
Hiena cmentarna powraca!
Trzeci tom przygód szalonej hieny cmentarnej w elfim świecie.
Nell Azatka, gwiazda Kaprovicz i kochanka wielkiego Mistrza Silvy, musi stawić czoło nowym problemom i chaosowi, który wywołuje całkiem niechcący.
W mieście pojawia się demon, który bierze Nell za swoją zmarłą żonę. Nie da się tego przyjąć na trzeźwo. Dobrze, że przyjaciele są obok niej, gdy podstępnie wywołany demon ją ściga.
Wkrótce okazuje się, że to mściwy plan, by pozbyć się hieny z miasta. Nienawiść do Nell, protesty i kontrola elfich pryków budzą w niej silną chęć zdobycia wiedzy magicznej. Kornelia jednak wywołuje powódź zamiast deszczu, a podpalenie łóżka, na którym leży, przekreśla jej zdolności magiczne. Dobrze, że Wydział Bezpieczeństwa jest niedaleko, aby ugasić jej pragnienia.
Nell jako miejscowa swatka, opiekunka mieszkańców Nekropola i krnąbrnych braci Kaproviczów powinna trzymać się z dala od kłopotów. Życie hieny cmentarnej nie jest jednak takie proste. Zwłaszcza gdy do Kaprovicz przybywa ktoś, kto szuka zemsty, a hiena znajduje się w samym środku tej burzy.
Nowe przygody, nowi bohaterowie, stare miłości, dużo poczucia humoru i elfiej magii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 431
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
CYKL Dogs of hell
Mój do zapomnienia #1
On jest mój #2
Burza w nim #3
Wszystko oprócz niego #4
CYKLHiena z Kaprovicz
Hiena z Kaprovicz
Hiena z Kaprovicz. Nie latamy. Tom 2
Hiena z Kaprovicz. Nie latamy jeszcze. Tom 3
CYKL Bracia Hendersonowie
Revers. Bracia Hendersonowie
Austin. Bracia Hendersonowie
POZOSTAŁE POZYCJE
Protegowana
Jack Bad Demons MC
W PRZYGOTOWANIU
Bądź moim grzechem #5 (z cyklu Dogs of hell)
Hiena z Kaprovicz. Licencja na latanie. Tom 4
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Ewelina Maria MantyckaCopyright © Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie na okładce: © by @ai.tinybutterfly, autor: Sylwia Frączek
Wektor przy nagłówkach: © by V.studio/Shutterstock
Wektor wróżek: © by InsideOutDesign/Shutterstock
Skład i łamanie: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-989-0
Wydawnictwo WasPosWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Rozdział 1
Nienawidzę… nienawidzę… nienawidzę!
Nell właśnie zapisywała nowe credo hien cmentarnych w notatkach z bojowości, w razie gdyby szacowny Mistrz Silva chciał sprawdzić stan jej wiedzy z trwających akurat zajęć. Plan po nich był konkretny – upić się! Mocno, szybko i hucznie. To hieny robiły najlepiej.
Kornelia Azatka miała niespełna trzydzieści pięć minut w Fazie Księżyca, czyli elfickiej nocy, aby przemyśleć swoje marne położenie. Miała doskonałą pracę. Była zarządcą Nekropola, czyli elfickiego cmentarza w mieście Kaprovicze, położonego w malowniczych Karpatach. Mieszkała w miejscu pełnym elfów. To samo w sobie było wielkim wyróżnieniem dla człowieka.
Elfy jak elfy, oprócz tych uszu jak z Władcy Pierścieni zachowywały się jak ludzie. I pośród nich Nell. Człowiek w świecie, w którym szczęście i pech są czasem w pakiecie urodzeniowym.
I to właśnie ci ludzie wprowadzali zamęt do elfiego świata stworzonego z ładu.
Miała przyjaciół elfów, elficki dom, uczyła się na elfickim Uniwersytecie, elfickich fakultetów, aby móc funkcjonować w elfickim świecie. Problem poległ na tym, że w życiu pechowych hien cmentarnych są takie momenty jak ten. Jeśli podniesie głowę, którą przyciskała do notatek z bojowości, to go zobaczy. W całej tej swojej elfickiej wspaniałości. Siedział za biurkiem nauczycielskim, na wielkiej katedrze, i prowadził jej zajęcia.
Podstępny… podły… seksowny… Kasjan Silva ją wrobił.
Wczorajszego wieczora, a właściwie ranka, gdy odwiózł ją z wesela Ultarty, głupia, naiwna Nell poprosiła go, aby został jej kochankiem. Koronując romansem to całe zauroczenie elfem mrocznym, ratującym jej ludzki tyłek z tarapatów. A jakże, zgodził się. Całował, jakby samo pójście do łóżka było tylko kwestią czasu. Nell na to liczyła. Kolacja, masaż i łóżko w dowolnej kolejności, byle szybko. Była napalona na jego ciało, umysł, wszystko. Napalona i zdradzona.
Ten podły…
On wiedział już wczoraj, że będzie jej egzaminatorem z bojowości, a jednak wymógł na niej obietnicę, że nie wycofa się z układu. Czyli teraz musiała przeżywać te katusze, aż zajęcia się skończą i ona wyłoży mu, co o tym myśli. Wszystko.
Jak mógł? Jak mógł jej to zrobić?
Nie denerwuj się. Czas. Masz go niewiele, zanim przed nim staniesz i powiesz, jak bardzo go nienawidzisz, do potęgi trzeciej.
Jeśli w ogóle taka istniała.
Pomyśl… Byłaś szczęśliwa, jeszcze zanim zajęcia się rozpoczęły, nawet otrzymałaś zlecenie od jakiejś szesnastoletniej elfki, aby znaleźć jej silnego elfa. Czyli biznes matrymonialny się kręci. Reklama się kręci.
Zarabiała pieniążki… Liście to waluta elfów, ale zawsze mogła je wymienić na prawdziwe pieniążki, te, których używano w sklepach.
Mogła pojechać do Piotrovicz, jak chciała obcować z ludźmi, to było dość niedaleko. Wystarczyło umówić się z Zackiem z Usług Transportowych Kaprovicze, któremu znalazła dziewczynę, i poprosić, aby ją zabrał za mury odgradzające Kaprovicze od reszty świata.
Nie… Szybko wyrzuciła to z głowy. Ostatnia przygoda z Piotroviczami skończyła się źle. Została porwana, do tego chciano jej zabrać superpracę i… musiała błądzić w nocy po polach. Zziębnięta, samotna, porzucona, no ogólnie przerażona jak diabli, gdy jej superseksowny jeszcze nie kochanek ją odnalazł.
Romantycznie, co? Byłoby, gdyby to lepiej pamiętała, a tak spędziła kilka dni ze Znachorami, którzy koło niej skakali jak koło kwoki z pisklętami.
Prawo Kaprovicz: Człowiek to gatunek ogólnie słabszy i chorowity. Obserwacja dwadzieścia cztery godzinę na dobę. Należy nałożyć na niego wszystkie magiczne zabezpieczenia zarejestrowane w Urzędzie Miasta.
Wiecie… Elfy i ich biurokracja.
Wracając do Silvy… Właśnie mijało jej dwadzieścia minut, czas się kończył, a ona nie wymyśliła, co mu powie. Zresztą po co miała coś mówić. To Silva. Miał ten swój dar odgadywania, co kto chce powiedzieć, zanim to robił. Jakaś magiczna manipulacja neurotyczna czy coś podobnego. Na pewno magiczne, ale zanim Kornelia się o tym nauczy… O rajuśku, pewnie taka zaawansowana magia czeka ją za kilka lat na zajęciach. Za te kilka lat, które zamierza tu spędzić.
W Kaproviczach. Jej mieście, jej nowym domu. Czy Silva tego chciał, czy nie. Nie wyjedzie. Hiena cmentarna tu zostaje z całą swoją klasą – ludzkiej nierozgarniętej samicy.
Nawet, jeśli zostanie bez samca… bez… Silvy… bez jego mrocznego spojrzenia w kolorze ciepłego brązu, który zmieniał barwę w zależności od jego emocji. Czuła zapach lasu, siłę, którą hipnotyzowała jego obecność. Jak to elf mroczny. Jej elf… Nie, błąd, dziś chciała go zostawić. Zanim łóżko zaskrzypiało, zanim pozwoliła, aby ją tam zabrał, i zanim zobaczyła jego boskie ciało, bez jego elfickiego munduru z Wydziału Bezpieczeństwa, gdzie był przełożonym.
Z sentymentem wróciła do pierwszej strony w swoim notesie, który kupiła sobie na tę podróż. Był to zarówno jej pamiętnik, jak i planer biznesowy. Zapisywała w nim wszystko, co mogło umknąć z jej umysłu. I listę spraw, które musiała załatwić po dotarciu na miejsce. Po kilku kartkach znalazła to, co zapisała pierwszej nocy, kładąc się do łóżka w swoim mieszkanku, gdy za oknem miasto dawało jej znać, że każde miejsce ma swój własny urok i rytm.
„Silva (zapamiętać). Podły oszust. Pamiętać, unikać go… Powołałaś się na niego u Alwara – bezpodstawnie. Unikać… Zapomnieć i wypytać o niego. Dowiedzieć się, czy to nie jakiś elficki czarownik”.
Koniec tych sentymentów, Nell, weź się w garść. Zajęcia się kończą, a ty staniesz przed nim i co? Zapłaczesz? Błąd. Powiedział ci, że elfickie kobiety nie płaczą publicznie. To było kłamstwem, ale on nie lubi słabych kobiet. To już wiesz. Więc musisz wyjść z tego z klasą. Klasą hieny cmentarnej. Tak… spoko.
Oddychała powoli, gdy rozległ się znajomy brzęk delikatnych dzwoneczków w tle, zapowiadający koniec zajęć.
Spokojnie. Klasa, Nell. Pamiętaj, już wielokrotnie wystawiano cię na próbę w tym mieście. Elfy, które chciały zrobić z ciebie głupią istotę. Demon Gościeradovica, Olimpia Ultarty, Bartłomiej Fira, Lilirmina i jej świta. Głowa do góry, nie raz ją unosiłaś.
Krzesła nawet nie szurały, gdy elfy znikały, zamieniając się w mgłę, wyfruwały przez okna i drzwi. Żałowała, że w tej chwili nie może tego zrobić, z racji tego, że była reprezentantką słabszego gatunku ludzkiego. Teraz by się jej to przydało.
Zaczęła nieśpiesznie chować notatki do torebki, notes, komórkę, pióro, którym chciała go zasztyletować. Wrzuciła wszystko do środka. Mayra nawet na nią nie poczekała, aby dokończyć rozmowę o elfie, którego szukała. Cóż, przecież jutro również ma zajęcia z nią… i z Silvą. Przez miesiąc w tej sali, a potem egzamin z własnym kochankiem.
Zarzuciła torebkę na ramię, marząc, aby zniknąć albo dość szybko przemknąć między ławkami i wyjść na korytarz, gdzie na pewno czekały jej najlepsze przyjaciółki. Iwra i Liv. Znaleźć się w ich ramionach i wyklinać cały męski ród to jej marzenie w tej chwili. Gdy odwracała się do wyjścia, jej serce biło jak szalone. Każdy skrawek ciała był świadomy, że on tam jest… Czekał na nią. Czyż nie obiecał jej, że porozmawiają po zajęciach? Zza okna dochodziły radosne śpiewy elfów, które cieszyły się przerwą, śpiewając do księżyca.
No, Nell, dalej.
Zerknęła na katedrę na końcu sali.
A jakże… Od razu wiedziała, że ma fioła na jego punkcie. Silny facet, w czerni, dominujący w otoczeniu, po koniuszki lśniących włosów. Wielki… może bardziej smukły, bo elfy nie były jakieś przysadziste. Szerokie ramiona pod tą koszulą z krótkimi rękawami, aby pokazać skórę na łokciach, jasną, niemal porcelanową, do rękawic bez palców ze skóry.
Nie odkryła jeszcze tylko, po co je nosi. Może chował tam jakieś magiczne elfickie runy? Możliwe.
Jego twarz przyciągała ją do siebie – ostra, stalowa jak twarz księcia z tych pięknych bajek. Plus spiczaste uszy, ale Silva miał włosy ułożone tak, że nie było ich widać. I te oczy… Cholernie brązowe albo niebieskie – zależało to od nastroju – jak magiczny kryształ, bo elfie oczy świeciły delikatnie. Badał ją, rozszyfrowywał, zanim zrobiła te kilka kroków w dół do niego. Krystaliczne oczy przewiercały ją, gdy stał obok biurka z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała.
Opierał się o kant biurka, niby-rozluźniony macho, ale wiedziała, że tak nie jest. Był sprytny, chciał zmylić przeciwnika tą łagodną postawą. Niedziwne, że czuła się jak skarcona uczennica, która właśnie ma stanąć przed swoim belfrem.
Zaraz… wizja Liv…
Daj mi klapsa, Mistrzu Silva. Nie przygotowałam się.
Wyrzuciła to szybko z głowy. Erotyzm musi ostygnąć.
Nell, masz większy problem. Jego kłamstwo.
Zrobiło jej się gorąco, gdy bacznie śledził ją wzrokiem. Uwodzicielski, piękny, jak to elfa – obezwładniający. Delikatność była tylko osłoną, jeśli ktoś chciał w nią uwierzyć. Miał umięśnione ramiona, wąskie biodra i… usta, które chciała całować.
A tu bach! Niespodzianka… szlag.
Wiedziała, kogo jej przypomina. Noctisa. Noctisa Lucisa Caelum, postać z ulubionej gry Liv. Byli niemal identyczni.
Znajdowała się już przy biurku, tak że gdy oparł palce na blacie za sobą, jego sylwetka zdawała się emanować napięciem. Nie, to nie było napięcie, to była cała jego siła, którą ukazywał, gdy ramiona się naprężyły.
Spoko, Nell, teraz poobserwujmy jego pięknie wypastowane buty wojskowe. Fajny widok, co? Cudowny, kuźwa.
– Nell?
Nell, przepraszam, znów wpadłaś w tarapaty. To przez ciebie! Nie, nie daj się zwieść jego głosowi, który potrafi zawrócić w głowie, to właśnie cię przywiodło do tej chwili. Jego głos, urok. On. Podły uwodziciel.
Zacisnęła palce na pasku torebki na ramieniu.
– Daj spokój – wydyszała jak lokomotywa. – Nie chcę tego w ogóle słyszeć. Nic. Po prostu daj mi spokój.
Odwrót. Szybki. To miała być jej strategia, ucieczka ze sceny, ale drzwi nagle znikły. Nie wszystko szło tak wspaniale – nie, jeśli elfy potrafiły władać magią. A już ktoś taki jak Mistrz Silva był nawet w książkach historycznych. Tych książkach dla elfów.
– Usiądź, Nell, porozmawiajmy.
– Mówiłam ci, że nie chcę.
– Masz powód, by okazywać rozdrażnienie w owej sytuacji…
Mam powód!?
Odwróciła się do niego, nie wytrzymując.
– Nie truj jak mój nauczyciel! Bo na pewno nie byłbyś nim, gdybym jeszcze wczoraj wiedziała, co planujesz. Dobrze się bawiłeś?
– Nell. – Dotknął jej.
Tyle wystarczyło. Poczuła na ramieniu dotyk jego palców, uspokajał ją. Nie trzeba było być znawczynią elfiej magii, aby wyczuć, jak jej ciało nagle zalewa fala relaksującego ciepła. Zaczynała się od stóp, którym nagle wydało się, że odrywają się od podłoża.
– Puść – zażądała, odpychając go.
Odskoczyła, mierząc go wrogim spojrzeniem. Wraz z przerwaniem magii zachciało jej się płakać. Jakby serce nagle uwolniło się z oków i teraz zamierzało zalać się łzami. Niepokojące, bo zaczęła mrugać, aby je odpędzić.
Klasa, którą chciała zachować, została zdeptana. Jak jej uczucia.
– Nell, to w żadnym wypadku nie wpływa na to, co jest między nami.
Uśmiechnęła się krzywo.
– A jest coś?
– Nell…
Kurczę, tylko nie ten proszący głos.
– Przestań mi mieszać w głowie – warknęła, zamykając oczy. – Dość już tam zrobiłeś bałaganu. I teraz jeszcze to. Bach. Niespodzianka dla hieny cmentarnej. Wygrałaś los na loterii: jak spieprzyć sobie Fazę Księżyca. Wielkie dzięki.
Znów się odwróciła. Po prostu wiedziała, że patrząc na niego, skorzysta z zaproszenia jego oczu i wtuli się w niego, aby załkać i uderzyć go w pierś, gdy on będzie głaskał ją uspokajająco po plecach.
Ta… piękne, co, Nell? Przyznaj, marzysz o tym.
Walczyła z pragnieniem.
Być może byłoby to dobre, ale chwilowo.
Pokazała mu, że nawet, jeśli ją zranił, nie ma zamiaru do niego biec.
– Nell, zanim wyjdziesz, wysłuchaj mnie, proszę – powiedział spokojnie. – Mnie nie przeszkadza ta sytuacja. Przed ślubem Ottavii wiedziałem, że będę twoim egzaminatorem, ale nie sądziłem, że sprawy się tak potoczą.
– Mogłeś mi powiedzieć, nim cię poprosiłam…
O bycie jej kochankiem.
Nie dokończyła. Słysząc, jak wciąga powietrze, zesztywniała.
– Mogłem. Przepraszam.
– Wiesz, co my, ludzie, mówimy na elfickie przeprosiny? Pamiętasz to, Silva?
Och, na pewno pamiętał, jak się czuła, gdy Vin zrobił jej podobny kawał. Chyba elfy to uwielbiały – naigrawać się ze słabszych stworzeń.
– Pamiętam, Nell. Nie zrobiłem tego, aby ci ubliżyć, nie chciałem zranić – mówił cicho za jej plecami. – To nie jest akurat najważniejsze. My, elfy, nie przywiązujemy wagi do tego, że uczeń spotyka się ze swoim nauczycielem. Teoretycznie jest tu wiele takich par. To rzeczywisty stan.
Może dla ciebie!
– Jeśli chcesz…
– Jedyne, czego chcę, to wyjść. Możesz mi to załatwić?
Była dumna z siebie, że jej głos brzmi dość groźnie, jak gdyby nigdy nic.
– Odprowadzę cię na Nekropole.
– Zapomnij.
– Nell, spójrz na mnie.
O tak, na pewno. Niedoczekanie.
– Nic z tego, elfie. Chcę zobaczyć drzwi – zawarczała, ostrzegając. – Bo my, ludzie, mamy drzwi. Normalne, które nie znikają.
Zdawało jej się, że zachichotał, ale jeśli teraz by się odwróciła i ujrzała rozbawienie w jego oczach, chybaby go rozniosła. I sprawdziłoby się to elfie powiedzenie: „Gdzie człowiek, tam chaos”.
– Dobrze, Nell. Ale uznaj tę rozmowę za niedokończoną – powiedział, co znaczyło, że zamierza znów przekonać ją do wyższości elfich przesłanek nad ludzkimi. – To, co jest między nami, się nie zmienia.
– Czyżby?
– Tak, Nell – zauważył miękko. – Oboje złożyliśmy sobie obietnicę.
Uradowana widziała już drzwi przed sobą, proste drzwi z brązowego drewna, które zmaterializowały się na ścianie. Nawet nie była wstrząśnięta tą magią, zbyt długo tu przebywała, aby ją to wystraszało.
Nie zamierzała być również żałosną, na tyle żałosną, aby błagać go, by z nią został. Cokolwiek. Teraz pora wyciągnąć asa z rękawa.
– Nie. Nie złożyliśmy. Nie było Jeziora Rusałek, aby sobie składać te wasze elfie miłosne obietnice – mówiła, kierując się do drzwi w trybie przyśpieszonym. – Okłamałeś mnie. Właśnie wypadłeś z gry, Silva.
A ona ją przegrała w chwili, gdy drzwi się otworzyły, zanim dotknęła klamki, i ujrzała dwie postacie po przeciwnej stronie korytarza.
Jedna miała na sobie szorty dżinsowe i podkoszulek z napisem: „Wygraj, jeśli dosięgniesz”. Różowo-blond włosy wystawały spod kaszkietu z logo rodzinnej kwiaciarni Irys, a zielony balon nikł w różowych ustach. Iwra Lasocka, odnaleziona córka Alexandra Mauroda, posłała jej spojrzenie jasno mówiące: „Zabij go, nasmaruj masłem i podpal”.
Druga elficka zjawa. Czarownica. Królowa Kaprovicz i postrach w jednym. Olivia Ultarty. Z tych Ultarty, o których faceci śnią po nocach i fantazjują za dnia, jeśli nie mają koszmarów z udziałem czarnej owcy rodziny. To była właśnie Liv. Gotka, która zmyła czarną farbę z włosów i teraz jej rude loki powiewały jak u modelki na wakacjach.
Kornelia nigdy nie cieszyła się jak w tej chwili, gdy je ujrzała. Dwie elfie przyjaciółki, które oderwały się od ściany i objęły ją ramionami.
– Gotowa, Nell? – zapytała Iwra.
– Mhm.
Liv wzięła ją pod ramię i poprowadziła w stronę schodów uczelni.
– Masz jeszcze jakieś zajęcia?
– Elficki, ale robię sobie wagary – wyznała szeptem. – Jak już łamać prawo, to do końca.
– Ankija ci odpuści. Idźmy. Vin na nas czeka w Jednorożcu.
Oby, bo w tej chwili właśnie tego potrzebowała najbardziej. Przyjaciół i wina. Słodkiego wina elfów. Nektaru, który sprawiał, że zapominało się, iż elfy są okrutne i podstępne, jak ludzie, nawet jeśli były istotami niebiańskimi.
Rozdział 2
Użalanie i kochanie
– I on… wymusił na mnie obietnicę, że ja… tego nie odwołam, czaicie? Ależ byłam głupia… Wiedział, co się święci, a ja dałam się nabrać – żaliła się, gdy siedzieli w ulubionym elfickim barze Jednorożec.
Pili wino z kryształowych kieliszków, a butelek na stole tylko przybywało.
Liv, Iwra i Vin. Cudowny anielski Vin z tą swoją twarzyczką najpiękniejszego dziedzica z rodu Zurów, syn samego księcia Marcusa Zury i elfki górskiej. Wybuchowa mieszanka o kryształowobłękitnych tęczówkach i blond włosach do ramion. Biała marynarka ze złotymi guzikami – rodowy strój obowiązujący w książęcej rodzinie. Miał uśmiech faceta, który nie zachęcał, by go zaczepić. Zwłaszcza jeśli ktoś znał jego ojca Markusa Zurę. Nell miała okazję przekonać się, że ojczulek i braciszek, Viktor, mają hopla na punkcie rodzinnych priorytetów. Ale Vin był też tym, który ją rozumiał jak nikt. I do tego był jej elfem obronnym. Opiekunem. Gdy ona będzie już dość zamroczona winem, Vin pójdzie zamknąć Nekropole i odeskortuje ją do sypialni. Urocze. Pustej sypialni.
Podparła głowę na ręce.
– Podły… elficki…
I znów zabrakło jej określeń. Czknęła.
– To ja tyle przez niego wycierpiałam – wyrzuciła po raz setny, wymachując bezwiednie dłonią. – Złamał mi serce. Całuje, a potem… Bach! Witaj, Mistrzu Silvo. Co ja teraz zrobię?
Spojrzała na swoich towarzyszy niedoli. Iwra piła powoli, marszcząc te swoje książęce brwi, i wzruszyła ramionami. Vin bawił się telefonem, obracając go w dłoniach, był zamyślony. Na szczęście kochana Liv jej współczuła, bo dotknęła jej ręki i poklepała ją lekko w geście otuchy.
– Nie martw się, Nell, na pewno wszystko się ułoży.
– No, dzięki.
– Co on powiedział? – zapytał spokojnie Vin.
Trzeźwy Vin, warto dodać, ponieważ z nimi nie pił. Wolała jednak, aby dotrzymywał im kroku, gdy się rozczulała i wyżalała. Dobra, ktoś musiał być przytomny, jak ich wywalą z Jednorożca za zakłócanie spokoju. I wtedy straże z Wydziału Bezpieczeństwa powiadomią swojego przełożonego. Ponadto w razie, gdyby coś się działo, a zarządca Nekropola był niedysponowany, Vin był na posterunku.
– Co powiedział?! – Nell zmarszczyła brwi, próbując to sobie przypomnieć. – Jak to Silva. Mistrz Silva. Że to nie wpływa na to, co jest między nami. Co jest? No właśnie nic.
– Może przez ten miesiąc powstrzymajcie się od randek? Jeśli ci to tak przeszkadza, Nell.
Posłała Iwrze mrożące krew w żyłach spojrzenie.
– Nie żartuj – parsknął Vin, wskazując na nią głową. – Jest napalona.
To była prawda. Była napalona, i to bardzo. Chciała Silvy w każdym aspekcie swojego życia – jako kochanka, przyjaciela, opiekuna. Tylko nie jako nauczyciela. To jej nie pociągało. Nie miała raczej takich fantazji. Przynajmniej nie teraz, gdy w jej życiu nastał czas posuchy.
Westchnęła już chyba po raz trzydziesty.
– Jestem pijana, co?
– Cóż, trochę – pocieszyła ją Liv.
– Pijana, niekochana, zdradzona.
– Skończ tę śmieszną wyliczankę. – Vin był bezlitosny, zabierając jej kieliszek z dłoni. – Dlaczego po prostu nie przyjęłaś jego przeprosin? I nie cieszysz się, że w końcu Silva zgodził się zaspokajać twoje fantazje?
– Och, Vin, zamknij się!
I na szczęście nie ona to powiedziała, tylko Iwra. Nell mogła jej wyłącznie przytakiwać, sama nie ujęłaby tego lepiej. Wypiła do dna kolejny kieliszek, czując, że sytuacja robi się całkiem zabawna. Piła, aby zapomnieć i poprawić sobie humor. Każdy z tych powodów był wart toastu. Spojrzała na pusty kieliszek, zastanawiając się, czy jest sens prosić o następny.
Chichot Liv sprawił, że Nell na nią zerknęła. Wtedy poczuła na sobie brązowe oczy chochlika.
– Co? – burknęła, widząc, że przyjaciółka się z niej śmieje.
– Mamroczesz jego imię.
– Wcale nie. Iwra, nie mamroczę, prawda?
Spojrzała na nią z lekkim zaniepokojeniem.
– Mamroczesz.
– Kuźwa.
Czyli alkohol nie sprawiał, że zapominała i poczuła się lepiej. Nic a nic. Wzięła głęboki wdech i podniosła kieliszek, aby kelner jej dolał wina.
– Odwiozę cię do domu, Nell.
– Vin… Jest wcześnie. Mogę jeszcze pojechać zamknąć Nekropole.
– Żartujesz? Wątpię, abyś wstała z tego krzesła.
– Powiedział elf. My, ludzie… – zaczęła sarkastycznie – potrafimy pić, jak nikt.
– A elfy nie mają kaca – podsumował przyjaciel.
– Na Erlanda! Prawda.
Czyli drugi powód, aby się upić.
Wino było słodkie i rozpływało się w jej ustach, niemal jak sok, do tego zimne i aromatyczne. Smaczny dar bogów, co? Może ich bogów. Mieli najlepsze winiarnie Karpat. I ona miała całą piwniczkę wina z Kaprovicz. Tego, którego Bartłomiej Fira nie zdążył zabrać, lenno przeszło więc w jej ręce. Była bogatą właścicielką własnej piwniczki. Pocieszające.
Nell, nie musisz tu siedzieć, możesz iść do domu i tam skończyć swoje użalanie się nad sobą.
Podniosła głowę, gdy Liv znowu coś powiedziała, ale słowa gdzieś uleciały.
– Nie znoszę kłamców – wymamrotała. – Zdrajców, którzy niby są słodcy… a potem… Cóż, Silva wydawał się inny. Wydawał się, nie?
Nikt jej nie dopowiedział. Nie musiał.
W tej chwili ważne, że przyjaciele tu byli i jej słuchali. Albo nie. W podświadomość wdarł się znajomy dźwięk. Podniosła głowę, aby ujrzeć Vina, który szybko pisał SMS.
– Po prostu, Vin…
Drgnął, gdy to powiedziała, a jego lazurowe jak wody na Bali oczy spojrzały na nią w zaskoczeniu.
– Wymusił na mnie obietnice, której nie mogę złamać. Chyba że jeszcze dziś znajdę się na schodach, ale co mi to da? Sama. On również musi tam być.
Jego jasne brwi się zmarszczyły.
– Co ty mówisz, Nell? Chyba ci starczy tego wina.
– Hola! – krzyknęła, chwytając kieliszek. Bała się, że Vin go jej zabierze. – Kto dał ci prawo to mówić, co? Ja powiem, kiedy dość.
– Daj jej spokój, Vin – poprosiła słodko Liv. – Zajmiemy się nią.
– Kocham cię, kotku.
– Ja ciebie też, Nell. Pij. Zaprowadzimy cię do domu.
– Ta… Dom… Piękny, słodki… domeczek.
– Ona już nie wie, co mówi – oznajmił Vin, wstając.
Ten ruch sprawił, że zakręciło jej się w głowie.
– Wyjdę na chwilę. Pilnujcie, aby nie spadła z krzesła.
– Hieny nie spadają! Hieny zlatują, przystojniaku!
Wszyscy w klubie z pewnością usłyszeli jej okrzyk. Trzeźwa Nell by się zarumieniła, pijana tylko czknęła.
Liv przysunęła się bliżej, gdy Nell zamyśliła się, spoglądając w kieliszek z czerwonym winem. I to by było na tyle, jeśli chodzi o hieny cmentarne. Latać też nie potrafiły. Wszystko, co elfickie, było nie dla nich. I seks. Cudowny elficki seks, którego nie zaznała.
Nell spojrzała na Liv, czując, jak ta masuje ją po plecach ze smutnym uśmiechem. Czasem wystarczyło, by ktoś okazał współczucie, i od razu człowiek czuł się trochę lepiej.
– Silva do niego napisał, co? Sprawdza, czy głupiutka Nell nie zrobi nic nieodpowiedzialnego.
– Wątpię, aby powiedział „głupiutka” – odezwała się Iwra.
– Faktycznie, nie Mistrz Silva. On nie użyłby takiego słowa.
Już nie Kasjan. Nie cudowny Kasjan…
Westchnęła. Musiała się z nim spotkać i mu powiedzieć, co o tym myśli. Stanowczo. Żadnego bzykania i… I znów będzie sama. Samiusieńka. Zasępiona schowała twarz w dłoniach, zawieszając się. Nie chciała być sama, już to przerabiała. Potrzebowała kogoś, kto ją choć przytuli, spojrzy jak… Nestor Munn, zanim wygłosił tę filozoficzną gadkę o złym prowadzaniu się jej przyjaciół. Powinien był więc teraz ją zobaczyć – swoją piękną Nell pijaną. I to, że jej przyjaciele tu są i ratują ją z tarapatów.
– Nell. Nie płacz, skarbie.
– Nell?
– Nie płaczę – wycharczała, choć była tego bliska. – Jeszcze nie.
– Silva by nie chciał, abyś to robiła.
– Dzięki, Liv. Na razie nie wymawiajmy imienia na S.
– Sugerujesz ewentualnie inne? – Vin wrócił na swoje miejsce, posyłając jej spokojny uśmiech.
Nell wpatrywała się teraz w jego twarz, chcąc coś z niej wyczytać. Wrócił dość szybko, czyli rozmowa była szybka.
Tak, Mistrz Silva się śpieszył na patrol. Poświęcił jej kilka minut. Vin powiedział mu, że już jest dość pijana? Że zaraz odpłynie i aby się nie martwił? Tak, niewątpliwe elfy rodzaju męskiego trzymały sztamę. Elficką sztamę wolnych rodników.
Wpatrywał się w nią spokojnie z tym swoim uśmiechem faceta wiedzącego, że kobieta próbuje odczytać jego myśli. Drań. Była żałosna, niemal błagając, aby jej powiedział, o czym rozmawiali.
Noo, Nell, teraz pokaż, jak bardzo ci zależy na panie S., nawet jeśli cię zranił. Płaszcz się. Błagaj o…
– Chcę wrócić do domu.
Dla odmiany Vin zamrugał całkowicie zaskoczony.
– Już?
– Nell, chcesz już iść? – spytała zaskoczona Liv.
– Tak. – Odszukała ręką swoją torebkę wiszącą na oparciu. – Chyba że on tam nadal jest. Napisz mu, że wychodzimy.
– Nie ma go.
– To dobrze – skłamała, nagle tęskniąc za jego widokiem.
Wstała, licząc w myślach do pięciu, aby świat przestał wirować.
Oświetlony bar, elfy grające w bilard i te oglądające w rogu mecz piłkarski. Włożyła marynarkę z pomocą Liv.
– Pójdziemy na Nekropole – szepnęła Iwra. – Poczekamy tam na ciebie, Vin.
– W porządku.
– Tak między nami: dzięki. Kocham was.
Przyjaciele uśmiechnęli się ukradkowo, gdy Vin prowadził ją do wyjścia. Szła nieśpiesznie, myśląc tylko o tym, że jej seksowne szpilki i sukienka, którą włożyła dla Silvy, są teraz szczytem głupoty. Po kamiennym bruku trudno chodziło się w obcasach, a w dodatku wcale nie było ciepło. Mogłaby wytworzyć podmuch ciepłego powietrza magicznym zaklęciem, ale stan upojenia jej na to nie pozwalał. Ulicą przejechała dorożka z młodą parą, samochody mknęły szybko w dół. Nad piekarnią pana Ligiego świecił się różowy neon Słodkiego Palca, boskie jagodzianki kusiły.
Nie, chyba jej żołądek tego nie przyjmie.
Doszli do jej domu. Kamienicę otaczały tuje i wypielęgnowane trawniki, a w oknach z francuskimi okiennicami paliły się światła. Weszli po schodach do drzwi wejściowych, a potem klatką schodową na górę.
To były te schody, na których Silva i ona…
Zatrzymała się na podeście, gdzie światło księżyca wpadało przez witraż na ścianie i tworzyło barwną mozaikę na posadzce. W tym miejscu mogła wycofać obietnicę.
– Idziesz, Nell?! – zawołał z góry Vin.
– Idę.
Vin otworzył drzwi do mieszkania. Nell zaciągnęła się zapachem swojego domu, kwiatów i świec. Zapalił światło w salonie, ale ona poszła prosto do sypialni. Rzucając buty pod dużą szafę, zaczęła ściągać marynarkę.
– Poczekaj, aż wyjdę, Nell.
Prychnęła.
– Jakby ci to przeszkadzało.
– W tej chwili jesteś zajęta.
– Tak? – zapytała, zdejmując biżuterię. – Zajęta jak cholera.
Rzuciła kolczyki i zegarek na toaletkę, a kilka przedmiotów spadło na dywan. Boso ruszyła do łazienki, aby skorzystać z toalety i włożyć piżamę. Zajęło jej to dłużej niż zwykle. Ubrała się w starą piżamę z flaneli w czarno-czerwoną kratę. Seksowna koszulka nocna, która pewnie spodobałaby się Vinowi, została na pralce. Nie była jej dziś potrzebna i może nigdy nie będzie. Wzruszyła ramionami, szorując zęby, po czym spięła włosy. Zmyła makijaż, wykonała wszystkie zabiegi przed snem i wyszła.
Vin siedział na łóżku i przeglądał jej notes. Musiał go wyjąć z jej torebki. Z wieży stereo płynął utwór Love the Way You Lie, który musiał włączyć Vin. Stanęła na środku sypialni, patrząc na faceta w jej łóżku. Był całkiem słodki, miał twarz anioła i niemal srebrzysto-złote włosy mieniące się w świetle żyrandola. Wyglądały teraz jak płynne złoto. Do tego to silne elfickie ciało. Cukiereczek. Mięśnie napinały mu się pod białą bawełnianą bluzą.
Uśmiechnęła się, widząc broszkę Tady przypiętą do kołnierza, całkiem niepasującą do wizerunku młodego paniczyka. Ale broszka była prezentem od niej.
Draństwem byłoby napalać się na własnego kumpla. Podniósł głowę, jakby wyczuł, że myśli o czymś naprawdę głupim.
– Kładź się – powiedział, odgarniając jej kołdrę.
– Słodko, Vin – wyszeptała, oblizując wargi. – To zaproszenie?
– W twoim stanie?
W jego głosie wyczuła szczyptę irytacji. Wzruszyła ramionami, wpakowując się pod kołdrę, i okryła się szczelnie.
– Co by się stało, gdybym poszła z tobą do łóżka, Vin? Silva by chyba cierpiał, co?
Tym razem jego źrenice zrobiły się niemal srebrne.
– Przestań wygadywać głupoty, Nell.
– Przepraszam.
– Idź spać.
Przyłożyła głowę do poduszki i wzięła z szafki nocnej swoją maskotkę. Eda z Króla Lwa, którego dostała od braci Kaproviczów w ramach żartu. Jedyny facet, który dzielił z nią łóżko.
– Zostaniesz, aż zasnę?
– Tak.
– To miłe, Vincent – zaakcentowała jego imię, rozbawiona. – Bardzo rycerskie.
– Kiepsko udajesz uwodzicielkę, Nell. Silva mi kazał.
Pieprzony!
– Kazał ci tu siedzieć?! Więc się wynoś, nie potrzebuję jego szpiegów!
– Spokojnie. – Złapał za kołdrę, którą próbowała spod niego wyszarpać. – Żartowałem, Nell. Widzisz sama, że dziś nie jest dobry czas na żarty. Po prostu śpij.
Zamknęła oczy, przytulając twarz do puszystego Eda.
– Chciałam go tylko kochać – wymamrotała. – Jak kobieta, aby tu był… teraz… I…
I nic.
Znów była sama, z nosem wtulonym w pyszczek pluszowej hieny.
Vin czytał jej notes i pewnie już wiedział o jej marzeniach: o kolacji, winie, masażu, seksie i całej tej reszcie. Doszła jednak do wniosku, że planowanie jest do niczego. Człowiek się napalał, a potem nic nie wychodziło. Zostawało dziwne uczucie pustki. Niespełnienie.
Otworzyła powieki, bo głowa ją bolała jak uderzona młotem.
– Żałował chociaż?
– A chciałabyś, aby żałował? – zapytał cicho.
– Wątpię, aby Mistrz Silva znał to uczucie. On gardzi ludzkimi uczuciami.
Długo czekała na odpowiedź, właściwie już zasypiała, gdy ją usłyszała.
– Żałował, Nell. Śpij.
Uśmiechnęła się do siebie i zapadła w kamienny sen.
***
Obudził ją dziwny dźwięk. Nie znała go.
Było jej ciepło, niemal gorąco, odsunęła kołdrę, wpuszczając pod nią trochę powietrza. Westchnęła. Głowa ją bolała, dudniło w niej, lecz dźwięk nagle się urwał, jakby wyrwany z gniazdka odtwarzacz.
Też coś dziwnego. Chyba to coś z zewnątrz.
Jakiś elficki alarm, może włamanko? Nell, głupia… w Kaproviczach?
Coś pięknie pachniało. Mocno, orzeźwiająco, jak płyn do płukania, w którym prała swoją pościel. Wtuliła nos w poduszkę, szukając źródła zapachu. Jej nos trafił na coś ciepłego. Otworzyła powieki, światło słoneczne przebijające się przez czarne zasłony było stłumione. Zobaczyła nagie plecy. Umięśnione, o jasnej skórze, z krzywiznami, bardzo elfie. Na łopatce widniał elficki tatuaż. Jeszcze nie była na tyle zaawansowana, aby wiedzieć, co znaczą te symbole, ale znała kształt liter. Gdyby nie kłamała w CV, że zna elficki, to może teraz wiedziałaby, co tam jest napisane. Spokojnie.
Cholera, to Vin!
Odsunęła się szybko, niemal uderzając głową w szafkę nocną, ale po sekundzie zorientowała się, że włosy mężczyzny są czarne.
Silva usiadł i spuścił nogi na podłogę. Odwrócił się do niej z lekkim uśmiechem. Och, zamrugała. Czyżby nadal śniła? Jego twarz była rozmyta, jakaś niewyraźna, może to przez to, że potargane włosy zakrywały twarz.
– Szczęśliwej Fazy Słońca – powiedział zmysłowo. Jego głos był niski, dudniący i erotyczny. – Śpij. Ja muszę iść do pracy.
Co? Co on… A niech cię licho.
– Ty podły gadzie!
Rzuciła się na niego w jednej chwili, powalając go na łóżko. Mocne dłonie zamortyzowały upadek, siedziała teraz na nim, okładając pięściami po klatce piersiowej. Była tak wściekła, że chciała to z siebie wyrzucić. Najpierw obiecał, że będzie jej kochankiem, a potem okazało się, że został cholernym nauczycielem, odbierając jej nadzieje. Okłamał, zdradził i w dodatku… śmiał powiedzieć, że to nic takiego? Uderzała go na ślepo, aż oddech jej uwiązł w gardle.
Zdała sobie sprawę, że Silva wcale się nie broni. Przecież to Silva, mógł ją w każdej chwili obezwładnić. To odebrało jej satysfakcję z wygranej i słodkiej zemsty. I tu był. A ona siedziała na nim okrakiem, bijąc go we własnym łóżku. Uświadamiając sobie ten fakt, poczuła wstyd. Zsunęła się z niego i położyła na swoim miejscu, oddychając z trudem.
Zmęczona tym wszystkim zasłoniła twarz łokciem, starając się uspokoić.
– Koniec? Nie chcesz jeszcze sobie ulżyć?
– Zmęczyłam się.
Zachichotał. Ten gad odważył się z niej zaśmiać.
– Drań – powiedziała, odsłaniając oczy.
Patrzył na nią łagodnie brązowymi oczami, był tak blisko niej. Ładunek pożądania nagle spłynął w dół jej brzucha i dotarł do każdego zakończenia nerwowego, każdej komórki jej ciała. Silva podniósł dłoń, aby smukłymi palcami przesunąć po jej skroniach. Były ciepłe i delikatne. Och, cudowne… Pod powiekami poczuła niebiańską jasność, która niwelowała ból głowy i kaca, rozsiewając błogi spokój. Cudowny lek z rana dla pijaków.
Sapnęła z przyjemności. Teraz gdy ich ciała były tak blisko, widziała, jaki jest wielki, jego mięśnie były napięte. Wokół niego zbierała się ta aura elfów mrocznych, iskrząca przemocą i siłą elfa wyćwiczonego w boju. Nagle zrozumiała, że jej pragnienie wcale nie minęło. Gorzej, chyba właśnie je rozpalił samym dotykiem.
Jego wargi dotknęły jej. Twarde i naglące. Jej serce biło w rytm jego, które słyszała, gdy się o nią otarł. Uległa ruchom jego języka, który otwierał jej usta językiem, wsuwając się do środka. Objął jej szyję ramieniem i przyciągnął do siebie. Ich języki splotły się, napięcie wzrosło. Właśnie tak pamiętała jego pocałunki. Jakby to był tylko impuls, którym włączała całą resztę doznań. Objęła go mocno, dotykając włosów i przyciskając głowę do swojej, gdy pieszczoty stawały się bardziej natarczywe.
Instynktownie rozsunęła nogi, aby mógł się między nimi znaleźć. Tego potrzebowała w tej chwili – jego rąk, siły. Piżama była zbędna. Zakołysał się na niej. Ten ruch sprawił, że jęknęła z zadowolenia. Oplotła jego szyję, przyciągając go bliżej.
Zajęczała, gdy zassał jej dolną wargę. Odchyliła się, aby móc ujrzeć pod jego zmrużonymi powiekami ciemny brąz, niemal zmieniający się w czerń. A więc tak to się działo. Potarła jego kark, a on puścił ją i upadła miękko na poduszki. Jego usta były wilgotne, nabrzmiałe. Czerń wracała na miejsce. Nell rozkoszowała się jego widokiem, ciepłem, zapachem wdzierającym się do nozdrzy. Kąciki jego rozkosznych ust zadrgały powoli.
– Kawy?
Opadła na łóżko, gdy się odsunął i wstał.
– Nienawidzę cię – rzuciła rozczarowana.
– Wiem, kotku.
– I nie mów do mnie tak. To mój tekst, ty podły…
Patrzyła, jak przeciąga się leniwie, aby zaprezentować jej swoje cudowne ciało, bicepsy, mięśnie i smukłe plecy.
Rozsunął zasłony. Światło podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. Zamrugała zaskoczona jego intensywnością.
– Och, ty podły, elficki… gadzie!
Znów śmiech. Był dziwny, wcześniej rzadko go słyszała. A może on zawsze uważał, że jest zabawna? I do tego miał seksowny tyłek.
Spał z nią. Tak po prostu sobie tu przyszedł i położył się z nią do łóżka. Ohydny drań. W innych okolicznościach by jej się to podobało. Cudowny poranek. Dziś nie. I na domiar złego położył Eda na szafce nocnej. Wygonił jej faceta! Przyszedł tu w nocy albo nad ranem, obudził ją, pocałował i sobie poszedł, jakby był u siebie. Rozpalił, nie zaspokoił. Tego się nie wybacza.
Niedoczekanie.
Wyskoczyła z łóżka, mając zamiar zakomunikować temu irytującemu elfowi, że nie ma prawa się tu panoszyć. Choćby miała zaciągnąć go na te schody, w tamto sekretne miejsce i zakończyć to wszystko. Raz na zawsze.
Rozdział 3
Napaleni widzą wszystko poczwórnie
I co on sobie myślał? Stał sobie w kuchni i pił kawę. Jej kawę. W jej kuchni. W jej życiu, z którego powinna była go wykopać. W samych seksownych bokserkach, które uwydatniały wszystko, co najlepsze. Plecy, do których człowiek od razu miał ochotę się przytulić. Elficki tatuaż jakby się poruszał, migocząc na jego skórze. Zamrugała niepewnie. Świerzbiły ją ręce, aby go dotknąć.
Miała obsesję na jego punkcie. Zapach kawy i lasu, który wokół siebie roztaczał, gdyż obcował z tą całą naturą. Nie potrzebowała żadnych afrodyzjaków. Chciała go. Ale po tym, jak się wczoraj zachował, było jej trudno podjąć jakąś decyzję. Jeśli się z nim dziś prześpi, stanie się kochanką Silvy. Wykładowcy. A jutro spojrzy swoim koleżankom z bojowości w oczy, jakby to nie miało znaczenia. Nie… Jakież by to było proste, gdyby tak cholernie jej nie rozpalał.
Jego łopatki poruszyły się, gdy tak stała i go podziwiała. Musiał być świadomy, że go obserwuje. Kto jak kto, ale Mistrz Silva to wiedział, może nawet zdawał sobie sprawę z walki, która się rozgrywała w niej. Miała ochotę nachylić się do jego pleców i obrysować językiem elfickie inskrypcje.
Coś zagrzechotało. Nell bała się, że to jej szczęka opadła na płytki w kuchni. Nie. Dłoń Silvy przesunęła po blacie wyspy kuchennej ceramiczny kubek. Jej ulubiony kubek z Kubusiem Puchatkiem.
– Kawa, Nell.
Zamrugała.
Dlaczego się nie odwrócił? Niech spojrzy mi w oczy. Nie… zaraz, Nell. Chcesz, aby zobaczył, jak bardzo jesteś napalona?
– Nell?
Kochaj się… ze mną. Och… głupia!
– Nie chcę od ciebie kawy.
I wyjdź. Teraz, natychmiast… idź do…
Chciała się odwrócić i odejść, aby ugasić pragnienie w ciszy własnej sypialni, ale on był szybszy. Chwycił ją za łokieć i przysunął do siebie. Dojrzała jego ciemne jak elfi kir oczy. Przez głowę przeszła jej myśl, że on doskonale wie, czego ona chce. Zawsze znał jej sekrety. Tym razem nie dał jej szansy na zastanowienie się. Objął ją w talii, jego wargi dotarły do jej ust. Oparła dłonie na jego piersi, czując pod palcami sprężystą skórę, i nie była w stanie go odepchnąć, zbyt długo go pragnęła. Od chwili gdy zapytała go, jaki smak mają jej usta, chciała wiedzieć, jak smakują jego. Zapewne jak moc, która się w nim rozpędzała.
Rozchyliła usta, a on wsunął język. Rozkoszowała się tym elektryzującym połączeniem: jego i kawy. Ich języki zaczęły się ścierać ze sobą. Objęła go za szyję, aby móc przysunąć do siebie. Jego dłonie zsunęły się na jej pośladki i uniosły ją. Czuła, jak jej stopy odrywają się od podłoża.
Krzyknęła cicho.
– Spokojnie – mruknął w jej włosy.
Posadził ją na blacie wyspy, a jego biodra wsunęły się pomiędzy jej kolana. Poczuła zimno, gdy satyna otarła się o wnętrze jej ud. Dziwny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, gdy jego palce musnęły jej usta w delikatnej pieszczocie. Dotknęła tylko jego barków i nachyliła się, aby odnaleźć jego wargi. Podobało się jej, co robił. Przysunął ją do krawędzi blatu, przez cienki materiał spodni od piżamy czuła widoczne wybrzuszenie, które się o nią ocierało. Jęknęła, gdy jego język wcisnął się głębiej w jej usta. Wygłodniały. I ona chciała więcej, poruszając się na nim. Oplotła jego biodra nogami. Gorączka trawiła ją od środka, chciała, aby uścisk był mocniejszy, aby jego dłonie znalazły się w niej.
Przytrzymując jej głowę dłonią, nachylił ją do jego ust. Przesuwała palcami po jego plecach, drapała go. Wydał z siebie cichy pomruk, gdy zaczęła ssać jego dolną wargę, tak jak on robił to wcześniej.
Zapalczywie.
Robiła się mokra i spragniona. Jego usta znów natarły na jej. Wargi rozchylały się, gdy domagał się posłuszeństwa. Naparła na niego ciałem, ale ciągle było jej mało. Całowała mocnej, głębiej, nie mogąc złapać tchu. Obawiała się, że jeśli Silva dalej będzie się z nią drażnił, trzymając ją na dystans, to dojdzie całkowicie ubrana.
Dyszała niepewnie, gdy odchylił jej głowę. Jego źrenice i tęczówki miały ten sam kolor. Piękny. Położył ją na wyspie. Nell podparła się na łokciach, patrząc na jego potarganą czuprynę. Oddychał równie ciężko, dysząc. Odpiął górne guziki jej piżamy, jego palce musnęły jej skórę. Jego spojrzenie, zahipnotyzowało ją do pozostania w jednej pozycji. Było takie mroczne, intensywne, iskierki brązu znikły, tak wyglądał podniecony elf. Jej ciało prężyło się, gdy jej dotykał, masował, całując szyję, zostawiając tam przyjemne mrowienie.
– Proszę… – jęknęła, chcąc, aby to skończył.
Szybko. Przecież już wiedział o jej uczuciach. Były widoczne w każdym jej ruchu, gdy go ponaglała. W ciężkim oddechu i dłoniach szukających jego ciała. Gdzieś tam była tylko paląca prośba, aby ją wypełnił swoją magią. I nagle jęknął. Dość niepodniecająco, raczej brzmiało to, jakby był zirytowany. Uniósł głowę i zobaczyła, że jego oczy znów robią się brązowe. Przytrzymał jej nadgarstki, gdy wsuwała palce za gumkę jego bokserek.
Nasłuchiwał.
Spoglądała na niego, wiercąc się niespokojnie. Niezadowolona. Odsunął się, a z jej ust wydobył się cichy protest.
– Nie teraz…
Uśmiechnął się łagodnie, czule.
– Liv tu podąża – powiedział szeptem, patrząc jej w oczy. – Jest już przed kamienicą i lepiej, aby nie zobaczyła mnie w tym momencie.
Pomógł jej się podnieść, sprawnie zapinając guziki piżamy. Musnął ustami jej. Przelotnie.
Stała jak idiotka z rozpalonym ciałem i policzkami, a on zniknął w kuchni.
Nie, kuźwa, drugi raz tego dnia. Co? Co on mówił? Liv?
Jęknęła, nie mogąc się poruszyć.
W każdej chwili jej przyjaciółka mogła tu wejść i ich nakryć. Ich… na blacie wyspy… Zapłonęła, poprawiając szybko włosy. W tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
Nie… Liv nie mogła zobaczyć seksownego tyłka Silvy, bo jest mój. Ten jeden raz mu wybaczę.
Otworzyła jej drzwi, modląc się, aby przyjaciółka nie dostrzegła, że jest napalona i… czerwona i… och, kurczę. Liv wyglądała jak supermodelka emo.
– Cześć. Masz gorączkę?
O cię w mor…
– Nie. – Chrząknęła zarumieniona. – Wejdź.
– Iwra dzwoniła, pracuje. A ty masz kaca?
– Ja… cóż, nie, już nie mam.
Dzięki magicznym palcom Silvy.
Zaprowadziła ją do salonu. Gdy Liv siadła na kanapie, odwróciła się do niej ze słabym uśmiechem.
– Przyszłam wcześniej, bo pomyślałam, że potrzebujesz towarzystwa i pomocy z kacem. Jak się dziś czujesz?
Kochana. Przygnała, aby pocieszyć umierającą.
– Mmm… wiesz… może być. Przepraszam cię na moment. Zostań tu na chwilkę.
Pognała do sypialni i wpadła tam jak tornado. Chciała upewnić się, że to jej się nie śniło. Fantazjować lubiła dość dużo, ale kuchnia nie była w jej planach; nie tych najbliższych. Silva stał przy oknie już ubrany, w stroju bojowym: T-shirt, koszula służąca mu jako marynarka wojskowa, szerokie spodnie, buty.
Wkładał właśnie rękawice, odwracając się do niej przez ramię ze słodkim uśmiechem.
Drań…
– O świetliści!
– Liv przyszła sprawdzić, jak się masz?
Przytaknęła.
– Miłe, prawda? Wszyscy się o ciebie martwią.
– Ty nie. – Zgrzytnęła zębami, celując w niego palcem. – Wczoraj zachowałeś się podle.
– Wczoraj – powiedział spokojnie, chowając ręce do kieszeni spodni. – Byłaś zbyt zła, aby ci racjonalnie wytłumaczyć, że niepotrzebnie się zadręczasz poczuciem winy.
– Co? Racjonalnie… niepotrzebnie…
Odgoniła te słowa od siebie, były zbyt silvowskie.
– Nie mogę. Przychodzisz tu, całujesz mnie, ożeż po prostu, ty…
I znów porwał ją w ramiona i przygwoździł do drzwi, mocno przytulając, jak gdyby jego pragnienia ponownie się rozpaliły.
– Nell – wyszeptał rozbawiony, pochylając się nad nią.
Pocałował ją, a ona bez wahania znów go objęła, oddając pocałunek. Nigdy by sobie tego nie odmówiła. Ciepło jego ciała i smak warg był cudowną pieszczotą. Odsunął się i ujrzała jego promienny uśmiech. Głaskał ją po włosach. Jego źrenice były krystaliczne. Piękne.
– Porozmawiamy – obiecał. – Przyjadę na Nekropole i zabiorę cię na zajęcia, dobrze?
– Ej – wycharczała zła, szarpiąc się. – Po pierwsze nie idę na zajęcia! Po drugie wiem, co robisz.
Odsunął się od niej, nadal się uśmiechając. Kiwnął, aby skończyła myśl.
– To zmienianie tematu i sprawianie, że… – Machnęła ręką. – Nic z tego, elfie. Mogę być rozpalona, ale nie głupia.
Spoważniał.
O tak, witaj, stary Silva. Teraz się poznajemy, co?
– Nigdy nie powiedziałem, że jesteś głupia, Nell.
– Więc nie sprawiaj, abym się tak czuła!
– Liv się denerwuje.
No pięknie. Zmiana temaciku. Mistrz Silva w akcji. Odwróciła się i poszła do salonu. Liv przyglądała jej się zaciekawiona. I nagle jej oczy się rozszerzyły.
– Silva? Och… Mistrz Silva.
– Szczęśliwej Fazy Słońca, Liv.
– Tak. Wzajemnie, Mistrzu Silva.
Stanął obok niej.
– Odprowadzisz mnie do drzwi, Nell?
Odmów, niech sobie idzie w diabły. Nell, nie bądź dziecinna.
– Tak – burknęła.
Odprowadziła go pod same drzwi, choć mógł wyfrunąć oknem, zmieniając się w tę ich mgłę, ale kulturalnie chciał wyjść drzwiami. Ciekawe, czy w nocy nimi wszedł? Nie… Vin musiał go wpuścić.
Z nim porachuje się później.
Odwrócił się do niej, zanim położył dłoń na klamce, aby drzwi się same otworzyły.
– Vin chciał dobrze – powiedział, odczytując jej myśli. – Nadal jest po twojej stronie, Nell. Nie musisz go o nic oskarżać.
– Nie powiedziałam, że to zrobię.
Przytaknął z uśmiechem.
– Podobała mi się koszulka nocna.
– Co? – zerknęła na swoją piżamę, na gołe stopy i paznokcie pomalowane na krwistoczerwono.
– Biała koronka w łazience. Przepraszam, że zniszczyłem twój plan na wczorajszy wieczór. – Usłyszała szept, który skradł się do jej umysłu jak słodka lawa.
Spojrzała w sufit, modląc się o elficką cierpliwość.
– Teraz zabiję Vina – powiedziała, bo wątpiła, aby Silva czytał jej notes.
Nell spojrzała na niego uważnie, jego ciemne spojrzenie było rozbawione, ale też intensywne.
Zmarszczyła brwi.
– Co?
Nachylił się w jej kierunku. Stała jak sparaliżowana, gdy musnął jej wargi swoimi. Ta pieszczota była naładowana takim napięciem, że mimowolnie zadrżała. Był to jednak krótki pocałunek, nie taki, jaki zaserwował jej wcześniej. Zamrugała.
Odsunął się, aby powiedzieć:
– Z listy moich podstępnych grzechów skreśl to, że wyszedłem bez pożegnalnego pocałunku. Szczęśliwej Fazy Słońca, Nell.
Drzwi się za nim zamknęły, a skrawki szarej mgły już nikły na dywanie w holu. Irytujący zwyczaj, oby nie wszedł mu w nawyk.
Wróciła do salonu. Liv posłała jej pytające spojrzenie.
– Czy to znaczy, że wy… znowu?
Jej ramiona opadły nisko.
– Nie mam pojęcia, co tu robił, uwierzysz?
Rozdział 4
Elfia swatka nie potrzebuje kwiatka
Dzień z życia hieny cmentarnej w Kaproviczach zaczynał się w późnej Fazie Słońca. Tak około trzeciej po południu; chyba że miała nieproszonych gości w łóżku. Wzięła prysznic, używając aromatycznego mydła liliowego elfów, którego zapach na długo pozostawał na skórze. Gdzieś z sypialni dolatywały dźwięki hitu dnia. Pewnie Liv już założyła słuchawki, racząc się swoimi japońskimi rockowymi kawałkami i oglądając przy tym nową dramę albo mroczne anime na swoim laptopie. Codzienność.
Nel delikatnie wmasowała balsam w ciało i stanęła przy swojej najcudowniejszej szafie, za którą jej poprzednik musiał zapłacić majątek. Dotknęła cudownie gładkiego, ciemnego drewna, ręcznie zdobionego w elfickie wzory. Cała jej sypialnia była książęca. Fira wiele wymagał, a mało robił dla miasta. Teraz cieszyła się dobrodziejstwem elfów. Starą toaletką, pełną jej skarbów, wielkim łożem królewskim, komodą, szafeczkami, kryształowym żyrandolem, miękkim dywanem, pięknym widokiem na góry Kaprovicze.
Gdy kobieta na stanowisku miała kochanka, musiała się jakoś zaprezentować. I wziąć pod uwagę, że jej zdjęcie może ponownie trafić na pierwszą stronę „Biuletynu Kaprovicze”. Albo jakiś cichy wielbiciel pstryknie jej fotki.
Biedny Brenn, musiała znów umówić się z nim do kina. Wcisnęła się w czerwone rurki i biały bawełniany podkoszulek. Czarny żakiecik rzuciła na łóżko. Z dna szafy wyjęła swoje szare szpilki i pasującą kolorystycznie torbę. Ostatni raz dotknęła szarej sukni z tafty, którą miała na sobie na ślubie Octavii. Sukienka, która przyniosła jej szczęście. Jej wizja elfickiej mgły, której ludzie nie potrafili wytworzyć. Ona również nie potrafiła, ale w tańcu z Silvą latała, a suknia była jej mgłą.
Zarumieniona usiadła przy toaletce, zrobiła espresso i makijaż, ukrywając cienie pod oczami. Obowiązkowa czarna kreska na powiece, trochę błyszczyka, rzęsy starannie wytuszowane. Skropiła się perfumami dobranymi do pory roku i owinęła szyję apaszką w serduszka.
Mało znaczące, co Nell? Od razu widać, że jesteś zakochana.
Jeszcze zegarek, kolczyki i wybiegła z sypialni.
Posyłając Liv uśmiech hieny cmentarnej, otworzyła okno, wpuszczając do środka zapach miasta. Nabrała go w płuca.
Potem poszła do Piekarni Słodki Palec i gawędziła z właścicielem. Wzięła tylko jedną jagodziankę, a zapasy zamówiła na Nekropole. Poplotkowali, omawiając wszystko, co wydarzyło się od wczoraj, potem Liv zabrała ją na obiad do restauracji. Nell i Liv odwiedziły Iwrę w kwiaciarni, pomogli jej trochę, rozmawiając z jej mamą Mają. I już po rozpoczęciu Fazy Księżyca, około siódmej wieczorem, szli na Nekropole. Jej królestwa.
Cmentarz elfów. Szybkie wyjaśnienie, aby nie było zdumienia, jak wtedy gdy ona pierwszy raz dowiedziała się, że zarządza cmentarzem. Elfy nie umierały, odchodziły do Kariny Wieczności. To zawsze uspokajało, kiedy widziała alejkę za bramą cmentarza, pełną kaplic stojących w równiutkim rządku. Masywne, marmurowe, z granitu: białego, czarnego, szarego. Z witrażami, kwiatami dokoła.
Ona to stworzyła. Ten urok miejsca, które wcale nie przypominało cmentarza. Otworzyła szeroko wielką bramę z kutego żelaza, zdobioną złoceniami. Lekki wietrzyk poruszał sosnami przy biurze zarządcy. Na kamiennej tablicy zawieszonej na budynku widniało:
Kornelia Azatka
Zarządca Nekropola
Serce jej rosło, gdy otwierała drzwi i światła momentalnie zapaliły się w przestronnym pomieszczeniu. Bawialnia dla interesantów z wielką sofą, telewizor na ścianie, stanowiska komputerowe i ryciny Nekropola z dawnych czasów. Jej lada w kształcie litery L, wykonana z jasnego drewna. Weszła za nią, gdy Liv zajęła swój fotel pod ścianą, za jej plecami na półkach widniały posegregowane aktówki mieszkańców Nekropola. Podłożyła pod policzek poduszkę, którą Nell jej kupiła w Piotroviczach, i ziewnęła.
Nell rzuciła torebkę na swoje krzesło, włączyła radio, nastawiła ekspres do kawy i zajęła się układaniem świeżych róż w porcelanowym wazonie na ladzie. Potem wzięła pocztę, posegregowała ją i długim korytarzem z oknami wychodzącymi na Nekropole ruszyła do części dla mieszkańców. Stukot jej butów odbijał się od płytek w opustoszałym pomieszczeniu. Korytarz kończył się łukowatym przejściem do holu, pod skręconymi schodami z drewnianą poręczą stał stolik z koszem na pocztę. Stanęła przy nim i włożyła do niego listy.
Dotknęła magnetycznej płyty wiszącej nad koszykiem i wyświetliły się na niej nazwiska tych, którzy dostali wiadomości. Cuda elfickiej techniki. Przydatne. Wspięła się po schodach, sprawdzając damską część: salonik, pokój bawialny i prysznice. Ręczniki leżały poskładane na szafce. To znaczyło, że Nina albo inna dziewczyna zdjęła je ze sznura na dachu. Czyściutko. Pachnąco, cudownie. Zabrała zawieszone na lustrze prośby o zakupy przyborów łazienkowych i kosmetyków, jeśli takowe były. W męskiej części, na dole, nie spodziewała się cudów, ale było coraz lepiej, trzy walające się ręczniki, które nie trafiły do pralek. Jeden szlafrok wiszący byle gdzie. Położyła go na drewnianej ławeczce przy szafkach. Sprawdziła czystość pryszniców, otworzyła okno, aby wpadł tu cudowny zapach jesieni i sosen.
Część jej pracy została wykonana. Wróciła do swojego biura, gdzie czekał na nią komitet powitalny. Liv obsługiwała przy ladzie dwóch elfów bojowych, częstując ich kawą i jagodziankami, które przysłano z piekarni. Dziś dyżur miał wysoki blondyn w typie Legolasa, Grat, i jego nowy towarzysz Alran. Mroczny. Długie czarne włosy, tatuaż na czole, ciemne oczy, coś w stylu jej przełożonego Kudra Sawirskiego, do tego elfi zielony płaszcz powiewający do posadzki.
Obaj skłonili przed nią głowy.
– Spokojniej Fazy Księżyca – powiedziała, kierując się za ladę.
– Spokojnej Fazy Księżyca – odparli grzecznie.
Wzięła swój kubek i nalała do niego kawy.
– Alran, przypomnij mi… pytałam, czy masz dziewczynę?
Elf zachichotał rozbawiony.
– Pytałaś, Nell, mam. Ursale.
– Cóż. Co dziś nowego mi przynosicie?
Grat posłał jej uśmiech.
– Jest odgórny rozkaz wypuszczania wszystkich obudzonych elfów.
Czyli Silva wydał rozkaz, bo ich potrzebował.
– A tak… jakieś wieści o naszym grasującym demonie?
Liv parsknęła.
– Naszym?
– A jak go nazwiesz? – zapytała, uśmiechając się, gdy usiadła na swoim krześle obrotowym, rozkoszując się kawą. – Znaleźliście go już?
– Nie, Nell – odparł Grat, wzdychając z rozczarowaniem. – Umyka. Podejrzenia padają na kogoś z magów.
– Magów? Znaczy jest sprytny?
– Maskuje się – odpowiedział Alran, wpychając do ust końcówkę jagodzianki. – Zaciera ślady swojej magii, wprowadzając nas w błędne koło poszukiwań.
– Rozumiem teraz, dlaczego potrzebujecie tropicieli.
Ukłonili się jej i skierowali w stronę bocznego wejścia na Nekropole, gdzie mieli swój patrol. Od momentu gdy demon pojawił się w granicach Kaprovicz, zwiększono patrole. Urząd Miasta wprowadził straże na Nekropole i wzmógł czujność w mieście, co oznaczało, że Silva miał ręce pełne roboty.
Jej. Miłe. Uśmiechała się, gdy mentalnie zawieszała klucze na ścianie obok bocznych drzwi na Nekropole. Klucze zabrzęczały. Niemal wszystkie. Niektórzy z nich wyjdą się zabawić jak bracia Kaproviczowie, inni wrócą do rodzin, a jeszcze inni tu zostaną, bo to ich dom. A myśliwi wyruszą w teren. Popijając kawę, popatrzyła na Liv, która wróciła na swój fotel. Drugi, stojący obok, był pusty. Liv zagarnęła obie poduszki.
Vin się spóźniał.
Skurczybyk.
Wyczuwała, że należy mu się bura. Ale też słodko ją wczoraj odtransportował do domu.
– Vin nie odwiózł cię wczoraj do domu? – zapytała przyjaciółki.
Liv wzruszyła ramionami, wyjmując z torebki laptop.
– Nie.
– A więc nie rozmawialiście jeszcze o tym, co was łączy?
Drgnęła, gdy włączyła laptop ustawiony na swoich kolanach. Gdzieś wewnątrz budynku rozbrzmiały kroki i śmiechy. Jej elfy się obudziły, żądne prysznica i wszystkich zabiegów higienicznych.
– Nie.
Jej ton był zbyt posępny, aby go zignorować.
– Co jest, Liv?
Brązowe oczy urodziwej elfiej czarownicy zatrzymały się na niej na chwilę.
– Nic. Ja i Vin jesteśmy przyjaciółmi.
– Auć.
– Nie. To dobrze – zaczęła szybko, nawet się uśmiechając. – Byłam wczoraj dość pijana i porozmawialiśmy. Szczerze.
– Kotku – mruknęła Nell, gdy pierwsze klucze zniknęły.
Dość nabuzowani i młodzi nie znali zwrotu „Dzień dobry, Nell”.
– Picie i szczerość się wykluczają. Pamiętasz, o czym gadaliście?
– O przyjaźni.
– I?
Spuściła głowę, przygryzając dolną wargę.
– Właśnie. Radzę ci przeprowadzić tę rozmowę drugi raz, okej?
Nie odpowiedziała, ale było za późno na ciągnięcie tych wyznań, gdy drzwi się otworzyły.
Ladę otoczyły radosne elfy. Nell musiała ich powitać, wymienić uprzejmości i ploteczki, poczęstować słodkościami. Państwo Teodor i Kamila Rusłanowie, starsze małżeństwo, obiecali jej przynieść jakieś nowe przepisy. Nell postanowiła uczyć się elfiego gotowania. Miała dla kogo… Chyba.
Potem zawitali Aleksander Maurod i jego matka Nina, której Nell zawdzięczała wiele.
Nawet to, że zachowała tę posadę.
Staruszka z jasnym warkoczem nachyliła się nad ladą ze szczerym uśmiechem.
– Aleksander ma dziś randkę z Mają – wyznała Nina podniecona. – Wywróż im przychylność Ridlów.
– Wywróżę – odszeptała, gdy wielkolud z jasną czupryną miał cierpiętniczą minę.
Nie każdy lubił słuchać, gdy jego matka o nim plotkowała.
– My z Iwrą idziemy na zakupy.
– Super.
– Zabieram wam ją na chwilę. Ale na pewno przyjedzie do was później.
Pomachała jej, gdy zniknęli. Iwra była odnalezioną córką Mauroda, elfa szlacheckiego. Stało się to dzięki drobnemu… błędowi Nell, która chciała ich zeswatać.
Klucze znikały, elfy rozmywały się we mgle, gdy drzwi rozwarły się i trzy wielkoludy obstąpiły jej ladę. Zanim zobaczyła mężczyzn, poczuła mocny zapach perfum. Bracia Kaproviczowie byli tak samo uroczy jak kłopotliwi. Wielcy synowie założyciela tego miasta. Archibalda i rusałki znad Jeziora Rusałek – Rij. David – ze słodszym uśmiechem i szramą nad górną wargą. Daniel – coś à la Vin Diesel w młodszym wydaniu. I Dominik – szczuplejszy, ale wyższy niż bracia i z jaśniejszymi włosami.
Zmora jej życia, a czasem pocieszne nicponie.
