Herbata z prądem w Watykanie. Z notesu agenta bezpieki - Jan Kochańczyk - ebook
Opis

Komunista z przekonania, doświadczony agent krakowskiej "bezpieki", ma dokonać nietypowego zamachu na papieża-Polaka. Nieoczekiwanie... sam musi walczyć o życie!

Nie żegna się jednak z podniosłymi ideami tworzenia raju na ziemi. Taki raj (z równym zapałem jak komuniści) próbują przecież budować na tym świecie także bracia-masoni. Czy to tylko "polityczna fikcja"?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jan Kochańczyk

Herbata z prądem w Watykanie

Z notesu agenta bezpieki

© Copyright by Jan Kochańczyk

& e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-807-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie

Spis treści
Wstęp
Część 1Czas działania
KRWAWA PIRAMIDA
KRAKÓW 1955
WYSZYŃSKIEGO OPIUM DLA LUDU
SOCJALISTYCZNA RODZINA
MOJE METODY
RUTYNOWE TORTURY
WATYKAN ZASKOCZYŁ NAS
WYROK NA WOJTYŁĘ
MOJA ŻYCIOWA ROLA?
ZAPIS ROZMOWY
W SIDŁACH BEZPIEKI
OD SZANTAŻU DO TRUCIZNY... DROGA REWOLUCJONISTY
DLACZEGO ZDEZERTOWAŁEM? – PLAN UCIECZKI
ZAPIS ROZMOWY KONTROLOWANEJ
LOCHY WATYKANU
BOND NA EMERYTURZE
Część 2Czas refleksji
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. KAROL MARKS
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. LENIN
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. STALIN
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. BERIA
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. CHRUSZCZOW
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. MAO ZEDONG
ROZRACHUNEK Z KOMUNĄ. GORBACZOW
KOSMICZNY KOWBOJ
FIDEL CZYLI:NIENAWIŚĆ
NAWRÓCENIE JERZEGO
Część 3Jaka przyszłość?
BARBARZYŃSTWO STARE I NOWE
KIM WŁAŚCIWIE BYŁ BEN MORTENSSON?
BARDZIEJ SKUTECZNI NIŻ KOMUNIŚCI?
KOMUNIŚCI CZY MASONI?
TO CO NAS ŁĄCZY: TERROR NIEZBĘDNY I KONIECZNY
TAJEMNICA SOPHIE
NAJPIERW WYGRAŁ STALIN, POTEM RETINGER
Część 4 Zakończenie„Testament mój”...
CZY TAK MUSIAŁO BYĆ?
NIEUCHWYTNY BEN
CZARODZIEJSKI FLET
POSTSCRIPTUM
ŻEGNAJ, SOPHIE!
Od redakcji
UZUPEŁNIENIE

Wstęp

 

Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Ci, którzy naprawdę wierzyli w idee Marksa, Lenina, Mao, Fidela...

Kiedyś i ja wierzyłem. Podobnie jak słynny angielski szpieg Kim Philby, wielbiłem surowych rewolucjonistów: Robespierre’a i Dzierżyńskiego. Gotów byłem zabijać w imię dobra całej Ludzkości. Komunizm gdzieś się nam jednak rozmywał w drobnomieszczańskim ciepełku. Świat do niego nie dojrzał. Jak sprowadzić do jednego mianownika potęgi przemysłowe Zachodu, rolniczą Azję, dziwaczne kraje islamu?

Potem wspierałem najbardziej radykalne loże amerykańskich masonów. Oni bardziej racjonalnie spoglądali na przyszłość naszej cywilizacji. Wiedzieli, że skoro dobra materialne tu, na naszej ziemi, są ograniczone, to trzeba do nich dopasować projekt budowy idealnego świata. Trzeba po prostu – w pierwszej kolejności – bezwzględnie ograniczyć liczbę ludzi na planecie.

Tam, gdzie moi oświeceni bracia mieli realne wpływy, w najbardziej rozwiniętych krajach, rzeczywiście doszło do ograniczenia przyrostu. Cóż z tego, skoro w zacofanej Azji, Afryce czy Ameryce Południowej nadal tyka bomba demograficzna? Najbardziej oświeceni myśliciele wpadają często z deszczu pod rynnę!

Zarówno w czasach mojej komunistycznej, jak i masońskiej przygody, za największego wroga uznawałem reakcyjny kler – szczególnie katolicki, z którym się musiałem zmagać od młodych lat w zacofanej Polsce. Poznałem go dobrze, bo w „bezpiece” już w latach Bieruta i Stalina rozpracowywałem znanych i mniej znanych księży – z późniejszym gwiazdorem, Wojtyłą na czele.

Kiedy Karol został papieżem, ja zbierałem cięgi, że nie zdołałem go odpowiednio wcześnie wyeliminować. Może go za bardzo zlekceważyłem? Poznałem go w czasie, gdy był skromnym, ledwo co widocznym, spokojnym ksieżyną. Jeździłem za nim na wyprawy kajakowe po Mazurach. Poczciwy Lolek, taki nieszkodliwy Don Kichot religijnego folkloru. Jako biskup też był nijaki, wbrew temu, co opisywali potem panegiryści. To właśnie ja – na swoją zgubę – wydałem opinię, że może jechać na sobór watykański, bo tam nie jest w stanie zaszkodzić sprawie polskiego socjalizmu. A właśnie tam poczciwina zamienił się w polityka. W dodatku stał się w końcu ulubieńcem następnego papieża i rozpoczął drogę do wielkiej, politycznej kariery.

Miałem naprawić swój błąd. Tak jest – właśnie ja. Niestety... W pamiętnym miesiącu, „fatimskim maju” aż nazbyt wiele pistoletów i karabinów jednocześnie było skierowanych w jeden, na pozór łatwy cel. Jak się okazało, zaczęły przeszkadzać sobie wzajemnie.

Kiedy przystępowałem do akcji, czyli do pierwszej próby zamachu na papieża Wojtyłę, byłem przekonany, że sytuacja jest bardzo klarowna. Tu MY, tam ON. Myliłem się. Przypadki niweczą niekiedy nawet najlepsze plany. Tak bywa, kiedy zbyt wiele pająków w jednym miejscu krzyżuje swoje sieci.

My, komuniści, mieliśmy jasne motywy. Po wyborze „papieża – Polaka” odżywały w postępowej z pozoru Polsce stare bakcyle klerykalizmu. Powstała reakcyjna, odśrodkowa siła, próbująca rozwalić nasz blok. „Polski papież” rozbudzał niebezpieczny prawicowy nacjonalizm; zachęcał otwarcie do walki z realnym socjalizmem. Najlepiej było go więc sprawnie i szybko wyeliminować z gry. Z kolei pobratymcy Ali Agcy działali w myśl nakazów świętej wojny, dosłownie rozumianych przez radykałów islamu. A trzecia siła? Co mieli do zyskania lub stracenia w światowej rozgrywce liberałowie z kręgów masońskich?

W połowie XX wieku mieli oni ogromne wpływy w Kościele katolickim. Po śmierci Pawła VI dążyli do wyboru swojego człowieka także w Watykanie. Chodziło oczywiście o rząd dusz nad milionami owieczek w najpotężniejszej, najbardziej cywilizowanej części świata. Byli blisko. Ich kandydat był pewniakiem. A jednak... po konserwatywnym Pawle VI wkrótce na tron Piotrowy wstąpił jeszcze bardziej konserwatywny katolik z Polski. Wróg racjonalnej przebudowy świata w duchu liberalnym. Wróg regulacji urodzin, kontroli przyrostu naturalnego w czasach, kiedy największym zagrożeniem dla świata stała się „bomba demograficzna”, przeludnienie, ponad miarę możliwości globu. Pigułki, prezerwatywy, radosny seks nie skierowany na bezmyślną prokreację – oto najprostsze sposoby rozwiązania problemu. Tymczasem zapatrzony w biblijne przykazania prymitywnych ludów sprzed tysięcy lat CIEMNOGRÓD nie akceptował nowych tablic wartości. Trzeba go było zaatakować w imię najwyższych wartości – w imię biologicznego przetrwania świata.

Trzy potężne siły próbowały zniszczyć łatwego do ustrzelenia człowieka. Mieli do dyspozycji najlepszych zawodowców, a jednak... Spartaczyli sprawę! To graniczyło z cudem i w dodatku dawało różnym bezmózgowcom „dowód” na istnienie Opatrzności. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Ale, ale – czy mam prawo surowo osądzać błędy innych, skoro sam zawiodłem? Moją słabością był strach, najzwyklejszy w świecie instynkt życia. On drwi sobie z naszych wyrozumowanych mądrości. Niestety.

 

 

 

 

 

Część 1Czas działania

 

KRWAWA PIRAMIDA

– Bogowie łakną krwi! – powiedział Jerzy. – Spójrz na szczyt tej piramidy. Tam uśmiercono tysiące młodych ludzi. Pięknym w swej bujnej młodości, a nieprzytomnym ze strachu, kapłani wyrywali serca. Wierzyli, że młoda, gorąca krew najbardziej smakuje bogom Azteków, Majów czy Inków. Musisz dokładnie opisać krwawe zwyczaje tych barbarzyńców, aby dostarczyć mi materiału do cyklu reportaży o religijnych zabobonach, zatruwających mózgi gorzej niż opium – jak pisał pięknie Karol Marks!

– A wcześniej Wolter – dodałem, bo rzeczywiście porównanie wyszło od autora „Kandyda”.

Byliśmy w sercu Meksyku, w dniu równonocy wiosennej 1955 roku, wmieszani w tłum ludzi z różnych stron świata, przed słynną piramidą Kukulkana, boga Majów – Upierzonego Węża. Wspaniała była ta nasza wyprawa do miasta starożytnych Majów na Jukatanie. Obserwowaliśmy niezwykłą grę światła i cienia; sprytną sztuczkę dawnych architektów. Padające na balustradę schodów piramidy promienie słońca dwa razy w roku wywołują efekt pełzającego węża. Sztuczka zachwycająca nawet dla nieskorych do entuzjazmu turystów z racjonalnej Europy, która zrodziła Epikura, Woltera i Karola Marksa... Wmieszani w tłum, klaskaliśmy jak dzieci – ja – religioznawca z Krakowa i on – czołowy pisarz Polski budującej socjalizm w okresie tuż po śmierci Stalina. Był wtedy wiceprzewodniczącym Związku Literatów i szefem Podstawowej Organizacji Partyjnej. Dzięki niemu zwiedziłem kawał świata; nie dla płochej rozrywki, ale dla zbożnego celu tropienia religijnych zabobonów i pokazywania ich w książkach szalenie popularnych w całym bloku krajów socjalistycznych. Muszę przyznać, że sympatia mojego mentora i opiekuna była dla mnie czasami kłopotliwa, bo krążyły plotki o jego nietypowych obyczajach erotycznych, ale wszelkie podejrzenia co do naszych wzajemnych stosunków były bezpodstawne. Prawdopodobnie sześćdziesięcioletni wtedy pisarz, jeżeli już – to wolał bardziej zielone ode mnie owoce. Nasza przyjaźń była pozbawiona jakichkolwiek podtekstów. Jurek cenił mnie za dużą wiedzę o mitach, obyczajach i praktykach religijnych przedstawicieli różnych cywilizacji. Dostarczałem mu tworzywa do popularnych książek, wysoko cenionych dawniej nawet przez samego Stalina, a sam przy okazji pisałem (pod pseudonimem) wielokrotnie nagradzane prace naukowe.

Wspaniała, kolosalna bryła piramidy Kukulkana przypominała czasy piekielnych procesji, prowadzących spod jej ścian do świętego Cenote, jeziora ofiar z ludzi. Oczarowani wędrówką Upierzonego Węża po murach jego zamku, ruszyliśmy dawnym szlakiem pielgrzymkowym, wmieszani w grupę podekscytowanych Indian.

– Podobno Majowie dosyć rzadko składali swoim bogom ofiary z ludzi – mówił Jerzy, ocierając pot z czoła i ciężko wzdychając z powodu upału i kurzu po drodze.

– Na pewno rzadziej niż krwiożerczy Aztekowie z okolic dzisiejszej stolicy Meksyku – powiedziałem. – Krew jednak uznawano za najcenniejszy przysmak bogów i nie skąpiono jej podczas świąt religijnych... Nawet królowie poświęcali kilka kropel swej szlachetnej krwi na ołtarzach. Jeńcy wojenni często stanowili mięso bogów...

– Bezlitośnie zabijano najpiękniejsze dzieci i młodzieńców w rozkwicie chłopięcej urody! – mówił wzburzony Jerzy.

– Tak... Poświęcano też najpiękniejsze dziewczęta! Znakomity uczony amerykański Edward Thompson, który prowadził badania właśnie tutaj, w Chichen Itza, opisywał krwawe procesje kapłanów ze schodów piramidy Kukulkana, wiodących pod strażą przerażone ofiary tą naszą Świętą Drogą w stronę Jeziora Ofiar. Wśród łomotu bębnów, wycia piszczałek, zawodzenia fletów, wrzucano do wody piękne dziewice i dorodnych jeńców–wojowników... Thompson był pionierem archeologii podwodnej. Wydobył z dna jeziora wiele szkieletów ludzkich. Na początek zidentyfikował 21 szkielecików dziecięcych, 13 szkieletów młodych mężczyzn i 8 kobiecych...

– Podobno nie odczuwali bólu, bo podawano im silne narkotyki.

– Z tym różnie bywało. Thompson odkrył na dnie jeziora wiele cennych klejnotów, rzucanych bogom na ofiarę – a wśród nich ozdobne noże obrzędowe z krzemiennymi ostrzami. Służyły do wyrywania serc z piersi ofiar. Zamieniały się one w krwawiące, rozedrgane rany... Czy jakikolwiek narkotyk może być skuteczny w obliczu wymyślnych tortur?

Stanęliśmy nad brzegami świętego jeziora Majów.

– Dziwne: jak twórcy wspaniałej cywilizacji, tworzący arcydzieła architektury i precyzyjne kalendarze, genialni matematycy – mogli być zdolni do takiego barbarzyństwa! – wzdychał Jerzy.

– Inna była cena życia ludzkiego w tamtych czasach – mówiłem ściszonym głosem, patrząc w lustro wody. – Mieszkańcy tych stron byli mniej wrażliwi od nas, delikatnych Europejczyków. Hitlerowscy oprawcy często mdleli na widok krwi... Karabiny maszynowe oddaliły ofiary sprzed oczu katów. Komory gazowe zamieniały szybko krwawą miazgę ludzką w higieniczny proch... Tymczasem Aztekowie czy Majowie ściągali często skóry z ludzkich ofiar, naciągali je na siebie i paradowali w takich „strojach” przez długie tygodnie. Nie myli się, nie kąpali, nie mieli odruchów wymiotnych...

– Byli przekonani, że takie zachowanie błogosławią bogowie. Religia jest opium, niszczącym ludzki rozum i odruchy humanitarne.

– Tak. Wybitny uczony Sylvanus Morley w książce o obyczajach Majów dokładnie opisywał krwawe ceremonie tych amerykańskich tubylców – podobno bardziej „humanitarnych” od złowrogich, wojowniczych Azteków! Ofiary rozbierano, ciała malowano na niebiesko – ulubiony kolor bogów. Nakrywano spiczastą czapeczką i prowadzono na plac ofiarny na dziedzińcu świątyni lub wierzchołku piramidy. Najpierw wypędzano złe duchy, potem smarowano niebieską farbą ołtarz, zbudowany z wypukłego kamienia, aby lepiej prężyła się do góry klatka piersiowa ofiary. Czterej kapłani chwytali ofiarę i kładli na ołtarzu. Zbliżał się mistrz ceremonii z ostrym nożem krzemiennym i wbijał ostrze pod żebro ofiary, poniżej lewej piersi. Zanurzał rękę w ranę, wyciągał tętniące jeszcze serce i podawał drugiemu kapłanowi. A ten gorącą krwią z serca smarował posąg bóstwa. Jeżeli składano ofiarę na wierzchołku piramidy, ciało zabitego rzucano niżej, na dziedziniec. Tam kapłani niższej rangi obdzierali zwłoki ze skóry. Jeden z mistrzów ceremonii zdejmował szaty obrzędowe i zakładał na siebie ciepłą jeszcze ludzką skórę... Zaczynały się radosne pląsy kapłanów i wiernych...

Zapatrzony w lustro wody nie zauważyłem, że wrażliwy Jurek zbladł i dostał mdłości podczas tej mojej opowieści. Usiadł nad brzegiem Jeziora Ofiar. Zwilżyłem mu skronie lodowatą wodą.

Taki wrażliwy, a jednak... Po powrocie dał znacznie bardziej drastyczne opisy obyczajów religijnych Majów, Azteków czy Inków, aniżeli moje dosyć rzeczowe opowiadanie. Jego cykl książek „Religia to opium ludu” nie był wcale lekturą dla grzecznych panienek. Przypominał raczej obozowe opisy Tadeusza Borowskiego. Nie wiem, jaka była w istocie owa „wrażliwość” pisarza. Chwila słabości w Chichen Itza daje Jerzemu chyba jednak bardzo dobre świadectwo.

 

***

 

Praca w muzeum etnograficznym była doskonałą przykrywką dla mojego właściwego zajęcia. Jeżeli byłem naukowcem, to raczej takim bardziej w stylu Indiany Jonesa i Jamesa Bonda. Przede wszystkim i na całym etacie pracowałem jako główny ekspert krakowskiego Urzędu Bezpieczeństwa do spraw religii i walki z zabobonami. Moim głównym przeciwnikiem był zacofany polski kler, kompletny anachronizm w Polsce budującej socjalizm. Moje ekspertyzy wyznaczały główny front walki ideologicznej, zmagania o nowego człowieka. Wydawało mi się, że zwycięstwo będzie szybkie i łatwe. Zabobony powinny niknąć w blasku rozumu. Ja – miłośnik Epikura, Woltera, Diderota, Feuerbacha, Engelsa i Marksa – byłem przekonany, że samo upowszechnienie oświaty wyzwoli ludzkość z mroków średniowiecza. Lekceważyłem przeciwnika. Osobniki takie, jak kardynał Wyszyński czy biskup Wojtyła wydawały mi się ostatnimi religijnymi fanatykami, skazanymi na klęskę po rychłym zniknięciu ze sceny świata gromady starych bab i dewotek.

Zafascynowany wielkimi kulturami starożytności, etnograf z wykształcenia, obrałem sobie dźwięczny i popularny wkrótce w pewnych kręgach krakowskich pseudonim: Kukulkan. Przypominał mi piękne wyprawy do Meksyku, kraju Upierzonego Węża...

 

 

 

 

 

KRAKÓW 1955

Ja dostarczałem fakty i anegdoty, naświetlające zgubny wpływ religijnych zabobonów w różnych częściach świata, Jerzy zaś uważnie słuchał, notował, a potem przerabiał w barwne opowieści. Przy okazji zastanawialiśmy się nad zaciętym oporem kleru, wykorzystującego ciemnotę polskich robotników i chłopów, przywiązanych do katolickich rytuałów, świętych obrazków, odpustów, chrzcin, ślubów. Najczęściej spotykaliśmy się w obszernym krakowskim mieszkaniu pisarza, gdzie urządził sobie wspaniałą bibliotekę. Książki naukowe i popularnonaukowe z różnych dziedzin wiedzy, w kilku najważniejszych językach świata, były bardzo pomocne podczas naszej pracy. Zazdrościłem mu wspaniałej biblioteki, odziedziczonej po przodkach. Ten czołowy twórca realizmu socjalistycznego pochodził z zamożnej, burżujskiej rodziny. Podczas wojny wiele stracił, pozostało mu jednak piękne mieszkanie w starej krakowskiej kamienicy i... skłonność do wygodnego, bynajmniej nie proletariackiego życia. Władza ludowa w epoce Bieruta, a później Gomułki, wiele mu wybaczała, był bowiem prawdziwą ozdobą siermiężnych socjalistycznych salonów, które rozkwitały jak polne bratki nawet w krajach ludowej demokracji. Jerzy uprzedzał jakiekolwiek krytyki, kiedy widział zdumienie towarzyszy na widok jego zagranicznych garniturów, cygar czy kapitalistycznych trunków. Mawiał często:

– Praca nad rewolucyjną strategią wymaga odrobiny spokoju i wygody. Przecież sam Lenin dbał o to, aby nie rozpraszały go przyziemne troski życia. Nigdy nie miał większych problemów finansowych, odważnie korzystał z partyjnej kasy. Przysyłał do znajomych w carskiej wtedy jeszcze Rosji, piękne listy z Paryża, Zurychu, Krakowa, Kuokkoli. Uprawiał sporty, świetnie jeździł na nartach, na rowerze, lubił romantyczne spacery w towarzystwie Nadii Krupskiej i pięknej Inessy Armand... Inessa grała mu na fortepianie sonaty Beethovena, szczególnie ulubioną „Appasionatę”... Z południa Francji Lenin pisał do przyjaciół w kraju: „Cudownie tu: słońce, ciepło, sucho, południowe morze”. Ludzie, którzy tworzą historię, zasługują na wygody życia...

Towarzysze niewiele wówczas wiedzieli o prywatnym życiu wielkiego Lenina, więc na ogół zmieniali temat i... z wykazywali większe zrozumienie dla dość burżujskich nawyków pisarza. Ja odważyłem się tylko zapytać, skąd Lenin brał pieniądze na dosyć luksusowe przyzwyczajenia.

– Skąd? Potrafił sprytnie wykorzystywać kapitalistów, którzy uważali, że są w stanie wykorzystać jego! Burżuje rosyjscy chcieli poprzez swoje brudne datki skorumpować rewolucjonistów. Milionerzy, tacy jak na przykład Morozowowie, wpakowali w bolszewików tysiące dolarów. Na swoją zgubę, bo rewolucjoniści bez skrupułów brali pieniądze, aby je wykorzystać na wielką sprawę. Obowiązywało dowcipne hasło Lenina: „Grabimy zagrabione”!

– Stalin jednak prowadził ascetyczne życie. Nawet kiedy był przywódcą połowy ludzkości, chodził w skromnym wojskowym mundurze – zauważyłem.

– Stalin unikał burżuazyjnego luksusu, ale tak organizował sobie życie, żeby nie zawracać sobie głowy przyziemnymi troskami. Tuż po zwycięstwie Rewolucji Lenin dał mu mieszkanie na Kremlu, dodatkowe przydziały żywności i specjalny pociąg do wyłącznej dyspozycji. I słusznie! Podstawowe zasady organizacji pracy wymagają, by dbać o warunki życia i pracy najważniejszych w danym momencie ludzi. Lenin zresztą nie dbał o jakieś nadmierne luksusy. Od szampana wolał na przykład zwykłe, robociarskie piwo!

Sam Jerzy nie cenił jednak robociarskiego piwa, wolał koniak i whisky; dlatego dzięki niemu, podczas naszych prac, mogłem poznać smak wytwornych, drogich kapitalistycznych trunków, które pisarz przywoził z zagranicy swoim eleganckim fordem. Nauczyłem się też smakować różne wymyślne zachodnie potrawy, które przyrządzała nam krakowska gosposia Jerzego, dziarska staruszka, związana z jego rodziną od przedwojennych lat. Najważniejsze jednak były, oczywiście, nasze uczty duchowe. Jeden przyświecał nam najważniejszy cel: szybka i skuteczna walka z religijnym opium. Podczas jednego spotkania roboczego dyskutowaliśmy, dlaczego dotychczasowe posunięcia władz są tak nieskuteczne.

– Ciągle spotyka się przypadki ślubów kościelnych i chrztów nawet wśród aktywu partyjnego, wśród żołnierzy i policjantów! – oburzał się Jerzy. – Prymas siedzi w więzieniu i pewnie knuje jakieś spiski... A przecież powinien być wyeliminowany, albo zmuszony do samokrytyki! Brakuje zdecydowania Lenina. On w kilka dni po zwycięstwie rewolucji wydał zarządzenie o likwidacji relikwii. Patriarcha Tichon został aresztowany i pod wpływem chłopaków Dzierżyńskiego szybko wyraził skruchę za „przestępstwa przeciwko ustrojowi państwowemu”. Odciął się od kontrrewolucji, nakazał swoim klechom oddawanie na rzecz nowej władzy dzwonów kościelnych... Wtedy bolszewicy nie patyczkowali się. Jeśli ktoś próbował ukryć przedmioty sakralne – kara śmierci! Cerkwie zamieniano na składy lub kluby, czy magazyny przemysłowe. Lenin mówił dowcipnie: „Elektryczność zastąpi chłopu Boga. Niech chłop się modli do elektryczności, wtedy bardziej odczuje potęgę władzy centralnej. Ona zastąpi mu niebo!”

– Poniekąd tak się stało – powiedziałem. – Sam Lenin jest traktowany jak bóg rewolucji, ma swoje mauzoleum... Jako znawca religii z pewną obawą patrzę na pewne niezbyt racjonalne przejawy... Jakby tu rzec...

– Ależ to są bardzo racjonalne zachowania władzy ludowej! – krzyknął Jerzy. – Musimy brać pod uwagę poziom wykształcenia, a wręcz, mówiąc wprost, ciemnotę mas, które potrzebują sacrum. Społeczeństwo nie składa się z samych Wolterów i Diderotów. Kiedyś tak zapewne będzie. Na razie musimy iść na skróty i z rozmysłem szerzyć „ludowy mistycyzm” w miejsce starych reakcyjnych wierzeń. To tylko pewna faza, którą szybko przekroczymy, w miarę rozwoju oświaty. Myślisz, że Lenin czy Stalin chcieli być „Bogami”? Nie. Ale bez sakralizacji rewolucji nie trafiliby do ciemnych mas.

– Może to i racja... My musimy pracować usilnie, aby ten okres przejściowy trwał jak najkrócej – powiedziałem raczej bez przekonania. – Zajmiemy się krytyką klerykalnych zabobonów, walką z kościelnym ciemnogrodem, oświatą. Przyznam jednak, że masz najzupełniejszą rację: leninowska metoda rewolucyjnej przemocy wobec kleru wydaje mi się lepsza i skuteczniejsza niż ta nasza bierutowska łagodność...

– Absolutnie tak! – zawołał Jerzy. – Ginie gdzieś w nas bojowy duch Dzierżyńskiego. Czyżby przetrwał już tylko w entuzjastycznych okrzykach poetów? Właśnie wpadł w moje ręce wiersz kolegi Buki „Imperializm”. Takich wierszy nam trzeba, ale też i praktyki w duchu tej poezji:

 

Ogniem wypalić głód i lichwę!

Pięścią w ten pysk, co skórę z ciała zdarł już!

– W dzwon biję, krzyczę i nie ścichnę,

Aż nie zrąbie twych łap proletariusz –

i gdy ty łeb swój wzniesiesz nad Europą,

wściekłymi ślepiami się rozpalisz –

on wstanie tłumem i stanie piechotą,

i zdepce jak psa – imperializm!

 

– Rewolucyjne wiersze nie zastąpią rewolucyjnej praktyki – rzekłem. – Podobno sam Stalin zalecił Bierutowi łagodne potraktowanie Kościoła w Polsce, drogę powolnej ewolucji. Sam podczas wojny przeprosił się z Cerkwią...

– Stalin? Ależ skąd. On miał na głowie cały świat. Jemu nigdy nie brakowało zdecydowania. Dowiedziałem się właśnie, że w roku 1948 wyraził zgodę na dokonanie zamachu na zdrajcę Tito. Wysłał słynnego agenta Maksa do Belgradu, aby za pomocą bezgłośnego urządzenia pod ubraniem rozpylił w gabinecie marszałka bakterie dżumy płucnej... Sam Maks wziął surowicę przeciwdżumową... Zamach się nie udał... Ale nauka pozostaje: wrogów rewolucji trzeba traktować jak szkodników i niszczyć wszelkimi sposobami. Powiem ci w tajemnicy, że dyskutowałem z wybitnymi lekarzami na temat nowoczesnych broni bakteriologicznych... Cnotliwy w oczach polskiego ludu kler mogłaby ośmieszyć i skompromitować epidemia groźnych chorób wenerycznych.

– To jednak chyba melodia dalekiej przyszłości.

– Może nie tak odległej, jak myślisz. Jedna mała kontrolowana epidemia pomogłaby usunąć niebezpieczną zarazę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ze skali niebezpieczeństwa. Znam przedwojenne antykomunistyczne książki prymasa Wyszyńskiego. To nieubłagany wróg, podstępny i chytry jak lis!

 

 

WYSZYŃSKIEGO OPIUM DLA LUDU

Kiedy Karol Wojtyła został papieżem, natychmiast przyćmił gwiazdę „Prymasa Tysiąclecia”, czyli Wyszyńskiego. Muszę przyznać, że nie doceniałem także należycie roli, jaką w walce z komunizmem odegrał Wyszyński. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że nigdy go osobiście nie rozpracowywałem. Bliższe mi było środowisko krakowskie. Prymas był suchym, na pozór oderwanym od świata mistykiem, intelektualistą, miał utrudniony kontakt z masami. Bardziej niż osobista charyzma oddziaływała na wiernych jego funkcja i mit męczennika. Dlaczego do tego dopuszczono?! – Byłem zawsze wrogiem półśrodków. Skoro zdecydowano się walczyć z prymasem po jego reakcyjnych wystąpieniach jeszcze w latach stalinowskich, to trzeba było dać ludziom męczennika, ale... martwego.

Lekceważyłem surowego, mrukliwego intelektualistę. Takie stwarzał pozory. Wyszyński tymczasem okazał się groźnym, podstępnym przeciwnikiem zarówno naszej oświaty, jak i naszego rozumu. Mój krakowski biskup Wojtyła przypominał energicznego, ale prostodusznego LWA, prymas natomiast okazał się chytrym LISEM.

Cały ogrom jego przebiegłości dostrzegłem właściwie dopiero w kilka lat po jego śmierci, kiedy wpadła mi do ręki wydana w roku 1938 książka młodego Wyszyńskiego „Inteligencja w straży przedniej komunizmu”. Ze zdumieniem stwierdziłem, że ten nasz zaciekły wróg miał ogromny talent literacki i propagandowy. Znakomicie potrafił obrzydzać opinii publicznej radziecką próbę budowy nowego świata. Ciekawe, skąd miał tak wiele informacji o stalinowskich poczynaniach? Wtedy, w roku 1938, stwierdzał w swojej książce:

‚Walczą ze sobą dwa światy, dwa porządki: ateistyczny komunizm i chrześcijaństwo. Ścierają się dwie wielkie zasady: nienawiści i miłości. Bolszewizm wywiera na inteligencję tak silny wpływ przez to, że realizuje on rzekomo sprawiedliwość społeczną... Celem bolszewizmu jest ogólnoświatowy przewrót cywilizacyjny, wyniszczenie kultury chrześcijańskiej».

Wyszyński nagłaśniał przemyconą w połowie lat trzydziestych XX wieku do Polski książkę więźnia obozów pracy, Iwana Sołoniewicza „Rosja w obozie koncentracyjnym”:

„Cofnęliśmy się do wieku XV. Tu w obozie można żyć tylko będąc zwierzęciem. Silnym zwierzęciem. Ja jestem inteligent, pracownik umysłowy, ja mięśni swych nie rozwijałem. Myślałem, że żyję w XX wieku. Nie przypuszczałem, że możliwy jest powrót do epoki kamiennej. A oto przeżywamy ją i ja muszę zginąć, ponieważ do epoki tej nie jestem dostosowany”.

Inteligenci – pięknoduchy w czasach Stalina rzeczywiście byli zmuszani do roboty. Tego wymagała sytuacja. Komunizm miał być zbudowany prędko. To wymagało ofiar.

Wyszyński litował się nad ofiarami rewolucji. Opisywał smutny los sierot, bezdomnych, porzuconych... Owszem, los sierot był smutny, ale przecież stanowiły one po prostu ofiary krwawej wojny domowej, prowadzonej przez „białych”, którzy nie chcieli szybko ustąpić z areny dziejów. Wyszyński – mistrz propagandy – nie analizował wielkich procesów historycznych, tylko podsuwał pod oczy sentymentalnych Polaków ponure obrazy wynędzniałych dzieci w Rosji w czasach Stalina. Rozczulał słowiańskie serca losem 11–letniej dziewczynki, sieroty, wynędzniałej, schorowanej – skóra i kości... Ten głodny szkielecik wyrwał z rąk więźnia gułagu rondel z pomyjami. Dziewczynka rzuciła się na tę marną strawę, potem na darowaną skórkę chleba, a „po jej brudnej twarzyczce płynęły łzy przestrachu”.

Wyszyński już w roku 1938 odwoływał się do polskiej religijności ludowej (w późniejszym stylu Wałęsy i jego rodziny), do kultu Matki Boskiej. Zamach na nią mógłby wzbudzić wybuchy fanatyzmu. Po latach, w czasach komunizmu, Wielki Prymas sięgnął do tych swoich przemyśleń i – rzeczywiście – rozbudził religijny fanatyzm w tłumach pod Jasną Górą, w pielgrzymach niosących święte obrazy na polskich drogach.

Podstępny ksiądz pilnie obserwował dzieje komunizmu w Związku Radzieckim. Już po wojnie, kiedy Polska znalazła się w obozie Stalina, pisał:

„Badając uważnie rozwój dziejowy Rewolucji Październikowej, mogłem zauważyć, że stosunek taktyczny do religii ulegał zmianie, idąc po linii elastycznej. Początkowy brutalizm, na poziomie procesów, muzeów bezbożniczych, zamykanych cerkwi, rabowanych cudownych obrazów, załamał się, ustępując miejsca metodzie Dymitrowa. A gdy przyszła „wielka wojna narodowa”, rząd ZSRR poszedł na „cichą ugodę” z Cerkwią. Oczywiście, była to ugoda przy łożu umierającego; ale jednak istniały jeszcze w społeczeństwie siły, które nakazywały tę ugodę. Ta ewolucja wskazuje, że każda forma rządu, nawet tak bezwzględna, powoli stygnie i bieleje, w miarę jak napotyka na trudności, których sam urzędnik bez pomocy społeczeństwa rozwiązać nie może”.

Prymas sformułował program „drobnych kroczków” i rozmiękczania komunizmu w kraju Bieruta i Gomułki. Działał poprzez dewotki i dewotów. Zalecał im taktykę biernego oporu, stare recepty Gandhiego.

Wyszyński pierwszy opracował polską taktykę biernego oporu w walce z komunizmem. Po nim pałeczkę przejął Karol Wojtyła. Doszło do pokojowego przewrotu, wbrew polskim romantycznym tradycjom! Bo przecież „walecznym” potomkom Wysockiego i Traugutta trudno było zachować spokój. Sam Wałęsa mówił w rozmowie z Orianą Fallaci:

– Nikt nie powie, że jesteśmy tchórzami. Jestem gotów umrzeć, choć nie jestem równie gotów zabijać. Ja nie umiem zabić nawet kury na rosół, żołądek mi się wywraca, gdy patrzę jak ktoś to robi. Ale gdyby chodziło o obronę mojego kraju, mojego domu, moich dzieci, moich towarzyszy pracy, nie zawahałbym się...

Tak mówił Wałęsa podczas spotkania z włoską dziennikarką. Tego fragmentu potem nie wydrukowano, ale mam go z podsłuchów służb bezpieczeństwa, które dokumentowały działalność Wałęsy.

Polacy w latach zrywu solidarnościowego, pod patronatem prymasa i papieża, spotykali się w kościołach, kaplicach... Mistyka chłodziła gorące temperamenty. Może dlatego nie doszło do ogólnonarodowego „targania po szczękach».

Po Wyszyńskim „Solidarność” odziedziczyła chytrość lisa. Komuniści nie docenili przebiegłości prymasa.

 

 

 

SOCJALISTYCZNA RODZINA

Pod jednym względem James Bond miał rację: as wywiadu powinien być wolny od jakichkolwiek więzi rodzinnych, aby uniknąć kłopotliwych obciążeń w swojej pracy. Żona, dzieci, przyjaciele – to niepotrzebny balast, który może przeszkadzać agentowi w chwili próby. Więzi rodzinne ograniczają gotowość ryzykowania życiem, kiedy to jest konieczne. Wróg może wykorzystać twoje uczucia do bliskich, aby cię szantażować.

Ja jednak musiałem mieć żonę i zwykłą (na pozór) rodzinę, bo pracowałem w środowisku duchownych katolickich i konserwatywnych wiernych. Bezdzietny kawaler – jeśli nie ma święceń – jest wśród religijnych opętańców podejrzany. Załatwiono mi więc, w ramach „bezpieki”, bardzo przyzwoitą rodzinę, z którą się mogłem pokazywać na nabożeństwach, pielgrzymkach, opłatkach, czy wieczorach kolęd.

Żona Teresa, wybitny talent matematyczny, to Polka wykształcona w Moskwie. W Krakowie wykładała na Politechnice i kontrolowała z ramienia KGB środowisko naukowe. Przybrane córki bliźniaczki to sieroty z Kijowa, które wychowywaliśmy dla niepoznaki w duchu dość liberalnego katolicyzmu. W wieku dojrzewania pojawiły się u nich, na szczęście, młodzieńcze bunty i wątpliwości co do religijnych zabobonów. Potrafiły się jednak zawsze zachowywać godnie i stwarzać pozory żarliwej pobożności – choćby z uwagi na „pobożnych” rodziców.

Żona i córki to właściwie obcy dla mnie ludzie. Tak być powinno; a jednak przebywanie pod jednym dachem sprzyja powstawaniu więzów bliskości, bardzo podobnych do więzów krwi. Fatalna sprawa.

Przyszywaną żonę i