Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood. Kulisy zbrodni Mansona - Vincent Bugliosi, Kurt Gentry - ebook
Opis

Światowy bestseller i arcydzieło literatury faktu!

Kronika jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii USA

9 sierpnia 1969 roku w posiadłości przy Cielo Drive w zamożnej dzielnicy Los Angeles została zamordowana piękna aktorka, żona reżysera Romana Polańskiego, Sharon Tate, a wraz z nią ich nienarodzone dziecko. Oprócz Tate zginęli jej goście: słynny fryzjer hollywoodzkich gwiazd Jay Sebring, przyjaciel Polańskiego z czasów studiów w łódzkiej filmówce Wojtek Frykowski i jego narzeczona, córka potentata kawowego, Abigail Folger. Piątą, przypadkową ofiarą był Steven Parent, 18-letni znajomy dozorcy. Za tymi morderstwami stał Charles Manson i członkowie jego grupy religijnej zwanej Rodziną. Dzień później z ich rąk zginęły dwie kolejne osoby.

Dlaczego młodzi ludzie zabijali na rozkaz Mansona? Co wspólnego z tą okrutną zbrodnią ma piosenka zespołu The Beatles Helter Skelter?

Vincent Bugliosi, główny oskarżyciel w najgłośniejszym w dziejach amerykańskiego sądownictwa procesie, odpowiada na pytania, które dziś nadal nie przestają intrygować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 956

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Vincent Bugliosi, Kurt Gentry Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood. Kulisy zbrodni Mansona Tytuł oryginału Helter Skelter: The True Story of the Manson Murders ISBN Copyright © 2018 by Vincent Bugliosi and Curt Gentry Copyright © for the Polish translation by Mirosław P. Jabłoński, 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Korekta Paulina Jeske-Choińska, Paulina Kaczmarek Projekt layoutu i łamanie Teodor Jeske-Choiński Zdjęcie na okładce: AP/EAST NEWS Projekt graficzny okładki Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Część 1 – MORDERSTWA

9 sierpnia — 14 października 1969

Jak to jest być jednym z pięknych ludzi?

The Beatles Baby You’re a Rich Man z albumu Magical Mystery Tour

Sobota, 9 sierpnia 1969

Było tak cicho, że niemal dało się słyszeć grzechot kostek lodu w shakerach do drinków w domach stojących wzdłuż drogi w kanionie, powie później jeden z zabójców.

Otaczające Hollywood i Beverly Hills kaniony robią z dźwiękami różne sztuczki. Wyraźne odgłosy pochodzące z miejsca oddalonego o dwa kilometry mogą być nieuchwytne dla ucha z dystansu kilkudziesięciu metrów.

Tej nocy było gorąco, ale nie tak, jak poprzedniej, gdy temperatura nie spadała poniżej 34 stopni. Fala trwających trzy dni upałów zaczęła się załamywać kilka godzin wcześniej, około 22.00 w piątek — ku psychicznej i fizycznej uldze tych mieszkańców Los Angeles, którzy pamiętali, że zaledwie cztery lata wcześniej w taką właśnie noc w Watts doszło do aktów przemocy. Chociaż znad Pacyfiku nadciągała przybrzeżna mgła, samo Los Angeles pozostawało gorące i duszne, kisząc się we własnych wyziewach. Za to tutaj, wysoko ponad większą częścią miasta, a zwykle także powyżej warstwy smogu, było co najmniej 6 stopni chłodniej. Nadal jednak było na tyle gorąco, że wielu mieszkańców tych okolic spało przy otwartych oknach, licząc na zbłąkany podmuch bryzy.

Zważywszy to wszystko, wydaje się zaskakujące, że większość ludzi niczego nie słyszała — ale było wówczas późno, tuż po północy, a dom pod numerem 10050 przy Cielo Drive stał na uboczu.

Odosobnienie stanowiło jego słaby punkt.

Cielo Drive to wąska ulica, która odchodząc od Benedict Canyon Road, zaczyna się nagle wić pod górę. Ta ślepa uliczka — łatwa do przeoczenia, choć znajduje się dokładnie naprzeciwko Bella Drive — kończy się przy wysokiej bramie posesji numer 10050. Za ogrodzeniem nie widać ani głównej rezydencji, ani domku gościnnego, stojącego nieco z tyłu. Natomiast przy końcu wybrukowanego podjazdu wyłaniał się róg garażu i, trochę dalej, drewniany parkan, który — chociaż był dopiero sierpień — zdobiły choinkowe lampki.

Światełka, widoczne z drogi wiodącej od Sunset Strip, zostały zawieszone przez aktorkę Candice Bergen, gdy mieszkała tu z poprzednim lokatorem posiadłości, Terrym Melcherem, producentem telewizyjnym i fonograficznym. Gdy Melcher, syn Doris Day, przeprowadził się do stojącego na plaży w Malibu domu swojej matki, kolejni najemcy pozostawili światełka. Tej nocy paliły się, jak zwykle.

Odległość od frontowych drzwi rezydencji do bramy wjazdowej wynosi ponad 30 metrów. Od bramy do najbliższego domu, przy Cielo 10070, jest prawie 90 metrów.

W domu przy Cielo Drive 10070 państwo Seymour Kott leżeli już w łóżku (goście, którzy byli na kolacji, wyszli około północy), gdy pani Kott usłyszała coś, co brzmiało jak trzy czy cztery wystrzały z broni palnej, oddane w krótkich odstępach czasu. Odgłosy te zdawały się dobiegać od strony bramy posiadłości 10050. Nie spojrzała na zegarek, ale twierdziła później, że musiało to być pomiędzy 00.30 a 1.00 w nocy. Po chwili pani Kott zasnęła.

Tim Ireland był jedną z pięciu osób sprawujących opiekę nad całonocnym biwakiem trzydziestu pięciu dziewczynek z Westlake School for Girls, obozujących pod gołym niebem w odległości ponad kilometra od Cielo Drive 10050, dokładnie na południe od posiadłości. Pozostali opiekunowie spali, ale Ireland czuwał przez całą noc. Mniej więcej o 00.40 usłyszał coś, co wydało mu się samotnym męskim głosem, dobiegającym z dużej odległości z północy lub z północnego wschodu. Mężczyzna krzyczał: „Och, Boże, nie, proszę, nie! Och, Boże, nie, nie, nie, nie…”.

Trwało to dziesięć do piętnastu sekund, a potem krzyk urwał się; cisza, która nagle zapadła, była niemal równie przerażająca. Ireland szybko skontrolował stan obozu, ale wszystkie dzieci spały. Obudził swojego przełożonego, Richa Sparksa, który nocował w budynku szkoły, a gdy opowiedział mu o tym, co usłyszał, uzyskał jego zgodę na objechanie okolicy i sprawdzenie, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Ireland pojechał okrężną drogą, począwszy od North Faring Road, przy której znajdowała się szkoła, na południe przez Benedict Canyon Road do Sunset Boulevard, potem na zachód do Beverly Glen i z powrotem na północ, w kierunku szkoły. Nie zauważył niczego niezwykłego, chociaż dobiegło go szczekanie wielu psów.

Zanim nastał świt, słychać było i inne odgłosy.

Emmet Steele, zamieszkały przy Beverly Grove Drive 9951, został obudzony przez swoje dwa psy myśliwskie. Zwykle ignorowały one powszednie odgłosy, ale szalały na dźwięk strzałów z broni palnej. Steele wyszedł z domu, żeby rozejrzeć się po okolicy, ale — nie zauważywszy nic podejrzanego — wrócił do łóżka. Przypuszczał, że incydent miał miejsce około drugiej, trzeciej w nocy.

Robert Bullington, pracownik Bel Air Patrol, prywatnej służby ochrony, z której usług korzystało wielu właścicieli domów w tej zamożnej okolicy, zaparkował samochód przy Summit Ridge Drive przed posiadłością nr 2175. Przez otwarte okna w samochodzie usłyszał coś, co uznał za trzy wystrzały, przedzielone kilkusekundowymi przerwami. Bullington zawiadomił o tym telefonicznie swoją centralę. Eric Karlson, który był oficerem dyżurnym w kwaterze głównej ochrony, zanotował tę rozmowę w dzienniku służby o 4.11 nad ranem. Z kolei Karlson zadzwonił do Wydziału Policji Zachodniego Los Angeles, podlegającego Departamentowi Policji Los Angeles (LAPD), i złożył doniesienie. Oficer, który je odebrał, zauważył: „Mam nadzieję, że nie chodzi o morderstwo; właśnie dostaliśmy z tej okolicy wiadomość o krzyczącej kobiecie”.

Steve Shannon, gazeciarz z „Los Angeles Times”, jadąc na rowerze w górę Cielo Drive między 4.30 a 4.45 nad ranem, nie słyszał żadnych podejrzanych odgłosów, ale gdy włożył gazetę do skrzynki pocztowej domu 10050 Cielo Drive, zauważył zawieszony na bramie przewód telefoniczny. Spostrzegł także, że nadal świeci się umocowana z boku garażu żółta lampa przeciwko owadom.

Gdy Seymour Kott wyszedł o 7.30 rano po swoją gazetę, także zauważył to światło i wiszące na bramie przewody.

Około ósmej rano na skrzyżowaniu Santa Monica i Canyon Drive wysiadła z autobusu Winifred Chapman. Pani Chapman, jasnoskóra Murzynka po pięćdziesiątce, była gosposią w domu przy Cielo Drive 10050. Denerwowała się, gdyż wyglądało na to, że z powodu fatalnej komunikacji autobusowej w Los Angeles spóźni się do pracy. Jednakże szczęście jej sprzyjało. Gdy zaczęła rozglądać się za taksówką, spostrzegła mężczyznę, u którego kiedyś pracowała. Człowiek ten podwiózł ją niemal pod samą bramę posiadłości.

Natychmiast zauważyła wiszące na bramie przewody, a ich widok ją zaniepokoił.

Po lewej stronie bramy stał metalowy słupek, na szczycie którego znajdował się przycisk uruchamiający bramę. Podobny słupek stał po drugiej stronie; oba przyciski umieszczono tak, aby kierowca mógł do nich dosięg­nąć, nie wysiadając z samochodu.

Widząc zerwane przewody, pani Chapman pomyślała, że może nie być prądu; gdy jednak nacisnęła przycisk, brama się otworzyła. Gospodyni wyjęła ze skrzynki „Timesa” i pośpieszyła w głąb posiadłości. Zauważyła, że na podjeździe stoi nieznane jej auto, biały rambler, zaparkowany pod dziwnym kątem. Minęła go, tak jak i kilka innych samochodów stojących w pobliżu garażu, nie poświęcając im wiele uwagi. W tym domu goście często zostawali na noc. Ponieważ ktoś zostawił zapalone zewnętrzne światła, podeszła do wyłącznika w rogu garażu, by je zgasić.

Na końcu wybrukowanego parkingu zaczynała się wyłożona płytami chodnikowymi ścieżka, która prowadziła do głównego wejścia do budynku. Pani Chapman nie weszła jednak na ścieżkę, tylko skręciła w lewo i skierowała się do wejścia dla służby, znajdującego się w przybudówce na tyłach rezydencji. Nad drzwiami pod krokwią ukryty był klucz. Wyjęła go, otworzyła drzwi i weszła do środka, kierując się wprost do kuchni, gdzie podniosła słuchawkę telefonu. Panowała w niej głucha cisza.

Chcąc zawiadomić kogoś, że linia telefoniczna jest zerwana, powędrowała przez jadalnię w stronę salonu. Nagle stanęła jak wryta. Drogę tarasowały dwa olbrzymie niebieskie kufry, których nie było, gdy poprzedniego popołudnia wychodziła z domu. Na kufrach, podłodze i dwóch ręcznikach leżących na progu widniała krew. Pani Chapman nie obejmowała wzrokiem całego salonu — długa kanapa zasłaniała fragment przed kominkiem — ale wszędzie, gdzie spojrzała, widać było czerwone rozpryski. Frontowe drzwi były uchylone; kobieta zauważyła kilka plam krwi na kamiennym podjeździe. A dalej, na trawniku, nieruchome ciało.

Odwróciła się i z krzykiem wybiegła z domu wyjściem dla służby, ale na podjeździe zmieniła trasę, by dostać się do przycisku sterującego bramą. Po drodze przebiegła z drugiej strony białego ramblera i dopiero teraz zauważyła wewnątrz auta czyjeś zwłoki.

Wypadła za bramę, zbiegła ze wzgórza do najbliższego domu, 10070, gdzie zaczęła dzwonić i walić pięściami w drzwi. Gdy u Kottów nikt nie odpowiedział, pobiegła do następnego domu, 10090, i waląc w drzwi, krzyczała: „Morderstwo, śmierć, ciała, krew!”.

Piętnastoletni Jim Asin rozgrzewał na podjeździe silnik samochodu. Była sobota i Jim, jako członek 800. Jednostki Sił Porządkowych Skautów Amerykańskich, czekał na swego ojca, Raya Asina, który miał zawieźć go do Wydziału Policji Zachodniego Los Angeles, należącego do Departamentu Policji Los Angeles, gdzie chłopak był wyznaczony do pracy biurowej. Zanim doszedł do ganku, jego rodzice zdążyli otworzyć drzwi. Podczas gdy państwo Asin starali się uspokoić roztrzęsioną panią Chapman, Jim zatelefonował pod policyjny numer alarmowy. Nauczony przez skauting dokładności, zanotował czas — 8.33.

W oczekiwaniu na przyjazd policji ojciec i syn podeszli do bramy Cielo Drive 10050. Biały rambler stał jakieś dziesięć metrów od ogrodzenia, zbyt daleko, by można było zobaczyć, co jest w środku, ale Asinowie zauważyli, że nad bramą został przecięty nie jeden przewód, lecz kilka.

Wróciwszy do domu, Jim po raz drugi zatelefonował na policję, a potem, po kilku minutach, trzeci raz.

Istnieje pewna niejasność dotycząca tych rozmów. Oficjalny raport policyjny stwierdza jedynie: „O 09.14 jednostkom 8L5 i 8L62 Zachodniego Los Angeles podano drogą radiową »Kod 2«, przypuszczalnie morderstwo, 10050 Cielo Drive”.

Pierwszym radiowozem, 8L5, z włączoną syreną1, przyjechał funkcjonariusz Jerry Joe DeRosa. DeRosa zaczął przesłuchiwać panią Chapman, ale trudno było dowiedzieć się od niej czegokolwiek. Była w histerii i nie wyrażała się jasno na temat tego, co widziała — „krew, wszędzie ciała” — trudno było wydobyć z niej nazwiska i powiązania pomiędzy zamordowanymi osobami. Polański. Altobelli. Frykowski.

Do rozmowy włączył się Ray Asin, który znał mieszkańców 10050 Cielo Drive. Wyjaśnił, że dom jest własnością Rudiego Altobellego, który przebywa w Europie, ale przed wyjazdem wynajął dozorcę, młodego mężczyznę nazwiskiem William Garretson. Garretson mieszka w domku gościnnym, mieszczącym się na tyłach rezydencji, którą Altobelli wynajął reżyserowi filmowemu Romanowi Polańskiemu i jego żonie. Jednakże w marcu Polańscy wyjechali do Europy i na czas ich nieobecności wprowadzili się tam przyjaciele, Abigail Folger i Wojtek Frykowski. Pani Polańska wróciła nie dalej jak miesiąc temu, a Frykowski i Folger mieli mieszkać wraz z nią do powrotu męża. Pani Polańska to aktorka filmowa. Nazywa się Sharon Tate.

Wypytywana przez DeRosę pani Chapman nie była w stanie stwierdzić, kim są ofiary. Do podanych wcześniej nazwisk dodawała wciąż inne, jak choćby Jaya Sebringa, znanego stylistę męskich fryzur i przyjaciela Polańskich. Wymieniła go, ponieważ pamiętała, że jego czarny porsche stał wśród innych pojazdów, zaparkowanych obok garażu.

Wyjmując z policyjnego samochodu karabin, DeRosa polecił pani Chapman, żeby pokazała mu, jak się otwiera bramę. Potem ruszył ostrożnie podjazdem w stronę ramblera. Zajrzał przez otwarte okno. Wewnątrz, na siedzeniu kierowcy — ale przechylone na miejsce pasażera — leżały zwłoki białego chłopaka o rudawych włosach. Jego koszula w kratę i niebieskie dżinsy były przesiąknięte krwią.

Mniej więcej w tej chwili przed bramę podjechał radiowóz 8L62, prowadzony przez policjanta Williama T. Whisenhunta. DeRosa zawrócił i powiedział mu, że prawdopodobnie mają do czynienia z morderstwem. Pokazał także, jak otwiera się bramę, i obaj funkcjonariusze ruszyli podjazdem w kierunku posiadłości. DeRosa z karabinem, a Whisenhunt z dubeltówką. Przechodząc obok ramblera, Whisenhunt zajrzał do środka. Zauważył, że szyba po stronie kierowcy jest opuszczona, a światła i zapłon są wyłączone. Potem obaj policjanci sprawdzili pozostałe pojazdy i przekonawszy się, że są puste, przeszukali oba garaże oraz pomieszczenie nad nimi. Nikogo tam nie znaleźli.

Wtedy dołączył do nich trzeci policjant, Robert Burbridge. Gdy trzej mężczyźni dotarli na koniec parkingu, zobaczyli na trawniku dwa ciała. Z daleka wyglądały jak zanurzone w czerwonej farbie manekiny, rzucone beztrosko na trawę.

Na tym porządnie utrzymanym trawniku, otoczonym malowniczym ogrodem pełnym krzewów, kwiatów i drzew, wyglądały zgoła groteskowo. Po prawej stronie znajdowała się rezydencja. Podłużna, zbudowana bez spójnego planu, wyglądała bardziej na wygodną niż luksusową; nad wejściem wisiała świecąca jasno latarnia. Dalej, za południowym szczytem domu widać było róg basenu. Niebieskozielona tafla wody mieniła się w porannym słońcu. Obok basenu stała rustykalna studnia życzeń. Po lewej stronie ciągnął się drewniany parkan, w który wpleciono wciąż świecące się choinkowe lampki. A za ogrodzeniem odsłaniał się rozległy, panoramiczny widok, obejmujący całą przestrzeń od centrum Los Angeles aż do plaży. Tam nadal toczyło się życie. Tutaj zostało przerwane.

Pierwsza ofiara leżała 6 metrów od głównego wejścia do domu. Był to mężczyzna, biały, prawdopodobnie po trzydziestce, wzrostu około 180 centymetrów. Miał na sobie półbuty, wzorzyste spodnie dzwony, fioletową koszulę i przypadkowo dobraną kamizelkę. Leżał na boku, z głową na ramieniu; jego lewa dłoń ściskała kępkę trawy. Głowę i twarz miał okropnie zmasakrowane, a tors i nogi z ranami kłutymi w kilkunastu miejscach. Zdawało się niepojęte, że jednego człowieka mogło spotkać tak wiele okrucieństwa.

Druga ofiara leżała około 8 metrów od pierwszej. Była to kobieta, biała, o długich, ciemnych włosach, prawdopodobnie przed trzydziestką. Leżała na wznak, z rozrzuconymi ramionami, była bosa. Miała na sobie długą koszulę nocną, która — przed zadaniem jej wielu ran kłutych — przypuszczalnie była biała.

Policjantów zastanowił panujący wokoło spokój. Było cicho, zbyt cicho. Ten spokój wydawał się groźny. Za każdym z okien biegnących wzdłuż frontu domu mógł czaić się morderca.

Zostawiwszy DeRosę na trawniku, Whisenhunt i Burbridge ruszyli w stronę północnego szczytu budynku, szukając tylnego wejścia. Gdyby weszli frontowymi drzwiami, stanowiliby odkryty cel. Zauważyli, że z jednego z frontowych okien zdjęto siatkę przeciwko owadom, która stała oparta o ścianę domu. Whisenhunt spostrzegł także poziome rozcięcie, biegnące wzdłuż dolnej części moskitiery. Podejrzewając, że tędy wszedł morderca, lub mordercy, policjanci rozejrzeli się za innymi możliwościami dostania się do środka. W bocznej ścianie domu znaleźli otwarte okno. Zaglądając przez nie, ujrzeli opróżniony z mebli, świeżo wymalowany pokój. Wspięli się na parapet i wskoczyli do środka.

DeRosa zaczekał, aż tamci dwaj znajdą się w domu, i podszedł do drzwi frontowych. Na ścieżce, pomiędzy żywopłotami, widniała kałuża krwi. Kilka następnych ujrzał po prawej stronie podjazdu. Drzwi również były zbryzgane krwią. Policjant nie wiedział, czy są tam jakieś odciski palców, chociaż później okazało się, że było ich pełno. Drzwi stały otworem i DeRosa w pierwszej chwili nie zauważył, że na ich dolnej części widnieje nabazgrany krwią napis: ŚWINIA.

Gdy DeRosa wszedł do holu, Whisenhunt i Burbridge skończyli obchód kuchni i jadalni. DeRosa skręcił w lewo, do salonu, gdzie drogę zagrodziły mu dwa niebieskie kufry. Wyglądało na to, że stały najpierw na sztorc, a potem zostały przewrócone tak, iż jeden opierał się na drugim. DeRosa zauważył także okulary w rogowej oprawce, leżące na podłodze obok kufrów. Burbridge, który wszedł za nim do pokoju, spostrzegł coś jeszcze: na dywanie, na lewo od wejścia, leżały dwa małe kawałki drewna. Wyglądały jak fragmenty strzaskanej kolby rewolweru.

Weszli, spodziewając się widoku dwóch ciał, ale znaleźli trzy. Teraz nie szukali kolejnych ofiar, ale jakiegoś wyjaśnienia. Czegoś podejrzanego. Śladów.

Pomieszczenie było jasne i puste. Biurko, fotel, fortepian. Potem zauważyli coś dziwnego: przez oparcie ustawionej frontem do kominka sofy przerzucono amerykańską flagę ogromnych rozmiarów.

Dopiero gdy podeszli do sofy, zobaczyli, co się za nią kryje.

Była to młoda blondynka w bardzo zaawansowanej ciąży. Leżała dokładnie przed sofą, na lewym boku, w pozycji embrionalnej. Miała na sobie kwiecisty kostium bikini, ale wzór był niemal niemożliwy do rozpoznania z powodu krwi, rozmazanej po całym ciele ofiary. Dookoła szyi ofiary owinięto dwukrotnie biały nylonowy sznur, którego jeden koniec został przeciągnięty przez belkę stropową, a drugi prowadził po podłodze do kolejnego nieruchomego ciała, tym razem mężczyzny, leżącego mniej więcej półtora metra dalej.

Lina była także dwakroć okręcona dookoła szyi mężczyzny; jej luźny koniec znikał pod jego ciałem, a potem ciągnął się kilka metrów dalej. Twarz ofiary przykrywał zakrwawiony ręcznik. Mężczyzna był niski i leżał na prawym boku; zaciśnięte dłonie znajdowały się w pobliżu głowy, jakby w dalszym ciągu osłaniał się przed ciosami. Miał na sobie niebieską koszulę, białe spodnie w czarne pionowe pasy, szeroki modny pas, czarne buty — wszystko nasiąknięte krwią.

Żadnemu z policjantów nie przyszło do głowy, żeby zbadać puls którejkolwiek z ofiar. Podobnie jak w przypadku ciała w samochodzie oraz zwłok leżących na trawniku było to ewidentnie zbędne.

Chociaż DeRosa, Whisenhunt i Burbridge byli policjantami z patrolu, a nie detektywami z wydziału zabójstw, to każdy z nich w jakimś okresie swej służby zetknął się już ze śmiertelnymi ofiarami; jednak do tej pory nie widzieli czegoś podobnego. Dom numer 10050 przy Cielo Drive to była ludzka rzeźnia.

Wstrząśnięci policjanci rozeszli się, żeby przeszukać resztę domu. Nad salonem znajdował się strych. DeRosa wspiął się pod dach po drewnianej drabinie i nerwowo rozejrzał się z jej szczytu, ale nie znalazł tam nikogo. Z salonu do południowego skrzydła domu prowadził korytarz. W dwóch miejscach znaleziono plamy krwi. Po lewej stronie, tuż za pierwszą plamą, znajdowała się sypialnia, której drzwi stały otworem. Pościel i poduszki były zmiętoszone, a na podłodze walały się porozrzucane części garderoby. Prawdopodobnie ubrana w koszulę nocną kobieta, której ciało leżało na trawniku, rozebrała się i położyła do łóżka, zanim przyszli mordercy. Na drewnianym zagłówku łóżka siedział pluszowy królik — jakby w zadziwieniu przyglądając się otaczającej go scenerii. W tym pomieszczeniu nie było plam krwi ani żadnych śladów walki.

Po drugiej stronie korytarza mieściła się sypialnia gospodarzy domu. Wejście do niej także stało otworem, a w drugim jej końcu znajdowały się kolejne drzwi z żaluzjami z listewek, przez które było widać basen.

Tu łóżko było większe i bardziej wykwintne; odrzucona biała kapa odsłaniała kołdrę w wesołe kwiaty i prześcieradło o złotym geometrycznym wzorze. Pośrodku leżały dwie poduszki, oddzielając tę część, na której ktoś spał, od tej przez nikogo niezajmowanej. Frontem do łóżka stał telewizor, a po jego obu stronach eleganckie komody. Na jednej z nich stała biała kołyska.

Ostrożnie otwarto sąsiednie drzwi: ubieralnia, garderoba, łazienka, garderoba. Nadal żadnych śladów walki. Słuchawka stojącego na nocnym stoliku telefonu leżała na widełkach. Żadnych przewróconych przedmiotów, żadnych zniszczeń.

Jednakże na lewym skrzydle drzwi z żaluzjami z listewek widniała krew, sugerując, że ktoś — być może kobieta z trawnika — wybiegł tędy, usiłując uciec oprawcom.

Policjanci wyszli na zewnątrz, gdzie oślepił ich odblask słońca w wodzie basenu. Asin wspomniał im o domku gościnnym, stojącym na tyłach głównego budynku. Dostrzegli teraz jego szczyt, widoczny w odległości jakichś 18 metrów na południowy wschód, za zaroślami krzewów.

Zbliżając się tam bezszelestnie, usłyszeli pierwszy dźwięk, jaki dotarł do ich uszu od chwili, gdy weszli w obręb posiadłości: szczekanie psa i męski głos, mówiący: „Szzz, bądź cicho”.

Whisenhunt ruszył w prawo, by obejść dom od tyłu. DeRosa skręcił w lewo, w kierunku frontu budynku. Burbridge go osłaniał. DeRosa zajrzał z ganku do domu i zobaczył młodzieńca w wieku około osiemnastu lat, który siedział w salonie na zwróconej w stronę drzwi wejściowych kanapie. Miał na sobie spodnie, był bez koszuli i chociaż nie wyglądał na uzbrojonego, nie znaczyło to, jak wyjaśnił później DeRosa, że nie miał broni gdzieś w zasięgu ręki.

Z okrzykiem „Nie ruszaj się!”, DeRosa otworzył kopniakiem drzwi. Przestraszony chłopak podniósł wzrok i ujrzał wycelowaną w siebie lufę, a chwilę później dwie kolejne. Christopher, ogromny pies myśliwski Altobellego, rzucił się na Whisenhunta, chwytając w zęby koniec jego strzelby. Whisenhunt przytrzasnął mu łeb drzwiami, a potem trzymał w potrzasku, póki lokator domku nie zawołał psa.

Istnieją sprzeczne wersje odnośnie do tego, co zdarzyło się potem.

Młodzieniec, który przedstawił się jako William Garretson, dozorca, miał oświadczyć, że policjanci powalili go, skuli kajdankami, poderwali z powrotem na nogi i wyciągnęli na trawnik, gdzie ponownie powalili na ziemię.

DeRosa był potem przesłuchiwany w tej sprawie:

— Czy podczas całego zajścia Garretson potknął się lub upadł na podłogę?

— Możliwe, nie pamiętam.

— Czy kazaliście mu położyć się na zewnątrz domu na ziemi?

— Tak. Kazałem mu położyć się na ziemi.

— Pomógł mu pan w tym?

— Nie, zrobił to sam.

Garretson nie przestawał pytać: „O co chodzi? O co chodzi?”. Jeden z policjantów odparł: „Pokażemy ci!”. DeRosa postawił dozorcę na nogi i eskortował go, idąc wraz z Burbridge’em ścieżką w stronę frontowego budynku.

Whisenhunt pozostał na miejscu, szukając broni i zakrwawionej odzieży. Chociaż nic takiego nie znalazł, dokładnie obejrzał mieszkanie Garretsona. Pewien szczegół wydawał mu się wówczas tak nieistotny, że przypomniał go sobie dopiero podczas przesłuchania. Chodziło o stojący w pobliżu kanapy sprzęt stereofoniczny. Gdy policjanci wkroczyli do domu, był wyłączony. Patrząc na wskaźniki, Whisenhunt zauważył, że pokrętło głośności stało na skali pomiędzy 4 a 5.

W tym czasie Garretsona prowadzono ścieżką, przy której leżały na trawniku dwa ciała. Ciało młodej kobiety dozorca zidentyfikował błędnie jako zwłoki pani Chapman, murzyńskiej gospodyni. O zwłokach mężczyzny powiedział, że to „młody Polański”, co było bzdurą, zważywszy, że zdaniem Chapman i Asina Polański przebywał w Europie. Policjanci nie wiedzieli jednak, że Garretson uważał Wojtka Frykowskiego za młodszego brata Polańskiego. Garretson nie potrafił też ustalić tożsamości młodego mężczyzny w ramblerze.

Dozorca został poinformowany o przysługujących mu prawach oraz o tym, że jest aresztowany pod zarzutem popełnienia morderstwa. Zapytany, co robił poprzedniej nocy, odparł, że spędził ją w swoim domu, pisząc listy i słuchając płyt. Niczego nie widział ani nie słyszał. To nieprzekonywające alibi, „niejasne, iluzoryczne” odpowiedzi oraz błędna identyfikacja zwłok doprowadziły aresztujących go policjantów do wniosku, że podejrzany kłamie.

Pięć morderstw — z których cztery zostały popełnione w odległości mniejszej niż 30 metrów od jego domu — a on niczego nie słyszał?

Prowadząc Garretsona po podjeździe, DeRosa zlokalizował wewnętrzny mechanizm otwierający bramę, umieszczony na słupku. Zauważył, że na przycisku urządzenia znajduje się krew. Nietrudno zgadnąć, że gdy morderca opuszczał posesję, przycisnął guzik, zostawiając na nim odciski palców. Policjant DeRosa, do którego obowiązków należało zabezpieczenie miejsca zbrodni przed przybyciem oficerów śledczych, również nacisnął przycisk, dzięki czemu zdołał otworzyć bramę, ale zatarł wszelkie ślady, które mogły się tam znajdować.

— Czy istniał jakiś szczególny powód, dla którego przycisnął pan palcem guzik otwierający bramę? — spytano go na przesłuchaniu.

— Dzięki temu mogłem wyjść.

— Było to więc zrobione rozmyślnie?

— Musiałem się stamtąd wydostać.

Była 9.40. DeRosa zgłosił przez radio pięć ofiar śmiertelnych i zatrzymanie podejrzanego. Podczas gdy Burbridge pozostał w rezydencji, oczekując na przybycie oficerów dochodzeniówki, DeRosa i Whisenhunt odwieźli Garretsona na przesłuchanie na posterunek w Zachodnim Los Angeles. Inny policjant zawiózł tam także panią Chapman, ale była w takim stanie, że trzeba ją było odwieźć do Centrum Medycznego UCLA, gdzie zaaplikowano jej środek na uspokojenie.

W odpowiedzi na zgłoszenie DeRosy na miejsce zbrodni wysłano czterech oficerów śledczych. Przed upływem kolejnej godziny zjawili się tam: porucznik R.C. Madlock, porucznik J.J. Gregoire, sierżant F. Gravante oraz sierżant T.L. Rogers. Tymczasem przed bramą posiadłości zgromadzili się już reporterzy.

Podsłuchując policyjne krótkofalówki, dziennikarze dowiedzieli się o pięciu śmiertelnych ofiarach. W związku z tym, że w Los Angeles panowały upały i susza, stałym zagrożeniem były pożary — szczególnie na wzgórzach, gdzie rozszalały żywioł mógł pochłonąć ludzkie życie i mienie w ciągu kilku minut. Ktoś uznał, że pięcioro ludzi zginęło w ogniu. W którymś z policyjnych raportów musiało paść nazwisko Jaya Sebringa, ponieważ jeden z dziennikarzy zatelefonował do jego rezydencji, pytając kamerdynera, Amosa Russella, czy słyszał o „śmiertelnych ofiarach pożaru”. Russell zatelefonował do Johna Maddena, prezesa Sebring International, i opowiedział mu o tej rozmowie. Madden był zaniepokojony: ani on, ani sekretarka Sebringa nie mieli kontaktu z Jayem od wczorajszego popołudnia. Madden zatelefonował do matki Sharon Tate, przebywającej w San Francisco. Ojciec Sharon, pułkownik wywiadu wojskowego, stacjonował w pobliskim Fort Barker i pani Tate była u niego z wizytą. Nie, nie miała wiadomości od córki. Ani od Jaya, który tego dnia miał być w San Francisco.

Sharon Tate mieszkała z Jayem Sebringiem, zanim wyszła za Romana Polańskiego. Sebring, chociaż porzucony dla polskiego reżysera filmowego, pozostał w przyjaznych stosunkach zarówno z rodzicami Sharon, jak i z nią samą oraz z Romanem; ilekroć znajdował się w San Francisco, telefonował do pułkownika Tate.

Kiedy Madden skończył rozmowę, pod numer Sharon zatelefonowała jej matka. Telefon dzwonił i dzwonił, ale nikt nie podnosił słuchawki.

W domu panowała cisza. Chociaż każdy, kto telefonował, słyszał sygnał, aparaty były głuche. Funkcjonariusz Joe Granado, biegły chemik sądowy z Wydziału Kryminalistycznego Departamentu Policji Los Angeles, pracował na miejscu zbrodni już od dziesiątej rano. Granado miał za zadanie pobrać próbki z każdego miejsca, gdzie znajdowały się ślady krwi. W przypadku morderstwa zabierało to zwykle godzinę do dwóch. Ale nie tego dnia. Nie przy Cielo Drive 10050.

Pani Tate zatelefonowała do Sandy Tennant, bliskiej przyjaciółki Sharon i żony Williama Tennanta, zarządzającego interesami Romana Polańskiego. Okazało się, że ani ona, ani Bill nie mieli od Sharon żadnych wiadomości od późnego popołudnia dnia poprzedniego, kiedy to poinformowała ich, że Gibby (Abigail Folger) i Wojtek (Frykowski) zostają u niej na noc. Jay zapowiedział, że wpadnie później; Sharon zaprosiła też Sandy. Nie planowali żadnego przyjęcia, tylko wspólny wieczór w domowym zaciszu. Sandy, która niedawno przebyła wietrzną ospę, odmówiła. Podobnie jak pani Tate, bezskutecznie próbowała dodzwonić się tego przedpołudnia do Sharon.

Sandy przekonywała panią Tate, że nie ma związku pomiędzy doniesieniem o pożarze a adresem 10050 Cielo Drive. Jednak gdy tylko pani Tate odłożyła słuchawkę, Sandy zadzwoniła do klubu tenisowego swojego męża. To pilne, powiedziała.

Raymond Kilgrow, przedstawiciel przedsiębiorstwa telefonicznego, wspiął się między 10.00 a 11.00 na słup obok bramy posiadłości 10050 Cielo Drive i stwierdził, że przecięto cztery przewody. Cięcia dokonano blisko zamocowania kabli, co wskazywało, że sprawca także musiał wejść na słup. Kilgrow połączył dwa przewody, resztę pozostawiając detektywom do zbadania.

Policyjne samochody podjeżdżały teraz co kilka minut. Im więcej policjantów pojawiało się na miejscu zbrodni, tym większe panowało tam zamieszanie.

Okulary w rogowej oprawie, zauważone najpierw przez DeRosę, Whisenhunta i Burbridge’a w pobliżu kufrów, przemieściły się jakimś cudem prawie dwa metry dalej, na blat biurka.

Dwa odpryski kolby rewolweru, początkowo widziane w pobliżu wejścia, teraz znajdowały się pod fotelem w salonie. Jak stwierdzał oficjalny raport Departamentu Policji Los Angeles: „Zostały najwyraźniej kopnięte pod fotel przez jednego z przybyłych na początku funkcjonariuszy, jednakże nikt się do tego nie przyznał”2.

Trzeci odprysk, mniejszy od pozostałych, został później znaleziony na frontowej werandzie.

Poza tym jeden lub kilku śledczych przeniosło krew z wnętrza domu na frontowy ganek i ścieżkę, dodając kilka krwawych odcisków butów do tych, które już tam były. Podczas prób zidentyfikowania i wyeliminowania owych późniejszych śladów konieczne stało się przesłuchanie wszystkich, którzy byli obecni na miejscu zbrodni. Trzeba było pytać każdego z osobna, jakie miał na sobie obuwie.

Granado nadal pobierał próbki krwi. Później, w policyjnym laboratorium, podda je testowi Ouchterlony’ego, żeby stwierdzić, jakiego są pochodzenia — zwierzęcego czy ludzkiego. W drugim wypadku zostaną przeprowadzone kolejne badania, w celu poznania grupy krwi — A, B, AB lub zero — oraz podgrup. Istnieje trzydzieści podgrup krwi; ale gdy podczas pobierania próbek jest ona już wyschnięta, udaje się zidentyfikować jedynie trzy podgrupy — M, N lub MN. Noc była gorąca, a teraz zaczął się kolejny upalny dzień. Zanim Granado zabrał się do pracy, większość krwawych plam, oprócz kałuż w pobliżu leżących na zewnątrz ciał, już wyschła.

W ciągu kilku następnych dni Granado uzyskał z Urzędu Koronera próbki krwi wszystkich ofiar i porównywał je z tymi, które sam zebrał. W przypadku „zwyczajnego” morderstwa obecność w miejscu zbrodni dwóch różnych grup krwi może wskazywać, że zarówno ofiara, jak i zabójca odnieśli rany — co stanowi istotną informację przy identyfikacji mordercy.

Ale to nie było pospolite morderstwo. Zamiast jednego ciała znaleziono aż pięć.

Krwi było tak dużo, że Granado przeoczył niektóre ślady. Po prawej stronie frontowych drzwi, od strony chodnika, widniało wiele dużych kałuż krwi. Granado pobrał próbkę tylko z jednego miejsca, przypuszczając, jak później powiedział, że wszystkie są tego samego pochodzenia. Żywopłot po prawej stronie ganku był połamany, jakby ktoś runął w krzewy. Zdawały się to potwierdzać widniejące na nich ślady krwi. Granado je pominął. Nie pobrał także próbek z dwóch kałuż krwi obok ciał w salonie ani nie zbadał krwi widocznej obok zwłok leżących na trawniku. Założył, jak przyzna później, że to krew z ciał ofiar, a próbki ich krwi miał dostać od koronera.

W sumie Granado zebrał czterdzieści pięć próbek krwi, jednakże z jakiegoś powodu, którego nigdy nie wyjaśnił, nie oznaczył podgrup dwudziestu jeden próbek. Jeśli nie zrobi się tego najdalej w tydzień lub dwa po ich pobraniu, istotne dla tego testu składniki krwi ulegają rozkładowi.

Później, gdy usiłowano odtworzyć przebieg morderstw, wszystkie te zaniedbania przysporzyły wielu kłopotów.

Tuż przed południem, wciąż jeszcze w stroju do tenisa, przyjechał William Tennant, który został przeprowadzony przez bramę w policyjnej eskorcie. Wędrówka od jednej ofiary do drugiej przypominała senny koszmar. Tennant nie rozpoznał młodego mężczyzny w samochodzie, ale zidentyfikował ciała leżące na trawniku — ciało mężczyzny jako zwłoki Wojtka Frykowskiego, a kobiety jako Abigail Folger, dwa ciała w salonie jako zwłoki Sharon Tate-Polańskiej i, przypuszczalnie, Jaya Sebringa. Gdy policjanci podnieśli przykrywający głowę denata ręcznik, twarz zamordowanego mężczyzny okazała się tak zmasakrowana, że Tennant nie był tego pewny. Potem wyszedł na zewnątrz i zwymiotował.

Gdy policyjny fotograf skończył pracę, inny funkcjonariusz wyjął z bieliźniarki prześcieradła i przykrył nimi ciała.

Dziennikarzy i fotoreporterów zgromadzonych przed bramą było już bez liku, a z każdą minutą przybywało ich coraz więcej. Samochody policyjne i prasowe zablokowały Cielo Drive, więc oddelegowano kilku policjantów, by rozładowali korek. Gdy Tennant, trzymając się za brzuch i szlochając, przepychał się przez tłum, reporterzy zarzucili go pytaniami: „Czy Sharon nie żyje?”, „Czy zostali zamordowani?”, „Czy ktoś zawiadomił Romana Polańskiego?”. Tennant zignorował pismaków, ale ci wyczytali odpowiedź z jego twarzy.

Nie każdy, kto odwiedził miejsce zbrodni, był tak niechętny rozmowie.

— To wygląda jak pole bitwy — powiedział dziennikarzom sierżant Stanley Klorman.

Inny anonimowy policjant stwierdził:

— Wygląda to na mord rytualny.

Ta uwaga stała się podstawą do niezliczonych dziwacznych spekulacji.

Wiadomość o zbrodni rozprzestrzeniała się jak fala sejsmiczna.

PIĘCIORO ZABITYCH W BEL AIR — głosił nagłówek depeszy Associated Press. Chociaż wysłana przed zidentyfikowaniem ofiar, podawała dokładnie położenie ciał; donosiła o przecięciu przewodów telefonicznych oraz o fakcie aresztowania podejrzanego. Były w niej także błędy: jeden, wielekroć powtarzany, głosił, że „jedna z ofiar miała na głowie kaptur”.

Funkcjonariusze Departamentu Policji Los Angeles powiadomili o zbrodni państwa Tate, a John Madden poinformował o niej rodziców Jaya Sebringa oraz Petera Folgera, ojca Abigail. Wysoko notowani na towarzyskiej liście rodzice Abigail byli rozwiedzeni. Ojciec, prezes A.J. Folger Cofee Company, mieszkał w Woodside, a matka, Inez Mijia Folger, w San Francisco. Jednakże pani Folger przebywała właśnie w Connecticut u przyjaciół, którzy wybierali się w rejs po Morzu Śródziemnym. Nie mogła uwierzyć w wiadomość przekazaną przez Folgera. Rozmawiała z Abigail około dziesiątej wieczorem poprzedniego dnia. Umówiły się na spotkanie dzisiaj w San Francisco. Abigail miała rezerwację na 10 rano, na lot linią United.

Dotarłszy do domu, Tennant odbył najtrudniejszą rozmowę telefoniczną w swoim życiu. Zarządzał interesami Polańskiego, ale był także jego bliskim przyjacielem. Tennant spojrzał na zegarek i dodał automatycznie dziewięć godzin, żeby poznać czas londyński. Przypuszczał, że chociaż w Anglii nastał już późny wieczór, Polański jest zajęty pracą, bo chciał zakończyć rozmaite projekty filmowe przed przypadającym na następny wtorek powrotem do Stanów. Tennant wykręcił numer londyńskiego mieszkania. Gdy zadzwonił telefon, Polański wraz z kilkoma współpracownikami ślęczał nad scenariuszem The Day of the Dolphin.

Polański zapamiętał tę rozmowę w następujący sposób:

— Roman, w domu zdarzyło się nieszczęście.

— W czyim domu?

— Twoim.

Potem pośpiesznie:

— Sharon nie żyje, i Wojtek, i Gibby, i Jay.

— Nie, nie, nie, nie!

Z pewnością to jakaś pomyłka. Teraz obaj mężczyźni krzyczeli; Tennant wielokrotnie powtarzał, że to prawda; był w domu Polańskich osobiście.

— Jak to się stało? — spytał Polański.

Nie myślał o pożarze, ale o osunięciu się gruntu, co w Los Angeles często się zdarzało, szczególnie na wzgórzach; nieraz zawalały się całe domy — ale to znaczyło, że tamci może nadal żyją. Dopiero wówczas Tennant powiedział Polańskiemu, że wszyscy zostali zamordowani.

Wojtek Frykowski, jak ustalił Departament Policji Los Angeles, zostawił w Polsce syna, ale nie miał żadnych krewnych w Stanach. Młodzieniec w ramblerze pozostał niezidentyfikowany, ale nie był już bezimienny — nazwano go John Doe 853.

Wieści rozchodziły się szybko — a wraz z nimi plotki. Rudi Altobelli, właściciel posiadłości 10050 Cielo Drive i agent wielu znakomitości show-biznesu, przebywał właśnie w Rzymie. Jedna z jego klientek, młoda aktorka, zatelefonowała do Rudiego, powiadamiając go, że w jego domu została zamordowana Sharon Tate oraz czworo innych ludzi, a Garretson, wynajęty przez niego dozorca, przyznał się do winy.

Garretson wcale nie przyznał się do popełnienia tych morderstw, ale Altobelli dowiedział się o tym dopiero po powrocie do Stanów.

Specjaliści zaczęli przybywać około południa.

Funkcjonariusze Jerrome A. Boen i D.L. Girt z Wydziału Śladów Utajonych Departamentu Policji Los Angeles posypali proszkiem do zbierania odcisków palców wiele miejsc w głównej rezydencji i w domku gościnnym.

Po pokryciu śladów proszkiem („wywoływanie odcisków”) została na nie nałożona czysta taśma przylepna; taśmę z obrazem odcisków zerwano i umieszczono na kartonie o kontrastowym tle. Na jego odwrocie zanotowano datę i godzinę zdjęcia odcisków palców oraz inicjały oficerów, którzy tego dokonali.

Jeden z takich kartoników, przygotowany przez Boena, został opisany następująco: „8-9-69/10050 Cielo/1400/JAB/wewnętrzna lewa framuga drzwi/z głównej sypialni na basen/po stronie klamki”.

Inny zabezpieczony odcisk, zdjęty w tym samym czasie, pochodził z „zewnętrznej strony frontowych drzwi/z miejsca powyżej klamki”.

Zebranie odcisków palców z obu budynków zajęło sześć godzin. Trochę później do wymienionych wyżej policjantów dołączyli funkcjonariusze D.E. Dorman oraz Wendell Clements, późniejszy cywilny ekspert daktyloskopii, którzy skoncentrowali swoje działania na czterech samochodach.

Wbrew obiegowym opiniom znalezienie czytelnego odcisku palca nie jest łatwe. Wiele powierzchni, takich jak ubrania i tkaniny, nie odwzorowuje podobnych śladów. Nawet jeśli powierzchnia zachowuje linie papilarne, zwykle zostaje ona dotknięta tylko częścią palca, co pozostawia fragmentaryczny odcisk, który przy identyfikacji jest bezużyteczny. Jeżeli palec się porusza, pozostaje nieczytelna smuga. Poza tym, jak zademonstrował policjant DeRosa na przycisku otwierającym bramę, odciśnięcie jednego śladu na drugim prowadzi do ich nałożenia się, co w efekcie także uniemożliwia identyfikację. Z tych powodów liczba znalezionych na miejscu zbrodni wyraźnych, czytelnych odcisków palców, które posiadałyby wystarczającą ilość punktów służących do ich porównania, jest zwykle zaskakująco mała.

Nie licząc śladów linii papilarnych, wyeliminowanych później z tego względu, że należały do personelu Departamentu Policji Los Angeles, z rezydencji, domu gościnnego i z samochodów znajdujących się na posesji 10050 Cielo Drive zebrano pięćdziesiąt rozmaitych odcisków. Siedem odrzucono, gdyż należały do Williama Garretsona (wszystkie pochodziły z domku gościnnego; jego odcisków palców nie znaleziono ani w rezydencji, ani na pojazdach); piętnaście kolejnych wyeliminowano, ponieważ zostawiły je ofiary, a trzy nie były wystarczająco wyraźne, by mogły posłużyć do identyfikacji. Pozostało dwadzieścia pięć śladów linii papilarnych, niepasujących do żadnej ze znanych osób, z których każdy mógł — albo i nie — należeć do mordercy lub morderców.

Pierwszy z detektywów od spraw zabójstw przybył o 13.30. Ustaliwszy, że śmierć ofiar nie nastąpiła na skutek wypadku ani samobójstwa, porucznik Madlock polecił przekazać śledztwo Wydziałowi Kradzieży i Zabójstw. Na kierującego dochodzeniem wyznaczono porucznika Roberta J. Heldera. On z kolei oddelegował do prowadzenia sprawy sierżantów Michaela J. McGanna i Jessa Bucklesa. (Sierżant Robert Calkins, stały partner McGanna, był na urlopie i po powrocie do pracy zastąpił Bucklesa). Pomagać im mieli trzej kolejni funkcjonariusze, sierżanci E. Henderson, Dudley Varney i Danny Galindo.

Powiadomiony o zabójstwach Thomas Noguchi, koroner okręgowy Los Angeles, poprosił policję, by nie dotykano ciał ofiar, póki nie obejrzą ich pracownicy jego urzędu. John Finken, zastępca koronera, przybył na miejsce zbrodni około 13.45, gdzie później dołączył do niego sam Noguchi. Finken wydał oficjalne oświadczenie o przyczynach zgonów: zbadał temperaturę wątroby każdego ciała oraz otoczenia (o 14.00 było 34 stopnie na poziomie trawnika, a 28 stopni wewnątrz domu) oraz przeciął linę łączącą Tate z Sebringiem, po czym przekazał jej kawałek detektywom, by spróbowali się dowiedzieć, gdzie została wyprodukowana i kupiona. Sznur był biały, trzyzwojowy, nylonowy, o całkowitej długości 13 metrów i 30 centymetrów. Granado pobrał z liny próbki krwi, ale nie określił ich podgrup, nadal kierując się wyrażonym poprzednio przypuszczeniem. Finken zdjął także z ciał obu ofiar przedmioty osobiste. Sharon Tate-Polańska miała obrączkę ślubną z żółtego metalu i kolczyki. Jay Sebring — zegarek Cartiera, wyceniony później na ponad 1500 dolarów. John Doe 85 nosił zegarek Lucerne i miał przy sobie portfel z rozmaitymi papierami, ale nie było wśród nich dowodu tożsamości. Przy Abigail Folger i Wojtku Frykowskim nie znaleziono żadnych przedmiotów osobistych. Po założeniu plastikowych worków na dłonie ofiar, co miało na celu zachowanie włosów lub fragmentów skóry, które mogły dostać się pod paznokcie podczas walki z napastnikami, Finken towarzyszył chowaniu zwłok do worków i układaniu ich na wózkach, na których przetransportowano je do karetki, a potem przewieziono do Biura Koronera w Pałacu Sprawiedliwości, mieszczącym się w centrum Los Angeles.

Oblegany przez dziennikarzy zgromadzonych przy bramie posiadłości doktor Noguchi oświadczył, że przed ogłoszeniem oficjalnych wyników autopsji, co nastąpi w południe dnia następnego, nie będzie miał dla prasy żadnych komentarzy.

Jednakże prywatnie Noguchi i Finken przekazali już detektywom swoje dotychczasowe odkrycia. Ciała zamordowanych nie miały seksualnych okaleczeń ani śladów molestowania. Do trzech ofiar — Johna Doe, Sebringa i Frykowskiego — strzelano. Oprócz rany ciętej lewej ręki, będącej wynikiem ciosu, który przeciął także pasek zegarka, ciało Johna Doe nie nosiło innych śladów noża; za to pozostała czwórka miała wiele ran kłutych. Poza tym Sebringa uderzono co najmniej raz w twarz, a Frykowskiego bito po głowie tępym narzędziem.

Chociaż na dokładne wyniki badań trzeba było poczekać do sekcji zwłok, po oględzinach ran postrzałowych koronerzy orzekli, że użyto prawdopodobnie broni kalibru .22. Policja podejrzewała to już wcześniej. Przeszukując ramblera, sierżant Varney odnalazł — pomiędzy tapicerką a zewnętrzną metalową powierzchnią drzwi samochodu po stronie pasażera — cztery fragmenty pocisków. Część kuli znalazł także w poduszce tylnego siedzenia. Chociaż wszystkie były zbyt małe jak na potrzeby identyfikacji, wyglądało na to, że pochodzą z pocisków kalibru .22.

Ktoś zasugerował, że kształt ran kłutych przypomina ślady pochodzące od bagnetu. W swoim oficjalnym raporcie detektywi posunęli się o krok dalej, stwierdzając: „Narzędzie, którym zadano rany kłute, było prawdopodobnie bagnetem”. Wyeliminowano tym samym wszelkie inne ewentualności, stwierdzając równocześnie, że użyto wyłącznie jednego noża.

Głębokość ran (w wielu wypadkach ponad dwunastocentymetrowa), ich szerokość (pomiędzy 2,54 a 3,8 centymetra) i grubość (0,3 do 0,63 centymetra) wykluczały użycie noża kuchennego bądź scyzoryka.

Dziwnym trafem jedynymi nożami, jakie znaleziono w domu, były nóż kuchenny i scyzoryk.

W kuchennym zlewie leżał nóż do mięsa. Po zbadaniu go benzydyną Granado uzyskał pozytywny wynik, co oznaczało obecność krwi, ale negatywne wskazania testu Ouchterlony’ego dowodziły, że była ona pochodzenia zwierzęcego. Boen pokrył nóż proszkiem do zdejmowania odcisków palców, ale uzyskał jedynie fragmentaryczny obraz linii papilarnych. Później pani Chapman zidentyfikowała nóż jako jeden z zestawu noży do krojenia mięs należącego do Polańskich i wskazała pozostałe, schowane w kuchennej szufladzie; jednak policjanci już wcześniej wyeliminowali go jako ewentualne narzędzie zbrodni ze względu na rozmiary ostrza — a szczególnie z uwagi na jego grubość. Ciosy zostały zadane z taką gwałtownością, że tak cienki nóż musiałby ulec złamaniu.

W salonie, w odległości mniejszej niż metr od ciała Sharon Tate, Granado znalazł kolejny nóż. Scyzoryk firmy Buck tkwił za poduszką jednego z foteli. Jego otwarte ostrze miało szerokość 1,9 centymetra oraz długość 8,5 centymetra, a więc było zbyt małe, aby pochodziła od niego większość zadanych ran. Zauważywszy na klindze plamę, Granado poddał ją testowi benzydynowemu. Wynik był negatywny. Girt sprawdził odciski palców — nieczytelne smugi.

Pani Chapman nie przypominała sobie, by kiedykolwiek widziała ten właśnie nóż. Jej oświadczenie oraz dziwne miejsce, w jakim znaleziono scyzoryk, wskazywały, że mógł zostać zgubiony przez mordercę.

W literaturze miejsce zbrodni przyrównywane jest często do obrazkowej układanki. Jeśli ktoś jest wystarczająco cierpliwy i nie ustaje w wysiłkach, ułoży w końcu wszystkie kawałki we właściwych miejscach.

Policyjne wygi mają na tę sprawę inny pogląd. Wolą porównanie do kilku układanek, z których na dodatek żadna nie jest kompletna. Nawet jeśli pojawia się jakieś rozwiązanie, to pozostają zbędne kawałki — dowody, które do niczego nie pasują. A niektórych fragmentów zawsze będzie brakować.

Amerykańska flaga, której obecność dodawała dziwacznego smaczku wystarczająco już makabrycznej scenerii, sugerowała motywację polityczną — póki pani Chapman nie powiedziała policjantom, że chorągiew znajdowała się w domu już od kilku tygodni.

Pozostałe tajemnicze ślady nie były łatwe do rozszyfrowania. Na frontowych drzwiach znajdowały się namazane krwią litery. W ostatnich latach słowo „świnia” nabrało nowego znaczenia, które policji było bardzo dobrze znane. Ale co oznaczało tutaj?

Był jeszcze sznur. Pani Chapman oświadczyła słabym głosem, że nigdy wcześniej nie widziała takiej linki na terenie żadnej z posesji. Czy morderca/mordercy przyniósł/przynieśli ją ze sobą? A jeśli tak, to dlaczego?

Jakie znaczenie miał fakt, że dwie związane ze sobą ofiary, Sharon Tate i Jay Sebring, były w przeszłości kochankami? A w ogóle, czy „w przeszłości” stanowiło właściwe określenie? Co Sebring robił tutaj pod nieobecność Polańskiego? Pytanie to zadawało później wiele gazet.

Czy okulary w rogowej oprawie (zbadane, z negatywnym wynikiem, na obecność śladów krwi oraz odcisków palców) były własnością ofiary, zabójcy czy raczej kogoś niezwiązanego ze zbrodnią? A może zostały tutaj podrzucone jako fałszywy trop?

Dwa kufry tarasujące wejście do salonu. Służąca oświadczyła, że nie było ich tam, gdy o 16.30 poprzedniego dnia wychodziła z domu. Kto i kiedy je dostarczył? Czy ta osoba miała jakiś związek ze sprawą?

Dlaczego zabójca/zabójcy zadał/zadali sobie trud odłupania fragmentu żaluzji i zdjęcia jej, skoro okna w świeżo wymalowanym pomieszczeniu przeznaczonym na pokój dziecka Polańskich były otwarte i niezabezpieczone okiennicami?

John Doe 85, młodzieniec w białym ramblerze. Chapman, Garretson i Tennant nie byli w stanie go zidentyfikować. Kim był i co robił przy Cielo Drive 10050? Czy był świadkiem pozostałych morderstw, czy też został zabity, zanim do nich doszło? A jeżeli zginął wcześniej, to czy pozostali nie słyszeli strzałów? Na siedzeniu obok zwłok znajdowało się radio Sony AM/FM Digimatic z zegarem, który zatrzymał się na 12.15. Przypadek czy coś znaczącego?

Jeśli chodzi o czas popełnienia zbrodni, doniesienia o strzałach oraz innych odgłosach składano mniej więcej od północy do 4.10 nad ranem.

Nie wszystkie dowody były równie mylące. Niektóre z kawałków układanki pasowały do siebie. Nigdzie nie znaleziono łusek po nabojach, co sugerowało, że strzelano z rewolweru, z którego łuski nie wypadają podczas oddawania strzałów, jak to się dzieje w wypadku broni automatycznej.

Złożone razem trzy kawałki czarnego drewna utworzyły prawą okładzinę kolby rewolweru. Policja wiedziała zatem, że poszukiwaną bronią jest przypuszczalnie rewolwer kalibru .22, w którym brakuje prawej okładziny rękojeści. Na podstawie znalezionych fragmentów można było zidentyfikować zarówno markę, jak i model broni. Chociaż na wszystkich trzech kawałkach drewna znajdowała się ludzka krew, tylko na jednym było jej wystarczająco dużo, by wykonać analizę. Krew miała grupę 0-MN. Spośród pięciu ofiar tylko Sebring miał taką grupę, co wskazywało, że właśnie kolba rewolweru mogła stanowić owo tępe narzędzie, którym uderzono go w twarz.

Napis na frontowych drzwiach namazano krwią grupy 0-M. I znowu okazało się, że tylko jedna z ofiar miała taką grupę i podgrupę krwi. Słowo „świnia” zostało wypisane krwią Sharon Tate.

Na podjeździe stały cztery samochody, ale brakowało czerwonego ferrari Sharon. Ponieważ istniała możliwość, że zabójca/zabójcy skorzystał/skorzystali ze sportowego wozu podczas ucieczki, przez radio nadano stosowny komunikat.

Detektywi pozostali w domu przy Cielo Drive 10050 jeszcze długo po usunięciu zwłok, szukając na miejscu zbrodni jakichś istotnych wskazówek.

Nie było śladów plądrowania ani kradzieży. W marynarce Sebringa, wiszącej na oparciu fotela w salonie, McGann znalazł portfel, a w nim 80 dolarów. John Doe miał w swoim portfelu 9 dolarów, Frykowski 2 dolary i 44 centy w portfelu oraz w kieszeniach spodni, Folger 9 dolarów i 64 centy w portmonetce. Na nocnym stoliku obok łóżka leżała dziesiątka, piątka i trzy banknoty jednodolarowe. Nie zabrano żadnych cennych przedmiotów: magnetowidu, odbiorników telewizyjnych, sprzętu stereofonicznego, zegarka Sebringa czy wreszcie jego porsche. Kilka dni po tragicznym zdarzeniu policjanci ponownie przywieźli Winifred Chapman do domu przy Cielo Drive 10050, aby sprawdziła, czy czegoś w nim nie brakuje. Jedyną rzeczą, jakiej nie mogła znaleźć, był statyw pod aparat fotograficzny, przechowywany w szafie w korytarzu. Pięć makabrycznych morderstw nie miało jednak związku ze statywem fotograficznym. Prawdopodobnie został on komuś pożyczony lub gdzieś się zawieruszył.

Chociaż powyższe fakty nie wykluczały możliwości, że do morderstw doszło podczas rabunku w rezydencji — ofiary mogły zaskoczyć włamywacza/włamywaczy na gorącym uczynku — to z pewnością zepchnęły tę możliwość w dół listy.

Inne odkrycia nasuwały bardziej prawdopodobne hipotezy.

W porsche Sebringa znaleziono gram kokainy oraz 6,3 grama marihuany w pięciocentymetrowym „kiepie”, co stanowiło slangowe określenie częściowo wypalonego papierosa z marihuany.

6,9 grama marihuany znajdowało się w plastikowej torebce w kredensie stojącym w salonie rezydencji. W nocnym stoliku sypialni zajmowanej przez Frykowskiego i Folger było 30 gramów haszyszu oraz dziesięć kapsułek czegoś, co po późniejszym zanalizowaniu okazało się stosunkowo nowym narkotykiem, znanym jako MDA4. Były także resztki marihuany w popielniczce na szafce obok łóżka Sharon, skręt z marihuaną na blacie przy drzwiach frontowych5 oraz dwa kolejne w domku gościnnym.

Czyżby w domu odbywało się narkotykowe przyjęcie, podczas którego jeden z uczestników „dostał szału” i wymordował pozostałych? Tę możliwość policja umieściła na górze listy ewentualnych przyczyn popełnienia morderstw, zdając sobie jednak sprawę, że teoria ta ma wiele słabych punktów. Przede wszystkim należało założyć, iż wszystkiego dokonał samotny zabójca z rewolwerem w jednej, a bagnetem w drugiej dłoni, mający przy sobie 13-metrowej długości linę — przy czym wszystko to przyniósł na przyjęcie. Poza tym należało pamiętać o przeciętych przewodach telefonicznych. Przecięcie ich przed popełnieniem morderstw nie wskazywało na spontaniczny wybuch, lecz na działanie z premedytacją. Jeśli przecięto je po zabójstwach, to w jakim celu? A może morderstwa były „zabójstwami narkotykowymi” — zabójca/zabójcy przybył/przybyli, żeby dostarczyć lub kupić prochy, a ewentualna kłótnia na temat pieniędzy lub złej jakości narkotyków przerodziła się w jatkę? To był drugi, pod wieloma względami przekonujący motyw spośród pięciu możliwych przyczyn zbrodni, które detektywi umieścili w swym pierwszym raporcie ze śledztwa.

Trzecia teoria stanowiła wariację drugiej — morderca/mordercy postanowił/postanowili zachować i pieniądze, i towar. Czwarta zakładała włamanie do rezydencji w celach rabunkowych. Piąta — „morderstwo na zlecenie”. Zabójca/zabójcy został/zostali wysłany/wysłani do tego domu w celu wyeliminowania jednej lub większej liczby osób, a później, uznając to działanie za niezbędne ze względu na chęć uniknięcia rozpoznania, zabił/zabili wszystkie ofiary. Ale czy wynajęty morderca wybrałby jako jedno ze swoich „narzędzi pracy” coś tak dużego, rzucającego się w oczy i nieporęcznego jak bagnet? I czy kłułby nim, i kłuł, i kłuł w szale — jak to najwyraźniej miało miejsce w tym wypadku?

Motyw związany z narkotykami wydawał się najsensowniejszy. Podczas dochodzenia oraz w trakcie przesłuchiwania znajomych ofiar policja miała okazję poznać zwyczaje oraz styl życia zamordowanych, dlatego też wielu śledczych nabrało przekonania, że narkotyki są w jakiś sposób związane z przyczyną popełnienia zbrodni. Gdy podawano inne wskazówki, które mogłyby doprowadzić do rozwiązania zagadki, policjanci wręcz odmawiali ich rozważenia.

Nie tylko policja brała pod uwagę narkotyki.

Na wieść o zabójstwach aktor Steve McQueen, wieloletni przyjaciel Jaya Sebringa, zaproponował, żeby oczyścić z narkotyków dom sławnego stylisty, aby ochronić jego rodzinę i interesy. McQueen osobiście nie uczestniczył w tych „porządkach”, ale gdy funkcjonariusze Departamentu Policji Los Angeles przybyli do rezydencji Sebringa, wszystkie kłopotliwe przedmioty zostały zawczasu usunięte. Wielu znajomych ofiar wpadło w histerię. Obawiano się przesłuchań. Anonimowa postać z kręgów filmowych powiedziała dziennikarzowi „Life’u”: „W całym Beverly Hills pracowały spłuczki klozetowe; system kanalizacyjny Los Angeles zatkał się na amen”.

GWIAZDA FILMOWA I CZTERY INNE OSOBY ZAMORDOWANE PODCZAS KRWAWEJ ORGII SHARON TATE OFIARĄ „RYTUALNEGO” MORDERSTWA

Takie nagłówki królowały na pierwszych stronach popołudniowych gazet. O zbrodni trąbiły dzienniki radiowe i telewizyjne. Przedziwny charakter mordu, liczba ofiar i rozgłos, jakim cieszyły się za życia — piękna gwiazda filmowa, spadkobierczyni fortuny kawowej, jej kochanek playboy oraz stylista fryzur o międzynarodowej sławie — wszystko to sprawiło, że ta zbrodnia, wyjąwszy jedynie zamach na prezydenta Johna F. Kennedy’ego, stała się najgłośniejszym zabójstwem w historii Ameryki. Nawet stateczny nowojorski „Times”, który rzadko relacjonuje sprawy kryminalne na pierwszej stronie, uczynił to nazajutrz; i później robił to jeszcze wielokrotnie.

Doniesienia z tych pierwszych dni były ważne ze względu na niezwykłą liczbę przekazywanych szczegółów. Do wiadomości publicznej podano tak wiele informacji, że podczas przesłuchiwania podejrzanych z użyciem wykrywacza kłamstw detektywi mieli trudności ze znalezieniem kluczowych pytań do przeprowadzenia testów.

Standardowa praktyka w wypadku każdego zabójstwa polega na zatajaniu informacji, które zna tylko policja oraz przypuszczalnie morderca/mordercy. Jeżeli podejrzany przyznaje się lub zgodzi na badanie z użyciem wykrywacza kłamstw, takie kluczowe kwestie służą zweryfikowaniu zeznań.

W związku z wieloma przeciekami do prasy detektywi wyznaczeni do „sprawy Tate”, jak dziennikarze ochrzcili te morderstwa, mieli tylko pięć podstawowych wskazówek: (1) narzędzie użyte podczas zabójstw było prawdopodobnie bagnetem; (2) broń, z której strzelano, to przypuszczalnie rewolwer kalibru .22; (3) dokładne wymiary sznura i sposób, w jaki był zapętlony i związany; (4) i (5) na miejscu zbrodni znaleziono okulary w rogowej oprawie oraz składany nóż firmy Buck.

Mnogość informacji, które przedostały się nieoficjalnie do prasy, tak zaniepokoiła szefostwo Departamentu Policji Los Angeles, że nałożono ścisłe embargo na doniesienia o kolejnych odkryciach związanych ze śledztwem. Dziennikarzom się to nie spodobało. Z braku prawdziwych informacji wielu snuło przypuszczenia i spekulacje. Dlatego w kolejnych dniach opublikowano mnóstwo fałszywych doniesień. Pisano, że nienarodzone dziecko Sharon Tate zostało wyrwane z jej macicy; że odcięto jej jedną lub obie piersi; że kilka ofiar zgwałcono, a ręcznik na głowie Sebringa był kapturem białym (Ku-Klux-Klan?) lub czarnym (sataniści?), zależnie od tego, jakie gazety czy magazyny o tym donosiły.

Do prasy nie dotarły natomiast informacje o człowieku oskarżonym o te wszystkie zbrodnie. Przypuszczano, że policja zachowuje milczenie, prag­nąc respektować przysługujące Garretsonowi prawa. Zakładano także, że Departament Policji Los Angeles musi mieć przeciwko niemu mocne dowody, gdyż inaczej w ogóle by go nie aresztowano.

Gazeta z Pasadeny, zbierając strzępy informacji, sama wypełniała istniejące luki. Pisano, że gdy policjanci znaleźli Garretsona, podejrzany zapytał: „Kiedy przyjdą detektywi, żeby mnie przesłuchać?”. Narzucał się oczywisty wniosek: Garretson wiedział, co się stało. Garretson istotnie postawił wspomniane pytanie, ale dopiero gdy był wyprowadzany przez bramę. Cytując anonimowego policjanta, gazeta zauważyła także: „Powiedzieli, że drobnej postury młodzieniec miał spodnie rozdarte na kolanie, a pomieszczenia w domku gościnnym nosiły ślady walki”. Obciążający dowód, jeśli ktoś nie wiedział, że do tych zniszczeń doszło w trakcie aresztowania Garretsona, a nie wcześniej.

Podczas pierwszych kilku dni przez miejsce zbrodni przewinęło się czterdziestu trzech oficerów poszukujących broni i innych dowodów. Sierżant Mike McGann na stryszku mieszczącym się nad salonem znalazł puszkę po taśmie filmowej z rolką taśmy wideo. Sierżant Ed Henderson zabrał ją do Akademii Policyjnej, która miała urządzenia do odtwarzania. Film ukazywał Sharon i Romana Polańskich uprawiających seks. Dając dowód delikatności, policja nie dołączyła tego znaleziska do spisu dowodów rzeczowych, a sama taśma została odłożona tam, skąd ją zabrano6.

Po przeszukaniu nieruchomości detektywi przesłuchali sąsiadów Polańskich, pytając ich, czy widzieli w okolicy kogoś obcego.

Ray Asin przypomniał sobie, że jakieś dwa lub trzy miesiące wcześniej w domu przy Cielo Drive 10050 odbyło się wielkie przyjęcie, na które przybyli goście w „hipisowskich ciuchach”. Odniósł jednak wrażenie, że nie byli to prawdziwi hipisi, gdyż większość z nich przyjechała rolls-royce’ami i cadillacami.

Emmet Steele, którego poprzedniej nocy obudziło szczekanie jego myśliwskich psów, przypomniał sobie, że słyszał w ostatnich tygodniach, jak ktoś jeździł późno w nocy po pobliskich wzgórzach, ale nigdy nie przyjrzał się bliżej ani kierowcy, ani pasażerom samochodu.

Pozostali sąsiedzi twierdzili, że nie widzieli ani nie słyszeli nic podejrzanego. Detektywi odeszli z Cielo Drive z większą liczbą pytań niż odpowiedzi, ale też z nadzieją, że mają człowieka, który może poskładać elementy układanki — Williama Garretsona.

Detektywi przebywający w komisariacie byli mniej optymistycznie nastawieni. Po aresztowaniu dziewiętnastoletni dozorca Altobellego został zabrany do więzienia w Zachodnim Los Angeles i poddany przesłuchaniu. Policjanci uznali jego odpowiedzi za „letargiczne i obojętne”, w związku z czym przypuszczano, że podejrzany jest otumaniony jakimś narkotykiem. Sam Garretson twierdził, że poprzedniej nocy spał zaledwie kilka godzin nad ranem, więc był wyczerpany, a do tego przerażony.

Niedługo po tym przesłuchaniu Garretson otrzymał pomoc ze strony adwokata Barry’ego Tarlowa. Drugie przesłuchanie, w obecności Tarlowa, miało miejsce w Parker Center, kwaterze głównej Departamentu Policji Los Angeles i, zdaniem funkcjonariuszy, także było mało owocne. Garretson twierdził, że chociaż mieszka na terenie posiadłości, miał sporadyczny kontakt z najemcami rezydencji. Powiedział, że poprzedniej nocy odwiedziła go tylko jedna osoba, chłopak nazwiskiem Steve Parent, który zjawił się około 23.45 i wyszedł mniej więcej pół godziny później. Wypytywany o Parenta, Garretson zeznał, że nie zna go dobrze. Pewnego wieczoru, kilka tygodni wcześniej, Parent podwiózł go z kanionu do domu. Wysiadając przed bramą z samochodu, Garretson powiedział Steve’owi, że gdyby był kiedykolwiek w sąsiedztwie, może do niego wpaść. Garretson, który mieszkał w domku gościnnym sam, jeśli nie liczyć psów, wyjaśnił, że podobne zaproszenia składał wielu osobom. Pojawienie się Steve’a było dla niego zaskoczeniem: do tej pory nikt inny go nie odwiedził. Jednak Steve nie zabawił długo; wyszedł, gdy się dowiedział, że Garretson nie jest zainteresowany kupnem radia z zegarem, które miał na sprzedaż.

Do tej pory policja nie kojarzyła gościa Garretsona z młodzieńcem znalezionym w ramblerze; może dlatego, że Garretson nie rozpoznał ofiary.

Po naradzie z Tarlowem Garretson zgodził się na poddanie testowi z wykrywaczem kłamstw, który zaplanowano na następne popołudnie.

Od chwili odkrycia ciał zamordowanych minęło dwanaście godzin. John Doe pozostał niezidentyfikowany.

Porucznik policji Robert Madlock, który kierował śledztwem, zanim zostało ono przydzielone Wydziałowi Zabójstw, oświadczył potem: „Gdy na miejscu zbrodni znaleźliśmy samochód [ofiary], musieliśmy robić tyle rzeczy naraz, że nie mieliśmy czasu, by sprawdzić w Wydziale Komunikacji numer rejestracyjny auta”.

Wilfred i Juanita Parent zamartwiali się przez cały dzień; ich osiemnastoletni syn nie wrócił poprzedniej nocy do domu. „Nie zadzwonił, nie zostawił ani słowa wiadomości. Nigdy wcześniej tak nie robił”, powiedziała Juanita Parent.

Ponieważ pani Parent była zbyt zdenerwowana, by przygotować kolację, około 20.00 Wilfred zabrał ją, wraz z trojgiem dzieci, do restauracji. Pocieszał żonę, że gdy wrócą, Steve będzie pewnie w domu.

Numer rejestracyjny białego ramblera można było odczytać spoza bramy posiadłości 10050 Cielo Drive: ZLR 694. Pewien dziennikarz zanotował go, a potem sprawdził własnymi kanałami w Wydziale Komunikacji, gdzie dowiedział się, że samochód zarejestrowany jest na „Wilfreda i Juanitę D. Parent, 11214 Bryant Drive, El Monte, Kalifornia”.

Gdy reporter dotarł do El Monte, przedmieść Los Angeles odległych od Cielo Drive o jakieś 40 kilometrów, pod wskazanym adresem nie zastał nikogo. Przepytując sąsiadów, dowiedział się, że w rodzinie Parentów jest nastoletni chłopak; poznał także nazwisko księdza z miejscowej parafii, księdza Roberta Byrne’a z kościoła Bożego Narodzenia, i zatelefonował do niego. Byrne dobrze znał młodzieńca i jego krewnych. Chociaż kapłan był przekonany, że Steve nie zna żadnych gwiazd filmowych i wszystko to musi być jakąś tragiczną pomyłką, zgodził się towarzyszyć dziennikarzowi do kostnicy hrabstwa. W drodze opowiadał o Stevie. Chłopak był miłośnikiem sprzętu stereofonicznego i wiedział dosłownie wszystko na temat gramofonów i radioodbiorników. Ojciec Byrne pokładał w nim wielkie nadzieje.

Tymczasem Departament Policji Los Angeles zidentyfikował młodzieńca dzięki porównaniu jego linii papilarnych z odciskami palców w prawie jazdy. Wkrótce po powrocie Parentów do domu przed ich drzwiami zjawił się policjant z El Monte i wręczył Wilfredowi Parentowi kartkę, polecając mu zadzwonić pod zapisany na niej numer telefoniczny. Odszedł, nie mówiąc ani słowa więcej.

Parent wybrał numer.

— Biuro Koronera Okręgowego — odezwał się męski głos.

Zmieszany Parent przedstawił się i opowiedział o policjancie oraz kartce z numerem telefonu. Rozmowa została przełączona do zastępcy koronera, który powiedział:

— Pański syn był najwyraźniej zamieszany w strzelaninę.

— Nie żyje? — spytał zdrętwiały Parent. Słysząc to, jego żona wpadła w histerię.

— Mamy tutaj ciało — odparł zastępca koronera — i jesteśmy przekonani, że to pański syn.

Potem przeszedł do opisu zwłok; szczegóły się zgadzały.

Parent odłożył słuchawkę i zaczął szlochać. Potem z goryczą stwierdził:

— Jest to wyjątkowo kurewski sposób zawiadomienia kogoś o stracie syna.

Mniej więcej w tym samym czasie ciało chłopca obejrzał ojciec Byrne, który potwierdził jego tożsamość. John Doe stał się Stevenem Earlem Parentem, zamieszkałym w El Monte, osiemnastoletnim miłośnikiem sprzętu stereofonicznego.

Zanim Parentowie położyli się spać, była piąta rano.

— Wzięliśmy z żoną dzieciaki do łóżka i w piątkę obejmowaliśmy się i płakaliśmy, póki nie zasnęliśmy.

Leno i Rosemary LaBianca, w towarzystwie Susan Struthers, dwudziestojednoletniej córki Rosemary z poprzedniego małżeństwa, opuścili rejon jeziora Isabela około dwudziestej pierwszej tej samej sobotniej nocy, 9 sierpnia 1969 roku, wyruszając w drogę powrotną do Los Angeles. Popularne miejsce wypoczynku znajdowało się jakieś 240 kilometrów od Los Angeles. Piętnastoletni brat Susan, Frank Struthers junior, spędzał nad jeziorem wakacje u przyjaciela, Jima Saffie, którego rodzina miała tam domek. Leno i Rosemary odwiedzili go w ubiegły wtorek, zostawiając chłopcom własną motorówkę, a wrócili w sobotę rano w celu zabrania łodzi oraz Franka. Jednakże chłopcy tak dobrze się bawili, że rodzice pozwolili Frankowi zostać jeszcze dzień dłużej; wracali więc bez niego i jadąc zielonym thunderbirdem z 1968 roku, ciągnęli za sobą na przyczepie motorówkę.

Leno, prezes sieci supermarketów w Los Angeles, miał czterdzieści cztery lata i był ważącym 100 kilogramów, cierpiącym na nadwagę Włochem. Trzydziestoośmioletnia Rosemary — wymuskana, atrakcyjna brunetka, była kelnerka w restauracjach typu drive-in — po zaliczeniu wielu takich miejsc pracy oraz nieudanym małżeństwie otworzyła przy North Figueroa w Los Angeles własny sklep z sukniami, renomowany Boutique Carriage. Leno i Rosemary byli małżeństwem od 1959 roku. Z powodu holowania motorówki nie mogli jechać z szybkością, jaką lubił Leno, wlekli się więc po autostradzie za sznurem samochodów sunących w stronę Los Angeles. Jak wielu innych kierowców, mieli włączone radio i usłyszeli wiadomości o zamordowaniu Sharon Tate. Wedle słów Susan Rosemary była wstrząś­nięta zbrodnią. Kilka tygodni wcześniej zwierzyła się bliskiej przyjaciółce: „Ktoś był u nas w domu podczas naszej nieobecności. Przestawiono różne przedmioty, a psy, które powinny być wewnątrz domu, znajdowały się na zewnątrz”.

Niedziela, 10 sierpnia 1969

Około pierwszej w nocy państwo LaBianca podrzucili Susan do jej mieszkania na Greenwood Place w Los Feliz, dzielnicy Los Angeles. Leno i Rosemary mieszkali w tej samej okolicy, przy Waverly Drive 3301, niedaleko Griffith Park.

Nie pojechali prosto do domu, lecz przystanęli na rogu Hillhurst i Franklin.

John Fokianos, który miał na tym rogu stoisko z gazetami, rozpoznał zielonego thunderbirda z łodzią na przyczepie, i gdy samochód zajechał na leżącą po drugiej stronie ulicy stację Standard i zawracał, by znaleźć się koło jego kiosku, sięgnął po egzemplarz „Herald Examiner”, niedzielne wydanie gazety Los Angeles, i program wyścigów konnych. Leno był jego stałym klientem.

Państwo LaBianca wyglądali na zmęczonych długą jazdą. Fokianos klientów miał niewielu, więc pogadali kilka minut „o Tate, wydarzeniu dnia. To była pierwszoplanowa wiadomość”. Fokianos pamiętał, że pani LaBianca wyglądała na bardzo poruszoną tymi zabójstwami. Miał kilka dodatkowych wkładek do niedzielnego „Los Angeles Times”, które przedstawiały ofiary zbrodni, i dał je za darmo.

Obserwował ich, gdy odjeżdżali. Nie zauważył, która dokładnie była godzina, ale prawdopodobnie około drugiej, gdyż niedługo po odjeździe państwa LaBianca zamknięto bary i zaczął się u niego ruch w interesie.

O ile wiadomo, John Fokianos był ostatnią osobą — nie licząc mordercy/morderców — która widziała Rosemary i Leno żywych.

W niedzielne popołudnie na korytarzu przed prosektorium na pierwszym piętrze Pałacu Sprawiedliwości kłębił się tłum dziennikarzy i kamerzystów telewizyjnych, oczekujących na oświadczenie koronera.

Mieli czekać jeszcze długo. Chociaż autopsje rozpoczęły się o 9.50 rano, a do pracy zaprzęgnięto sporą liczbę zastępców koronera, zanim zakończono ostatnią sekcję, była już trzecia po południu.

Doktor R.C. Henry przeprowadzał autopsję ciał Folger i Sebringa, doktor Gaston Herrera zajmował się zwłokami Frykowskiego i Parenta. Doktor Noguchi sprawował nadzór nad wszystkimi czterema sekcjami, poza tym osobiście przeprowadził inną autopsję, która rozpoczęła się o godzinie 11.20.

Sharon Marie Polańska, zam. 10050 Cielo Drive, kobieta, biała, 26 lat, 160 centymetrów, 60 kilogramów wagi, włosy blond, oczy brązowe. Zawód ofiary — aktorka…

Raporty z autopsji to oschłe dokumenty. Są naszpikowane detalami mówiącymi, w jaki sposób ofiary zmarły, zachowują informacje dotyczące ostatnich godzin ich życia, ale nigdy, choćby zdawkowo, nie wspominają o ich prywatnym życiu. Żadnych informacji o tym, co ofiara lubiła, a czego nie; brak wzmianek dotyczących miłości, nienawiści, obaw, aspiracji czy też innych ludzkich emocji; nic, tylko ostateczne, kliniczne podsumowanie: „Ciało jest rozwinięte normalnie… Trzustka niemal niezauważalna… Serce waży 340 gramów i jest symetrycznie zbudowane…”.

A przecież żyjące niedawno ciało miało swoją przeszłość.

Biografia Sharon Tate zakrawa na publikację prasową spreparowaną przez studio filmowe. Zawsze pragnęła być aktorką. Mając sześć miesięcy, została miss Tiny Tot Dallas, w wieku szesnastu lat miss Richland w stanie Waszyngton, a potem miss Autorama. Kiedy jej ojca, zawodowego oficera armii, przeniesiono do San Pedro, Sharon jeździła autostopem do Los Angeles, gdzie nachodziła studia filmowe.

Poza ambicjami miała co najmniej jeden atut: była niezwykle piękną dziewczyną. Zdobyła sobie agenta filmowego, któremu udało się załatwić jej występy w kilku reklamówkach, a później, w 1963 roku, zdjęcia próbne do serialu telewizyjnego Petticoat Junction. Dwudziestodwuletnią piękność ujrzał na planie jego producent, Martin Ransohoff, który oświadczył: „Zrobię z ciebie gwiazdę, skarbie”.

Gwiazda wschodziła długo. Lekcje śpiewu, tańca i gry aktorskiej przeplatane były epizodami — granymi przez nią zwykle w czarnej peruce — w The Beverly Hillbillies, Petticoat Junction oraz dwóch kinowych filmach Ransohoffa: The Americanization of Emily i The Sandpiper. Ten ostatni film, w którym występowali Elizabeth Taylor oraz Richard Burton, kręcony był w Big Sur. Sharon była zachwycona zatoką. Gdy pragnęła uciec od zgiełku Hollywood, jechała właśnie tam. Bez makijażu, zatrzymywała się w rustykalnej Deetjen’s Big Sur Inn, sama lub z przyjaciółkami włóczyła się po dzikiej okolicy, opalała na plaży i zawierała znajomości z bywalcami Nepenthe. Aż do jej śmierci wielu z nich nie miało pojęcia, że była aktorką.

Chociaż Sharon wyglądała jak gwiazdka, to zdaniem bliskich przyjaciół nie przystawała do tego wizerunku. Nie była kochliwa. Związków uczuciowych miała niewiele i rzadko były one przypadkowe — przynajmniej z jej strony. Pociągali ją raczej dominujący mężczyźni. W Hollywood miała długi romans z francuskim aktorem, który ulegał chorobliwym atakom złości i pobił ją kiedyś tak dotkliwie, że musiała się poddać leczeniu w UCLA Medical Center7. Wkrótce potem, w 1963 roku, Jay Sebring zobaczył Sharon na studyjnej prapremierze. Nakłonił przyjaciela, żeby go jej przedstawił, i po krótkich, ale szeroko komentowanych zalotach, zostali kochankami — a związek ten trwał do chwili, gdy Sharon spotkała Romana Polańskiego.

Był już rok 1965, gdy Ransohoff uznał wreszcie, że jego podopieczna dojrzała do zagrania pierwszej dużej roli w filmie Eye of the Devil, w którym występowali Deborah Kerr i David Niven. Wymieniona na siódmym miejscu wśród obsady, Sharon Tate grała uwodzicielską wiejską dziewczynę. Wypowiedziała zaledwie kilkanaście kwestii, gdyż jej rola polegała głównie na tym, by pięknie wyglądać. Doskonale wywiązała się z tego zadania. Szczerze mówiąc, we wszystkich filmach, jakie nakręciła, nie oczekiwano od niej niczego więcej.

W Eye of the Devil Niven ginie z rąk zakapturzonej sekty, która składa rytualne ofiary.

Film kręcono we Francji, lecz ostatnie zdjęcia były robione w Londynie i to właśnie tam, w 1966 roku, Sharon poznała Romana Polańskiego.

Polański miał 33 lata i opinię jednego z najlepszych europejskich reżyserów. Urodził się w Paryżu, jego ojcem był rosyjski Żyd. Matką — Polka o rosyjskim rodowodzie. Kiedy Roman miał trzy lata, jego rodzina przeniosła się do Krakowa. Mieszkali tam nadal, gdy w 1940 roku, po inwazji Niemiec na Polskę, zostało zamknięte krakowskie getto. Z pomocą ojca Romanowi udało się z niego uciec. Przeżył wojnę u przyjaciół rodziny, rodziców zaś wywieziono do obozów koncentracyjnych; matka zginęła w Oświęcimiu.

Po wojnie Polański studiował przez pięć lat w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Jako swą pracę dyplomową zrealizował film Dwaj ludzie z szafą — gorąco przyjętą surrealistyczną krótkometrażówkę. Zrobił też kilka innych krótkich filmów, między innymi Ssaki, w którym przyjaciel Polańskiego, Wojtek Frykowski, zagrał rolę złodzieja. Po długim pobycie w Paryżu Polański wrócił do Polski, by nakręcić Nóż w wodzie, swój pierwszy film pełnometrażowy. Film zdobył Nagrodę Krytyków na festiwalu w Wenecji oraz nominację Amerykańskiej Akademii Filmowej. Polańskiego, który miał wówczas zaledwie 27 lat, zaczęto uważać za jednego z najbardziej obiecujących europejskich reżyserów.

W 1965 roku Polański zrealizował w Anglii Wstręt z Catherine Deneuve. Potem przyszła Matnia, uhonorowana Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Berlinie, Nagrodą Krytyków Filmowych na festiwalu w Wenecji, i Diploma of Merit w Edynburgu. W doniesieniach prasowych, które pojawiły się po zamordowaniu Tate, dziennikarze podkreślali fakt, że we Wstręcie postać grana przez pannę Deneuve wariuje i morduje dwóch mężczyzn, w Matni zaś każdego z mieszkańców odosobnionego zamczyska spotyka dziwaczny los, aż w końcu przy życiu pozostaje tylko jeden człowiek. Dopatrzyli się także w twórczości Polańskiego „skłonności do przemocy”, pomijając fakt, że w większości jego filmów przemoc jest ledwie sugerowana.

Prywatne życie Polańskiego było równie kontrowersyjne jak jego filmy. Po małżeństwie z polską gwiazdą filmową, Barbarą Kwiatkowską-Lass, zakończonym rozwodem w 1962 roku, Polański dorobił się w środowisku filmowym opinii playboya. Jego przyjaciel wspominał później, jak Roman przerzucał kartki w notesie, mówiąc: „Którą, do cholery, powinienem zadowolić dziś w nocy?”. Inny z przyjaciół zauważył, że ogromnemu talentowi reżyserskiemu Romana dorównywało tylko ego Polańskiego. Wrogowie — a było ich wielu — mieli do powiedzenia gorsze rzeczy. Jeden z nich, robiąc aluzję do niskiego wzrostu Polańskiego, nazwał go „osobliwym, półtorametrowym Polakiem, z którym nie chce się mieć nic wspólnego”. Polański wyzwalał w ludziach silne emocje, zniewalał ich swoim wdziękiem albo zniechęcał arogancją.

Z Sharon było inaczej, przynajmniej na początku. Gdy Ransohoff przedstawił jej Polańskiego podczas pewnego przyjęcia, młody reżyser nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Ona na nim również. Owa prezentacja nie była przypadkowa. Wiedząc, że Polański chce nakręcić film będący pastiszem horrorów, Ransohoff zaproponował, że zostanie jego producentem. Miał zamiar załatwić Sharon główną rolę kobiecą. Polański dał jej do przeczytania scenariusz i uznał, że aktorka spełnia wymogi roli. Polski reżyser był autorem tego scenariusza i sam również zagrał w filmie, który w końcu nosił tytuł Nieustraszeni pogromcy wampirów, albo przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi. Ransohoff dokonał wbrew woli Polańskiego wielu cięć, więc reżyser nie zakceptował tej wersji filmu8. Chociaż film był raczej błazenadą niż dziełem sztuki, Polański — stwarzając komiczny portret młodego, gapiowatego asystenta uczonego łowcy wampirów — objawił kolejny aspekt swego wielkiego talentu. Sharon jak zwykle wyglądała pięknie i wypowiadała tylko parę kwestii. Jako ofiara wampira z początkowych scen filmu, w ostatniej z nich kąsa swego kochanka, granego przez Polańskiego, budząc w ten sposób kolejnego potwora.