Hellware (Miasteczko Nonstead #2) - Marcin Mortka - ebook

Hellware (Miasteczko Nonstead #2) ebook

Marcin Mortka

0,0

Opis

Dwa i pół roku życia skasowane jak niepotrzebny plik.

Nathaniel McCarnish budzi się jako barman w pubie i uświadamia sobie, że stracił lata życia, a co gorsza zawodzą wszelkie próby kontaktu z Fioną. Próbując rozwikłać zagadkę, Nathan wyrusza znów w stronę miasteczka Nonstead, gdzie zapanowała już normalność. Choć… Za co Skinner trafił do więzienia? Skąd się wziął Chochlik, którego niby wszyscy znają, ale nikt nie umie nic o nim powiedzieć? I co się właściwie stało z Fioną?

A zwłaszcza, co kryje krótki film, który nagrała?

Wraz z nadejściem mrozów, do Nonstead znów zawitały niepewność i groza. Nathan jeszcze nie wie, że jego własny telefon wnet stanie się śmiertelnym zagrożeniem, a do tego zdecydowanie lepiej nie przeglądać się w lustrze. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że miasteczkiem zawładnęła nowa siła, o wiele lepiej zorganizowana niż wcześniej, a dla niego wyznaczona została pewna rola.

Bo czy ktoś taki jak Maggor mógłby o nim zapomnieć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 299

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Początek każdej podróży zawsze przepełniał mnie lękiem, ale teraz czuję tylko spokój. Może dlatego, że jakieś osobliwe przeczucie podpowiada mi, że to moja ostatnia podróż. Ostatnia, a zarazem najważniejsza. Nie, nie najważniejsza.

Jedyna, która ma sens.

Rozdział Pierwszy

Nathaniel McCarnish zamrugał. Przełknął ślinę i podniósł głowę znad mytego właśnie kufla. Wciągnął w płuca zapach detergentów, piwa i gorących kiełbasek, a także powietrza, nieco wilgotnego i wciąż przesyconego dymem tytoniowym, mimo wielu lat zakazów palenia w lokalu. Potem znów zamrugał i rozejrzał się powoli, bardzo powoli.

Tłum ludzi, głównie mężczyzn. Stoliki zastawione kuflami, butelkami i miskami po chipsach. Niewyraźne postacie z kijami, pochylające się nad zielonym suknem stołów bilardowych. Zapomniany przez wszystkich telewizor w rogu, pokazujący wyciszony mecz baseballu. Szalejąca dziesiątkami kolorów elektroniczna tarcza do rzutków, ledwie widoczna spoza szerokich barów celującego do niej motocyklisty. Migoczący rytmicznie ekran pinballa.

Nathan zacisnął powieki, a potem je otworzył.

Nic się nie zmieniło.

Otworzyły się drzwi i do środka wszedł jakiś facet w czapce z daszkiem, przepuściwszy przodem dziewczynę w krótkiej spódniczce. Damsko-męskie towarzystwo przy sąsiednim stoliku powitało ich radosnymi okrzykami.

Nathan przez moment miał wrażenie, że nie jest w stanie nabrać tchu. Że na gardle zaciska mu się jakaś żelazna dłoń. Wszystko go dusiło: nawał dźwięków, obcość miejsca, nieznajome zapachy. Półprzytomnie spojrzał na trzymany w ręku kufel.

Odstawił go odruchowo.

„Ja tu pracuję?” – przemknęło mu przez głowę, gdy patrzył na mydliny, powoli spływające po wypukłym szkle na wysłużony blat.

Z trudem wciągnął powietrze, zatoczył się lekko, oparł obiema dłońmi o blat. Otaczające go dźwięki na moment rozbiły się na pojedyncze odgłosy, a potem znów scaliły się w ścianę niezrozumiałego szumu.

– Hej! – ryknął ktoś, całkiem blisko. – Nalejesz mi piwa, synku, czy sam mam się obsłużyć?

Powoli odwrócił głowę. Wołającym był łysiejący mężczyzna o wydętych policzkach starzejącego się trębacza i rybich, nieco przekrwionych oczach. Fałda skóry na szyi zadrżała, gdy odwrócił głowę ku kolegom krzyczącym coś ze swego stolika.

– I orzeszki jeszcze podaj – dodał. – Pośpiesz się, jeśli łaska, bo Jimmy właśnie opowiada o swojej teściowej. Wierz mi, chłopcze, nie chciałbyś tego przegapić.

Nathan uśmiechnął się lekko, niepewnie, posłuszny odruchowi, z którego istnienia nie zdawał sobie sprawy, i zręcznie wyłuskał czysty kufel. Polegając na pamięci mięśniowej, nalał klientowi piwa i podał mu orzeszki. Ustawił płatność w telefonie, na co grubas przystawił własny.

Nie miał pojęcia, skąd znał wszystkie ceny. Nie musiał się zastanawiać, gdzie szukać przekąsek.

„Ja tu pracuję, ale… ale od kiedy? I… dlaczego?”

Świat się rozmywał – na moment stawał się nierealny, by znów nabrać wyrazistości. Nic nie znikało. Dalej stał za barem, ludzie krzyczeli, śpiewali, śmiali się. Na zapomnianym telewizorze jakiś gracz zaliczał home run.

– Kurna, co za noc – westchnęła skośnooka dziewczyna w czarnym fartuszku.

Spojrzała na garść monet w dłoni i wrzuciła wszystkie do słoja z napiwkami na blacie. Nathan skądś wiedział, że ma na imię Miley i jest bardzo miła, za to cyniczna jak diabli i złośliwa. W weekendy spędza godziny na strzelnicy i trenuje aikido, choć niewiele jej to daje, bo łatwo traci panowanie nad sobą. Pamiętał, jak o mało nie rozszarpała pijanego klienta, który próbował im podwędzić ów słój.

Im? Jakim „im”?

Miley przechyliła lekko głowę.

– Nate, nic ci nie jest?

Tylko ona mówiła do niego Nate. Pozostali zwracali się do niego per Nathan, z wyjątkiem Grega, który nigdy nie odezwał się inaczej niż „Brytolu”, ale trzeba było nauczyć się z tym żyć. Greg po prostu miał paskudną naturę i właśnie dlatego szorował podłogi, i taszczył beczki z piwem, a nie obsługiwał klientów, gdzie same napiwki…

– Nie, nie… – wycedził Nathan, wyprostował się i naparł pięściami na skronie. Miał ochotę tłuc się po czaszce, dopóki wszystko nie zniknie, ale coś mu mówiło, że tak się nie stanie. Że nie ma odwrotu z tej rzeczywistości. Spojrzał na Miley, która złapała go za rękę z poważną miną.

– Blady jesteś – powiedziała, przechylając lekko głowę. – Może chcesz wyjść na świeże powietrze?

– Tak – wybełkotał. Nie patrzył na nią, nadal w nią nie wierzył, choć dotyk jej ręki był tak materialny, że aż palił. Tak, świeże powietrze. Dobry pomysł. Wyjść, uciec, urwać się stąd, wyrwać się z tego obcego świata, do którego nie należał, który…

Miley nadal coś mówiła, ale nie słuchał. Przemknął obok niej, złapał kurtkę i zaczął przedzierać się przez tłum do wyjścia. Drzwi znów się rozchyliły, wpuściły do środka falę chłodnego, deszczowego powietrza i grupkę roześmianych ludzi, owianych papierosowym dymem. Nathan przemknął między nimi, niepozorny i niezauważony.

Nadal lekko padało. Światło latarni odbijało się w milionach kropelek wody na szybach i maskach samochodów, a w kałużach na środku parkingu tańczyło rozmazane odbicie neonu nad pubem. Odruchowo narzucił kurtkę – ciężką, pobrzękującą ramoneskę – a potem równie odruchowo wyłuskał drżącymi rękoma papierosa z pomiętej paczki. Zapalniczka nie była w stanie skrzesać ognia w wilgotnym powietrzu i minęła dłuższa chwila, nim zdołał wreszcie się zaciągnąć.

Niewiele to dało.

W głowie bynajmniej nie chciało się rozjaśnić. Miał upiorne wrażenie, że jednocześnie wie, gdzie stoi, jak i nie ma o tym bladego pojęcia. Że jest tym, kim jest, a jednak nim nie jest.

– Przecież – wyszeptał – przecież ja nigdy nie pracowałem w pubie… Ja nigdy…

„Pracowałeś – podpowiedziała mu zimna, obojętna myśl. – I pracujesz. Od dwóch i pół roku, średnio cztery do pięciu nocy w tygodniu. Od chwili, gdy po prostu tu wszedłeś, a Steve toczył tę wściekłą awanturę z Miley, która nie wyrabiała, bo…”

Zacisnął zęby i powieki. Świat się zakołysał.

Miał ochotę cisnąć papierosa na ziemię i uciec do domu, a tam skulić się na łóżku i leżeć na nim w absolutnych ciemnościach do chwili, gdy to wszystko dobiegnie końca, gdy koszmar sam odejdzie…

Tyle że…

„Dom? – spytała ta sama obojętna myśl. – Masz na myśli tę kawalerkę bez okien, którą wynajmujesz za jakąś absurdalną kwotę na miesiąc? Tę norę, do której ledwie udało się wepchnąć materac z Ikei?”

– Nie! – wysyczał. – Dom! Moje mieszkanie w Nowym Jorku, gdzie…

Naraz pochwycił go zimny lęk. Papieros wypadł na mokry chodnik, gdy Nathan drżącymi rękami wyrwał telefon z kieszeni kurtki. Zamarł na moment, przeświadczony, że trzyma nie swój aparat, tylko kogoś obcego.

„Nie, to twój – prychnęła obojętna myśl. – Nie pamiętasz? Kupiłeś go tydzień temu, gdy jakiś pajac zalał ci poprzedni piwem. Greg mało ze śmiechu nie pękł, skurwiel jeden…”

Choć telefon wydawał się zupełnie obcy, odblokował go odruchowym muśnięciem kciuka po ekranie, ledwie spojrzał na pusty, fabryczny ekran bez żadnej tapety i pospiesznie wszedł w kontakty. Dwadzieścia siedem numerów. Miley, Greg, Steve, kilka innych nieistotnych imion, dwie pizzerie, jakaś chińska knajpa, Kutas od kablówki, pralnia chemiczna.

Nic. Nie było jej. Nie widział Fiony. W katalogu nie było tam nawet hasła na „f”.

Nathan oparł się o ścianę i pochylił głowę, gdy jego serce przeszył nieprzyjemny, ostry ból. Trwał w tej pozie przez dłuższą chwilę, a gdy znów podniósł wzrok, deszcz przybrał na sile. Idealne odbicie neonu w kałuży na środku parkingu rozmyło się, podobnie jak jego wiara w to, co widzi.

Raz jeszcze spojrzał na ekran telefonu, ale nie pomylił się za pierwszym razem. Fiony nadal tam nie było. Nie było tej najważniejszej, tej cudem odnalezionej, tej, której obiecywał nigdy już nie porzucać. Czyżby znów znikła z jego świata jakby wymazana gumką? Wyrzucona zimną komendą programisty?

Jakby nigdy nie istniała?

Obudził się w nim lęk. Tknięty nową myślą, wyszedł pospiesznie z kontaktów i…

Telefon zawibrował mu w dłoni, a na ekranie pojawiło się imię „Steve”. Nathan odruchowo odebrał.

– No, co tam? – spytał, znów wbrew sobie, w myśl jakiegoś rytuału, który wypracowało sobie to drugie, obce mu „ja”.

– Co tam? – warknął głos po drugiej stronie, przytłumiony przez gwar w knajpie, ale na tyle wyraźny, by Nathan wyobraził sobie, jak ów Steve, człowiek, którego nie znał, a mimo to pracował dla niego od dwóch i pół roku, przygryza wargę i czerwienieje. – To chyba ja powinienem o to zapytać! Gdzie ty się, kurwa, szwendasz! Miley powiedziała, że gdzieś poszedłeś! Człowieku, to piątek, piątkowa noc! Wszyscy zapieprzają jak szerszenie, a więc wracaj tu w tej chwili, bo…

Urwał, by zaczerpnąć oddechu. Jakiś nieznany Nathanowi odruch kazał mu natychmiast przytaknąć i skręcić w stronę wejścia do knajpy, ale wyprostował się i wzdrygnął.

– Posłuchaj, eee… Steve – wymówił to imię z niechęcią. – Ja… Ja chyba… Wiesz co, ja muszę chyba…

– Nathan, naćpałeś się czy co? Wracaj w tej chwili, świrze jeden, bo ci, kurwa, z czystej złośliwości potrącę z tygodniówki! Tak, Greg, widzę, a ty widzisz, że rozmawiam? – Ostatnie dwa zdania były ewidentnie skierowane do kogoś innego. – McCarnish, masz minutę, by się wysikać, wyrzygać czy co tam robisz i wracaj do roboty, bo…

Nathan pokręcił głową i przerwał połączenie z niechęcią podobną tej, z jaką się strąca martwą muchę z krzesła, a potem uruchomił kalendarz. Wiedział, co tam zobaczy, ale i tak musiał ujrzeć to na własne oczy.

12 stycznia 2021 roku.

Zjechał po ścianie i kucnął, obojętny na to, że deszcz staje się coraz intensywniejszy, i wygonił już nawet najtwardszych amatorów dymu tytoniowego z powrotem do pubu. Odrzucił kolejne połączenie od Steve’a i wygasił ekran. A potem znów mocno, bardzo mocno zacisnął powieki.

Wędrował myślami w przeszłość. Przebijał się przez labirynt nijakich, wyblakłych, obojętnych mu wspomnień i brnął w stronę tych jeszcze odleglejszych, mętniejszych, ale za to kolorowych. Tych, w których jaśniała Fiona.

Odnalazł coś. Wspomnienie, w którym Fiona wściekła się, gdy odpadła sprzączka od jej nowych koturnów. I to, w którym siedzieli obok siebie na stacji metra i czytali książki, i inne, w którym wybierali się na Ciche miejsce do kina, ale pokłócili o jakąś duperelę i nigdy tam nie dotarli. Jeszcze inne, w którym Fiona upiekła jakiś fantastyczny placek, do którego wypili butelkę wina.

– Lato – wyszeptał ledwie słyszalnym głosem. – Lipiec, może sierpień, dwa lata temu. Pisałem wtedy…

Potarł wściekle twarz i załzawione, mętne oczy.

– Książkę dla dzieci pisałem: Przybysze z Niby-gdzieś – mamrotał, a jego własny głos wydał mu się liną łączącą z rzeczywistością. – Znaczy, gówno tam pisałem. Konspekt ledwie skleciłem i opisałem postacie, by Dartsworth wreszcie dał mi spokój. Nie napisałem ani rozdziału, a potem…

Uderzył potylicą o ścianę z taką siłą, że gwiazdki rozbłysły mu przed oczami.

– Co było potem? Co ja tu robię, co mi zabrało dwa i pół roku życia? – wyszeptał ku natarczywym kroplom deszczu. – I co się, do cholery, stało z Fioną?

Telefon znów zawibrował. Nathan z wściekłością odrzucił kolejne połączenie od Steve’a, wepchnął telefon do kieszeni i ruszył tam, gdzie parkował samochód. To, że znał kierunek, irytowało go w tym samym stopniu, co przynosiło mu ulgę.

***

Wspomnienia z obu jego żywotów – zarówno tego sprzed lata 2018, jak i obecnego, tego obcego – pozostawały zgodne w kwestii samochodu i Nathan wiedział, że ujrzy starego dobrego jeepa Wranglera z wgnieceniem na tylnym zderzaku i pierwszymi śladami rdzy na skraju drzwi kierowcy. Mimo to na widok auta przyspieszył, jakby ktoś go gonił, i niemalże wskoczył na siedzenie kierowcy. Zatrzasnął drzwi, oparł czoło o kierownicę i przez chwilę trwał w tej pozie, wdychając dobrze sobie znany zapach skórzanej tapicerki, dymu tytoniowego i zapomnianej choinki zapachowej kołyszącej się pod lusterkiem.

Każdy oddech przybliżał owe jakże cenne, kolorowe wspomnienia, a jednocześnie rozbudzał w nim niepokój i oszołomienie, bo doskonale wiedział, że znajduje się w miejscowości Mercy, zamieszkałej przez siedemnaście tysięcy dusz, pracujących w halach magazynowych firmy WeeRun, jakiejś kanadyjskiej papierni bądź w usługach. Dobrze wiedział, że pub, w którym pracował, nosił pretensjonalną nazwę Classic, a Steve Grunt, który zadzwonił do niego jeszcze dwukrotnie i wysłał kilka wiadomości, kupił go za bezcen i wyprowadził go z ogromnego zadłużenia. Wiedział, że w jedynej chińskiej knajpie nie ma ani jednego Chińczyka, że miejscowe kino zamknięto po pożarze, a na college’u działał całkiem dobry teatr, ale…

Nie wiedział, skąd to wiedział. Nie miał pojęcia, jak tu dotarł ani też co się działo wcześniej.

Wytężał pamięć, aż zakręciło mu się w głowie, ale w swoich wspomnieniach ciągle natrafiał na mglistą dziurę, rozleg­łą i zaborczą, która pochłonęła wszystko, co się wydarzyło między końcem lata 2018 a przypadkowo usłyszaną kłótnią Steve’a z Miley, w którą się wmieszał. O ile dobrze pamiętał, chciał ich pogodzić i chyba poszło mu dobrze, bo ułagodzony Steve przeprosił Miley za wybuch, a potem postawił Nathanowi piwo i wyżalił się, że nie może znaleźć dobrych pracowników. Pół godziny później już pokazywał Nathanowi, jak się obsługuje kasę fiskalną.

Mężczyzna odetchnął ciężko i spojrzał w nieco zaparowane lusterko, z którego zerknęły na niego zmęczone, podkrążone oczy.

– Rozumiesz coś z tego? – spytał cicho sam siebie.

Wyglądał tak jak kiedyś. Był nieco bladym człowiekiem o jasnych, niebieskich oczach i ciemnych, trochę przydługich, źle ostrzyżonych włosach. Przez lekko zapadłe policzki twarz wydawała się nazbyt długa, co podkreślała jeszcze kozia bródka. Wrażenie znajomości psuła jedynie paskudna szrama na szyi, wystająca znad kołnierza. Nie miał pojęcia, skąd się wzięła.

Wodził po niej przez moment palcem, powoli, ostrożnie, w nadziei, że być może przyciągnie to jakieś wspomnienia. Na próżno.

– No proszę – mruknął do swego odbicia. – A ja, jak ostatni dureń, żyłem w przekonaniu, że coś dziwnego może się wydarzyć tylko w Nonstead.

Nonstead. O, to miejsce pamiętał doskonale. Aż za dobrze.

Naraz naszła go myśl, by poszukać Fiony na jakimś portalu społecznościowym. Nigdy nie była szczególnie aktywna na Facebooku, ale może…

Coś rąbnęło w szybę od strony kierowcy. Nathan podskoczył i upuścił telefon, który wpadł gdzieś pod siedzenie.

– Tu się chowasz, co? – wycharczał stłumiony głos kogoś, kto przypadł do drzwi samochodu i walił w nie pięściami. – Będziesz sobie ze mną pogrywał, co? Zaraz ci przypierdolę, ty pieprzony chuju…

Ostatnie trzy słowa, już głośne i wyraźne, wpadły do środka wraz z podmuchem zimna, gdyż napastnik zdołał otworzyć drzwi. Zaskoczony Nathan ujrzał twarz Steve’a, czerwoną, nieładną i wykrzywioną furią. Taką jak wtedy, gdy rozpoczął się jego sen w Classicu.

Jedyną różnicą było to, że tym razem nie miał ochoty ani siły łagodzić niczyich wybuchów.

Palce Steve’a wpiły się w materiał jego kurtki. Szef pubu szarpnął raz i drugi, chcąc wywlec go na mokry asfalt parkingu. Przyzwyczajony do tego, że jego wściekłość na ogół budzi uległość u pracowników, nie był gotów na pięść, która wystrzeliła z wnętrza samochodu prosto w jego facjatę.

Nathan, zaciskając zęby, wyskoczył w ślad za cofającym się Gruntem. Nie lubił tego – w żadnym ze swoich żywotów nie znosił przemocy – ale wzburzenie i frustracja obudziły w nim dziką, niezrozumiałą ochotę, by komuś spuścić łomot.

– Odbiło ci, McCarnish? – wybełkotał Steve i splunął krwią. – Kurwa, facet, mamy pełen pub, a ty…

– W dupie mam ten twój pub! – wycedził Nathan i przyłożył mu raz jeszcze, tym razem sierpowym, a potem w brzuch. Włożył w ten cios całą siłę i posłał zataczającego się Grunta na burtę zaparkowanego nieopodal pick-upa. – I ciebie! I to życie!

Czwarty cios trafił w próżnię. Grunt jakoś zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki, trzymając się za brzuch. Kilkanaście chwiejnych kroków dalej zatrzymał się i wycelował w Nathana palec.

– Jeszcze mnie popamiętasz, złamasie jeden! O tygodniówce możesz, kurwa, zapomnieć, a jeśli jeszcze raz przejdziesz przez próg…

Resztę pogróżek urwało trzaśnięcie drzwiami. Nathan, zdyszany i rozemocjonowany, usiadł już na fotelu kierowcy, przekręcił stacyjkę i wrzucił wsteczny. Nadmuch jeepa plunął w niego strumieniami zimnego powietrza, a z głośników jak zwykle popłynął płaczliwy głos Roberta Smitha, punktowany suchą perkusją.

Nathan wdepnął pedał gazu i wyjechał z parkingu, mijając Steve’a Grunta o włos.

***

Oddalając się od pubu, wzdragał się z obrzydzeniem, jakby miał na sobie cuchnące łachy ulicznego włóczęgi i nie mógł się doczekać, aż je zrzuci. Mimo to jakiś praktyczny odruch kazał mu się zatrzymać obok odrapanego, dwupiętrowego bloku, w którym wynajmował kawalerkę.

Od dwóch i pół roku swojego-nieswojego życia.

Deszcz był nieugięty, a do tego zimny jak nigdy wcześniej. Nathan dopiął ramoneskę, skulił się i podzwaniając klamrą przypadł do klatki schodowej, wprowadził kod do domofonu i wbiegł po schodach na samą górę. Tam już wolniej otworzył drzwi i przekroczył próg. Powoli je przymknął, ale nie zamykał.

Na wypadek gdyby z jakiegoś powodu chciał stąd uciekać.

Nie włączał światła. Wystarczał mu blask ulicznej latarni wpadający przez jedyne w mieszkanku zalane deszczem okno. Widział dzięki niemu materac z kilkoma skotłowanymi kocami i krzesło z licznymi ciuchami przewieszonymi przez oparcie. Otwarta walizka na podłodze, która dawała złudne wrażenie, że dopiero co powrócił z podróży i nie zdążył się jeszcze rozpakować, laptop sennie mrugający pojedynczą diodą i ciemna sterta książek w kącie.

Pustka. Tym nieszczęsnym pomieszczeniem władała emocjonalna pustka i stojący na progu Nathan miał wrażenie, że stoi na skraju przepaści.

Wiedział, że walizka leży otwarta od dwóch i pół roku, że ze ścianą łączy ją most pajęczyn, że książki w kącie, nigdy przez ten czas nietknięte, pokryła warstwa kurzu, a laptop, służący tylko do oglądania filmów, ma fabryczną, nudną tapetę z jakimś pejzażem. Tych kilka metrów kwadratowych, którym przyglądał się z niedowierzaniem i narastającą niechęcią, nie zostało w żaden sposób naznaczonych jego osobowością.

Bo ta nie istniała.

Nagle zrozumiał, że przez dwa i pół roku kierował się wyłącznie tym, co zapewniało przetrwanie. Pracował w pubie, bo musiał mieć pieniądze, wynajmował kawalerkę, bo należało gdzieś mieszkać, jadł i pił, by nie być głodnym, i ubierał się, by nie marznąć. W wolnych chwilach oglądał filmy, bo była to najłatwiejsza możliwa rozrywka.

Patrzył nie tyle na pokój, co na przechowalnię – nie tyle dla człowieka, co dla ludzkiego ciała.

Przez dwa i pół roku istniał bowiem tylko jako ciało.

Minęła dłuższa chwila, nim drgnął i zrobił krok naprzód. Wciąż nie zapalał światła, by bezduszność pomieszczenia nie dopiekła mu jeszcze mocniej. Przyświecając sobie trupim światłem latarki w telefonie, zaczął przebierać wśród rzeczy, pospiesznie i nerwowo. Gwałtownym ruchem wyrzucił zawartość walizki, a potem zaczął pakować do niej to, co miało dla niego jakieś znaczenie. Wszystko, co potrafił przypiąć do kolorowych czasów sprzed lata 2018.

Wrzucił tam ulubioną piżamę, spraną koszulkę z nadrukiem okładki albumu Type O Negative, sztruksową marynarkę, dżinsy z łatą na kolanie, szarozielone bojówki, dwie pary kraciastych koszul i szalik, który kiedyś dostał od Fiony. Czarny golf jeszcze z Londynu, książki (dobrze pamiętał, że to Kraina Chichów, Edda poetycka, antologia wierszy Blake’a, szekspirowska Burza oraz Amerykańscy bogowie). Scyzoryk od Skinnera, starą zapalniczkę zippo, laptop z zasilaczem, trochę bielizny, telefon z poprzedniej epoki, kosmetyczkę oraz porządny, angielski parasol.

Zamknął walizkę i odetchnął. Telefon zsunął się gdzieś i pokojem zawładnął blask lampy ulicznej.

– Proszę – mruknął do siebie, podnosząc walizkę. Potrząs­nął nią, aż zagrzechotało. – Proszę, oto cały ja. Tyle ze mnie zostało.

Schylił się po telefon i wyszedł czym prędzej, nie zamykając za sobą drzwi.

***

Droga, którą wytyczył mu GPS, przypominała rozciągnięty wykres EKG, a niewielki trójkącik symbolizujący samochód pełzł wzdłuż niej zatrważająco powoli. Licznik w dole ekranu zapewniał optymistycznie, że dotrze na miejsce za trzy godziny i dwadzieścia dwie minuty, ale Nathan wnet przestał w to wierzyć.

GPS najprawdopodobniej nie zdawał sobie sprawy z deszczu, który z monotonną zaciekłością siekł nawierzchnię dwupasmówki i odbierał nadzieję na szybszą jazdę. Nathan z początku próbował wyprzedzać, ale w końcu się zniechęcił i Wrangler sunął teraz przez wilgotny mrok za innym pojazdem, ciemnym konturem rozświetlonym czerwienią tylnych świateł. Wyprzedzający go samochód regularnie ciskał w niego chmarami wodnego pyłu, z którymi nawet pracujące w najszybszym tempie wycieraczki dawały sobie radę dopiero po chwili.

Ale Nathan już się nie irytował. Monotonia jazdy uspokajała go i wyciszała. Wsłuchiwał się w szum opon i szmer pracujących wycieraczek, próbował też słuchać radia, ale szybko zmieniał stację, zniechęcony tematyką audycji czy jakością muzyki. Palił, wypuszczając dym przez uchylone okienko, próbował pogwizdywać czy nawet nucić pod nosem, a potem w końcu zamilkł. Jechał przez noc, a jego myśli kołowały niczym przerażone ptaki. Żadna nie przynosiła odpowiedzi.

Nie wiedział, dlaczego opuścił Nowy Jork, nie wiedział, co się stało z Fioną, i nie miał pojęcia, dlaczego się nagle „przebudził”.

Nie wiedział niczego.

Parokrotnie próbował zadzwonić do Fiony, ale nie był w stanie odtworzyć z pamięci jej numeru i łączył się z jakimiś ludźmi, którzy w najlepszym przypadku zbywali go opryskliwie. Ktoś w niewybrednych słowach zelżył go za zawracanie dupy, ktoś inny zarzucił go strumieniem pospiesznych zdań, przypuszczalnie po koreańsku. Próbował też odnaleźć jej ślad na wszystkich znanych mu komunikatorach, ale odkrył tylko tyle, że Fiona Walsh to bardzo popularne imię i nazwisko.

Sekundę po tym odkryciu o mało nie uderzył w tylny zderzak hamującego przed nim samochodu. Dla własnego bezpieczeństwa postanowił odłożyć poszukiwania na lepszą chwilę.

Dochodziła północ. Nathan ziewnął i przetarł suche, zmę-czone oczy. W tej samej chwili wśród deszczu zamajaczył neon przydrożnej knajpy. McCarnish bez wahania włączył migacz, opuścił swe miejsce w przebijającym się przez niepogodę konwoju i zatrzymał się wśród kałuż przed szerokimi oknami dinera.

– Dobry wieczór – zwrócił się do sennej dziewczyny za ladą, przerzucającej Instagrama palcami z zabójczo długimi paznokciami. – Poproszę kawę, dużo kawy.

Uniosła głowę i przyjrzała mu się, zaintrygowana jego akcentem. Kiedyś takie reakcje sprawiały mu przyjemność, ale dziś… miał inne sprawy na głowie. Musiał odnaleźć jakąś linę, po której wydostanie się z tego przeklętego, oślizgłego półmroku, który pomimo przejechania kilkudziesięciu mil wcale nie wypuszczał go ze swoich objęć.

Opadł na kanapę, pochylony nad trzymanym oburącz telefonem. Przez moment usiłował znaleźć jej profil na Instagramie, ale nie udało mu się – zupełnie jakby konto znik­ło. Zmienił więc taktykę i zajrzał na Messengera, ale zaklął bezsilnie, gdy ujrzał dziesiątki Fion Walsh w całej Ameryce i poza nią. Żadne ze zdjęć profilowych nie przypominało w najmniejszym nawet stopniu uśmiechniętej cynicznie, lekko piegowatej kobiety z rudymi, przyciętymi na pazia włosami, bo ten obraz wciąż nosił w głowie.

Co się z nią stało?

Nie tędy droga. Istniał prostszy sposób. Wszak istnieli wspólni znajomi na Facebooku, więc wystarczyło się zalogować, a natychmiast znalazłby tę właściwą…

Chwilę później siedział z zamarłą twarzą i wpatrywał się w krople deszczu wijące się na szybie.

Jego konto na Facebooku znikło. Podobnie było z Twitterem, a do żadnego z kont pocztowych nie mógł odzyskać hasła, bo na konto pomocnicze również nie dało się zalogować. Przypominał sobie jedynie hasła do Netflixa, paru gier online oraz banku, którego saldo sugerowało, że Steve Grunt był nie tylko furiatem, ale i obrzydliwym skąpcem.

Nathan zacisnął pięści, ale nie zdołał stłumić zimnego dreszczu. Nie dość, że przestał być sobą na tak długo, to jeszcze stracił kontakt z tym, kim był. Stracił? A może sam go odciął? Ale dlaczego? I czemu nie miał żadnej świadomości tych zdarzeń? Może więc uczestniczył w tym ktoś jeszcze?

Ale kto i po co?

– Kiepski dzień? – spytała dziewczyna z obsługi, stawiając przed nim dzbanek z kawą oraz kubek.

Kiedyś w dobrych beztroskich czasach Nathan był przekonany, że każda grupa zawodowa ma swój własny rozpoznawczy sposób na zagajenie rozmowy. Dla ludzi pracujących w całodobowych knajpach był to na ogół właśnie ów zwrot: „Kiepski dzień, co?”. Udowadniał to Fionie na każdym kroku, co doprowadzało ją do pasji, bo wcale nie życzyła sobie, by sprawdzał jakiekolwiek teorie na kelnerkach…

Wspomnienie obudziło w nim poczucie ogromnej samotności. Z trudem odwrócił głowę ku właścicielce zabójczo długich paznokci.

– Nie – wymamrotał. – Chyba nie. Z jakiegoś powodu przestałem dziś być zombie, co w sumie jest powodem do satysfakcji, ale chyba jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy.

– Aha, fajno – burknęła dziewczyna. – Gratulacje czy coś tam.

I odeszła, ewidentnie zła na siebie, że okazała choć strzęp zainteresowania człowiekowi, który najprawdopodobniej był zwykłym świrem. Nathan nalał sobie kawy do kubka, dorzucił cukru i zamieszał, wpatrując się obojętnym spojrzeniem w czerwone światła przejeżdżających nieopodal samochodów.

Potem, tknięty nagłą myślą, spojrzał na zegarek, wziął smartfon, wybrał jeden z numerów i przyłożył telefon do ucha.

– Nathan – odezwała się bez entuzjazmu Miley. Miała zmęczony, niechętny głos, ale w tle nie słyszał wrzawy knajpy, co oznaczało, że dobrze wyliczył czas i była już po swojej zmianie. – Cóż za miła niespodzianka.

– Wybacz, Miley, ja…

– To ty przypieprzyłeś Steve’owi?

W pytaniu, pomimo jej zmęczenia, pojawiła się iskierka ciekawości, co oznaczało, że Steve nie przyznał się do niczego. Nathan przez moment zastanawiał się, jakiej odpowiedzi Miley oczekuje, ale zdecydował się powiedzieć prawdę:

– Tak, to ja – wykrztusił, a potem dodał: – Na parkingu.

– No, tego to się domyśliliśmy. – Miley prychnęła ironicznym śmiechem. – Wypadł za tobą, a potem wrócił mokry od deszczu, zakrwawiony i z dość nieszczególną miną.

– Bardzo się wściekał? – W Nathanie obudziło się poczucie przyzwoitości. Miał szczerą nadzieję, że szef knajpy nie wyładował swej frustracji na pracownikach.

– Nie, był raczej przygaszony. Z klientami żartował, że pogonił złodzieja, ale widać było, że sili się na wesołość. Potem wyszedł przed zamknięciem i nawet nie zadzwonił. Wygląda na to, że facet pierwszy raz w życiu zarobił w gębę i naprawdę nie wie, co z tym zrobić.

W tle rozległ się brzęk kluczy, jakby Miley właśnie otwierała drzwi do mieszkania.

– Wiesz, jeśli właśnie poukładałeś sobie wszystko we łbie i dzwonisz po to, by wybadać grunt przed rozmową ze Steve’em, to póki co sobie daruj. Precyzyjnie i w szczegółach wymienił to, co ci zrobi, jeśli jeszcze raz wejdziesz do jego knajpy.

– Nie mam zamiaru go przepraszać. – Nathan upił łyk kawy. – Nie sądzę, bym kiedykolwiek wrócił do Classic, czy w ogóle do Mercy.

– Aha. – Niechęć w głosie Miley się pogłębiła. – Czyli po co dzwonisz? Pożegnać się, jak na filmach? Wiesz, Nathan, jakoś przyjaciółmi nigdy nie zostaliśmy, a na melodramatyzm jestem zbyt zmęczona.

– No właśnie. – Nathan zacisnął zęby. – Przyjaciółmi nie byliśmy, więc kim?

– Słuchaj, McCarnish, to naprawdę nie jest pora na smętne gadki.

– Ja pytam serio. Pracowaliśmy razem przez długi czas, Miley. Kim ja byłem? Co o mnie myślałaś?

W tle trzasnęły drzwi, a Miley prychnęła, jakby chciała zbyć jego pytanie kolejną sarkastyczną uwagą, ale się powstrzymała. Milczała przez moment.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć? – spytała w końcu.

– Naprawdę. – Dłoń Nathana zacisnęła się na kubku z kawą.

Miley jeszcze przez moment milczała, po czym powiedziała:

– No więc nie wiem, kim jesteś. I chyba nikt tego nie wie.

Nathan słuchał w skupieniu.

– Będziesz się śmiał, ale kiedyś się założyliśmy o to, kim jesteś. Greg uznał, że jesteś pieprzonym pedałem, po nim to akurat trudno się spodziewać przebłysku intelektu. Stacy stwierdziła, że jesteś brytolskim żołnierzem z PTSD, Steve powiedział, że urwałeś się z kliniki, gdzie eksperymentują na ludziach, a zdaniem Marianne masz za sobą lobotomię.

Nathan uśmiechnął się krzywo.

– A twoim?

– A moim? – zadumała się Miley. – Myślę, że masz depresję, i to zaawansowaną. Trochę o tym czytałam. Uśmiechałeś się tylko wtedy, gdy było to konieczne, a odzywałeś dlatego, że ktoś zadał ci pytanie. Nigdy nic o sobie nie mówiłeś. Ba, ty nigdy nic nie mówiłeś. Ale… my szczerze rozmawiamy, tak?

Mówiła coraz szybciej, jakby właśnie pokonała tamę, pod którą od dawna wzbierały fale wątpliwości i lęków.

– Bardzo szczerze. – Nathan zmusił się do żartobliwego tonu. – Mów, potrzebuję tego.

– Wszystkie się ciebie bałyśmy i Steve chyba też. Pewnie dlatego ci odpuścił.

– Bałyście się? – Dłoń Nathana drgnęła. Kropla kawy wylądowała na blacie stołu.

– Tak, a wiesz czego? Tego, że ty nigdy się nie nudziłeś. Bywały przecież momenty, kiedy w pubie nic się nie działo. Każdy coś tam wtedy robił: Steve śmigał po wiadomościach, Marianne czytała te durne science fiction, ja pisałam ze znajomymi, a ty… ty godzinami gapiłeś się w okno, jak jakiś…

– Psychol – dokończył za nią Nathan.

– Chciałam powiedzieć: jak ktoś, kto nie ma w sobie żadnego życia wewnętrznego.

– Czyli raczej zombie. – Nathan prychnął. – A więc trafiłem. I jak rozumiem z tego właśnie powodu nie zagadnęłaś mnie w sprawie tej depresji?

– Posłuchaj, ja…

– Nieważne. Nie mam depresji, Miley. Chyba. Nie wiem, co mi dolega, a właściwie dolegało, ale myślę, że z depresją nie ma to nic wspólnego. I przykro mi, że… no, że czułaś się przy mnie niekomfortowo. Jesteś ode mnie oficjalnie wolna.

W słuchawce rozległ się jej śmiech – zmęczony, ale też pełen ulgi, jakby się cieszyła, że mogła wreszcie powiedzieć mu wszystko.

– Jeśli chcesz koniecznie wiedzieć, to wyczułam to od razu. Od chwili, gdy przekroczyliście próg Classic. Powiedziałam nawet Steve’owi, by nie zatrudniał świrów, i pokłóciliśmy się tego dnia po raz drugi, bo…

Nathan nagle miał wrażenie, że przeszyło go zimno tak wielkie, że kawa w kubku zaczęła stygnąć.

– Poczekaj? – spytał dziwnym głosem. – Masz na myśli ów dzień, kiedy przerwałem wam kłótnię, a Steve mnie zatrudnił, tak? Nie byłem wtedy sam?

– Mhm, towarzyszył ci taki gość. Wysoki, lekko siwawy, ale nie stary.

Nathanowi zaschło w gardle.

– I to wszystko? – wychrypiał. – Zapamiętałaś coś jeszcze?

– Tyle że klepnął cię lekko w ramię, jakby cię do czegoś zachęcał, a potem wyszedł. Miałam wrażenie, że na naszych oczach rozgrywa się jakaś ustawka. Że są jakieś kamery czy coś i potem zobaczymy siebie w internecie. Dziwne to wszystko było na maksa. Do tej pory mam ciarki, jak sobie tego gościa przypomnę, choć za cholerę nie wiem dlaczego.

– Proszę cię, spróbuj sobie coś jeszcze przypomnieć.

– Nooo… Może jeszcze jedno.

– Co?

– Jak na koniec sierpnia to był dość pochmurny dzień, a w knajpie było ciemno, ale… ale facet miał okulary przeciwsłoneczne. Dziwne, nie?

***

Kilkaset metrów dalej stał motel, w którym były wolne pokoje. Nathan zamknął drzwi, wyjrzał dyskretnie na parking i zasunął zasłony. Nie włączał światła. Wyciszył głos w telefonie, odwrócił elektroniczny budzik do ściany, usiadł na łóżku i naciągnął na siebie kołdrę. Tkwił w tej pozycji jak nastroszony nocny ptak.

Emocje i wypita kawa skutecznie odpędzały wszelki sen, a myśli wirowały jak sępy nad umierającym pielgrzymem. Żadna, absolutnie żadna myśl nie przynosiła wyjaśnienia. W końcu Nathan zasnął, udręczony i zmęczony. I choć był emocjonalnie rozbity, nie przebrał się w piżamę, a zarówno łóżko, jak i pościel nie należały do niego, był to najlepszy sen od dwóch i pół roku.

Wszystko zaczęło się w Nonstead kilka lat temu i coś mi mówi, że tam właśnie znajdzie swój koniec. Dla nas albo dla mnie. W obu przypadkach przestanie to być moje zmartwienie, a więc i tak warto podjąć próbę.

Źle mi idzie pisanie, bo ciasno tu i niewygodnie. Nie wiem też właściwie, po co to robię. Przecież nikt tego nie przeczyta, cholera jasna. Mam jednak wrażenie, że muszę to zrobić. Muszę raz na jakiś czas unieść głowę znad komputera i odetchnąć głęboko, a wtedy dobrze jest spisać kilka myśli, zanim znów dam nura w ten bezduszny świat.

Mam tylko nadzieję, że starczy mi transferu.

Rozdział drugi

Zetknięcie z Nowym Jorkiem odbierało ochotę do życia. Nathan zawsze uważał, że nie pasuje do dużych miast, a te doskonale o tym wiedzą. Odkąd pamiętał, źle wybierał zjazdy, gubił się na skrzyżowaniach i przegapiał ulice, w które należało skręcić, zaś GPS, zamiast mu pomagać, pogłębiał tylko chaos w jego głowie i potęgował nerwowość. Parkingi przy centrach handlowych były dlań koszmarem, a tych podziemnych unikał tym bardziej. Ileż to razy Fiona wrzeszczała na niego, gdy wybierał niewłaściwą drogę, zapominał, gdzie zaparkował, lub nie mógł znaleźć wyjazdu.

Tego dnia bolała go głowa po niemal nieprzespanej nocy, a deszcz przeobraził się w dokuczliwą mżawkę, która rozmywała kontury i rozpędzała wszelkie spójne myśli. Jechał przez miasto, ale go nie widział. Bez emocji zatrzymywał się na światłach, również bez emocji ruszał naprzód, poganiany energicznymi klaksonami kierowców na pograniczu furii.Nie rejestrował kształtów mijanych pojazdów, nie spoglądał na szarą toń wód Newark Bay, nie zerkał ku lasom drapaczy chmur piętrzącym się gdzieś w oddali.

Po prostu brnął naprzód w rzece pojazdów. Płynął wraz z jej nurtem przez szary, niekończący się krajobraz z betonu, stali i asfaltu, wciąż obojętny, pusty jak za czasów pracy w Classic, ale tym razem świadom owej pustki. Nie dołączył do kierowców trąbiących w korku wywołanym przez gigantyczne roboty drogowe na East Newark, nie awanturował się jak inni, gdy wstrzymano ruch niedaleko Journal Square. Nawet nie spojrzał, gdy o mały włos nie wjechał w bok jakiejś taksówki, co zaowocowało wiązanką przekleństw po angielsku i chyba w urdu.

Przebudził się dopiero, gdy już był prawie u celu i przeoczył jedyne wolne miejsce parkingowe, co oznaczało objazd po dziesiątkach jednokierunkowych uliczek.

– Jasna cholera! – warknął i odruchowo rąbnął pięścią w deskę rozdzielczą.

Coś cicho chrupnęło i niespodziewanie uruchomił się odtwarzacz CD. Z głośników popłynęły pierwsze takty Pornography The Cure – zimne i ostre. Nathan aż zgrzytnął zębami, a potem, gdy zatrzymał samochód na kolejnych światłach, wyszarpnął ją z odtwarzacza i z dzikim grymasem złamał na pół.

Kiedyś uwielbiał tę płytę, ale dziś jej nienawidził. Włączała się bowiem w jego samochodzie codziennie przez ostatnie dwa i pół roku. Człowiek, którym wówczas był, uznawał te dźwięki za równie nieistotne, co szum silnika czy tykanie kierunkowskazów.

Miejsce, które sobie upatrzył, oczywiście było zajęte, gdy znów do niego dotarł, ale ku jego wielkiemu zaskoczeniu znalazł inne, tuż pod domem.

Ich domem.

Wyłączył silnik i patrzył przez moment na wejście do kamienicy, znajdujące się zaledwie kilkanaście kroków od maski Wranglera. Miejsce wydawało się niemalże takie samo jak kiedyś, zupełnie jakby porzucił je wczoraj. Te same niewysokie schody, na których czasami w letnie wieczory palili papierosy, szerokie okna, na parterze wzmocnione kratami, rzędy balkonów na wyższych pietrach. Ta sama bordowa elewacja, teraz ciemniejsza od deszczu i te same kasztany – wyrastające z chodnika, otoczone żelaznymi płotkami, teraz smutne i bezlistne.

Uniósł głowę i wydawało mu się, że dostrzega światło w sklepie spożywczym Augusta Ngai na rogu ulic. Odruchowo zerknął na zegarek.

– Już po dziewiątej – szepnął do siebie. – Na pewno ma otwarte.

Prychnął zirytowany. I co z tego, że zdołał odtworzyć jakiś drobny element poprzedniego życia?

Spojrzał na najwyższe piętro, na balkon, który kiedyś należał do nich dwojga.

Tam mieszkał, gdy poznał Fionę. Tam spędzili wiele wspaniałych miesięcy. Stamtąd rozpoczął poszukiwania po tym, jak zaginęła. Tu przyglądał się jej, jak przez kilka miesięcy po powrocie z Nonstead próbuje ułożyć sobie życie na nowo.

A teraz? O balustradę opierał się jakiś mężczyzna. Mimo deszczu palił papierosa i przeglądał coś w telefonie.

Nathan nie znał tego człowieka.

Był mniej więcej w jego wieku, może nieco starszy, szczupły i nieco łysiejący, ale – o ile mógł ocenić z tej odległości – wydawał się dobrze zadomowiony. Serce Nathana zabiło mocniej.

„Co to za gość? – pomyślał z niepokojem. – Czyżby…”

Myśl o tym, że Fiona mogła sobie znaleźć kogoś innego, nie nawiedziła go jak dotąd, przez co teraz wydała się szczególnie szokująca.

„Jezu, przecież upłynęło ponad dwa lata…”

Podejrzenie było niczym impuls elektryczny, który niespodziewanie przeszył jego myśli i ożywił wspomnienia. Z ich głębi naraz przypłynął szereg cyfr.

Numer Fiony.

Wstukał go drżącymi palcami i musnął zieloną słuchawkę.

– Numer, z którym próbujesz się połączyć, jest obecnie niedostępny – powiadomił go obojętny, kobiecy głos.

W tej samej chwili na obserwowanym przez niego parterze pojawiła się wysoka kobieta w szlafroku, która przywołała palacza. Ten wyrzucił niedopałek i wszedł do mieszkania.

Tamta babka w niczym nie przypominała Fiony, która…

„Znowu znikła?” Nathan oparł czoło o kierownicę, walcząc z rezygnacją. Wydawało mu się prawie niemożliwe, by chciała tu zostać po tym, jak zaginął dwa i pół roku temu, ale musiał to sprawdzić. Musiał mieć pewność i ją zdobył. Fiony tu nie było, wyprowadziła się, znikła. Resztki ich wspólnego życia rozpłynęły się w ciężkim, cuchnącym nowojorskim powietrzu.

Prychnął głucho. Na co miał nadzieję? Że ujrzy Fionę, która zbiegnie po schodach, rozłoży parasolkę i pobiegnie do sklepu, wymachując płócienną torbą? Że wszystko wróci magicznym sposobem do normy?

Nie. Był kartką, którą ktoś lub coś wydarło z książki, a potem postawił ją na półkę między tysiące sobie podobnych. Odnalezienie tej właściwej wydawało się niemożliwością.

Wycieraczki samochodu raz jeszcze uniosły się i opadły, lecz szybę znów zrosił milion kropelek.

Nathan spojrzał z niechęcią na pusty balkon. Mógł wysiąść z samochodu, zadzwonić pod numer czternasty, przedstawić się jako dawny najemca i spróbować czegoś się dowiedzieć. Może ktoś z nich wiedział coś o Fionie.

Warto było spróbować, ale nie mógł się przemóc.

„Musisz to zrobić, musisz zrobić cokolwiek – warknął na siebie w myślach. – Nie możesz po prostu stąd odjechać”.

Nie mógł. Postanowił więc zrobić to, co robił zawsze, gdy nie mógł podjąć decyzji.

Wyszedł z samochodu, oparł się o drzwi i zapalił papierosa w nadziei, że coś przyjdzie mu do głowy.

I wtedy, po raz pierwszy po przyjeździe do Wielkiego Jabłka, uśmiechnęło się do niego szczęście.

Drzwi na górze schodów nagle drgnęły, z powstałej szczeliny wysunęła się parasolka i otworzyła z łopotem, a w ślad za nią wyłonił się starszy mężczyzna w długim płaszczu. Z niesmakiem rozejrzał się po ulicy i przygładził siwiuteńkie włosy rozrzucone porywem wilgotnego wiatru. Mamrocząc coś pod nosem, zatrzasnął drzwi za sobą i ruszył w dół, prosty jak tyka.

Zatrzymał się, gdy ujrzał Nathana. Zdjął okulary i przyjrzał mu się uważnie, przechylając głową niczym ptak, a potem znów wsunął okulary.

– No, no – burknął pod nosem i skierował ku niemu kroki, choć nieco wolniej, jakby ostrożnie. – Niech mnie kule biją… Czy to naprawdę pan, panie McCarnish?

– Tak, to ja – odparł Nathan z uśmiechem. Chciał strzepnąć niedopałek na ulicę, ale dostrzegł w porę, jak brwi starszego mężczyzny schodzą się minimalnie, ostrzegawczo. Znów uśmiechnął się jakby przepraszająco, otworzył drzwi samochodu i zdusił niedopałek w niemal przepełnionej popielniczce. – Dzień dobry, panie Ballard, miło mi pana widzieć.

Wyciągnął rękę. Dłoń starszego mężczyzny była ciepła i bardzo, bardzo mocna. Nathan uścisnął ją z nieskrywanym entuzjazmem.

Francis Ballard był właścicielem wszystkich mieszkań na najwyższym piętrze kamienicy i wynajmował je za dość przystępną cenę. Sam mieszkał w wielkim studiu na parterze, gdzie budował ogromne dioramy przedstawiające sceny z bitew wojny secesyjnej. Nathan ujrzał raz jedną z nich, gdy wyjątkowo zdarzyło mu się płacić za czynsz gotówką. Zagadnął o nią i został u Ballarda na resztę popołudnia, słuchając opowieści o przewagach generała Granta nad konfederatami. Wywiązało się między nimi coś na kształt zażyłej znajomości do tego stopnia, że Nathan czasami pozwalał sobie na lekkie naigrawanie z ubóstwa amerykańskiej historii, a Ballard złośliwie przypominał mu Lend-Lease Act, lądowanie we Włoszech i w Normandii oraz wszelkie inne sytuacje, w których Wielka Brytania nie poradziłaby sobie bez pomocy młodszego, acz o wiele potężniejszego kuzyna.

Teraz jednak w oczach starszego pana dostrzegł dystans.

– Pana też miło ujrzeć – oznajmił.

– Naprawdę? – Nathan uniósł brew.

– Nie, ale konwenans nakazuje, bym coś takiego stwierdził – oznajmił sucho Ballard. – Można wiedzieć, czego pan tu szuka?

– Można – powiedział z westchnieniem Nathan i przesunął wzrokiem po dachach kamienic. – A nawet trzeba. Wróciłem do Nowego Jorku, bo tu mam pewien problem do rozwiązania. Otóż… Rety, nie wiem, jak to ująć.

– Jeśli chodzi o zaległe opłaty, to żaden wstyd, panie McCarnish. Dżentelmeni, co prawda, nie mają w zwyczaju rozmawiać o pieniądzach, rozumiem to i szanuję, ale tu wystarczy wykonać przelew. Nie ma o czym mówić.

Nathan poczuł się bardzo nieprzyjemnie.

– Chce pan powiedzieć, że jestem panu winien jakieś pieniądze?

– Cóż, tak, do licha! – Spojrzenie starszego pana stwardniało. – Przynajmniej za jeden miesiąc! Nie wnikam, panie McCarnish, o co poszło między panem a pańską lubą, ale mogliście, do cholery, dać mi znać, że się wyprowadzacie!

Nathan mimowolnie uśmiechnął się, słysząc słowo „luba” – uwielbiał zamiłowanie pana Ballarda do sięgania po archaiczne określenia – ale spoważniał, gdy usłyszał koniec zdania.

– Czyli Fiona nic panu… – zawahał się – nie powiedziała?

– To byłby doprawdy zbytek łaski! – Ballard wydął wargi. – Nie miałem pojęcia, że oboje zniknęliście jak kamień w wodę. Dopiero gdy dosłownie potknąłem się o stertę poczty na waszej wycieraczce, uświadomiłem sobie, że przelewu za poprzedni czynsz również jakoś nie dostałem. Trochę mnie to zaniepokoiło, więc zacząłem do was wydzwaniać, ale wciąż zgłaszała się poczta. Odczekałem jeszcze kilka tygodni dla spokoju sumienia, a potem… Cóż, wybaczy pan, ale interes musi się kręcić. Wynająłem wasze mieszkanie innej parze. Bardziej sumiennej.

– Cholera. – Nathan potarł czoło. – Jasna cholera. Nie wie pan… – W ustach mu zaschło. – Nie wie pan może… nie pamięta pan, co się wydarzyło? Cokolwiek?

– Chce pan powiedzieć, że nie pamięta pan okoliczności, w jakich opuścił swoje lokum? – Ballard patrzył na niego jak na wariata.

– Naprawdę nie pamiętam – wyznał Nathan szczerze. – Proszę… – Głos znów uwiązł mu w gardle i z trudem przełknął ślinę. By zamaskować konsternację, złapał za telefon i otworzył aplikację bankową. – Już… Eee… Już panu płacę. Ile wynosił czynsz?

– Czyli naprawdę pan nie pamięta.

– Nie. I to jest ten problem, który muszę rozwiązać.

– Niech pan prześle sto dolarów i będziemy kwita. – Głos Ballarda nieco zmiękł.

Kilka muśnięć kciukiem uszczupliło zarobki od Steve’a Grunta. Telefon w kieszeni starszego pana potwierdził to pik-nięciem.

– A teraz – Nathan schował swój – mógłby pan opowiedzieć o wszelkich okolicznościach naszego… zniknięcia? Zwłaszcza mojej lubej?

– Wydawało mi się, że już wszystko na tym świecie widziałem, ale to… – Ballard pokręcił głową. – No dobrze, panie McCarnish. Jak zapewne pan wie, nie wściubiam nosa w sprawy moich lokatorów i potrafię zignorować nawet wyraźny zapach marihuany na korytarzu, stąd też niewiele się pan ode mnie dowie. W związku z waszym zniknięciem właściwie pamiętam tylko dwie sprawy. Pewnego popołudnia słyszałem od was odgłosy awantury, tak zaciekłej, że wyszedłem na klatkę schodową, by sprawdzić, czy ktoś kogoś ze skóry nie obdziera. Wtedy usłyszałem pańską lubą, jak krzyczy: „Przestań! Przestań, skasuj to! Ja wiem, czym to się skończy!”.

Nathan niczego takiego nie pamiętał. Kłócili się z Fioną bez przerwy, ale ich sprzeczki zawsze dotyczyły głupstw. Notorycznie zapominał o rozmaitych ważnych płatnościach, kupował niewłaściwe rzeczy w markecie Ngaia, nie przykładał się do sprzątania i fatalnie gotował, a to wystarczało, by Fiona eksplodowała złością bez przerwy.

Ale nigdy nie wrzeszczała tak, by było ją słychać na zewnątrz. Nigdy w życiu też nie słyszał, by kazała mu cokolwiek skasować.

– A ja? – odezwał się, ignorując narastający ból głowy. – A co ja odpowiedziałem?

– Nic. Pana w ogóle nie słyszałem.

– Aha, a ta druga sprawa?

– Cóż… – Starannie ogolone policzki starszego pana pokrył ledwie zauważalny rumieniec. – Nieco później byłem przypadkowo świadkiem, jak pańska luba wsiada do taksówki. Miała mały plecak. Nie zwróciłem na to wówczas szczególnej uwagi i przypomniało mi się o tym dopiero, gdy odkryłem, że was już nie ma, a w związku z tym należało usunąć zawartość waszego mieszkania. Pańska luba chyba zakładała, że wróci, bo nawet nie pozmywała. Wszystko stoi w kartonach w piwnicy. Zabierze pan? Kupiłem ostatnio nową dioramę i…

– Kiedy to było? – wychrypiał Nathan. „Pojechała taksówką – myślał z wysiłkiem. – Nie cierpiała taksówek. Wzięłaby samochód…”

– Kiedy…? Hmm… – Ballard zmarszczył siwiuteńkie brwi. – W rocznicę drugiej bitwy nad Bull Run!

– Dwudziestego ósmego sierpnia – przypomniał sobie Nathan, po czym pomyślał: „Co oznacza, że ja zniknąłem wcześniej”.

***

Na szczęście rozpadało się i Ballard, który jak większość starszych ludzi nie przepadał za wilgocią, zaczął wykazywać oznaki pośpiechu. Nathan podziękował mu za wszystko, wziął klucz do piwnicy, by zabrać choć część rzeczy, i obiecał mu solennie, że skontaktuje się, by odebrać resztę. Ballard bez słowa uścisnął mu rękę na pożegnanie, choć może nieco serdeczniej niż za pierwszym razem.

Piwnica, do której nigdy wcześniej nie zaglądał, okazała się miejscem suchym i czystym. Rząd kartonów stał pod jedną ze ścian w karnym szyku niczym oddział piechoty. Nathan pochylił się nad nimi i przez moment zanurzył w świecie, który przeminął. Dotykał ich ubrań, muskał grzbiety książek, oglądał wentylatory, które ratowały im życie podczas wilgotnego, upalnego lata. Uśmiechał się na widok ich ulubionych płyt, przytulił ulubiony różowy koc Fiony, wąchał stary kubek, przeświadczony, że wciąż wyczuwa zapach kawy.

W końcu wytaszczył na zewnątrz dwa kartony z ich ubraniami, a potem, po chwili namysłu, wrócił po płyty, książki i albumy ze zdjęciami. Wpakował wszystko na tył Wranglera, który nagle stał się ostatnią istniejącą oazą starego świata. Sam zaś rozmościł się na fotelu kierowcy i zacisnął dłonie w pięści.

Pierwszy, drobny krok do rozgryzienia tajemnicy sprzed dwóch i pół roku napełnił go nadzieją.

– Znajdę cię – szepnął. – Znajdę cię.

Kolejnym skrawkiem jego dawnego życia, który mógł odzyskać bez większych trudności, było drugie konto bankowe, to, z którego korzystał przed zniknięciem. Tam lądowały jego wpływy ze sprzedaży książki. Nathan przypuszczał, że mógłby wszystko załatwić przez internet, ale nagle poczuł, że brakuje mu kontaktu z drugą osobą. Podjechał więc do najbliższej placówki MUFG Union Bank, gdzie po chwili oczekiwania przedstawił problem drobnej, uczesanej w kok blondynce o imieniu Sally. Ta obejrzała jego prawo jazdy i zadała kilka kontrolnych pytań, po czym z firmowym uśmiechem wskazała Nathanowi komputer, przy którym ten mógł wygenerować dla siebie nowe hasło.

Podziękował jej za pomoc i wyszedł na dżdżystą, smaganą wichrami ulicę. Tam przeciągłe burknięcie w żołądku przypomniało o potrzebach ciała. Nie miał pojęcia, kiedy po raz ostatni zjadł coś treściwego. Przebiegł na drugą stronę, gdzie obok fryzjera dla psów znajdował się niewielki ormiański bar. Chwilę później, siedząc nad stertą naleśników popijanych diabelsko mocną kawą, otworzył swoje konto bankowe. I zaklął z niedowierzaniem – bo dobrze było wiedzieć, że choć znalazł się w samym środku wielkiej czarnej dziury i trawił go coraz większy niepokój o Fionę, przynajmniej pieniędzy nie będzie mu brakowało. Wpływy ze sprzedaży Szeptów rzecz jasna malały z roku na rok, ale wciąż miał sporo oszczędności. Równie ciekawa okazała się historia płatności – przez ostatnie dwa lata nie było żadnych przelewów wychodzących, a ciekawą rzecz odkrył dopiero, gdy cofnął się do roku 2018. Ostatnim przelewem, którego dokonał, była wpłata 389 dolarów na konto firmy Solo Offices. Pieniądze wyszły 23 sierpnia.

Nigdy nie słyszał o tym miejscu.

– Kolejny trop – szepnął, po czym zapłacił za posiłek i wybiegł na deszcz.

***

Solo Offices znajdowało się pięć minut pieszo od ormiańskiej knajpki, co Nathan przyjął z niemałą ulgą – nie miał ochoty wbijać się w nowojorski ruch uliczny, coraz bardziej gęsty o tej porze dnia, a potem bez końca szukać miejsca parkingowego. Naciągnął na głowę swoją wełnianą, nieco zakurzoną czapkę, odnalezioną w kartonie Ballarda, dopiął kurtkę i wmieszał się w tłum spieszących się, zgarbionych i trącających się parasolkami ludzi.

Ze strony internetowej firmy dowiedział się, że ta wynajmuje przestrzeń biurową mikroprzedsiębiorcom i freelancerom.

„Czyli gościom, którzy chcieliby mieć miejsce, by w spokoju popracować i odbierać pocztę – pomyślał. – Po co miałbym chcieć w ogóle tam zaglądać?”

Ponaglany niecierpliwością przyspieszył i chwilę później wpadł przez szklane drzwi do niewielkiej recepcji z pojedynczą kanapą i wielkim, zawalonym skoroszytami biurkiem. Siedzący za nim młody mężczyzna powitał go spojrzeniem, w którym wyuczona uprzejmość ledwie maskowała niechęć. Przelotnie rzucił okiem na jego mokrą czapkę, zapiętą po szyję ramoneskę i zwykłe dżinsy, a potem wrócił do twarzy, bladej i pokrytej kilkudniowym zarostem. Zapewne sklasyfikował go jako pretensjonalnego twórcę o ego odwrotnie proporcjonalnym do stanu portfela, bo odezwał się tonem pełnym wyższości:

– Mogę w czymś pomóc?

– Tak, może pan – powiedział zdecydowanie McCarnish i nie czekając na zaproszenie, usiadł przy biurku. – Nazywam się Nathaniel McCarnish i wynajmowałem u państwa przestrzeń biurową na przełomie sierpnia i września dwa tysiące osiemnastego roku, zgadza się?

– Dysponujemy czterdziestoma ośmioma gabinetami i salami – odparł kpiąco młody przedstawiciel Solo Offices. – Wynajmowane są całej rzeszy zainteresowanych. Nie sądzi pan chyba, że pamiętam pojedynczy wynajem sprzed dwóch i pół roku, prawda?

– Byłbym zdziwiony. Niewykluczone bowiem, że w dwa tysiące osiemnastym jeszcze chodził pan do szkoły. – Nathan nie umiał się powstrzymać od złośliwości. Odnalazł wzrokiem identyfikator wiszący na szyi rozmówcy. – Ale sądzę, że ma pan sposób, by to sprawdzić, Phil.

Phil skrzywił się, wyczuwając próbę skrócenia dystansu, z udawaną niechęcią trącił myszkę, a ekran laptopa nagle ożył.

– Co konkretnie chce pan sprawdzić? – spytał.

– A co sprawdzić mogę? – Nathan wychylił się w stronę biurka, na co pracownik Solo Offices odruchowo obrócił laptopa tak, by ten nic nie mógł wyczytać z ekranu. – Jakie dane na mój temat zapisaliście?

– Jakie dane zapisaliśmy? – Phil wyprostował się, założył ramiona na piersi i przechylił lekko głową. – Nasza firma bardzo ceni sobie prywatność klientów, a ustawa o ochronie danych osobowych narzuca nam bardzo surowe obostrzenia – wycedził z miażdżącą pogardą, ale Nathan pokręcił głową.

– Nie pamięta pan, co tu robił? – Phil uniósł brwi tak wysoko, że te niemal dotykały linii włosów.

– Zadałem bardzo proste pytanie – warknął Nathan i wychylił się ku niemu. – I czekam na równie konkretną odpowiedź. Oto moje prawo jazdy, jeśli chcesz sprawdzić moją tożsamość.

Phil przyjrzał się rzuconemu na biurko plastykowemu prostokącikowi, jakby nie chciał go dotykać.

– Chcę usłyszeć wszystko, co macie na mój temat – powtórzył Nathan. – Jak widzisz, nazywam się Nathaniel McCarnish i wynajmowałem u was pomieszczenie latem dwa tysiące osiemnastego roku, a na dowód mogę pokazać przelew…

– Dobra, dobra – mruknął niechętnie Phil i jego palce zatańczyły na klawiaturze. – McCamish…

– McCarnish.

– Aha, tak jak ten pisarz?

– Zupełnie tak jak on.

Phil klikał przez moment.

– W bazie danych mamy podstawowe informacje. Rzeczywiście niejaki Nathaniel McCarnish wynajmował u nas gabinet 17c razem z podstawowym wyposażeniem biurowym na tym piętrze od dwudziestego trzeciego sierpnia do dwudziestego trzeciego września, ale… Hmm… Tu jest napisane, że dwudziestego siódmego sierpnia nie wpisał się pan już do rejestru.

– Czyli mnie nie było? – upewnił się Nathan.

– Nie, zupełnie nie. – W oczach Phila pojawił się szyderczy błysk przeznaczony dla opóźnionych w rozwoju. – Umowa, siłą rzeczy, wygasła. Ale zaraz, tu jest coś jeszcze…

Zmrużył oczy i pochylił się nad ekranem. Wczytał się w jakieś słowa, a potem rozparł się demonstracyjnie na fotelu, aż ten zaprotestował skrzypnięciem. Znów zmiażdżył Nathana wzrokiem, a ten poczuł, jak podnosi mu się ciśnienie.

– Jeśli chcesz się wysmarkać, Phil, albo wyciągnąć gatki z dupy, to się nie krępuj – warknął ze złością. – Ale potem dokończ to, co zacząłeś.

– Teraz już sobie pana przypominam – wycedził Phil. – No, teraz wszystko jasne. Mam tu notatkę z dwudziestego piątego sierpnia, która… No, nieważne. Dla pana wiedzy, McCamish, nie chodziłem już wtedy do szkoły. Pracowałem tutaj i dbałem o reputację tego miejsca, co przez takich jak pan wcale nie było łatwe. Pamiętam w sumie głównie tę rudowłosą dziewczynę, która wdarła się tu i narobiła zamieszania. Szarpała za drzwi pańskiego gabinetu, a pan nie wpuszczał jej do środka. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie to, że akurat przedstawiałem ofertę pewnemu znanemu grafikowi szukającemu zacisznego biura. Chciał wiedzieć, czy podobne scysje mają u nas miejsce częściej i o mało co nie zrezygnował z wynajmu.

Nathan z trudem przełknął ślinę.

– Co mówiła? – wykrztusił. – Co mówiła ta ruda?

– Nie pamiętam wiele poza wieśniackim akcentem z Europy – prychnął Phil, nieświadom tego, że Nathan zacisnął pięści i już pochylał się na nad biurkiem. – Kazała panu otwierać drzwi, przestać się wydurniać i natychmiast wykasować to, co pan tam pisał.

– Co jeszcze? – Nathan z trudem pamiętał o oddychaniu. – Mówiła coś może przy wyjściu? Dzwoniła gdzieś? Wie pan może, dokąd poszła?

– Panie, jeśli zgubił pan gdzieś tę laskę, to zadzwoń pan do Namus, a mi głowy nie zawracaj! Chyba że chcesz pan opowiedzieć, czemu się wtedy tak wściekła. Coś pan pisał! Jakieś porno z jej udziałem może!

Phil nigdy się nie dowiedział, jak niewiele brakowało, by pięść Nathana zrzuciła go na wytarty dywan. Na jego szczęście w tej samej chwili szklane drzwi rozsunęły się i do środka wszedł ciemnoskóry mężczyzna w drogim płaszczu, który postawił torbę z laptopem na podłodze i zaczął wycierać krople wody z ekranu telefonu. Kręcił przy tym głową, jakby nie dowierzał, że deszcz miał tupet napadać na jego drogiego iPhone’a.

Nathan ze świstem wypuścił powietrze z płuc, ale się opanował.

Wychodząc, zwolnił obok właściciela iPhone’a.

– Od pana też chciał kilka stów ekstra za biuro bez karaluchów i grzyba? – rzucił, wskazując kciukiem zaczerwienionego Phila. – Jeśli nie, to chyba lepiej, by spojrzał pan pod wykładzinę.

***

Słońce przypominające tego dnia rozmytą białą kulę wisiało gdzieś nad wieżowcami i cierpliwie migoczącymi ekranami reklamowymi, bladymi i nieciekawymi w blasku dnia. Nieopodal z piskiem zatrzymywał się autobus, a pasażerowie, szeleszcząc płaszczami przeciwdeszczowymi, pchali się do środka. Powietrze pachniało deszczem, spalinami i przyprawami do hot dogów z nieodległego stoiska na kółkach.

Nathan drżał, przyciskając telefon do ucha.

– Namus, rejestr osób zaginionych – odezwał się miły, ciepły kobiecy głos po trzech sygnałach.

– Ja… nazywam się Nathaniel McCarnish i szukam zaginionej osoby. Nazywa się Fiona Walsh i… i w sumie to nie wiem, czy zaginęła, ale wolę wykluczyć najgorsze – mówił, dygocząc na całym ciele, nie wiadomo, czy z zimna, czy napięcia. – Kontakt między nami urwał się na… cholera, na pół roku i… Pewnie myśli sobie pani, że zawaliłem sprawę, bo…

– Proszę wybaczyć, że przerywam – odezwała się kobieta po drugiej stronie. – Moim zadaniem jest udzielanie informacji, a nie jakiekolwiek oceny. Czy założył pan profil na portalu NamUs?

– Co? Nie, ja… Tak to się robi? Wie pani, ja przez jakiś czas byłem… no, tak jakby niedostępny i pomyślałem sobie, że najpierw zadzwonię.

– W porządku. Możemy to załatwić również telefonicznie, choć z poziomu profilu będzie pan mógł zapewne przeprowadzić obszerniejsze poszukiwania. Będę musiała poprosić pana o podanie kilku informacji na temat zaginionej osoby. Czy jest pan gotów?

– Eee… tak, pewnie… Niech pani pyta.

Samochody z szumem sunęły wzdłuż chodników, by bliżej skrzyżowania dołączyć do dysharmonijnej symfonii wygrywanej na klaksonach. Nathan stał na środku chodnika, obojętny na zimno wdzierające się pod niedopiętą kurtkę, nieczuły na szturchnięcia spieszących się przechodniów. Wydał się sobie jedynym nieruchomym punktem w rozpędzonym, zatraconym w pośpiechu świecie, który zresztą znikł wśród precyzyjnych pytań zadawanych miłym, ciepłym głosem.

– Kaukaska – odpowiadał. – Około pięciu i pół stopy. Rude, naturalnie rude, lubiła przycinać na pazia, choć nie widziałem jej od dawna. Zielone. Irlandzkie. Tak, miała zieloną kartę. Dwunastego kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Nie, nie byliśmy spokrewnieni, choć… Tak, żyliśmy w nieformalnym związku. Tak się na to mówi? Eee… słucham? Nie, żadnych incydentów z depresją czy innymi dolegliwościami. Tak, zaginęła już wcześniej, raz. To skomplikowane, proszę mi wierzyć… Nie, nie była notowana.

Każda kolejna odpowiedź oddalała go coraz bardziej od własnego ciała. Świat stawał się coraz mniej wyraźny, a odpowiedzi na pytania gęstniały i formowały postać Fiony. Widział teraz tylko ją – wyraźną, niemalże materialną. Wydawać się mogło, że starczy wyciągnąć rękę, by jej dotknąć, że wystarczy się odezwać, by…

Nagle uświadomił sobie, że pytania się zakończyły, a zastąpił je odległy stukot klawiatury.

– Eee… halo? – bąknął.

– Proszę o chwilę cierpliwości, sprawdzam nasze bazy danych.

– Tak, jasne. Pewnie…

Stukot klawiatury ucichł. Miły, ciepły głos nie odzywał się przez niekończące się kilka sekund, a gdy Nathan znów go usłyszał, wcale nie był już miły i ciepły. Tchnął nieziemską, chłodną powagą kogoś, kto musi przedstawić najgorszą z emocji w urzędowej formie.

– Panie McCarnish?

– Tak, jestem tu. Czy coś…

– Ogromnie mi przykro, panie McCarnish, ale mam do zakomunikowania smutną wiadomość. Fiona Walsh umarła szóstego września dwa tysiące osiemnastego roku i została pochowana na cmentarzu komunalnym w miejscowości Nonstead.

Do Nonstead zostało jeszcze kilka mil. Czuję, jak rośnie napięcie.

Mam wrażenie, że wcielam się w rolę łowcy wampirów, który przybywa do jakiejś zaplutej nory, gdzie po zmierzchu zaczynają szaleć krwiopijcy. Przy czym wcale a wcale nie czuję ekscytacji. Boję się jak cholera.

Bo też niewiele udało mi się ustalić. Mam raptem jeden trop, choć dość wyraźny, a badanie dysku twardego nie dało mi właściwie nic poza coraz wyraźniejszymi podejrzeniami.

Zacznę od wizyty u starego znajomego.

Hellware

Copyright © by Marcin Mortka 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Paweł Wielopolski

Korekta – Julia Młodzińska, Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia, Natalia Patorska

Przygotowanie e-booka – Natalia Patorska

Projekt okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Zdjęcia na okładce – Shutterstock

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I tej edycji, Kraków 2026

ISBN mobi: 9788384062579

ISBN epub: 9788384062586

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Table of Contents

Okładka

Strony tytułowe

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Strona redakcyjna