Wydawca: Edward Guziakiewicz Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 83 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hegemone. Myśląca planeta - Guziakiewicz Edward

Edward Guziakiewicz, Hegemone. Myśląca planeta

mikropowieść SF

Tytułem wprowadzenia

Jest to mikropowieść SF, której akcja toczy się 1500 lat świetlnych od Słońca. Statek kosmiczny Demostenes, z dwudziestoczteroosobową załogą i czterystu kolonistami uśpionymi w hibernatorach, dociera do z pozoru gościnnej planety, przypominającej naszą Ziemię. Przybysze nadają jej nazwę Hegemone.

Mimo kłopotów z lądowaniem, udaje się pilotom posadzić Demostenesa na powierzchni. Eksplozja silników, do której dochodzi w wyniku zderzenia z tarczą ochronną Hegemone, uprzytamnia przybyłym, że na globie kryją się zagadkowi obcy, dysponujący wysoko rozwiniętą technologią. Akcja stopniowo się rozwija, by wreszcie postawić przybyłych przed trudnym wyborem. Zmierzyć się z tajemniczym kosmitą, bytującym w jądrze planety Hegemone i walczyć o prawo do kolonizacji, czy wracać na Ziemię?

Ten najnowszy utwór SF Edwarda Guziakiewicza jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej i odwołuje się do wiary w boga Ta'aroę. Ów bóg nabiera w tym utworze niezwykłych kosmicznych rysów. 

Mikropowieść została napisana w pierwszej połowie 2018 r.

 

Opinie o ebooku Hegemone. Myśląca planeta - Guziakiewicz Edward

Fragment ebooka Hegemone. Myśląca planeta - Guziakiewicz Edward

Edward Guziakiewicz

Hegemone. Myśląca planeta

mi­kro­po­wieść SF

fragment

 

Fragment

Wra­ca­ła mi świa­do­mość. Ze sta­nu głę­bo­kie­go snu wy­rwa­ło mnie ci­che pi­ka­nie urzą­dzeń, zaj­mu­ją­cych ścia­nę, bie­gną­cą wzdłuż ka­bin hi­ber­na­cyj­nych. Otwo­rzy­łem oczy. Od­su­nę­ła się po­kry­wa osła­nia­ją­ca leże. Mo­głem wstać. Kie­dy spa­łem, apa­ra­tu­ra dba­ła o mię­śnie, sys­te­ma­tycz­nie je po­bu­dza­jąc, więc bez wy­sił­ku wy­do­sta­łem się z hi­ber­na­to­ra. Nie mu­sia­łem prze­cho­dzić żad­ne­go tre­nin­gu. Sto­py zo­sta­wia­ły mo­kre śla­dy na po­sadz­ce. Są­sied­nie ka­bi­ny hi­ber­na­cyj­ne były jesz­cze za­mknię­te. Do­cho­dzi­li w nich do sie­bie Mi­cha­el, John i Mat­thew, po­kła­do­wi me­cha­ni­cy i spe­cja­li­ści od sprzę­tu na po­wierzch­ni. Wsze­dłem pod prysz­nic, gi­nąc w kłę­bach pary. Po­tem owiał mnie su­chy wiatr, a na ko­niec moja skó­ra po­kry­ła się cien­ką war­stwą flu­idu re­ge­ne­ra­cyj­ne­go.

Mi­ga­ły sy­gna­li­za­to­ry. Po­ją­łem, że sta­wia­no na nogi wszyst­kich bez wy­jąt­ku. Zgod­nie z usta­le­nia­mi mia­łem spę­dzić w hi­ber­na­to­rze sto dwa­dzie­ścia lat, po­dob­nie jak inni człon­ko­wie za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa, wy­jąw­szy peł­nią­cych dy­żu­ry. Jed­nak do­pie­ro gdy pod­sze­dłem do pul­pi­tów kon­tro­l­nych, ze zdzi­wie­niem od­kry­łem, że nie spa­li­śmy tak dłu­go. Kom­pu­ter obu­dził nas już po czter­dzie­stu la­tach. Dla­cze­go tak wcze­śnie? Co się sta­ło?

Cie­ka­wi­ło mnie, co ta­kie­go zmie­ni­ło się w po­bli­żu na­sze­go ko­lo­sa i z za­afe­ro­wa­niem szu­ka­łem ujęć z po­wierzch­ni. Po­pły­nę­ły ob­ra­zy. Da­wa­ły do my­śle­nia. Do­oko­ła stat­ku zna­czy­ła się ścia­na świe­żo wy­ro­słej gę­stej dżun­gli. Od­ro­dzi­ła się bez prze­szkód i była pra­wie taka, jak przez na­szym przy­by­ciem. Upew­ni­łem się co do po­zio­mu szko­dli­we­go pro­mie­nio­wa­nia. O dzi­wo, nic nam już nie gro­zi­ło. Kie­dy lą­do­wa­li­śmy, eks­plo­do­wa­ły na­sze sil­ni­ki, a fala ude­rze­nio­wa spo­pie­li­ła całą ro­ślin­ność w pro­mie­niu kil­ku­set ki­lo­me­trów. Buj­ny las prze­padł i po­zo­stał po nim je­dy­nie mar­twy grunt. Nie mo­gli­śmy wy­ściu­bić nosa z De­mo­ste­ne­sa przez po­nad sto lat, je­śli nie chcie­li­śmy pa­ko­wać się w ta­ra­pa­ty.

Do­pa­dły mnie wąt­pli­wo­ści. Ja­kim cu­dem tak szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu? Ktoś za nas po­sprzą­tał? A może po­peł­ni­li­śmy błąd w ob­li­cze­niach? Przy­po­mnia­ło mi się, co zdra­dził Geo­r­ge Wil­son, zna­ny z tego, że rzu­cał co rusz ory­gi­nal­ny­mi hi­po­te­za­mi. Nie były to jed­nak nie­wy­da­rzo­ne po­my­sły. Zwy­kle tra­fiał w dzie­siąt­kę. Su­ge­ro­wał, że ta pla­ne­ta po­sia­da my­ślą­ce ją­dro. I że jest ono od­po­wie­dzial­ne za rze­czy, o ja­kich nam się nie śni­ło. My­ślą­ca pla­ne­ta? Nie spo­ty­ka­li­śmy ta­kich w ko­smo­sie. Tym nie­mniej za­sta­na­wia­ła mnie jej nie­zwy­kła bu­do­wa. Geo­r­ge zwró­cił uwa­gę na to, że pół­ku­la wschod­nia i za­chod­nia są ta­kie same, bio­rąc pod uwa­gę li­nie brze­go­we i na­war­stwie­nie te­re­nu, co kłó­ci­ło się z pra­wa­mi na­tu­ry. Bar­dzo po­dob­ne do­li­ny, rze­ki i je­zio­ra, po­dob­ne góry. Jed­na po­łów­ka glo­bu sta­no­wi­ła nie­omal wier­ne od­bi­cie dru­giej.

Uda­łem się do mes­sy, miej­sca na­szych spo­tkań to­wa­rzy­skich. Naj­le­piej ga­wę­dzi­ło się przy ka­wie i przy kok­taj­lach. Za­sta­łem tam trzy za­du­ma­ne cud-dziew­czy­ny, Ca­the­ri­ne, Emi­ly i Ro­se­ma­ry, usi­łu­ją­ce prze­go­nić reszt­ki snu. Po­dob­nie jak ja świe­ci­ły na­go­ścią. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tych dziuń bez odzie­nia i za­tka­ło mi dech z wra­że­nia. Ośle­pia­ły swo­ją uro­dą. Mimo tego, że do­pie­ro się prze­bu­dzi­ły, wy­glą­da­ły nie­zwy­kle po­nęt­nie. Nad­wraż­li­wość skó­ry ludz­kiej po hi­ber­na­cji ustę­po­wa­ła po dwóch go­dzi­nach i do­pie­ro wte­dy mo­gli­śmy wrzu­cić coś na grzbiet. Je­że­li się wsty­dzi­ły, to nie chcia­ły tego oka­zać. Piły spe­cjal­ny na­pój od­żyw­czy, by roz­ru­szać żo­łą­dek. Wzią­łem ku­bek i też so­bie na­la­łem.

Ge­ne­tycz­ka Ca­the­ri­ne była sub­tel­ną blon­dyn­ką. Z po­zo­ru ule­gła i wiot­ka, po­zo­sta­wa­ła na swój spo­sób nie­prze­nik­nio­na i ta­jem­ni­cza. Nie przy­po­mi­na­ła człon­ka za­ło­gi stat­ku ko­smicz­ne­go. Co taka nie­win­na i świe­ża isto­ta ro­bi­ła w ko­smo­sie? Bu­dzą­ca re­spekt Emi­ly, po­kła­do­wa me­dycz­ka, mia­ła ozło­co­ne przez słoń­ce szczu­plut­kie cia­ło pod­cho­dzą­ce pod de­li­kat­ny brąz i dłu­gie ciem­ne wło­sy, któ­re zwy­kle za­wią­zy­wa­ła w kok. Mu­rzyn­ka Ro­se­ma­ry cie­szy­ła oczy cze­ko­la­do­wą kar­na­cją skó­ry. Gę­ste locz­ki cza­row­nie ukła­da­ją­ce się wo­kół jej twa­rzy, nie­co krą­głe kształ­ty i re­we­la­cyj­nie pięk­ne pier­si de­cy­do­wa­ły o jej atu­tach. Ota­cza­ła ją aura eg­zo­tycz­nej zmy­sło­wo­ści. Zaj­mo­wa­ła się eko­lo­gią, do­bre za­ję­cie jak każ­de inne, choć bez­sprzecz­nie znacz­nie le­piej by jej było w roli mo­del­ki.

Zwró­ci­łem się w ich stro­nę i wznio­słem to­ast:

— Wa­sze zdro­wie! — z tru­dem wy­chry­pia­łem, czu­jąc się tak, jak­bym miał gar­dło wy­peł­nio­ne wo­do­ro­sta­mi.

Po­kła­do­we dża­gi za­re­ago­wa­ły życz­li­wie, choć mo­gły dać mi do zro­zu­mie­nia, że nie mam tu cze­go szu­kać. Nie tra­fi­łem prze­cież na pla­żę dla nu­dy­stów. Usi­ło­wa­łem opa­no­wać go­ni­twę my­śli. Nie chcia­łem wy­paść jak szcze­niak, któ­ry wdarł się do żeń­skiej szat­ni, więc po­sta­no­wi­łem po­że­gnać na­gu­ski. Uda­łem się do mo­jej ka­ju­ty. Nie po­wi­nie­nem był się ni­ko­mu po­ka­zy­wać, do­pó­ki nie mo­głem wcią­gnąć na sie­bie ko­szul­ki i szor­tów.

W mo­jej po­kła­do­wej dziu­pli na dru­gim po­zio­mie nic się nie zmie­ni­ło od czter­dzie­stu lat. Spa­ko­wa­ne rze­czy spo­czy­wa­ły tam, gdzie je po­win­ny, za­bez­pie­czo­ne na wy­pa­dek wa­hań gra­wi­ta­cji. Kli­ma­ty­za­cja spra­wi­ła, że nie okry­ły się ku­rzem. Wy­ją­łem pła­ski po­jem­nik, za­my­ka­ny na li­nie pa­pi­lar­ne, w któ­rym cho­wa­łem cen­ne pa­miąt­ki z mi­nio­nych lat. Zna­czy­ła się na nim duża li­te­ra ome­ga. Wa­ży­łem go w dło­niach, a po­tem od­sta­wi­łem na swo­je miej­sce. Nie nad­szedł czas, by go otwie­rać. Uciecz­ka w prze­szłość mia­ła­by ra­cję bytu, gdy­by na­sza mi­sja się za­ła­ma­ła. Po­tem po­szu­ka­łem cze­goś na grzbiet. Szczel­na sza­fa kry­ła moje ubra­nia.

Za­ło­ga po­tęż­ne­go De­mo­ste­ne­sa skła­da­ła się z dwu­na­stu męż­czyzn i z ta­kiej sa­mej ilo­ści ko­biet. Nie li­cząc czte­ry­stu ko­lo­ni­stów, uśpio­nych na niż­szym po­zio­mie. Nie zor­ga­ni­zo­wa­no dla nas na Zie­mi obo­zu in­te­gra­cyj­ne­go i po­zna­li­śmy się do­pie­ro tuż przed od­lo­tem. Nie bra­no pod uwa­gę ta­kich rze­czy, bo­wiem by­li­śmy po­noć bez­ko­li­zyj­nie do­bra­ni. Jed­nak nie zdą­ży­li­śmy się za­przy­jaź­nić. Nie mie­li­śmy oka­zji. Prze­wa­ża­ją­cą więk­szość cza­su spę­dzi­li­śmy bo­wiem w hi­ber­na­to­rach. Obu­dzo­no nas, gdy De­mo­ste­nes wy­ło­nił się z nad­prze­strze­ni, osią­ga­jąc cel, od­le­gły o pół­to­ra ty­sią­ca lat świetl­nych. Do­tar­li­śmy do ukła­du so­lar­ne­go, ma­ją­ce­go pla­ne­tę po­dob­ną do Zie­mi. Krą­ży­ła w ekos­fe­rze gwiaz­dy, żół­te­go kar­ła, pa­ra­me­tra­mi zbli­żo­ne­go do na­sze­go Słoń­ca, tęt­ni­ła ży­ciem i zda­wa­ła się na nas cze­kać. Geo­r­ge na­zwał ją He­ge­mo­ne, od­wo­łu­jąc się do jed­ne­go z ma­leń­kich księ­ży­ców Jo­wi­sza, no­szą­ce­go ta­kie mia­no.

Jed­nak do­pie­ro pod­czas de­or­bi­ta­cji oka­za­ło się, że ta pla­ne­ta nie jest wca­le tak go­ścin­na, jak są­dzo­no. Po­sia­da­ła coś na kształt pola si­ło­we­go, któ­re omal nie unie­moż­li­wi­ło nam lą­do­wa­nia. Nie wy­kry­li­śmy wcze­śniej jego śla­dów. Do­szło do ko­li­zji z na­pę­dem De­mo­ste­ne­sa i eks­plo­zji głów­nych sil­ni­ków. Osta­tecz­nie jed­nak uda­ło nam się osiąść na po­wierzch­ni pra­wie bez szwan­ku, co gra­ni­czy­ło nie­mal z cu­dem i było za­słu­gą dwój­ki na­szych zna­ko­mi­tych pi­lo­tów. Na­pęd na­le­ża­ło na­pra­wić, wszak­że odło­żo­no to za­da­nie na póź­niej, bo­wiem wy­ma­ga­ło opusz­cze­nia stat­ku.

Wró­ci­łem my­śla­mi do dżag, któ­re spo­tka­łem w mes­sie. Wes­tchną­łem z prze­ję­ciem. Zgod­nie z umo­wa­mi, któ­rą pod­pi­sa­li­śmy przed od­lo­tem, go­dzi­li­śmy się na mał­żeń­stwa za­aran­żo­wa­ne przez kom­pu­ter. Chcia­no nas uchro­nić od błę­dów i oszczę­dzić nam nie­efek­tyw­nej ry­wa­li­za­cji, zaś ba­zo­wa­no na zna­ko­mi­tych pro­gra­mach do ko­ja­rze­nia par. Na Zie­mi taki spo­sób do­bie­ra­nia part­ne­rów daw­no się spo­pu­la­ry­zo­wał i w po­wszech­nym prze­ko­na­niu gwa­ran­to­wał trwa­łość związ­ku. Elek­tro­nicz­ny do­rad­ca brał pod uwa­gę całą gamę pod­świa­do­mych ocze­ki­wań i pra­gnień, nie po­mi­ja­jąc me­cha­ni­zmów do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, więc praw­do­po­do­bień­stwo, że coś skno­ci, było bli­skie zeru. Oczy­wi­ście, nie spo­dzie­wa­no się cu­dów i zda­rza­ło się, że bra­ła górę nie­zgod­ność cha­rak­te­rów. Na­tu­ra ludz­ka po­tra­fi­ła prze­cież za­ska­ki­wać.

Gło­wi­łem się nad tym, któ­ra z si­ko­rek z po­kła­do­wej dwu­nast­ki zo­sta­nie moją żoną. Cie­ka­wi­ło mnie to, po­dob­nie jak mo­ich kum­pli, któ­rzy rów­nież cho­dzi­li pod­eks­cy­to­wa­ni. Li­czy­li, że wy­ra­fi­no­wa­ny sys­tem ich nie za­wie­dzie. Za­po­wia­da­ło się coś na kształt pod­nie­ca­ją­cej lo­te­rii. Wszyst­kie dziu­nie na­le­ża­ły do uda­nych. Nie były wy­ra­cho­wa­ne i oschłe, za­mknię­te w so­bie i od­py­cha­ją­ce, cze­go się oba­wia­łem, gdy wy­bie­ra­łem się w dro­gę. Nie mia­łem więc się cze­go lę­kać. Nie na­le­ża­ły jed­nak do ko­biet, któ­re po­zwo­li­ły­by się wo­dzić za nos. Nie­za­leż­ne i pew­ne sie­bie, nie ustę­po­wa­ły męż­czy­znom pod żad­nym wzglę­dem.

 

 

Ob­sie­dli­śmy dłu­gi stół z błysz­czą­cym bla­tem w ko­lo­rze gra­na­tu. By­li­śmy w kom­ple­cie. Z odro­bi­ną skry­wa­ne­go wzru­sze­nia lu­stro­wa­łem wszyst­kie twa­rze. Lek­ko po­si­wia­ły do­wód­ca, Adam Cox, nie pró­bo­wał za­ga­jać, ale od razu od­dał głos Geo­r­ge’owi. Wil­son był jego for­mal­nym za­stęp­cą.

Sym­pa­tycz­ny blon­das pod­niósł się i za­czął bez zwło­ki dzie­lić się z nami tym, co uznał za waż­ne. Lu­bił mó­wić krót­ko i zwięź­le.

— O tym, że po­dej­rza­nie szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu, już wie­cie. A te­raz ko­lej­ne spra­wy. Przyj­rza­łem się tar­czy ochron­nej tej pla­ne­ty. Nie­ste­ty, po na­szym nie­for­tun­nym lą­do­wa­niu ule­gła ono wzmoc­nie­niu. Nie je­ste­śmy więc w sta­nie opu­ścić He­ge­mo­ne. Je­śli na­pra­wi­my sil­ni­ki, bę­dzie­my mo­gli co naj­wy­żej po­krą­żyć nad jej po­wierzch­nią. Nie prze­kro­czy­my wy­so­ko­ści osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Zna­leź­li­śmy się więc w pu­łap­ce i sta­li­śmy się więź­nia­mi. Co nie jest we­so­łe. Ow­szem, ry­su­je się pew­na moż­li­wość. Mu­sie­li­by­śmy dwu­krot­nie wzmoc­nić na­pęd. I wte­dy spró­bo­wać. Być może, uda­ło­by się nam prze­bić przez blo­ka­dę. To po pierw­sze, a wła­ści­wie po dru­gie. Na­stęp­na nie­spo­dzian­ka wią­że się z dżun­glą wo­kół De­mo­ste­ne­sa. Po­pa­trz­cie! — Wy­świe­tlił zdję­cia, wy­ko­na­ne z góry przez dro­na. — Tro­pi­kal­ny las wró­cił, ale w spo­sób in­te­li­gent­ny. Wi­dać?

Na­sza ma­cie­rzy­sta jed­nost­ka dum­nie spo­czy­wa­ła na środ­ku po­ro­słe­go tra­wą ide­al­ne­go krę­gu o śred­ni­cy oko­ło ośmiu­set me­trów. Dżun­gla do­cho­dzi­ła do jego gra­nic i nie po­su­wa­ła się da­lej. Sta­tek był ogrom­ny, a przy­po­mi­nał kształ­tem kry­tą łódź po­ści­go­wą. Miał bli­sko pół ki­lo­me­tra dłu­go­ści. Opły­wo­we sil­ni­ki zna­czy­ły się po obu stro­nach. Wspie­rał się na trzech po­tęż­nych ła­pach, któ­re czę­ścio­wo cho­wa­ły się pod­czas lotu.

— I co jesz­cze? — Geo­r­ge pod­jął nowy wą­tek, gdy już się na­pa­trzy­li­śmy. — Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat po wy­lą­do­wa­niu, gdy słod­ko spa­li­śmy w hi­ber­na­to­rach, zło­żo­no nam wi­zy­tę. Na dru­gim po­zio­mie po­ja­wi­ły się trzy isto­ty, żyw­cem przy­po­mi­na­ją­ce lu­dzi. Kom­pu­ter nie roz­po­znał ni­ko­go z za­ło­gi, więc wsz­czął ci­chy alarm. Za­blo­ko­wał ten sek­tor. Jed­nak nasi go­ście zdą­ży­li się wy­mknąć. Roz­my­li się w po­wie­trzu.

— Lu­dzie? — zdzi­wi­ła się Emi­ly.

— No, nie­zu­peł­nie — spro­sto­wał Geo­r­ge. — Ich oczy ja­rzy­ły się na zie­lo­no, co było do­brze wi­dać, zwa­żyw­szy sła­be oświe­tle­nie. Jak u zom­bie.

Wy­wo­łał na ekra­nie ob­raz z ka­mer. Fak­tycz­nie, ko­ry­ta­rzem po­su­wa­ły się trzy isto­ty. Po­tem zni­kły.

— A co po­nad­to? Od­no­to­wa­li­śmy cie­ka­wą zmia­nę na po­wierzch­ni. Tu­tej­szy go­spo­darz, o ile moż­na tak po­wie­dzieć, zbu­do­wał dla nas — rzecz ku­rio­zal­na — osie­dle na brze­gu mo­rza. Za­fun­do­wał nam pre­zent. To kom­for­to­wy ośro­dek, ni­czym pen­sjo­nat w tro­pi­kach, ulo­ko­wa­ny kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów stąd. Ro­dzi się py­ta­nie, czy nie jest on przy­pad­kiem łap­ką na my­szy.

Ka­me­ry dro­na po­ka­zy­wa­ły po­łą­czo­ne z sobą pa­wi­lo­ny, kry­te wi­do­ko­wą czer­wo­ną da­chów­ką i bam­bu­so­wą strze­chą, praw­do­po­dob­nie sy­mu­lo­wa­ną. Do­oko­ła ro­sły pal­my, a mię­dzy nimi zna­czy­ła się uro­kli­wa pły­wal­nia dla tych, któ­rzy nie chcie­li się ką­pać w mo­rzu.

— Spró­buj­cie to so­bie w spo­ko­ju prze­my­śleć — za­koń­czył blon­das. — Je­że­li ko­muś przyj­dzie coś do gło­wy, niech zgło­si się do mnie lub do ko­men­dan­ta — wska­zał gło­wą na do­wód­cę. I do­dał: — Nie­ła­two to wszyst­ko roz­gryźć. Nie wie­my, czy mo­że­my wy­pu­ścić ko­lo­ni­stów na po­wierzch­nię. Cho­dzi o ich bez­pie­czeń­stwo. Być może, sie­dzi­my na becz­ce pro­chu. Mam jesz­cze coś! — za­raz do­dał. — Ze wzglę­du na nie­ty­po­we oko­licz­no­ści, a ja­kie, to sami wi­dzi­cie, po­sta­no­wi­li­śmy już te­raz — za­wie­sił te­atral­nie głos — po­łą­czyć was w pary. Oto upra­gnio­na li­sta! To was po­win­no uchro­nić przed de­pre­sją. Niech pięk­ne po­zna­ją swe be­stie!

Usły­sze­li­śmy pierw­sze tak­ty hym­nu Unii So­lar­nej. Na­de­szła wie­ko­pom­na chwi­la! Wy­świe­tli­ły się imio­na i na­zwi­ska osób sko­ja­rzo­nych przez kom­pu­ter. Przez chwi­lę cha­otycz­nie tań­czy­ły po ekra­nie, a po­tem znie­ru­cho­mia­ły na wy­zna­czo­nych im miej­scach.

Onie­mia­łem z wra­że­nia. Za­bi­ło mi moc­niej ser­ce. „Har­ry Mil­ler i Ro­se­ma­ry Haw­kins!” — wy­szep­ta­łem. Po­my­śla­łem, że nie za­słu­gu­ję na tę roz­kosz­ną Mu­rzyn­kę. Była speł­nie­niem ma­rzeń każ­de­go męż­czy­zny. Mia­łem ci­chą na­dzie­ję, że tra­fi mi się skrom­niut­ka Lau­ra Tur­ner, agent­ka ochro­ny, obe­zna­na z róż­ny­mi ro­dza­ja­mi bro­ni pal­nej. W jej to­wa­rzy­stwie czuł­bym się pew­niej na po­wierzch­ni glo­bu. Sta­ło się ina­czej.

Za­czę­li­śmy się pod­no­sić z miejsc i Ro­se­ma­ry zni­kła mi na mo­ment z oczu. Pa­no­wał gwar. Wy­glą­da­ło na to, że wszy­scy są za­do­wo­le­ni. Roz­glą­da­łem się za nią z nie­po­ko­jem. Od­na­la­zła się za mo­imi ple­ca­mi. Po­ło­ży­ła mi dłoń na ra­mie­niu.

— Hej! — rzu­ci­ła przy­jaź­nie, gdy się obej­rza­łem. Owiał mnie za­pach de­li­kat­nych ko­bie­cych per­fum. — Tu je­steś, Har­ry?!

Ku memu zdu­mie­niu z jej ro­ze­śmia­nych oczu wy­czy­ta­łem, że go­dzi się z za­ska­ku­ją­cym wer­dyk­tem kom­pu­te­ra. Spo­glą­da­ła na mnie, peł­na obiet­nic i na­dziei. Pa­so­wa­łem jej jak ulał i sta­no­wi­łem speł­nie­nie jej ma­rzeń, cze­go wcze­śniej się nie do­my­śla­łem. Któż był w sta­nie zro­zu­mieć ko­bie­tę? Ob­ją­łem ją w pół, go­niąc wzro­kiem za Lau­rą. Nie chcia­ło mi się wie­rzyć. Do­sta­ła się Geo­r­ge’owi Wil­so­no­wi. Jed­nak w ta­kiej chwi­li nie po­wi­nie­nem był się tym przej­mo­wać.

Przy­cią­gną­łem zmy­sło­wą Ro­se­ma­ry do sie­bie i zło­ży­łem na jej po­nęt­nych ustach czu­ły po­ca­łu­nek. Po­czu­łem, że ogar­nia mnie roz­kosz­ne pod­nie­ce­nie. Po­ją­łem, że nie za­brak­nie mi moc­nych wra­żeń. Jak szyb­ko ta cho­dzą­ca po­ku­sa za­mie­rza­ła mi ulec?

— Co ro­bi­my, mi­lut­ka? — szep­ną­łem jej do ucha, ule­ga­jąc na­stro­jo­wi chwi­li. Zaj­rza­łem w jej czar­ne oczy. — Bę­dzie­my cze­kać na noc po­ślub­ną?

— Nie mu­si­my — od­szep­nę­ła. Nie wa­ha­ła się ani chwi­li. Ści­snę­ła mi pal­ce. — Mo­że­my pójść do mnie.