Hegemone. Myśląca planeta - Edward Guziakiewicz - ebook
Opis

Edward Guziakiewicz, Hegemone. Myśląca planeta

mikropowieść SF

Tytułem wprowadzenia

Jest to mikropowieść SF, której akcja toczy się 1500 lat świetlnych od Słońca. Statek kosmiczny Demostenes, z dwudziestoczteroosobową załogą i czterystu kolonistami uśpionymi w hibernatorach, dociera do z pozoru gościnnej planety, przypominającej naszą Ziemię. Przybysze nadają jej nazwę Hegemone.

Mimo kłopotów z lądowaniem, udaje się pilotom posadzić Demostenesa na powierzchni. Eksplozja silników, do której dochodzi w wyniku zderzenia z tarczą ochronną Hegemone, uprzytamnia przybyłym, że na globie kryją się zagadkowi obcy, dysponujący wysoko rozwiniętą technologią. Akcja stopniowo się rozwija, by wreszcie postawić przybyłych przed trudnym wyborem. Zmierzyć się z tajemniczym kosmitą, bytującym w jądrze planety Hegemone i walczyć o prawo do kolonizacji, czy wracać na Ziemię?

Ten najnowszy utwór SF Edwarda Guziakiewicza jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej i odwołuje się do wiary w boga Ta'aroę. Ów bóg nabiera w tym utworze niezwykłych kosmicznych rysów. 

Mikropowieść została napisana w pierwszej połowie 2018 r.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 99

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Edward Guziakiewicz

Hegemone. Myśląca planeta

mi­kro­po­wieść SF

frag­ment

Fragment

Wra­ca­ła mi świa­do­mość. Ze sta­nu głę­bo­kie­go snu wy­rwa­ło mnie ci­che pi­ka­nie urzą­dzeń, zaj­mu­ją­cych ścia­nę, bie­gną­cą wzdłuż ka­bin hi­ber­na­cyj­nych. Otwo­rzy­łem oczy. Od­su­nę­ła się po­kry­wa osła­nia­ją­ca leże. Mo­głem wstać. Kie­dy spa­łem, apa­ra­tu­ra dba­ła o mię­śnie, sys­te­ma­tycz­nie je po­bu­dza­jąc, więc bez wy­sił­ku wy­do­sta­łem się z hi­ber­na­to­ra. Nie mu­sia­łem prze­cho­dzić żad­ne­go tre­nin­gu. Sto­py zo­sta­wia­ły mo­kre śla­dy na po­sadz­ce. Są­sied­nie ka­bi­ny hi­ber­na­cyj­ne były jesz­cze za­mknię­te. Do­cho­dzi­li w nich do sie­bie Mi­cha­el, John i Mat­thew, po­kła­do­wi me­cha­ni­cy i spe­cja­li­ści od sprzę­tu na po­wierzch­ni. Wsze­dłem pod prysz­nic, gi­nąc w kłę­bach pary. Po­tem owiał mnie su­chy wiatr, a na ko­niec moja skó­ra po­kry­ła się cien­ką war­stwą flu­idu re­ge­ne­ra­cyj­ne­go.

Mi­ga­ły sy­gna­li­za­to­ry. Po­ją­łem, że sta­wia­no na nogi wszyst­kich bez wy­jąt­ku. Zgod­nie z usta­le­nia­mi mia­łem spę­dzić w hi­ber­na­to­rze sto dwa­dzie­ścia lat, po­dob­nie jak inni człon­ko­wie za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa, wy­jąw­szy peł­nią­cych dy­żu­ry. Jed­nak do­pie­ro gdy pod­sze­dłem do pul­pi­tów kon­tro­l­nych, ze zdzi­wie­niem od­kry­łem, że nie spa­li­śmy tak dłu­go. Kom­pu­ter obu­dził nas już po czter­dzie­stu la­tach. Dla­cze­go tak wcze­śnie? Co się sta­ło?

Cie­ka­wi­ło mnie, co ta­kie­go zmie­ni­ło się w po­bli­żu na­sze­go ko­lo­sa i z za­afe­ro­wa­niem szu­ka­łem ujęć z po­wierzch­ni. Po­pły­nę­ły ob­ra­zy. Da­wa­ły do my­śle­nia. Do­oko­ła stat­ku zna­czy­ła się ścia­na świe­żo wy­ro­słej gę­stej dżun­gli. Od­ro­dzi­ła się bez prze­szkód i była pra­wie taka, jak przez na­szym przy­by­ciem. Upew­ni­łem się co do po­zio­mu szko­dli­we­go pro­mie­nio­wa­nia. O dzi­wo, nic nam już nie gro­zi­ło. Kie­dy lą­do­wa­li­śmy, eks­plo­do­wa­ły na­sze sil­ni­ki, a fala ude­rze­nio­wa spo­pie­li­ła całą ro­ślin­ność w pro­mie­niu kil­ku­set ki­lo­me­trów. Buj­ny las prze­padł i po­zo­stał po nim je­dy­nie mar­twy grunt. Nie mo­gli­śmy wy­ściu­bić nosa z De­mo­ste­ne­sa przez po­nad sto lat, je­śli nie chcie­li­śmy pa­ko­wać się w ta­ra­pa­ty.

Do­pa­dły mnie wąt­pli­wo­ści. Ja­kim cu­dem tak szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu? Ktoś za nas po­sprzą­tał? A może po­peł­ni­li­śmy błąd w ob­li­cze­niach? Przy­po­mnia­ło mi się, co zdra­dził Geo­r­ge Wil­son, zna­ny z tego, że rzu­cał co rusz ory­gi­nal­ny­mi hi­po­te­za­mi. Nie były to jed­nak nie­wy­da­rzo­ne po­my­sły. Zwy­kle tra­fiał w dzie­siąt­kę. Su­ge­ro­wał, że ta pla­ne­ta po­sia­da my­ślą­ce ją­dro. I że jest ono od­po­wie­dzial­ne za rze­czy, o ja­kich nam się nie śni­ło. My­ślą­ca pla­ne­ta? Nie spo­ty­ka­li­śmy ta­kich w ko­smo­sie. Tym nie­mniej za­sta­na­wia­ła mnie jej nie­zwy­kła bu­do­wa. Geo­r­ge zwró­cił uwa­gę na to, że pół­ku­la wschod­nia i za­chod­nia są ta­kie same, bio­rąc pod uwa­gę li­nie brze­go­we i na­war­stwie­nie te­re­nu, co kłó­ci­ło się z pra­wa­mi na­tu­ry. Bar­dzo po­dob­ne do­li­ny, rze­ki i je­zio­ra, po­dob­ne góry. Jed­na po­łów­ka glo­bu sta­no­wi­ła nie­omal wier­ne od­bi­cie dru­giej.

Uda­łem się do mesy, miej­sca na­szych spo­tkań to­wa­rzy­skich. Naj­le­piej ga­wę­dzi­ło się przy ka­wie i przy kok­taj­lach. Za­sta­łem tam trzy za­du­ma­ne cud-dziew­czy­ny, Ca­the­ri­ne, Emi­ly i Ro­se­ma­ry, usi­łu­ją­ce prze­go­nić reszt­ki snu. Kom­pu­ter do­pie­ro co wy­pluł je z hi­ber­na­to­rów i po­dob­nie jak ja świe­ci­ły na­go­ścią. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tych dziuń bez odzie­nia i za­tka­ło mi dech z wra­że­nia. Ośle­pia­ły swo­ją uro­dą. Mimo tego, że do­pie­ro się prze­bu­dzi­ły, wy­glą­da­ły nie­zwy­kle po­nęt­nie. Żad­na nie mia­ła trzy­dziest­ki. Nad­wraż­li­wość skó­ry ludz­kiej po hi­ber­na­cji ustę­po­wa­ła po dwóch go­dzi­nach i do­pie­ro wte­dy mo­gli­śmy wrzu­cić coś na grzbiet. Je­że­li się wsty­dzi­ły, to nie chcia­ły tego oka­zać. Piły spe­cjal­ny na­pój od­żyw­czy, by roz­ru­szać żo­łą­dek. Wzią­łem ku­bek i też so­bie na­la­łem.

Ge­ne­tycz­ka Ca­the­ri­ne była sub­tel­ną blon­dyn­ką. Z po­zo­ru ule­gła i wiot­ka, po­zo­sta­wa­ła na swój spo­sób nie­prze­nik­nio­na i ta­jem­ni­cza. Nie przy­po­mi­na­ła człon­ka za­ło­gi stat­ku ko­smicz­ne­go. Co taka nie­win­na i świe­ża isto­ta ro­bi­ła w ko­smo­sie? Bu­dzą­ca re­spekt Emi­ly, po­kła­do­wa me­dycz­ka, mia­ła ozło­co­ne przez słoń­ce szczu­plut­kie cia­ło pod­cho­dzą­ce pod de­li­kat­ny brąz i dłu­gie ciem­ne wło­sy, któ­re zwy­kle za­wią­zy­wa­ła w kok. Afro­ame­ry­kan­ka Ro­se­ma­ry cie­szy­ła oczy cze­ko­la­do­wą kar­na­cją skó­ry. Gę­ste locz­ki cza­row­nie ukła­da­ją­ce się wo­kół jej prze­ślicz­nej twa­rzy, nie­co krą­głe kształ­ty i re­we­la­cyj­nie pięk­ne pier­si de­cy­do­wa­ły o jej atu­tach. Ota­cza­ła ją aura eg­zo­tycz­nej zmy­sło­wo­ści. Zaj­mo­wa­ła się eko­lo­gią, do­bre za­ję­cie jak każ­de inne, ale w moim od­czu­ciu mia­ła­by więk­sze wzię­cie jako mo­del­ka. Była atrak­cyj­na i wy­gra­ła­by kon­kurs na miss za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa, gdy­by taki zor­ga­ni­zo­wa­no.

Zwró­ci­łem się w ich stro­nę i wznio­słem to­ast:

— Wa­sze zdro­wie! — z tru­dem wy­chry­pia­łem, czu­jąc się tak, jak­bym miał gar­dło wy­peł­nio­ne wo­do­ro­sta­mi.

Po­kła­do­we dża­gi za­re­ago­wa­ły życz­li­wie, choć mo­gły dać mi do zro­zu­mie­nia, że po­wi­nie­nem stąd się wy­nieść. Nie zna­la­złem się prze­cież na pla­ży dla nu­dy­stów. Uśmiech­nę­ły się do mnie przy­jaź­nie. „Ostroż­nie z dziew­czy­na­mi!” — za­chi­cho­tał w mo­jej gło­wie ci­chy gło­sik.

Emi­ly prze­rwa­ła krę­pu­ją­cą ci­szę. Była le­ka­rzem, więc go­li­zna nie ro­bi­ła na niej wra­że­nia. Prze­cież na co dzień ob­co­wa­ła z pa­cjen­ta­mi, któ­rzy mu­sie­li się przy niej roz­bie­rać.

— Nic się nie ze­sta­rza­łeś! — żar­to­bli­wie od­bi­ła pi­łecz­kę. — Pi­łeś elik­sir mło­do­ści? Wy­glą­dasz jak pół wie­ku temu.

— Wy też — wy­krztu­si­łem. — Praw­dzi­we z was bó­stwa.

To wy­star­czy­ło na dzień do­bry. Nie chcia­łem wy­paść jak szcze­niak, któ­ry wdarł się do żeń­skiej szat­ni, więc uzna­łem, że czas znik­nąć im z oczu. Dal­sza wy­mia­na zdań w tych oko­licz­no­ściach by­ła­by nie na miej­scu i do­wo­dzi­ła­by bra­ku tak­tu. Uda­łem się do mo­jej ka­ju­ty. Mu­sia­łem tro­chę od­cze­kać, a po­tem wcią­gnąć na sie­bie ko­szul­kę i szor­ty.

W mo­jej po­kła­do­wej dziu­pli na dru­gim po­zio­mie nic się nie zmie­ni­ło przez te czter­dzie­ści lat. Spa­ko­wa­ne rze­czy spo­czy­wa­ły, gdzie po­win­ny, za­bez­pie­czo­ne na wy­pa­dek wa­hań gra­wi­ta­cji. Kli­ma­ty­za­cja spra­wi­ła, że nie okry­ły się ku­rzem. Wy­ją­łem in­kru­sto­wa­ny za­sob­nik, za­my­ka­ny na li­nie pa­pi­lar­ne, w któ­rym cho­wa­łem drob­ne pa­miąt­ki z prze­szło­ści. Zna­czy­ła się na nim duża li­te­ra ome­ga. Te pa­miąt­ki nie na­le­ża­ły do szcze­gól­nie cen­nych, tym nie­mniej mia­ły dla mnie war­tość sen­ty­men­tal­ną, dla­te­go wzią­łem je ze sobą. Wią­za­ły się ze świa­tem, któ­ry opu­ści­łem na za­wsze. Nie pla­no­wa­no bo­wiem po­wro­tu De­mo­ste­ne­sa na Zie­mię. Chwi­lę wa­ży­łem za­sob­nik w dło­niach, a po­tem z wes­tchnie­niem od­sta­wi­łem go na pół­kę na wy­so­ko­ści oczu. Było za wcze­śnie, by wskrze­szać wspo­mnie­nia i roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość. Póki co nie opu­ści­ła nas na­dzie­ja i nie utra­ci­li­śmy prze­ko­na­nia, że na­sza mi­sja oka­że się uda­na. Li­czy­ła się przy­szłość. Wie­rzy­li­śmy, że nam się po­wie­dzie i że za­lud­ni­my He­ge­mo­ne. Mia­ło tu po­wstać pierw­sze ludz­kie osie­dle. Po­szu­ka­łem cze­goś na grzbiet. Szczel­na sza­fa kry­ła moje ubra­nia.

Za­ło­ga po­tęż­ne­go De­mo­ste­ne­sa skła­da­ła się z dwu­na­stu męż­czyzn i z ta­kiej sa­mej ilo­ści ko­biet. Nie li­cząc czte­ry­stu ko­lo­ni­stów, uśpio­nych na niż­szym po­zio­mie. Nie zor­ga­ni­zo­wa­no dla nas na Zie­mi obo­zu in­te­gra­cyj­ne­go i po­zna­li­śmy się do­pie­ro tuż przed od­lo­tem. Nie bra­no pod uwa­gę ta­kich rze­czy, bo­wiem by­li­śmy po­noć bez­ko­li­zyj­nie do­bra­ni. Jed­nak nie zdą­ży­li­śmy się za­przy­jaź­nić. Nie mie­li­śmy oka­zji. Prze­wa­ża­ją­cą więk­szość cza­su spę­dzi­li­śmy bo­wiem w hi­ber­na­to­rach. Obu­dzo­no nas, gdy De­mo­ste­nes wy­ło­nił się z nad­prze­strze­ni, osią­ga­jąc cel, od­le­gły o pół­to­ra ty­sią­ca lat świetl­nych. Do­tar­li­śmy do ukła­du so­lar­ne­go, ma­ją­ce­go pla­ne­tę po­dob­ną do Zie­mi. Krą­ży­ła w ekos­fe­rze gwiaz­dy, żół­te­go kar­ła, pa­ra­me­tra­mi zbli­żo­ne­go do na­sze­go Słoń­ca, tęt­ni­ła ży­ciem i zda­wa­ła się na nas cze­kać. Geo­r­ge na­zwał ją He­ge­mo­ne, od­wo­łu­jąc się do jed­ne­go z ma­leń­kich księ­ży­ców Jo­wi­sza, no­szą­ce­go ta­kie mia­no.

Jed­nak do­pie­ro pod­czas de­or­bi­ta­cji oka­za­ło się, że ta pla­ne­ta nie jest wca­le tak go­ścin­na, jak są­dzo­no. Po­sia­da­ła coś na kształt pola si­ło­we­go, któ­re omal nie unie­moż­li­wi­ło nam lą­do­wa­nia. Nie wy­kry­li­śmy wcze­śniej jego śla­dów. Do­szło do ko­li­zji z na­pę­dem De­mo­ste­ne­sa i eks­plo­zji głów­nych sil­ni­ków. Osta­tecz­nie jed­nak uda­ło nam się osiąść na po­wierzch­ni pra­wie bez szwan­ku, co gra­ni­czy­ło nie­mal z cu­dem i było za­słu­gą dwój­ki na­szych zna­ko­mi­tych pi­lo­tów. Na­pęd na­le­ża­ło na­pra­wić, wszak­że odło­żo­no to za­da­nie na póź­niej, bo­wiem wy­ma­ga­ło opusz­cze­nia stat­ku.

Wró­ci­łem my­śla­mi do dżag, któ­re spo­tka­łem w me­sie. Wes­tchną­łem z prze­ję­ciem. Zgod­nie z umo­wa­mi, któ­rą pod­pi­sa­li­śmy przed od­lo­tem, go­dzi­li­śmy się na mał­żeń­stwa za­aran­żo­wa­ne przez kom­pu­ter. Chcia­no nas uchro­nić od błę­dów i oszczę­dzić nam nie­efek­tyw­nej ry­wa­li­za­cji na no­wej pla­ne­cie, zaś ba­zo­wa­no na zna­ko­mi­tych pro­gra­mach do ko­ja­rze­nia par. Pach­nia­ło to wpraw­dzie cza­sa­mi, w któ­rych ro­dzi­ce swa­ta­li swe po­cie­chy, tym nie­mniej taki spo­sób do­bie­ra­nia part­ne­rów nie dzi­wił i w po­wszech­nym prze­ko­na­niu gwa­ran­to­wał trwa­łość związ­ku. Elek­tro­nicz­ny do­rad­ca brał pod uwa­gę całą gamę pod­świa­do­mych ocze­ki­wań i pra­gnień, nie po­mi­ja­jąc me­cha­ni­zmów do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, więc praw­do­po­do­bień­stwo, że coś skno­ci, było bli­skie zeru. Oczy­wi­ście, nie spo­dzie­wa­no się cu­dów i zda­rza­ło się, że bra­ła górę nie­zgod­ność cha­rak­te­rów. Na­tu­ra ludz­ka po­tra­fi­ła prze­cież za­ska­ki­wać.

Za­po­wia­da­ło się za­tem coś na kształt pod­nie­ca­ją­cej lo­te­rii i gło­wi­łem się nad tym, któ­ra z si­ko­rek z po­kła­do­wej dwu­nast­ki zo­sta­nie moją żoną. Jed­nak po dwu roz­wo­dach nie ocze­ki­wa­łem Bóg wie cze­go. Nie li­czy­łem na to, że ko­lej­ne mał­żeń­stwo mnie uszczę­śli­wi i że przy­pad­nie mi w udzia­le któ­raś z osza­ła­mia­ją­cych po­kła­do­wych gwiazd. Tym nie­mniej cie­ka­wi­ło mnie, któ­rą z dam wy­brał dla mnie nie­prze­nik­nio­ny kom­pu­ter i z odro­bi­ną nie­po­ko­ju cze­ka­łem na wer­dykt. Moi kum­ple rów­nież cho­dzi­li pod­eks­cy­to­wa­ni. Mie­li na­dzie­ję, że wy­ra­fi­no­wa­ny sys­tem ich nie za­wie­dzie. Wszyst­kie dziu­nie na­le­ża­ły do uda­nych i nie bra­ko­wa­ło im wdzię­ku. Nie były oschłe, za­mknię­te w so­bie i od­py­cha­ją­ce, cze­go się oba­wia­łem, gdy wy­bie­ra­łem się w dro­gę. Nie mia­łem więc się cze­go lę­kać. Nie na­le­ża­ły jed­nak do ko­biet, któ­re po­zwo­li­ły­by się wo­dzić za nos. Nie­za­leż­ne i pew­ne sie­bie, nie ustę­po­wa­ły męż­czy­znom. Umia­ły trzy­mać ich na dy­stans.

Przy­mie­rza­łem się w my­ślach do wszyst­kich kan­dy­da­tek po ko­lei. Do­sze­dłem do wnio­sku, że naj­bar­dziej od­po­wia­da­ła­by mi skrom­na Lau­ra Tur­ner, agent­ka ochro­ny, obe­zna­na z róż­ny­mi ro­dza­ja­mi bro­ni pal­nej. W jej to­wa­rzy­stwie czuł­bym się pew­niej na po­wierzch­ni glo­bu. Gdy­bym ją do­stał, był­bym usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny. Nie rzu­ca­ła się w oczy i zwy­kle kry­ła się w cie­niu. Co nie zna­czy­ło, że bra­ko­wa­ło jej sek­sa­pi­lu.

Ob­sie­dli­śmy dłu­gi stół z błysz­czą­cym bla­tem w ko­lo­rze gra­na­tu. By­li­śmy w kom­ple­cie. Z odro­bi­ną skry­wa­ne­go wzru­sze­nia lu­stro­wa­łem wszyst­kie twa­rze. Lek­ko po­si­wia­ły do­wód­ca, Adam Cox, nie pró­bo­wał za­ga­jać, ale od razu od­dał głos Geo­r­ge’owi. Wil­son był jego for­mal­nym za­stęp­cą.

Sym­pa­tycz­ny blon­das pod­niósł się i za­czął bez zwło­ki dzie­lić się z nami tym, co uznał za waż­ne. Lu­bił mó­wić krót­ko i zwięź­le.

— O tym, że po­dej­rza­nie szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu, już wie­cie. A te­raz ko­lej­ne spra­wy. Przyj­rza­łem się tar­czy ochron­nej tej pla­ne­ty. Nie­ste­ty, po na­szym nie­for­tun­nym lą­do­wa­niu ule­gła ono wzmoc­nie­niu. Nie je­ste­śmy więc w sta­nie opu­ścić He­ge­mo­ne. Je­śli na­pra­wi­my sil­ni­ki, bę­dzie­my mo­gli co naj­wy­żej po­krą­żyć nad jej po­wierzch­nią. Nie prze­kro­czy­my wy­so­ko­ści stu osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Zna­leź­li­śmy się więc w pu­łap­ce i sta­li­śmy się więź­nia­mi. Co nie jest we­so­łe. Ow­szem, ry­su­je się pew­na moż­li­wość. Mu­sie­li­by­śmy dwu­krot­nie wzmoc­nić na­pęd. I wte­dy spró­bo­wać. Być może, uda­ło­by się nam prze­bić przez blo­ka­dę. To po pierw­sze, a wła­ści­wie po dru­gie. Na­stęp­na nie­spo­dzian­ka wią­że się z dżun­glą wo­kół De­mo­ste­ne­sa. Po­pa­trz­cie! — Wy­świe­tlił zdję­cia, wy­ko­na­ne z góry przez dro­na. — Tro­pi­kal­ny las wró­cił, ale w spo­sób in­te­li­gent­ny. Wi­dać?

Na­sza ma­cie­rzy­sta jed­nost­ka dum­nie spo­czy­wa­ła na środ­ku po­ro­słe­go tra­wą ide­al­ne­go krę­gu o śred­ni­cy oko­ło dzie­wię­ciu­set me­trów. Dżun­gla do­cho­dzi­ła do jego gra­nic i nie po­su­wa­ła się da­lej. Sta­tek był ogrom­ny, a przy­po­mi­nał kształ­tem kry­tą łódź po­ści­go­wą. Miał bli­sko pół ki­lo­me­tra dłu­go­ści. Opły­wo­we sil­ni­ki zna­czy­ły się po obu stro­nach. Wspie­rał się na trzech po­tęż­nych ła­pach, któ­re czę­ścio­wo cho­wa­ły się pod­czas lotu.

— I co jesz­cze? — Geo­r­ge pod­jął nowy wą­tek, gdy już się na­pa­trzy­li­śmy. — Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat po wy­lą­do­wa­niu, gdy słod­ko spa­li­śmy w hi­ber­na­to­rach, nie­ocze­ki­wa­nie ktoś zło­żył nam wi­zy­tę. Na dru­gim po­zio­mie po­ja­wi­ły się trzy isto­ty, żyw­cem przy­po­mi­na­ją­ce lu­dzi. Kom­pu­ter nie roz­po­znał ni­ko­go z za­ło­gi, więc wsz­czął ci­chy alarm. Za­blo­ko­wał ten sek­tor. Jed­nak nasi go­ście zdą­ży­li się wy­mknąć. Roz­my­li się w po­wie­trzu.

— Lu­dzie? — zdzi­wi­ła się Emi­ly.

— No, nie­zu­peł­nie — spro­sto­wał Geo­r­ge. — Ich oczy ja­rzy­ły się zie­lo­nym bla­skiem, co było do­brze wi­dać, zwa­żyw­szy sła­be oświe­tle­nie. Jak u zom­bie.

Wy­wo­łał na ekra­nie ob­raz z ka­mer. Fak­tycz­nie, ko­ry­ta­rzem po­su­wa­ły się trzy isto­ty. Po­tem zni­kły.

— A co po­nad­to? Od­no­to­wa­li­śmy cie­ka­wą zmia­nę na po­wierzch­ni. Tu­tej­szy go­spo­darz, o ile moż­na tak po­wie­dzieć, zbu­do­wał dla nas — rzecz ku­rio­zal­na — osie­dle na brze­gu mo­rza. Za­fun­do­wał nam pre­zent. To kom­for­to­wy ośro­dek, ni­czym pen­sjo­nat w tro­pi­kach, ulo­ko­wa­ny kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów stąd. Ro­dzi się py­ta­nie, czy nie jest on przy­pad­kiem łap­ką na my­szy.

Ka­me­ry dro­na po­ka­zy­wa­ły po­łą­czo­ne z sobą pa­wi­lo­ny, kry­te wi­do­ko­wą czer­wo­ną da­chów­ką i bam­bu­so­wą strze­chą, praw­do­po­dob­nie sy­mu­lo­wa­ną. Do­oko­ła ro­sły pal­my, a mię­dzy nimi zna­czy­ła się uro­kli­wa pły­wal­nia dla tych, któ­rzy nie chcie­li się ką­pać w mo­rzu.

— Spró­buj­cie to so­bie w spo­ko­ju prze­my­śleć — za­koń­czył blon­das. — Je­że­li ko­muś przyj­dzie coś do gło­wy, niech zgło­si się do mnie lub do ko­men­dan­ta — wska­zał gło­wą na do­wód­cę. I do­dał: — Nie­ła­two to wszyst­ko roz­gryźć. To, co tu się dzie­je, nie na­pa­wa opty­mi­zmem. Jak temu sta­wić czo­ła? Nie wie­my, czy mo­że­my wy­pu­ścić ko­lo­ni­stów na po­wierzch­nię. Cho­dzi o ich bez­pie­czeń­stwo. Być może, sie­dzi­my na becz­ce pro­chu. Nie prze­wi­dzie­li­śmy, że ta pla­ne­ta może kryć ta­kie ta­jem­ni­ce. — Za­milkł na chwi­lę i za­raz do­dał z bły­skiem w oku, spo­glą­da­jąc na do­wód­cę: — Mam jesz­cze coś, na co z pew­no­ścią cze­ka­cie. Mó­wią, że co na­gle to po dia­ble! Jed­nak ze wzglę­du na nie­ty­po­we oko­licz­no­ści, a ja­kie, to sami wi­dzi­cie, po­sta­no­wi­li­śmy już te­raz — za­wie­sił te­atral­nie głos — po­łą­czyć was w pary. Oto upra­gnio­na li­sta! — wska­zał na ekran. — To was uchro­ni przed de­pre­sją. Niech pięk­ne po­zna­ją swe be­stie, a be­stie swo­je pięk­ne!..

Od­po­wie­dzie­li­śmy ostroż­ny­mi okla­ska­mi. Kie­dy usta­ły, Adam Cox pod­niósł się i bez­na­mięt­nie do­rzu­cił:

— Pra­gnę wy­ja­śnić, że ogło­sze­nie wy­ni­ków jest rów­no­znacz­ne z urzę­do­wym za­war­ciem mał­żeń­stwa. Nie je­ste­śmy na Zie­mi, ale w da­le­kim ko­smo­sie, dla­te­go nie prze­wi­du­je­my tra­dy­cyj­nych ce­re­mo­nii i uro­czy­stych ob­rzę­dów. Nie bę­dzie­my się w to ba­wić i wzru­szać krew­nych, bo ich tu nie ma. Trzy­ma­my się roz­wią­zań, któ­rych wy­ma­ga dys­cy­pli­na po­kła­do­wa.

Usły­sze­li­śmy pierw­sze tak­ty hym­nu Unii So­lar­nej. Na­de­szła wie­ko­pom­na chwi­la! Wy­świe­tli­ły się imio­na i na­zwi­ska osób sko­ja­rzo­nych przez kom­pu­ter. Nie mo­gli­śmy ode­rwać od nich oczu. Przez chwi­lę cha­otycz­nie tań­czy­ły po ekra­nie, a po­tem znie­ru­cho­mia­ły na wy­zna­czo­nych im miej­scach.

Onie­mia­łem z wra­że­nia i za­bi­ło mi moc­niej ser­ce, gdy po­ją­łem, kogo mi przy­dzie­lo­no. „Ja­sny gwint, Har­ry Mil­ler i Ro­se­ma­ry Haw­kins!” — wy­szep­ta­łem w my­ślach. — „Nie­moż­li­we! Ja i ona?” Nie mie­ści­ło mi się to w gło­wie. Nie za­słu­gi­wa­łem na tę roz­kosz­ną Afro­ame­ry­kan­kę. Była speł­nie­niem ma­rzeń każ­de­go fa­ce­ta na po­kła­dach i do­my­śla­łem się, że wszy­scy moi ko­le­dzy mie­li na nią ocho­tę. Omi­ja­łem ją sze­ro­kim łu­kiem, świa­do­my tego, że na pew­no jej nie do­sta­nę. Za wy­so­kie pro­gi. Oka­za­ło się ina­czej. Moje ci­che na­dzie­je, że tra­fi mi się skrom­niut­ka Lau­ra Tur­ner, speł­zły na ni­czym. Prze­gra­ły w kon­fron­ta­cji z nie­omyl­ny­mi pro­gra­ma­mi mó­zgu elek­tro­no­we­go. Od­nio­słem wra­że­nie, że kom­pu­ter szep­ce mi do ucha: „Przy­ja­cie­lu, po­siądź się wy­żej!” Stał się kurą zno­szą­cą zło­te jaja i ku memu za­sko­cze­niu mnie wy­róż­nił. Tyl­ko za co?

Za­czę­li­śmy pod­no­sić się z miejsc i Ro­se­ma­ry zni­kła mi na mo­ment z oczu. Wy­ni­ki przy­ję­to ży­wio­ło­wy­mi okla­ska­mi. Pa­no­wał gwar. Emo­cje się­ga­ły ze­ni­tu. Do ta­kie­go wy­bu­chu en­tu­zja­zmu ni­g­dy wcze­śniej tu nie do­szło. Po­ją­łem, że wszy­scy są usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni. Ro­zej­rza­łem się za nią z nie­po­ko­jem. Przy­fru­nę­ła do mnie jak na skrzy­dłach i od­na­la­zła się za mo­imi ple­ca­mi. Ze szczę­ściem na twa­rzy po­ło­ży­ła mi dłoń na ra­mie­niu.

— Hej! — rzu­ci­ła przy­jaź­nie, gdy się obej­rza­łem. Owiał mnie za­pach de­li­kat­nych ko­bie­cych per­fum. — Tu je­steś, Har­ry?! Mam cię. To cu­dow­nie! My­ślę, że też się cie­szysz. Bo ja tak.

Nie spo­dzie­wa­łem się jej ży­wio­ło­wej re­ak­cji. Z jej ro­ze­śmia­nych oczu wy­czy­ta­łem, że go­dzi się z za­ska­ku­ją­cym wer­dyk­tem kom­pu­te­ra. Pa­so­wa­łem jej jak ulał, więc była cała hap­py. Bez cie­nia wsty­du pcha­ła mi się do rąk i spo­glą­da­ła na mnie z ża­rem w oczach. Ni­g­dy nie sta­ła przy mnie tak bli­sko. Do­tąd sta­ran­nie ukry­wa­ła swe uczu­cia i trzy­ma­ła mnie na dy­stans, po­dob­nie jak in­nych męż­czyzn z za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa. Jed­nak w ta­kiej chwi­li nie mu­sia­ła się już ma­sko­wać i mo­gła za­grać w otwar­te kar­ty.

Ogar­nę­ło mnie zdu­mie­nie. Nie wie­dzia­łem, że ma­rzy­ła o mnie. Któż po­tra­fi zro­zu­mieć ko­bie­tę? Mo­głem wa­rio­wać ze szczę­ścia, o ile bym chciał. Jed­nak nie by­łem pew­ny, czy chcę. Nie umia­łem cie­szyć się jak ona. Kom­pu­ter mnie za­sko­czył. Wy­trą­cił z rów­no­wa­gi. Spra­wił, że na mo­ment zgłu­pia­łem do resz­ty.

Ują­łem jej de­li­kat­ną dłoń. Po­kła­do­wa mo­del­ka nie po­win­na była za­uwa­żyć, że się wa­ham. Po­my­śla­łem, że nie mogę jej roz­cza­ro­wać, choć jak na mój gust spra­wy po­to­czy­ły się za szyb­ko.

— Ja­sne, cie­szę się — po­wścią­gli­we po­twier­dzi­łem, wciąż nie mo­gąc ukryć oszo­ło­mie­nia.

— Har­ry, kla­wo, wie­dzia­łam, że ci się spodo­bam — rzu­ci­ła en­tu­zja­stycz­nie. — Wszyst­kim się po­do­bam — bez­a­pe­la­cyj­nie roz­strzy­gnę­ła, prze­ła­mu­jąc moje ostat­nie opo­ry.

Ni­cze­go już nie mo­głem zmie­nić. Gó­ro­wa­łem nad nią wie­kiem. Dzie­li­ło nas ja­kieś pięt­na­ście lat. Ob­ją­łem ją wpół, go­niąc wzro­kiem za Lau­rą. Nie chcia­ło mi się wie­rzyć. Do­sta­ła się Geo­r­ge’owi Wil­so­no­wi. Jed­nak w ta­kiej chwi­li nie po­win­no było mnie to ob­cho­dzić. Już się nie li­czy­ło.

Przy­cią­gną­łem zmy­sło­wą Ro­se­ma­ry do sie­bie i z odro­bi­ną oba­wy zło­ży­łem na jej ustach słod­ki po­ca­łu­nek. O dzi­wo, od­wza­jem­ni­ła go czu­le, jak­by­śmy cho­dzi­li ze sobą od daw­na, byli za­rę­cze­ni i pie­ści­li się na nie­jed­nej rand­ce. Bez opo­rów przy­lgnę­ła do mnie ca­łym cia­łem. Po­czu­łem na so­bie jej kształt­ne pier­si i ogar­nę­ło mnie roz­kosz­ne pod­nie­ce­nie. Ser­ce mi osza­la­ło. Stop­nio­wo do mnie do­cie­ra­ło, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę. Mo­głem pchać się z łap­ska­mi na jej pole kar­ne i nic mi za to nie gro­zi­ło.

— Co ro­bi­my, mi­lut­ka? — szep­ną­łem jej do ucha, ule­ga­jąc na­stro­jo­wi chwi­li. Zaj­rza­łem w jej czar­ne oczy. — Bę­dzie­my cze­kać do póź­ne­go wie­czo­ra? Na noc po­ślub­ną?

— Nie mu­si­my — od­szep­nę­ła. Ener­gicz­nie mną się za­ję­ła. Ści­snę­ła mi pal­ce. — Mo­że­my od razu pójść do mnie — za­pro­po­no­wa­ła bez wa­ha­nia, go­to­wa w łóż­ku po­twier­dzić to, co wy­czy­ta­łem z jej twa­rzy. — Za­sza­le­je­my! Po­tem wró­ci­my na ko­la­cję.

Po­cią­gnę­ła mnie za sobą. Cze­ka­ły mnie upoj­ne chwi­le z po­kła­do­wą gwiaz­dą. Trzy­ma­jąc się za ręce jak para za­ko­cha­nych na­sto­lat­ków, po an­giel­sku wy­mknę­li­śmy się z sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Uszczę­śli­wio­na Ro­se­ma­ry zdą­ży­ła jesz­cze rzu­cić do Emi­ly, z któ­rą dzie­li­ła ka­bi­nę:

— Zaj­mu­je­my cha­tę!

Me­dycz­ka przy­zwa­la­ją­co ski­nę­ła gło­wą, do­my­śla­jąc się, o co jej cho­dzi. Też wy­gra­ła na lo­te­rii. Sta­ła przy Ada­mie, do­wód­cy na­szej wy­pra­wy. I z pew­no­ścią nie było siły, któ­ra po­tra­fi­ła­by ją od nie­go ode­rwać.