161 osób interesuje się tą książką

Opis

Siódmy tom „Serii Szetlandzkiej”, wielokrotnie nagradzanego, kultowego cyklu kryminalnego!

Szetlandzka zima. Ulewne opady deszczu powodują osunięcie się ziemi, która pędzi w dół zbocza. W tym samym czasie na pobliskim cmentarzu Jimmy Perez bierze udział w pogrzebie swojego starego przyjaciela. Widzi, jak lawina błota i ziemi uderza w dom. Wszyscy są przekonani, że nikt w nim nie mieszkał, ale Perez udaje się na oględziny miejsca. Odnajduje w zniszczonym wnętrzu ciało ciemnowłosej kobiety. Miała na sobie czerwoną, jedwabną sukienkę, zupełnie niepasującą do srogiej zimy.

Wszczęcie śledztwa staje się konieczne, a w jego trakcie okazuje się, że kobieta była martwa, zanim osuwisko uderzyło w gospodarstwo. Sprawa staje się obsesją Pereza, który za wszelką cenę musi dociec prawdy. Kim była kobieta w czerwonej sukience i dlaczego zginęła?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: Cold Earth

Copyright © Ann Cleeves, 2016

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Ewelina Chodakowska, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

 

Fotografie na okładce:

trekandshoot | Shutterstock

Free-Photos, Tama66 | Pixabay

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

eISBN 978-83-66517-49-3

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Sary, mojej przyjaciółki

i agentki literackiej, która jest ze mną

niemal od samego początku

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

Ziemia osunęła się, kiedy Jimmy Perez stał przy grobie. Rodzina zmarłego pochodziła z Fouli, więc trumnę niesiono na dwóch wiosłach – tak jak zawsze robiono to na tamtej wyspie. Dźwigali ją dalecy krewni, których przodkowie przenieśli się na południe, do Anglii, a którzy jednak uznali, że warto podtrzymać tę tradycję. Mieli czas, żeby zaplanować uroczystość. Magnus Tait dostał wylewu i zanim zmarł, leżał w szpitalu sześć tygodni. Perez odwiedzał go w każdą niedzielę, siedział przy jego łóżku i mówił o przeszłości. Nie o złych czasach, kiedy Magnusa oskarżono o morderstwo, ale o późniejszych dobrych chwilach, kiedy w Ravenswick włączono go do wszystkich wydarzeń organizowanych w tej społeczności. Magnus uwielbiał chodzić na przyjęcia, tańce i niedzielne herbatki. W szpitalu nie reagował na to, co mówił Perez, i jego śmierć nie była zaskoczeniem.

Trumnę opuszczono do grobu, zanim ruszyło osuwisko. Perez odwrócił wzrok od mogiły, gdy na trumnę rzucano pierwsze grudy ziemi, i spojrzał na rozciągający się przed nim widok na Ravenswick. Widział Hillhead, zagrodę Magnusa na samym szczycie wzniesienia, znajdującą się obok zaadaptowanej na dom kaplicy, w której Perez mieszkał ze swoją pasierbicą, Cassie. Bliżej brzegu stały kircha i plebania, która po przekształceniu w dom prywatny stała się o wiele okazalsza niż sam kościół. Widać było tunele foliowe na farmie Gilsetter i maleńką chatę, niewidoczną z drogi. Perez nie wiedział, kto tam teraz mieszka. Szkoła, do której chodziła Cassie, znajdowała się jeszcze dalej na północ i nie było jej widać z cmentarza, a za przylądkiem kryły się Ravenswick Hotel i elegancki kompleks skandynawskich domków letniskowych. Tu był jego dom i nie wyobrażał sobie, że mógłby zamieszkać gdzie indziej.

Krajobraz był lekko rozmyty deszczem. Wydawało się, że pada od miesięcy. Dwa tygodnie wcześniej mówiono nawet o odwołaniu Up Helly Aa[1] z powodu pogody, ale w czasach pokoju festiwal ognia odbywał się zawsze, bez względu na sztormowe wiatry i ulewy. Perez znowu zaczął słuchać słów pani pastor, ale jednocześnie wspominał pochowaną tu także Fran, matkę Cassie i miłość swojego życia.

Początkowo ziemia zaczęła osuwać się bez żadnego dźwięku. Na wzgórzu cały rok stosowano intensywny wypas owiec, które wyrywały trawę, niszczyły jej korzenie, odsłaniały leżący pod nią czarny torf. Teraz, po miesiącach silnych opadów deszczu, woda przesączyła się pod powierzchnię, zmieniając konsystencję gleby, i wyglądało to tak, jakby całe zbocze wzgórza zaczęło się ruszać. Zarysy otoczenia zmieniły się, odsłaniając znajdujące się pod ziemią głazy. W tym jednak momencie Perez odwrócił się, aby spojrzeć na mogiłę, w której Magnus Tait został złożony na wieczny spoczynek, i nic nie ostrzegło go przed tym, co miało się zdarzyć.

Dudnienie dało się słyszeć, gdy osuwisko nabierało prędkości i zaczęło porywać głazy i mniejsze kamienie z murków otaczających pola. Kiedy zwały ziemi przesunęły się przez główną drogę, nie zagarnęły żadnego samochodu, ale uderzyły w maleńkie gospodarstwo. Bezlitosna jak rzeka w czasie powodzi góra ziemi sunęła, zmiatając zabudowania gospodarskie, i wdarła się do chaty, rozbijając okna i wyłamując drzwi. Perez usłyszał huk jej uderzenia o dom i poczuł wibrację pod stopami. Odwrócił się w tym samym momencie, w którym zrobili to pozostali żałobnicy. Na Szetlandach miejsca pochówku znajdowały się niedaleko wody. Zanim zbudowano drogi, ciała dostarczano na nie łodziami. W Ravenswick cmentarz leżał tuż nad morzem, na płaskim dnie doliny, osłonięty przylądkiem. Teraz dolina ta wypełniała się błotem i gruzem, a ziemia z coraz większą prędkością sunęła w ich stronę. Ogłuszający huk ostrzegł żałobników przed niebezpieczeństwem. Zamarli na chwilę, a potem rozproszyli się, biegnąc byle wyżej. Perez objął ramieniem starszego sąsiada i prawie przeniósł go w bezpieczne miejsce. Pani pastor, kobiecie w średnim wieku, pomógł jeden z młodszych mężczyzn. Wszyscy zdążyli w samą porę. Teraz patrzyli, jak nagrobki przewracają się niczym kostki domina, a osuwisko pełznie przez kamienistą plażę wprost do wody.

Nagrobek Fran był prosty, wykonał go zaprzyjaźniony z nią rzeźbiarz. Widniało na nim wyobrażenie kulika, jej ulubionego ptaka. Perez widział, jak porywa go fala błota.

 

 

 

Bardzo szybko odzyskał spokój. W grobie nie pozostało nic z Fran i nie potrzebował żadnego kamienia, aby mu o niej przypominał. Odwrócił się, aby sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało. Zastanawiał się, co Magnus Tait, który przez większą część życia był odludkiem, powiedziałby o dramatycznym przebiegu jego pogrzebu. Pomyślał, że pewnie uśmiechnąłby się szelmowsko i zachichotał. A potem zaproponowałby, żeby wszyscy poszli do centrum kultury na kieliszeczek czegoś mocniejszego. Nie ma sensu stać na tym pustkowiu, chłopcy. Żadnego sensu. Poza panią pastor wszyscy żałobnicy byli mężczyznami. Pogrzeb miał staroświecki charakter i kobiety nie poszły do grobu. Zebrała się tylko mała grupa. Chociaż pod koniec życia Magnusa ludzie starali się go lepiej poznać, miał niewielu znajomych poza Ravenswick. Teraz wszyscy stali, wstrząśnięci potęgą osuwiska. Z oddali wyglądali pewnie jak wielkie owce rozproszone po zboczu, zagubione i błądzące bez celu.

Parez popatrzył za siebie, na skarpę. Pomyślał, że gdyby ziemia zaczęła się osuwać milę dalej na północ, szkoła w Ravenswick mogłaby zostać zniszczona – jak ta zagroda, prezentująca się teraz, jakby trafiła w nią bomba. Osuwisko ominęło farmę Gilsetter i starą plebanię w jeszcze mniejszej odległości. Przyjrzał się ruinom.

– Kto tam mieszka? – Nie wyobrażał sobie, że ktoś znajdujący się w środku mógłby ocaleć. Ktokolwiek by tam był, utonąłby w błocie albo został zmiażdżony przez gruz niesiony wraz z ziemią. Nie pamiętał jednak, aby od śmierci Minnie Laurenson ktokolwiek mieszkał w tej chacie.

– Chyba jest tam pusto, Jimmy. Dom zajmował przez jakiś czas syn Stuarta Hendersona, ale wyprowadził się wiele miesięcy temu – odezwał się Kevin Hay, wielki mężczyzna w średnim wieku, który mieszkał w Gilsetter i uprawiał większość ziemi w Ravenswick. Perez nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widział go w koszuli i pod krawatem. Pewnie na poprzednim pogrzebie. Czarne włosy miał tak zmoczone deszczem, że przylepiły mu się do czoła. Wyglądały, jakby były namalowane.

– Nie wynajmowano go? – O tej porze roku znalezienie zakwaterowania było tak wielkim problemem, że nawet domy letniskowe udostępniano odpłatnie robotnikom zatrudnionym w przemyśle gazowym czy naftowym.

– O ile wiem, to nie. – Tym razem Hay wydawał się mniej pewny siebie. – Nie zauważyłem tu nikogo. Żadnego samochodu zaparkowanego na zewnątrz. Ale jawory i nasze tunele foliowe zasłaniają widok.

– W takim razie mało prawdopodobne, by ktoś tam był – stwierdził Perez. Trudno byłoby tu dotrzeć z tak oddalonego miasta bez jakiegoś pojazdu. Żałobnicy zbierali się wokół pani pastor. Była spokojna i najwyraźniej objęła przywództwo. Przypuszczał, że rozmawiają o tym, jak wrócić do domów. Parking przy cmentarzu znajdował się na wyżej położonym terenie i pojazdy nie zostały uszkodzone, część uczestników pogrzebu mieszkała jednak po drugiej stronie osuwiska. – Ale chciałbym to sprawdzić.

Przez zbocza doliny wiodły wydeptane przez owce ścieżki, więc Perez poszedł z Kevinem Hayem jedną z nich. Spojrzeli z góry na zniszczony dom. Teraz, kiedy lawina ziemi już stanęła, słychać było tylko padający deszcz. Dziwna, niesamowita cisza po dudniącym łoskocie. Ludzie już wezwali służby i wkrótce miały się pojawić samochody straży pożarnej i policji. Trzeba było jednak na nie poczekać.

Mury domu były prawie nienaruszone, ale sunąca ziemia osłabiła wewnętrzne ściany i nad połową chaty zapadł się dach, odsłaniając fragmenty pomieszczeń. Wszystko było czarne, w kolorze torfiastej ziemi. Perez zsunął się w dół skarpy, żeby lepiej widzieć odsłonięte pokoje. Hay poszedł za nim i położył mu rękę na ramieniu.

– Nie podchodź za blisko, Jimmy. Wzgórze nie jest stabilne. Może dojść do następnego osuwiska. A nie sądzę, by był tam ktokolwiek, kogo można by uratować. Nie ma sensu narażać życia.

Perez pokiwał głową. Zobaczył, że żałobnicy dotarli do parkingu i zaczęli odjeżdżać na północ, zabierając ze sobą przyjaciół mieszkających na południe od osuwiska. Przypuszczał, że jadą do ośrodka kultury. Kobiety miały przygotować tam stypę. Nie powinna się zmarnować, a poza tym pewnie wszyscy mieli ochotę napić się czegoś gorącego.

– Trzeba do nich dołączyć, Jimmy – nalegał Kevin Hay. – Nic nie możemy tu zrobić. – Z oddali dobiegło ich wycie syren. Znowu spojrzał na wzgórze, obawiając się kolejnej lawiny ziemi.

– Idź. I tak powinienem tu zostać. – Perez spojrzał na otoczenie domu. Na tyłach kuchni znajdowała się dobudowana komórka, teraz całkowicie zniszczona. Okna i dach z blachy falistej uniosło błoto. Ale kamienny mur oddzielający niewielki ogródek od leżącego za nim pastwiska był prawie nienaruszony. Prawdopodobnie skierował sunącą ziemię w lukę, w której wcześniej tkwiła drewniana brama. Najbliżej tego miejsca krawędzie muru były nierówne i poszarpane, lecz dalej, poza dziurą, ogrodzenie sprawiało wrażenie dość solidnego. Sunąca ziemia pozostawiła tu porwane po drodze szczątki. Wezgłowie łóżka, kilka plastikowych krzeseł, pewnie przechowywanych w komórce. I coś jeszcze, jaskrawo kontrastującego z szarym murem i czarną ziemią. Plama czerwieni. Jaśniejszej niż krew.

Perez zszedł po skarpie. Słabnąca lawina ziemi pozostawiła tu ciało kobiety. Ubrane było w czerwoną, jedwabną suknię. Egzotyczną i wytworną. Nie był to strój odpowiedni do noszenia w lutym na Szetlandach, nawet jeżeli kobieta znajdowała się w domu, gdy porwało ją osuwisko. Włosy i oczy miała czarne i Perez poczuł jakąś dziwną, atawistyczną więź ze zmarłą. Mogła być Hiszpanką, tak jak jego przodkowie sprzed wieków. Kevin Hay wracał już do samochodów, więc Perez stał samotnie nad zwłokami, czekając na przybycie służb ratunkowych.

 

 

 

[1] Odbywający się w Lerwick w ostatni wtorek stycznia każdego roku festiwal ognia. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

 

Osuwisko wywołało chaos. Główna szosa z Lerwick do portu lotniczego Sumburgh musiała być zamknięta co najmniej do następnego dnia, a w miejscu, gdzie zeszła lawina ziemi, nie było dróg, którymi można byłoby zorganizować objazdy. Loty do Sumburgh zostały przekierowane do portu Scatsta na North Mainland, który zazwyczaj obsługiwał ruch związany z przemysłem gazowym oraz naftowym, i teraz obciążenie lotniska przekraczało jego możliwości. Ludzie interesu bombardowali radę e-mailami, skarżąc się na utrudnienia, zupełnie jakby uważali, że ma ona jakikolwiek wpływ na żywioły, i kupowali bilety na prom. Linie energetyczne zostały zniszczone – pełznąca ziemia połamała słupy i wyrwała je z fundamentów. Na południu wyspy szczęściarze mogli ponownie uruchomić małe prądnice, z których korzystano przed podłączeniem do sieci; wciąż je trzymano na wszelki wypadek. Inni musieli obywać się świecami i lampami naftowymi.

Dzień po tym wydarzeniu Jimmy Perez był bardzo zajęty. Był szefem, w związku z czym przede wszystkim uczestniczył w różnych spotkaniach – z radą, aby jak najszybciej doprowadzić do otwarcia drogi, z opieką społeczną, aby sprawdzić, czy ludzie starsi i niepełnosprawni mają dostarczaną żywność i czy w ich domach jest ciepło. Właściwie nie były to zajęcia dla policji, ale na wyspach należało być elastycznym. Perez nie cierpiał siedzenia na posterunku i prowadzenia niekończących się dyskusji. Wciąż padało, popatrzył więc na szare miasto, na linię łączącą morze z zasnutym chmurami niebem. Nie zanosiło się dziś na przejaśnienia.

Uwagę jego kolegów zaprzątała głównie sprawa identyfikacji kobiety zabitej przez osuwisko. Jak dotąd zdołali tylko ustalić, że była jedyną ofiarą. W jedwabnej sukni nie było kieszeni, nie znaleziono też torebki. Nie było więc niczego, co pozwoliłoby ustalić jej tożsamość – ani paszportu, ani kart kredytowych. Strażacy oświadczyli, że wejście do zniszczonego domu i szukanie należących do zmarłej przedmiotów jest na razie zbyt niebezpieczne. Dolna część twarzy, szczęka i nos ofiary zostały uszkodzone w sposób uniemożliwiający jej rozpoznanie, a na tyle głowy widniały rany. Perez uznał, że została porwana przez osuwającą się ziemię, a potem toczona i obijana, do chwili gdy rzuciło ją pod kamienny mur. Mimo to jednak jej czoło, oczodoły i same oczy wydawały się w dziwny sposób nienaruszone. Owszem, były zadrapania i drobne uszkodzenia skóry, ale struktura tego fragmentu twarzy pozostała niemal nietknięta. Jej czarne oczy wpatrywały się w niego. Miał nadzieję, że już pierwsze uderzenie zabiło ją albo przynajmniej ogłuszyło, i nie miała świadomości, co się z nią dzieje. Wciąż, tak samo jak w pierwszej chwili, czuł dziwaczną, irracjonalną więź z ofiarą.

Założyli, że musiała przebywać w chacie, teraz do połowy zburzonej i wypełnionej czarną ziemią. Może spędzała tu wakacje. Dzień katastrofy poprzedzał walentynki, więc Perez pomyślał, że przymierzała czerwoną suknię na spotkanie z ukochanym. Upewniała się, że w następny wieczór będzie ładnie wyglądała. Może chciała przygotować dla niego obiad. Coś pikantnego, w śródziemnomorskim stylu, z papryką i pomidorami czerwonymi jak jej suknia. Perez zdawał sobie sprawę, że fantazjuje, ale nic nie mógł na to poradzić. Chciał, żeby miała jakieś imię.

Wciąż nie ustalili, kto jest obecną właścicielką domu, chociaż odkryli jego nazwę – Tain. Najwidoczniej nieruchomość po starej ciotce odziedziczyła jakaś kobieta mieszkająca w Ameryce. W okolicy mówiono, że wynajmowała ją od czasu do czasu. Zamierzała wyremontować dom, ale nie wydzierżawiać go na dłużej. Robert Henderson, którego brat był ostatnim podnajemcą, bawił się właśnie na rejsie wycieczkowym po Karaibach, ów brat pracował natomiast na Bliskim Wchodzie. Wszystko to było frustrujące i nie dawało Jimmy’emu spokoju. Wiedział, że musi być jakieś logiczne wyjaśnienie i wkrótce pojawi się ktoś, kto ją zidentyfikuje, ale jak dotąd martwa kobieta nadal pozostawała zagadką, pobudzając jego wyobraźnię i wywołując wrażenie niedorzeczności.

Zwłoki wysłano do Aberdeen na sekcję; Perez miał nadzieję, że kiedy anatomopatolog zabierze się do pracy, zdołają ustalić nazwisko zmarłej na podstawie karty stomatologicznej – ale to mogło potrwać wiele dni. Poza tym, zanim znajdą dentystę, powinni mieć już jakieś pojęcie, kim była. Perez nie sądził, aby sprawdzanie tego na wyspach miało jakiś sens. Nie była miejscowa. Musiałby ją widzieć w mieście albo przynajmniej słyszeć o jakiejś ciemnowłosej damie mieszkającej gdzieś na skraju jego miejscowości.

Miał obecnie przerwę pomiędzy zebraniami. Zrobiwszy sobie kawę, patrzył przez okno w kierunku ratusza. Jego bryła rysowała się cieniem na tle szarego nieba.

Sandy Wilson zastukał do drzwi i wszedł.

– Rozmawiałem z większością agentów nieruchomości w Lerwick. Żaden z nich nie zarządzał domem w Ravenswick ani go nie wynajmował.

– W takim razie musimy odszukać właścicielkę. – Perez wciąż patrzył przez okno na padający deszcz. – Wciąż nie mamy pojęcia, do kogo należał dom?

Sandy pokręcił głową.

– Człowiek, który mógłby to wiedzieć, nie żyje.

– O kim myślisz?

– O Magnusie Taicie. Dorastał przy Minnie Laurenson, staruszce, która tam wcześniej mieszkała. Może byłby w stanie naprowadzić nas na ślad tej siostrzenicy, która odziedziczyła dom.

Ale Magnus zmarł na udar w wieku osiemdziesięciu pięciu lat i Perez nagle poczuł, że nadal odczuwa żal z powodu staruszka. W kilku ostatnich latach był częścią jego życia. Osuwisko, które przerwało pogrzeb, zakłóciło też naturalny przebieg żałoby. Ale przynajmniej odprowadzono go godnie na ostatni spoczynek i złożono do grobu, zanim cmentarz został zalany falą błota.

Perez poznał Fran, swoją narzeczoną, dzięki temu, że była sąsiadką Magnusa. Staruszek pojawił się pod drzwiami Pereza wkrótce po jej pogrzebie. Sprawiał wrażenie skrępowanego, jak wstydliwe dziecko. W dłoni ściskał torbę ulubionych cukierków Cassie. „Dla dziecka. Twoja żona była dobrą kobietą”. A potem odwrócił się i poszedł w dół skarpy do swojej zagrody, o nic nie prosząc, nie oczekując, że Perez będzie chciał z nim rozmawiać czy zaprosi go do środka.

– Czy właścicielką mogła być kobieta w czerwonej sukni?

W końcu czemu nie? Wyobraził sobie, że zmarła wyglądała egzotycznie, jak typowa Hiszpanka, ale być może kobiety w Ameryce też noszą czerwone jedwabne suknie.

Sandy wzruszył ramionami. Nie lubił teoretyzować, obawiając się, że się wygłupi.

– Jesteś pewien, że nie zgłoszono niczyjego zaginięcia? – Perez pomyślał, że kobieta nie mogła przebywać w domu sama. A jeżeli była sama, musiała znać ludzi na wyspach. Luty to nie pora na turystyczne wakacje czy zwiedzanie. Gdyby zaś była jakąś turystką, nie miałaby na sobie takiego ubrania, w jakim ją znaleźli. Chodziłaby w dżinsach, swetrze i wełnianych skarpetach nawet w domu. – Kiedy tam dotrą?

– Wkrótce – odparł Sandy. – Zanim zrobi się ciemno. Biorą generator, ale woleliby zacząć za dnia.

Perez kiwnął głową.

– Bądź przy tym, Sandy. Ale zanim tam się wybierzesz, zadzwoń do Radia Szetlandy i poproś, żeby w wieczornych wiadomościach przekazali, że czekamy na informacje. Na numer telefonu właścicielki albo jakiś kontakt do niej. Musiała wynajmować kogoś, żeby sprzątał dom pomiędzy wizytami gości i dysponował kluczami. Podaj też opis naszej tajemniczej damy.

– Wczoraj nie zdążyliśmy zawieźć jej na wieczorny prom – oznajmił Sandy, jakby właśnie przypomniał sobie o czymś, co Perez powinien wiedzieć. – Pojedzie na południe do Aberdeen dziś w nocy. James Grieve już jest gotów się nią zająć.

– Dobrze by było ustalić jej nazwisko, zanim James zacznie sekcję. Chciałbym powiedzieć jej krewnym, co się stało, zanim weźmie się do pracy. – Komórka Jimmy’ego zabrzęczała. Oczekiwał wezwania na kolejną naradę, ale okazało się, że dzwoni Kathryn Rogerson, młoda kobieta, która niedawno zaczęła pracować jako nauczycielka w szkole w Ravenswick.

– Obawiam się, że dzisiaj zamykamy szkołę, inspektorze. Wydział techniczny chce zbadać wzgórze aż do Gailsgarth. Może zbocze trzeba będzie umocnić podporami od strony szosy. Gdyby nastąpiło kolejne osuwisko, szkoła mogłaby się znaleźć na jego drodze, więc poradzono nam, żebyśmy odesłali wszystkie dzieci do domów. – Sama brzmiała jak dziecko, które chce, aby potraktowano je poważnie, i bardzo stara się postępować właściwie. Perez znał jej ojca. Był prawnikiem i miał kancelarię przy Commercial Street. – Wiem, że Maggie Thomson czasami opiekuje się Cassie, kiedy jesteś w pracy, ale wyjechała do siostry, a jej powrotny lot został odwołany.

Będzie więc musiał zacząć dzwonić, by załatwić opiekunkę. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebował. Duncan Hunter, rodzony ojciec Cassie, był w Hiszpanii, gdzie podobno dopinał umowę z firmą budującą wille letniskowe na wynajem. A w rzeczywistości unikał najpaskudniejszej szetlandzkiej pogody. To była idealna pora roku dla wyspiarzy, których stać było na zrobienie sobie wakacji.

– Zastanawiałam się, czy pozwoliłbyś, żebym zabrała Cassie do Lerwick, aby spędziła popołudnie u mnie. – W głosie nauczycielki brzmiało wahanie, jakby obawiała się, że jej propozycja może zostać uznana za niestosowną. – To żaden kłopot, a przynajmniej będzie wiadomo, że jest bezpieczna w mieście. To daleko od strefy zagrożenia.

– Jesteś pewna? Zdaje się, że opiekowanie się uczniami, kiedy szkoła jest zamknięta, wykracza poza twoje obowiązki.

– Wcale nie! – Perez mógł wyobrazić ją sobie w jej małym gabinecie w szkole. Była drobna, schludna, miło odnosiła się do dzieci, ale nie pozwalała na żadne wybryki. Cassie ją uwielbiała. – Pewnie będziemy zamknięci aż do końca tygodnia, a więc jeżeli chciałbyś, żebym zajęła się Cassie w jakiś inny dzień, po prostu daj mi znać.

– To bardzo miłe. Ale spróbuję coś wymyślić na dalszą część tygodnia. – Perez czuł się niezręcznie. Częściowo dlatego, że uważał, iż nie powinien nadużywać jej uprzejmości. A poza tym nie cierpiał zaciągania emocjonalnych długów. Przyjmowanie czyjejś pomocy nigdy nie wychodziło mu dobrze. – Nie jestem pewien, o której będę mógł zabrać Cassie dziś wieczorem.

– Och, zjedz z nami kolację – zaproponowała Kathryn. – Moja matka zawsze gotuje jak dla całej armii.

Perez wciąż usiłował wymyślić jakąś wymówkę, która nie będzie brzmiała nieuprzejmie, kiedy nauczycielka się rozłączyła.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

 

Był czternasty lutego. Sandy miał nową dziewczynę; ciągle o niej myślał, co źle wpływało na jego koncentrację. Louisa była nauczycielką na Yell, północnej wyspie, na którą docierało się promem. Sandy znał ją od czasów, kiedy razem chodzili do szkoły, ale zaczęli się spotykać dopiero kilka miesięcy temu i wciąż się docierali. Była połowa tygodnia, nie planowali więc spotkania, by świętować walentynki, ale postanowili, że spędzą wspólnie sobotni wieczór. Zapytał Louisę, dokąd chciałaby pójść, nie okazała się jednak zbyt pomocna. „Może zrobiłbyś mi niespodziankę, Sandy?” Było to nie lada wyzwanie. Obawiał się, czy podoła, i nawet zaczął po cichu liczyć na to, że droga nadal pozostanie zamknięta, a nieżyjącej kobiety wciąż nie uda się zidentyfikować, mógłby wtedy stwierdzić, że musi zostać w pracy.

Zastanawiał się, czy powinien do niej zadzwonić, aby udowodnić, że pamięta o randce. A może Louisa uznałaby, że to ckliwe? Była najmniej sentymentalną kobietą, jaką w życiu spotkał. Wiedział, że różowe kartki, które widział w sklepach, lśniące serca, pluszowe misie i balony doprowadziłyby ją do furii. Nie był w stanie niczego wymyślić. Ostatecznie wysłał jej esemesa: „Myślę o Tobie. Porozmawiamy później”. No chyba nie mogła się o to obrazić?

Idąc do samochodu, wpadł na Rega Gilberta, który pewnie czaił się tu przez większą część dnia. Reg był starszym reporterem w „The Shetland Times”. Wcześniej pracował w dużej regionalnej gazecie w centralnej Anglii, a na północ został zwabiony przez kobietę, która krótko potem go rzuciła. Teraz Reg tkwił na wyspach jak jakieś dziwne, obce stworzenie, pismak polujący na wiadomości, choć praktycznie niemający niczego ciekawego do przekazania światu.

Co innego teraz, kiedy osuwisko stało się wiadomością ogólnokrajową. W końcu mieli wstrząsające zdjęcia, a jak zwykł mawiać Jimmy Perez, prasa kocha obrazy bardziej niż słowa. Sandy podejrzewał, że Reg był autorem części co bardziej sensacyjnych nagłówków. Na przykład głoszącego, że lawina ziemi ominęła szkołę podstawową o centymetry albo że pogoda zrujnowała gospodarkę wyspy.

– No dobra, Sandy. – Dziennikarz miał nosowy głos i wąską twarz, przypominającą pysk szczura. Siekacze sterczały mu nad dolną wargą. – Zbliżyliście się do ustalenia, kogo zabiło to błoto?

Dawniej wrodzona uprzejmość skłoniłaby Sandy’egodo udzielenia odpowiedzi, ale zbyt często miał do czynienia z Regiem, który cytował jego wypowiedzi wyrwane z kontekstu, robiąc z niego durnia. Minął dziennikarza w milczeniu.

Do wieczora było jeszcze daleko, ale Sandy, jadąc na południe, musiał włączyć reflektory. Mroczne zimowe dni nie sprawiały mu problemu, mimo to teraz nie mógł się doczekać wiosny. Był w stanie zrozumieć, dlaczego długie noce doprowadzały przybyszów do lekkiego szaleństwa. Przejechał zakręt drogi i nagle miał przed sobą miejsce osuwiska, pełne białych świateł i czarnych sylwetek. Strażacy ustawili w Tain generator i oświetlili zrujnowany dom. Z drogi cała ta sceneria wcale nie przypominała Szetlandów, w każdym razie nie tych Szetlandów, na których wychowywał się Sandy – z owcami na wzgórzach i nasypami z torfu. Teraz wyglądało to jak krajobraz przemysłowy – sylwetki ciężkiego sprzętu na tle jaskrawej, sztucznej iluminacji. Inne lampy, zasilane kolejną prądnicą, wydobywały z mroku grupę ludzi zaczynających oczyszczać drogę z ziemi i śmieci. Skarpę należało umocnić, zanim szosa zostanie ponownie podparta, ale dopóki nie odsłonią jej nawierzchni, nie będą mogli się zorientować, jak się do tego zabrać.

Zatoczka uczęszczana przez turystów podziwiających widok wyspy Mousa została wykorzystana jako parking i Sandy zatrzymał się właśnie tam. Nałożył gumowe buty oraz anorak, które włożył do bagażnika przed wyjazdem, i poszedł spotkać się z grupą pracującą przy domu. Ścieżkę prowadzącą do zagrody już oczyszczono. Sandy przejeżdżał obok wielokrotnie – za każdym razem, kiedy odbierał krewnych z lotniska albo gdy chciał pokazać gościom maskonury na klifach przy Sumburgh – ale nie mógł sobie przypomnieć, jak wyglądało to miejsce przed osunięciem się ziemi. Doszedł do wniosku, że krótki szlak odchodzący od szosy łukiem w głąb doliny prowadzi tylko do Tain. Od cmentarza powiększonego kilka lat temu biegła nowa droga, ale wjazd na nią znajdował się dalej na północ. I docierała także do gospodarstwa Hayów w Gilsetter, z dużym domem i tunelami foliowymi. W miejscu, gdzie szlak kończył się w Tain, był parking na kilka samochodów i ogrodzony płotem mały ogród. Można go było zobaczyć z głównej szosy. Dalej za nim murek odgradzał większą połać ziemi od reszty wzgórza, a po każdej stronie domu znajdował się osłaniający go pas powyginanych wiatrem jaworów, które najwyraźniej nie ucierpiały wskutek osuwiska.

Sandy zamknął na chwilę oczy i usiłował przypomnieć sobie wygląd budynku. Niski, parterowy, z pobielonymi ścianami. Tradycyjna chata, przynajmniej z zewnątrz. Teraz niewiele z niej zostało. Zespół ratowników przygotował ścieżkę biegnącą prosto w dół wzgórza aż do miejsca, gdzie znajdowały się drzwi frontowe. Wszyscy jego członkowie mieli na sobie kamizelki odblaskowe oraz ciężkie ochronne buty robocze ze stalkapą i na pierwszy rzut oka wszyscy wyglądali identycznie. Sandy zatrzymał się na chwilę, wiedząc, że jeżeli podejdzie bliżej, będzie im się plątał pod nogami. Często mu się to zdarzało. Jeden z ratowników zauważył go i przywołał gestem ręki.

– Cześć, Sandy! Możesz zejść w dół. Trzymaj się środka ścieżki, a będziesz w miarę bezpieczny. – Musiał głośno wołać, żeby przekrzyczeć warczący za nim generator i małą koparkę.

Tim Barton pochodził z zachodniej części Anglii i przyjechał na wyspy, żeby wstąpić do straży pożarnej w Lerwick. Związał się z miejscową dziewczyną i mieszkali razem w Gulberwick. Sandy’emu zdawało się, że słyszał jakieś plotki o dziecku w drodze. Zastanawiał się, jakie to uczucie. Od kiedy zaczął spotykać się z Louisą, niekiedy myślał, jak to jest być ojcem. Okazało się, że powinien raczej skupić się na tym, gdzie stawia stopy, a nie fantazjować, co by czuł, mając dziecko z Louisą. Ścieżka była śliska, więc zjechał po niej i padł niezgrabnie na plecy. Pewnie upaćkał sobie ubranie. Barton roześmiał się, ale podszedł i pomógł mu wstać.

– Jak leci? – Sandy kiwnął głową w kierunku domu.

– Jeszcze nie można tam wejść, ale nie powinno to długo potrwać.

– Musimy wiedzieć, czy w środku jest ktoś jeszcze.

– Wszyscy chcemy to wiedzieć. Ale nie ma szans, żeby znaleźć tam kogokolwiek żywego. Pracujemy tu już niemal dobę i od chwili naszego przyjazdu jesteśmy pewni, że nikt nie mógł ocaleć. – Tim odwrócił się i przeciągnął. Sandy zauważył, że jego twarz oraz dłonie pokryte są czarnymi smugami.

– Nie zrobiliście sobie przerwy? – Sierżant pomyślał, że musi to być jakiś koszmar. Grzebać się w błocie przy padającym ciągle deszczu.

– Parę godzin, żeby wziąć prysznic i odtajać. Zjeść coś ciepłego. Ale chcemy się z tym uporać. Zobaczyć, co znajdziemy. Jeżeli zostaniesz, dam ci znać, kiedy można będzie wejść do środka. Albo możesz poczekać w samochodzie. Przynajmniej będzie ci tam sucho.

– Nie. I tak nie mogę pobrudzić się bardziej. – Uznał, że byłoby nie w porządku siedzieć w ciepłym aucie, w czasie gdy chłopaki przekopują się do domu.

 

 

 

Minęło zaledwie pół godziny, nim Barton wrócił do Sandy’ego.

– Zabezpieczyliśmy dach i usunęliśmy większość szajsu z pomieszczeń. Możesz tam wejść, jeśli chcesz, chociaż nie ma tam wiele do oglądania.

– Znaleźliście kogoś?

Barton pokręcił głową.

– Żadnego człowieka. W miejscu, gdzie pewnie była kuchnia, leżał martwy kot.

Sandy poszedł za Bartonem w kierunku domu. Kot wydał mu się dziwnym znaleziskiem. Odwiedzający Szetlandy mogli przywieźć ze sobą psa, ale nigdy nie słyszał, żeby ktoś przyjeżdżał z kotem. Czy oznaczało to, że martwa kobieta mieszkała tu na stałe? Pokręcił głową i uznał, że wymyśla nieistniejące problemy. Koty szukają ciepła i jedzenia. Pewnie był z farmy Kevina Haya i jakoś dostał się do środka.

Stali w miejscu, gdzie kiedyś były drzwi frontowe. Masy ziemi wyrwały je zawiasów i roztrzaskały. Strażacy usunęli połowę dachu i teraz mżawka nieustannie wpadała do wnętrza budynku. Na podłodze wciąż leżała kilkucentymetrowa warstwa czarnego błota. Nie była gładka, ale pokryta kamieniami wielkości pięści, korzeniami i żwirem. Pachniało wilgocią i rozkładem, czymś organicznym. Wszystko wyglądało osobliwie, ponieważ światła z reflektorów na maszcie ustawionym na zewnątrz rzucały dziwne cienie. Sandy wszedł za Bartonem do środka. Dom był bardzo mały. Kuchnia służyła też za salonik, na małą sypialnię i łazienkę adaptowano drugie pomieszczenie. Widać było szczątki mebli, które przetrwały osuwisko. Przewrócona sofa była ciśnięta pod ścianę, a w sypialni leżało jakimś cudem nieuszkodzone lustro w złoconej ramie.

– Musimy znaleźć coś, co pomoże zidentyfikować tę kobietę. – Sandy wiedział, że Jimmy Perez tego oczekuje. – Szef chce poznać jej nazwisko.

– Wkrótce skończymy robotę na dziś – oznajmił Barton. – Chłopaki lecą z nóg. Musieliśmy tylko sprawdzić, czy nikogo nie ma w środku. Powiem im, aby zostawili tę wielką lampę, żebyś mógł widzieć, co robisz.

Sandy podziękował mu i odprowadził go wzrokiem. Żałował, że nie ma ze sobą jeszcze jednego policjanta. Kogoś, z kim mógłby pożartować albo ponarzekać na warunki. Nigdy nie lubił być sam jak palec.

Rozpoczął przeszukanie od drzwi i podzielił podłogę na kwadraty, tak jak robiła to Vicki Hewitt, technik kryminalistyczny z Inverness. Część szafek kuchennych została zerwana ze ścian i w błocie pełno było kawałków rozbitych talerzy. Jedna szafka była nietknięta. Otworzył ją i znalazł w środku blachy do pieczenia i garnki. Dwa drogie, solidne, z żeliwa. Fran kupiła kiedyś takie same i Perez powiedział, że kosztowały majątek. Wyglądało na to, że właścicielka albo kobieta w czerwonej sukni lubiła gotować. Minnie Laurenson na pewno by takich nie używała. Kabinka prysznicowa została zmieniona w małe kawałki plastiku i woda lała się z miejsca, w którym kiedyś był natrysk. Sedes pokrywało błoto, ale poza tym wyglądał na nieuszkodzony.

Sandy przeszedł do sypialni. Stało w niej łóżko, ale bez wezgłowia. Materac był brudny, błotnista woda wsiąkła w niego jak w gąbkę. Kiedyś musiał to być przyjemny pokój z oknem wychodzącym na morze. Nadal przykrywał go dach, ale szyby zostały wypchnięte i deszcz wpadał do środka. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno i pokój oświetlał jedynie wpadający przez dziurę w ścianie jaskrawy blask lampy łukowej. Rzucane przez nią cienie były niesamowite – długie, bardzo ostre, jak wycięte z czarnego papieru. Po obu stronach kominka stały dopasowane na wymiar szafy. W jednej na wieszakach nadal wisiały zdumiewająco czyste ubrania.

Damski płaszcz. Sandy wytarł dokładnie palce, zanim go dotknął. Był ciemnoniebieski i bardzo miękki. Pomyślał, że musiał dużo kosztować, podobnie jak garnki. Dwie pary dobrze uszytych spodni i kilka dokładnie wyprasowanych bluzek. W drugiej szafie były półki. Starannie złożone swetry. Książka w twardej oprawie, coś w rodzaju poradnika mówiącego ci, jak dobrze przeżyć życie: Jak odnaleźć lepszą przyszłość? I drewniane pudełko wykładane macicą perłową. Jego babka Mima miała bardzo podobne i trzymała w nim swoje skarby. Sandy włożył niebieskie, lateksowe rękawiczki i wsunął książkę do torby na dowody rzeczowe. Może są na niej odciski palców. Zdjął pudełko z półki, wstrzymał oddech i otworzył je.

Miał nadzieję, że znajdzie w nim paszport, może nawet metrykę. Pudełko pachniało lekko drewnem sandałowym. Wewnątrz znajdowały się dwa zdjęcia: na jednym widniało dwoje dzieci, na drugim para starszych ludzi. I odręcznie napisany list. Pomyślał, że może to list miłosny, bo zaczynał się od słów: „Moja najdroższa Alis”. Sandy odłożył go do pudełka, nie czytając. Nigdy nie był ciekawski, a poza tym było mu zimno i nie czuł się komfortowo. Wilgoć przenikała przez jego ubranie. Chciał się wysuszyć i ogrzać, zanim znowu zacznie szukać. Pomyślał też, że Jimmy Perez powinien przeczytać ten list jako pierwszy. Ale zamierzał zadzwonić do Pereza dopiero, kiedy się wysuszy i znowu będzie się czuł jak człowiek. Przynajmniej znamy jej imię. Część imienia.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

 

 

Perez zastukał do drzwi Rogersonów i czekał. Gdyby znał tych ludzi lepiej, może po prostu wszedłby do środka – albo może mimo wszystko by czekał? To było miasto i postępowano tu inaczej. Dom był solidny, zbudowany z kamienia, i równie dobrze mógłby stać w Aberdeen lub Edynburgu. Jimmy popatrzył na plac zabaw, gdzie niedawno w czasie Up Helly Aa podpalano drakkar.

Usłyszał kroki i drzwi się otworzyły. Stanęła przed nim młoda nauczycielka. Po przyjściu z pracy przebrała się, w dżinsach oraz podkoszulku wyglądała jeszcze młodziej. Na stopach miała tylko skarpetki w różowo-niebieskie paski.

– Witam, panie Perez. – Cofnęła się, żeby wpuścić go do środka.

– Proszę mi mówić Jimmy.

Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Cassie jest w kuchni. Pomaga mamie w gotowaniu.

Po lodowatej mżawce na dworze dom wydał mu się bardzo ciepły. Pachniało mięsem i warzywami. Proste i zwykłe zapachy, ale poprawiające samopoczucie. Mielone i kartofle. Kathryn zaprowadziła go w głąb domu. Pulchna kobieta w średnim wieku mieszała w garnku stojącym na piecu, a Cassie siedziała na wysokim stołku i wycinała krążki z ciasta. Podniosła głowę i go zauważyła.

– Przygotowuję ciasteczka z dżemem – oznajmiła. A potem dodała: – Pamiętasz? Kiedyś robiłam je z mamą.

Wspomnienie było tak sugestywne, że niemal czuł zapach lekko przypalonego cukru i perfum Fran, a w tle intensywną woń terpentyny i farb, ponieważ kuchnia w Ravenswick była także jej pracownią. W myślach znalazł się tam z nimi, w domu nad wodą, w którym nadal mieszkał z Cassie. Poszedł tam tego dnia pod wpływem jakiegoś impulsu, to była jego pierwsza towarzyska wizyta u Fran. Działo się to wczesną wiosną. Fran popatrzyła na niego i uśmiechnęła się do młodszej o parę lat Cassie, nakładającej łyżeczką dżem na ciasteczka. „Będą obrzydliwe, ale musisz zjeść chociaż jedno”. Mówiła tak cicho, że Cassie nie mogła jej usłyszeć. „Inaczej nigdy ci nie wybaczy”.

Teraz, w domu Rogersonów w Lerwick, Cassie spoglądała na niego, czekając na odpowiedź.

– Oczywiście, że pamiętam.

– Będziesz musiał zjeść jedną z naszych słynnych tart – oświadczyła Kathryn i przeżył kolejny wstrząs, ponieważ słowa były niemal identyczne z użytymi wówczas przez Fran. – Podamy je po kolacji zamiast puddingu.

Perez miał zamiar przeprosić i wyjść, zanim kolacja będzie gotowa, ale znowu usłyszał w głowie głos Fran i jedynie kiwnął głową.

– Byłoby wspaniale.

Kolację jedli tylko we czworo. Ojciec Kathryn uczestniczył w nadzwyczajnym zebraniu rady. Prawnik był konsultantem Rady Wysp Szetlandzkich i popularnym politykiem. Przy stole rozmawiano o osuwisku i spowodowanych przez nie niewygodach.

– To straszne dla ludzi, którzy żyją na południu i nie mogą dostać się do miasta do pracy. – Mavis Rogerson pochodziła z Orkadów. Jej głos unosił się i opadał w sposób przypominający bardziej wymowę walijską niż szetlandzką.

– Jest nadzieja, że jutro przed południem uda się otworzyć jedno pasmo. – Perez prawie nie spał ubiegłej nocy, więc ciepła kuchnia oraz bogate w skrobię jedzenie spowodowały, że poczuł się senny. – Co oznacza, że przez kilka miesięcy, zanim umocnią skarpę, będą sygnalizatory świetlne, wahadło i korki, ale przynajmniej odzyskamy połączenie z lotniskiem.

– Poinformowano mnie, że szkoła będzie zamknięta aż do końca tygodnia. – Kathryn myła talerze i ustawiała je na suszarce. – Czy chciałbyś, Jimmy, żebyśmy zajęli się jutro Cassie? To naprawdę żaden kłopot. Po prostu podrzuć ją, jadąc do pracy.

Gdyby nie był tak zmęczony, pewnie znalazłby alternatywę. Widział, jak bardzo nauczycielka chce mu pomóc, i przyszło mu do głowy, że nie powinien tego wykorzystywać. Potem jednak uświadomił sobie, że jest od niej piętnaście lat starszy, a tak ładna dziewczyna jak Kathryn na pewno ma chłopaka. Pochlebiał sobie, wierząc, że mogłaby żywić do niego jakieś romantyczne uczucia. Poza tym Cassie patrzyła na niego oczami wielkimi jak u młodej foki i po raz kolejny przekonał się, że trudno odmówić jej czegoś, czego naprawdę chce.

– No cóż – powiedział. – Skoro jesteś tego pewna.

 

 

 

Zanim dojechali do domu w Ravenswick, nastała już pora, aby położyć Cassie spać. Co prawda na południu ludzie wciąż pracowali nad oczyszczeniem szosy i słychać było dudnienie ciężkich maszyn, ale ostatnimi czasy dziewczynka spała o wiele lepiej. Rzadziej dręczyły ją koszmary.

Zrobił sobie herbatę i rozpalił ogień, kiedy zadzwonił Sandy.

– Masz coś dla mnie? – zapytał go Jimmy.

– Może mógłbym wpaść? Mam coś, co chciałbym, żebyś zobaczył.

– Czemu nie? – Nie uważał już odwiedzin kolegów w domu, w którym tak krótko mieszkał razem z Fran, za najście. – Ale powiedz mi, czy mamy już nazwisko tej kobiety w czerwonej sukni? – Chciał je poznać, to by przywróciło jej trochę godności.

– Tylko imię – odparł Sandy. – Albo może część imienia.

Pojawił się szybciej, niż Perez oczekiwał. Musiał przyszykować się do wyjścia z domu, zanim zatelefonował. Rozległo się delikatne stukanie do drzwi i młody detektyw wszedł, niosąc małe drewniane pudełko oraz parę butelek piwa z Unst. Sam wolał jasne pełne, ale wiedział, że Perez lubi Białą Żonę.

– Mamy szczęście, że mieszkamy na północ od osuwiska – stwierdził Perez. W przeciwnym razie też bylibyśmy uwięzieni, bez możliwości dojazdu do miasta. – Wiedział, że Sandy nie lubił popędzania, gdy miał przekazać jakieś informacje. Potrzebował trochę czasu, by uporządkować myśli, a towarzyska pogawędka dawała mu taką możliwość.

– Wcześniej pojechałem do Tain – odezwał się w końcu Sandy. – Chłopaki oczyścili to miejsce na tyle, by można było bezpiecznie wejść do środka.

– Znaleźli kogoś wewnątrz? – zapytał Perez, nim pomyślał, że nawet Sandy od razu przekazałby taką wiadomość.

– Żadnego człowieka. Tylko kociego trupa. – Sandy milczał przez chwilę. – Wydaje mi się to trochę dziwne. Chodzi mi o fakt, że wynajęto dom na ferie.

Perez uznał, że to sensowna wątpliwość.

– Musimy się dowiedzieć, kto zajmował się wynajmem tego miejsca. To priorytet na jutro. Może ogłaszał się prywatnie w internecie, na stronie „Promocji Szetlandów” czy „Zwiedzajcie Szkocję”. Ktoś musi mieć telefon do właścicielki w Stanach. – Pauza. – Ale masz rację. Kot w środku wydaje się czymś nieco niezwykłym.

– Kobieta chyba miała na imię Alis – dodał Sandy. – Z „s” na końcu. Jeżeli to rzeczywiście imię. Nie znalazłem niczego konkretnego, na przykład paszportu, tylko to. – Postawił pudełko na stole bardzo ostrożnie, jak jakiś cenny dar. – Było w szafie i osuwisko wcale go nie uszkodziło.

Alis. Z całą pewnością to zdrobnienie. Perez podniósł wieczko i wyjął dwa zdjęcia. Na pierwszym para starszych ludzi siedziała na białej drewnianej ławce w ogrodzie. Ziemia pod nią wyglądała na piaszczystą. Kobieta miała na sobie letnią suknię w kwiaty, twarz mężczyzny była brązowa i pomarszczona, jak wysłużony skórzany materiał. Kobieta wyglądała na dość zasadniczą, prawie wrogą, stopy trzymała płasko na ziemi. Mężczyzna siedział z lekko rozsuniętymi nogami i z szerokim, szczerbatym uśmiechem na twarzy. Oboje lekko przymrużyli oczy, ponieważ patrzyli pod jasno świecące słońce.

– Jak sądzisz, gdzie je zrobiono? Myślę, że w jakimś gorącym miejscu. Grecja? Hiszpania? – Perez miał nadzieję, że Hiszpania. Chciał wierzyć, że Alis pochodziła z kraju jego przodków. Wyobraził sobie krajobraz pachnący tymiankiem i oliwą z oliwek.

Sandy pokręcił głową. Nic nie wiedział o gorących krajach. Niby skąd, skoro nigdy nie wyjeżdżał na dłużej z Szetlandów?

– No nie wiem. Fotografia mogła zostać zrobiona w nasłonecznionym ogrodzie gdziekolwiek na świecie. Tło jest nieostre. Może nawet na Szetlandach w pogodny dzień w środku lata.

Ale wyobraźnia Pereza kierowała go do Hiszpanii.

– Jak sądzisz, czy to jej rodzice? Wydają się we właściwym wieku.

– Tak, może. – Sandy powoli pił piwo i przyglądał się, jak Perez wyjmuje z pudełka drugie zdjęcie.

Dwoje dzieci. W wieku około pięciu i siedmiu lat, ale nie na ławce, tylko na huśtawce na placu zabaw. Pod huśtawką widniała taka sama piaszczysta ziemia. Dziewczynka była starsza. Miła na sobie szorty oraz bezrękawnik i patrzyła wyzywająco w obiektyw. Straciła niemal tyle zębów co stary mężczyzna, ale Perez przypuszczał, że zdążyły jej wyrosnąć nowe. Chłopiec miał kędzierzawe włosy i uśmiech, którym musiał czarować starsze panie.

– Czy to dzieci Alis?

Było wyraźnie widać, że Perez mówi do siebie, i Sandy nawet nie próbował odpowiedzieć. Jimmy odwrócił oba zdjęcia, aby obejrzeć je z drugiej strony, licząc, że może znajdzie tam imię, nazwisko czy choć datę, ale się rozczarował.

– Skąd wziąłeś jej imię, Sandy?

– Z listu. – Ruchem głowy wskazał na pudełko. – Nie czytałem go. Pomyślałem, że poczekam na ciebie.

Perez położył kartkę przed sobą na stole. Na górze nie było adresu nadawcy. Charakter pisma był pedantyczny i dość urzędowy. Uznał, że list napisano dość dawno temu. Obecnie nawet starsi ludzie używali e-maili i esemesów. Wszyscy zapomnieli już o sztuce pisania i każda odręczna notatka, którą otrzymywał obecnie, była nabazgrana i niechlujna.

 

Moja najdroższa Alis!

Jakie to szczęście słyszeć, że po tak wielu latach wrócisz na wyspy! Nasze rzadkie spotkania w czasie moich wizyt na południu sprawiały mi tak wiele radości! Wiem, że jesteś tą samą piękną kobietą, która zafascynowała mnie, kiedy zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Jestem pewien, że nam się uda i cudownie spędzimy razem czas.

 

Na dole nie było podpisu, tylko rząd całusów, i Perez zastanawiał się, o czym może to świadczyć. Czy autorem był żonaty mężczyzna, który nie chciał zostawiać żadnych dowodów zdrady małżeńskiej? Ktoś ostrożny pozostawiający sobie otwartą furtkę mimo obietnic spędzenia przyszłości z tą kobietą? A może nadawca po prostu czuł, że jego imię jest zbędne? Przecież Alis wiedziała, kto napisał list.

– I to wszystko, co zdołałeś znaleźć? – Starał się nie okazywać irytacji, ale te krótkie migawki z życia kobiety tylko go frustrowały. Mógłby wymyślić opowieść o czarnowłosej kobiecie, o jej rodzicach i dzieciach, o mężczyźnie z wyspy, który się w niej zakochał, ale to wszystko byłaby fikcja. Potrzebował czegoś bardziej konkretnego, by móc ją zidentyfikować.

– Mam też książkę. Pomyślałem, że mogą być na niej odciski palców.

– To pomoże tylko, jeżeli jest w naszym systemie.

– Byłem bardzo dokładny. – Pomimo wysiłków Pereza Sandy wyczuł krytykę. – Tain jest małym domem i niewiele w nim było. Może jeśli przeszukamy szczątki pozostałe w ogrodzie, to bardziej się nam poszczęści.

Perez nie odpowiedział od razu.

– Była jakaś reakcja na prośbę o informacje po ogłoszeniu w Radiu Szetlandy?

– Zadzwoniła Jane Hay – oznajmił Sandy. – Chyba tydzień temu mogła widzieć kogoś odpowiadającego temu opisowi w sklepie co-op w Brae. Zamierzam jutro pójść z nią porozmawiać. – Po chwili dodał: – Sprawia wrażenie sensownej kobiety. Nie widzę powodu, dla którego miałaby zmyślać.

– Nie, to ja z nią porozmawiam – Perez chciał być tą osobą, która jakoś ożywi martwą kobietę. Absurdalne, ale nic nie mógł na to poradzić. – Odwiedzę ją, jadąc do pracy. To sąsiadka. Gospodarstwo Hayów leży tuż obok Tain. Kevin powiedział, że nikogo tam nie widział, ale może w przypadku Jane było inaczej.

Sandy wstał i Perez odprowadził go do wyjścia. Zazwyczaj na zewnątrz było o tej porze ciemno i cicho. Okolicy nie oświetlały lampy uliczne, a dom Magnusa pozostawał pusty. Ale dalej na południe ludzie wciąż pracowali, żeby następnego dnia szosa była przejezdna, i silne lampy łukowe rzucały dziwne cienie na wzgórza.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 5

 

 

 

 

 

Jane Hay usiadła na drewnianym krześle i skinęła głową innym ludziom siedzącym w kręgu. Dziś wieczór było ich mniej niż zazwyczaj. Pewnie niektórzy z przyjaciół nie mogli dotrzeć na spotkanie z powodu osuwiska. Napiła się herbaty i skinęła głową spóźnialskim, rozmyślając o tym, że emocje, które zawsze towarzyszą jej w czasie tych zgromadzeń, to spokój i wdzięczność. Salę ośrodka kultury ogrzewał przenośny piecyk gazowy i jego wyziewy powodowały, że kręciło ją w nosie i drapało w gardle, ale była już tak przyzwyczajona, że traktowała to jako coś normalnego.

Alf Walters powiedział kilka słów powitania i zaczęli. Jane odchrząknęła; czekając na swoją kolej, przez moment czuła napięcie. Przychodziła na spotkania już ponad jedenaście lat, ale nadal była nieco zdenerwowana.

– Mam na imię Jane i jestem alkoholiczką.

Potem została jeszcze pół godziny, ponieważ opiekowała się młodą kobietą, lekarką pogotowia pracującą w szpitalu imienia Gilberta Baina, i chciała się zorientować, jak sobie radzi. Rachel przychodziła na spotkania od trzech miesięcy, ale wciąż borykała się z problemem. Po stresującym dniu w pracy jej wszyscy koledzy sięgali po kieliszek wina, żeby się zrelaksować. Rachel nigdy nie wystarczał jeden kieliszek ani jedna butelka. Wciąż od czasu do czasu dzwoniła bladym świtem do Jane, albo bardzo pijana, albo szukająca wsparcia i duchowej pomocy. „Przepraszam. Jestem totalnym nieudacznikiem”. Jane słyszała, jak koleżanka łka.

Jane dobrze rozumiała, z czym zmaga się Rachel, i zawsze była cierpliwa. „Wcale nie jesteś. To choroba, a kuracja jest brutalna. Gdybyś miała raka i przechodziła chemoterapię, nie byłabyś taka krytyczna wobec siebie”.

Kevin nie traktował tych porannych i nocnych telefonów z równą wyrozumiałością.

– To jakaś twoja kumpela z AA? Znowu nawalona?

Uważał, że uczestnictwo Jane w spotkaniach jest jakąś formą masochistycznej pokuty. Tego wieczoru, kiedy wychodziła z domu, miał do niej pretensje.

– Jesteś trzeźwa od lat. Od kiedy dzieciaki zaczęły chodzić do szkoły. Po co ci nadal te bzdury? To kłopotliwe, kiedy przez dwa wieczory w tygodniu znikasz w mieście. I będę się martwił, że wychodzisz w taką noc jak ta.

Zazwyczaj puszczała wszystko mimo uszu. Nie mogła go zmienić, tak samo jak on nie mógł zmienić jej. Ale była spięta przez cały dzień. Deszcz i rozlegający się w tle hałas ciężkiej maszynerii szarpały jej nerwy. Chłopcy też byli rozdrażnieni, dokuczali sobie przy stole w czasie kolacji, odpowiadali rodzicom pojedynczymi pomrukami. Mieli tak odmienne charaktery, że zazwyczaj dobrze się dogadywali, ale dziś wieczorem wyczuwała między nimi jakąś ukrytą wrogość, zawziętą i ponurą. Stres powodował u niej napięcie w ramionach i plecach, nerwowy tik na twarzy.

– Wolałbyś może, żebym znowu piła? – Byli w kuchni sami. Chłopcy zniknęli w swoich pokojach, aby rozładować napięcie zabijaniem ludzi na ekranach swoich komputerów. Tak przynajmniej przypuszczała. Czuła, że cała drży, słyszała swój ostry głos, nad którym prawie nie panowała: – Wolałbyś może, żebym znikała wieczorem i wracała taksówką bladym świtem, zalana w trupa? Żebyś nie wiedział, gdzie byłam, abym nie była w stanie zająć się dzieciakami, a w domu panował kompletny bałagan?

Patrzył na nią przez chwilę bez słowa.

– Wiesz co? – Odwrócił się, by spojrzeć przez okno w ciemność, tak żeby nie mogła zobaczyć jego twarzy. – Byłaś wtedy o wiele zabawniejsza. Przynajmniej mogliśmy się trochę pośmiać.

Odwrócił się znowu, objął ją i przeprosił, ale usłyszała zadumę w jego głosie. Tłumaczyła sobie, że jego wybuch to przejaw kryzysu wieku średniego, że z nostalgią wspomina minioną młodość. Ale teraz, kiedy jechała z powrotem na farmę, nie była już tego taka pewna. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła straszną ochotę, żeby się napić. Tesco wciąż było otwarte. Mogłaby kupić butelkę wina, zatrzymać się w najdalszym kącie parkingu, gdzie nikt by jej nie zobaczył. Gdyby kupiła butelkę z odkręcanym kapslem, otworzyłaby ją bez problemu. Wyobraziła sobie, że alkohol przenika do jej krwi. To by ją rozluźniło. Napięcie w mięśniach pleców by zniknęło. Rozdygotane nerwy by się uspokoiły. Nie musiałaby wypić całej butelki – tylko tyle, ile potrzeba, by zapomnieć o niepokojach tego dnia. Pojechałaby potem do domu, byłaby miła dla Kevina i chłopców, a potem zasnęłaby łatwiej niż przez ostatnie tygodnie. Nikt by się nie dowiedział.

Na rondzie na skraju Lerwick włączyła kierunkowskaz, sygnalizując, że wjeżdża na parking przed supermarketem, i nagle w ostatniej chwili zmieniła decyzję. Jadący za nią taksówkarz wcisnął klakson i bezgłośnie poruszał ustami, przeklinając baby za kierownicą. Nie zwracając na to uwagi, ruszyła dalej szosą na południe, w kierunku Gilsetter.

Kevin czekał na nią. Napalił w piecyku i postawił parę świec. Pachniało prawdziwą kawą, woskiem i torfem.

– A to z jakiej okazji? – Zdjęła płaszcz i ściągnęła buty w drzwiach do salonu. Był to jej ulubiony pokój w całym domu, ale więcej czasu spędzali w kuchni. Siedział przed telewizorem, ale wyłączył go, wstając, żeby się z nią przywitać. Pomyślała, że pewnie drzemał. Był rozczochrany jak mały chłopczyk, którego właśnie obudzono.

– Walentynki. Pomyślałem, że chociaż raz powinienem o nich pamiętać.

Podeszła do niego, czując pod bosymi stopami kontrast pomiędzy wyfroterowanymi deskami podłogi a dywanikami z owczych skór.

– I bardzo mi przykro z powodu tego, co było wcześniej – dodał. – Zachowałem się po chamsku. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Może ta pogoda tak na mnie działa i chciałem się na kimś wyładować. – Miał zamiar mówić dalej i Jane wiedziała, o czym: że nie dałby sobie bez niej rady. Coś, co można powiedzieć gospodyni domu albo matce, ale z nieco mniejszymi emocjami. Przyłożyła mu palec do warg, aby go uciszyć, i objęła go mocno.

 

 

 

Następnego dnia Jane właśnie wyprawiała chłopców do autobusu, kiedy przyjechał Jimmy Perez. Pomachała synom na pożegnanie, tak jak dawniej, kiedy byli mali. Andy skończył szkołę rok wcześniej, ale nadal jeździł każdego dnia do miasta. Zaczął studiować anglistykę na uniwersytecie w Glasgow. Miała wrażenie, że to uwielbia. Zawsze był pełen życia, chętny do przygód, opowiadał jej o przeczytanych książkach, obejrzanych filmach. Ale kiedy przyjechał na Boże Narodzenie, oświadczył, że nie wróci na uczelnię. Nie wyjaśnił dlaczego i nie dawał się przekonać do zmiany decyzji. Znalazł pracę w barze w centrum sztuki Mareel w Lerwick i wyglądało na to, że mu to odpowiada. Pracował z innymi młodymi ludźmi o artystycznym zacięciu i nie miał nic przeciwko późnym zmianom, o ile grała tam muzyka.

Michael, młodszy syn, nigdy nie miał ambicji, aby opuścić wyspę. Kończył liceum, ale wszyscy przypuszczali, że po szkole i tak zacznie pracować w rodzinnej firmie. Zawsze wiedzieli, że ma do życia podejście bardziej praktyczne niż naukowe, a poza tym trzymała go tu Gemma. Spotykali się, od kiedy mieli po piętnaście lat, i już sprawiali wrażenie ustabilizowanego małżeństwa. Jane pomyślała, że może nie minie wiele czasu, a zostanie babcią.

Kiedy więc przyjechał Jimmy Perez, w domu panował spokój. Kevin wyszedł na jakiś czas, ponieważ rada zawarła z nim umowę na prace przy oczyszczaniu szosy. Był szczęśliwy. Czuł, że naprawił wszystko między nimi, a nienawidził napiętej atmosfery w domu.

Spoglądając przez okno kuchenne, Jane zobaczyła, że inspektor wziął ze sobą swoją córeczkę.

– Przepraszam za to. – Perez ruchem głowy wskazał dziecko. – Szkoła jest zamknięta do końca tygodnia. Kathryn Rogerson zaproponowała, że się nią zaopiekuje, ale pomyślałem, że wpadnę tu, zanim pojadę do Lerwick.

– Masz czas na kawę? – Była zadowolona, że włożyła już do zmywarki talerze po śniadaniu. Nienawidziła bałaganu. Była dumna z tego domu. Krótko po ślubie wprowadzili się tu z Kevinem, bo jego rodzice przenieśli się do nowoczesnego bungalowu w mieście. Dom na farmie został zmodernizowany przez ojca Kevina na początku lat siedemdziesiątych i nic w nim nie robiono, dopóki nie zamieszkali w nim Kevin i Jane. Były tam jaskrawopomarańczowe tapety i niedobrane kolorystycznie dywany, w większości przykryte stertami śmieci. Wspólnie powiększyli dom, a Jane urządziła go zgodnie ze swoim gustem.

– Czemu nie? – Perez uśmiechnął się do niej i pomyślała, że jest bardzo przystojny, smagły jak jakiś bajkowy pirat.

Znalazła kredki oraz papier dla Cassie i posadziła ją przy stole.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Jimmy?

– Usiłujemy zidentyfikować kobietę mieszkającą w Tain, tę, która zginęła w czasie osuwiska. Zadzwoniłaś i powiedziałaś, że może ją widziałaś.

– Tak. – Jane zadzwoniła na posterunek pod wpływem impulsu po usłyszeniu opisu w Radiu Szetlandy, jeszcze przed pójściem na spotkanie. Kevin wszedł do kuchni w czasie jej rozmowy telefonicznej i kiedy opisywała widzianą kobietę, zmarszczył brwi.

„Wczoraj byłem z Jimmym w Tain” – powiedział. „Nic mi o tym nie mówiłeś!” – odparła. Wydawało jej się, że widok martwej kobiety wyrzuconej przez falę błota niczym wrak na brzegu morza jest ważną sprawą. Nie mogła uwierzyć, że Kevin to przemilczał. „Poszedłem, zanim ją znalazł” – wyjaśnił. „Nic o tym nie wiedziałem, dopóki nie pojawił się ambulans. Pomagałem oczyszczać dla niego drogę. Poza tym nie chciałbym tego zapamiętać”.

Z perspektywy czasu miała wrażenie, że wtedy właśnie zaczęła się ich wczorajsza sprzeczka – kiedy Kevin siedział przygnębiony wizją ciała martwej kobiety, zachowując to dla siebie, jakby było to coś, czym nie jest w stanie się podzielić.

Zorientowała się, że Jimmy Perez czeka, aby opowiedziała mu o spotkaniu z nieznajomą, i starała się przypomnieć sobie wszystko szczegółowo.

– Byłam w Brae – wyjaśniła. – Rozmawiałam z Ingirid Eunson. Liczyłam, że pomoże mi w tym roku. Też mają parę tuneli foliowych. Mogłaby hodować dla mnie sadzonki. Zaczyna mi brakować miejsca.

Jimmy kiwnął głową.

– Jak interesy?

– Naprawdę dobrze! – Kiedy chłopcy zaczęli chodzić do szkoły, Jane zajęła się gospodarstwem i własnym projektem. Uprawiała pod folią zioła, owoce i różne gatunki sałat, i choć początkowo wszystko szło dość wolno, biznes się rozkręcił. Zaopatrywała większość hoteli i restauracji na wyspie, a teraz zaczynała myśleć o eksporcie do Szkocji i dalej. Miała obecnie w pobliżu domu trzy wielkie zagony pod folią. Wybrała dla nich miejsce osłonięte od wiatru, ale i tak o tej porze roku Kevin pomagał jej nakryć te inspekty sieciami rybackimi umocowanymi do kołków wbitych w ziemię, żeby zabezpieczyć tunele przed zerwaniem przez wichury.

Jane wróciła do swojej opowieści.

– Zatrzymałam się w co-op, żeby kupić parę rzeczy na lunch, i zobaczyłam tam tę kobietę. Jestem pewna, że to była ona. Kupowała szampana. – Zawsze zwracała uwagę na to, jakie alkohole kupują ludzie. Nigdy nie pozbyła się tego nawyku. Umilkła, zbita z tropu nagłą myślą. – Skoro mieszkała w Tain, dlaczego wybrała się aż tak daleko na północ, do Brae, żeby zrobić zakupy? W Lerwick jest większy wybór, a poza tym to o wiele bliżej.

– Możesz ją opisać? – Perez mówił cicho. Siedząca przy drugim końcu stołu Cassie chyba go nie słyszała.

– Była bardzo smagła i egzotyczna – oparła Jane. – Miała piękne czarne włosy.

– W jakim była wieku? – Spojrzał znad filiżanki.

– Niemłoda. Może pod czterdziestkę. Albo trochę po, ale dobrze wyglądała. Żadnej siwizny we włosach, ale to dziś nic nie znaczy, kiedy można się farbować.

– Słyszałaś, jak mówi? Pomogłoby nam, gdybyśmy wiedzieli, czy miała jakiś akcent.

Jane znowu usiłowała wyobrazić sobie, że jest w sklepie w Brae. Był duży ruch, działały dwie kasy. Stała obok kobiety, ale w innej kolejce, zerkając kątem oka, bo ją ciekawiła.

– Nie szetlandzki – oznajmiła w końcu Perezowi. Nieznajoma nie miała wiele do powiedzenia facetowi w kasie, zamienili jednak kilka słów na temat szampana. Zapytał, czy będzie coś świętować.

– Angielka?

– Być może. Nie miała jakiejś charakterystycznej wymowy, ale powiedziałabym, że jest z południa. – Umilkła na chwilę. – Ale niczego nie mogłabym przysiąc. Powiedziała tylko kilka słów i panował spory hałas. Mogła być właściwie z każdej części świata.

Praktycznie powtórzyła to, co wczoraj wieczorem powiedział na podstawie zdjęć Sandy.

– Płaciła gotówką czy kartą? – zapytał Perez z namysłem i Jane wyczuła, że ma to znaczenie.

Pokręciła głową.

– Przykro mi. Właśnie wtedy sama płaciłam. Nie zwróciłam uwagi.

– Widziałaś, dokąd poszła po wyjściu ze sklepu?

Jane znowu odtworzyła w myślach tamte wydarzenia. Nagle lunął deszcz. Po całym dniu nieustannej mżawki zmiana była dramatyczna. Stała w wejściu do sklepu w nadziei, że wkrótce osłabnie. Musiała tylko dostać się na parking przy sklepie, ale zanim dobiegłaby do samochodu, przemokłaby do suchej nitki. Czy smagła kobieta też tam była?