Gra w chowanego - Chris Carter - ebook + książka

Gra w chowanego ebook

Chris Carter

0,0
50,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Chris Carter, jakiego nie znacie: bez morderstw, bez makabrycznych scen – tylko narastający, nieustępliwy suspens. Sam Stewart ucieka od męża, stawia go przed sądem za to, że się nad nią znęcał, posyła do więzienia i patrzy, jak mężczyzna trafia za kraty. Po wysłuchaniu wyroku Nelson Stewart wykrzykuje mrożącą krew w żyłach groźbę: dopadnie żonę, choćby miało mu to zająć długie lata. Sam otrzymuje nową tożsamość, staje się Mary Smith i zaczyna od nowa. Ale zna Nelsona. Wie, do czego jest zdolny, dobrze więc zdaje sobie sprawę, że kraty mogą go nie powstrzymać. W ten sposób zaczyna się śmiertelnie niebezpieczna gra w chowanego, podczas której nic nie jest takie, jakie się wydaje, a stawką jest zemsta. Pierwszy thriller poza serią o Robercie Hunterze, która trafiła na pierwsze miejsce listy bestsellerów „Sunday Timesa”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 581

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 3/4/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Hide and Seek

Copyright © Chris Carter, 2026

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Paweł Cichawa

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Tomasz Ortyl

Zdjęcie autora: © Neil Spence Photography

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Drdzeń, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68544-48-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

Rozdział 1

Z miejsca na ławie oskarżonych Nelson Stewart obserwował, jak dwunastu przysięgłych – sześciu mężczyzn i sześć kobiet – wraca gęsiego na salę rozpraw. Obcasy dwunastu par butów w nierównych odstępach uderzały o drewniane deski podłogi, wystukując rytm złowróżbnego marsza, który niósł się po sali sądowej niczym hymn. Choć żadne z nich nawet nie spojrzało w jego stronę, gdy zajmowali miejsca w ławie, Nelson usiłował wyczytać swój los z ich obojętnych twarzy.

Przez ostatnie sześć dni tych dwanaścioro ludzi wysłuchało każdej relacji, każdego słowa, każdego szczegółu przedstawionego im przez prokuraturę, obronę oraz wszystkich trzynastu świadków powołanych do złożenia zeznań.

Przez te sześć dni, gdy proces powoli się rozkręcał, Nelson obserwował, jak tych dwanaścioro przysięgłych zerka od czasu do czasu w jego stronę, by dopatrzyć się w jego mimice i mowie ciała jakichkolwiek oznak winy – wiercenia się na krześle, nerwowych gestów, niespokojnego drapania dłoni, przełykania śliny, nadmiernego mrugania… czegokolwiek, co mogłoby zdradzić jego grę – lecz Nelson wypełniał co do joty instrukcje Tenora Bryanta, swojego obrońcy.

– Nelson – instruował go Bryant siedem dni temu podczas ich ostatniego spotkania przed procesem. – Słuchaj mnie teraz uważnie, bo to sprawa najwyższej wagi. Kiedy jutro wszystko się zacznie, masz nie okazywać żadnych emocji, absolutnie żadnych. Siedzę w tym fachu na tyle długo, żeby wiedzieć, że każdy twój grymas, każda reakcja zostaną zinterpretowane przeciwko tobie, a nie na twoją korzyść, bez względu na to, jak szczere będą te grymasy i reakcje. Jeśli zapłaczesz, uronisz choćby jedną łzę, przysięgli uznają, że udajesz. Ty się uśmiechniesz, oni dojdą do wniosku, że nie traktujesz sprawy poważnie. Jeśli zaczniesz się wiercić, pomyślą, że to z poczucia winy. Podczas rozprawy będą nie tylko słuchać słów wypowiadanych na sali. Będą na ciebie patrzeć… cały czas… i będą to robić bardzo uważnie, zwłaszcza sędzia Rebecca Reeves, która potrafi być prawdziwą suką, kiedy prowadzi sprawy dotyczące przemocy wobec kobiet. A teraz najważniejsze: gdy oskarżenie zacznie przedstawiać swoją wersję, gdy usłyszysz, co niektórzy świadkowie zeznają przeciwko tobie, nieważne, jak wielkim kłamstwem wydadzą ci się ich słowa, nie możesz okazać żadnych oznak gniewu. Żadnych wybuchów, żadnych uderzeń pięścią w stół, żadnego zgrzytania zębami… absolutnie niczego. Jeśli zobaczą choćby cień złości, pogrzebiesz naszą sprawę.

Od pierwszego dnia, dokładnie tak, jak przykazał mu Bryant, Nelson Stewart siedział przy stole dla oskarżonych nieruchomo niczym roślina doniczkowa, nie zdradzając żadnych emocji, aż trzy dni temu na salę wkroczyła jego żona Samantha Stewart, wezwana jako pierwszy kluczowy świadek oskarżenia.

Nelson nie widział Sam od dziewięciu tygodni, odkąd aresztowano go, bo zeznała, że ją pobił i przykuł kajdankami do rur w łazience, po czym udał się na cotygodniową partyjkę pokera z kolegami.

Gdy weszła na salę, Nelson był wstrząśnięty. Wyglądała na zmęczoną i kruchą, jakby przez te dwa miesiące z kawałkiem postarzała się o kilka lat. Drastycznie schudła, jej cera zrobiła się ziemista i wysuszona, a włosy były szorstkie z zaniedbania, co nie zdarzyło się podczas dwóch lat ich małżeństwa. A mimo to jej uderzająca uroda jakimś cudem przebijała się przez ten wyniszczony wizerunek. Sam zajęła miejsce dla świadków i niemal natychmiast wybuchnęła płaczem. Dokładnie opisywała, jak szybko ich małżeństwo stało się całkowicie toksyczne. Pod czujnym wzrokiem, przy pełnym skupieniu wszystkich obecnych w sali rozpraw numer jeden, posiłkując się kilkoma zdjęciami dołączonymi przez oskarżenie – same polaroidy – Samantha Stewart wyjaśniła, że w jej przypadku małżeństwo jak z bajki trwało niewiele ponad trzy miesiące. Właśnie wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Kłótnie stawały się coraz głośniejsze i ostrzejsze, noce spędzane osobno coraz częstsze, a zachowanie Nelsona coraz bardziej agresywne, aż w końcu pewnego wieczoru nie wytrzymał i pierwszy raz uderzył ją w twarz.

Potem przeszła do szczegółów, jak przez kolejne dziewiętnaście miesięcy mąż bił ją coraz częściej i coraz brutalniej, aż zaczęła się bać o swoje życie. Zeznała, że w dniu aresztowania nie pierwszy raz przykuł ją kajdankami do rur w łazience ich domu w Woburn w stanie Massachusetts. Nie, skuwał ją już kilka razy wcześniej i dlatego trzymała telefon w szufladzie z ręcznikami.

Gdy Nelson zamknął za sobą drzwi, zostawiając Sam zakrwawioną, posiniaczoną i przykutą do umywalki, odczekała pięć minut, żeby się upewnić, że on nie wróci. Wtedy nabrała pewności, że już naprawdę sobie poszedł, sięgnęła po schowany między ręcznikami telefon i w końcu zadzwoniła na policję.

Po tych słowach oskarżyciel złożył wniosek o odtworzenie nagrania z numeru alarmowego, dobrze wiedząc, jakie jest to skuteczne na sali sądowej. Chciał, żeby przysięgli usłyszeli desperację w głosie Samanthy Stewart.

(Dyspozytorka): – Numer alarmowy, co się dzieje?

(Sam szepcze): – Ja… mąż więzi mnie w domu. Jest bardzo brutalny. Boję się.

– Jak się nazywasz, kochanie?

– Samantha… Samantha Stewart… Sam.

– A mąż jak?

– Nelson Stewart.

– Sam, czy mówisz szeptem, bo grozi ci niebezpieczeństwo? Czy mąż jest w tej chwili w domu?

(Nadal szepcze): – Nie. Wyszedł, ale nie wiem, jak długo go nie będzie. Proszę, pomóżcie mi, tak bardzo się boję! – Emocje zaczęły dławić jej już i tak słaby głos. – Jestem przykuta do rury w łazience. Nie mogę wyjść.

– Jesteś przykuta do rury we własnej łazience? – W głosie dyspozytorki pobrzmiewało niedowierzanie.

– Tak.

– Gdzie dokładnie mieszkasz, Sam?

Gdy dyktowała adres, na sali sądowej słychać było odgłos gorączkowego stukania w klawiaturę.

– Sam, czy jesteś ranna?

– Tak.

– Jak bardzo? Krwawisz? Czy twoje obrażenia zagrażają życiu?

– Nie, krew przestała lecieć. Jestem tylko posiniaczona. Mam spuchnięte wargę i oko.

– Posłuchaj. Patrol jest w drodze, ale zostanę z tobą na linii, dopóki funkcjonariusze nie dotrą na miejsce, na wypadek gdyby twój mąż wrócił. Są niecałe trzy minuty od twojego domu.

– Tylko… nie dam rady podejść do drzwi. Jestem przykuta w łazience przy naszej sypialni. To z drugiej strony domu.

– Wszystko będzie dobrze, Sam. Przekażę funkcjonariuszom, żeby weszli siłą. Nie potrzebują nakazu, skoro jesteś uwięziona i obawiasz się o życie. Dotrą do ciebie. Zaufaj mi. Czy w domu jest alarm?

– Tak.

– Znasz kod?

– Tak. Zero-siedem-jeden-cztery-dwa-jeden. – Napięcie w jej głosie rośnie. – Proszę, pośpieszcie się!

– Patrol jest prawie na miejscu. Gdzie dokładnie cię szukać? W której części domu?

– Jestem w łazience przy naszej sypialni. Na piętrze, na samym końcu korytarza. Drzwi łazienki są zamknięte na klucz. Nie wiem, czy do sypialni też, ale prawdopodobnie tak.

– Spokojnie, wyważą je.

Chwila ciszy.

– No dobrze, Sam, policjanci są już pod twoimi drzwiami. Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz u ciebie będą. Nie musisz się już bać, słyszysz?

– Dziękuję… bardzo dziękuję. – Ostatnie słowa przerywał szloch.

Nagranie się skończyło.

Właśnie podczas zeznania Sam, kiedy opowiadała, jak najpierw ją pobił i przykuł do rury, a potem zamknął w łazience, Nelson nie wytrzymał.

– Kłamiesz, ty jebana suko! – wrzasnął, zrywając się z ławy oskarżonych, aż sędzia walnęła młotkiem i zażądała porządku na sali.

– Panie mecenasie – sędzia Reeves przeszyła Tenora Bryanta spojrzeniem, które mogłoby kruszyć diamenty – jeśli nie potrafi pan utrzymać swojego klienta w ryzach, oskarżę pana o obrazę sądu, a pańskiego klienta każę wyprowadzić z sali. Czy to jasne?

– Tak, wysoki sądzie. Proszę o wybaczenie. – Bryant szybko przeprosił, silnie ściskając ramię Nelsona. – To się nie powtórzy.

– Mam taką nadzieję.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – syknął Bryant do Nelsona, robiąc wielkie oczy.

– Łże, szmata jedna – wycedził Nelson przez zaciśnięte zęby. Wściekłość sączyła mu się z kącików ust niczym jad węża.

– Może i tak – zgodził się Bryant. – Ale ten twój wyskok mógł nas kosztować cały ten cholerny proces, Nelsonie. Chryste, chcesz iść do więzienia? Od tej chwili masz być nieruchomy jak woda w kiblu, słyszysz? Nieważne, co powie ona albo ktokolwiek inny, ty siedzisz i się nie ruszasz… i milczysz. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Nelson zacisnął zęby tak mocno, że aż ból przeszył mu szczękę. Po zeznaniach Samanthy prokuratura wezwała swojego drugiego i ostatniego kluczowego świadka, doktor Louise Steinmann.

Doktor Steinmann, znana i ceniona psychoterapeutka, prowadziła prywatną praktykę w Bostonie, prawie piętnaście kilometrów na południe od Woburn. W zeznaniach potwierdziła, że Samantha Stewart była jej pacjentką od dwudziestu pięciu miesięcy i przychodziła na sesje średnio dwa razy w tygodniu. Po około dziewięciu miesiącach terapii zaczęła zauważać siniaki na ciele Samanthy. Owszem, Sam twierdziła, że jest bardzo niezdarna i łatwo się siniaczy, ale doktor Steinmann zeznała, że ma wystarczająco duże doświadczenie z ofiarami przemocy domowej, żeby wiedzieć, że te siniaki były skutkiem agresji fizycznej, a nie obijania się o meble.

Przez resztę rozprawy, włącznie z zeznaniami doktor Steinmann, Nelson Stewart dotrzymał obietnicy. Siedział tak nieruchomo i cicho, jak tylko potrafił… aż do wczoraj, gdy koło południa prokuratura niespodziewanie zrzuciła obronie na kolana prawdziwą bombę atomową.

Rozdział 2

DZIEŃ WCZEŚNIEJ

Po pięciu długich i wyczerpujących dniach na sali rozpraw wydawało się, że zarówno oskarżenie, jak i obrona zakończyły już przedstawianie swoich racji przed ławą przysięgłych. Łącznie powołano dwunastu świadków, z których każdy został szczegółowo przesłuchany przez obie strony, a niektórzy byli nawet wzywani do złożenia dodatkowych wyjaśnień. Następnego dnia rano – gdy strony ostatecznie zamknęłyby swoje przewody, a sędzia Reeves ogłosiłaby przerwę w obradach – miały nastąpić mowy końcowe, najpierw oskarżycielska, a zaraz po nich przysięgli otrzymaliby instrukcje i udali się na naradę, by uzgodnić werdykt.

Dochodziło wpół do czwartej. Ostatni świadek obrony wstał od pulpitu dla zeznających i Tenor Bryant czekał w gotowości, by ostatecznie zamknąć sprawę, gdy drzwi sali gwałtownym ruchem otworzył Leonard Sutton i szybko ruszył środkiem pomieszczenia do barierki tuż za stołem prokuratorskim.

Sutton był głównym śledczym w biurze prokuratora okręgowego w Woburn i ekspertem od tropienia zaginionych świadków. Gdy wszedł na salę i niemal przebiegł między rzędami siedzeń dla publiczności, zwróciły się ku niemu zaintrygowane i wyczekujące oczy wszystkich obecnych. Nikt jednak nie patrzył tak wnikliwie jak sędzia Reeves.

– Co się wyprawia w mojej sali? – spytała, zanim Sutton zdążył podejść do barierki.

George Oakfield, oskarżyciel, który był jednocześnie prokuratorem okręgowym hrabstwa Middlesex w stanie Massachusetts, musiał obrócić się z całym fotelem, żeby spojrzeć za siebie. Był człowiekiem o naprawdę ponadprzeciętnym formacie… zbyt potężnym, by po prostu skręcić tułów.

– Eee… prosiłbym o minutkę, jeśli wolno, wysoki sądzie – odparł Oakfield, unosząc niepewnie palec w stronę sędzi.

Sutton podszedł do barierki, podał prokuratorowi kartkę i powiedział mu coś do ucha.

– Panie Oakfield – ponaglała sędzia. – Moja sala rozpraw to nie bar koktajlowy.

– Tak, wysoki sądzie – powiedział w końcu prokurator, odkręcając się z powrotem w stronę Reeves. – Najmocniej przepraszam za tę przerwę.

Z ławy oskarżonych Nelson i Bryant wpatrywali się w Oakfielda z niepokojem.

– Co tu się dzieje, do cholery? – zapytał Nelson, rzucając zakłopotane spojrzenie swojemu adwokatowi.

– Nie mam pewności – odpowiedział Bryant, przecząco poruszając głową. – Ale skoro Leo wpada pędem na salę akurat w momencie, gdy miałem zamykać naszą część, to prawdopodobnie coś złego… dla nas.

– Kto to, kurwa, jest Leo?

Zanim Bryant zdążył odpowiedzieć, Oakfield pomachał sędzi Reeves kartką, którą dostał od Suttona.

– Wysoki sądzie, jeśli wolno… czy możemy podejść do stołu sędziowskiego? – Przeniósł wzrok na Tenora Bryanta, który odpowiedział mu morderczym spojrzeniem.

Sędzia Reeves też nie wyglądała na zadowoloną, ale gestem przywołała obu prawników do swojego pulpitu.

– O co tutaj chodzi? – zapytała natychmiast Oakfielda, zakrywając dłonią mikrofon stojący na jej biurku.

Prokurator sięgnął po chusteczkę, żeby osuszyć czoło i szyję, które pokryły się kropelkami potu. Jego policzki były stale lekko zaróżowione, bez względu na temperaturę, a on sam sprawiał wrażenie, jakby po kolejnych dwóch oddechach miał wymagać podłączenia pod butlę z tlenem. Prawdę mówiąc, Oakfield ani trochę nie przypominał bezwzględnego prokuratora, którym w rzeczywistości był.

– Wysoki sądzie – zaczął. – Wiem, że jesteśmy na najpóźniejszym możliwym etapie procesu, ale skoro ani oskarżenie, ani obrona nie zamknęły oficjalnie swoich przewodów, to zastanawiam się, czy mógłbym prosić o powołanie jeszcze jednego, ostatniego świadka, zanim sąd zakończy dzisiejsze posiedzenie.

Szczęka Bryanta niemal walnęła o podłogę.

– Co? Świadka? To jakieś żarty? – Jego zdesperowany wzrok powędrował w stronę sędzi Reeves. – Wysoki sąd nie rozważy chyba dopuszczenia dodatkowego świadka na tak późnym etapie. Zgodnie z oficjalną listą, którą przedstawiono podczas ujawniania dowodów, wszyscy świadkowie obu stron już zeznawali. Argumentacja została zaprezentowana i wyczerpana. Obaj mieliśmy właśnie wygłaszać mowy końcowe.

– Ale jeszcze tego nie zrobiliśmy – odciął się Oakfield. Jego głos był dziwną mieszaniną tonów chropawych i aksamitnych.

– To niedopuszczalne, wysoki sądzie – oburzył się Bryant, wydawało się, że gruba żyła na jego szyi zaczyna pękać. – Prokuratura najwyraźniej ucieka się tutaj do taktyki zasadzki. Ten świadek, kimkolwiek on lub ona jest, nie został ujawniony na etapie dowodowym, co oznacza, że nie mamy pojęcia, o kogo chodzi. To z kolei oznacza, że nie przygotowaliśmy zestawu pytań. Takie postępowanie jest nie tylko nieetyczne, to cios poniżej pasa. Po prostu nie może pani im pozwolić na coś takiego. Stawką jest wolność mojego klienta i…

Sędzia Reeves uciszyła Bryanta gestem dłoni, po czym zwróciła się do Oakfielda:

– Panie prokuratorze, skłaniam się ku stanowisku obrońcy. To wygląda na próbę zaskoczenia drugiej strony… w dodatku na sam koniec dnia. Kim jest ten świadek, którego chce pan sprowadzić na moją salę? Dlaczego nie wspomniał pan o nim wcześniej? I dlaczego nie było go na liście przekazanej podczas ujawniania dowodów?

– Bo do wczoraj nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, wysoki sądzie.

– Gówno prawda, George – rzucił Bryant do Oakfielda. – Wysoki sądzie, prokuratura ewidentnie próbuje zrobić z sądu pośmiewisko. Nie można na to pozwolić.

– Ale tak było, wysoki sądzie. – Oakfield uniósł obie dłonie w geście kapitulacji. – Przysięgam, że dowiedzieliśmy się o nim dopiero wczoraj około dziesiątej rano. – Przechylił głowę w prawo w stronę stołu prokuratorskiego. – Wtedy właśnie zleciłem Leonardowi Suttonowi, naszemu najlepszemu śledczemu, żeby spróbował go namierzyć. Ale nie robiłem sobie żadnych nadziei, że go znajdziemy. – Spojrzał na Bryanta. – I masz rację, Tenor, byłem gotów zamknąć przewód oskarżenia, ale znaleźliśmy go i on tu jest.

– Słucham? – rzuciła sędzia Reeves, przenosząc wzrok na drzwi sali rozpraw.

– Jest tutaj, wysoki sądzie – powtórzył Oakfield. – Przed tą salą, i jeśli wysoki sąd pozwoli mu zeznawać, ława przysięgłych usłyszy szokujące rzeczy, które mogą całkowicie zmienić wynik tego procesu. – Podał sędzi tę samą kartkę, którą wcześniej wręczył mu Sutton.

– Wysoki sądzie, stanowczo się sprzeciwiam temu sabotażowi – oznajmił Bryant, nie siląc się nawet na ukrywanie wściekłości w głosie. – Skoro już wczoraj rano prokuratura liczyła się z możliwością powołania nowego świadka, mogli niezwłocznie o tym wspomnieć… albo choćby dzisiaj rano na początku rozprawy. Ale nie, prokurator czekał do ostatniej sekundy, żeby to oznajmić. Przepraszam, ale wysoki sąd nie może dać się nabrać na taki tani chwyt.

Sędzia Reeves ponownie uniosła rękę, by uciszyć Bryanta, i wczytała się w informacje na kartce przekazanej przez Oakfielda. Gdy skończyła, milczała przez chwilę z miną równie zadumaną, co poważną. Obaj prawnicy czekali. Sędzia spojrzała na zegarek.

– Dobrze – odezwała się wreszcie do Bryanta. – Ogłaszam czterdzieści pięć minut przerwy, żeby mógł pan przygotować linię obrony. – Przeniosła wzrok na Oakfielda. – Dopuszczę pańskiego świadka, bo ława przysięgłych musi o tym usłyszeć, ale niech pan nigdy więcej nie próbuje takich sztuczek na mojej sali. Czy to jasne?

– Wysoki sąd chyba nie mówi poważnie! – wykrzyknął Bryant, wybałuszając oczy na sędzię. – Nie może wysoki sąd pozwolić prokuraturze na taką zasadzkę. To niedorzeczne. Jak to w ogóle można nazwać uczciwym procesem, skoro powód robi, co mu się żywnie podoba?

– Czy sugeruje pan, że jestem niesprawiedliwa, panie mecenasie? – Sędzia Reeves odbiła piłeczkę. Była potężną, pięćdziesięciosiedmioletnią Afroamerykanką, dwadzieścia cztery lata temu ukończyła Princeton, a przez kolejne dwie dekady harowała jak wół, by zostać sędzią. Miała doświadczenie po obu stronach prawa karnego – w prokuraturze i w obronie, a liczba wygranych przez nią spraw, niezależnie od strony, budziła podziw. Choć urząd sędziego piastowała dopiero od czterech lat, zdążyła już zyskać opinię twardej jak stal, ale niesamowicie sprawiedliwej. Jej badawcze spojrzenie spoczęło na twarzy Tenora Bryanta.

– Nie to powiedziałem, wysoki sądzie, ale przed chwilą wysoki sąd sam przyznał, że oskarżenie zastawiło pułapkę na mojego klienta, a teraz na to pozwala? Muszę zgłosić stanowczy sprzeciw wobec tej decyzji.

– Pana stanowczy sprzeciw został odnotowany – odrzekła sędzia Reeves, skrobiąc coś w notatniku. – Ale decyzja już zapadła. Ma pan czterdzieści pięć minut.

Bryant pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Jak mam w ogóle przygotować strategię przesłuchania, skoro nawet nie wiem, kim jest ten świadek, wysoki sądzie?

– Nazywa się Candice Logan – odpowiedział Oakfield. – I jeśli naprawdę chcesz się dowiedzieć, kim jest, to stanowczo postuluję, żebyś zapytał swojego klienta. – Dodał z drwiącym uśmieszkiem: – On dobrze wie, kto to taki.

– Co tu się dzieje, do cholery jasnej? – zapytał Nelson, gdy Bryant wrócił do stołu obrońcy targany niepokojem i wściekłością.

Odpowiedział mu pytaniem:

– Kim jest Candice Logan?

Wtedy twarz Nelsona stężała.

– O kurwa…

Rozdział 3

Tenor Bryant wiedział, że linia obrony, którą wraz z zespołem przygotował dla swojego klienta, nie należy do najmocniejszych, a stała się jeszcze bardziej krucha po zeznaniach kluczowych świadków oskarżenia: Samanthy Stewart i doktor Louise Steinmann. W Massachusetts przemoc domowa jest uznawana za przestępstwo zagrożone karą do pięciu lat więzienia stanowego, a ponieważ to przestępstwo ciężkie, do skazania prokuratura potrzebowała jednomyślności wszystkich dwunastu przysięgłych. Gdyby choć jeden z nich dopatrzył się w argumentacji oskarżenia „uzasadnionej wątpliwości”, wyrok skazujący by nie zapadł. Bryant był pewien, że mimo zeznań Samanthy i doktor Steinmann zdołał ugrać wystarczająco dużo, by na stronę wątpiących przeciągnąć przynajmniej jednego przysięgłego. Nie liczył się jednak z nagłym, niespodziewanym świadkiem – zwłaszcza takim, przy którym sędzia Reeves rzuciła: „Dopuszczę pańskiego świadka, bo ława przysięgłych musi o tym usłyszeć”.

I faktycznie miał powody do obaw.

Z uwzględnieniem wyjaśnień uzupełniających po przesłuchaniu przez strony zeznania Candice Logan trwały zaledwie niecałe pół godziny, ale przez te trzydzieści minut kobieta rozniosła w strzępy wszelkie szanse obrony na „uzasadnione wątpliwości”.

Panna Logan była kobietą uderzającą – i to w każdym znaczeniu tego słowa. Miała blond włosy i figurę, która sprawiła, że nawet sędzia Reeves zsunęła okulary na czubek nosa, żeby lepiej się przyjrzeć. Zeznała, że nieco ponad rok wcześniej wdała się w romans z Nelsonem Stewartem, którego poznała w barze koktajlowym w Bostonie. Romans trwał jedenaście miesięcy.

Podczas przesłuchania swojego świadka prokurator bez trudu wykazał, że jeśli chodzi o małżeństwo, Nelson Stewart był utalentowanym oszustem, który przez prawie rok tkał perfekcyjną sieć kłamstw, by zwodzić żonę opowieściami o wieczornych spotkaniach roboczych, wyjazdach służbowych i tym podobnych.

Już sam wątek kochanki był dla obrony potwornie szkodliwy, ale nie tak bardzo jak odpowiedzi na kilka krótkich pytań, którymi George Oakfield zaskoczył salę sądową.

– Panno Logan – zaczął, zatrzymując się przed miejscem dla świadków, a jego oczy niczym lufa karabinu celowały w ławę przysięgłych. – Czy mogę zapytać, dlaczego pani romans z oskarżonym, panem Nelsonem Stewartem, się zakończył? Czy może nam pani to powiedzieć? Powodem rozstania były wyrzuty sumienia? Czy pan Stewart czuł się winny, bo zdradzał żonę?

Candice Logan nabrała powietrza w płuca i powoli przeniosła wzrok w stronę stołu obrony. Nelson Stewart patrzył na nią morderczym wzrokiem.

– Nie – odpowiedziała. – To nie był powód rozstania.

– Kto zakończył wasz romans, panno Logan? – zapytał Oakfield, choć doskonale znał odpowiedź.

– Ja.

– Proszę powiedzieć dlaczego.

Nelson Stewart wciąż wpatrywał się w Candice Logan, jakby był gotów ją udusić. Cała jego postawa wrzeszczała: „Nie rób tego, kurwa, nie rób tego!”.

Wtedy jej oczy zwęziły się niemal niedostrzegalnie, akurat na tyle, by wysłać Nelsonowi czytelny komunikat: „Pierdol się”.

– Bo po prostu nie mogłam już dłużej znosić bicia.

Rozdział 4

Po mowach końcowych przysięgli otrzymali instrukcje i udali się do pokoju narad. Uzgodnienie werdyktu zajęło im niespełna cztery godziny.

Na ławie oskarżonych Nelson miał wrażenie, że czyjś wzrok wypala mu dziurę z tyłu głowy. Odwrócił się, żeby spojrzeć na publiczność za sobą. Od razu dostrzegł Sam, która usiadła trzy rzędy za stołem oskarżyciela. Jej oczy były jak wiązki laserowe wycelowane prosto w niego. Tym razem nie zdołał wytrzymać jej spojrzenia. O ile wiedział, wczoraj Sam po raz pierwszy usłyszała o jego romansie z Candice i nawet on musiał przyznać, że to potworny sposób na odkrycie zdrady męża.

Odwrócił się z powrotem w stronę sądu.

Przysięgli zajęli miejsca, na sali zapanowała ekscytacja. Sekretarz sądowy stanął na swoim miejscu i zwrócił się w stronę ławy przysięgłych. Jej przewodnicząca wstała. Miała na imię Martha i właściwie wszystko było w niej przeciętne: wzrost, sylwetka, włosy, wygląd… Ale zdaniem Nelsona wyglądała jak typowa Karen, ten typ kobiety, która w sklepie spożywczym wszczęłaby awanturę o dwa centy, tak dla zasady. Gdy wstała, jej niespokojne spojrzenie w ułamku sekundy strzeliło w Nelsona, po czym przeniosło się na sekretarza sądowego.

Urzędnik wyrecytował zwyczajowy wstęp do werdyktu, wymieniając stan, hrabstwo i sąd, w którym się znajdowali, a następnie nazwisko oskarżonego i sygnaturę akt sprawy, po czym zwrócił się do przewodniczącej ławy przysięgłych:

– Czy ława przysięgłych wydała werdykt, co do którego wszyscy przysięgli są zgodni?

Cisza opadła na salę niczym gęsta poranna mgła. Oakfield i Bryant wyprostowali się na swoich krzesłach, wstrzymując oddech w piersiach niczym zawodowi nurkowie głębinowi. W tej chwili, po raz pierwszy od rozpoczęcia procesu sześć dni temu, Nelsona ogarnął strach – ten rodzaj strachu, który wstrząsa człowiekiem do głębi i paraliżuje w bezruchu. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się do tej pory, jakaś malutka część mózgu Nelsona wciąż nie chciała zaakceptować wydarzeń ostatnich dziewięciu tygodni jako rzeczywistości i wmawiała mu, że jak zawsze wszystko skończy się dobrze. Jednak ta malutka część jego mózgu została ostatecznie zagłuszona.

Z ławy oskarżonych Nelson usłyszał, jak Martha dyskretnie odchrząknęła. Każda para oczu na tej sali rozpraw była zwrócona na nią i ona o tym wiedziała. Wyprostowała ramiona.

– Tak, wydaliśmy werdykt – odpowiedziała. Skinienie głowy, którym obdarzyła salę, było nerwowe, ale stanowcze.

– W punkcie pierwszym – kontynuował sekretarz – zarzut dotyczył przemocy domowej oraz fizycznego znęcania się nad Samanthą Stewart. Jak brzmi werdykt wobec oskarżonego?

Nelson miał wrażenie, że czas zwolnił i teraz płynie w jakimś ślimaczym tempie. Wiedział, że następne słowo tej kobiety zmieni jego życie. I wiedział, jakie to będzie słowo, zanim jeszcze padło z jej ust.

– Winny – odpowiedziała Martha głośno i wyraźnie.

Stało się. Pięć liter, dwie sylaby, jedno słowo, które splamiło przeszłość Nelsona, zmieniło jego teraźniejszość i zniszczyło przyszłość.

Wszyscy obecni poruszyli się na swoich miejscach, ze wszystkich stron posypały się okrzyki i komentarze. Nelson natomiast stał w milczeniu, kompletnie nieruchomo ze wzrokiem wbitym przed siebie. Serce łomotało mu na samym dnie gardła, gdy patrzył, jak całe jego życie zaczyna się walić na jego własnych oczach.

Sekretarz zaczekał, aż sala ucichnie, zanim zadał przewodniczącej drugie i ostatnie pytanie.

– Drugi zarzut dotyczył bezprawnego pozbawienia wolności i uwięzienia Samanthy Stewart. Jak brzmi werdykt wobec oskarżonego?

Nelson już nie słuchał, ale tym razem nie był to jego wybór. Mechanizm obronny jego mózgu starał się odciąć od kolejnych agresorów, którzy mogliby go jeszcze bardziej zranić. Dźwięki stały się przytłumione, jakby Nelson znalazł się pod wodą, ale to nie miało znaczenia. Widział, jak poruszają się usta Marthy, i nawet nie musiał słyszeć, nawet nie musiał umieć czytać z ruchu warg, by wiedzieć, co powiedziała. To samo co poprzednio.

Całkowity upadek jego życia właśnie się dokonał.

Publiczność eksplodowała okrzykami, rozległy się przytłumione rozmowy. Nelson zamknął na chwilę oczy, podczas gdy sędzia Reeves przywracała porządek na sali. Gdy to zrobiła, poinformowała adwokata i oskarżonego, że ogłoszenie wyroku odbędzie się za dwa tygodnie bezpośrednio po zakończeniu wywiadu środowiskowego. Następnie poleciła strażnikom sądowym zabrać Nelsona do aresztu. Zanim do niego podeszli, zdołał się odwrócić i po raz ostatni spojrzeć na publiczność. Tym razem to jego oczy jak wiązki lasera wbiły się w Samanthę. I były pełne czystej nienawiści.

– Ty pierdolona szmato! – ryknął, a jego głos poniósł się echem po sali. – Jeśli myślisz, że widzisz mnie ostatni raz, to się grubo mylisz. Wiem o tobie wszystko… wszystko… i nieważne, dokąd pójdziesz, któregoś dnia cię znajdę. Mogę ci to obiecać. Będę nawiedzał twoje pierdolone sny, suko. Powodzenia w oglądaniu się przez ramię do końca życia.

Dwóm strażnikom sądowym w końcu udało się go obezwładnić i wyprowadzić na zewnątrz. Gdy publiczność zaczęła powoli opuszczać salę rozpraw, Samantha została na miejscu. Oddychała nierówno i płytko, nogi miała jak z waty, bo jeśli czegoś w swoim życiu mogła być pewna, to tego, że Nelson Stewart nie rzuca słów na wiatr.

Rozdział 5

– Gratulacje – powiedział Oakfield, gdy spotkał się z Samanthą na korytarzu tuż przed salą rozpraw. Uśmiech na jego twarzy był niemal tak wielki jak on sam. – Dzięki pani właśnie wsadziliśmy do więzienia kolejnego degenerata.

Samantha milczała, przenosząc wzrok z okrągłej twarzy Oakfielda na swoje buty od Gucciego.

– Wygląda pani na spiętą i zmartwioną, Sam – zauważył prokurator, widząc jej zaczerwienione oczy. Nie miał wątpliwości, że jeszcze przed chwilą płakała. – Nie cieszy pani wynik procesu?

– A pan by się nie martwił? – zapytała w końcu głosem pozbawionym siły. – Słyszał pan, co Nelson do mnie powiedział, zanim go wyprowadzili?

Oakfield prychnął.

– Słyszałem, i to był ogromny błąd z jego strony. Jak pani wie, wyrok jeszcze nie zapadł. Sędzia Reeves ogłosi go za dwa tygodnie, a przez ten czas kuratorzy będą przeprowadzać wywiad środowiskowy. Przetrzepią całe życie Nelsona, po czym sporządzą raport dla sędzi. To dochodzenie pomoże jej ustalić odpowiedni dla niego wymiar kary. – Uśmiechnął się znowu. – Oto na czym obecnie stoimy: usłyszał werdykt „winny” w punkcie pierwszym, czyli popełnił przestępstwo przemocy domowej wobec pani. Maksymalna kara za to wynosi pięć lat więzienia i bardzo się zdziwię, jeśli sędzia Reeves nie zdecyduje się właśnie na nią.

Samantha przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę.

– W punkcie drugim werdykt też brzmiał „winny” – ciągnął Oakfield. – A bezprawne pozbawienie wolności i uwięzienie małżonki w zbiegu z przestępstwem przemocy domowej daje maksymalną karę dziesięciu lat więzienia. – Znowu przyłożył chusteczkę do karku i czoła. – Tutaj sędzia Reeves może nie orzec pełnych dziesięciu lat, ale mniej niż sześć czy siedem nie dostanie, jestem tego prawie pewien. Co już daje nam jedenaście, może dwanaście lat odsiadki. – Uniósł palec w stronę Sam. – A mamy jeszcze tę małą szopkę, którą Nelson odstawił po odczytaniu werdyktu. Słowna groźba pod pani adresem będzie stanowić okoliczność obciążającą.

– A co to zmienia?

– To była bezpośrednia groźba słowna pod pani adresem – powtórzył Oakfield. – Przy dwóch wyrokach skazujących będzie działać na niekorzyść Nelsona, a sędzia Reeves z pewnością weźmie to pod uwagę przy ustalaniu odpowiedniego wymiaru kary za jego przestępstwa.

Zawiesił głos, ale po minie Sam poznał, że wciąż to do niej nie dociera.

– Krótko mówiąc – spróbował ponownie – sędzia Reeves może dorzucić rok czy dwa do wyroku tylko za to, co powiedział na koniec. – Położył dłoń na ramieniu Sam. – Może się pani uspokoić. Nelson Stewart nie zobaczy świata poza celą przez co najmniej dwanaście lat, gwarantuję to pani. Jest skończony. Nie stanowi dla pani żadnego zagrożenia. Tamto zdarzenie – ruchem głowy wskazał salę rozpraw – było tylko pełną wściekłości brawurą szumowiny, która właśnie zrozumiała, że to koniec gry. Nic więcej. Nie może pani skrzywdzić, Sam.

Kobieta skubała czerwoną, poszarpaną skórkę przy paznokciu lewego kciuka.

– Pan chyba nie zna Nelsona, prawda?

– Nie muszę go znać – odpowiedział Oakfield. – Znam prawo i wiem, że spędzi za kratkami ponad dekadę.

Skórka zaczęła krwawić. Sam zaśmiała się nerwowo.

– Jeśli pan myśli, że jego łapy nie sięgają poza mury więzienia tylko dlatego, że on sam siedzi za kratami, to naprawdę nie zna pan Nelsona Stewarta.

Oakfield spojrzał na zegarek, po czym rozejrzał się po zatłoczonym korytarzu, w którym stali.

– Czy ma pani teraz czas, żeby iść na kawę albo drinka gdzieś z dala od sądu? Jest coś, o czym chcę pani powiedzieć, bo jestem pewien, że to zmieni pani punkt widzenia.

Rozdział 6

Miasteczko Cambridge w stanie Massachusetts leży w odległości zaledwie szesnastu kilometrów od Woburn i sądu, w którym toczył się proces Nelsona. To tam mieści się Uniwersytet Harvarda, jedna z najbardziej prestiżowych i znanych uczelni na świecie. Właśnie do Cambridge prokurator Oakfield zaprosił Sam na drinka – a dokładniej na Harvard Square. Co zabawne, na przekór swojej nazwie plac wcale nie jest kwadratowy, lecz ma kształt trójkąta, do tego znajduje się już poza terenem harwardzkiego kampusu. Miejsce to, uwielbiane zarówno przez studentów, jak i profesorów, oferuje mnóstwo kawiarni, restauracji, barów i oczywiście księgarń.

Oakfield i Sam pojechali osobno, każde swoim autem, Oakfield przodem, Sam za nim. Poprowadził ją do stylowego, eleganckiego baru koktajlowego o nazwie The Longfellow, usytuowanego na zachodnim krańcu placu.

Dochodziło wpół do szóstej po południu i mimo że była dopiero środa, lokal pękał w szwach. Kelnerka przy wejściu wyjaśniła, że nie ma w tej chwili wolnych loży, ale mogą usiąść przy barze albo zająć jeden ze stolików na zewnątrz, pod ogrzewaczem. Wybrali stolik na zewnątrz.

Sam zamówiła Cosmopolitana, a Oakfield czystą whisky słodową z lodem.

– Złożyła już pani pozew o rozwód? – zapytał Oakfield, gdy tylko kelnerka odeszła na tyle daleko, że nie mogła ich usłyszeć.

– Chciałam, ale moja adwokatka w sprawie rozwodowej powiedziała, że powinnyśmy poczekać na wyrok sądu karnego.

– Kto panią reprezentuje?

– Kristin Miller.

– Znam, jest świetna. – Oakfield skinął głową z uznaniem, sącząc szkocką. – Właściwie jedna z najlepszych. I ma stuprocentową rację – wyrok sądu karnego diametralnie zmieni pani sytuację. Czy Kristin była dziś w sądzie? Nie widziałem jej.

– Nie, nie przyszła.

– Wie już, jak skończył się proces?

– Tak, rozmawiałyśmy krótko przez telefon zaraz po ogłoszeniu werdyktu.

– Czyli pewnie powiedziała, że będzie jeszcze lepiej, jeśli przed złożeniem pozwu poczeka pani, aż sędzia Reeves oficjalnie ogłosi wymiar kary?

– Tak – potwierdziła Sam.

Oakfield zamilkł i przez kilka sekund przyglądał się swojej rozmówczyni. Mimo tego, co zrobił z nią stres ostatnich kilku miesięcy, bez wątpienia wciąż była bardzo piękna. W tej chwili wyglądała jednak bardziej jak przerażone dziecko niż kobieta, która lada moment miała zostać milionerką.

– Nie ma pani nic przeciwko, żebym zapalił? – zapytał.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

Oakfield odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko.

– Właściwie – odezwała się, skinieniem głowy wskazując na paczkę leżącą na stoliku – czy mogłabym też jednego prosić?

– Oczywiście. – Oakfield wysunął papierosa z paczki i podał jej ogień. – Nie wiedziałem, że pani pali.

– Rzuciłam jakieś dwa lata temu. Nelson mnie zmusił, ale odkąd to wszystko się zaczęło… – Zawiesiła głos i niedokończone zdanie rozpłynęło się w powietrzu, dokładnie tak jak dym, który wypuściła kącikiem ust.

Oakfield skinął głową ze zrozumieniem. Wiedział, że dla Sam powrót do palenia to coś znacznie więcej niż tylko zaspokojenie głodu nikotynowego. W ten sposób odgrywała się na Nelsonie. Fakt, że właśnie posłała go za kratki, nie miał znaczenia. Liczyło się to, że robi coś, czego on jej wyraźnie zabraniał. Z psychologicznego punktu widzenia powrót do nałogu symbolizował odzyskanie kontroli nad własnymi czynami i własnym życiem.

– Domyślam się, że chce pani wyciągnąć z tego gównianego układu tyle, ile tylko się da, mam rację? – zaczął.

Sam upiła łyk koktajlu.

– Co pan ma na myśli?

– No cóż, była pani żoną milionera, który się okazał narcystyczną szumowiną. W normalnym procesie rozwodowym bez trudu mogłaby pani odejść z co najmniej połową tego, co posiada, włącznie z nieruchomościami, samochodami, pieniędzmi… a nawet jego garderobą, gdyby miała pani taki kaprys.

– Nelson nie jest aż tak bogaty, jak pan myśli – wtrąciła szybko Sam.

– Może nie w porównaniu z niektórymi majątkami w okolicach Woburn – zgodził się Oakfield. – Ale w kategoriach zwykłych ludzi i tak jest cholernie nadziany. Już tylko dom, w którym razem mieszkaliście, jest warty ile? Pięć… sześć baniek?

Odpowiedziała nieśmiałym ruchem, próbując założyć kosmyk szorstkich włosów za prawe ucho.

– No więc właśnie o tym mówię – ciągnął Oakfield. – Gdyby to była zwyczajna sprawa rozwodowa, w której mąż i żona dochodzą do wniosku, że ich związek już nie działa i czas się rozstać, nawet podrzędny adwokat za parę groszy wyciągnąłby dla pani pięćdziesiąt procent wszystkiego. – Przechylił głowę i puścił do Sam oko; wyszło to znacznie bardziej obleśnie, niż by sobie życzył. – Ale teraz pani przyszły eksmąż to cudzołożnik i skazany damski bokser. Ktoś, kto zgotował pani piekło, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. – Oakfield pokręcił głową, zaciągając się mocno papierosem. – Tego, co pani zrobił, Sam, nie da się przeliczyć na pieniądze. Nie da się wycenić pani cierpienia, a dobry adwokat od rozwodów doskonale o tym wie. – Uniósł palec, by uciszyć Sam, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. – Genialny adwokat, taki jak Kristin, może puścić tego skurwiela w skarpetkach. Może pani odejść ze wszystkim, zostawiając go z jednym wielkim „pierdol się, Nelson”.

Na ułamek sekundy jej niespokojne spojrzenie uciekło w bok, po czym znowu spoczęło na Oakfieldzie.

– Nie chcę puścić go w skarpetkach. To tylko jeszcze bardziej go rozsierdzi. Jedyne, czego chcę, to odzyskać swoje życie, rozumie pan? Chcę się budzić i nie czuć strachu od momentu, gdy otwieram oczy. Nie chcę pieniędzy, a zwłaszcza jego pieniędzy. – Głos Sam się załamał, a w jej oczach wezbrały łzy.

Oakfield zgasił papierosa.

– Zamierza pani ułożyć sobie życie w Woburn? Ma pani tam przyjaciół albo rodzinę?

– Boże, nie! – Sam parsknęła nerwowym śmiechem. – Znajdą się może ze dwie osoby, które nazwałabym przyjaciółmi, ale to wszystko. Nelson za bardzo mnie kontrolował, żebym mogła mieć własnych znajomych.

– A skąd pani pochodzi… pierwotnie?

– Z Missouri, ale tam też nie wracam.

Oakfield wyczuł inny rodzaj bólu ukryty w jej słowach. Coś, co sugerowało, że jej relacje z rodziną raczej nie układają się najlepiej. Postanowił nie pytać.

– Ma pani na oku jakieś konkretne miejsce, w którym chciałaby pani zacząć od nowa?

Zaprzeczyła, nerwowo poruszając głową.

– Może to wszystko było błędem? Nie powinnam tego robić. Trzeba było po prostu spakować manatki i wyjechać. Nie powinnam była ciągać go po sądach. Teraz Nelson po mnie przyjdzie. Wiem, że to zrobi. Może nie teraz… może nie za rok… za dwa czy za pięć, ale przyjdzie. I kiedy to zrobi, to już nie skończy się na paru policzkach i przykuciu do rur.

– Może po panią przyjść, pewnie – zgodził się Oakfield, ku zaskoczeniu Sam, ale to jego kolejne słowa naprawdę przykuły jej uwagę. – Tylko że nic pani nie zrobi, jeśli pani nie znajdzie, prawda?

Papierową serwetką otarła łzę na policzku.

– Co pan ma na myśli?

Oakfield dopił whisky i skinął na kelnerkę, prosząc o kolejną.

– Chce pani jeszcze jednego Cosmopolitana?

– Nie, na razie dziękuję. O czym pan mówi? Że Nelson mnie nie znajdzie?

Oakfield zapalił nowego papierosa.

– Tak jak mówiłem, pani przyszły eksmąż to teraz skazany damski bokser… o zdradach nie wspominając. A to tylko ułatwi pani sprawę.

– Jak to możliwe?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, to niebywale przyśpieszy proces rozwodowy – wyjaśnił Oakfield. – Zdziwię się, jeśli Kristin nie dopnie wszystkiego w tydzień po ogłoszeniu wymiaru kary.

Sam uniosła brwi, tym razem z nadzieją.

– A po drugie – kontynuował Oakfield – jest jeszcze ta szopka z groźbami, którą Nelson odstawił na sam koniec. – Uniósł palec, by podkreślić znaczenie swoich słów. – Zrobił to przed sędzią Reeves, co da Kristin solidne podstawy do wszczęcia procedury zmiany tożsamości.

– Słucham? – Sam lekko przechyliła głowę w lewo.

– Wciąż jest pani młoda, długie życie przed panią. Proszę nie pozwolić, żeby dwa lata spędzone z tym śmieciem zniszczyły całą resztę pani dni!

– Mam trzydzieści cztery lata – odparła, jakby trzydzieści cztery to był wiek starożytnych bogów. – Nie jestem aż taka młoda.

Oakfield odchylił głowę do tyłu i się zaśmiał.

– Wiem, co mówię, jest pani jeszcze bardzo, bardzo młoda, Sam.

Kelnerka przyniosła Oakfieldowi kolejną szklankę whisky z lodem.

– Mówiła pani, że chce tylko zostawić to wszystko za sobą i ruszyć dalej ze swoim życiem, zgadza się?

Skinęła głową, gasząc papierosa.

– No więc to jest idealna okazja, nawet jeśli trudno pani w to uwierzyć – wyjaśnił Oakfield, pochylając się do przodu, żeby oprzeć łokcie na stole. – Wiem, że to oklepany frazes, którego używa wielu prawników, ale w pani przypadku to prawda w stu procentach.

Zmarszczyła brwi.

– Jaki frazes?

– Ten: „Dziś jest pierwszy dzień całej reszty twojego życia”.

Przygryzła dolną wargę.

– I mówię tu o zupełnie nowym życiu – ciągnął Oakfield. – Wszystko, co padło na sali sądowej od pierwszego dnia, zostało zaprotokołowane i zapisane przez stenografów i dziennikarzy. Każde pojedyncze słowo, wliczając w to wybuchy Nelsona. Musi pani tylko powiedzieć Kristin, że po dzisiejszych wydarzeniach chce pani ze względu na własne bezpieczeństwo wystąpić o zmianę tożsamości.

Sam zmrużyła oczy, a Oakfield uśmiechnął się do niej ponownie.

– I to jest kolejna korzyść z potwornego błędu Nelsona, jakim było grożenie pani w taki sposób. – Mężczyzna z triumfującą miną wyprostował się na krześle. – Nie ma w tym kraju sędziego, który po przeczytaniu protokołów dzisiejszej rozprawy nie podpisałby papierów o zmianie tożsamości. – Przerwał na chwilę, by Sam w pełni pojęła jego słowa. – Będzie pani mogła wybrać sobie nowe nazwisko, Sam… jakie tylko pani chce… a z tym nazwiskiem dostanie pani cały pakiet nowych dokumentów: prawo jazdy, paszport, numer identyfikacyjny, pełny zestaw. Będzie pani mogła przeprowadzić się, gdzie tylko zechce, gdzie nikt nie będzie miał pojęcia, kim pani jest. – Oakfield upił łyk whisky i posłał jej kolejny uśmiech. – Jeśli pani zechce, może pani nawet wyjechać do Europy: Londyn, Paryż, Berlin. Wybór należy do pani.

Sam na chwilę wstrzymała oddech.

– I co pani powie na taki początek, z dala od Nelsona?

Milczenie Sam było głębokie i ciężkie, a na jej ustach błąkał się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.

– Nadal ma pani opory przed puszczeniem tego skurwiela w skarpetkach? – dodał Oakfield.

Rozdział 7

Dwa tygodnie po ogłoszeniu werdyktu sąd zebrał się ponownie, aby sędzia Reeves mogła w końcu wymierzyć karę Nelsonowi Stewartowi. Nie okazała choćby krzty pobłażliwości.

Tamtego wieczoru w barze The Longfellow na Harvard Square George Oakfield przewidział, że Nelson za swoje czyny nie dostanie mniej niż dwanaście lat więzienia, i trafił w dziesiątkę ze swoją prognozą. Sędzia Reeves początkowo skazała Nelsona na dwanaście lat za kratami – pięć za przestępstwo przemocy domowej i siedem za bezprawne pozbawienie wolności i uwięzienie – lecz pełen gróźb wyskok Nelsona na koniec rozprawy potężnie ją rozsierdził. Z tego powodu dorzuciła do wyroku kolejny pełny rok, dając Nelsonowi łącznie trzynaście lat odsiadki.

Ku zaskoczeniu wszystkich, gdy sędzia Reeves ogłaszała ostateczny wyrok, Nelson stał całkowicie nieruchomo i bez słowa – żadnych wybuchów gniewu ani obraźliwych gestów. Nawet nie spojrzał na sędzię, gdy ta uderzyła młotkiem w pulpit, ostatecznie kończąc postępowanie. Spuścił tylko wzrok, pogrążony w myślach, przepełniony złością.

Trafione okazało się też przewidywanie prokuratora okręgowego dotyczące procesu rozwodowego Samanthy i Nelsona. Wyrok w sprawie karnej znacznie przyśpieszył postępowanie i już dziewięć dni po werdykcie ławy przysięgłych Sam przestała być Samanthą Stewart. Wróciła do panieńskiego nazwiska Chambers.

Po sfinalizowaniu rozwodu adwokatka Samanthy, Kristin Miller, miała już w ręku całą amunicję potrzebną do złożenia oficjalnego wniosku o zmianę tożsamości jej klientki. Jako podstawę żądania Kristin wskazała „obawę o bezpieczeństwo osobiste i zagrożenie życia”, choć właściwie nawet nie musiała tego robić. Traf chciał, że wniosek o zmianę tożsamości wylądował na biurku sędzi Reeves, a ona nie potrzebowała czytać protokołów rozprawy, żeby go zatwierdzić.

I tak oto, zaledwie trzy i pół tygodnia po tym, jak Nelson został oficjalnie skazany na trzynaście lat pozbawienia wolności, Samantha Stewart alias Samantha Chambers była gotowa po prostu zniknąć z powierzchni ziemi. Za sprawą jednego podpisu sędziowskiego mogła stworzyć siebie na nowo i wybrać dowolne nazwisko – a podjęcie decyzji nie zajęło jej dużo czasu, właściwie niecały dzień. Jedyne, co musiała zrobić, to rozważyć dostępne opcje, a w tej sprawie George Oakfield dał jej kolejną mądrą radę.

Rozdział 8

– Kiedy wniosek o zmianę tożsamości zostanie zatwierdzony – powiedział Oakfield, zanim wyszli z The Longfellow – będzie pani mogła wybrać dowolne nazwisko, ale proszę pozwolić, że dam pani kilka wskazówek.

– Bardzo proszę.

– Najpierw wyjaśnię pani różnicę między zmianą nazwiska a zmianą tożsamości.

Sam spojrzała na Oakfielda z lekkim niedowierzaniem.

– Każdy obywatel w tym kraju może wszcząć procedurę zmiany nazwiska. Mnóstwo ludzi robi to po ślubie lub po rozwodzie… Artyści i celebryci legalizują tak swoje pseudonimy… Niektórzy decydują się na ten krok, bo nie chcą mieć już nic wspólnego ze swoją rodziną. – Wzruszył ramionami. – To nic nadzwyczajnego. Wystarczy złożyć wniosek, uiścić opłatę, powiadomić kilka urzędów federalnych oraz stanowych. I już. Szczerze mówiąc, cały ten proces jest naprawdę prosty i bardzo przejrzysty. – Kolejne zdanie podkreślił ruchem głowy. – Żeby jednak uniknąć sytuacji, w której oszuści próbują uciec przed zobowiązaniami finansowymi, po prostu zmieniając nazwisko i przenosząc się w inne miejsce, procedury te są całkowicie jawne dla każdego. Mam na myśli to, że jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak po zmianie nazywa się Iksiński czy Igrekowski, musi tylko zwrócić się do sądu danego hrabstwa. Rejestry zmian nazwisk są jawne i na tym właśnie polega główna różnica między zmianą nazwiska a zmianą tożsamości.

– Zmiana tożsamości nie jest jawna? – zdziwiła się Sam.

– Nie – potwierdził Oakfield. – Dlatego składając wniosek o zmianę tożsamości, musi pani również złożyć specjalny formularz uzasadnienia. Kristin załatwi to wszystko za panią. To w tym dokumencie powoła się na obawę o bezpieczeństwo osobiste i zagrożenie życia. Ponieważ powodem pani decyzji jest ochrona pani zdrowia i życia, akta te zostaną utajnione, a dostęp do nich będzie niezwykle utrudniony.

Uciekła wzrokiem w bok, jakby rozważała różne opcje.

Oakfield dał jej chwilę, po czym doprecyzował:

– Dostęp do nich będzie trudny, ale nie niemożliwy. Mam na myśli to, że istnieją legalne i nielegalne sposoby na zdobycie informacji z tych rejestrów.

Na twarz Sam powrócił niepokój.

– I tu dochodzimy do dwóch najważniejszych wskazówek, jakie mogę pani dać w kwestii zmiany tożsamości. Po pierwsze, niech pani wybierze popularne nazwisko. Po drugie, szukając nowego miejsca do życia, niech pani nie decyduje się na malutkie miasteczko.

Zmrużyła oczy, patrząc na Oakfielda.

– Popularne nazwisko?

Oakfield skinął głową.

– Już wyjaśniam dlaczego. Jeśli Nelson naprawdę postanowi panią dopaść i jakimś cudem uda mu się poznać pani nową tożsamość, popularne nazwisko i niezbyt małe miasto zadziałają na pani korzyść.

– W jaki sposób?

– Niech pani pomyśli – zachęcił ją Oakfield. – Załóżmy, że wybrałaby pani jakieś nietypowe nazwisko, coś w stylu Anuska Clissold.

Zmarszczyła brwi.

– Właśnie je wymyśliłem – wyjaśnił Oakfield, wzruszając ramionami. – Załóżmy, że Nelson zdołał się dowiedzieć, że nazywa się pani teraz Anuska Clissold. Wtedy musi jeszcze ustalić, gdzie pani mieszka. Istnieje kilka specjalnych wyszukiwarek, które przeszukują bazy nazwisk i adresów w całym kraju.

W końcu zrozumiała, do czego zmierza prokurator.

– Lista wyników przy wyszukiwaniu popularnego nazwiska będzie dłuższa!

– Otóż to! A teraz załóżmy, że Nelson poszedł o krok dalej i jakimś cudem zdołał poznać nie tylko pani zmienione nazwisko, ale też miasto, które wybrała pani na nowy początek. Teraz brakuje mu już tylko adresu.

Sam znowu szybko podchwyciła tok jego myśli.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przy popularnym nazwisku w dużym mieście wyszukiwarka pokaże wiele różnych adresów.

– W przeciwieństwie do zaledwie paru w malutkim miasteczku – potwierdził Oakfield. – W ten sposób po prostu zwiększa pani swoje szanse… poszerza pani pole gry i sprawia, że znacznie trudniej panią namierzyć.

– Nigdy bym o tym nie pomyślała – przyznała Sam.

– Większość ludzi o tym nie myśli. – Oakfield zawiesił głos i znowu otarł chusteczką pot z czoła. – Jeśli jednak naprawdę woli pani żyć w mniejszym miasteczku zamiast w metropolii, jest jeszcze jedna skuteczna sztuczka. Otóż po zdobyciu nowej tożsamości niech się pani przeprowadzi do dowolnego miasta, dużego czy małego – to bez znaczenia, bo nie zamieszka pani w nim na stałe.

Uniosła jedną brew.

– Prawdę mówiąc – kontynuował prokurator – na pani miejscu oddałbym wszystkie rzeczy do magazynu i wynajął gdzieś umeblowane mieszkanie. Najlepiej z krótkoterminową umową, maksymalnie na rok, a po jej zakończeniu przeprowadził się znowu. Tym razem może już pani wybrać stały adres albo, jeśli naprawdę chce pani dmuchać na zimne, podpisać kolejną umowę na rok zupełnie gdzie indziej. W innym mieście, a nawet w innym stanie. Myślę, że po czymś takim będzie już pani mogła bezpiecznie osiedlić się na stałe.

Zaczęła bębnić palcami o blat stolika.

– To sporo zachodu – przyznał Oakfield. – Ale im częściej się pani przemieszcza, tym bardziej myli pani tropy każdemu, kto próbowałby panią odnaleźć.

Wciąż miała niepewną minę.

– W aktach pojawi się nowe nazwisko, ale nie adres – poinformował ją Oakfield. – Przecież nie trafia pani do rządowego programu ochrony świadków. Po prostu dostaje pani nową tożsamość, to wszystko. Nie musi pani informować sądu o nowym adresie przy każdej przeprowadzce. Więc nawet jeśli ktoś zdoła poznać to nowe nazwisko, ustalenie, gdzie pani przebywa, będzie dla niego zupełnie nową grą w kotka i myszkę. Jeśli przeprowadzi się pani parę razy, utrudni mu pani tę grę stokrotnie. – Tym razem mrugnięcie, które posłał Sam, nie wydało się jej tak niesmaczne. – Zwiększanie szans na swoją korzyść, pamięta pani?

Odwzajemniła uśmiech.

Oakfield jednak jeszcze nie skończył.

– A teraz moja najważniejsza wskazówka w kwestii zmiany tożsamości.

Utkwiła wzrok w prokuratorze i czekała.

– Powiedziała pani przed chwilą, że ma trzydzieści cztery lata, zgadza się?

Skinęła głową, krzywiąc usta w smutnym grymasie, jakby trzydzieści cztery lata były jakimś grzechem.

– Ale z wyglądu – ciągnął Oakfield – mogłaby pani spokojnie uchodzić za dwudziestosześciolatkę… nawet dwudziestopięciolatkę. – Celowo zawiesił głos, żeby jeszcze przez chwilę potrzymać ją w napięciu. – Cóż… oto pani szansa.

Sam przygryzła dolną wargę.

– Mówi pan to, o czym myślę? Mogę zmienić też datę urodzenia?

– To nie tyle kwestia tego, że może pani zmienić datę urodzenia – odparł prokurator. – To raczej przypadek, w którym powinna pani ją zmienić.

Uśmiech Sam był w stu procentach szczery.

– Oczywiście w granicach rozsądku – dodał.

– Oczywiście – zgodziła się Sam.

– A powód, dla którego nazwałem to moją najważniejszą wskazówką, jest prosty. Jeśli Nelson zdoła się dowiedzieć, na jakie nowe nazwisko pani postawiła, jedynym parametrem wyszukiwania, jakim będzie dysponował, by zawęzić liczbę wyników, będzie…

– Moja data urodzenia. – Sam znowu potrzebowała chwili, by połączyć kropki, ale w końcu zrozumiała.

Oakfield zapalił kolejnego papierosa.

– Niech pani wybierze inny dzień… inny miesiąc… inny rok, a Nelson będzie całkowicie bezradny.

Ramiona Sam uniosły się lekko, jakby w końcu spadł z nich ogromny ciężar.

– O tym też pewnie by pani nie pomyślała, co? – rzucił Oakfield.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie, ale to wszystko układa się w idealną całość. I naprawdę będę mogła wybrać dowolną datę?

– Oczywiście, że tak – potwierdził.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– To niesamowite, bo od zawsze nienawidziłam być zodiakalnym Rakiem.

Oakfield się roześmiał.

– Jeszcze jedna rada, jeśli wolno.

– Ależ proszę, bardzo chętnie. Przyjmę każdą wskazówkę.

– Chodzi o pieniądze, które dostanie pani od Nelsona, bo co do tego, że je pani dostanie, nie ma najmniejszych wątpliwości.

– Słucham.

Prokurator pochylił się do przodu i oparł łokcie na stole. Zrobiła to samo.

Zniżył głos.

– Pani ugoda rozwodowa zostanie sfinalizowana, zanim procedura zmiany tożsamości dobiegnie końca. To fakt. Gdy tak się stanie, jakakolwiek kwota przyznana pani przez sąd trafi bezpośrednio na pani obecne konto bankowe w formie przelewu elektronicznego. Nie dostanie pani czeku do zdeponowania.

– Nawet bym się tego nie spodziewała.

– No właśnie – ciągnął Oakfield. – Moja rada jest taka: gdy pieniądze wpłyną na konto, proszę siedzieć cicho i czekać, aż zakończy się proces zmiany tożsamości. Nie potrwa to długo po rozwodzie, pewnie zaledwie kilka dni.

– Rozumiem.

– A teraz najważniejsze, zanim zmieni pani tożsamość. – Uniósł palec. – Mam na myśli dzień przed albo dokładnie ten dzień, w którym będzie pani odbierać nowe dokumenty: proszę pójść do banku i wyczyścić konto. Proszę wypłacić wszystko w gotówce. Pod żadnym pozorem nie wolno pani przelewać tych środków na nowe konto.

– Wypłacić wszystko w gotówce? – Spojrzała na niego, jakby żartował.

Skinął głową.

– Wiem, że przy kwocie, jaką pani prawdopodobnie dostanie, brzmi to jak szaleństwo, ale Nelson pracował w funduszach hedgingowych i finansach, mam rację? Jestem pewien, że mimo pobytu za kratami wciąż będzie miał świetne układy z ludźmi z sektora finansowego.

Przytaknęła lekko na znak, że to rozumie.

– Podejrzewam więc, że jeśli Nelson naprawdę spróbuje panią namierzyć – kontynuował – to właśnie tam zajrzy w pierwszej kolejności. Będzie szukał operacji finansowej między pani starym kontem a jakimkolwiek nowym. – Wzruszył ramionami. – Będzie chciał wiedzieć, gdzie się podziały jego pieniądze, a jeśli dotrze do dowodu przelewu z pani banku, bez wątpienia znajdzie na nim pani nowe nazwisko.

Silnie zacisnęła szczęki.

– Wypłacając fundusze w gotówce – wyjaśniał dalej Oakfield – po prostu uniknie pani elektronicznego śladu po transferze pieniędzy.

– Ale co mam zrobić z tą gotówką? Wsadzić pod materac?

– Nie. Gdy wypłaci pani wszystko z banku i dostanie nową tożsamość, otworzy pani nowe konta. Celowo używam liczby mnogiej, bo mam na myśli wiele kont. Jeśli chce pani rozegrać to naprawdę bezpiecznie, proszę wybrać różne banki i rozbić te pieniądze.

Potrzebowała chwili na zastanowienie.

– Czyli mam wejść do banku z walizką pełną kasy i rzucić ją na ladę?

– Mniej więcej – zgodził się Oakfield.

Sam się skrzywiła.

– Nie wydaje mi się, żeby w dzisiejszych czasach banki pozwalały na wpłatę tak dużej gotówki bez zasypania człowieka gradem pytań.

– I ma pani rację, nie pozwalają – potwierdził. Posłał jej uśmiech godny rasowego kanciarza. – Rzeczywiście zasypaliby panią pytaniami, gdyby nie miała pani oficjalnego dokumentu podpisanego przez sędziego, który potwierdza, że pieniądze, którymi Pani dysponuje, pochodzą z legalnego źródła. Z tym papierem nie zadadzą pani ani jednego pytania i przyjmą każdą ilość gotówki, jaką rzuci pani na ladę.

Rozdział 9

Mogłoby się wydawać, że George Oakfield dysponuje jakąś magiczną kryształową kulą, ponieważ wszystkie jego przepowiednie spełniły się co do joty.

Tego samego dnia, w którym sędzia Reeves skazała Nelsona na trzynaście lat pozbawienia wolności, Kristin Miller, adwokatka rozwodowa Sam, rozpoczęła procedurę, stawiając sobie za cel dokładnie to, co zapowiadał prokurator – puszczenie Nelsona Stewarta w skarpetkach. Jako że Sam padła ofiarą przemocy domowej oraz bezprawnego uwięzienia przez niewiernego i agresywnego męża, Kristin nie potrzebowała wiele czasu, by sąd podpisał i zatwierdził wszystkie dokumenty. Tym samym zaledwie kilka dni po tym, jak Nelson zamieszkał w zakładzie karnym MCI-Cedar Junction, Samantha Chambers otrzymała w ramach postępowania rozwodowego ponad pięćdziesiąt procent jego majątku, a także dodatkowe czterdzieści procent tytułem odszkodowania z nawiązką za koszmar, który były mąż jej zgotował. Krótko mówiąc, Samantha Chambers odeszła z niemal wszystkim, co Nelson posiadał, włączając w to nieruchomości, biżuterię, akcje i udziały. Sędzia przyznała jej również dwie największe dumy Nelsona: wiśniowe Lamborghini Huracán, którego wartość przekraczała trzysta tysięcy dolarów, oraz błękitną, podrasowaną do granic możliwości Corvettę Stingray Z51, która kosztowała go ponad sto tysięcy. Większość środków z bieżących i oszczędnościowych rachunków Nelsona również została zajęta i przelana na konto jego byłej żony.

Po ogłoszeniu decyzji o podziale majątku Kirstin i wszyscy z jej kancelarii byli wniebowzięci. Osiągnęli gigantyczny sukces zawodowy. Beneficjentce jednak niespecjalnie zależało na zatrzymaniu czegokolwiek z tego, co jej przyznano – samochodów, nieruchomości, mebli, inwestycji czy biżuterii. Prawdę mówiąc, Samantha nie chciała absolutnie niczego, co mogłoby przypominać jej o Nelsonie Stewarcie i o czasie spędzonym w Woburn. Tym właśnie się kierując, dokładnie tego samego dnia, w którym zgodnie z wyrokiem sądu puściła Nelsona w skarpetkach, poleciła adwokatce spieniężyć wszystko tak szybko, jak to tylko możliwe. Zaledwie kilka tygodni później Samantha Chambers stała się oficjalnie milionerką… i to wielokrotną.

Rozdział 10

Gdy przyszło do wyboru nowego nazwiska, kobieta znana niegdyś jako Samantha Chambers wzięła sobie rady Oakfielda głęboko do serca. Po szybkim sprawdzeniu w internecie ustaliła, że trzema najpopularniejszymi nazwiskami w Ameryce są Smith, Johnson i Williams, każde z nich noszone przez ponad półtora miliona osób w całych Stanach Zjednoczonych. Z kolei trzy najczęstsze imiona żeńskie to Mary, Patricia i Jennifer, przy czym imię Mary odnotowało ponad trzy miliony trafień, co stanowiło niemal dwukrotność liczby Patricii i Jennifer żyjących w USA.

Priorytetem Sam nie było wymyślenie nowego, fajnie brzmiącego nazwiska. Zupełnie jej na tym nie zależało. Chodziło wyłącznie o to, by jak najbardziej utrudnić zadanie temu, kto chciałby jej szukać.

Mając to na uwadze, dzień po tym, jak Samantha Chambers otrzymała prawo do nowej tożsamości, wybrała kombinację, której wyszukiwanie wypluje największą liczbę wyników: Mary Smith.

– Właściwie nie brzmi to tak źle – powiedziała do swojego odbicia w lustrze, powtórzywszy nowe personalia na głos kilka razy.

Kolejnym polem w formularzu zmiany tożsamości była „Data urodzenia” i tutaj raz jeszcze posłuchała rady Oakfielda – inny dzień, inny miesiąc, inny rok.

Miło było znów mieć dwadzieścia sześć lat. Jeśli chodzi o konkretny dzień, Mary Smith nie mogła wybrać lepiej niż trzydziesty października. Oznaczało to bowiem, że od teraz będzie obchodzić urodziny na dzień przed Halloween – zdecydowanie jej ulubionym świętem w roku.

Gdy nowe nazwisko i data urodzenia zostały wybrane, do ukończenia formularza brakowało już tylko wpisania imion rodziców oraz miasta, w którym Mary Smith przyszła na świat.

Wybierając imię ojca, postanowiła zastosować tę samą regułę, wedle której stworzyła własne. Po kolejnym szybkim przeszukaniu sieci odkryła, że trzema najpopularniejszymi imionami męskimi w USA są James, Robert i John. Tym razem zdecydowała się na drugie w tym rankingu imię, czyli Roberta. Głównym powodem był fakt, że skoro wkrótce miała stać się Mary Smith, jej ojciec nazywałby się Robert Smith, czyli tak jak lider jednego z jej ulubionych zespołów, The Cure.

Dla matki wybrała zupełnie inne imię: Heather. Myślała wprawdzie o Patricii lub Jennifer, zajmujących drugie i trzecie miejsce w USA, ale stworzenie całej rodziny z trzech należących do najpopularniejszych imion w Ameryce byłoby jednak lekką przesadą. Poza tym imię Heather nosiła najlepsza przyjaciółka jej prawdziwej matki, co utwierdziło Sam w przekonaniu, że to odpowiedni wybór.

Do zakończenia całej procedury Sam musiała podjąć już tylko jedną decyzję – wskazać miejsce urodzenia Mary Smith. Tutaj zależało jej na bardzo dużym mieście, jak Los Angeles, Chicago, Waszyngton czy Nowy Jork. Przez chwilę biła się z myślami, ale ostatecznie postawiła na Nowy Jork. Logika stojąca za tym wyborem była prosta: Sam wiedziała, że im mniejsza miejscowość, tym bardziej ludzie interesują się lokalną społecznością, co w efekcie przekłada się na wścibskich sąsiadów. W małych miasteczkach mieszkańcy wiedzą o życiu swoich sąsiadów znacznie więcej niż w metropoliach i zazwyczaj chętnie odpowiadają na pytania, gdy ktoś zaczyna węszyć. Wielkie Jabłko natomiast słynie z wielu rzeczy, wśród nich także tego, że ludzie są tam zazwyczaj zbyt zajęci własnym życiem i problemami, by się interesować cudzymi sprawami. Nowojorczycy mają opinię osób pilnujących własnego nosa, dlatego wielu z nich nie zna nawet imienia sąsiada zza ściany, choć w tej samej okolicy mieszkają od lat.

I już. To naprawdę było takie proste! Ponieważ wniosek o zmianę tożsamości został zatwierdzony i podpisany przez sędzię Reeves, prawnicy Mary musieli jedynie dostarczyć dokumentację, o którą prosił sąd. Kristin zrobiła to tego samego dnia, w którym otrzymała formularz z wyborami Sam. Dokument trafił do sądu zapieczętowany w specjalnej kopercie, dzięki czemu nawet adwokatka nie znała danych wskazanych przez jej klientkę. Ledwie tydzień później do biura Kristin Miller dotarł cały pakiet nowych dokumentów – również odpowiednio zabezpieczony.

W ciepłe, słoneczne popołudnie pod koniec maja poturbowana i złamana Samantha Chambers przestała istnieć. W jej miejsce z kancelarii Kristin Miller wyszła nieśmiała, ale bardzo szczęśliwa Mary Smith. Założyła okulary przeciwsłoneczne Carrera i wsiadła do wynajętego samochodu. W ten sposób Samantha Chambers zniknęła z powierzchni ziemi.

Rozdział 11

DWA DNI PÓŹNIEJ

Jeśli istniała rzecz, którą Mary Smith wiedziała od samego początku; jeśli czegoś była pewna, zanim jeszcze przyznano jej prawo do zmiany tożsamości, to postanowienia, że gdy tylko się uwolni od całego tego sądowego cyrku, w cholerę rzuci życie w Woburn. Prawdę mówiąc, była pewna, że rzuci w cholerę stan Massachusetts. Musiała tylko wybrać miejsce na nowy start i w tym celu raz jeszcze postanowiła jak najlepiej wykorzystać radę Oakfielda, by zwiększyć swoje szanse na sukces.

„Na pani miejscu – mówił prokurator – oddałbym wszystkie rzeczy do magazynu i po prostu wynajął gdzieś umeblowane mieszkanie”.

Mimo że była multimilionerką, w tamtym momencie posiadała bardzo niewiele własnych rzeczy. Natychmiast po wejściu w życie postanowienia o podziale majątku po rozwodzie poleciła prawnikom spieniężyć wszystko, co się dało, i to jak najszybciej. Od tamtej pory wystawili oni na sprzedaż i upłynnili ponad dziewięćdziesiąt pięć procent majątku, który przyznał jej sąd. Zatrzymała trochę własnych ubrań, ale i tych nie było wiele.

Mary zdecydowała się na coś jeszcze: postanowiła stworzyć siebie na nowo, od stóp do głów. Chciała chodzić, mówić, wyglądać i ubierać się zupełnie inaczej niż Samantha Stewart. Brak ziemskich dóbr, przynajmniej na razie, wcale nie był taki zły. Oznaczał, że mogła przemieszczać się tak często, jak tylko chciała, i to bez konieczności oddawania czegokolwiek na przechowanie do magazynu. A w trakcie fazy ciągłych przeprowadzek miała zamiar dodać małą sztuczkę do rad udzielonych przez Oakfielda – własny sposób na zwiększenie swoich szans.

Kolejna kwerenda internetowa pozwoliła jej ustalić, że w Ameryce największe skupisko kobiet o imieniu Mary znajduje się na obszarze zwanym Pasem Biblijnym. To ogromny region obejmujący niemal całe południowo-wschodnie Stany Zjednoczone, ciągnący się od Wirginii aż po północną Florydę i na zachód aż po Oklahomę i część Teksasu. A czy istniał lepszy sposób na ukrycie kobiety, która nosi imię Mary, niż umieścić ją pośród tysięcy innych kobiet o tym samym imieniu?

Przyjmując to za punkt wyjścia, postanowiła spędzić pierwsze sześć miesięcy, a może nawet cały rok nowego życia gdzieś na terenie Pasa Biblijnego. Pojawił się jednak problem, dokładnie ten sam, z którym mierzyła się przy wyborze rzekomego miejsca urodzenia Mary Smith. Powszechnie wiadomo, że w małych amerykańskich miasteczkach, zwłaszcza tych w Pasie Biblijnym, dosłownie każdy wtyka nos w cudze sprawy. Co za tym idzie, mieszkańców bardziej interesuje czyjaś przeszłość niż teraźniejszość. Skąd się tu wzięłaś? Dlaczego postanowiłaś sprowadzić się do naszego miasteczka? Jak to możliwe, że w twoim wieku nie masz męża ani dzieci… i tak dalej.

Prywatność, czy raczej szacunek dla prywatności innych osób, nie należy do zasad, którymi większość ludzi w Pasie Biblijnym przesadnie się przejmuje. Jeśli jednak chodziło o Mary Smith, dopóki będzie się trzymała na uboczu i mieszkała w dużym mieście – gdzie teoretycznie uścisk Pasa powinien być nieco luźniejszy – mogła najpewniej liczyć na to, że nie będzie mieć w tej materii większego problemu. Zresztą i tak był to tylko tymczasowy manewr taktyczny, zmyłka, dokładnie taka, jaką sugerował Oakfield. A spośród wszystkich dużych miast leżących w tamtym rejonie jedno przyciągało ją znacznie bardziej niż pozostałe. Miejsce, które zawsze chciała odwiedzić, ale nigdy nie miała ku temu okazji. Nashville w stanie Tennessee.

Od najmłodszych lat muzyka dawała jej bezpieczną przystań w każdej dosłownie sytuacji: bólu, prześladowania, lęku, samotności, gniewu czy zdrady. Chroniła ją przed każdym nieszczęściem i zmartwieniem, jakie kiedykolwiek ją spotkało. Na niej jednej zawsze mogła polegać i wiedziała, że to jedyny pewnik w jej życiu. Wystarczyło kliknięcie, by dźwięki, melodie i harmonie szeptały ukojenie prosto do jej ucha. Muzyka nie towarzyszyła jej jednak wyłącznie w trudnych chwilach. Prawdę mówiąc, odkąd sięgała pamięcią, tylko muzyka pojawiała się w jej życiu stale, a Nashville nie bez powodu cieszy się sławą Miasta Muzyki. Na całym świecie nie ma równie legendarnego miejsca, gdy mowa o brzmieniach country i lokalach z występami na żywo.

Cóż, akurat ten gatunek nie należał może do jej ulubionych, ale niektóre utwory wpadły jej w ucho. A skoro plan zakładał stworzenie siebie na nowo od stóp do głów, to dlaczego by nie zacząć od zmiany gustu?

Rozdział 12

PIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ

NASHVILLE, TENNESSEE