Gorzka sól historii - Jan M. Piskorski - ebook

Gorzka sól historii ebook

Jan M. Piskorski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Migracje, przemiany etniczne, kulturowe i ekonomiczne stanowią sól historii. Decydują o biegu dziejów, niosą postęp, ale i ból. Życie jednostkowe i zbiorowe to pewnego rodzaju bilans pożytków i deficytów. Wydawałoby się, że przy obecnym poziomie nauki i organizacji nic prostszego niż nauczyć się ograniczać straty związane z „twórczą destrukcją” człowieka. Jednak i nasza ostatnia, wciąż niedokończona transformacja pokazuje, że spójność społeczną łatwiej zburzyć niż odbudować.

Na książkę składają się teksty dotyczące migracji, także przymusowych i wymuszonych, kolonizacji i transformacji. Od etnicznych i kulturowych po ekonomiczne. Od starożytności po współczesność. Zawsze w ujęciu interdyscyplinarnym i w szerokiej perspektywie historycznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 857

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Trzy wypady roz­po­znaw­cze tro­pem zagu­bio­nego wstępu

Trzy wypady roz­po­znaw­cze tro­pem zagu­bio­nego wstępu

Jezus przed sądami San­he­drynu i Piłata

Jezus przed sądami San­he­drynu i Piłata

Pro­ces jero­zo­lim­ski na tle odwiecz­nego kon­fliktu mię­dzy świa­tem jed­no­li­tym a róż­no­rod­nym*

„Wiedz, że morze zostało oddzie­lone od nieba” – mówiła etru­ska wieszczka w prze­po­wiedni z II lub I w. przed naro­dze­niem Chry­stusa, uza­sad­nia­jąc powsta­nie gra­nic. Usta­no­wił je Jupi­ter, tłu­ma­czyła, w reak­cji na ludzką zachłan­ność. Nie przy­pad­kiem jej wypo­wiedź prze­trwała w mate­ria­łach rzym­skiego geo­dety. Vegoia przy­po­mi­nała, że pola zostały prze­mie­rzone i ozna­czone kamie­niami gra­nicznymi. Za ich prze­su­wa­nie zapo­wia­dała boskie sank­cje: wojny, cho­roby i klę­ski eko­lo­giczne, daw­niej nazy­wane po pro­stu pla­gami: susze, powo­dzie, gra­do­bi­cia, gwał­towne desz­cze. Weź więc sobie, czło­wie­cze – koń­czyła – naszą naukę głę­boko do serca, jeśli chcesz cie­szyć się z rodziną poko­jem we wła­snym domu.

Etru­ska sybilla, przed­sta­wiana także jako urze­ka­jący skrzy­dlaty anioł albo pół­bo­ska nimfa, nie rozu­miała naj­wi­docz­niej reguł życia na Ziemi. Tu nic nie jest naprawdę trwałe, a już naj­mniej gra­nice i podział bogactw. Ledwo co poło­żone przez bogów kamie­nie gra­niczne stały się z miej­sca powo­dem spo­rów. Nie pierw­szy to i nie jedyny para­doks w naszych pokręt­nych sto­sun­kach z nie­bia­nami. Z powo­ła­niem się na prawa boskie wzy­wamy do posza­no­wa­nia raz usta­no­wio­nych gra­nic, zwłasz­cza wła­snych i pod warun­kiem, że grozi im skur­cze­nie. Gdy jed­nak nada­rza się oka­zja do ich posze­rze­nia, bez skru­pu­łów przy­wo­łu­jemy bogów na pomoc i wynaj­du­jemy histo­ryczne uza­sad­nie­nia, w poli­tyce nie­zmien­nie sku­teczne, choć wia­domo, że są warte funta kła­ków. Alek­san­der Łuka­szenka – by posłu­żyć się przy­kła­dem z ostat­nich lat – zauwa­żył w związku z wszech­obecną rosyj­ską pro­pa­gandą odno­szącą się do praw histo­rycz­nych pod­czas anek­sji Krymu, że gdyby kie­ro­wać się wska­za­niami prze­szło­ści, Mon­go­ło­wie, Kaza­cho­wie i Tata­rzy mogliby zaży­czyć sobie więk­szej czę­ści Rosji. Nie powie­dział nic odkryw­czego – rek­tor Aka­de­mii Kra­kow­skiej Paweł Włod­ko­wic doszedł do podob­nej kon­klu­zji w kwe­stii praw histo­rycz­nych w począt­kach XV w., odwo­łu­jąc się do przy­kładu dzie­dzic­twa rzym­skiego. W prak­tyce nie do zre­ali­zo­wa­nia oka­zuje się powtó­rzone prze­zeń szla­chetne przy­ka­za­nie: „Nie będziesz prze­kra­czał gra­nic bliź­niego two­jego”1.

Wieszczba Vegoi dotyka w zasa­dzie gra­nic naj­bar­dziej oczy­wi­stych – tery­to­rial­nych: sąsiedz­kich miedz i rozgra­niczeń mię­dzy pań­stwami. Tym bar­dziej odnosi się to do zaan­ga­żo­wa­nego trak­tatu przy­go­to­wa­nego przez Włod­ko­wica na sobór powszechny w Kon­stan­cji, w któ­rym broni on nie tyle samej idei tole­ran­cji wobec pogan, ile sta­no­wi­ska Pol­ski i Litwy w spo­rze z Krzy­ża­kami. Nie umniej­sza­jąc zna­cze­nia gra­nic prze­strzen­nych, przed­miotu zaan­ga­żo­wa­nia poli­tyki, eko­no­mii i histo­rii, nie one decy­dują o naszym jeste­stwie. Bez gra­nic nie ma toż­sa­mo­ści, a tym samym ludz­kiego życia. „Strzeż sie­bie dobrze niczym gra­nicznego mia­sta, i z zewnątrz, i od wewnątrz” – mówił Budda, czło­wiek nad wyraz otwarty w dzi­siej­szym rozu­mie­niu tego słowa2. Cią­gnię­cie linii roz­gra­ni­cza­ją­cych nas od innych, w pew­nych miej­scach zaska­ku­jąco łatwych do popro­wa­dze­nia, w innych niepew­nych, drżą­cych i zapę­tla­ją­cych się, to nic innego niż budo­wa­nie wła­snego „ja”, które ma cha­rak­ter dyna­miczny, zmie­nia się zależ­nie od oko­licz­no­ści wewnętrz­nych i zewnętrz­nych. Pozba­wieni toż­sa­mo­ści – nie­ważne, na ile naby­wa­nej bier­nie, a na ile kształ­to­wa­nej świa­do­mie – byli­by­śmy, mówiąc języ­kiem Ary­sto­te­lesa, cia­łem natu­ral­nym bez sub­stan­cji, innymi słowy – drew­nem przed obróbką przez cie­ślę. Dopiero myśl i praca nadaje drewnu kon­kretny kształt, prze­obraża je w łóżko lub szafę. Każde ciało natu­ralne składa się z mate­rii i sta­no­wią­cej o jego isto­cie formy. Cia­łom żywym formę nadaje dusza, która w wypadku czło­wieka zawiera uni­kalny rozum, pozwa­la­jący mu mówić i uczyć się, two­rzyć obrazy i wyobra­że­nia, budo­wać sys­temy poli­tyczne, spo­łeczne i eko­no­miczne, odróż­niać dobro od zła, kształ­to­wać poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści i doko­ny­wać wol­nych wybo­rów. Samo­okre­śle­nie wykuwa się zatem w myślą­cej czę­ści duszy, pew­nego rodzaju kuźni form. Rolę mie­cha w piecu kowal­skim speł­niają w odnie­sie­niu do rozumu nasze dąże­nia, bez któ­rych dzia­ła­nia umy­słu mia­łyby cha­rak­ter czy­sto medy­ta­cyjny. Kon­tem­plo­wa­li­by­śmy świat wokół, ale nie zasta­na­wiali się nad koniecz­no­ścią i spo­so­bami zmian3.

Nie przy­wią­zujmy wagi do oczy­wi­stych z punktu widze­nia obec­nego stanu wie­dzy potknięć Ary­sto­te­lesa. Na pewno miał rację w tym, że czło­wiek – zwie­rzę z wyobraź­nią twór­czą i zara­zem istota z natury spo­łeczna – szuka swo­jego miej­sca w ramach wspól­noty: rodziny, gminy wiej­skiej, samo­rzą­do­wego mia­sta-pań­stwa4. Do wyzna­cze­nia poło­że­nia wobec innych potrzeba gra­nic, co doty­czy tak jed­no­stek, jak i grup. Pierw­sze inte­re­so­wały ateń­skiego filo­zofa zde­cy­do­wa­nie mniej i trudno się temu dzi­wić, skoro utoż­sa­miał pro­blemy wiel­kie ze spra­wami wspól­no­to­wymi. W świe­cie gru­po­wym – spo­łecz­nym i etnicz­nym – czuł się lepiej, chcia­łoby się powie­dzieć „jak w domu”, i w jego obrę­bie pro­wa­dził linie podzia­łów zde­cy­do­wa­nie i bez­względ­nie, mimo ogól­nego zało­że­nia, iż w dobrym pań­stwie „wszy­scy” mają być szczę­śliwi5. Rozu­miał je jako wspól­notę przy­jaźni wol­nych oby­wa­teli, w miarę moż­li­wo­ści rów­nych i nie­pra­cu­ją­cych fizycz­nie, wyłącz­nie męż­czyzn (nie­zwy­kłe, swoją drogą, jest zna­cze­nie słowa „wszy­scy” u Ary­sto­te­lesa, choć on sam nie zro­zu­miałby zapewne naszego zdzi­wie­nia, jeśli nawet wol­ność jed­nych i nie­wolę dru­gich wypro­wa­dzał „z natury”).

Przy­jaźń do wewnątrz zakła­dała w tym wypadku, jak przy­po­mniał Chri­stian Meier, wro­gość na zewnątrz, i to ona, co tak trudno przy­jąć współ­cze­snym do wia­do­mo­ści, decy­do­wała o spój­no­ści i trwa­ło­ści wspól­noty6. Jesz­cze Zyg­munt Freud zale­cał nie lek­ce­wa­żyć korzy­ści, jakie płyną dla wspól­noty z wro­go­ści wobec sąsia­dów. Grupę cemen­tuje szcze­gól­nie agre­sja7, znana też nie­któ­rym gatun­kom zwie­rząt, może naj­bar­dziej szczu­rom, które wewnątrz wła­snych wspól­not krew­nia­czych są łagodne, a wobec innych kla­nów pocho­dze­nio­wych oka­zują się bez­li­to­sne, pro­wa­dząc walki dosłow­nie na śmierć i życie8. Nie­wol­nik, niech­by naj­mą­drzej­szy, sta­nowi jedy­nie żywe narzę­dzie – prawda, że z duszą, lecz mają ją nawet rośliny (naj­moc­niej może prze­ma­wia do naszej wyobraźni fakt, że zdo­by­wa­nie nie­wol­ni­ków mie­ści się u Ary­sto­te­lesa w ramach sztuki wojen­nej i myśliw­skiej). Kobiety, któ­rym swo­boda szko­dzi, pod­le­gają męż­czy­znom, gdyż są mniej uzdol­nione, „o ile wbrew natu­rze nie zaj­dzie wyją­tek w tym wzglę­dzie”. Rze­czą zamiesz­ku­ją­cych cen­tral­nie mię­dzy Azją a Europą Gre­ków jest pano­wać nad świa­tem i czer­pać z niego korzy­ści, co wymaga odgra­dza­nia się od innych9. Jesz­cze bar­dziej odstrę­cza­jący, by użyć okre­śle­nia Ber­tranda Rus­sella, i na doda­tek sta­tyczny obraz spo­łe­czeń­stwa zapro­po­no­wał Sta­gi­ryta w dzie­dzi­nie etyki10. Z jej niu­an­sów rozu­miał, jak się zdaje, mniej niż star­szy o wiek Hero­dot, podróż­nik i kro­ni­karz dzie­jów naj­now­szych, bajarz o roz­le­głych antro­po­lo­gicz­nych zain­te­re­so­wa­niach, tyle że jego odruch sym­pa­tii wobec innych pozo­sta­wał u Gre­ków nie­omal wyjąt­kiem11.

Nie znamy argu­men­tów, jakie Ary­sto­te­les przed­ło­żył Alek­san­drowi Mace­doń­skiemu na rzecz odgra­dza­nia Gre­ków od tubyl­ców na nowo zdo­by­wa­nych tery­to­riach. Osobne zamiesz­ki­wa­nie grup etnicz­nych i reli­gij­nych było wten­czas (i jesz­cze cał­kiem nie­dawno) raczej regułą niż wyjąt­kiem. Możemy tylko się domy­ślać, że uczony żywił obawy przed roz­cień­cze­niem prze­wag cywi­li­za­cyj­nych nie­licz­nych Gre­ków w „bar­ba­rzyń­skim” morzu i tym samym – przed nie­po­we­to­waną stratą dla dzie­jów powszech­nych. Szczę­śli­wie uczeń prze­rósł mistrza i nie zasto­so­wał się do jego wska­zó­wek, nawet jeśli nie mógł wie­dzieć, że wiel­kimi pod­bo­jami: od Egiptu i Azji Mniej­szej po Afga­ni­stan i Indie, otwiera nowy okres w histo­rii świata – epokę nazwaną przez Johanna Gustava Droy­sena hel­le­ni­styczną12. Kolo­ni­ści greccy i potem coraz czę­ściej grec­ko­ję­zyczni roz­lali się po mia­stach Bli­skiego i po czę­ści Środ­ko­wego Wschodu, mniej wię­cej po rzeki Eufrat i Tygrys. Jedy­nie w Egip­cie osie­dlali się rów­nież na wsi wzdłuż życio­daj­nego Nilu, cho­ciaż i tu gros z nich zamiesz­kało w nowej Alek­san­drii „przy Egip­cie”, mie­ście prze­wi­dzia­nym przez króla Mace­do­nii na sto­licę nowego, z ówcze­snego punktu widze­nia glo­bal­nego pań­stwa. Kul­tura grecka, zde­rzona i wzbo­ga­cona o ele­menty zapo­ży­czone ze sta­rych cywi­li­za­cji Egiptu, Syrii i szcze­gól­nie Babi­lo­nii, powę­dro­wała dalej, na tereny per­sko-irań­skie, afgań­skie i pół­noc­no­in­dyj­skie, gdzie wpły­nęła przy­naj­mniej na rzeźbę bud­dyj­ską, z którą prze­do­stała się aż do Japo­nii. Co nie mniej cie­kawe, mie­sza­nina róż­nych tra­dy­cji arty­stycz­nych powstała w Mezo­po­ta­mii zro­dziła spe­cy­ficzną sztukę, która od III w. po Chr. pod­bi­jała Rzym. Sztuka grecka, prze­two­rzona i uzu­peł­niona na azja­tyc­kim Środ­ko­wym Wscho­dzie, nie­jako wra­cała na Zachód13. Czy nie w tym samym, grec­kim dzie­dzic­twie tkwiło sedno trud­nej do poję­cia łatwo­ści, z jaką wschod­nie, zda­wa­łoby się, chrze­ści­jań­stwo pod­biło zachod­nią cywi­li­za­cję? Myśl Hel­le­nów, prze­for­mu­ło­wana i wzbo­ga­cona przez juda­izm, szcze­gól­nie w dzie­dzi­nie etycz­nej i spo­łecz­nej, wra­cała z azja­tyc­kiego exo­dusu ponie­kąd do swo­jej kolebki.

Łatwość mace­doń­skiego pod­boju pole­gała głów­nie na tym, że Alek­san­der zwy­cię­żał bitwy, ale nie trak­to­wał pod­bi­tych ludów jako łupu prze­zna­czo­nego do eks­plo­ata­cji – dokład­nie wbrew temu, czego pra­gnął Ary­sto­te­les. W Egip­cie, na tere­nach Syrii i Mezo­po­ta­mii trak­to­wano mace­doń­skiego króla jako wyzwo­li­ciela spod wła­dzy Per­sów14. Mało kto sta­wiał opór, a tubyl­cze elity, pomi­nąw­szy moż­nych irań­skich i, z zupeł­nie innych powo­dów, kapła­nów egip­skich, przyj­mo­wały go z nie­kła­ma­nym zachwy­tem. Nie­ba­wem Mace­do­nia i nie­prze­rwa­nie bun­tu­jąca się Gre­cja zdały się Alek­san­drowi za cia­sne, więc ogło­sił się kró­lem Azji, która w ówcze­snych poję­ciach obej­mo­wała rów­nież pół­nocną Afrykę. Furorę robiła przede wszyst­kim grecka orga­ni­za­cja samo­rzą­dowa, dzięki któ­rej miej­scowe war­stwy moż­no­wład­cze uzy­ski­wały po raz pierw­szy for­malny wpływ na rządy. Polis pod­bi­jała pogra­ni­cze euro­pej­sko-azja­tyc­kie, elity chło­nęły język i kul­turę grecką, mie­szały się mity i przed­sta­wie­nia reli­gijne, budo­wano drogi, kwi­tła wymiana, także cho­rób prze­no­szo­nych przez żoł­nie­rzy i kup­ców, dbano nawet o gene­tyczną poprawę jako­ści euro­pej­skich ras bydła, które zmie­szano z indyj­skimi. Trudno sobie wyobra­zić, co by było, gdyby gwał­towna cho­roba – naj­pew­niej zapa­le­nie płuc – nie prze­cięła nici życia Alek­san­dra w mło­dym wieku. Cywi­li­za­cja – pisał pięk­nie Arnold J. Toyn­bee – jest „podróżą, nie przy­sta­nią”, acz­kol­wiek trudno nie dostrzec w ślad za Fer­nan­dem Brau­dlem, że pra­dawne cywi­li­za­cje nie pod­dają się łatwo i nowe pań­stwa, nawet naj­więk­sze, bywają dla nich tylko przej­ścio­wymi szat­kami arle­kina15. Nie­mniej są wyjątki, by wska­zać Rzym, który na setki lat połą­czył sku­tecz­nie kilka kul­tur na pogra­ni­czu Europy, Azji i Afryki. Długi pokój zapew­nił im nie­znany wcze­śniej dobro­byt oraz sze­roko otwo­rzył drogi han­dlowe do Indii i zwłasz­cza do Chin, które pod rzą­dami dyna­stii Han prze­ży­wały wie­lu­set­letni roz­kwit gospo­dar­czy i kul­turalny. Poza wrzawą prze­mian poli­tycz­nych postę­po­wał pro­ces homo­ge­ni­za­cji bio­lo­gicz­nej Sta­rego Świata16.

Uparte trwa­nie przy „sta­rym”, w wypadku Egiptu przez tysiąc lat, nie jest wyra­zem siły, lecz raczej zgub­nej potęgi iner­cji. Skost­niała kul­tura i reli­gia – co z tego, że podzi­wiane przez Gre­ków, by przy­po­mnieć Hero­dota czy nawet Ary­sto­te­lesa – ani nie pomo­gły Egip­cja­nom wytrzy­mać kon­ku­ren­cji z ruchliwą cywi­li­za­cją hel­le­ni­styczną, ani nie przy­go­to­wały ich na spo­tka­nie z dyna­micz­nym isla­mem, przy­nie­sio­nym przez garstkę arab­skich zdo­byw­ców. Iran, mimo że rów­nie łatwo uległ maho­me­tań­skiemu pod­bo­jowi, zacho­wał wyraźną odręb­ność kul­tu­rową. Jej pod­stawę sta­no­wiła ory­gi­nalna i odpo­wia­da­jąca nowo­cze­snym – w zna­cze­niu swo­jego czasu i miej­sca – wyzwa­niom reli­gia zoro­astryj­ska, któ­rej wyraźne ślady, mimo licz­nych prze­śla­do­wań, prze­trwały po dziś dzień; w kul­tu­rze maso­wej nie­które jej ele­menty są widoczne na każ­dym kroku. Irań­ski Mitra nie bez przy­czyny wdarł się prze­bo­jem w III w. na tereny cesar­stwa rzym­skiego, zaj­mu­jąc w nie­jed­nej pry­wat­nej kapliczce, szcze­gól­nie żoł­nier­skiej, pocze­sne miej­sce, bywało że obok Chry­stusa – i obec­nie zachwyca prze­cież spra­wie­dli­wo­ścią i sto­no­waną mądro­ścią w nie­ma­ją­cej końca walce ze złem. Tym­cza­sem Egipt ze swoim odwiecz­nym świa­tem dawno zmur­sza­łych bogów i zasko­ru­pia­łych, lecz majęt­nych kapła­nów roz­pły­nął się w islam­skim morzu; znów nie przy­pad­kiem sku­teczny opór maho­me­ta­nom sta­wili tu jedy­nie kop­tyj­scy chrze­ści­ja­nie17.

W sytu­acji spo­tka­nia cywi­li­za­cyj­nego, które zawsze jest do pew­nego stop­nia zde­rze­niem kul­tur, sprawa odgra­ni­cze­nia od innych nabiera szcze­gól­nej ostro­ści. Bez gra­nic, niech­by poszar­pa­nych, nie spo­sób żyć, tylko jak je usta­no­wić, gdy wokół „wszystko pły­nie”. Wiel­kie rzeki – roz­bu­do­wy­wał w XVII w. myśl Ary­sto­te­lesa ojciec prawa mię­dzy­na­ro­do­wego Hugo Gro­cjusz – zacho­wują nazwę, choć niosą wciąż zmie­nia­jące się wody. Podob­nie jest z naro­dami, doda­wał, póki wymiana czą­ste­czek nie nastę­puje zbyt rap­tow­nie. Histo­ryk i pisarz fran­cu­ski Ernest Renan nazwał to dwa stu­le­cia póź­niej codzien­nym ple­bi­scy­tem, nie­ko­niecz­nie świa­do­mym18. Co jed­nak robić, gdy dopły­wa­jąca woda gwał­tow­nie przy­bie­rze, a jesz­cze naj­czę­ściej zetrze się z ogniem dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń poli­tycz­nych, w wyniku czego świat rap­tow­nie przy­spie­sza i prze­sta­jemy z niego cokol­wiek rozu­mieć? Nie przy­po­mi­namy wtedy panów Ziemi, o czym marzył czło­wiek ostat­nich pię­ciu tysięcy lat – od Gil­ga­me­sza poprzez Ary­sto­te­lesa i boha­te­rów biblij­nych aż po Marksa, Lenina i zwy­cię­skich kapi­ta­li­stów XX w. Bli­żej nam do omdle­wa­ją­cych ryb w rzece Ksan­tos, kiedy Homer kazał się bogom i żywio­łom przy­łą­czyć do zma­gań pod Troją. Czu­jąc drże­nie ziemi, po któ­rej hulają sil­niejsi niż my, więk­szość ludzi i ludów przy­sto­so­wuje się szybko do zmie­nio­nych oko­licz­no­ści i w ciągu paru poko­leń, nie bez ofiar wśród upar­tych, asy­mi­luje w nowej rze­czy­wi­sto­ści. Dotknęło to nawet prze­ko­na­nych o swo­ich prze­wa­gach Gre­ków w Egip­cie, na Bli­skim Wscho­dzie oraz w Mezo­po­ta­mii. Po tysiąc­let­nim pano­wa­niu ich języka i kul­tury pod­bój arab­ski zmiótł je niczym jesienny wiatr liście z drzew, gdy tylko lud­ność grec­ko­ję­zyczna utra­ciła uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję. Trwa nie­za­koń­czona debata nad tym, na ile eli­tarny był hel­le­nizm, a na ile prze­nik­nął sze­ro­kie war­stwy ludowe, które zwłasz­cza w Egip­cie trwały w nie do końca wyja­śnio­nym opo­rze, trak­to­wa­nym przez nie­któ­rych bada­czy jako ruch naro­dowy19.

*

Wobec pokusy hel­le­ni­za­cji sta­nęli rów­nież Żydzi, lud nie­wielki, jakich wię­cej było w tym gorą­cym regio­nie, jed­nej z kole­bek świata. Nie mieli spe­cjal­nych zadat­ków na prze­trwa­nie, jeśli weź­miemy pod uwagę ich liczbę, skłó­ce­nie wewnętrzne, paster­sko-rol­ni­czy cha­rak­ter pier­wot­nych zajęć i nie­chęć do morza, co pocią­gało za sobą rela­tywne ubó­stwo i kul­tu­ralne zamknię­cie. Zresztą Grecy, z któ­rymi Żydzi poznali się dopiero w epoce hel­le­ni­stycz­nej, bar­dzo ich pocią­gali. Że z nie­jaką wza­jem­no­ścią – nie ma w tym wypadku wiel­kiego zna­cze­nia wobec nie­rów­no­wagi sił20. Mito­lo­gia narodu prze­zna­czo­nego do wła­da­nia nad świa­tem, narodu filo­zo­fów, pra­wo­daw­ców i poetów, spo­tkała się z mitem narodu wybra­nego, narodu Księgi, który jed­nak rozu­miał swoją reli­gię w sen­sie uni­wer­sa­li­stycz­nym. Biblijny Jahwe jest bogiem wszyst­kich, zawarł wpraw­dzie sojusz z Izra­elem, lecz tylko dla­tego, że inne ludy nie chciały przy­jąć ofia­ro­wa­nej im Tory. Jego żąda­nia, by nie cudzo­ło­żyć, a tym bar­dziej nie kraść, prze­czyły całej tra­dy­cji ich dotych­cza­so­wego życia albo zda­wały się naj­zwy­czaj­niej zbyt wiel­kim wyzwa­niem moral­nym21. Zwłasz­cza od nie­woli babi­loń­skiej przy­mie­rze z Jahwe stało się dla Żydów na tyle klu­czowe, że każde kolejne nie­po­wo­dze­nie ich wzmac­niało. Ufność w opiekę Bożą dawała Izra­eli­tom poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nawet w „ciem­nej doli­nie śmierci” (Ps 23, 4). Sie­dząc nad rze­kami Mezo­po­ta­mii, pła­kali, wspo­mi­na­jąc Syjon i znisz­czoną Jero­zo­limę (Ps 137 i Lamen­ta­cje)22, lecz „nie wyrze­kli się prze­świad­cze­nia o wła­snej wyż­szo­ści i trwali w prze­ko­na­niu, że nie­szczę­ścia, które stały się ich udzia­łem, były spo­wo­do­wane gnie­wem Boga, ponie­waż nie zacho­wali czy­sto­ści wiary i rytu­ału”23.

Prze­sie­dleńcy żydow­scy nad Eufra­tem i Tygry­sem roz­miesz­czeni w pobliżu wiel­kich miast i zmu­szeni do porzu­ce­nia rol­nic­twa, dotych­czas pod­sta­wo­wego zaję­cia znacz­nej czę­ści z nich, mieli się w przy­spie­sza­ją­cym tem­pie asy­mi­lo­wać. Obser­wu­jąc nara­sta­jący wśród nich kult babi­loń­skich „bał­wa­nów”, pro­rocy Jere­miasz i Eze­chiel zaini­cjo­wali ruch oporu. Zasa­dzał się na rygo­ry­stycz­nym prze­strze­ga­niu orto­dok­sji reli­gij­nej, co w tym wypadku pro­wa­dziło zara­zem do nasi­la­ją­cego się żydow­skiego eks­klu­zy­wi­zmu naro­do­wego. W prak­tyce bowiem krok ten ozna­czał przy­spie­szone budo­wa­nie „murów” i „zam­ków” oraz sta­wia­nie „straży”. Chyba dopiero teraz, od VI w. przed Chr., kwe­stia toż­sa­mo­ści wysu­nęła się u Żydów na pierw­szy plan, a jej cen­tral­nym ele­men­tem stał się jedyny Bóg, tar­cza Izra­ela24. Efekty podej­mo­wa­nych sta­rań musiały być naj­wi­docz­niej nie­wy­star­cza­jące, skoro sto lat póź­niej Ezdrasz, kapłan i uczony żydow­ski w Babi­lo­nie i potem w Jero­zo­li­mie, doszedł do wnio­sku, że jeśli Żydzi naprawdę mają się nie roz­pły­nąć w pogań­skim morzu, potrzeba im „gra­nic ogni­stych”. Nawet pośród codzien­nej krzą­ta­niny nie mogli zapo­mnieć, skąd są i do kogo przy­na­leżą. Same wie­rze­nia już nie star­czały, nie­zbędny był – stwier­dza Abra­ham Cohen – „kom­plet­nie odmienny spo­sób życia: spe­cy­ficzny kult, ina­czej pro­wa­dzony dom”. Naj­mniej­szy szcze­gół naj­zwy­klej­szych czyn­no­ści pod­dany został kon­troli Pisma Świę­tego, a wła­ści­wie Pię­ciok­sięgu przy­pi­sy­wa­nego Moj­że­szowi, uzu­peł­nia­nego z cza­sem o ustne poucze­nia kapłań­skie. Z bie­giem lat i wie­ków wokół Tory wznie­siono „ogro­dze­nie” w postaci spi­sa­nego Tal­mudu oraz Miszny, ukształ­to­wa­nych w stu­le­ciach na prze­ło­mie sta­rej i naszej ery25. „Tam, gdzie są gra­nice, wyznacz­niki tego, czym jest reli­gia Księgi, poja­wiają się nie tylko odszcze­pień­cze sekty, ale i odszcze­pień­cze jed­nostki: apo­staci i kon­wer­tyci”26.

Jak poważne zagro­że­nie sta­no­wiły dla Żydów czasy hel­leń­skie, poka­zuje naj­le­piej spi­sana w końcu II w. przed Chr. Pierw­sza Księga Macha­bej­ska. Jej nie­znany autor, cał­kiem dobry histo­ryk, nie ma wąt­pli­wo­ści, że i tym razem wszel­kie nie­szczę­ścia przy­nie­śli cudzo­ziemcy – Alek­san­der Wielki i jego następcy, któ­rzy „doko­nali wiele złego na ziemi” (1 Mch 1, 9). Lecz praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo pocho­dziło teraz od wewnątrz, ponie­waż „syno­wie wia­ro­łomni” spo­śród samego Izra­ela (1 Mch 1, 11) zapa­lili się do gre­czy­zny: wybu­do­wali w Jero­zo­li­mie gim­na­zjum, odstą­pili od obrze­za­nia synów i zapo­mnieli o świę­tym przy­mie­rzu (1 Mch 1, 14–15). Co gor­sza, kiedy król syryj­ski Antio­chos IV zarzą­dził, aby wszy­scy w pań­stwie porzu­cili dawne oby­czaje i stali się jed­nym naro­dem, wielu Izra­eli­tom pomysł się spodo­bał. Skła­dali ofiary hel­leń­skim boż­kom, nawet ze świń­skiego mięsa, znie­wa­żali sza­bat, „dusze swoje bru­kali wszyst­kim, co jest nie­czy­ste i świa­towe” (1 Mch 1, 41–53). Szczę­śli­wie, kon­ty­nu­uje autor, zna­leźli się i tacy, któ­rzy woleli śmierć raczej niż odstą­pie­nie od Prawa i bez­czesz­cze­nie świę­tego przy­mie­rza (1 Mch 1, 63).

Korzy­sta­jąc z porażki Antio­cha w woj­nie z Egip­tem, a wła­ści­wie ze sto­ją­cym za nim Rzy­mem, Żydzi przy­stą­pili do powsta­nia, na czele któ­rego sta­nął ród Macha­be­uszy. Oka­zało się jed­nak, że król syryj­ski dys­po­nuje wciąż dosta­teczną siłą, aby odpo­wie­dzieć bru­tal­nymi prze­śla­do­wa­niami, zwłasz­cza że znowu wsparli go miej­scowi, poza obco­kra­jow­cami rów­nież zara­żona cudzo­ziemsz­czy­zną jero­zo­lim­ska szlachta, czę­sto trwa­jąca przy sta­rej wie­rze, jak sadu­ce­usze, ale pra­gnąca zacho­wać wpływy poli­tyczne, a może tylko ostat­nią – jak jej się wyda­wało – moż­li­wość tem­pe­ro­wa­nia dążeń nie­pod­le­gło­ścio­wych w mało sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku mię­dzy­na­ro­do­wym. Koniec koń­ców, powstańcy po dzie­się­cio­le­ciach upar­tej i bez­kom­pro­mi­so­wej walki zwy­cię­żyli, hel­le­ni­za­cja została powstrzy­mana zarówno w Pale­sty­nie, jak i pośród grec­ko­ję­zycz­nej żydow­skiej dia­spory. Gdyby ta nie­złomna i w jakiś spo­sób sza­lona garstka stra­ceń­ców ule­gła, histo­ria mogłaby się poto­czyć zupeł­nie ina­czej27. Nie prze­trwałby mono­te­istyczny juda­izm i nie przy­szłyby na świat jego nie­chciane dzieci ze związku z hel­le­ni­zmem – chrze­ści­jań­stwo i islam. Zasy­mi­lo­wani reli­gij­nie Żydzi nie sta­liby się zara­zem jedy­nym naro­dem świata hel­leń­skiego z gruntu wro­gim tra­dy­cji grec­kiej i potem rzym­skiej. Bro­niąc gra­nic wła­snej toż­sa­mo­ści, zamknęli się w sobie, nabrali podejrz­li­wo­ści wzglę­dem obcych wpły­wów, naj­drob­niej­szą kry­tykę prze­pi­sów praw­nych i kul­to­wych trak­to­wali jako wyraz apo­sta­zji, „czyn naru­sza­jący warunki przy­mie­rza z Jahwe”28.

Co nie udało się kapła­nom egip­skim, powio­dło się Żydom, przede wszyst­kim za sprawą głę­bo­kiego prze­ko­na­nia o przy­na­leż­no­ści do narodu wybra­nego, nie­mniej liczył się na pewno i inny powód. Reli­gia w Pale­sty­nie miała sze­ro­kie ludowe korze­nie, a to zapew­niało jej nie­zbędny do prze­trwa­nia kli­mat fer­mentu spo­łecz­nego i ide­owego. Co tylko eli­tarne, tra­fia wcze­śniej czy póź­niej do lamusa. „Skost­niałe mity i skost­niała prze­szłość są niczym eks­po­naty na wysta­wie muze­al­nej o daw­nych cywi­li­za­cjach i daw­nych reli­giach. Oglą­damy je z umiar­ko­wa­nym zacie­ka­wie­niem i bez więk­szych emo­cji. Nie oba­wiamy się ich i nie odczu­wamy potrzeby ich zmiany […]. Są bez­pieczne, bo mar­twe”29. Wobec zmar­łych łatwo być wiel­ko­dusz­nym30. Prawdą jest, że i w Egip­cie, i w Izra­elu wła­dzę reli­gijną spra­wo­wały rodziny kapłań­skie, czer­piące z tego nie­ba­ga­telne korzy­ści, ale pozy­cja chłop­stwa i wciąż jesz­cze nie­licz­nych rze­mieśl­ni­ków była u Żydów nie­po­rów­ny­wal­nie moc­niej­sza niż u Egip­cjan i zasa­dzała się na sil­nym poczu­ciu soli­da­ry­zmu spo­łecz­nego. Mimo więc że w Pale­sty­nie róż­nice mająt­kowe mię­dzy bied­nymi a boga­tymi pozo­sta­wały sto­sun­kowo naj­mniej­sze, wła­śnie tu – jak zauwa­żyła Ewa Wip­szycka – docho­dziło naj­czę­ściej do pro­te­stów spo­łecz­nych. Czasy hel­leń­skie przy­nio­sły ich nasi­le­nie, ponie­waż elita żyła bar­dziej osten­ta­cyj­nie, zgod­nie z mode­lem grec­kim i potem rzym­skim, gdzie „ubogi” zna­czyło w zasa­dzie tyle co „podły”. Dla kon­flik­tów spo­łecz­nych nie są ważne porów­naw­cze sta­ty­styki, doda­wała badaczka sta­ro­żyt­no­ści, lecz prze­świad­cze­nie, że zmiany idą ku gor­szemu, a życie warstw uboż­szych staje się coraz cięż­sze31.

Nie­za­do­wo­lony „pro­le­ta­riat” wewnętrzny, który w rozu­mie­niu mistrza ana­lo­gii histo­rycz­nej Arnolda Toyn­be­ego obej­muje także sze­roko pojętą inte­li­gen­cję, w tym daw­nych cza­sów, prze w takich sytu­acjach do zmiany i roz­sa­dza nie­spra­wie­dli­wo­ści sta­rych sys­te­mów, jeśli tylko znajdą się wielcy refor­ma­to­rzy potra­fiący rzu­cić i upo­wszech­nić ideę bar­dziej postę­pową. Pośród nich zba­wi­ciele – pół­bo­go­wie zro­dzeni z ludz­kich matek za sprawą nadludz­kich ojców, by cier­pieć za czło­wieka, a po speł­nie­niu ziem­skiej misji zostać jak Hera­kles wnie­bo­wzię­tym – wysu­nęli się zde­cy­do­wa­nie na czoło. Jezus wyła­mał się nawet spo­śród nich: „był czło­wie­kiem, który wie­rzył, że sam jest Synem Bożym”. Dla bry­tyj­skiego poli­hi­stora, ponie­kąd epi­gona – jeśli mie­rzyć współ­cze­sną zla­icy­zo­waną i wciąż zde­cy­do­wa­nie naro­dową miarą euro­pej­ską – wszelki roz­wój opiera się na idei wyż­szej, jaką dać może wyłącz­nie reli­gia, a nie tech­nika czy nacjo­na­lizm lub, mówiąc jego języ­kiem, Lewia­tan w ple­mien­nym przy­odzia­niu32. Kto chce zebrać praw­dziwe tłumy, musi mieć odpo­wied­nie sym­bole – doda­wał star­szy od Toyn­be­ego o poko­le­nie The­odor Herzl, który w odpo­wie­dzi na nara­sta­jący w Euro­pie prze­łomu XIX i XX w. anty­se­mi­tyzm roz­my­ślał o odbu­do­wie pań­stwa żydow­skiego w Pale­sty­nie albo Argen­ty­nie. Trzy­dzie­sto­pię­cio­letni dzien­ni­karz austriacki żydow­skiego pocho­dze­nia (nie pierw­szy raz narzuca się myśl, że trzy­dzie­sto­lat­ko­wie mają naj­więk­sze szanse stwo­rzyć dzieło odważne i wybitne zara­zem, nawet przy bra­kach eru­dy­cyj­nych) zda­wał sobie dosko­nale sprawę z tego, że bez nowych moż­li­wo­ści orga­ni­za­cyj­nych i tech­nicz­nych, jakie przy­niósł wiek żelaza i pary, jego ini­cja­tywa nie byłaby nawet warta roz­wa­że­nia. Chciał wszystko, zgod­nie z opty­mi­stycz­nymi wyobra­że­niami swo­ich cza­sów, naukowo zapro­gra­mo­wać. Rozu­miał, że jego pomysł gra­ni­czy z uto­pią i że ode­zwą się tech­no­kraci, któ­rzy wskażą na nie­wiel­kie szanse reali­za­cji planu. Dla­tego już w pierw­szym zda­niu pro­ro­czej książki Pań­stwo żydow­skie pozwo­lił sobie zauwa­żyć, że uwią­zani w codzien­no­ści, prak­tyczni fachowcy zdu­mie­wa­jąco nie­wiele rozu­mieją z realiów życia spo­łecz­nego, eko­no­micz­nego i poli­tycz­nego33. Miał wiele racji, wie­dza – szcze­gól­nie typu zachod­niego: spe­cja­li­styczna i zawę­żona do jed­nej, a w każ­dym razie nie­licz­nych, dzie­dziny34 – ogra­ni­cza hory­zonty nie­rzadko rów­nie mocno jak nie­wie­dza. W sta­ro­żyt­nym Izra­elu prze­łomu sta­rej i nowej ery naj­bar­dziej ceniono uczo­nych w Piśmie, a jed­nak wielcy rabini bro­nili war­to­ści spo­łecz­nej każ­dej pracy, bo – jak tłu­ma­czyli – na cóż zda się głowa, jeśli zosta­nie odjęte ciało? Skoro jeste­śmy od sie­bie wza­jem­nie uza­leż­nieni, nie ma prac małych i dużych, nie ma ludzi mniej czy wię­cej war­tych. Co by dało – powia­dał uczony rabbi Jocha­nan ben Zak­kaj – że kapłani naka­za­liby męż­czy­znom i kobie­tom obmy­cie rytu­alne, gdyby jakiś facho­wiec nie wybu­do­wał im studni35? Pro­fe­sjo­na­li­ści, doty­czy to także współ­cze­snych tech­no­kra­tów, są nie­zbędni, pro­blem w tym, aby nie zabie­rali się za to, czego nie potra­fią, przy­naj­mniej póki nie mają eru­dy­cji i spo­łecz­nej świa­do­mo­ści wiel­kich myśli­cieli reli­gij­nych. Ich wła­ściwe miej­sce jest wśród pra­cow­ni­ków pomoc­ni­czo–tech­nicz­nych, któ­rzy dostar­czają roz­wią­zań i narzę­dzi, a nie wśród tych, któ­rzy podej­mują klu­czowe dla wspól­noty decy­zje w dzie­dzi­nie spo­łeczno-eko­no­micz­nej, a tym bar­dziej w zakre­sie idei. Zda­rza się, że są to zada­nia pra­wie rów­nie ważne, by wska­zać na dzia­łal­ność św. Pawła, mniej wię­cej rówie­śnika Jocha­nana i tak samo jed­no­znacz­nego w kwe­stii podej­ścia do pracy. „Kto nie chce pra­co­wać, niech też nie je” – tłu­ma­czył Paweł tesa­lo­ni­cza­nom (2 Tes 3, 10; por. też Dz 18, 3 i 20, 34) w opo­zy­cji do Ary­sto­te­lesa, który zapro­wa­dził myśl grecką w tym zakre­sie w ślepą uliczkę, zapo­mniaw­szy o kapi­tal­nej, chcia­łoby się rzec „webe­row­skiej”, myśli swego ziomka Hezjoda, dziś już pra­wie sprzed trzech tysięcy lat, że na dro­dze do cnoty bogo­wie poło­żyli pracę i żadna z nich nie hańbi36. Bez odważ­nych idei z przy­po­wie­ści i dzia­łal­no­ści Jezusa fary­ze­usz Sza­weł spę­dziłby życie na walce z odstęp­cami od juda­izmu, de facto by nie zaist­niał, ale czy chrze­ści­jań­stwo roz­wi­nę­łoby się bez inte­lektu, wykształ­ce­nia, wresz­cie orga­ni­za­cyj­nego geniu­szu i nie­wy­czer­pal­nej aktyw­no­ści zeloty z Tarsu? Śmiem wąt­pić. Dzia­łal­ność przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści z nas ma w skali dłu­giego czasu dość ogra­ni­czone zna­cze­nie i trzeba się umieć z tym pogo­dzić. „Wyjątki się zda­rzają, ale cho­dzi o postaci, co by o nich nie mówić, nie z tego świata, jak asceta Budda – syn ksią­żę­cego rodu, obrońca grzesz­ni­ków Jezus – syn cie­śli z Naza­retu, czy sie­rota i anal­fa­beta Maho­met, z pocho­dze­nia kupiec, który zatrosz­czył się o los wdów. Łączyło ich to, że roz­my­ślali nie nad wzro­stem gospo­dar­czym, lecz nie­spra­wie­dli­wo­ścią wyni­ka­jącą z nie­rów­no­ści spo­łecz­nych”37.

*

W roku 63 przed naszą erą Pale­styna prze­szła pod wła­dzę Rzymu, który dwa dzie­się­cio­le­cia póź­niej prze­ka­zał bez­po­śred­nie rządy Hero­dowi Wiel­kiemu, odno­wi­cie­lowi świą­tyni jero­zo­lim­skiej i… zde­kla­ro­wa­nemu filo­hel­le­nowi. Prawda, władca sza­no­wał reli­gię ludu i liczył się ze zda­niem kapła­nów i uczo­nych w Piśmie, lecz jego spo­sób życia pozo­sta­wiał dużo do życze­nia. Wyba­czono by mu to zapewne, jak czę­sto moż­nym tego świata, gdyby prze­pych dworu i żywa dzia­łal­ność budow­lana Heroda nie wyma­gały wyż­szych podat­ków. By zła­mać opór spo­łeczny, król zapro­wa­dził ter­ror szpie­gow­sko-poli­cyjny i bez­li­to­śnie dła­wił w zarodku wszel­kie prze­jawy nie­za­do­wo­le­nia. W razie potrzeby odwo­ły­wał się do armii skom­ple­to­wa­nej z obcych żoł­nie­rzy, pod­czas gdy wal­czący na spo­sób grecki – naj­no­wo­cze­śniej – Żydzi szu­kali dla sie­bie miej­sca w sze­re­gach armii wiel­kich sąsia­dów38. Cho­ciaż więc powsta­nie macha­bej­skie zwy­cię­żyło, Pale­styna kipiała, a Jahwe Tal­mudu nie­prze­rwa­nie zamar­twiał się, że gdy pozo­stawi „Izra­eli­tów samych sobie, pochłoną ich pogań­skie narody”39.

Kraj prze­mie­rzali liczni tana­ici, uczeni w Piśmie nauczy­ciele, któ­rzy roz­pra­wiali, jak żyć i bro­nić się przed hel­le­ni­styczną zarazą, szcze­gól­nie od kiedy zna­la­zła wspar­cie w potę­dze Rzymu. Po rzą­dzo­nej przez Heroda Judei gra­so­wały, jak pisze Józef Fla­wiusz, dowo­dzone przez samo­zwań­czych kró­lów bandy roz­bój­ni­ków, mające się dawać lud­no­ści gorzej we znaki niż Rzy­mia­nie40. W Gali­lei mło­dzi zeloci – spo­śród nich wywo­dził się apo­stoł Szy­mon z przy­dom­kiem Gor­liwy (Łk 6, 15) – napa­dali na pobor­ców podat­ko­wych i parli do ponow­nego zrywu – ter­ro­ry­ści swo­ich cza­sów. Podob­nie jak fary­ze­usze wycze­ki­wali mesja­sza, nie­zwy­cię­żo­nego króla i kapłana z rodu Dawida, tyle że w ich rozu­mie­niu miał on porwać Żydów do powsta­nia, czego jak ognia oba­wiała się star­szy­zna i, gene­ral­nie rzecz bio­rąc, reali­ści. Bar­dzo nie­liczni w tej sytu­acji wybie­gali myślami dalej niż poza hory­zont Izra­ela i juda­izmu. Jed­nym z nich był Jezus. Nie­mniej i On potra­fił się zapo­mnieć, jak poka­zuje spo­tka­nie z pewną syryj­ską Feni­cjanką w oko­li­cach Tyru, któ­rej w pierw­szej chwili odmó­wił pomocy. Prze­ko­ny­wał, że został „posłany tylko do owiec, które pogi­nęły z domu Izra­ela”, doda­jąc: „nie­do­brze jest zabrać chleb dzie­ciom, a rzu­cić psom” (Mt 15, 24–26). Dopiero nie­od­parta wiara kobiety w uzdro­wień­czą moc Jezusa prze­ła­mała Jego opór. Wiara, obok miło­ści, prze­ba­cze­nia i miło­sier­dzia, odgry­wała w naucza­niu Naza­rej­czyka rolę klu­czową – prze­no­siła góry. Nie chciał pozo­stać obo­jętny, mimo że ucznio­wie wzy­wali Go, aby odpra­wił naprzy­krza­jącą się pogankę41. Wie­dział prze­cież, iż wydałby na nią wyrok. Ledwo zwąt­pisz, już toniesz – kon­sta­tuje nie bez racji pisarz szwaj­car­ski Jürg Amann w pięk­nej „auto­bio­gra­fii” Jezusa42. Szkoda tylko, że nie radzi, jak to pogo­dzić z życiem w świe­cie wypeł­nio­nym po same brzegi wąt­pli­wo­ściami, mają­cymi źró­dło w naby­wa­niu doświad­czeń i nara­sta­niu wie­dzy. Na ile są one jesz­cze nie­zbęd­nym bala­stem, chro­nią­cym łódź przed nagłymi ude­rze­niami fal i wia­tru, na ile zaś nad­mier­nym cię­ża­rem, który pocią­gnie na dno łódź z całą załogą?

Gene­tycz­nie wywo­dził się Jezus naj­pew­niej z cha­sy­dów („poboż­nych”), któ­rzy wsparli powsta­nie Macha­be­uszy, ale ni­gdy nie dali się prze­ko­nać do walki w sza­bat. Co cie­kawe, z nich wyszli też fary­ze­usze („oddzie­leni”, jak się to naj­czę­ściej tłu­ma­czy w bibli­styce, ale może jed­nak „trzy­ma­jący się z dala” od rytu­al­nego ska­la­nia, albo wręcz „inter­pre­ta­to­rzy” Tory43), odrzu­ca­jący mesja­nizm i apo­ka­lip­tyczne wizje cha­sy­dów, lecz sto­jący rów­nie mocno na grun­cie Prawa. Od szla­chec­kich sadu­ce­uszy oddzie­lało oba te ugru­po­wa­nia mniej­sze otwar­cie na wpływy hel­leń­skie oraz poglądy escha­to­lo­giczne, w tym szcze­gól­nie doty­czące życia pośmiert­nego, pośmiert­nej kary i zmar­twych­wsta­nia. Kto z cha­sy­dów i potem rów­nież z fary­ze­uszy nie potra­fił sobie zna­leźć miej­sca w kształ­tu­ją­cym się na nowo ukła­dzie, szu­kał go albo pomię­dzy naj­bar­dziej rady­kal­nymi esseń­czy­kami, albo odwrot­nie: wśród ugru­po­wań nie­go­dzą­cych się ze skost­nie­niem wokół Prawa. Nie wia­domo, jak liczne były te grupy, w każ­dym razie z daw­nymi cha­sy­dami łączyły je mesja­ni­styczne i apo­ka­lip­tyczne wizje, dzie­liło jed­nak otwar­cie na hel­le­nizm, szcze­gól­nie silne w dzie­dzi­nie filo­zo­fii, i żąda­nie mniej for­ma­li­stycz­nego podej­ścia do wiary, co w prak­tyce ozna­czało także jej odsu­nię­cie od bez­po­śred­niej poli­tyki – rzecz i dzi­siaj nie­ła­twa do osią­gnię­cia. Osta­tecz­nie ludzie ci, jak się przy­pusz­cza, zasi­lili naj­star­szą gminę chrze­ści­jań­ską w Pale­sty­nie. Rów­nież pierwsi chrze­ści­ja­nie na innych tere­nach cesar­stwa to przede wszyst­kim żyjący w dia­spo­rze Żydzi. Wielu mogło sobie nawet nie zda­wać sprawy, że odcho­dzą od juda­izmu. List Pawła do Gala­tów, a może jesz­cze bar­dziej Dzieje Apo­stol­skie poka­zują kapi­tal­nie, jak nie­pew­nie czuli się Żydzi i zara­zem pierwsi chrze­ści­ja­nie wobec prze­pi­sów rytu­al­nych i cere­mo­nial­nych, głów­nie Prawa i obrze­za­nia (Dz 15, 4 nn. i 16, 3 nn.). Nauczali ich na­dal Żydzi, a grecki spo­sób myśle­nia był żywy także pośród fary­ze­uszy, nawet jeśli pośród mniej­szej ich czę­ści44. Nauki Jezusa nie wzięły się, jak jesz­cze zoba­czymy, zni­kąd. Odwrot­nie, znaj­dują silne umo­co­wa­nie w Sta­rym Testa­men­cie, ale i we współ­cze­snych Mu tren­dach juda­izmu.

Herod nie zasłu­żył na przy­do­mek „wielki”. Łożył na świą­ty­nię jero­zo­lim­ską przez dzie­się­cio­le­cia, wszy­scy ją teraz podzi­wiali, lecz był to wysi­łek próżny – ostała się nie­wiele dłu­żej niż trwała odbu­dowa. Po ponad czter­dzie­sto­let­nim pano­wa­niu pozo­sta­wił kró­le­stwo bar­dziej podzie­lone, niż to, które zastał, wobec czego Rzy­mia­nie prze­kształ­cili je w zarzą­dzaną przez czte­rech namiest­ni­ków pro­win­cję. Naj­waż­niej­szą Judeę z Jero­zo­limą dzier­żył bez­po­śred­nio rzym­ski pro­ku­ra­tor, w Gali­lei tetrar­chą został Herod Anty­pas, naj­młod­szy syn kró­lew­ski, który zasły­nął głów­nie ścię­ciem Jana Chrzci­ciela. Nie dość, że poszcze­gólne żydow­skie ple­miona, stron­nic­twa reli­gijne i poli­tyczne – żyjący w odosob­nie­niu na pustyni nie­liczni esseń­czycy, tra­cący wpływy zamożni sadu­ce­usze i domi­nu­jący już fary­ze­usze – żywiły do sie­bie nie­chęć, by nie rzec – pałały nie­na­wi­ścią, jak w wypadku Sama­ry­tan, to na doda­tek sto­sunki z Rzy­mem, obser­wu­ją­cym nara­sta­nie trud­nych do zro­zu­mie­nia z pozy­cji mocar­stwa nie­po­ko­jów, ukła­dały się coraz gorzej. Powszechna w kul­tu­rze hel­le­ni­stycz­nej iry­ta­cja z powodu żydow­skiego izo­la­cjo­ni­zmu łączyła się jed­nak z zacie­ka­wie­niem Gre­ków żydow­skim mono­te­izmem. Rzy­mia­nie odno­szą się do Żydów z bez­na­miętną obo­jęt­no­ścią gra­ni­czącą z pogardą. Wodzo­wie rzym­scy, jak Pom­pe­jusz, naru­szają naj­więk­sze żydow­skie świę­to­ści, wstręt do żydow­skich i zaraz potem chrze­ści­jań­skich „zabo­bo­nów” podzie­lają rzym­scy inte­lek­tu­ali­ści, by wska­zać tylko na naj­wy­bit­niej­szych – histo­ryka Tacyta oraz jego przy­ja­ciela praw­nika i poli­tyka Pli­niu­sza Młod­szego45. Jed­no­cze­śnie trudno powąt­pie­wać, że Rzym na prze­ło­mie er robił na świa­do­mych jego potęgi Żydach to samo nie­kła­mane wra­że­nie, jakie wzbu­dził w latach 63–64 w Józe­fie Fla­wiu­szu, uczest­niku i histo­ryku kolej­nego powsta­nia żydow­skiego, któ­rego był zresztą zde­cy­do­wa­nym prze­ciw­ni­kiem. Uwa­żał, że wobec potęgi Rzymu eks­tre­mi­ści nie mają żad­nych szans, rów­nież dla­tego, że Bóg odwró­cił się od grzesz­nego Izra­ela i naj­wi­docz­niej prze­niósł popar­cie na cesar­stwo, skoro przy­dzie­lił mu taką pozy­cję w świe­cie. Kil­ku­letni zryw powstań­czy zakoń­czył się w 70 r. zdo­by­ciem przez syna cesar­skiego, Tytusa, Jero­zo­limy, jej tyle­kroć zapo­wia­da­nym przez pro­ro­ków zbu­rze­niem i wygna­niem Żydów46. Nie­mniej cesarz przed­wcze­śnie pochwa­lił się na Rynku Rzym­skim (Forum Roma­num) innego Wiecz­nego Mia­sta zwy­cię­stwem, które uświet­nił sto­ją­cym do dziś łukiem trium­fal­nym. Po ogrom­nym Impe­rium Roma­num nie ma śladu w poli­tycz­nym sen­sie, maleńki Izrael jest tam, gdzie był, a Żydzi, na­dal mocno podzie­leni, modlą się nie­prze­rwa­nie pod jedyną zacho­waną ścianą świą­tyni, przy­pi­sy­waną naj­mą­drzej­szemu z kró­lów – Salo­mo­nowi47.

Ewan­ge­lie nie pozo­sta­wiają na fary­ze­uszach suchej nitki, a uwa­żana przy­naj­mniej do nie­dawna za jedną ze star­szych Ewan­ge­lia Mate­uszowa wręcz bul­goce nie­chę­cią do „oddzie­lo­nych”48. Dla chrze­ści­jan stali się oni syno­ni­mem obłud­ni­ków. Nie przy­pad­kiem, mimo bowiem że nie­któ­rzy z nich zwra­cają się do Jezusa z sza­cun­kiem per Rabbi – Nauczy­cielu, szu­ka­jąc może cza­sami jakiejś formy dia­logu, a przy­naj­mniej sta­ra­jąc się Go wyba­dać, On sam mówi o nich naj­czę­ściej źle, uży­wa­jąc epi­te­tów, które wejdą do arse­nału wszyst­kich zaj­mu­ją­cych się poga­nami śre­dnio­wiecz­nych kro­ni­ka­rzy. „Węży” i „żmi­jo­wego ple­mie­nia” mało który potra­fił sobie daro­wać. Dzi­wić się nie spo­sób, skoro nawet rene­san­sowy i kry­tyczny umysł Era­zma z Rot­ter­damu nie dostrzegł, jak się zdaje, że Jezus wywo­dzi się z tego samego stada, co fary­ze­usze. Zja­wi­sko anta­go­ni­zmu dzie­lą­cego postaci o wspól­nym pocho­dze­niu musi być histo­rycz­nie i spo­łecz­nie dość typowe, skoro prze­szło do mitów49. Zyg­munt Freud nazwał je nar­cy­zmem małych róż­nic – naj­trud­niej­sze do wyzna­cze­nia są gra­nice naj­bliż­sze50. Histo­ria reli­gii, co zro­zu­miałe, dostar­cza szcze­gól­nie licz­nych przy­kła­dów tego typu. Wszak Stwórca przy­go­to­wał naj­cięż­sze lochy dla upa­dłych anio­łów, któ­rzy zwie­dli Ewę i inne piękne córy ludz­kie, wcho­dząc z nimi w ziem­skie związki51. W kon­tek­ście Era­zma star­czy przy­po­mnieć nara­sta­jącą wzglę­dem niego wzgardę Mar­cina Lutra, odkąd „książę huma­ni­stów” zde­cy­do­wał się, wbrew wszyst­kiemu, co łączyło go z refor­ma­to­rami, na pozo­sta­nie w Kościele kato­lic­kim. Z kolei teo­log nie­miecki, po chłop­sku uparty i prze­ko­nany o dosłow­nej nie­omyl­no­ści Pisma nawet w spra­wach „nie do wiary”, miał pro­blemy z licz­nymi adwer­sa­rzami. Z Era­zmem ściął się na tle „ducha” oraz w fun­da­men­tal­nej kwe­stii wol­nej woli, akcep­tu­jąc za sprawą pło­mien­nej wiary i bez­gra­nicz­nej ufno­ści do wro­giej rozu­mowi trans­cen­den­cji bez­względny deter­mi­nizm ludz­kiego życia, mimo że odbie­rał życiu sens. Rów­nież bli­skim zwin­glia­nom zarzu­cał „innego ducha”. Kom­plet­nie poiry­to­wany Rot­ter­dam­czyk zano­to­wał pew­nego razu, że jest czło­wie­kiem i głosu ducha nie sły­szy52.

Jezus nie wyrzu­cał fary­ze­uszy ze świą­tyń, modlił się i nauczał w utrzy­my­wa­nych przez nich syna­go­gach, cza­sami z nimi dys­ku­to­wał, rza­dziej gwał­tow­nie wybu­chał, jak w słyn­nej mowie prze­ciw uczo­nym w Piśmie i fary­ze­uszom, któ­rzy gro­dzą drogę do kró­le­stwa nie­bie­skiego, zaj­mują pierw­sze miej­sca w syna­go­gach i na ucztach, obja­dają domy wdów pod pozo­rem dłu­gich modlitw i przy­po­mi­nają pobie­lone groby, „które z zewnątrz wyglą­dają pięk­nie, lecz wewnątrz pełne są kości tru­pich i wszel­kiego plu­ga­stwa” (Mt 23, 27). Syn Czło­wie­czy gar­dzi fary­zej­ską hipo­kry­zją, także jako spo­so­bem debaty, ale gdy trzeba, umie po mistrzow­sku odpo­wie­dzieć tą samą bro­nią. Zacho­wuje przy tym rezo­lut­ność i rodzaj ludo­wej prze­bie­gło­ści53, pra­wie nie­spo­ty­ka­nej u inte­lek­tu­ali­stów, a już zwłasz­cza u uczo­nych wycho­wa­nych w naszej rabi­nicz­nej tra­dy­cji stu­dio­wa­nia, w któ­rej księga zastę­puje nie­kiedy życie54. Był głę­boko prze­ko­nany, że wiara oparta wyłącz­nie na prze­pi­sach praw­nych i kul­cie pro­wa­dzi doni­kąd i że trzeba podejść do niej w spo­sób mniej for­malny – otwo­rzyć serca. Nie dostrzegł albo Go to nie inte­re­so­wało, że spraw­dzone przez stu­le­cia tra­dy­cje Prawa sta­no­wiły o toż­sa­mo­ści żydow­skiej i pomo­gły Żydom zacho­wać odręb­ność. Trudno byłoby więc tak po pro­stu odmó­wić fary­ze­uszom mądro­ści, a tym bar­dziej zapo­bie­gli­wo­ści. Jak wia­domo, mecha­ni­zmów dobrze dzia­ła­ją­cych i utrwa­lo­nych tra­dy­cją nie zmie­nia się, póki naprawdę nie zaj­dzie koniecz­ność, a i w takiej sytu­acji robi się to nie­zmier­nie ostroż­nie. Nawet naj­szczyt­niej­sze zamiary ni­gdy nie dają pew­no­ści, co z reform moder­ni­za­cyj­nych wynik­nie.

W spra­wach kultu Jezus wcho­dził na jesz­cze bar­dziej grzą­ski grunt. Pra­gnął prze­kro­czyć nie­prze­kra­czalne – gra­nice poj­mo­wa­nia ówcze­snych ludzi. Wybie­gał w daleką przy­szłość, albo­wiem ujaw­nia­nie emo­cji, szcze­gól­nie przez męż­czyzn, budziło u sta­ro­żyt­nych raczej nie­chęć, by nie powie­dzieć strach, koja­rząc im się z obłę­dem. Przy całym opo­rze wobec emo­cji trudno zara­zem spo­tkać Greka, zauwa­żył Aubrey de Sélincourt, który nie popa­dałby w stany wysoce emo­cjo­nalne. Jedno dru­giemu w żad­nym wypadku nie prze­czy, emo­cje zwal­czano wła­śnie dla­tego, że sta­no­wiły prze­szkodę w sta­bil­nym życiu jed­nostki i wspól­noty. Kul­turę stwo­rzy­li­śmy po to, by móc w ogóle żyć, w naszych duszach bowiem – stwier­dzał jeden z pierw­szych ich nauko­wych odkryw­ców Zyg­munt Freud – sza­leją żywioły55. Mylił się nato­miast, twier­dząc, że czło­wiek „pier­wotny” czuł się lepiej bez ogra­ni­czeń popę­dów, którą to myśl prze­jął od niego Carl Gustav Jung, przy­pi­su­jąc czło­wiekowi „pier­wot­nemu” dodat­kowo brak zdol­no­ści do wyda­wa­nia sądów moral­nych56. Jest oczy­wi­ste, że etyka to sprawa trwa­ją­cego przez tysiąc­le­cia roz­woju, ale gdyby w isto­cie było tak, że czło­wie­kowi jest lepiej bez niej, nie ucie­kałby z tam­tego bru­tal­nego świata, ile sił w nogach. Wiemy wpraw­dzie tym­cza­sem, że nawet dzi­kie zwie­rzęta znają uczu­cie przy­jaźni i dość rzadko ska­czą sobie do gar­deł, a już pra­wie ni­gdy nie krzyw­dzą osob­ni­ków mło­dych i słab­szych tego samego gatunku (co cie­kawe, naj­bar­dziej roz­wi­nięte zacho­wa­nia „zbieżne z moral­no­ścią” mają wilki oraz żyjące w wiel­kich sta­dach kawki, które bez „kodek­sów rycer­skich” i „walk tur­nie­jo­wych”, w znacz­nej mie­rze pozo­ro­wa­nych, nie mia­łyby nie­omal szans prze­trwać)57. Nie­mniej wyry­wa­niu się czło­wieka ze świata bez reguł poświę­cone jest, na pewno nie przy­pad­kiem, już naj­star­sze dzieło lite­rac­kie, jakie znamy – Gil­ga­mesz, utwór o trud­no­ści pogo­dze­nia się czło­wieka z nie­unik­nioną śmier­cią, ale też o naro­dzi­nach moral­no­ści poprzez przy­jaźń i miłość. Nad Gil­ga­me­szem, pisał Robert Stil­ler we wstę­pie do pol­skiego tłu­ma­cze­nia naj­star­szego eposu, góru­jemy wie­dzą i tysiąc­le­ciami doświad­czeń, „ale mało mogli­by­śmy mu prze­ciw­sta­wić, jeśli cho­dzi o śmia­łość myśli i poczy­nań, docie­kli­wość poznaw­czą i etyczną, głę­bię i powagę w podej­ściu do spraw życia i śmierci oraz wraż­li­wość este­tyczną”58.

Cena ujaw­nie­nia emo­cji była naj­czę­ściej bar­dzo wysoka. Dziel­nemu Aja­sowi pod Troją, gdy ze zło­ści na decy­zję wodzów wyprawy wybił w zapa­mię­ta­niu stado bydła, pozo­stało tylko samo­bój­stwo bądź hańba. Hades lep­szy niż sza­leń­stwo – śpiewa chór u Sofo­klesa, gdy wojow­nik rzuca się na miecz59. Ludzi i bogów nie inte­re­so­wało jesz­cze, co kto nosi w sercu, trak­to­wa­nym – wobec nie­zna­jo­mo­ści sys­temu ner­wo­wego – jako cen­trum zarzą­dza­nia naszego orga­ni­zmu60, lecz jak się zacho­wuje. Jed­nostki nazbyt emo­cjo­nalne – skłonne do roz­czu­la­nia się, draż­liwe i melan­cho­lijne – Tal­mud trak­to­wał jako nie­zdolne do wła­ści­wego życia61. W sta­ro­żyt­nym bud­dy­zmie opa­no­wa­nie emo­cji, zapewne znów nie przy­pad­kiem szcze­gól­nie przez war­stwę wojow­ni­ków, sta­no­wiło wstęp do przej­ścia ze świata sam­sary, zdo­mi­no­wa­nego przez cier­pie­nie, do świata nir­wany, eli­tar­nej ponie­kąd sfery istot wyzwo­lo­nych, nie­do­stęp­nej ludziom owład­nię­tym przez silne nega­tywne emo­cje. Słowo „nir­wana” ozna­cza „zdmuch­nię­cie” szko­dli­wych emo­cji i wyna­tu­rzo­nych pra­gnień, zwłasz­cza żądzy oraz chci­wo­ści, a naj­le­piej ich rów­no­le­głe zastą­pie­nie miłu­jącą dobro­cią i współ­czu­ciem, co kapi­tal­nie obra­zuje nasze kul­tu­ralne doj­rze­wa­nie62. We współ­cze­snym hin­du­izmie, pod­su­mo­wuje repor­ta­żystka Pau­lina Wilk, liczy się bar­dziej to, jak żyjesz, a nie to, w co i jak wie­rzysz. Naj­waż­niej­sze jest spro­sta­nie prak­tyce życia, wyma­ga­niom moral­nym i praw­nym, okre­śla­nym jako dharma, czyli naukom Buddy63. Sid­dharta dopiął celu w wieku 35 lat i stał się Buddą, czyli prze­bu­dzo­nym. Kilka stu­leci póź­niej w podob­nym kie­runku pój­dzie nie­wiele odeń młod­szy Jezus. Trudno powie­dzieć, na ile nie­za­leż­nie, gdyż brak szcze­gó­ło­wych badań – Indie są wła­ści­wie nie­obecne w teo­lo­gii chrze­ści­jań­skiej, mimo że zbież­no­ści mię­dzy bud­dy­zmem a chrze­ści­jań­stwem, szcze­gól­nie mię­dzy ukształ­to­waną w ostat­nim wieku przed Chry­stu­sem maha­janą a wcze­sno­chrze­ści­jań­ską gnozą, są czy­telne nawet dla laika. Wia­domo o kon­tak­tach bud­dyj­sko-hel­leń­skich i wza­jem­nych zapo­ży­cze­niach, lecz nic nie potra­fimy powie­dzieć – albo nie­wiele – na temat ich chro­no­lo­gii i dróg prze­ni­ka­nia. Star­szeń­stwo wpły­wów bud­dyj­skich mogłyby potwier­dzać w pew­nym stop­niu szlaki, na któ­rych spo­ty­kamy gnozę: poprzez irań­ski Środ­kowy Wschód do Syrii i Pale­styny, czyli na Bli­ski Wschód, gdzie dostała się ona mniej wię­cej w cza­sach chry­stu­so­wych. Pro­blem w tym, że tek­sty gno­styc­kie przy­wo­łują róż­no­rodne auto­ry­tety, lecz nie­zmier­nie rzadko bud­dyj­skie64. Jeśli wie­rzyć jed­nej ze star­szych Ewan­ge­lii, nie­ob­ję­tej kano­nem Ewan­ge­lii Toma­sza, nie­stety zacho­wa­nej w dość póź­nym (IV w.) tłu­ma­cze­niu kop­tyj­skim (i w nie­wiel­kich frag­men­tach grec­kich), Jezus i jego ucznio­wie ostroż­nie korzy­stali z ele­men­tów gno­stycz­nych, które wyparł potem św. Paweł, pozo­sta­jący w ostrym kon­flik­cie z Pio­trem, jero­zo­lim­skim Jaku­bem i gene­ral­nie z bez­po­śred­nimi uczniami Jezusa. Johan­nes Fried podej­rzewa nawet, jeśli dobrze rozu­miem nie­miec­kiego medie­wi­stę, iż nie obja­wie­nie, lecz wła­śnie gnoza – samo­po­zna­nie na dro­dze do roz­po­zna­nia syna Bożego w samym sobie – przy­cią­gała do Jezusa nie­któ­rych uczo­nych fary­ze­uszy. Nocną tajną lek­cję udzie­loną jed­nemu z nich, wier­nemu do końca Niko­de­mowi, opi­suje dość szcze­gó­łowo Ewan­ge­lia Jana (J 3, 1 nn.)65. Fale prze­pły­wów cywi­li­za­cyj­nych prze­su­wały się wtedy wol­niej, ale, jak się zdaje, nie mniej sku­tecz­nie. Może wręcz się­gały głę­biej, do samego sedna, gdyż długi okres pozwa­lał na ich stop­niową syn­tezę, u któ­rej końca nikt już tak naprawdę nie wie­dział, co i skąd wzięło począ­tek. Ważne, że było poży­teczne dla naszego indy­wi­du­al­nego, a tym bar­dziej wspól­no­to­wego życia. Powoli zrzu­ca­li­śmy z sie­bie „sierść kudłatą” i oduczali ska­kać sobie do gar­deł jak „dzi­kie zwie­rzęta”. Gwałt prze­sta­wał być akcep­to­wany, poja­wiła się przy­jaźń, a władcy zostali pouczeni, że są zobo­wią­zani chro­nić lud­ność i sze­rzyć spra­wie­dli­wość66. Naj­czę­ściej nie doty­czyło to jed­na­ko­woż wro­gów i pod tym wzglę­dem nie­wiele zmie­ni­li­śmy się po dziś dzień, przy czym cho­dzi nie tylko o sto­su­nek do wro­gich naro­dów, lecz rów­nież do wro­gów wewnętrz­nych67. Pół­nocne Indie, które prze­mie­rzał Budda, wygła­sza­jąc kaza­nia, nie są dale­kie od hel­le­ni­stycz­nego Bli­skiego i Środ­ko­wego Wschodu. Ści­słe kon­takty z Ira­nem i pokrew­nym mu Afga­ni­sta­nem utrzy­my­wały już w sta­ro­żyt­no­ści68. Świat hin­du­istyczno-bud­dy­styczny jest o tyle cie­kaw­szy od naszego (współ­cze­snego!), że zamiesz­kują go nie tylko ludzie, lecz rów­nież inne orga­ni­zmy czu­jące – zwie­rzęta, istoty prze­by­wa­jące w pie­kłach, głodne duchy, pół­bo­go­wie i bogo­wie. Nie wszyst­kie mają ciało, ono dla miesz­kań­ców Czar­nej Afryki69 i połu­dnio­wej Azji, także muzuł­mań­skiej70, nie jest by­naj­mniej naj­waż­niej­sze, acz­kol­wiek zawsze jest cenne: w bud­dy­zmie w zasa­dzie tylko ono pozwala gro­ma­dzić dobrą karmę na poczet przy­szłych rein­kar­na­cji (zauważmy gwoli porządku, że i Pań­stwo Boże św. Augu­styna już na ziem­skim eta­pie zamiesz­kują – obok róż­nych ludzi, oby­wa­teli dwóch państw: ziem­skiego i Bożego – bar­dzo liczne duchy, święte anioły71). Łączy te orga­ni­zmy posia­da­nie psy­chiki i świa­do­mo­ści, które pozwa­lają im cie­szyć się i cier­pieć. Prze­zwy­cię­żyć zmory i udręki codzien­nego życia można wyłącz­nie drogą mozol­nej i trwa­ją­cej wiele wcie­leń samo­na­prawy, odwo­ła­niem się do wła­snego wnę­trza i tkwią­cych w nim sił, a nie do bogów, któ­rzy są wpraw­dzie potęż­niejsi od ludzi, ale nie wszech­mocni, nie mogą zmie­nić ani świata, ani jed­no­stek72. Bywa jed­nak, że się prze­ma­gają w opo­rze wobec grze­chu wojny i zabi­ja­nia, aby pomóc nam w spra­wie­dli­wej i koniecz­nej walce prze­ciw mon­stru­al­nemu złu, które nisz­czy cały znany porzą­dek etyczny, by przy­po­mnieć dyle­maty naj­lep­szego łucz­nika indyj­skiego Ardżuny z Maha­bha­raty u progu bitwy pod Kuruk­sze­trą73.

Jak emo­cje u sta­ro­żyt­nych nie były w cenie, tak tym bar­dziej wiara sta­ro­żyt­nych nie opie­rała się na uczu­ciach, a już w żad­nym razie na miło­ści i prze­ba­cze­niu. Pierw­sze kroki w tym kie­runku zro­bił Budda około pię­ciu­set lat przed Chry­stu­sem. Dzi­siaj, co wywo­dzi się przede wszyst­kim ze śre­dnio­wie­cza, każdy może modlić się jak chce. Ważne, pisał w XII w. Ber­nard z Cla­irvaux, by wypeł­niała nas miłość, gdyż z zim­nym ser­cem nic nie zro­zu­miemy z Biblii. Sto lat póź­niej poeta, teo­log i mistyk islam­ski Dża­la­lud­din Rumi poszedł dalej. Twier­dził, że hin­dus może się modlić na swój spo­sób, a muzuł­ma­nin na swój, byle Bóg czuł żar serca74. W sta­ro­żyt­no­ści wiara sta­no­wiła z zasady sprawę spo­łeczną i w imię dobra publicz­nego żądano prze­strze­ga­nia ogól­nie przy­ję­tych reguł, by roz­gnie­wani żar­tem czy odstęp­stwem bogo­wie nie zesłali klę­ski na wspól­notę, którą obo­wią­zy­wała w kwe­stii kultu odpo­wie­dzial­ność zbio­rowa. Stąd pro­cesy o bluź­nier­stwo czy bez­boż­ność, wśród nich prze­ciw Sokra­te­sowi, który tłu­ma­czył, że wypeł­nia powin­no­ści wobec bogów. Musiał wie­dzieć, że dla współ­cze­snych posłać na śmierć za odmienny sto­su­nek do bogów było czymś w zasa­dzie natu­ral­nym. Mógł unik­nąć naj­wyż­szego wyroku, gdyby zgo­dził się na karę pie­niężną. Odrzu­cił tę alter­na­tywę, ponie­waż jej akcep­ta­cja zaprze­czy­łaby całemu jego dotych­cza­so­wemu życiu, a wielcy Grecy sta­ro­żyt­no­ści wycho­wy­wali się w kul­tu­rze nie­złom­no­ści. Przy­ję­cie kary ozna­cza­łoby fak­tyczne przy­zna­nie się do winy, podob­nie jak pro­po­no­wana mu ucieczka z wię­zie­nia. Dopiero co przy­po­mniał sędziom w mowie obroń­czej, kogo wyrocz­nia del­ficka uznała za naj­mą­drzej­szego czło­wieka w całej Gre­cji i jakim jest on darem dla Aten. I nawet jeśli sta­ro­żytni byli gor­liwsi w samo­chwal­stwie, próż­ność sędziów została nie­bez­piecz­nie wysta­wiona na próbę. Egza­minu nie zdali, postą­pili nik­czem­nie, wszak wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia, bo filo­zof obra­cał się wśród nich sie­dem­dzie­siąt lat i nie­je­den miał oka­zję poczuć jego dotkliwe nadep­nię­cia na odcisk. Dal­sze wyja­śnie­nie tkwi może w poli­tycz­nym pod­tek­ście pro­cesu. Zarzu­cono Sokra­te­sowi, że psuje mło­dzież, kształ­cił bowiem ary­sto­kra­tycz­nych synów, któ­rzy docho­dząc do wła­dzy, mieli się nie­rzadko zacho­wy­wać dość podle. Prawda, że filo­zof był z gruntu kon­ser­wa­tywny i nie zno­sił ludu. Nie­wy­klu­czone, że tę nie­chęć prze­le­wał na wycho­wan­ków, lecz pew­no­ści co do tego brak. Mło­dzież wiel­ko­pań­ska piła pogardę dla ludu nie­jako z mle­kiem matki, a jej prze­waga wśród uczniów Sokra­tesa mogła wyni­kać z pro­stego faktu, że bogaci rodzice lepiej pła­cili za lek­cje, a w nie­za­moż­nym domu Sokra­tesa cze­kała Ksan­typa z gro­madką dzieci. W sta­ro­żyt­nej Gre­cji pro­ce­sów o bez­boż­ność uda­wało się unik­nąć jedy­nie poetom, jak choćby Eury­pi­de­sowi, który w sen­sie for­mal­nym na oskar­że­nie zasłu­żył. Poezja, czy sze­rzej lite­ra­tura, rzą­dziła się w Hel­la­dzie wła­snymi pra­wami. Trudno byłoby sędziom wydać wyrok na wiesz­cza, za któ­rego strofy jeńcy ateń­scy odzy­ski­wali w świe­cie wol­ność75. Potęgę opi­nii publicz­nej zawsze brano pod uwagę, a prze­ko­na­nie, że sądy powinny bro­nić pisa­rzy zako­rze­niło się głę­boko w sta­ro­żyt­no­ści grecko-rzym­skiej, acz­kol­wiek z nasta­niem cesar­stwa coraz czę­ściej opie­ko­wano się jedy­nie pane­gi­ry­stami, a nie obroń­cami repu­bliki czy w ogóle kry­ty­kami. Naj­pierw zgła­dzono Cyce­rona – jesz­cze w roli poli­tyka, potem wypę­dzono z Rzymu inte­lek­tu­ali­stów, wresz­cie prze­stra­szony Tacyt pod­dał się auto­cen­zu­rze – jego Rocz­niki, naj­słyn­niej­szą histo­rię Rzymu, Arnaldo Momi­gliano, wło­ski histo­ryk sta­ro­żyt­no­ści, okre­ślił jako przy­kład kon­se­kwen­cji utraty swo­body myśli i wol­no­ści słowa76.

Jak dawny świat roz­pra­wiał się z ten­den­cją do róż­no­rod­no­ści w kwe­stiach zasad­ni­czych, una­ocz­nia dobit­nie i po wie­le­kroć Hero­dot, naj­le­piej na przy­kła­dach scy­tyj­skich. W Ate­nach, jak potem w Jero­zo­li­mie w wypadku Jezusa, doszło przy­naj­mniej do jakiejś formy roz­prawy sądo­wej. Gdzie indziej zała­twiano sprawy odstęp­ców od ręki. Zamiesz­ku­jący pół­nocne wybrzeża Morza Czar­nego Scy­to­wie mieli szcze­gól­nie skru­pu­lat­nie uni­kać obcych zwy­cza­jów. Jeden ze Scy­tów, Ana­char­sis, z bęb­nem w ręku i obwie­szony świę­tymi obraz­kami, chciał wzo­rem Gre­ków znad Hel­le­spontu oddać cześć Matce bogów. Został zabity, a jego imię ska­zano – bez powo­dze­nia – na nie­pa­mięć. Podob­nie skoń­czył król Scy­tów, który uczest­ni­czył po kry­jomu w grec­kich dio­ni­zjach w Olbii. Jego ziom­ko­wie uwa­żali za rzecz nie­przy­stojną chwa­lić boga, który dopro­wa­dza ludzi do szału. Ucięli Sky­le­sowi głowę – pisze Hero­dot – w imię obrony wła­snych zwy­cza­jów, nie­ko­niecz­nie, jak suge­ruje Neal Ascher­son, za próbę życia w dwóch porząd­kach jed­no­cze­śnie77. Wyznawcy reli­gii poli­te­istycz­nych, nawet nie­chętni nowym bóstwom Grecy, na ogół sza­no­wali obcych bogów, ponie­waż trak­to­wali ich jako przy­na­leż­nych do danego tery­to­rium i ludu78. Pół­tora tysiąca lat póź­niej świeżo ochrzczeni władcy kró­lestw nad­bał­tyc­kich skła­dali dary Świę­to­wi­towi z Arkony, co nie musiało być jedy­nie posu­nię­ciem dyplo­ma­tycz­nym, jak suge­ruje bez­pod­staw­nie i bez zro­zu­mie­nia epoki Leszek Moszyń­ski, lecz śla­dem daw­nych zwy­cza­jów i bojaźni bożej wciąż wro­dzo­nej ówcze­snym. Tyle że teraz duń­ski kro­ni­karz Saxo Gra­ma­tyk jed­no­znacz­nie potę­pia te prak­tyki i z zado­wo­le­niem odno­to­wuje kary boskie za świę­to­kradz­two. W tym samym mniej wię­cej cza­sie w pogań­skim Woli­nie nie prze­szka­dzano zamiesz­ki­wać wyznaw­com innych kon­fe­sji, byle nie mani­fe­sto­wali – jak infor­muje Adam Bre­meń­ski – swo­ich prak­tyk reli­gij­nych79. Szwaj­car­ski zakaz budowy mina­re­tów, choć ma na celu „wyłącz­nie” – tylko pozor­nie, jeśli weź­miemy pod uwagę, kto zgło­sił tę ini­cja­tywę refe­ren­dalną – ochronę kra­jo­brazu archi­tek­to­nicz­nego, należy w zasa­dzie do podob­nych roz­po­rzą­dzeń. Muzuł­ma­nie mogą wyzna­wać swą reli­gię, gro­ma­dzić się w mecze­tach, byle nie zabu­rzali usta­lo­nego porządku kul­tu­ro­wego na zewnątrz. Ana­char­sis i Sky­les byli odstęp­cami. Prze­kro­czyli to, co dozwo­lone, naj­póź­niej w momen­cie, kiedy należny respekt dla obcych bogów zastą­pili aktyw­nym współ­uczest­nic­twem w obrzę­dach.

*

Gdy jed­ność się koń­czy, zie­mia prze­staje wyda­wać plony – mówi Tal­mud, prze­strze­ga­jąc przed podzia­łami: „nie dziel­cie się na kawałki, lecz twórz­cie jeden pęk”. Aby sta­no­wili jedno – powta­rza Jan Ewan­ge­li­sta słowa modli­tew­nej prośby Jezusa, orę­du­ją­cego u Ojca za uczniami (J 17, 11). Powra­ca­jąca kłót­nia zruj­nuje każdy dom, bo osa­dza się coraz trwa­lej – napo­mina Tal­mud80. Dom skłó­cony wewnątrz nie może się ostać – przy­po­mina Jezus (Mk 3, 25), doda­jąc, że zjed­no­czeni będzie­cie mogli prze­su­wać góry (EvThom 106). Fary­ze­usze i uczeni w Piśmie bro­nili Prawa, mając na uwa­dze jed­ność, Jezus w imię jed­no­ści łamał jego bariery. Pogo­dzić się nie mogli, gdyż dia­me­tral­nie ina­czej rozu­mieli jed­ność, a przy­naj­mniej inny jej aspekt akcen­to­wali. Nie­za­leż­nie od tego, czy nar­ra­cje reli­gijne mia­łyby obra­zo­wać arche­ty­piczne i wspólne w zasa­dzie wszyst­kim ludziom kul­tu­ralne tęsk­noty, czy odpo­wia­dać, przy­naj­mniej u począt­ków, na realne pro­blemy współ­cze­sno­ści, doszło w tym wypadku do zde­rze­nia dwóch zapewne bar­dzo sta­rych marzeń, z któ­rych jedno pocią­gało glo­balną powszech­no­ścią, dru­gie lokal­nym bez­pie­czeń­stwem. W pew­nym sen­sie są te wyobra­że­nia kom­ple­men­tarne i wza­jem­nie zapę­tlone, obec­nie tak samo, jak daw­niej. Miłość bliź­niego w wymia­rze glo­bal­nym jest ide­ałem pięk­nym, lecz kłó­cą­cym się z naszym codzien­nym doświad­cze­niem, kiedy tylko naj­bliż­szych miłu­jemy jak sie­bie samego, a im dalej nasi bliźni się lokują, tym bar­dziej odle­głe stają się nam rów­nież ich pro­blemy81. Świat uni­wer­sa­li­styczny tkwił wpraw­dzie głę­boko w tra­dy­cji żydow­skiej, nie­mniej tylko jako idea sto­jąca u począt­ków ludz­ko­ści i zara­zem doce­lowa. Dla Moj­że­sza bliź­nim był wyłącz­nie współ­ple­mie­niec. Póź­niej ze względu na oko­licz­no­ści histo­ryczne oraz poli­tyczne skłon­no­ści uni­wer­sa­li­styczne juda­izmu sła­bły, co rzad­kie wśród reli­gii Księgi82, pono­sząc klę­skę w zde­rze­niu ze świa­tem bar­dziej prak­tycz­nym, wąsko poję­tym, w któ­rym juda­izm trak­to­wano jako eks­klu­zywną część toż­sa­mo­ści żydow­skiej. Miej­sce uni­wer­sa­li­zmu zajęły w nim uprze­dze­nia i nie­na­wiść wobec odstęp­ców we wła­snych sze­re­gach i wobec obcych, także nowych wyznaw­ców. „Pro­ze­lici są dla Izra­ela takim utra­pie­niem jak owrzo­dze­nie” – stwier­dzał Tal­mud. Albo moc­niej, z wyraź­nym poczu­ciem pod­skór­nego lęku: „Goj zaj­mu­jący się stu­dio­wa­niem Tory zasłu­guje na śmierć”. Zde­rze­nie obu ide­ałów dało się odczuć szcze­gól­nie od momentu poja­wie­nia się chrze­ści­jan, któ­rzy wyszli z żydo­stwa, „skra­dli” Księgę i czuli się w obo­wiązku pouczać zwo­len­ni­ków tra­dy­cyj­nego juda­izmu, co jest wła­ściwe lub niewła­ściwe, a nawet – co myśli Bóg, z któ­rym prze­cież tylko Żydzi, i nikt wię­cej, mieli zaszczyt roz­ma­wiać83. Z dru­giej strony dla chrze­ści­jań­skich uni­wer­sa­li­stów sku­pio­nych wokół ukrzy­żo­wa­nego Syna Czło­wie­czego z narodu żydow­skiego trwa­nie juda­izmu stało się rodza­jem cier­nia. Chciano się go pozbyć, w osta­tecz­no­ści obcę­gami, także po to, aby… otwo­rzyć Żydom zamkniętą drogę do Boga. W rezul­ta­cie spa­dały na nich coraz wyż­sze i groź­niej­sze fale prze­śla­do­wań84.

„Duch jed­no­ści przy­cho­dzi do nas od Chry­stusa” – inter­pre­to­wał św. Tomasz z Akwinu za Janową Ewan­ge­lią słowa Jezusa, pró­bu­jąc zara­zem, w ślad za Ary­sto­te­le­sem, wyja­śnić sto­su­nek jed­no­ści do wie­lo­ści. Nie posu­nął sprawy ani tro­chę do przodu. To, że ciało ludz­kie składa się z wielu człon­ków, które bez sie­bie żyć nie mogą i sobie wza­jem­nie służą, mimo że speł­niają róż­no­rodne zada­nia, jest zbyt oczy­wi­ste85. Inny przy­kład podany przez ateń­skiego filo­zofa – o żegla­rzach wyko­nu­ją­cych różne prace, mają­cych jed­nak wspólny cel: bez­pieczne pro­wa­dze­nie okrętu – byłby tu na pewno traf­niej­szy. Obra­zo­wałby też lepiej nawią­zu­jące do Księgi Kohe­leta spo­strze­że­nie Toma­sza, że „czło­wiek potrafi się poro­zu­mieć z dru­gim bar­dziej niż jakie­kol­wiek zwie­rzę stadne, takie jak żuraw czy mrówka albo psz­czoła”. Sam był tego naj­lep­szym przy­kładem – pogo­dził Ary­sto­te­lesa z chrze­ści­jań­stwem, a w zasa­dzie i z Bogiem, bo nie mniej­szy pro­blem mieli z ateń­skim filo­zo­fem maho­me­ta­nie. Wpraw­dzie prace Toma­sza wpi­sano naj­pierw na listę roz­praw zaka­za­nych, ale kto dzi­siaj o tym pamięta. Powszech­nie ucho­dzi za tego, który „dostar­czył Kościo­łowi metody godze­nia napięć i nie­kon­flik­to­wego wchła­nia­nia wszyst­kiego tego, czego nie da się unik­nąć”86. Pozo­staje pyta­nie, jak sprawę sto­sunku jed­no­ści i róż­no­rod­no­ści odnieść do kwe­stii ide­owych, poli­tycz­nych i spo­łecz­nych. Innymi słowy, ile potrzeba wspól­no­cie jed­no­ści, a ile wie­lo­ści, by nie popaść w chaos i zacho­wać pomyśl­ność. Zasta­na­wiał się nad tym już Hera­klit, docho­dząc do wnio­sku, że jed­ność w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez walkę jest wyni­kiem róż­no­rod­no­ści, gdyż łączą się prze­ci­wień­stwa. W prak­tyce uwy­pu­klał chyba – chyba, bo posłu­gi­wał się sty­lem sybi­lij­skiej wyroczni, zauważa Leszek Koła­kow­ski – jed­ność kosz­tem nie­zbęd­nej wie­lo­ści. Empe­do­kles z Akra­gas poszedł nieco dalej, stwier­dza­jąc, że co nie­na­wiść roz­bija, miłość wiąże na nowo (jakże bli­skie to, zauważmy, Freu­dowi, gdyby tylko zastą­pić nie­na­wiść agre­sją, a miłość ero­sem). W ten spo­sób świat nie­prze­rwa­nie zacho­wuje ruch, roz­pada się i łączy87. Ary­sto­te­les wszedł w ten klu­czowy temat głę­boko, naj­głę­biej, jak wtedy było moż­liwe. Rozu­miał, że jed­no­ści stwo­rzyć się nie da, a wspól­nota, która by ją chciała urze­czy­wist­nić, nie­chyb­nie upad­nie. Zale­cał więc ponie­kąd jed­ność w wie­lo­ści, którą to myśl w roku 2000 wzięto za motto Unii Euro­pej­skiej w łaciń­skiej for­mie In varie­tate con­cor­dia, co prze­tłu­ma­czono na język pol­ski jako „Zjed­no­czona w róż­no­rod­no­ści”. Motto miało pod­kre­ślać potrzebę jed­no­ści euro­pej­skiej, ale też jej odmien­ność w sto­sunku do ame­ry­kań­skiej idei tygla (mel­ting pot) naro­dów i kul­tur, na fun­da­men­cie któ­rej budo­wane są Stany Zjed­no­czone. Unia nie odwo­łuje się do tygla, w któ­rym sta­pia się różne metale, lecz pra­gnie trwale zacho­wać róż­no­rod­ność jako bazę zjed­no­cze­niową88. Usku­tecz­nić jed­ność w wie­lo­ści chciał Ary­sto­te­les przez rodzinne i pań­stwowe wycho­wa­nie do jed­no­ści przy zacho­wa­niu natu­ral­nej róż­no­rod­no­ści. Sym­fo­nia, czyli współ­brz­mie­nie, kon­klu­do­wał z jakimś może ukry­tym zawo­dem, zawsze ma prze­wagę nad mono­to­nią89.

Idea jed­no­ści w wie­lo­ści nie uchro­niła sta­ro­żyt­nej Gre­cji przed upad­kiem. Ary­sto­te­les rozu­miał ją zbyt wąsko w sen­sie tery­to­rialno-demo­gra­ficz­nym i spo­łecz­nym. Wie­lość miast-państw niczemu nie słu­żyła, co naj­wy­żej cią­głym woj­nom. Zabra­kło pomy­słu na jakąś formę zjed­no­cze­nia tych pań­ste­wek, a próba narzu­ce­nia jed­no­ści przez skraj­nie ego­istyczne Ateny oka­zała się na hel­leń­skie warunki zbyt bez­względna. Dodat­kowo grec­kie mia­sta-pań­stwa prze­ży­wały co rusz bez­par­do­nowe kon­flikty wewnętrzne mię­dzy bied­nymi a boga­tymi. Nor­mal­nie nie­zwy­kle trzeźwy Ary­sto­te­les wyka­zał się w odnie­sie­niu do wycho­wa­nia daleko posu­niętą naiw­no­ścią. Wyni­kała ona po czę­ści z braku odpo­wied­nich doświad­czeń, po czę­ści zaś z grec­kiej mło­dzień­czej wciąż wiary w moc peda­go­giki, która zdo­mi­no­wała choćby dzieła Pla­tona, nauczy­ciela Ary­sto­te­lesa. Wstrzą­śnięty wyro­kiem śmierci na Sokra­te­sie i oba­wami przed demo­kra­tyczną anar­chią, która mogła ozna­czać fak­tycz­nie powrót nie­woli, młody Pla­ton – „czło­wiek dobrego serca, tylko żar­to­wać lubił” – opra­co­wał wizję pań­stwa ide­al­nego. Rzą­dzili nim mędrcy, któ­rzy przy pomocy żoł­nie­rzy, poli­cjan­tów, nauczy­cieli, cen­zo­rów i innych urzęd­ni­ków kon­tro­lo­wali wszyst­kie dzie­dziny życia oby­wa­teli. Chciał leczyć grypę cho­lerą. Gdy­by­śmy tra­fili do upo­rząd­ko­wa­nego pań­stwa Pla­tona, poczu­li­by­śmy się wbrew jego dobrym zamia­rom niczym w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym90. Naj­trud­niej­szych zagad­nień życia indy­wi­du­al­nego, a tym bar­dziej zbio­ro­wego, nie da się roz­wią­zać samą edu­ka­cją. Prze­czą temu jed­no­znacz­nie wnio­ski pły­nące z obser­wa­cji dotych­cza­so­wego świata. Pew­nie to i dobrze, skoro zakła­dany przez Sokra­tesa i Pla­tona bli­ski zwią­zek mię­dzy wie­dzą a cnotą oraz niewie­dzą a grze­chem91oka­zał się, mówiąc naj­de­li­kat­niej, kom­plet­nie nie­tra­fiony. Naj­więk­sze środki inwe­stują w wycho­wa­nie dyk­ta­tury, szczę­śli­wie bez trwa­łych i powszech­nych efek­tów. Ani per­swa­zją, ani tym bar­dziej usta­wami nie zmie­nimy ludz­kiej men­tal­no­ści i nie roz­wi­kłamy pro­ble­mów zwy­czaj­nie nie­moż­li­wych do roz­wią­za­nia raz i na zawsze. Ary­sto­te­les nie zauwa­żył, że pomię­dzy mono­to­nią a sym­fo­nią jest jesz­cze kako­fo­nia, zwana potocz­nie kocią muzyką. Tomasz usi­ło­wał roz­su­płać ten dyle­mat przy pomocy króla. W jego uję­ciu przy­po­mi­nałby on dyry­genta, który musi mądrze zapa­no­wać nad wie­lo­ścią instru­men­tów. Sam jed­nak zauwa­żył, że czę­sto­kroć król prze­mie­nia się w tyrana, wobec czego dał spo­łe­czeń­stwu prawo do ogra­ni­cze­nia jego rzą­dów, a nawet jego oba­le­nia92.

Na ile wiemy, naj­wcze­śniej Per­so­wie, jeśli nie Indusi, zdali sobie sprawę, że świat cha­rak­te­ry­zuje pewien para­le­lizm, któ­rego idea prze­do­stała się z Iranu i Mezo­po­ta­mii do póź­no­ży­dow­skiej apo­ka­lip­tyki, Nowego Testa­mentu i Koranu. Świa­tłość zmaga się z ciem­no­ścią, bogo­wie z demo­nami, dobro ze złem, cie­pło z zim­nem93. Jed­ność i wie­lość należą do podob­nej kate­go­rii zja­wisk. Są dla sie­bie nawza­jem nie­odzowne i zara­zem trudno je od sie­bie oddzie­lić, wypre­pa­ro­wać w czy­stej postaci. Obser­wa­cje histo­ryczne z kilku tysięcy lat pod­po­wia­dają, że zawsze będziemy balan­so­wać pomię­dzy nimi, a o prze­wa­dze tej czy tam­tej strony decy­dują pro­por­cje mię­dzy nimi. Co wię­cej, na przy­kła­dzie tej pary widać jak na dłoni zależ­ność rezul­ta­tów od zmie­nia­ją­cych się oko­licz­no­ści wewnętrz­nych i zewnętrz­nych oraz ich wza­jem­nego splotu. Nie mają racji ci, któ­rzy boją się wie­lo­ści, wią­żąc ją wyłącz­nie ze wstrzą­sami, ani odwrot­nie ci, któ­rzy nawo­łują do róż­no­rod­no­ści za wszelką cenę i wbrew ewi­dent­nym prze­stro­gom. Jeśli nie będziemy przed­kła­dać poboż­nych życzeń nad rze­czy­wi­stość, nie pozo­sta­nie nam nic innego niż przy­zna­nie, że jed­ność i wie­lość pozo­sta­wione same sobie niosą roz­liczne zagro­że­nia. Jed­ność kusi poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, ale szczę­śli­wie pozo­staje poza naszym zasię­giem, gdyż uni­for­mi­za­cja ozna­cza­łaby koniec kul­tury. Sama akcep­ta­cja róż­no­rod­no­ści rów­nież nie wystar­czy, bo nad­mierna wie­lość pro­wa­dzi z kolei do cha­osu94. Nie przy­pad­kiem zróż­ni­co­wana etnicz­nie i reli­gij­nie Zie­mia Święta – Pale­styna czy sze­rzej Syria – nawie­dzana cią­głymi woj­nami, klę­skami i gło­dem szu­kała lekar­stwa w pacy­fi­stycz­nych opo­wie­ściach ewan­ge­licz­nych95.

Dla irań­skich zoro­astrian odpo­wie­dzią na trwałą obec­ność zła stał się Mitra. Bóg nie­prze­rwa­nie zma­gał się z nie­go­dzi­wo­ścią w świe­cie i sta­rał się zapro­wa­dzić w nim har­mo­nię. Rolę pro­por­cji dla ogól­nego ładu zro­zu­miał w XVII w. Hugo Gro­cjusz, nie przy­pad­kiem uznany za ojca prawa mię­dzy­na­ro­do­wego. Jak pamię­tamy, przy­glą­da­jąc się naro­dom nider­landzki uczony doszedł do wnio­sku, że są one niczym wiel­kie rzeki, które zacho­wują sta­łość w zmien­no­ści. Nie­prze­rwany dopływ nowych wód, nowych czą­ste­czek, nie jest nie­bez­pieczny dla wspól­noty, pod warun­kiem że zostaną zacho­wane jej cechy spa­ja­jące. Należy przez to zapewne rozu­mieć, że krą­że­nie czą­ste­czek, zasi­la­ją­cych i odda­wa­nych, nie może się odby­wać zbyt gwał­tow­nie96. Nie potra­fię powie­dzieć, czy Gro­cjusz zda­wał sobie sprawę z faktu, że sama toż­sa­mość rów­nież pod­lega zmia­nom zależ­nie od składu mie­sza­niny czą­ste­czek i tym samym pro­por­cji mię­dzy nimi. Nie ma to dla nas w tej chwili zna­cze­nia. Istotne jest, że wspól­no­cie nie służy ani nad­mierna jed­ność czy wie­lość, ani brak har­mo­nii. Przy­kła­dem są Indie. Ile­kroć histo­rycy, a ostat­nio też eko­no­mi­ści pró­bują zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego ten sta­ro­żytny kraj o nie­by­wa­łej kul­tu­rze i podob­nym do Europy poło­że­niu – oba sub­kon­ty­nenty są nie­jako „pod­wie­szone” pod Azję – roz­wi­nął się w zupeł­nie odmien­nym kie­runku, wymie­niają wśród przy­czyn nad­mierne roz­drob­nie­nie i nazbyt wielką prze­paść dzie­lącą boga­tych od bied­nych. Jesz­cze waż­niej­szy wydaje mi się spe­try­fi­ko­wany sys­tem kastowy, który zamy­kał drogi prze­ni­ka­nia mię­dzy kla­sami i war­stwami. W Euro­pie udało się je zacho­wać pra­wie zawsze, dzięki karie­rom kościel­nym nawet w śre­dnio­wie­czu (warto w tym kon­tek­ście pamię­tać także o zapo­mnia­nych pożyt­kach z celi­batu). Jeden z pierw­szych, jeśli nie pierw­szy tak silny i zara­zem trwały okres wzro­stu gospo­dar­czego i roz­kwitu spo­łeczno-kul­tu­ral­nego prze­żyła ona w szczy­to­wym okre­sie roz­bi­cia feu­dal­nego, w stu­le­ciach od XII po XV, kiedy i podziały sta­nowe euro­pej­skich spo­łe­czeństw się­gnęły zenitu. Wiele wska­zuje, że roz­drob­nie­nie ode­grało w tych pro­ce­sach pozy­tywną rolę, podob­nie jak silne i powszech­nie akcep­to­wane prawo azylu dla roz­ma­itego auto­ra­mentu dysy­den­tów, od poli­tycz­nych i nauko­wych aż po eko­no­micz­nych. Clau­dio Magris ma rację, że bez róż­no­rod­no­ści nie możemy żyć, lecz zbyt wiele róż­no­rod­no­ści powo­duje nasze zagu­bie­nie i przy­nosi czę­sto opła­kane rezul­taty – w obro­nie utra­co­nej spój­no­ści sta­jemy gwał­tow­nie prze­ciwko innym z wła­snych sze­re­gów i „obcym”, nawet jeśli miesz­kają z nami czy obok nas od dzie­się­cio­leci lub wręcz stu­leci97. Nie mniej ważne zdają się jed­nak kory­ta­rze zapew­nia­jące prze­pływ krwi i idei pomię­dzy kra­jami, kla­sami i war­stwami.

*

Idź­cie na cały świat, aż po krańce Ziemi, i nauczaj­cie ogół ludzi ze wszyst­kich naro­dów – uni­wer­sa­li­stycz­nie i zara­zem mesja­ni­stycz­nie brzmiało ostat­nie zale­ce­nie Jezusa dla uczniów (Mt 28, 19; Mk 16, 15; Dz 1, 8), w któ­rym nawią­zał bez­po­śred­nio do Iza­ja­sza (Iz 49, 6). Zaraz potem okryty obło­kiem wzniósł się do nieba (Dz 1, 9). Na Sądzie Osta­tecz­nym, zapo­wie­dział im kilka dni wcze­śniej, zgro­ma­dzą się wszyst­kie ludy, a On oddzieli dobrych od złych według naj­prost­szego kry­te­rium – prak­tycz­nej miło­ści bliź­niego (Mt 25, 31–46). Ubo­dzy i słabsi będą mieli pierw­szeń­stwo przed moż­nymi i potęż­nymi, bogac­two raczej zaszko­dzi niż pomoże, podob­nie jak upodo­ba­nie do blich­tru, tak powszechne wśród kapła­nów i uczo­nych w Piśmie, któ­rzy „lubią pozdro­wie­nia na rynku, pierw­sze krze­sła w syna­go­gach i zaszczytne miej­sca na ucztach” (Mk 12, 38–39). Reli­gij­nym Żydom wśród apo­sto­łów ani jakim­kol­wiek innym takie sfor­mu­ło­wa­nia nie mogły być obce. Znali je już z pocho­dzą­cej sprzed ośmiu do sze­ściu wie­ków Księgi Iza­ja­sza, którą się zachwy­cali, z prze­ję­ciem stu­dio­wali i prze­pi­sy­wali. Jezus miał wszyst­kie trzy jej czę­ści w małym palcu, wydaje się wręcz, że nauczał i dzia­łał, bio­rąc je za punkt odnie­sie­nia. W klu­czo­wych momen­tach wska­zy­wały Mu drogę i dawały siłę, były ponie­kąd Jego obse­sją. Naj­star­szemu Iza­ja­szowi reli­gijna obłuda do tego stop­nia obrzy­dła, że wołał o wię­cej spra­wie­dli­wo­ści i dobra dla uci­śnio­nych, sie­rot i wdów, a mniej modłów, ofiar i świąt (Iz 1, 11–20). Zwra­cał się prze­ciw kapła­nom, któ­rzy nawet pod­czas sądów nie są trzeźwi (Iz 28, 7–15). I prze­ciw świę­tej Jero­zo­li­mie, która się stała niczym nie­rząd­nica w oto­cze­niu mor­der­ców, zło­dziei i sko­rum­po­wa­nych krwio­pij­ców oglą­da­ją­cych się tylko za podar­kami (Iz 1, 21–28). Iza­jasz środ­kowy (II) wspo­mi­nał o naro­dach przed sądem (Iz 41, 1–5) oraz nawró­ce­niu pogan z wszyst­kich ludów. Bóg jest bowiem jeden (Iz 45, 14–25) i On nadaje naro­dom Prawo (Iz 51, 4–5). Wresz­cie w ostat­niej czę­ści Iza­jasz (III) zapo­wiada przy­ję­cie pogan przez Pana, któ­rego miesz­ka­nie będzie nazy­wane „domem modli­twy dla wszyst­kich naro­dów” (Iz 56, 1–8), oraz grzmi na temat praw­dzi­wego postu. Nie uzna go tym, któ­rzy w dzień wolny uci­skają robot­ni­ków lub uży­wają pię­ści, bo nie cho­dzi o to, aby użyć „woru z popio­łem za posła­nie”, lecz „roze­rwać kaj­dany zła, roz­wią­zać więzy nie­woli, wypu­ścić wolno uci­śnio­nych i wszel­kie jarzmo poła­mać; dzie­lić swój chleb z głod­nym, wpro­wa­dzić w dom bied­nych tuła­czy”, nagiego przy­odziać, a nawet nakar­mić „duszę przy­gnę­bioną” (Iz 58, 1–12).

Nauki Jezusa, co oczy­wi­ste, znaj­dują umo­co­wa­nie także we współ­cze­snych Mu tren­dach juda­izmu. Naj­le­piej odzwier­cie­dlają to apo­kry­ficzne Księgi Heno­cha, powstałe w róż­nych frag­men­tach mię­dzy IV w. przed naszą erą a I stu­le­ciem ery Chry­stu­so­wej, oraz Testa­menty dwu­na­stu patriar­chów, napi­sane pod koniec II w. przed Chr. Jedne i dru­gie przy­pi­sy­wane nie­kiedy błęd­nie chrze­ści­ja­nom98. W Księ­dze Heno­cha, która zda­niem ks. Ryszarda Rubin­kie­wi­cza wywarła naj­więk­szy wpływ na tek­sty Nowego Testa­mentu, także pośred­nio, bo znali ją dosko­nale auto­rzy Testa­men­tów dwu­na­stu patriar­chów, znaj­du­jemy liczne i ostre wystą­pie­nia prze­ciw moc­nym, boga­tym, nie­spra­wie­dli­wym, oszu­stom i uci­ska­ją­cym ubo­gich. Niech nie myślą, że ujdą karze, bo na sądzie osta­tecz­nym Mesjasz poła­mie im zęby99. W kwe­stii jed­no­ści i wie­lo­ści Henoch znaj­duje wyj­ście dość Salo­mo­nowe: ludz­kość jest wpraw­dzie jedna, lecz naród izra­el­ski sta­nowi jej „naj­lep­szą cząstkę” i ma wspa­nia­łego opie­kuna –archa­nioła Michała100. Testa­menty Jezus musiał znać choćby pośred­nio i we frag­men­tach doty­czą­cych przyj­ścia mesja­sza, potę­pie­nia nie­na­wi­ści i gniewu, źró­deł zaśle­pie­nia i zła, wresz­cie miło­ści bliź­niego i miło­sier­dzia dla wszyst­kich: „Nie tylko dla ludzi, ale także dla zwie­rząt”101. W duchu Testa­men­tów wygła­szał Kaza­nie na Górze. Paweł miałby się posłu­gi­wać nimi wręcz jako vade­me­cum102. Słynne: „cesa­rzowi, co cesar­skie, a Bogu, co boskie”, mające sta­no­wić rodzaj chy­trej zasadzki fary­ze­uszy czy hero­dian na Jezusa, by Mu wyto­czyć pro­ces poli­tyczny z oskar­że­nia o pod­bu­rza­nie prze­ciw wła­dzy, a może nawet o próbę jej prze­ję­cia, to kolejna myśl poka­zu­jąca, że Jezus nie wyra­sta z próżni. Moż­no­władcy „nie zbli­żają się do nikogo bez­in­te­re­sow­nie” – ostrze­gali sta­ro­żytni nauczy­ciele żydow­scy, zale­ca­jąc ota­czać panu­ją­cych należną czcią, zara­zem pod­kre­śla­jąc, że „wła­dza grze­bie tych, któ­rzy ją obej­mują”103. Już zresztą zdro­wo­roz­sąd­kowy Ary­sto­te­les spo­strzegł, że naj­gor­szym wro­giem sta­bi­li­za­cji w pań­stwie nie są ubo­dzy, lecz chci­wość rzą­dzą­cych i boga­tych. Nawet jeśli pomoc bied­nym ma być niczym dziu­rawa beczka i nad­wyżki skar­bowe winno się roz­da­wać ostroż­nie, poli­tyk z krwi i kości rozu­mie, że dobro­byt ludu jest korzystny co naj­mniej w tym samym stop­niu dla zamoż­nych i zapew­nia trwa­łość pań­stwa, a już zupeł­nie szcze­gól­nie demo­kra­cji. Nie zna­czy to bynaj­mniej, iż bied­niejsi są dobrzy z natury i mniej pazerni, po pro­stu ich moż­li­wo­ści oszu­ki­wa­nia i okra­da­nia są nie­po­rów­ny­wal­nie skrom­niej­sze. Wła­dza spraw­dza czło­wieka – pisał Ary­sto­te­les, przy­ta­cza­jąc jedno z powie­dzeń Biasa, które i Tomasz z Akwinu powta­rza z pełną apro­batą. Nie przy­pad­kiem w pra­wo­rząd­nym współ­cze­snym pań­stwie patrzy się na ręce w pierw­szym rzę­dzie tym, któ­rzy dzierżą wła­dzę jakie­go­kol­wiek typu, od nich też ocze­kuje się ogłady i służby. A ponie­waż rze­czy­wi­stość bywa czę­sto inna, pod­nosi się bunt104.

Pro­rocy, zauwa­żył Jung, są ludźmi nie­sym­pa­tycz­nymi, maniery mają w nosie, gło­szą, co myślą, i to pro­sto z mostu. Dla­tego udaje im się nie­kiedy tra­fić w samo sedno sprawy105. Jezus, może rów­nież z powodu mło­dego wieku, był raczej towa­rzy­ski106. Jak cały ten region po dziś dzień, lubił bie­sia­do­wać i roz­ma­wiać, nie gar­dził winem, a także – już w opo­zy­cji do oto­cze­nia – darzył szcze­gól­nym upodo­ba­niem kobiety, bio­rąc je wyraź­nie w obronę. W apo­kry­ficz­nej Ewan­ge­lii Toma­sza na kąśliwą uwagę Szy­mona Pio­tra, który domaga się odej­ścia Marii (Mari­ham) z grona uczniów, Jezus odpo­wiada jed­no­znacz­nie, że nie­wia­sty trzeba zrów­nać z męż­czy­znami: „Każda kobieta, która uczyni sie­bie męż­czy­zną, wej­dzie do kró­le­stwa nie­bie­skiego” (EvThom 114). W świe­tle wszyst­kiego, co wiemy o dzia­łal­no­ści Jezusa, na pewno nie można tej wypo­wie­dzi inter­pre­to­wać jako przy­kładu wro­go­ści wobec kobiet. Odwrot­nie, Jezus wzywa do znie­sie­nia zróż­ni­co­wa­nia, a trudno, aby w ówcze­snych warun­kach zapro­sił męż­czyzn do zrów­na­nia się z pozba­wio­nymi praw kobie­tami107. Podej­ście do nich róż­niło Go od pro­roka Iza­ja­sza (I), mają­cego je jesz­cze, jak czy­nił to cały ówcze­sny świat, za stwo­rze­nia w naj­lep­szym razie bez­myślne (Iz 31, 9–14), oraz auto­rów Księgi Heno­cha i Testa­men­tów dwu­na­stu patriar­chów. Jezus ni­gdy nie wyra­ziłby poglądu z Testa­mentu Rubena, który za młodu, w wieku lat trzy­dzie­stu, zwią­zał się z kon­ku­biną ojca, by potem na łożu śmierci, mając lat sto dwa­dzie­ścia pięć, ostrze­gać synów: „Złe są kobiety, moje dzieci! Ponie­waż nie mają żad­nej wła­dzy nad męż­czy­zną ani siły, korzy­stają z pod­stęp­nej pięk­no­ści, by go do sie­bie pocią­gnąć. Tego zaś, któ­rego nie potra­fią zwieść urodą, zdo­by­wają for­te­lem. […] Naj­pierw ozdo­bami uwo­dzą […] umysł, spoj­rze­niem wsą­czają tru­ci­znę, w końcu czy­nem biorą w nie­wolę”108. Współ­cze­snych mógł u Jezusa zdu­mie­wać rady­ka­lizm etyczny i spo­łeczny, bo od wie­ków nie zetknęli się z nim w podob­nej skali. Rów­nież nie­przy­wią­zy­wa­nie wagi do for­mal­nych prze­pi­sów rytu­al­nych budzić musiało u wielu współ­ziom­ków zgor­sze­nie. Jezus nie odrzu­cał tra­dy­cji jako takiej, uwa­żał jed­nak, że nie można być jej nie­wol­ni­kiem, by przy­po­mnieć kwe­stię stwo­rzo­nego dla czło­wieka (a nie odwrot­nie) sza­batu czy, tym bar­dziej, sprawę podej­ścia do rytu­al­nej czy­sto­ści: „nie to, co wcho­dzi do ust czło­wieka, czyni czło­wieka nie­czy­stym, ale co z ust wycho­dzi” (Mt 15, 11). Jesz­cze bar­dziej szo­ko­wała zapewne Jego bez­kom­pro­mi­so­wość w dzia­ła­niu, czego przy­kła­dem wypę­dze­nie kup­ców obec­nych zwy­cza­jowo na dzie­dzińcu jero­zo­lim­skiej syna­gogi, i suwe­ren­ność w naucza­niu. Szcze­gól­nie zdu­miała ona słu­cha­czy Kaza­nia na Górze, gdzie mówił „jak ten, który ma wła­dzę, a nie jak […] uczeni w Piśmie” (Mt 7, 28–29).

Z punktu widze­nia wyznaw­ców tra­dy­cyj­nego juda­izmu sek­ciarz Jezus, mający zasta­na­wia­jącą moc uzdra­wia­nia i potra­fiący pocią­gnąć za sobą masy, sta­no­wił kon­kretne nie­bez­pie­czeń­stwo dla żydow­skiej wspól­noty. Raz ze względu na obawy przed rzym­ską retor­sją na wypa­dek jakiej­kol­wiek reli­gij­nej ruchawki, dwa z powodu sze­rzo­nych przez Niego poglą­dów spo­łecz­nych. Zwo­len­ni­ków uświę­co­nego w cza­sach poba­bi­loń­skich juda­izmu razić też musiała jego inter­na­cjo­na­li­za­cja. Nie dość, że gro­zić mogła roz­pły­nię­ciem się nie­licz­nych Żydów w morzu wyznaw­ców glo­bal­nej reli­gii, to na doda­tek pod­wa­żała w jakiś spo­sób żydow­ski mono­pol na sto­sunki z Bogiem, nawet mimo zacho­wa­nia sta­tusu narodu wybra­nego, z czym tak długo nie będzie się mogła pogo­dzić duma naro­dowa Gre­ków109. Izra­el­skie war­stwy przy­wód­cze – świec­kie i reli­gijne – czuły zapewne przede wszyst­kim lęk przed rady­ka­li­zmem Jezusa (Mt 21, 46; Mk 11, 18; Łk 20, 19). Tym więk­szy, im licz­niej­sze tłumy ścią­gały Jego kaza­nia; tym dotkliw­szy, im wię­cej reflek­sji budziło naucza­nie Jezusa w sze­re­gach fary­ze­uszow­skich dostoj­ni­ków, z czym spo­ra­dycz­nie rów­nież mie­li­śmy do czy­nie­nia (J 3, 1). Obec­ność miej­sco­wych Hel­le­nów na spo­tka­niach z Jezu­sem (J 12, 20) sta­no­wiła na pewno dodat­kowe źró­dło obaw; od nie­sna­sek pomię­dzy tymi gru­pami zacząć się miało kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej żydow­skie powsta­nie. Już teraz nie bra­ko­wało takich, któ­rzy odbie­rali nauki i postę­po­wa­nie Jezusa jako sze­rze­nie zgor­sze­nia. Zwy­cza­jem regionu śród­ziem­no­mor­skiego się­gali po kamie­nie (J 10, 31), nie było bowiem w świe­cie sta­ro­żyt­nym zbrodni ponad bluź­nier­stwo.

Bądźmy szcze­rzy: ze swo­imi poglą­dami, nie­zwy­kłą umie­jęt­no­ścią ubie­ra­nia ich w pro­ste słowa i nie­chę­cią do wszel­kiego efek­ciar­stwa, bez któ­rego elity, zupeł­nie szcze­gól­nie kapłań­skie, rzadko potra­fią się obejść, Jezus miałby kło­pot z każdą hie­rar­chią i w każ­dym cza­sie. Gdyby zaś dodać do tego Jego arcypro­ste recepty na zała­twie­nie odwiecz­nych spraw, choćby doty­czące tych, któ­rzy sze­rzą zgor­sze­nie krzyw­dząc dzieci – „kamień młyń­ski zawie­sić u szyi i uto­pić […] w głębi morza” (Mt 18, 6) – na zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wane Kościoły i wspie­ra­jące je orga­ni­za­cje, włącz­nie z pań­stwem, padłby blady strach. Wielki inkwi­zy­tor Fio­dora Dosto­jew­skiego miał wiele racji, mówiąc, że Jezus nie byłby mile witany przez war­stwy kie­row­ni­cze, a masy sta­nę­łyby za Nim może tylko na krótką chwilę, by się następ­nie odwró­cić. Praw­dziwa wol­ność i odpo­wie­dzialny wybór raczej nam ciążą, niż nas cie­szą. „Wyzwo­leni”, ucie­kamy przed samym myśle­niem na ten temat. A jed­nak Alo­sza z Braci Kara­ma­zow, twier­dząc, że słaby i podły czło­wiek umie się bun­to­wać wyłącz­nie jak uczniak, patrzył na sprawę z per­spek­tywy skrzy­wio­nej rosyj­skim doświad­cze­niem histo­rycz­nym. Co z tego, że wielki inkwi­zy­tor prze­ga­nia Jezusa, bo wszy­scy mają rze­komo dość roz­sie­wa­nych przez Niego bun­tów prze­ciw auto­ry­te­towi. Co z tego, że mówi do Niego: „Idź i wię­cej nie przy­chodź… w ogóle nie przy­chodź… ni­gdy, ni­gdy!”110, skoro On się zja­wia i zja­wia. Wcho­dzi nie­py­tany i czę­sto­kroć nie­za­pra­szany. Cza­sami porywa krzyw­dzone ludy, innym razem pocie­sza cier­piącą nie­spra­wie­dli­wość jed­nostkę. Przy­po­mina, że „spi­sane będą czyny i roz­mowy”, że „świa­tłość i ciem­ność, dzień i noc widzą wszyst­kie […] grze­chy”, więc kara nie­chyb­nie dosię­gnie prze­śla­dow­ców. Odga­niają Go, są wystar­cza­jąco silni, lecz nie na tyle, by zacho­wać spo­kój wewnętrzny, bo jed­nak nie są pewni, kim On jest – synem wszech­moc­nego Boga czy „tylko” dowo­dem na dobroć nie­któ­rych ludzi111. Na opre­sję odpo­wiada wymow­nym mil­cze­niem albo krótko i pro­sto. W kul­tu­rach piśmien­nych pamięć potrafi być groźną bro­nią, źró­dłem nadziei i dogłęb­nego stra­chu. Czy można poko­nać pamię­ta­ją­cego poetę – pytał Cze­sław Miłosz. I odpo­wiadał: „Możesz go zabić, naro­dzi się nowy”112.

Repre­sje jedy­nie przy­spie­szają prze­miany, kry­sta­li­zują poglądy i wzmac­niają wspól­notę113. Podob­nie było i tym razem, jak poka­zuje gwał­towny roz­kwit chrze­ści­jań­stwa. „Nie ma już Żyda ani poga­nina, nie ma już nie­wol­nika ani czło­wieka wol­nego, nie ma już męż­czy­zny ani kobiety” (Ga 3, 28), tłu­ma­czył Paweł w Liście do Gala­tów, dato­wa­nym na połowę I w. Gra­nicy nie wyzna­cza pocho­dze­nie, obrze­za­nie [(gdyby było ono potrzebne, tłu­ma­czył Jezus naj­bar­dziej już chyba zdro­wo­roz­sąd­kowo, dzieci rodzi­łyby się obrze­zane z łona matek (EvThom 53)] i prze­strze­ga­nie rytu­ału, lecz wiara i dobre uczynki. „Wszy­scy […] jeste­ście synami Bożymi” (Ga 3, 26), wyja­śniał Paweł, zatem „nie pod­da­waj­cie się na nowo pod jarzmo nie­woli!” (Ga 5, 1), pamię­ta­jąc wszakże, iż wol­ność jest wzię­ciem na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści, także za wza­jemną pomoc, zgod­nie z przy­ka­za­niem miło­ści bliź­niego. „A jeśli u was jeden dru­giego kąsa i pożera, bacz­cie, byście się wza­jem­nie nie zje­dli” (Ga 5, 13–15).

List do Gala­tów ujaw­nia, jak żywe były pro­blemy pierw­szych gmin chrze­ści­jań­skich, po więk­szej czę­ści naj­pew­niej na­dal żydow­skiego pocho­dze­nia (w sen­sie etnicz­nym zło­żone też może ze zju­da­izo­wa­nych Feni­cjan114), z usta­le­niem, co mają kon­ty­nu­ować z tra­dy­cyj­nego juda­izmu, a co należy odrzu­cić. Zwo­len­nicy róż­nych opcji wyty­kali sobie już to fał­szo­wa­nie wła­ści­wej nauki Chry­stusa, już to nowin­kar­stwo115. Trzon Żydów pale­styń­skich pozo­stał przy tra­dy­cyj­nym juda­izmie, ale zwo­len­ni­ków zmian w duchu Jezusa z Naza­retu, szcze­gól­nie wśród warstw bied­niej­szych, ebio­ni­tów, musiało być wśród nich nie­mało116. Żydow­ska gleba, dzięki nie­zwy­kle wcze­snemu przy­ję­ciu Pisma, była wyjąt­kowo podatna na reli­gijną kon­te­sta­cję i spo­łeczny bunt. Księga ode­rwała się pod pew­nym wzglę­dem od docze­snej rze­czy­wi­sto­ści, sta­jąc się przede wszyst­kim dro­go­wska­zem etycz­nym117. Tyle że nie­usta­jąca inter­pre­ta­cja Słowa Bożego w zmie­nia­ją­cym się świe­cie mno­żyła pyta­nia i wąt­pli­wo­ści. Nie wia­domo, czy ów spe­cy­ficzny grunt nie wydałby wyż­szego – albo jakie­goś innego pod wzglę­dem jako­ścio­wym – plonu, gdyby nie dra­ma­tyczne dzieje popo­wsta­niowe żydo­stwa. W walce z Rzy­mia­nami, a potem chrze­ści­ja­nami, Bóg Izra­ela stał się dla Żydów opoką w zma­ga­niach z cie­mięż­cami. Pro­sili Go znów o to, aby spra­wił, że zoba­czą klę­skę swo­ich wro­gów (Ps 59, 11).

Żywe sys­temy reli­gijne, mimo że ich esen­cją są nie­ra­cjo­nalne mity w przy­ja­znej otu­li­nie zamknię­tej od wewnątrz skrzęt­nie wyzna­czo­nymi gra­ni­cami, umieją się kapi­tal­nie dosto­so­wać do real­nych potrzeb swo­ich wyznaw­ców. Są ela­stycz­niej­sze niż prze­wi­dują teo­rie i z nie­zwy­kłą łatwo­ścią przyj­mują formy schi­zma­tyc­kie, naj­czę­ściej wpro­wa­dzane do głów­nego nurtu w spo­sób świa­do­mie refor­mi­styczny118. Są pla­styczne, bo przy­naj­mniej do nie­dawna sta­no­wiły jeden z waż­niej­szych ele­men­tów porząd­ko­wa­nia zmie­nia­ją­cego się świata, uła­twia­jąc jed­nost­kom i wspól­no­tom odnaj­do­wa­nie się w cza­sie i prze­strzeni119. Pola­kom nie trzeba tłu­ma­czyć, jak zasad­ni­czy jest wpływ histo­rii na podej­ście do Boga. Ludzka men­tal­ność i logika myśle­nia nie zmie­niły się poważ­niej od cza­sów naj­star­szych po dziś dzień120. W zabo­rze pru­skim sta­nę­li­śmy głów­nie wobec pro­te­stan­tów, w rosyj­skim wobec orto­dok­sów, więc uzna­li­śmy się za wzo­rzec kato­lika. Maria Janion, jak zresztą wielu przed nią, miała może rację, że kon­so­li­da­cyjna rola reli­gii, w sen­sie naro­do­wym, zaprze­cza „praw­dzi­wej” wie­rze, tyle że badaczka powinna wyja­śnić zna­cze­nie słów „praw­dziwa” wiara121. Czy wiara może być nie­praw­dziwa? Dla Indian Hopi ich cha­rak­te­ry­styczna reli­gia speł­nia przede wszyst­kim rolę toż­sa­mo­ściową. Kaczyni, wie­lo­barwne święte duchy, cemen­tują grupę i pozwa­lają odróż­nić jej człon­ków od innych122. Im głę­biej pogrze­biemy w prze­szło­ści, tym wię­cej odnaj­dziemy podob­nych zależ­no­ści, ponie­waż ich zani­ka­nie jest wyra­zem rosną­cej homo­ge­ni­za­cji reli­gij­nej świata. W tej sytu­acji mity naro­dowe, nie­jako bliż­sze ciału, zaj­mują czę­sto miej­sce reli­gii lub koja­rzą się wza­jem­nie z reli­giami w poszu­ki­wa­niu „lokal­nych” ele­men­tów wyróż­nia­ją­cych. Dopóki nie sko­lo­ni­zu­jemy kosmosu, trudno nam będzie spoj­rzeć na sie­bie naprawdę glo­bal­nie, co świet­nie poka­zuje podej­ście do walki z koro­na­wi­ru­sem. Dzięki komu­ni­ka­cji nasza pla­neta rela­tyw­nie się zmniej­szyła, cho­roby zakaźne ude­rzają wszyst­kich pra­wie jed­no­cze­śnie i we wszyst­kich zakąt­kach Ziemi, ale ludziom wciąż się zdaje, że miesz­kamy w wydzie­lo­nych wio­skach i star­czy do nich zamknąć bramy, aby poczuć się bez­piecz­nie. Dopiero kon­fron­tu­jąc się z innymi cen­trami osad­ni­czymi w prze­strzeni kosmicz­nej, jeśli takie powstaną, mogli­by­śmy spoj­rzeć na sie­bie naprawdę jak na Zie­mian.

Jest oczy­wi­ste, że wol­ność w rozu­mie­niu św. Pawła nie jest tym samym, czym jest dla nas. Żadne klu­czowe poję­cie histo­ryczne nie jest nie­zmienne, mimo że nosi naj­czę­ściej tę samą nazwę (co cie­kawe, zja­wi­ska dość pro­ste i zara­zem naj­trwal­sze, w znacz­nej czę­ści powią­zane z codzien­nym postę­po­wa­niem, przy­bie­rają czę­sto­kroć nowe nazwy, nie zmie­nia­jąc tre­ści)123. Sta­ro­żytni Grecy trak­to­wali wol­ność jako prze­ci­wień­stwo nie­woli i zara­zem hasło bojowe „wol­nych” Hel­le­nów w woj­nach ze „znie­wo­lo­nymi” Per­sami. Czło­wiek wolny uczest­ni­czył w życiu poli­tycz­nym swego mia­sta-pań­stwa i brał udział w jego wal­kach. Dla tych, któ­rzy pró­bo­wali tego uni­kać, Grecy wyna­leźli okre­śle­nie „idiota”124. Dość podob­nie poj­mo­wali wol­ność Rzy­mia­nie, tyle że akcent kła­dli na stronę prawną zagad­nie­nia. Czło­wiek wolny roz­po­rzą­dzał sam sobą, a nie­wolny pozo­sta­wał tylko rze­czą w rękach wła­ści­ciela. Na wzor­cach grecko-rzym­skich ukształ­to­wało się chrze­ści­jań­skie rozu­mie­nie wol­no­ści jako pod­le­gło­ści prawu, teraz Chry­stu­so­wemu125, a zara­zem jako służby. Wol­ność urze­czy­wist­niała się bowiem poprzez miłość bliź­niego, trak­to­waną jako powin­ność: opieka nad cho­rymi, sie­ro­tami, wdo­wami, bie­dotą. W pismach Pawła wol­ność poja­wia się przede wszyst­kim jako wyzwo­le­nie od prze­strze­ga­nia for­ma­li­stycz­nego Prawa żydow­skiego. Ale prze­cież nie tylko. Chrze­ści­ja­nin, jak wynika z listów Pawła do File­mona (Flm 13–17) i do Efe­zjan (Ef 6, 5–9), mógł for­mal­nie pozo­sta­wać nie­wolny tu i teraz, lecz jako czło­nek bli­żej nie­okre­ślo­nego Pań­stwa Bożego był zawsze wolny, a jako czło­nek wspól­noty chrze­ści­jań­skiej mógł liczyć na bra­ter­stwo i opiekę ze strony chrze­ści­jań­skiego wła­ści­ciela. Naj­le­piej byłoby, gdyby pan zwró­cił nie­wol­nemu bratu wol­ność, lecz gdyby z jakichś powo­dów nie mógł, winien go w każ­dym razie dobrze trak­to­wać, ponie­waż koniec koń­ców obaj zostaną osą­dzeni bez względu na ziem­ską pozy­cję126.

Trudno nota bene uwie­rzyć, że w liście do Gala­tów Paweł pole­mi­zuje wyłącz­nie z żydow­ską tra­dy­cją Prawa. Dzięki wycho­wa­niu w hel­le­ni­stycz­nej dia­spo­rze żydow­skiej znał rów­nie dobrze tra­dy­cję grecką, a słynne zda­nie: „Nie ma już Żyda ani poga­nina, nie ma już nie­wol­nika ani czło­wieka wol­nego, nie ma już męż­czy­zny ani kobiety”, zdaje się naj­zwy­czaj­niej kry­tyką Ary­sto­te­lesa, a już na pewno poglą­dów, które filo­zof ateń­ski upo­wszech­nił. Paweł nie godzi się ani z ary­sto­te­le­sow­ską ideą przy­ro­dzo­nej nie­woli, ani z nie­wolą jako wyni­kiem losu, jak u sto­ików, gdzie wszystko kręci się wokół prze­zna­cze­nia, na doda­tek cyklicz­nie i w nie­skoń­czo­ność. Dla Apo­stoła Naro­dów nie­wola jest bez­względ­nie sprzeczna z naturą, co istot­nie zbliża go do sto­ików, zwłasz­cza póź­niej­szych – Marka Aure­liu­sza i jesz­cze bar­dziej Epik­teta127, tyle że chrze­ści­jań­skie wezwa­nie do wol­no­ści ma cha­rak­ter aktywny i kon­struk­tywny. Wol­ność w powią­za­niu z przy­ka­za­niem miło­ści bliź­niego (bra­ter­stwa, więc także rów­nego trak­to­wa­nia i pomocy wza­jem­nej) oraz spra­wie­dli­wo­ści (soli­dar­no­ści) nabie­rała zupeł­nie nowego wydźwięku, nio­sła jakąś nie­by­wałą nadzieję, nie zaś, jak u sto­ików, tylko koniecz­ność pogo­dze­nia się z kry­zy­sem i roz­pa­dem świata128. Nawet jeśli wol­ność jesz­cze długo będzie cze­kała na fak­tyczną reali­za­cję, a rów­ność i spra­wie­dli­wość zdają się i dzi­siaj nie­zmier­nie trudne do prak­tycz­nego prze­pro­wa­dze­nia, nie­omal ze świata uto­pij­nego, na pewno idee te zabrzmiały w histo­rii po raz pierw­szy tak dobit­nie. I, co w sumie naj­waż­niej­sze, tak je odczy­tali współ­cze­śni, z któ­rych ocze­ki­wa­niami nie spo­sób byłoby dzi­siaj poważ­nie dys­ku­to­wać. W dobie krót­kiego wciąż, nawet na skalę jed­nego życia, kry­zysu epi­de­micz­nego widzimy lepiej niż kiedy indziej, że nadzieja nie jest by­naj­mniej matką głu­pich, lecz naj­głęb­szą, obok gniazda, poży­wie­nia i sze­roko poję­tej miło­ści, potrzebą ludzką: tak jed­no­stek, jak całych spo­łe­czeństw. Alain Beşancon w war­szaw­skim wykła­dzie o wol­no­ści zbyt lekko w każ­dym razie prze­szedł nad tym feno­me­nem do porządku. Ma wpraw­dzie rację, że prawo rzym­skie pod wpły­wem sto­ików, a jesz­cze bar­dziej w wyniku dzia­ła­nia prawa popytu i podaży (skoń­czył się bowiem czas zwy­cię­skich wojen), polep­szyło nieco sytu­ację nie­wol­ni­ków i kobiet, zapo­mniał jed­nak, że wła­śnie na czas roz­kwitu rzym­skiego sto­icy­zmu przy­padł szczyt cyr­ko­wych przed­sta­wień z udzia­łem tysięcy gla­dia­to­rów, zja­wi­ska pora­ża­ją­cego pogardą dla czło­wieka bar­dziej na pewno niż zatrud­nie­nie nie­wol­nika w domu, na plan­ta­cji, a nawet w kopalni129.

Wśród pierw­szego poko­le­nia chrze­ści­jan pale­styń­skich domi­no­wali raczej ludzie skromni, dziś powie­dzie­li­by­śmy dolne grupy war­stwy śred­niej – rze­mieśl­nicy, rybacy, rol­nicy, drobni han­dla­rze i urzęd­nicy naj­niż­szych szcze­bli. Więk­szość z nich, w tym apo­sto­ło­wie – może z wyjąt­kiem Jana, naj­młod­szego ucznia, „któ­rego Jezus miło­wał”, jak on sam lubił o tym mówić – nie umiała czy­tać i pisać, podob­nie zresztą jak naj­pew­niej sam Jezus, choć na ten temat trwa spór. W każ­dym razie, jeśli by nabył któ­rąś z tych umie­jęt­no­ści, to raczej tylko sła­bego czy­ta­nia. W war­stwie spo­łecz­nej, w któ­rej przy­szedł na świat, anal­fa­be­tyzm był powszechny, a nic nie sły­chać o nauczy­cie­lach Jezusa130. Fak­tem jest, że cie­śla musiał umieć mie­rzyć i robić sobie jakieś pod­sta­wowe notatki, nie­mniej wiemy, że ludzie dzi­wili się, skąd zna On Pismo, „skoro się nie uczył” (J 7, 15). Po cesar­stwie rzym­skim roz­prze­strze­niło się chrze­ści­jań­stwo już przede wszyst­kim za sprawą lawi­no­wego napływu nie­wol­ni­ków, żoł­nie­rzy – czę­sto wyzwo­leń­ców – i zna­mie­ni­tych oraz wpły­wo­wych kobiet (Dz 16, 14 n.; 17, 4 i 12), czyli mówiąc ina­czej: kobiet z „dobrych domów”, dość zamoż­nych i jak na swoje czasy wykształ­co­nych, tyle że pozba­wio­nych auto­no­mii – sło­wem akty­wi­stek swo­ich cza­sów131. W III w. Lak­tan­cjusz, pisarz chrze­ści­jań­ski pocho­dzący z pół­noc­nej Afryki, zwany przez rene­san­so­wych huma­ni­stów chrze­ści­jań­skim Cyce­ro­nem, zapi­sał, że „wśród nas nie ist­nieją ani nie­wol­nicy, ani pano­wie. Nie czy­nimy żad­nych róż­nic mię­dzy sobą i wszy­scy nazy­wamy się braćmi, ponie­waż wszy­scy uwa­żamy się za rów­nych”132. Jesz­cze moc­niej zabrzmiał sto lat póź­niej – też prze­cież nawią­zu­jący do sto­ików – głos św. Augu­styna, po czę­ści zapewne za sprawą jego wyjąt­ko­wej matki, chrze­ści­janki, i trud­nego ojca – bon vivanta i kobie­cia­rza, awan­tur­nika, może cza­sami o cięż­kiej ręce, na doda­tek długo opor­nego wobec nowej reli­gii. Dla biskupa afry­kań­skiej Hip­pony wol­ność jest sta­nem przy­ro­dzo­nym i ani naro­do­wość, ani płeć niczego pod tym wzglę­dem nie zmie­niają. Co wię­cej, racjo­nalna inte­li­gen­cja kobieca równa się męskiej. W wielu spra­wach, w tym podej­ścia do poży­cia sek­su­al­nego, Augu­styn zaleca kobie­tom cier­pli­wość, nie­rzadko jedyną drogę do zapa­no­wa­nia nad trud­nymi mężami. Zde­cy­do­wa­nie za to odrzuca gwałt jako powód do kobie­cej nie­sławy, z czym wszyst­kie spo­łe­czeń­stwa mają mniej­sze czy więk­sze pro­blemy po dziś dzień133.

*

W hel­le­ni­styczno-rzym­skim Izra­elu lęk przed rebe­lią wisiał w powie­trzu wła­ści­wie nie­prze­rwa­nie134