Górskie rozmowy. Ludzie, miejsca i historie z polskich gór - Tomasz Habdas - ebook + audiobook + książka

Górskie rozmowy. Ludzie, miejsca i historie z polskich gór ebook

Habdas Tomasz

0,0
59,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„W górach jest wszystko, co kocham” czy „Kiedy góral umiera” – te teksty pamięta każdy, kto choć raz usłyszał je przy ognisku w górach, pod ciemnym niebem usianym gwiazdami.

Ta książka to rozmowy i opowieści, które moglibyśmy usłyszeć przy takim właśnie ognisku.

·O klapkach na szlaku i innych tatrzańskich legendach

·O tym, dlaczego ludzie jadą przez pół Polski na naleśniki do Chatki Górzystów

·O schroniskowym życiu, Duchu Gór i czarownicach

·O wilkach i niedźwiedziach, i gdzie je można spotkać

·O wojnach, które zmieniały bieg granic i ludzkiego życia

Tomasz Habdas, przewodnik beskidzki, kolejny raz zaprasza na górskie szlaki. Tym razem towarzyszą mu wyjątkowi ludzie gór – twardzi i dumni, a jednocześnie wrażliwi na piękno natury, z sercem bijącym na góralską nutę:

Wiesława Polańska

Sławomir Gortych

Marcin Tomczyk

Michał Figura

Czesław Szynalik

Krzysztof Baraniak

Sławomir Nosek

Zuzanna Długosz

Tomasz Wolnik

Adam Snarski

Jacek Robak

To co, wyruszamy?

TOMASZ HABDAS – Góral z Beskidów, od zawsze zakochany w swojej małej ojczyźnie. Pasję do gór przekazuje innym poprzez książki, przewodniki, autorski blog W szczytowej formie, prelekcje podróżnicze, a przede wszystkim w trakcie wycieczek, podczas których pełni funkcję przewodnika beskidzkiego, ale też lidera wyjazdów zagranicznych. Jak sam mówi, w górach jest najlepszą wersją siebie, dlatego niezależnie od tego, czy aktualnie przebywa w Beskidach, Tatrach, na Kilimandżaro czy też w Himalajach, uśmiech nie schodzi mu z twarzy.

W jego górskim CV znajdują się między innymi: Aconcagua, Elbrus, Kazbek, Mont Blanc, Kilimandżaro, Tubkal oraz Główny Szlak Beskidzki i z roku na rok ta lista staje się coraz dłuższa, a szczyty – coraz wyższe. Po każdej dalekiej podróży z ogromną radością wraca w rodzinne strony, w Beskidy Zachodnie, bo to one są mu zdecydowanie najbliższe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 291

Data ważności licencji: 2/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Tomasz Habdas

Projekt okładkiEliza Luty

MapyRafał Kroczak

Redaktorka inicjującaAleksandra Ptasznik

Redaktorka prowadzącaKatarzyna Kolowca

Konsultacja merytorycznadr hab. Wojciech Maciejowski, prof. AKF w Krakowie

RedakcjaMagdalena Matyja-Pietrzyk

AdiustacjaAnna Cała

KorektaKatarzyna Kierejsza, Agnieszka Mąka

Opieka redakcyjnaNatalia Hipnarowicz-Kostyrka

Opieka promocyjnaMagdalena Sarapata

ISBN 978-83-8427-687-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Od autora

O czym jest ta książka? Najprościej chyba powiedzieć, że o górach, ale taka odpowiedź nie wyczerpuje tego, co chciałbym przekazać. To książka o górach, ale z różnych perspektyw. Jedenastu plus mojej. Każdy rozdział to nowa rozmowa, nowa opowieść, nowy gość – wymarzony ambasador małej ojczyzny, a przy tym skuteczny promotor turystyki górskiej. Na pewnym etapie skrzyżowały się nam górskie szlaki. Z jednymi znam się dłużej, z drugimi krócej, z każdym mogę rozmawiać godzinami o wspólnej pasji. Wzajemnie się zachęcamy do dalszej eksploracji polskich gór. Czasami dyskutujemy o pięknie przyrody i wyliczamy, co warto zobaczyć i jakie szczyty zdobyć w danym paśmie. Innym razem pochylamy się nad trudną historią danego regionu i zastanawiamy się, jaki wpływ wywarła na obecne życie mieszkańców. Są dyskusje skupione na pysznym jedzeniu, jakiego można posmakować w polskich górach, ale nie boimy się też trudniejszych wątków, takich jak skutki rozwoju social mediów dla fauny i flory Karpat oraz Sudetów.

Choć z każdym z moich rozmówców poruszam inny temat, łączy nas wszystkich jedno: miłość do gór i szczególne zamiłowanie do konkretnej okolicy. Mam zatem nadzieję, że i Ciebie, drogi Czytelniku, zachęcimy do wyruszenia na górski szlak, poszerzenia horyzontów oraz spojrzenia na Karpaty, Sudety i Góry Świętokrzyskie z nieco innej perspektywy.

Góry to nie tylko piękne widoki i tabliczki na szczytach. To również ludzie, zwierzęta, historia, tradycja, kultura, geologia i wiele innych czynników, które razem kształtują wyjątkowy charakter poszczególnych pasm. Nie traktuj zatem tej książki jako kolejnego przewodnika górskiego, a bardziej jako opowieść, która przybliża bogactwo naszych gór. Wierzę, że znajdziesz w niej wiele inspiracji do kolejnych górskich wycieczek i kto wie, być może spotkamy się na Polanie Wapienne w Pieninach Spiskich albo przy Łopacie Polskiej w Beskidzie Sądeckim.

Chciałbym także podziękować wszystkim moim rozmówcom:

Wiesi – za najlepsze naleśniki w polskich górach i za utrzymywanie niepowtarzalnego klimatu Chatki Górzystów,

Sławkowi – za najlepsze górskie kryminały i za przybliżanie nam tajemnic Karkonoszy,

Marcinowi – za promocję Sudetów Wschodnich i za koleżeńskie wymiany doświadczeń w pracy przewodnika,

Michałowi – za pokazanie, że nie taki straszny wilk czy niedźwiedź, jak go niektórzy malują,

Czesławowi – za lokalne inicjatywy i lekcję promocji ukochanego regionu,

Krzyśkowi – za stworzenie największej platformy miłośników Tatr i połączenie ze sobą tatromaniaków,

Sławkowi – za ogrom wiedzy i dobrych praktyk, którymi się ze mną podzielił, nie tylko tych dotyczących Pienin,

Zuzie – za pokazanie, że Beskid Sądecki to nie tylko uzdrowiska i Jaworzyna Krynicka, ale też tradycja, która się odnawia w tym regionie,

Tomkowi – za to, że polubiłem historię, od której zawsze uciekałem w szkole, i zobaczyłem Beskid Niski z zupełnie innej strony,

Adamowi – za liczne rozmowy o życiu na Podkarpaciu i za to, że się nie poddaje, nawet gdy mu rzucają kłody pod nogi,

Jackowi – za opowieści o czarownicach, zalewajce i geologii przełożonej na zrozumiały język.

Na Połoninie WetlińskiejAdobe Stock © Wojciech

Dziękuję również moim rodzicom, którzy wyciągali mnie na be­skidzkie szlaki, gdy miałem kilkanaście lat. Kto wie, czy bez tego zrodziłaby się we mnie miłość do gór. Dziękuję Konradowi za codzienne wsparcie i mobilizację do pisania kolejnych książek. Wreszcie dziękuję Montanie, naszemu psu, za to, że nie utrudniał mi zanadto pracy i grzecznie leżał koło krzesła, gdy ja spisywałem na klawiaturze kolejne rozmowy.

Na koniec dziękuję Tobie za sięgnięcie po moją książkę.

Miłej lektury i do zobaczenia gdzieś w górach!

1Góry Izerskie

Izery, jak czasami mówi się o Górach Izerskich, to najdalej na zachód wysunięta część Sudetów w Polsce. Pasmo to nie oferuje punktów widokowych ani atrakcyjnych szczytów, tak jak na przykład pobliskie Karkonosze. Jest tu natomiast dużo zalesionych pagórków, wystających wychodni skalnych, borówek – zwanych przez miejscowych „złotem Izerów” – oraz mnóstwo ścieżek turystycznych, leśnych i rowerowych. Największymi atutami Gór Izerskich są cisza i spokój, których zaznasz, wędrując po tutejszych szlakach. Są w Izerach miejsca bardzo popularne, jak Hala Izerska ze słynną Chatką Górzystów czy Stóg Izerski, na który można wyjechać kolejką gondolową. Wystarczy jednak nieco zboczyć z tych utartych ścieżek, by pobyć sam na sam z przyrodą i delektować się jej pięknem. To idealny kierunek na jednodniowe wycieczki, zarówno piesze, jak i rowerowe. Dobrym punktem startowym do wyjścia na szlak może być Świeradów­-Zdrój czy Polana Jakuszycka. Zimą region ten zamienia się w polską stolicę biegów narciarskich. Z tutejszych tras korzystają zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, startujący między innymi w słynnym Biegu Piastów.

Nad IzerąWikimedia Commons © Magda filolog

O Wiesi

Wiesława Polańska

Z wykształcenia nauczycielka języków obcych, zawo­­dowo i z pasji – od trzydziestu lat gospodyni Chatki Górzystów. Mama dwójki prawie dorosłych dzieci, które udało jej się zarazić swoją pasją. Od lat nieustająco zakochana w przyrodzie, historii i ludziach Gór Izerskich, gawędziara, rozczytana w polskich, czeskich i niemieckich publikacjach regionalistycznych. W wolnych chwilach, jak sama mówi, szwenda się po nieoczywistych okolicach, pisuje wiersze, tłumaczy z czeskiego i z zapałem grywa w planszówki.

Najlepsze górskie naleśniki w Polsce

Rozmowa z Wiesławą Polańską

Widok z Wysokiego KamieniaWikimedia Commons © Jacek Halicki

Schronisko, którego jesteś gospodynią, należy do najbardziej znanych w Sudetach, chociaż samo pasmo, gdzie aktualnie jesteśmy, czyli Góry Izerskie, aż tak popularne nie jest. Chatka Górzystów rządzi się jednak własnymi prawami. Zanim się pochylimy nad fenomenem jej sławy, porozmawiajmy o górach. Co twoim zdaniem tworzy klimat Gór Izerskich? Jak było tu kiedyś, a jak jest teraz?

Przez długie lata były to góry zapomniane. Mało kto o nich wiedział, mało kto tu bywał. Dlatego też turyści znający Izery stworzyli małą subkulturę na wzór przedwojennych mieszkańców tych ziem. Odosobnienie chroniło to miejsce przed przypadkowymi wędrowcami i masową turystyką. Taka specyficzna, typowo górska atmosfera przez długie lata panowała w tej okolicy. Sprzyjały jej klimat i trwająca tu pół roku zima. Poza tym jeszcze kilkadziesiąt lat temu, żeby dotrzeć do Hali Izerskiej, trzeba się było kilka razy wylegitymować. Doli­na Izery była terenem objętym zakazem swobodnego poruszania się ze względu na bliskość granicy z Czechami, a wcześniej z Czecho­słowacją.

Doprecyzujmy może, że nie chodzi wcale o lata tuż po drugiej wojnie światowej, ale raczej o ostatnie dziesięciolecia XX wieku.

Mówimy o latach osiemdziesiątych XX wieku. To okres, kiedy sama zawitałam po raz pierwszy w Góry Izerskie, więc wszystkiego tego doświadczałam. Trzeba się było tłumaczyć wopistom, do kogo się idzie, po co, i kilkukrotnie pokazywać dokumenty. Strefa graniczna była pilnie strzeżona, co wtedy wydawało nam się dziwne, bo Czecho­słowacja uchodziła za bratni, socjalistyczny kraj. Ale podporząd­kować się strażnikom trzeba było. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się z wopikami, a atmosfera znacznie się rozluźniła. Samej Izery jednak nie można było przekraczać, ponieważ stanowiła granicę państwa. Historia zna pojedynczych śmiałków, którzy próbowali tego dokonać, na przykład podążając za głosem serca. Generalnie było to jednak surowo zakazane. Dla kogoś, kto się wychował z dala od granicy, albo dla współczesnego pokolenia może się to wydawać dziwne, ale tak właśnie się żyło w Górach Izerskich jeszcze czterdzieści lat temu. To wszystko razem ukształtowało powojenny klimat tej części Sudetów.

Schronisko na Stogu IzerskimTomasz Habdas

Bardzo dobrze cię rozumiem. Sam wychowywałem się na terenie przygranicznym. Doskonale pamiętam czasy, kiedy w Beskidach nie można było swobodnie przekraczać granicy polsko­-słowackiej. Trzeba było mieć ze sobą paszport, o ile się taki dokument w ogóle dostało, i korzystać z oficjalnych przejść granicznych. Wspominałaś, że nie tylko strażnicy ograniczali dostęp do Gór Izerskich, ale również specyficzna budowa tego pasma: odległości pomiędzy ważniej­szymi punktami są tu znacznie większe niż na przykład w mocno zurbanizowanych sąsiednich Karkonoszach.

To prawda. Gdy zaczynałam wędrować po Izerach, Chatka Górzystów była dopiero w powijakach. Upatrzyli ją sobie studenci Wyższej Szkoły Inżynierskiej imienia Jurija Gagarina w Zielonej Górze. Chcieli tu stworzyć chatkę studencką, co w tamtym okresie było w polskich górach bardzo popularne. Zanim wzniesiono budynek na Hali Izerskiej, w okolicy powstały inne obiekty turystyczne: na Stogu Izerskim i w Jakuszycach. Powoli powstawała Stacja Turystyczna Orle. Dopiero po jej otwarciu i wystartowaniu Chatki Górzystów zmieniło się postrzeganie Gór Izerskich. Stały się bardziej dostępne i nie budziły już takiego strachu. Wcześniej przejście odcinka ze Stogu Izerskiego lub Świeradowa­-Zdroju do Jakuszyc, szczególnie w okresie zimowym, czyli od listopada do maja, było nie lada wyzwaniem i wymagało dużej odwagi i dobrej kondycji. Dwa nowe schroniska zwiększyły poczucie bezpieczeństwa w tej okolicy i wpłynęły na nasilenie ruchu turystycznego i wzrost popularności pasma. Przyczynił się też do tego Bieg Piastów – zawody w narciarstwie biegowym, które ze względu na długi okres utrzymywania się pokrywy śnieżnej mają tutaj idealne warunki.

Rozmawiamy nadal o XX wieku, a konkretnie o jego drugiej połowie. A czy jesteś w stanie określić, kiedy mniej więcej zaczął się ruch turystyczny w Górach Izerskich?

Na nasze szczęście w tamtym wcześniejszym okresie pamiętniki i kroniki były bardzo popularną formą literacką. Każdy wiek miał swojego wanderera, wędrowca, który takie relacje spisywał. Dzięki kronikom i dziennikom Schaffgotschów, arystokratycznego rodu zamieszkującego niegdyś tereny Dolnego Śląska, wiemy o pierwszych podróżnikach, którzy zwiedzali zarówno Riesengebirge, czyli Karkonosze, jak i Isergebirge. Jedna z pierwszych relacji z wycieczki przez Halę Izerską pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku. Turysta, szlachcic, wspomina, że ugoszczono go w budynku i zakwaterowano w pokoju, przez który co jakiś czas przebiegała świnia lub krowa. Jedzenie podano na cynowych talerzach wraz z ołowianymi sztućcami. Głównym daniem był świeżo usmażony pstrąg, ale największe zaskoczenie stanowiła wyśmienita kawa, której nie spodziewał się w takim miejscu. To jedno z najstarszych wspomnień. Trzeba też pamiętać, że w tamtym okresie nie było dróg ani szlaków. Autor tekstu opisuje trudy wycieczki: przedzieranie się przez las, przeskakiwanie przez zwalone pnie nad bagnami, a wreszcie korzystanie z usług lokalnych przewodników, żeby się nie zgubić w gęstym lesie. Teraz powiedzielibyśmy, że był to bardzo hardcorowy trekking.(śmiech)

Dużo się zmieniło po odkryciu w XIX wieku leczniczych źródeł wód mineralnych w Świeradowie. Miejscowość szybko zyskała na popularności i zaczęła sprowadzać nowych kuracjuszy. Wzrosło również zainteresowanie zagubioną wioską na Hali Izerskiej. Gross Iser, dosłownie Wielka Izera, zostało założone w XVII wieku przez czeskich uchodźców religijnych. Odcięci od świata, stworzyli tu sobie samowystarczalną społeczność, która przetrwała kilka wieków. Wraz z rozkwitem turystyki zaczęli się pojawiać również ludzie z zewnątrz, chętni zobaczyć osadę na końcu świata. Bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy wygospodarowali w swoich domach pomieszczenia dla turystów i oferowali im noclegi. Osada składała się wtedy z czterdziestu pięciu budynków. Wśród nich była szkoła, kamienny budynek straży pożarnej, gospoda Iserbaude, młyn i – co oczywiste – domy mieszkalne. Z biegiem lat wioska coraz bardziej się rozrastała. Na nieodległej Polanie Izerskiej powstały dwa schroniska, a na Po­lanie Jarzębczej staroniemiecka kawiarnia Altdeutsche Kaffeestube. W jednym z najstarszych budynków Gross Iser uruchomiono schronisko młodzieżowe. Później, ale jeszcze przed drugą wojną światową, przejęli je hitlerowcy na potrzebę szkolenia Hitlerjugend. Obiektów turystycznych przybywało, a jednym z czynników, który mocno przyciągał ludzi na Halę Izerską, była długa zima. Pocztówki z tamtego okresu ukazujące Góry Izerskie podpisywano jako Ski Paradise, czyli raj dla narciarzy. Jak zatem widać, tradycja narciarstwa w Izerach jest bardzo długa.

Wielka Izera, lata dwudzieste XX wiekuBiblioteka Narodowa / Polona.pl — nieznany autor

Bardzo mi się spodobała przedsiębiorczość mieszkańców wioski Gross Iser, która niegdyś się tutaj znajdowała. Zamiast się odcinać od ludzi i zniechęcać ich do wizyt na hali, stworzyli atrakcję turystyczną wraz z infrastrukturą. Przez kilkaset lat udało się im zachować tę część gór dla siebie, dzisiaj pozostały po nich tylko skromne ślady. Jaki los ich spotkał?

Koniec Gross Iser wiąże się z budową słynnej Sudetenstrasse, Drogi Sudeckiej, w latach trzydziestych XX wieku. Mówimy tu o odcinku łączącym Świeradów­-Zdrój ze Szklarską Porębą. To trasa z legendarnym Zakrętem Śmierci, która oczywiście funkcjonuje do dziś. Do budowy drogi używano wszystkiego: łopat, siekier, a przede wszystkim gołych rąk, wcześniej bowiem był tu tylko gęsty las i co najwyżej leś­ne dukty, więc nie dało się sprowadzić ciężkich maszyn. Nowa trasa nie widniała na starych mapach, którymi posługiwali się ro­syjscy dowódcy w trakcie drugiej wojny światowej. Nie znając nowego połączenia, wybudowanego ledwie kilka lat wcześniej, część pewnego oddziału armii radzieckiej zaczęła podążać trasą wzdłuż Izery, tuż obok huty i stacji Orle. W tym czasie w osadzie Gross Iser nie było już mężczyzn, wszystkich zaciągnięto do walki. Pozostały tylko kobiety i dzieci oraz gospodarz schroniska Gross Iser Baude Paul Hirt. Miał sztuczną nogę i z tego powodu nie został wcielony do wojska. Na Halę Izerską dotarł posłaniec ze stacji Orle i ostrzegł mieszkańców przed Rosjanami, którzy znajdowali się już przy hucie. Kobiety wraz z dziećmi ukryły się w lesie, a w osadzie pozostał między innymi gospodarz schroniska. Uważał on, że z każdym można dojść do porozumienia. O jego nastawieniu do innych świadczyło zresztą przezwisko: Freundlich Paul, co znaczy „przyjazny, życzliwy Paul”. Na strychu szkoły, czyli w obecnej Chatce Górzystów, ukrywała się jeszcze Emma, która przez skręconą kostkę nie mogła uciec do lasu. Schowana w bezpiecznym miejscu obserwowała z małego okienka przebieg wydarzeń. Pijani Rosjanie nie doszli do porozumienia z Hirtem, wręcz przeciwnie. Wyszarpali go z budynku na zewnątrz i rozstrzelali. Następnie zabrali się do przeszukiwania domostw. Najbardziej interesowały ich zegarki, alkohol i kobiety. Gross Iser, nawet pomimo wcześniejszego rozwoju turystyki, nie było bogate. Rosjanie niewiele tu znaleźli, ruszyli zatem dalej w kierunku Świeradowa­-Zdroju. Kobiety wróciły do wioski. Emma zrelacjonowała to, co się wydarzyło, i wspólnie uzgodniono, że trzeba pochować Paula Hirta na polanie. Najbliższy cmentarz znajdował się w Świeradowie­-Zdroju, a wyprawa tam była zbyt ryzykowna.

W kolejnych dniach wojny odgórnie nakazano przesiedlenie mieszkańców górskich wiosek, w tym Gross Iser. W pierwszej kolejności przenoszono ludzi, którzy mieli rodzinę w Świeradowie i mogli się tam zakwaterować. Resztę pod przymusem stopniowo wywożono na zachód, w głąb Niemiec. Mieszkańcy osady stracili ze sobą kontakt. Zdarzało się, i nadal się zdarza, że ktoś z nich lub z ich rodziny przybywa po latach na Halę Izerską i zostawia nam dane kontaktowe z prośbą o przekazanie innym, gdyby tu zawitali. Pełnimy funkcję łącznika i już nieraz pomogliśmy w odnowieniu kontaktu między dawnymi osadni­kami.

Świeradów­-Zdrój (u góry schronisko na Stogu Izerskim), lata trzydzieste XX wiekuBiblioteka Narodowa / Polona.pl — Oswald Kühne

Zatem druga wojna światowa położyła kres wiosce Gross Iser. Czy coś pozostało po tym okresie?

Wszystkich mieszkańców przesiedlono. Budynki, z których najstarsze powstały jeszcze w XVIII wieku, powoli popadały w ruinę. To, co cenniejsze w środku, padło łupem szabrowników. Osadnicy dostali zaledwie cztery godziny na spakowanie swojego dobytku. Pozwolono im na zabranie tylko tego, co byli w stanie udźwignąć we własnych rękach. Gdy kiedyś spytałam dawnych mieszkańców, czy dysponują starymi fotografiami wioski, które opowiadałyby o codziennym życiu tu, w Gross Iser, przytaknęli. W całym tym zamieszaniu i w bardzo trudnej sytuacji, kiedy musieli szybko decydować, co zapakować do walizki i co będą w stanie zabrać ze sobą, niosąc na przykład jednocześnie dziecko na rękach, część z nich sięgnęła po rodzinne albumy ze zdjęciami.

Te zdjęcia, dzięki życzliwości mieszkańców, zachowaliśmy w naszych zbiorach jako pamiątkę po dawnej osadzie Gross Iser. Część zdobi ściany jadalni. Większość zaprezentowaliśmy w trakcie wyjątkowego wieczoru, którego byliśmy gospodarzem i organizatorem. Z okazji 75-lecia istnienia szkoły w Gross Iser, czyli budynku zajmowa­nego obecnie przez Chatkę Górzystów, zorganizowaliśmy spotkanie, na które zaprosiliśmy wszystkich dawnych osadników pozostających z nami w kontakcie. Było to bardzo wzruszające spotkanie. Mog­liśmy usłyszeć wiele historii, które wcześniej niechętnie opowiadano, na przykład o tym, gdzie przebywało Hitlerjugend w tych okolicach. Był też czas na to, by obejrzeć stare fotografie, które goście zabrali ze sobą. Nie miałam serca, żeby prosić o przekazanie tych dokumentów na rzecz Chatki, ale chętnie materiały pożyczyłam i zeskanowałam wszystkie fotografie. W naszych elektronicznych zbiorach są ujęcia, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Wzbudza to dużą ciekawość naszych sąsiadów Czechów. Oni z natury są zapalonymi regionalistami i z dużą intensywnością badają historię swoich ziem i tych, które obecnie do nich przylegają i są historycznie z Czechami powiązane. Dotyczy to właśnie Izerów, z którymi czują się bardzo związani. Dużą sensacją okazały się nasze publikacje o Gross Iser zamieszczone w czeskich magazynach. Co więcej, przedruki tych tekstów i zdjęć ukazały się szybko w niemieckiej prasie. Wywołało to napływ niemieckich dziennikarzy i turystów do Chatki Górzystów. Doszło do tego, że nawet rozdawaliśmy autografy. (śmiech)

Można powiedzieć, że Góry Izerskie łączą ze sobą historycznie te trzy narody. Ty natomiast doprowadziłaś do połączenia konkretnych ludzi, a w zasadzie ich rodzin i potomków związanych z osadą. Jak udało ci się dotrzeć do mieszkańców i ich krewnych, a następnie zaprosić ich na specjalne wydarzenie?

Tak naprawdę oni sami przyjeżdżali tu już wcześniej. Na przykład pan Günter, który miał rodzinę w Świeradowie­-Zdroju. Jego ciotka Marta została w trakcie wysiedlenia siłą wyciągnięta z pociągu przez niemieckiego żołnierza. Urzeczony jej urodą, zakochał się i nie chciał dopuścić do jej wyjazdu. Próbowano nadać tej historii narrację miłosną, ale prawda jest taka, że Marta nie miała nic do powiedzenia. Podobno ich późniejsza relacja i zachowania niemieckiego żołnierza nie świadczyły o wielkim uczuciu. Wkrótce pojawiło się jednak dziecko, mąż zaś poległ w jakiejś bitwie. Jak wspominają tutejsi, pod presją społeczeństwa Marta następnie wyszła za mąż za lokalnego proboszcza, a ich rodzina z biegiem lat się powiększyła. Cały ten czas spędzili w Świeradowie. Kilkadziesiąt lat później, wraz z otwarciem granic, synowie rozjechali się po Europie, a po jakimś czasie ich przodkowie zaczęli wracać na stare ziemie. Odwiedzali Świeradów­-Zdrój, Halę Izerską i okoliczne szczyty.

Jednymi z pierwszych, którzy po latach tu zawitali, byli panowie Günter i Hubert. Ten drugi był kronikarzem, zbierał wszelakie materiały o Gross Iser i dużo czasu spędzał w archiwum na studiowaniu tych treści. W głębi duszy czuł, że jest wysiedleńcem. Chciał jak najlepiej poznać historię swoich przodków, którzy już od XVII wieku zamieszkiwali Dolinę Izery. Wykształcili tu swój dialekt, który można jeszcze rozpoznać w gwarze ich potomków. Jedna z jego charakterystycznych cech to specyficzna wymowa głoski „r”, bliska angielskiej. Część samo­głosek z kolei się pochyla, tak że przypominają „u”. Zamiast na przykład powiedzieć „chłop z Gross Iser”, powiemy „chlup z Gross Isur”. Panowie wracali do mnie ze wzmiankami o dawnej osadzie oraz z jej pierwszymi zdjęciami. Prowadziliśmy szalenie interesujące rozmowy, szczególnie dla mnie, bo gdy już zamieszkałam w dawnej szkole, chciałam się o Gross Iser dowiedzieć jak najwięcej. To właśnie ci panowie, oprócz czeskich i niemieckich kronik, stanowili dla mnie źródło wiedzy o wiosce, a przy tym zalążek sieci kontaktów z innymi osobami powiązanymi z Halą Izerską.

Zakładam, że wszystkie materiały były dla ciebie wielką nowością i kopalnią wiedzy, ale czy coś szczególnie utkwiło ci w pamięci?

Dotarliśmy do zdjęć, z których jedno pochodziło z około 1956, a drugie z 1964 roku. Można było na nich prześledzić proces niszczenia, wręcz zawalania się budynków po wysiedleniu. W pierwszej kolej­ności pękała kalenica, czyli główna belka dachowa, co dało się zauważyć na fotografiach z lat pięćdziesiątych. Na tych o niespełna dekadę późniejszych dachy były już zapadnięte, a po budynkach pozo­stały je­dynie mury. Za tak szybko postępującą degradację odpo­wiadał przede wszystkim klimat. Jeszcze w czasach, gdy sama się sprowadzi­łam na halę, podczas opadów pokrywa śnieżna sięgała pierwszego piętra. Bywały też zimy, kiedy zrównywała się z dachem. Gruba warstwa śniegu na dachu wykonanym z ciężkiego łupku w połączeniu z wiatrem i wilgocią wdzierającą się do wnętrza wystarczyły, by przyspieszyć gnicie kalenicy, co ostatecznie doprowadziło do za­­wale­nia się konstrukcji. Budynek za budynkiem popadał w ruinę, skła­­­dając się na smutny krajobraz Hali Izerskiej.

Co się zatem wydarzyło, że miejsce tych ruin zajęła Hala Izerska w jej obecnym kształcie?

Lokalne władze nie do końca wiedziały, jak sobie poradzić z upadkiem osady. Ze względu na strefę przygraniczną nie było zgody na jej ponowne zasiedlenie. W końcu w latach siedemdziesiątych gmina przekazała cały teren w ręce Lasów Państwowych. Trochę żałuję, że nie pojawiłam się tutaj chwilę wcześniej, bo wtedy była jeszcze możliwość wykupu gruntu na własność. (śmiech) Wzięto się do uporządkowania terenu. Elementy drewniane powalonych konstrukcji przekazano okolicznym mieszkańcom jako opał, murowane natomiast dały początek nowo budowanej drodze w kierunku Świeradowa, zwanej dzisiaj Ceglaną Drogą. Obecnie cegieł już tu nie widać, ale jeszcze w 1996 roku, gdy zamieszkałam na hali, ich czerwień gdzieniegdzie prześwitywała spod nawierzchni.

Czy przed rokiem 1996, w którym ty się tu zjawiłaś, w budynku szkoły funkcjonowało już schronisko, czy tylko chatka studencka, o której wspominałaś?

Była chatka studencka. Jej początki sięgają roku 1986. Wtedy to studenci z zielonogórskiej Wyższej Szkoły Inżynierskiej udali się na wędrówkę w Góry Izerskie. Zamiast poruszać się oficjalnym Głównym Szlakiem Sudeckim imienia Orłowicza, prowadzącym przez szczyty gór, zboczyli i nielegalnie zeszli na Halę Izerską. Gdzieś pomiędzy drzewami majaczył im dach tego jedynego ocalałego budynku szkoły i postanowili przyjrzeć mu się z bliska.

Już od jakiegoś czasu Lasy Państwowe wykorzystywały gmach jako stajnię dla koni zrywkowych i nocleg dla robotników. Śmiało można stwierdzić, że chatkę uratował leśnik, który nadzorował ścinkę w okolicznych lasach, ponieważ uparł się, że schronienie jest mu potrzebne do pracy. W środku studenci zastali ciszę i spokój, bo trafili na przerwę w pracach leśnych. Miejsce od razu przypadło im do gustu i zrodził się w ich głowach pomysł na urządzenie w nim chatki studenckiej. Pojawili się również strażnicy graniczni i zgarnęli chłopaków na dwudniowe przesłuchanie celem ustalenia powodów ich wizyty w pasie przygranicznym.

Po wyjściu z dołka młodzież, niezrażona zatrzymaniem przez pograniczników, podjęła pierwsze kroki w kierunku urządzenia chatki. Prace zaczęły się od wywiezienia trzech przyczep pełnych nawozu końskiego zgromadzonego w świetlicy, służącej jako stajnia. Kolejne prace budowlane i remontowe wymagały od studentów nie lada inwencji twórczej, biorąc po uwagę trudne czasy i ograniczony dostęp do pieniędzy i materiałów. Jeszcze dwadzieścia lat później, gdy my przeprowadzaliśmy kolejny remont, byliśmy pod wrażeniem niektórych rozwiązań zastosowanych przez naszych młodych poprzedników.

Pierwszymi gospodarzami obiektu byli Jurek Bizunowicz oraz jego żona Lucyna. Na hali urodził się ich syn. Wychowany w górskich warunkach bez dostępu do prądu elektrycznego, z cywilizacją stykał się jedynie wówczas, gdy Izery opuszczał. W któreś wakacje wyjechał do babci do miasta i tuż przed zaśnięciem dmuchał na lampkę z żarówką elektryczną, myśląc, że zgaśnie jak świeca.

Jurek z Lucyną opuścili chatkę, gdy na świecie miało pojawić się ich drugie dziecko. Utrzymanie obiektu przysparzało mnóstwa trosk. Ruch turystyczny w tych czasach był znikomy, kilku turystów na miesiąc. Jurek zmuszony był do częstych wyjazdów do Szwecji, aby tam zarabiać pieniądze. Lucyna natomiast próbowała opanować sytuację na miejscu. Najtrudniej było zimą przy zaspach śniegu sięgających pięciu metrów. O skuterach śnieżnych można było pomarzyć. Jedyny dostępny środek transportu stanowiły narty. Wychowywanie dzieci w takich warunkach było trudne, ale miało też pewne walory. Wiem, bo sama moje dzieci wychowałam na Hali Izerskiej. (śmiech)

W połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiłaś się ty. W chatce nadal nie było prądu, wodę czerpało się ze studni, ale zakładam, że pewne prace modernizacyjne musiałaś wykonać, żeby przerobić budynek na schronisko górskie. Dodam, że na typowe schronisko, bo mam wrażenie, że Chatka Górzystów nadal za takie uchodzi. Tradycyjne, z górskim klimatem, z dala od cywilizacji. Miejsce, gdzie można się zaszyć i spędzić trochę czasu w ciszy. Coś jednak trzeba było usprawnić. Z jakimi wyzwaniami borykałaś się na początku swojej działalności na hali?

Priorytetem były dla mnie woda i kanalizacja. Mieliśmy studnię i toalety na zewnątrz. Na pranie i kąpiele trzeba się było wyprawiać do pobliskiego strumyka. Na szczęście wtedy byłam znacznie młodsza, więc zimna woda w październiku czy listopadzie mi nie przeszkadzała. (śmiech)

Chatka GórzystówTomasz Habdas

A co z turystami?

Oni się myli znacznie oszczędniej, na przykład tylko ręce i twarz. Człowiek w górach jest pogodzony z tym, że może nie myć się przez kilka dni. Dla tych bardziej wymagających mieliśmy pewne rozwiązanie. W przedsionku do świetlicy stał duży piec z cynowym kotłem o pojemności jakichś dziesięciu, może dwunastu wiader. Podczas palenia w piecu na płycie można było gotować i smażyć, a w kotle podgrzewała się woda. I właśnie stąd można było zaczerpnąć wody do blaszanej miski i umyć się w specjalnym pomieszczeniu. Był jeden warunek: kocioł należało uzupełnić. Zdarzało się, że przestrzeganie tej zasady trzeba było na niektórych turystach wymuszać, szczególnie zimą. Perspektywa wyjścia z wiaderkiem na mróz i duży śnieg, żeby zaczerpnąć wody ze studni, nie napawała entuzjazmem, ale większość, na szczęście, nie miała z tym problemu. W tamtym czasie w góry wybierali się zupełnie inni ludzie. Mieli inne podejście i dużo mniejsze wymagania. Teraz, nie obrażając oczywiście nikogo, zdarzają się dużo bardziej roszczeniowe osoby, przeświadczone, że standard w schronisku powinien być taki sam jak w hotelu.

I pewnie dużym zaskoczeniem jest dla nich, że nie ma u was zasięgu i nie można płacić kartą.

Tak, nie ma zasięgu, więc i kartą nie można płacić, ale myślimy powoli o telefonie satelitarnym, który byłby rozwiązaniem tej niedogodności.

Wracając do dawnych lat i inwestycji: na starcie trzeba było wymienić okna. Stare nie były wystarczająco szczelne i nie stanowiły bariery dla śniegu i mrozu. Przez to utrzymanie dodatniej temperatury w świetlicy zimą było niemożliwe. Udawało się tylko, gdy pomieszczenie wypełniało co najmniej czterdzieści osób i wszystkie chuchały. Pokoje dla gości ogrzewaliśmy piecami kaflowymi, jednym na dwa pomieszczenia.

Turystów jednak trudno było tu ściągnąć. Bywały miesiące, gdy do schroniska nie zaglądał nikt. Na początku nie mieliśmy również prądu, nie było zatem telefonu stacjonarnego. Żeby zarezerwować nocleg, trzeba było wysłać kartkę pocztową. Dwa razy w tygodniu piechotą udawałam się do Świeradowa­-Zdroju, żeby wyciągnąć korespondencję z naszej skrytki pocztowej. Od razu na poczcie odpisywałam i wysyłałam kartkę do zainteresowanego. Przy okazji robiłam zakupy do schroniska, a potem wnosiłam je na halę w plecaku lub ciągnęłam na saniach. Komunikacja przez pocztówki trwała bardzo długo, dlatego też większość turystów przychodziła w ciemno do schroniska, pytając już na miejscu o możliwość noclegu. Zazwyczaj nie mieliśmy problemów ze znalezieniem wolnych łóżek. Co innego w popularnych okresach typu andrzejki czy weekend majowy. Wtedy trzeba było wymyślać rozwiązanie na poczekaniu.

Pamiętam jedną taką sytuację, gdy grupa zmarzniętych i ośnie­żonych turystów wpadła do schroniska i poprosiła o nocleg, a u nas było już pełno. Przyszło ich sześcioro. Poszłam do pięcioosobowego pokoju i spytałam, ilu jest tam już turystów. Usłyszałam w od­powiedzi, że ośmioro, krzyknęłam więc, że dostaną jeszcze sześcioro. (śmiech) W tamtych czasach było to normalne i nikomu nie przeszkadzało. W ludziach było wtedy dużo radości, chęci do wędrowania i obcowania z innymi oraz dużo więcej życzliwości.

Przełomową inwestycją było doprowadzenie do Chatki wody. Wszystko zaczęło się od wycieczki na grzyby i znalezionego przy tej okazji źródła. Początkowo uznaliśmy, że znajduje się zbyt daleko od Chatki, w dodatku na podobnej co ona wysokości, więc nie mamy szans na grawitacyjne doprowadzenie wody do budynku. Prądu nadal nie mieliśmy, zatem o pompie nie było nawet mowy. Po jakimś czasie od tej wycieczki odwiedzili nas znajomi, z których jeden jest geodetą. Na wieść o odkrytym źródle oznajmił, że sprawdzi dla nas kąt spadku terenu i fachowo oceni, czy można źródło wykorzystać. Badanie niwelatorem wykazało różnicę jedenastu metrów, co było dla nas najlepszą informacją, jaką mogliśmy usłyszeć. Wcześniej poprzez złudzenie optyczne nie mogliśmy tego dostrzec gołym okiem, ale metody naukowej i praw fizyki nie oszukasz. Udało się doprowadzić wodę. To pociągnęło za sobą decyzję o urządzeniu łazienek wewnątrz budynku. Połączyliśmy je z już funkcjonującym poniemieckim szambem zlokalizowanym pomiędzy Chatką a pomieszczeniem gospodarczym. Na szczęście już w trakcie budowy szkoły projektanci byli świadomi srogości tutejszych zim, więc zadbali o odpowiednią pojemność szamba, mając na uwadze, że może nie być opróżniane nawet i przez pół roku. Co więcej, żeby się zbyt szybko nie zapełniało, niemieccy konstruktorzy zastosowali rozdzielnie. Mniej zabrudzona woda, pochodząca z umywalek, lądowała za budynkiem w kosodrzewinie zamiast w pojemniku z fekaliami. Oczywiście teraz żaden ekolog by się na to nie zgodził, ale wtedy takie rozwiązanie wydawało się sensowne. Dodatkowe łącza i rury wykorzystaliśmy na własne potrzeby. Pojawił się piec centralny i prysznice z ciepłą wodą.

Na koniec pozostało nam doprowadzenie prądu. Początkowo korzystaliśmy z agregatu, ale tylko w awaryjnych sytuacjach, paliwo bowiem trzeba było tu jakoś dostarczać. Na szczęście mój mąż jest elektrykiem i znalazł zakład, który produkował na eksport do Arabii Saudyjskiej samochodowe panele słoneczne, montowane na dachu. Przed podróżą na wschód poddawano je surowej selekcji i byle rysa na powierzchni mogła je wykluczyć z wysyłki. Zdyskwalifikowane sztuki udało nam się nabyć i ściągnąć do Chatki. Z kolei ze Stanów Zjednoczonych sprowadziliśmy wiatraczek jachtowy i zamontowaliśmy go na maszcie budynku. Już wtedy obszar Hali Izerskiej był częścią rezerwatu przyrody, więc każde wbicie szpadla w ziemię wymagało zachodu i uzyskiwania niekończących się pozwoleń. Nie dotyczyło to jednak budynku dawnej szkoły. Pierwszy prąd mieliśmy zatem ze słońca i z wiatru. Mówimy o czasach, kiedy w Polsce nikt jeszcze nie myślał o alternatywnych źródłach energii. Z jednej strony uchodziliśmy i uchodzimy za jedno z bardziej zacofanych schronisk w górach, z drugiej zaś byliśmy pionierami we wdrażaniu nowinek technologicznych.

Duży problem mieliśmy ze świeczkami, które przez długi czas stanowiły główne oświetlenie wnętrza. Przewracały się, kapał z nich wosk, który trzeba było nieustannie zdrapywać, dawały mało świat­ła, a przede wszystkim sprowadzały ryzyko pożaru. Trzeba było coś zmienić. Zainwestowaliśmy w oświetlenie ledowe, które dopiero co pojawiło się na polskim rynku. W pierwszej kolejności zamontowaliśmy je na korytarzach i w ciągach komunikacyjnych. Gdy ledy potaniały, mogliśmy oświetlić nimi również pozostałe pomieszczenia. Prądu stałego nadal w Chatce nie mamy, w perspektywie obecnych wymogów narzuconych przez Unię Europejską jesteśmy więc, muszę przyznać, bardzo ekologicznym miejscem. Wolałabym jednak mieć tutaj prąd na stałe, bo rozwiązałoby to wiele problemów. Teraz gdy chcemy podłączyć jakiekolwiek nowe urządzenie elektryczne, to najpierw musimy uważnie przeczytać całą tabliczkę znamionową, żeby sprawdzić, ile tego prądu potrzebuje i czy nie wyłączy nam całego systemu. Kolejna rzecz to nowe lodówki z zamrażarkami. Urządzenia tego rodzaju wymagają niestety stałego napięcia prądu, a my z naszymi domowymi elektrowniami nie możemy im go zapewnić. Chłodziarkę musieliśmy więc specjalnie ściągnąć ze Szwecji, a lodówkę mamy zasilaną gazem. Na szczęście zimą problem z przechowywaniem jedzenia znika – po prostu korzystamy z mrozu.

Izery zimą, w dole Świeradów­-Zdrójs. 35 —

Porozmawiajmy zatem trochę o tym mrozie. Już kilka razy padło stwierdzenie, że Góry Izerskie to polski biegun zimna i że zima utrzymuje się tutaj przez pół roku. Myślę, że dla wielu osób, które nigdy nie były w tej części Sudetów, może to być zaskoczeniem. Sam pamiętam, jak wybierałem się do was pierwszy raz zimą, końcem marca. Mój ambitny plan zakładał, że po prostu przejdę się z Polany Jakuszyckiej. Na moje szczęście zadzwoniłem do ciebie, zanim wcieliłem pomysł w życie, i powiedziałaś, że śniegu jest po pas, więc albo narty, albo wspólna droga ze Świeradowa­-Zdroju do Chatki. Zdziwiłem się, bo uznałem, że trasa przez góry, od północy, będzie jeszcze bardziej zaśnieżona i dłuższa niż z Jakuszyc. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w Świeradowie okazało się, że na halę pojedziemy specjalnym pojazdem. Był to samochód terenowy, do którego sami domontowaliście gąsienice.

To nasz kolejny wynalazek. (śmiech) A co do bieguna zimna, to owszem, od jakiegoś czasu dzierżymy to miano już oficjalnie. Wcześniej mówiło się o Suwałkach jako najzimniejszym punkcie w Polsce. Bardzo ostra zima, w której trakcie zanotowano wiele rekordowo niskich temperatur, była w roku 1943. Akurat w tym czasie w Gross Iser nie uruchomiono klatki meteorologicznej i nie zanotowano dokładnych odczytów termometru. Zawsze zajmował się tym miejscowy nauczyciel, który bardzo sumiennie badał specyficzną pogodę i warun­ki atmo­sferyczne na Hali Izerskiej. Współpracował on z wieloma instytucjami meteorologicznymi w kraju i jeszcze długo przed wojną odczytywał pomiary z klatki meteo. W 1943 roku nauczyciel był już daleko stąd, przesiedlony w inne miejsce, i nikt nie zanotował pomiaru. Z relacji mieszkańców wynika, że temperatura tej zimy mogła tu spaść do minus 43–44 stopni Celsjusza, ale dla naukowców taki pomiar nie jest wiarygodny.

Z czasem zainteresowano się również średnią temperatur. Wynikało z niej, że były w historii Hali Izerskiej lata, kiedy klimatyczne lato w ogóle nie występowało. Oznacza to, że średniodobowa temperatura w okresie tych najcieplejszych miesięcy nie przekraczała 15 stopni Celsjusza. Co więcej, w każdym miesiącu roku odnotowuje się tu ujemną temperaturę. Nawet w lipcu czy sierpniu zdarzają się mroźne noce. Przez to mamy tu takie powiedzonko, że lato w tym roku było na przykład w środę, i tyle. (śmiech) Od kiedy jestem w Chatce Górzystów, najniższa temperatura, jaką zanotowaliśmy, to minus 36,6 stopnia Celsjusza. Posługujemy się klatką meteorologiczną i przekazujemy pomiary do Uniwersytetu Wrocławskiego. Pewnej zimy jednak z pomiarami pomogli nam Czesi. Przybyli nad Izerę z termometrami laboratoryjnymi i rozbili namiot nad rzeką. Tam powietrze jest bardziej wilgotne, więc spodziewali się niższych odczytów. Ostatecznie zabrakło im skali, a ta kończyła się na minus 41 stopniach Celsjusza. To ekstremalne przykłady, ale tak czy inaczej, mroźne dni z temperaturą poniżej 20 stopni są u nas normą.

Jak długo utrzymuje się u was śnieg? Do kiedy z nim walczycie?

Zazwyczaj na majówkę jesteśmy już w stanie przejechać transportem kołowym, a nie gąsienicowym. Ale nie jest to regułą.

Droga zaopatrzeniowa prowadzi ze Świeradowa?

Tak, zdecydowanie. Trasa z Jakuszyc biegnie leśnym duktem, w dodatku z dwoma zerwanymi mostami po powodzi. Poza tym w Jakuszycach nie ma zaplecza handlowego i trzeba by zjeżdżać do Szklarskiej Poręby. Świeradów­-Zdrój jest znacznie bliżej. Po czasach klęski ekologicznej, w której wyniku uschło wiele drzew, powstało dużo dróg asfaltowych, wykorzystywanych do zwózki drewna. Teraz my z nich korzystamy, i rowerzyści. Izery mogą się chyba poszczycić najbardziej rozbudowaną siecią dróg, czy to asfaltowych, czy ubitych duktów, w polskich górach. Poza tym nie mamy tu parku narodowego, w odróżnieniu od Karkonoszy, więc można poruszać się również poza szlakiem, mniej oficjalnymi ścieżkami. Dzięki temu jest tu pusto i cicho. Można obcować z przyrodą sam na sam. Ludzi obserwujemy zazwyczaj tylko w okolicach obiektów turystycznych.

Ścieżka rowerowa w Górach IzerskichTomasz Habdas

Myśląc o Górach Izerskich, o tej ciszy, samotności i specyfice miejsca, często porównuje się to pasmo do Beskidu Niskiego. Ja osobiście uważam, że to Beskid dla wtajemniczonych. Tam nie chodzi o widoki ani obszerne panoramy, ale o klimat i historię. Tu moim zdaniem jest trochę podobnie. Coś jest takiego w tych górach, że mimo braku spektakularnych punktów widokowych ciągnie ludzi w Izery.

Tu też historia jest ważna. Ważne jest również to, że boom turystyczny przyszedł tutaj znacznie później, przez co udało się zachować góry do pewnego stopnia w nienaruszonym stanie. Nie ma tu komercji, nie ma nastawienia na ciągłe zarabianie pieniędzy, choć turyści oczywiście są, szczególnie w sezonie. Poza wakacjami jednak, jesienią, potem na wiosnę, wracają do nas znajomi i przyjaciele, którzy czują się tu jak w domu. Takich turystów, dla których Chatka Górzystów jest miejscem powrotów, mamy coraz więcej. Tu są znani, tu zawsze ktoś ich spyta, co u nich słychać, jak czuje się żona, mąż, ktoś się nimi interesuje. Takim spotkaniom szczególnie sprzyja październik i trudno wtedy u nas o miejsce noclegowe w weekendy. Mamy grupki znajomych, których życie rozsiało po całym świecie, ale regularnie zjeżdżają się właśnie na Halę Izerską. Wracają do nas, tak jak wraca się na święta do domu babci. Przyjeżdżają wtedy podróżnicy, którzy większość czasu spędzają na dalekich wyjazdach i potem raczą nas opowieściami. Niosą też dalej słowo o nas. Ostatnio pewien pan opowiadał, jak to w Amazonii spotkał grupę Szwajcarów i od słowa do słowa przeszli do polecania sobie godnych odwiedzin miejsc w Europie. Z dumą prezentował im zdjęcia naszych naleśników i nalegał, żeby jeśli tylko będą w okolicy, wpadli do chatki.

Naleśniki w Chatce GórzystówTomasz Habdas

Wszystko to potwierdzam. Sam prowadzę grupy na wyjazdach zagranicznych, w Himalaje, na Kilimandżaro czy w Andy. Często rozmawiamy o polskich górach i polecanych miejscach i zawsze zachwalam te naleśniki. Zresztą wiele osób je zna i tylko mi przytakuje. W czym tkwi ich sekret?

Prawda czy legenda? (śmiech) Tak całkiem serio to ja zawsze lubiłam gotować i coś w kuchni wymyślać. Jak wspominałam, na początku działalności klepaliśmy biedę, więc kiedy chcieliśmy czymś ludzi nakarmić, to najlepiej żeby składniki były pod ręką i za darmo. Stąd jagody z pobliskich lasów, które poza sezonem można przechowywać w słoikach i dzięki temu serwować cały rok. Do tego mąka i jajka. Początkowo podawaliśmy je w tradycyjnej formie, ale pewnego dnia poczułam natchnienie i zmodyfikowałam przepis. Łączy się to z interesującymi wydarzeniami z historii. Otóż w nowo powstałym schronisku na Polanie Izerskiej, z niemiecka zwanym wówczas Kammhäuser, kuchnią zarządzała pewna gospodyni, pani Zenderowa, słynąca z dobrego jedzenia. Świadczy o tym chociażby wierszyk, który powstał w schronisku i który następnie znalazł się w zapiskach Waldemara Adama – lekarza uzdrowiskowego działającego na przełomie XIX i XX wieku, odkrywcy tutejszych źródeł mineralnych. W wolnym przekładzie na język polski brzmi on mniej więcej tak: „Opowiadała mi niegdyś pani Zenderowa, że cny doktor Adam takie jej wyrzekł słowa: «Dla gospody swojej niech nie szuka już imienia, gdyż Pod Świetnym Naleśnikiem zwać się winna bez wątpienia»”.

Pani Zenderowa robiła podobno jeszcze przed wojną najlepsze naleśniki w okolicy. Jej siostrzeńcem był Paul Hirt, o którym już wspominałam wcześniej, ten, którego rozstrzelano tu na polanie, gdy wojsko wtargnęło do Gross Iser. Dzięki znajomym z Niemiec udało nam się dotrzeć do pani Emmy – świadkini tego morderstwa i późniejszego pogrzebu. Z jej pomocą mogliśmy mniej więcej określić miejsce, w którym został pochowany. Żeby uczcić jego pamięć, postawiliśmy tam najpierw brzozowy krzyż, a potem ogromny głaz z kamienną kapliczką i z napisem informującym o tym, kto tu spoczywa. Kilka dni po tych wydarzeniach, gdy w końcu Paul Hirt został odnaleziony, opisany i obmodlony, przyśnił mi się przepis na nową wersję naleśników. Może sprawił to przypadek, a może szept pani Zenderowej z wdzięczności za to, że pamiętaliśmy o jej siostrzeńcu.

Wieża widokowa na Wysokim Kamieniu (jeszcze przed ukończeniem)Tomasz Habdas

Jagody to czarne złoto Izerów. Zatrudniamy specjalistów od zbierania owoców, to bowiem tradycyjne zajęcie dla tych terenów, a my jagód potrzebujemy bardzo dużo. Owoce przetwarzamy w ilościach przeogromnych. Praca trwa mniej więcej od połowy lipca do końca września. Przez ten czas są w stanie zebrać około 5–6 tysięcy litrów jagód. Zazwyczaj już około maja–czerwca wykorzystujemy wszystkie zapasy i czekamy na świeże owoce. Ludzi z roku na rok przybywa i trochę się martwimy, bo nie jesteśmy w stanie przerobić i pomieścić więcej zapasów. Część osób przychodzi do Chatki specjalnie, żeby zjeść naleśniki. Trochę mnie to martwi, a zarazem śmieszy, bo zdarzają się sytuacje, że na szlaku ktoś pyta, czy do tych naleśników to jeszcze daleko. Gdy próbujesz doprecyzować, gdzie do tych naleśników, w jakie miejsce, to tacy turyści często nie wiedzą, gdzie konkretnie serwuje się to danie.

Jeszcze do niedawna mieliście konkurencję w Bieszczadach, w Wetlinie, gdzie jeden z lokali też mocno wyspecjalizował się w naleśnikach, ale tam mowa o zupełnie innym sposobie podania.

Tak. Tam naleśnik był duży, płaski, ze świeżymi owocami. U nas jest ciasto biszkoptowe, usmażone, nie upieczone – i to jest ta cała wielka tajemnica. Oczywiście patelnia musi być odpowiednio ciężka i gruba, żeby na śladowej ilości tłuszczu ciasto wyrosło. Mogę śmiało powiedzieć, że nasze naleśniki są dietetyczne.

Poza tym żeby je zjeść, trzeba najpierw tu przyjść, przyjechać na rowerze lub na nartach i to już daje nam miejsce na kalorie.

Właśnie tak, te siedem czy więcej kilometrów, w zależności od szlaku, to jest tajemniczy składnik alfa, który powoduje, że naleśniki dobrze smakują.

I tym smacznym akcentem zakończymy naszą rozmowę. Dziękuję ci serdecznie za tę izerską opowieść.

Również dziękuję i zapraszam do naszej Chatki.

Adobe Stock © LukaszB

Dalsza część w wersji pełnej

Ruszaj w góry z Tomaszem Habdasem!

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Od autora

1. Góry Izerskie

Najlepsze górskie naleśniki w Polsce. Rozmowa z Wiesławą Polańską

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji