Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów - Michniewicz Tomek - ebook

Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów ebook

Michniewicz Tomek

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Poszukiwacze skarbów. Szaleni naukowcy i ekscentryczni milionerzy, ryzykanci, złodzieje i oszuści. Tomek Michniewicz wprowadza nas w ich świat - pełen zatopionych galeonów, hiszpańskiego złota, śmiertelnych pułapek, świszczących kul i zawiłych intryg. W zamknięty krąg najsłynniejszych łowców skarbów. Opowieść o obsesji, która ogarnia ludzi szukających bogactwa. O tym, do czego są zdolni i jak daleko potrafią się posunąć, zaślepieni gorączką złota.

Ta książka to przygodowy reportaż z afrykańską sawanną i karaibskimi plażami w tle. Znajdziecie w niej skarby zakopane na tropikalnych wyspach i szmaragdy ukryte w starych hiszpańskich kopalniach. Strzelaniny, zdrady, więzienia...

Możecie uznać, że to wymysł hollywoodzkich scenarzystów. Nie. Ta historia jest prawdziwa w najdrobniejszych szczegółach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 396

Data ważności licencji: 10/1/2027

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Dedykacja

Dla moich przyjaciół:

Indiany Jonesa, Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika

Wszystkie wydarzenia i postacie opisane w tej książce są prawdziwe. Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione na ich prośbę lub ze względu na ich bezpieczeństwo.

* * *

Gili Trawangan, Indonezja

LIŚCIE PALMY ZASZUMIAŁY, poruszone wiatrem od oceanu. Shannon pociągnął trochę soku z kokosa i spojrzał na niego krytycznie, mlaszcząc z niesmakiem.

– Tu, w Indonezji? Słyszałem chyba tylko o jednym, i to dość dawno. Odkrył atol, gdzie podobno na dnie leżał jakiś japoński krążownik z lat czterdziestych. Zebrał ekipę i zbadał teren.

No i faktycznie, znalazł pół kadłuba i jakąś zawaloną ładownię. Narobił wokół siebie sporo szumu, zgłosił sprawę w sądzie i prawie zamieszkał na morzu, żeby nikt mu przypadkiem nie podebrał tego okrętu. Minęło parę miesięcy, uzyskanie pozwoleń się przeciągało, więc co jakiś czas po cichu badał wrak na własną rękę. Odgiął nawet jakieś drzwi do ładowni.

– Nie uwierzysz, co było w środku. – Palma zaszumiała głośniej, po plaży poniosły się drobiny piasku, smagając nas po twarzach. – Skrzynie. Skrzynie pełne szampana z drugiej wojny światowej.

W życiu tego człowieka nastąpił gwałtowny zwrot. Dostał nieomal szału ze szczęścia, bo od razu wyczuł, że oto rozbił bank. Jedyną przeszkodą był brak pozwoleń, bez których nie opłacało mu się sprowadzać sprzętu i ludzi, żeby otworzyć wrak i wyciągnąć skrzynie na powierzchnię. Okręt leżał zresztą dość głęboko, więc to nie było wcale takie proste.

Widok z Gili Trawangan na Lombok, Indonezja

Plotka o jego odkryciu szybko się rozeszła, jak rozchodzi się zawsze, gdy ktoś próbuje utrzymać coś takiego w tajemnicy. Po miesiącu przyszła pierwsza propozycja. Jakiś ekscentryczny bogacz oferował milion dolarów za prawa do wraku, zupełnie w ciemno.

– Facet nawet nie chciał słuchać. Siedział na swojej łajbie i liczył, ile zarobi za samego szampana. Ładownia mieściła z pięćset skrzyń, a w każdej mieściło się kilkadziesiąt butelek. Obliczył, że jedna butelka była warta jakieś dwadzieścia tysięcy dolarów, czyli na samym szampanie mógł zarobić co najmniej trzysta milionów. A do tego we wraku musiało być sporo wartościowych antyków.

Odrzucił wszystkie propozycje, w tym jedną od pewnego Japończyka gotowego zapłacić za prawa do wraku dziesięć milionów dolarów. I to mimo że jeszcze nikt na dobrą sprawę nie zbadał zawartości tej ładowni, a w skrzyniach widzianych przez odgięte drzwi mogło leżeć wszystko, nawet stare żelastwo bez wartości.

– Zatopiony wrak, ładownia, skrzynie… Shannon, przecież to brzmi jak jakiś film… – powiedziałem.

– On dokładnie tak samo myślał i bardzo chciał zagrać w nim główną rolę.

I czekał. Czekał. Czekał. Musiał dosłać kolejne dokumenty. Ktoś tam zgłosił roszczenia do statku. Znowu czekał, pięć lat. Prawie posiwiał z nerwów. Kazał się nazywać kapitanem, dostał chyba nawet lekkiego szmergla. Ale w końcu jego cierpliwość została nagrodzona. Otrzymał prawo własności i pozwolenie na wydobycie okrętu.

Godzinę później kapitan był już pod wodą i rozcinał zbrojenia, żeby dobrać się do skrzyń. Dopadł najbliższej i odłupał wieko. Odgarnął zamokłe trociny i odetchnął z ulgą na widok szklanych butelek. Wyciągnął dwie, po czym popędził na powierzchnię, zdecydowanie szybciej niż nakazują regulaminy. Kapitan wdrapał się na pokład i aż popłakał się ze wzruszenia. Trzymał w ręku starego francuskiego szampana, z poszarzałą przez lata etykietą. Szampana, który zapewni mu dostatnią starość i oznacza, że nie zmarnował trzydziestu lat na pogoń za jakąś mrzonką. To było zwieńczenie jego marzeń, poświęcił całe życie dla tej jednej chwili. Spojrzał na butelkę pod światło, a w środku zobaczył małe bąbelki. Odblask słońca przechodzącego przez drogocenny płyn oblał mu twarz złotymi refleksami. Odetchnął głęboko i nożem podważył korek.

Shannon

Korek wyskoczył nad wyraz gładko, bez charakterystycznego syknięcia.

Kapitan był właścicielem całej ładowni, pięciuset skrzyń, a w każdej z nich kilkudziesięciu butelek słonej morskiej wody, która przedostała się przez korkowe zatyczki[1].

[1] W rozdziale Na marginesie znajdują się wyjaśnienia dotyczące opisanych w niej historii, źródła, nazwiska, objaśnienia trudnych terminów i sporo informacji, które pozwalają lepiej zrozumieć świat poszukiwaczy skarbów. Możecie je czytać na bieżąco jak przypisy lub na raz jak oddzielny rozdział.

Atol Peros Banhos, Ocean Indyjski, sierpień 1556

KAPITAN FRANCISCO NOMBRE wiedział, że nie dopłyną do celu. Wyruszyli z Lizbony pół roku wcześniej, szczęśliwie opłynęli Afrykę i uciekając przed monsunem, pożeglowali w kierunku Indii.

I wtedy jego nao zaczął nabierać wody.

To był spory okręt, wiózł pięćset osób oraz górę srebra przeznaczoną na kupno przypraw, chińskich jedwabi, kamfory i drogocennego drewna. Kapitan Nombre planował też odebrać w Indiach diamenty, rubiny, szmaragdy i turkusy, które po powrocie do Portugalii sprzedałby za tyle cruzado, by nie musieć pracować do końca życia.

Już teraz wiedział, że to się nie uda.

Popełnił błąd, gdy nie wysłuchał swojego nawigatora, uprzedzającego, że wpływają na płyciznę. Był nadto pewny siebie, zbytnio ufał sekstantowi i swojemu doświadczeniu. Zbeształ nawigatora i rozkazał nie zmieniać kursu.

W środku nocy jego okręt uderzył o skały, rozdzierając kadłub.

O świcie kapitan Nombre zobaczył, że jego Conceição osiadł na rafach i piasku, na dużym, skalistym atolu, gdzie nie było żywej duszy. Rozkazał spuścić szalupy i jedyny duży barkas, jakim dysponowali. Okręt zapadał się coraz bardziej, trzeba było jak najszybciej przewieźć ludzi na ląd.

Nie wszyscy zmieścili się w łodziach, niektórzy płynęli wpław, pokonując fale własnymi siłami. W ten sposób cała załoga i pasażerowie Conceição dotarli do niewielkiej piaszczystej łachy ledwo wystającej z morza, gdzie nie rosło nic oprócz trawy i nie żyło nic z wyjątkiem ptaków.

Zostali rozbitkami na bezludnej wyspie i nie było już dla nich nadziei.

Kapitan Nombre podjął decyzję, że opłynie okolicę w poszukiwaniu wyspy zdatnej do życia, gdzie szanse na przetrwanie byłyby większe. Wybrał spośród załogi czterdziestu zaufanych ludzi i wspólnie przysposobili barkas do żeglugi. Postawili żagiel i zamontowali wszystkie wiosła, sprawdzili szczelność i umocowali trochę zapasów. Na brzegu zostało ponad czterystu pasażerów, którzy w kapitanie pokładali całą swoją wiarę.

Kapitan obiecał, że znajdzie sposób, by ich wszystkich uratować, i prosił, żeby nie tracili nadziei.

Zamiast tego podpłynął do tonącego Conceição, przeniósł na barkas tyle złota i klejnotów, ile łódź była w stanie unieść, po czym odpłynął do Indii, żeby nigdy nie wrócić.

Więzienie San Quentin, Kalifornia, USA

PORUCZNIK SAM ROBINSON przyglądał mi się od kilku sekund z wojskową powagą, wzrokiem oficera oceniającego kadeta, który nie budzi wielkich nadziei. Potem niespodziewanie uśmiechnął się promiennie, ukazując śnieżnobiałe zęby na tle swojej mahoniowej twarzy.

– Panowie, będziecie musieli podpisać takie oto oświadczenie.

Rzuciłem okiem na kartkę, którą porucznik położył przede mną na stole.

„Przyjmuję do wiadomości, że więzienie San Quentin to placówka o maksymalnym rygorze bezpieczeństwa, i oświadczam, że wchodzę na jego teren na własną odpowiedzialność. Zostałem poinformowany, że nie zostanie mi przydzielona uzbrojona eskorta. Rozumiem też, że w przypadku zatrzymania mnie przez więźnia lub grupę więźniów jako zakładnika, władze stanu Kalifornia nie będą prowadzić z nimi jakichkolwiek negocjacji”.

Pod oświadczeniem widniała tabelka z podpisami kolejnych odwiedzających. Upał lał się z nieba, spękana ziemia od dawna nie miała czym oddychać. Zaschło mi w gardle. Spojrzałem na wieżyczki wartownicze rozlokowane wzdłuż muru i na snajperów popijających w nich kawę. Porucznik Robinson przyglądał mi się badawczo.

– Czyżby jakieś wątpliwości?

– Kogo wy tu trzymacie? – odpowiedziałem pytaniem.

– Morderców, gwałcicieli, porywaczy… – Porucznik uśmiechnął się półgębkiem i rozejrzał się znudzony. – Ludzi, o których kręci się filmy.

PIERWSZY RAZ TRAFIŁEM NA ICH ŚLAD na Karaibach. Potem otarłem się o nich w Kambodży, tropiąc przemytników dzieł sztuki. Słyszałem różne pogłoski o ich działalności w Egipcie i na Filipinach, ale nie bardzo chciałem w nie wierzyć. Do czasu gdy zajrzałem za kurtynę i przekonałem się na własne oczy.

Poszukiwacze skarbów. Szaleni naukowcy. Ekscentryczni milionerzy. Fantaści i idealiści albo przestępcy ogarnięci rządzą bogactwa, pozbawieni skrupułów i wyrzutów sumienia.

Każdy z nich szuka czegoś innego i różne stosuje metody. Ale absolutnie wszyscy są przekonani, że znaleźli drogę na skróty prowadzącą do wielkich pieniędzy.

Skarby, złoto, kasyna, stare świątynie w dżungli, świszczące kule i podwójne intrygi. Pewnie pomyślicie, że to historie z filmowych przygodówek, wytwór fantazji hollywoodzkich scenarzystów.

Ja też tak myślałem.

ALMIRANTA

Sajgon, Wietnam, 1983

CORK GRAHAM ZOBACZYŁ, jak pordzewiałe ze starości drzwi celi otwierają się, skrzypiąc. Do środka weszło dwóch strażników. Bezceremonialnie odwrócili go i zarzucili mu na głowę śmierdzącą szmatę, zasłaniając oczy. Związali mu ręce za plecami, mocno, na wysokości łokci, i twardą lufą karabinu popchnęli go do wyjścia. Wyszli z nim bez słowa, choć próbował dopytywać, co się dzieje. Skręcili kilka razy, pokonując kolejne korytarze, aż Cork poczuł na twarzy świeże powietrze. Kamyczki kłuły bose stopy. Liczył kroki, ale stracił rachubę, droga ciągnęła się bez końca.

Ktoś popchnął go z całej siły na ścianę. Głową walnął w mur, aż usłyszał suchy trzask kości i poczuł tępy ból rozlewający się w dół karku. Słyszał kroki, ciężkie, wojskowe buty. Kilka osób. Nic nie widział.

Ciszę przerwał beznamiętny, anonimowy głos:

– Za zbrodnię szpiegostwa…

Cork rzucił się przed siebie i zarył twarzą w ziemię. Napiął mięśnie do granic możliwości, próbując zerwać sznury. Z oczu trysnęły mu łzy wstrzymywane przez ostatnie dwa miesiące pobytu w więzieniu. Krzyczał.

– … przeciwko Socjalistycznej Republice Wietnamu – ciągnął głos bez emocji – wyrok brzmi: rozstrzelanie przez pluton egzekucyjny.

Cork wrzeszczał, próbował ich jeszcze przekonać, że tylko szukali skarbu, że to wszystko pomyłka, nieporozumienie. Rzucał się w panice, ślepy i związany, śmiertelnie przerażony. Po spodniach rozlało mu się ciepło, którego nie był w stanie utrzymać.

– Gotów! – padła krótka komenda. – Czy chciałby pan coś jeszcze powiedzieć, panie Graham? – zapytał anonimowy oficer.

Cork opanował się wreszcie, pociągnął nosem i stanął niepewnie wyprostowany. Nic nie powiedział.

– Cel! – Karabiny zagrzechotały, przykładane do ramion żołnierzy. To już koniec. Spokój. Pal!

San Francisco, Stany Zjednoczone, obecnie

DZWONEK BRZDĘKNĄŁ WDZIĘCZNIE poruszony otwieranymi drzwiami. W powietrzu unosił się zapach tradycyjnej wietnamskiej zupy pho. Cork Graham podszedł do mojego stolika i uśmiechnął się szeroko.

– Znowu urosłeś?

– Daj spokój… Ale za to ty chyba nieco się zaokrągliłeś?

– Dobrze cię widzieć.

– Ciebie też. Sajgonki i pho z kurczakiem?

– Zawsze chętnie.

Cork był człowiekiem, który wprowadził mnie w świat poszukiwaczy skarbów. Swego czasu siedział w tym po uszy. Znał odpowiednich ludzi, trzymał w rękach stare mapy i biegał po świecie, szukając kufrów złota z siedemnastego wieku.

Dziś trzyma się od tego wszystkiego z daleka.

Miał ze czterdzieści pięć lat, ale nie spędził ich na kanapie. Niósł na plecach bagaż doświadczeń, i to takich, o których nie opowiada się naokoło. Szukał skarbów, brał udział w akcjach wojskowych i analizował dane wywiadowcze. Przez całe życie polował na przygody i nadstawiał karku. Jak wielu innych mógłby wieczorami snuć niestworzone historie o swoim bohaterstwie, szczęściu albo fatalnym pechu. Zamiast tego mówił mi zawsze tylko jedno i to samo: „Musisz być bardzo ostrożny, bo możesz stracić więcej, niż myślisz”.

Cork Graham mieści się w mojej prywatnej klasyfikacji w kategorii ludzi, których przestróg słucham bardzo uważnie.

NA NASZYM STOLE WYLĄDOWAŁ PÓŁMISEK z sajgonkami i dwie michy z zupą, którym towarzyszył nieodłączny kopiasty talerz zieleniny. Nie wiem, dlaczego Cork zawsze wybiera wietnamskie knajpy. Nie zdziwiłbym się, gdyby po doświadczeniach z więzienia nie chciał mieć nigdy więcej do czynienia ani z zupą, ani z ryżem i jadał tylko steki, makaron oraz francuskie bagietki. Tymczasem uwielbia wietnamszczyznę i zawsze pałaszuje ją na sposób azjatycki, bez żenady chlapiąc, siorbiąc i ciskając resztkami po stole.

Bar wypełniał gwar rozmów i cichy podźwięk jakiejś orientalnej muzyki snującej się z głośników.

Wymieniliśmy się informacjami, co słychać i co nowego, jak żony, dzieci, praca, dokąd teraz i skąd. Pełne brzuchy wprowadziły miłą, rozluźnioną atmosferę. Jaśminowa herbata pachniała w imbryku.

– Cork, musimy wrócić po to złoto – zmieniłem temat.

Przewrócił oczami zrezygnowany.

– Wiesz, że tracisz czas. Ja tam nigdy nie wrócę.

– Ale dlaczego nie?

– Znowu mam ci tłumaczyć? – Cork zirytował się nieco, jak zawsze. – Dopóki rządzi tam partia i dopóki jestem na każdej wietnamskiej czarnej liście, i dopóki pamiętam, jak wyglądała moja cela, i dopóki mogę robić w życiu cokolwiek innego, choćby zmywać gary, nie wrócę po ten pieprzony skarb. Nie ma mowy.

Zatoka Tajlandzka, Morze Południowochińskie, 1983

CORK TRZYMAŁ SIĘ KURCZOWO poręczy starej rybackiej krypy i chłostany deszczem kolebał się wraz z nią na wysokich falach. Wszystko szło nie tak. Zapisał się na wielką przygodę, szukanie zakopanego skarbu, a skończył w amatorsko przygotowanej akcji specjalnej w towarzystwie dwóch Tajów i jednego świra. Niech to diabli.

Miał wtedy osiemnaście lat.

Burza na Morzu Południowochińskim, Zatoka Tajlandzka

Wszystko zaczęło się, gdy postanowił zostać fotoreporterem. Rzucił szkołę oficerską, spieniężył swój fundusz studencki, kupił aparat, po czym oznajmił rodzicom, że wyjeżdża do Azji i kiedyś wróci. Miał te swoje naście lat, nigdy nie pracował i nie miał żadnych kontaktów. Nie zrażało go to. Cork był głęboko przekonany, że fotografowanie to jego powołanie i będzie potrafił to robić.

Poleciał do Bangkoku, skąd chciał dokumentować niekończące się wojny w ościennych krajach, i wpadł tam od razu po uszy w świat egzotycznej dziennikarskiej bohemy, wagabundów żyjących z dnia na dzień, zawsze w pogoni za tematem i zawsze bez pieniędzy. Przez kilka miesięcy spędzonych w stolicy Tajlandii sprzedał może ze dwa zdjęcia, parę razy wpadł w kłopoty, dał się ostrzelać na granicy z Laosem i przekonał się boleśnie, że jednak nie wszystko da się załatwić młodzieńczym zapałem.

A potem pojawił się on. Richard Knight.

CORK ODEBRAŁ TELEFON od swojego mentora Johna Everinghama, który oznajmił mu, że pewien Brytyjczyk, Richard Knight, szuka fotografa na wyprawę po ukryty na jakiejś wyspie skarb kapitana Kidda. Everingham był wtedy gwiazdą wśród dziennikarzy, a to był jeden z tych telefonów, na który czeka każdy reporter. Następnego dnia Cork Graham siedział już w autobusie do Pattayi, w drodze na spotkanie z zupełnie mu nieznanym poszukiwaczem skarbów.

Richard Knight okazał się dość nieprzyjemnym mężczyzną około pięćdziesiątki. Nieco zaniedbanym, z wydatnym brzuchem i spojrzeniem kogoś, kto wie, czego chce i jak to zdobyć. Cork usiadł przed nim jak uczniak i wysłuchał wykładu o skarbie Kidda. Na stole wylądowały zdjęcia satelitarne, mapy CIA, fotokopie dokumentów i dziesiątki stron szczegółowych informacji.

Na malutkiej wysepce miały być ukryte trzy pełne kosztowności skrzynie, schowane tam przez słynnego korsarza Jego Królewskiej Mości. Rubiny, szmaragdy i szafiry z Cejlonu, diamenty z Birmy, Kambodży i Królestwa Syjamu, złoto w monetach, łańcuchach, sztabach. I srebro, którym Hiszpanie płacili za przyprawy, oraz jedwab z Orientu. Całość była warta trzydzieści pięć milionów dolarów[2].

Knight wszystko przygotował, zabiegi musiały już trwać dość długo. Miał solidne zaplecze finansowe, inwestorów z Australii, gotówkę na wszystkie wydatki, podpisany kontrakt na prawa do filmu, wynajętą łódź i szczegółowy plan. Potrzebował tylko fotografa, który dokumentowałby przebieg akcji i potem obwieścił ją światu, oblewając Anglika sławą i pieniędzmi. Wszystko wyglądało naprawdę nieźle, z wyjątkiem jednego detalu.

Wyspa, na którą mieli płynąć, była w Wietnamie.

To były lata osiemdziesiąte, wojna w Wietnamie skończyła się raptem osiem lat wcześniej. Amerykanie wycofali się z podkulonym ogonem, a zwycięski, komunistyczny rząd w akcie ostatecznego triumfu zdobył Sajgon, po czym rzucił się z zębami na wszelkie przejawy prozachodnich sympatii. To były czasy masowych przesiedleń, rozstrzeliwania dysydentów i stawiania przed plutonami egzekucyjnymi bez wyroku, za samo podejrzenie szpiegostwa. W tych latach Wietnam był dla Amerykanina najgorszym miejscem na świecie, gorszym nawet niż Związek Radziecki. Z Sowietami trwała zimna wojna, z Wietnamczykami wojna na całego.

Ale z drugiej strony… taka historia! Akcja wydawała się nie mieć słabych punktów. Mieli przedostać się z Pattayi na wyspę Ko Samet, tam zmienić łódź, zmylić ewentualnych obserwatorów, skierować się na południe wzdłuż wybrzeża Tajlandii, a potem Kambodży, wpłynąć na teren Wietnamu tylko parę mil, pod osłoną nocy wyciągnąć z ziemi skrzynie złota i wrócić na łódź, nim ktokolwiek się zorientuje, co jest grane. W razie kłopotów mieli udawać turystów na wycieczce wędkarskiej. Kłopotów zresztą nie przewidywano.

Siedzieli w zadymionym pokoju Anglika, od dłuższej chwili panowała ciężka cisza.

– Widzę, że nie jesteś do końca przekonany? – zapytał Knight.

Cork coś mruknął w odpowiedzi.

– W takim razie to załatwi sprawę. – Poszukiwacz zmarszczył brwi i wyjął z teczki spłowiałą fotokopię.

– Co to jest?

– To, mój drogi, jest kopia oryginalnej mapy sporządzonej przez kapitana Kidda.

Cork wytrzeszczył oczy. Na papierze widniała narysowana ręką jednego z najsłynniejszych w historii brytyjskich korsarzy mapa wyspy z precyzyjnie wykaligrafowanymi objaśnieniami. Długość i szerokość geograficzna, położenie wraków, rafy, skały, laguna, nawet jakaś jaskinia i plaża pełna żółwi. Kopia prawdziwej siedemnastowiecznej mapy, na której brakowało tylko krzyżyka oznaczającego skarb.

– Gdzie jest oryginał? – Cork spytał przytomnie.

– Bezpiecznie schowany – padła sucha odpowiedź. Knight rozparł się w fotelu. – Mój krewny kupił kiedyś w sklepie z antykami stare biurko. Pisał przy nim wiele lat, aż niechcący oparł się na nim czy usiadł tak niefortunnie, że jedna z nóg pękła. Okazało się, że w środku jest mała mosiężna tuba z napisem: „Kapitan William Kidd, Adventure Galley, 1669”, a w niej właśnie ta mapa, z pieczęciami, zalakowana i tak dalej. To jest autentyk, nie ma wątpliwości. – Knight pochylił się ponownie nad stołem. – Chłopcze, ja spędziłem pół życia na poszukiwaniu tego skarbu. Masz niezły fart, możesz się załapać na sympatyczną wycieczkę, na ostatnią prostą przed metą.

Cork podniósł mapy CIA oraz zdjęcia satelitarne i porównał je z mapą kapitana Kidda. Wyspa miała kształt półksiężyca otwartego ku górze. Kształt na wszystkich dokumentach był niemal identyczny. Na północnym brzegu, w zatoce, Kidd narysował skały i kamienisty atol, którego jednak nie było widać na zdjęciach. Satelity nie mogły sfotografować niczego, co znajduje się pod wodą. Ale kontury właściwego nabrzeża się zgadzały. „Jasna cholera – pomyślał Cork – to może być prawda”. Zapytał jednak:

– Co ja z tego będę miał?

– Oprócz sławy i pieniędzy za zdjęcia? – Knight uśmiechnął się ironicznie. – Jeśli dojdziesz ze mną do końca i zejdziesz na wyspę, dam ci sześć procent wartości skarbu. Jakieś dwa miliony dolarów.

Cork wybałuszył oczy. Dla osiemnastolatka to była kwota przekraczająca najśmielsze oczekiwania.

– Kiedy wypływamy?

– Jutro rano.

CORK MIAŁ AKURAT TYLE CZASU, żeby wrócić do Bangkoku, spakować aparat, umyć się, ogolić, pognać z powrotem do Pattayi i złapać odpływającą łódź Knighta. Kilka godzin – zdecydowanie za mało, żeby porządnie przeanalizować sytuację i zastanowić się, w co tak naprawdę się pakuje. Cała podróż miała potrwać maksymalnie pięć dni, a on stać się bogaty i sławny, z plecakiem pełnym negatywów stanowiących przepustkę do świata fotoreporterskich gwiazd.

Osiem dni później oto stoi na starej łajbie, trzyma się poręczy, deszcz chłoszcze go po twarzy i wszystko idzie nie tak.

ZACZĘŁO SIĘ NIEŹLE. Zgodnie z planem zabrali z Pattayi dwie dziewczyny, udając rozochoconych turystów. Odstawili je nieopodal, w kurorcie Bang Sare, po czym przesiedli się na czekającą tam łódź. To była duża rybacka krypa niejakiego kapitana Muka, który wyekspediował na tę wyprawę dwóch swoich podopiecznych, Ti i Pi, młodych chłopaków, dwudziestokilku-, może trzydziestoletnich, do tej pory zajmujących się głównie łowieniem barrakud i tuńczyków, a nie polowaniem na skarby na obcych wodach terytorialnych.

A potem wszystko zaczęło się sypać. Dopadł ich sztorm, wymuszając dwudniowy przestój. Wyszło na jaw, że Ti przywłaszczył sobie pieniądze na paliwo i mają spory niedobór. Cork z Knightem popłynęli po zapasy żywności, która się kończyła, stracili orientację i spędzili noc w szalupie. A na dodatek okazało się, że wody Zatoki Tajlandzkiej patrolują piraci uzbrojeni we wszystko, co krążyło po całych Indochinach w niekończących się przygranicznych wojnach. Arsenał mieli doprawdy imponujący. Czasem kałasznikowy albo amerykańskie M16, a czasem wyrzutnie granatów, stare M14 albo jeszcze starsze enfieldy, garandy i thompsony z drugiej wojny światowej.

Co najgorsze, to byli prawdziwi piraci. Zabijali mężczyzn i gwałcili kobiety. Często je porywali wraz z dziećmi i sprzedawali do niewoli lub domów publicznych. Jeśli się spieszyli, tylko gwałcili kobiety, a potem zabijali wszystkich i zatapiali łódź, zabierając wcześniej wszystko, co miało jakąś wartość. Nigdy nie zostawiali świadków.

Organizator tej cholernej ekspedycji po skarb Richard Knight uważał, że są przygotowani na spotkanie z piratami, wszystko przewidział.

Miał kilka plastikowych atrap karabinów, którymi planował ich postraszyć.

NO WŁAŚNIE, to, co najbardziej szło nie tak, to Richard Knight. Kazał się nazywać kapitanem i rozstawiał wszystkich po kątach, i to w sposób niezwykle obcesowy, chociaż nie miał pojęcia o morzu. Miał niekontrolowane wybuchy złości, po których następowały godziny depresyjnej melancholii. Czasem gadał bez przerwy, a czasem milczał pół dnia. Był nieznośny i irytujący, przemądrzały mądrala amator, przekonany o własnej wyższości i demonstrujący ją z gburowatą arogancją.

Umówmy się, że tacy ludzie w przedsięwzięciu noszącym znamiona operacji specjalnej, to nie jest okoliczność uspokajająca.

Co więcej, okazało się, że pierwotnie Knightowi miał towarzyszyć jakiś Francuz, który w ostatniej chwili zrezygnował i jego miejsce zajął Cork. Pytanie: dlaczego zrezygnował?

Stojąc na rozchwianej łajbie i patrząc, jak Knight, który miał być mózgiem operacji, rozkłada ją na całej linii, Cork zastanawiał się, jak mógł być aż tak głupi. Ale teraz już było za późno.

– MINĘLIŚMY HA TIEN, szykuj się – Knight wydał polecenie jak zwykle tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Dopływali do celu, małej wysepki Hon Tre Lon, zwanej też lokalnie Wyspą Piratów. Rzucili kotwicę w sporej odległości od brzegu, zdecydowanie poza zasięgiem wzroku, po czym Cork i Knight przesiedli się do dinghy, małej łódki napędzanej niewielkim silnikiem. Zgodnie z planem mieli znaleźć się na wyspie w nocy, w końcu nie mieli wiz ani pozwoleń, ale Knight nie chciał o tym nawet słyszeć. Był na skraju wyczerpania nerwowego i nie zamierzał czekać ani minuty dłużej.

Gdy dopływali do brzegu, w pełnym słońcu, trochę po czternastej, zobaczyli kołyszącą się na turkusowej wodzie małą łódkę, a w niej rybaka w stożkowatym kapeluszu z bambusa przyglądającego im się badawczo.

Cork zesztywniał ze zdenerwowania, w powietrzu można było kroić napięcie.

– Machamy! Pomachaj mu! – zakomenderował Knight.

Obaj pogodnie pozdrowili rybaka, a ten odpowiedział niemrawo podobnym gestem, nie spuszczając ich jednak z oczu.

– Widzisz? Myśli, że jesteśmy turystami! Wszystko gra! – Knight cieszył się jak dziecko.

Cork nie był co do tego tak bardzo przekonany.

OSIEMNASTOLETNI GRAHAM stał na plaży, przyglądając się lustru wody. Podczas semestrów spędzonych w szkole oficerskiej marynarki wojennej nauczył się czytać mapy i topografię. Patrzył na miejsce, które wcześniej widział na zdjęciach satelitarnych i szyfrowanych planach CIA w pokoju Knighta.

– Mój Boże… To jest tu, to jest ta wyspa…

Cork patrzył w hipnotycznym osłupieniu na skały pod wodą, na rafę oznaczoną na mapie kapitana Kidda, której nie było na innych planach. Zgadzały się wszystkie detale – cyple, kamienie, nawet linia lasu. To było to miejsce, gdzieś na tym wzgórzu ukryty został skarb i oni go teraz znajdą. Skrzynie pełne złotych łańcuchów, tysięcy monet, szmaragdów, indyjskich rubinów i diamentów z Birmy. Coś, co do tej pory istniało tylko w legendach, teraz było na wyciągnięcie ręki. Trawy szumiały, a woda obmywała łagodnie brzeg. Cork stał nieruchomo i patrzył w przestrzeń.

– Będę bogaty… – szepnął.

ZŁAPALI ICH PÓŹNYM WIECZOREM. Piasek zgrzytał Corkowi między zębami, najadł się go, gdy pierwszy raz został rzucony na twarz. Teraz klęczał na ziemi i patrzył w lufy karabinów, a żołnierze krzyczeli coś wściekle po wietnamsku, trzymając ręce na spustach starych thompsonów. Jeden huknął go z całej siły kolbą w bok głowy i Cork ponownie upadł na trawę.

Gdy już wylądowali na plaży, wciągnęli łódź na brzeg i upewnili się, że to właściwa wyspa, postanowili odpocząć i posilić się zerwanymi z palmy kokosami. Wtedy drugi raz zobaczyli rybaka w stożkowatym kapeluszu, który przyglądał im się ze swojej łodzi. Dali nura w wysokie trawy z nadzieją, że nie dojrzy ich z dystansu, ale musiałby być ślepy jak kret, żeby przeoczyć jaskrawożółtą dinghy na pustej plaży, odcinającą się od niej jak mokra plama na jasnych spodniach w okolicach krocza.

Nie przeoczył.

Knight naiwnie wierzył, że wszystko w porządku, rybak popłynie na obiad do domu i zapomni o sprawie. Cork, dwa razy młodszy, ale wyposażony w odrobinę zdrowego rozsądku napędzanego strachem, wiedział, że tak się nie stanie. Zostali przyuważeni, jak w środku dnia lądują na pustej plaży w małej szalupie, a na horyzoncie nie widać łodzi, z której mogliby przypłynąć. Knight był białym Anglikiem, a Graham – białym Amerykaninem. Nie mieli tu prawa przebywać, zwłaszcza sami. Rybak komuś o tym doniesie, wojsku albo policji.

Cork, leżąc w trawie i kryjąc się przed wzrokiem wietnamskiego staruszka, już wiedział, jak to się musi skończyć.

Zostaną oskarżeni o szpiegostwo i rozstrzelani.

WIETNAMCZYCY ZWIĄZALI ICH i odprowadzili do chaty. Knight mówił coś do nich po francusku, Cork prawie nic z tego nie rozumiał. Wiedział za to już od kilku dni, że Knight to szaleniec i nie można mu ufać. W końcu Cork był dla niego tylko gówniarzem, którego znał trochę ponad tydzień. Knight raczej nie był mu tatusiem, a gdy zrobiło się gorąco, każdy musiał radzić sobie sam.

Noc spędzili skuci, na bambusowej podłodze, patrząc przez szpary szałasu na pieniące się morze.

ZOSTALI WRZUCENI DO ŁADOWNI pod pokładem dużej łodzi, gdzie można było się ugotować od gorąca i udusić oparami oleju. Związani, nie mogąc się ruszyć, leżeli płasko na mokrym dnie i próbowali złapać choć trochę powietrza. W tych warunkach zostali przetransportowani do miasteczka Rach Gia, gdzie każdy z nich trafił do oddzielnej celi miejskiego więzienia.

Cela Corka przypominała średniowieczne francuskie lochy. Mała i ciasna, ale wysoka na siedem metrów, z zakratowanym, półokrągłym oknem w suficie, jak studnia widziana z dna. To więzienie wybudowali zresztą Francuzi, gdy okupowali Wietnam, a co jak co, ale więzienia Francuzi potrafili budować. Grube na dwa metry ściany i ciężkie żelazne drzwi odbierały resztki nadziei, wpędzając w grobowe przygnębienie. Na ścianach widniały wydrapane imiona więźniów, którzy tu przebywali wcześniej.

Cork myślał: „Jeśli mamy zginąć, to oby szybko, i żeby nie bili za bardzo”.

Niestety, bili.

– CORK, POMYŚL – powiedziałem, odkładając pałeczki. – Jesteś mądrzejszy o całe to doświadczenie, znasz ich metody, masz wiedzę i umiejętności. Mamy dużo czasu, to jest mała wyspa, Wietnam trochę się już ucywilizował, możemy dobrze przygotować tę operację. Dlaczego nie? Przecież tam leży trzydzieści milionów dolarów.

Cork uśmiechnął się z mieszaniną litości i zrezygnowania. Dochodziliśmy do tego punktu w każdej rozmowie.

– No dobrze, to jeszcze raz: co chcesz konkretnie zrobić?

– Powtarzamy wasz manewr, ale odpływamy z Kambodży i zostawiamy łódź na wodach międzynarodowych. Bierzemy mały ponton, na przykład zodiaca, noktowizory, narzędzia i wykrywacze. Zatapiamy ponton na skałach w atolu na północy. Po ciemku przebijamy się do dżungli i koczujemy do rana. Potem w ciągu dnia przygotowujemy transport i w nocy wracamy do pontonu.

– Wiesz, ile waży taki skarb?

– Pewnie z pięćset kilo każda skrzynka.

– No to jak chcesz to przenieść na zodiaca?

– W porcjach, przecież nie na raz. Możemy tam zresztą wracać, nie musimy przecież załatwić wszystkiego za jednym zamachem.

Cork wydął wargi i pokręcił głową. Swego czasu przeszedł szkolenie w bazie sił specjalnych Navy Seals w Salwadorze i przez cztery lata brał udział w tajnych operacjach amerykańskich jednostek specjalnych. Dopiero taki trening pozwolił mu zobaczyć jasno, jak amatorska była akcja Knighta. Dziwił się, że w ogóle przeżyli etap na morzu.

– To, co tu kreślisz, to normalna tajna operacja, black op. Chcesz się dostać nielegalnie na teren suwerennego kraju i wywieźć stamtąd skarb, który nie należy do ciebie. Myślę, że nadal nie zdajesz sobie sprawy z ryzyka.

– Zależy, kto będzie w ekipie… – spojrzałem znacząco.

– Ja? – żachnął się Cork. – Zgłupiałeś. Ja już jestem na to za stary.

– Daj spokój, nikt w to nie uwierzy. Masz do zdobycia trzydzieści milionów dolarów i jesteś na to za stary?

– Ryzyko, to raz, pieniądze, to dwa, bo taka operacja będzie kosztować. Ekipa, to trzy. Sam nie dasz rady, potrzebowałbyś dwóch lub trzech zawodowców.

– Jeśli jesteś pewny co do lokalizacji, to nie jest to ryzyko, tylko inwestycja, a stopa zwrotu jest całkiem niezła, umówmy się.

– Ja tam nigdy nie polecę, choćby nie wiem co – spoważniał Cork. – Dla mnie poszukiwanie skarbów skończyło się na gumowym wężu w więzieniu w Sajgonie. Jeśli zapłacisz za coś wystarczającą cenę, nigdy nie będziesz już chciał do tego wracać, obojętnie jak duża mogłaby być nagroda.

PIERWSZE DWA TYGODNIE wypełniły brutalne przesłuchania, które początkowe cztery dni trwały po kilkanaście godzin bez przerwy. Wietnamczycy bili go gumowym wężem po łydkach i brzuchu, niekiedy po plecach. Każde uderzenie odczuwał jak przypalanie gorącym żelazem. Nie pozwalali mu spać, krzyczeli, policzkowali. Wietnamczycy całym swoim jestestwem nienawidzili Amerykanów.

– Zapytam jeszcze raz, mister Graham. Co robiliście na tej wyspie? – zapytał inkwizytor o twarzy przypominającej żabi pysk z cienkimi, szerokimi ustami prawie pozbawionymi warg i ze spoconą, śliską skórą.

Przesłuchania prowadzone były w pokoju wyposażonym w biurko i lampę świecącą prosto w oczy. Pod ścianą siedział strażnik z karabinem gotowym do strzału.

– Tak jak mówiłem wcześniej, szukaliśmy skarbu.

Śledczy pokręcił głową z teatralną rezygnacją i zacmokał kilka razy.

– Upewnię się tylko, czy dobrze zrozumiałem. Poznaliście się z panem Knightem przez kolegę, którego nazwiska pan nie pamięta. Następnego dnia wsiadł pan z tym obcym człowiekiem na łódź, bo miał on mapę prowadzącą do skarbu, której jednak nie macie przy sobie. Potem przepłynęliście morze, bo jest pan dziennikarzem i lubi przygody. Nigdy wcześniej nie szukał pan skarbów, nie spotkał nigdy Richarda Knighta i popłynął z nim za darmo. Zgadza się?

Przedstawione w takim skrócie wydarzenia wyglądały rzeczywiście mało wiarygodnie, choć wszystko się zgadzało. Cork od samego początku przesłuchań postanowił mówić całą prawdę. Knight prosił go wcześniej, by udawał Brytyjczyka, bo amerykański paszport zagwarantowałby im pluton egzekucyjny, ale Cork go nie posłuchał. Od pierwszego dnia podawał swoje prawdziwe nazwisko i adres, odpowiadał na wszystkie pytania i prawie niczego nie ukrywał.

Prawie.

Nie powiedział, że poznali się przez Everinghama. Był on wtedy znany w całych Indochinach, po tym jak przepłynął nielegalnie Mekong, żeby wywieźć z Laosu swoją ukochaną. Wśród zachodnich dziennikarzy Everingham miał status bohatera, ale dla rządów, wojskowych i służb specjalnych był zdrajcą i kowbojem. Powołanie się na jego nazwisko nie mogło pomóc.

Cork nie przyznał się też, że jako dziecko mieszkał w Wietnamie, a jego ojciec był tu inżynierem w czasie wojny. Wreszcie, nawet nie próbował tłumaczyć, dlaczego wziął udział w tak żałośnie zorganizowanej ekspedycji, w towarzystwie człowieka, o którym nic nie wiedział. Nie próbował tego tłumaczyć, bo sam nie mógł uwierzyć we własną głupotę.

– Tak, to wszystko prawda – Cork potwierdził po raz setny. Śledczy westchnął ciężko i ponownie pokręcił głową.

– Mister Graham, wróci pan teraz do celi i przemyśli jeszcze raz tę historię. A jutro opowie nam nową, tym razem prawdziwą.

– Ale ja mówię prawdę! – krzyknął Cork.

Strażnik siedzący do tej pory spokojnie przy drzwiach szybkim ruchem odbezpieczył karabin.

– Nie mówi pan! – ryknął śledczy. – Musi się pan wreszcie przyznać! Przyznać! Jest pan szpiegiem CIA, panie Graham! I został pan wysłany, żeby wspierać kontrrewolucję oraz rozmontować to, co po tylu latach walki udało nam się osiągnąć! Jest pan szpiegiem, panie Graham! Zostanie pan rozstrzelany, jeśli się pan nie przyzna!

CORK ZOSTAŁ PONOWNIE WRZUCONY DO CELI, gdzie jego jedynym zajęciem było obserwowanie biegających karaluchów. Nie rozumiał, co się dzieje, czego od niego chcą Wietnamczycy. Na przesłuchaniach mówił prawdę, ale to im nie wystarczało.

Nie wiedział jeszcze wtedy, że była to inna prawda niż ta, którą zeznawał Knight, a ich wersje się wykluczały.

Po pierwsze, Knight pękł na pierwszym przesłuchaniu i mówił o wszystkim szczodrze, z pamięci i bez zająknięcia.

Po drugie, w kilku istotnych kwestiach Knight zwyczajnie okłamał Corka. Nie miał i nigdy nie widział żadnej mapy kapitana Kidda. Tę fotokopię, którą oglądali, Knight zrobił, odbijając w powiększeniu stronę książki historycznej z biografią słynnego pirata znalezionej w bibliotece uniwersyteckiej w Kalifornii. Nie było żadnego krewnego, żadnego biurka z odłamaną nogą i mosiężnej tuby z pieczęcią. Knight potrzebował argumentów, żeby zdobyć inwestorów, a nic tak nie przemawia do wyobraźni jak autentyczna mapa prowadząca do skarbu.

Na przesłuchaniach Anglik mówił więc prawdę, że żadnej mapy nigdy nie było.

Do tego Knight nie powiedział Corkowi, że już wcześniej bezskutecznie szukał skarbów na Karaibach, a przez swoją obcesowość i niesolidność zraził do siebie wielu ludzi. Nie był może oszustem, ale też nie grał całkiem fair. Bez mrugnięcia okiem składał obietnice bez pokrycia, czasem też traktował swoich biznespartnerów niezbyt uczciwie. Miał kilku zaprzysięgłych wrogów, a wielu ludzi, którzy się z nim zetknęli, nie chciało mieć już z nim nigdy do czynienia. Ogólnie nie cieszył się dobrą sławą.

Ale najważniejsze, co Richard Knight przemilczał, to fakt, że już wcześniej próbował się dobrać do skarbu Kidda i był w tym celu w Wietnamie. Nie przyznał się, że zamówione z CIA mapy i zdjęcia satelitarne Agencja wysłała mu w kilku listach na podany przez niego adres korespondencyjny w Sajgonie, przez co Knight figurował w bazach danych wietnamskiego kontrwywiadu.

Cork nie wiedział też, że już na pierwszym przesłuchaniu śledczy pokazali Knightowi te listy, z emblematem CIA na kopertach, przez co przerażony Anglik postanowił iść na pełną współpracę, nawet jeśli miałby zrzucić całą winę na Corka, który w tym czasie opowiadał, że przypłynęli po skarb i nic więcej nie wie.

Graham nie miał też pojęcia, co wydarzyło się na ich łodzi, gdy leżał związany w szałasie. Wietnamczycy namierzyli ją i popłynęli aresztować wszystkich na pokładzie. Jedynymi pasażerami byli Ti i Pi, którzy na widok żołnierzy wyciągnęli z kajuty pistolety i stary granat, po czym bez pytania otworzyli ogień.

W tym świetle opór Corka na przesłuchaniach rzeczywiście wyglądał na efekt szkolenia agentów specjalnych, jakie mógłby przejść gdzieś na Farmie CIA w stanie Wirginia.

O tym wszystkim Cork nie miał wtedy bladego pojęcia. Był tylko nastoletnim, przerażonym chłopakiem, który ponad wszystko chciał wrócić do domu. To się nie miało tak skończyć. Miał być fotoreporterem i poszukiwaczem skarbów, a skończył jako jeniec wojenny. Tego nie zakładał, nawet nie chciał zakładać.

Zwlókł się ze swojego trzcinowego posłania i przetarł rękawem kawałek ściany. W miękkim od wilgoci tynku, na kawałku czystej powierzchni, zaraz obok napisu: „1954 Dien Bien Phu”[3], wyskrobał starannie: „13 czerwca 1983, Frederick Kurt Graham”.

Tej nocy nie mógł zasnąć. Nie pozwalały mu na to krzyki z sąsiedniej celi przeplatane odgłosami uderzeń gumowym wężem.

Cork przysiągłby, że nad ranem w tych krzykach słychać było szaleństwo.

PRZEWIEŹLI GO DO INNEGO WIĘZIENIA, w Sajgonie. Nie było lepsze, było tylko inne. W celi miał kubeł wody i matę do spania. Raz dziennie dostawał miskę ryżu, czasem zupę na rybich głowach. Któregoś dnia przyszli do niego w nocy, po cichu, nie zdążył się nawet przebudzić. Bili go gumowym wężem po brzuchu i plecach, aż prawie stracił przytomność.

Na udach miał od ponad miesiąca paskudną infekcję. Czarne ropiejące rany z oleistą wydzieliną ciągnęły się od kolana do krocza, roztaczając zapach gnijącego mięsa. Nie zgodzili się na wizytę lekarza.

Ucho rozrywało mu zapalenie, wbijając się ostrym bólem w głąb czaszki. Trwało to kilka tygodni. Nikogo to nie interesowało.

Świat zapomniał o jego istnieniu.

A POTEM NADSZEDŁ TEN DZIEŃ, gdy został wyprowadzony na własną egzekucję.

– Za zbrodnię szpiegostwa przeciwko Socjalistycznej Republice Wietnamu – głos recytował bez emocji – zostajesz skazany na rozstrzelanie przez pluton egzekucyjny. Gotów! – padła krótka komenda. – Czy chciałby pan coś jeszcze powiedzieć, panie Graham?

Cork opanował się wreszcie, pociągnął nosem i stanął niepewnie wyprostowany. Nic nie powiedział.

– Cel! – Karabiny zagrzechotały, przykładane do ramion żołnierzy. To już koniec. Spokój. Pal!

Trzasnęły iglice.

Wybuchł śmiech.

Żołnierze rechotali na całe gardło, patrząc na przerażonego nastolatka. Aż się przewrócił od siły wyimaginowanych kul, które nigdy nie wyleciały z pustych karabinów.

Cork też się śmiał, na granicy obłędu.

KOPERTA ZAADRESOWANA W TAJLANDII leżała na stole wśród przesyłek reklamowych i rachunków za prąd czy wodę. Frederick Graham Starszy, ojciec Corka, oglądał wieczorne wiadomości i kołysał się w swoim bujanym fotelu. Tego dnia nie wydarzyło się nic interesującego. Ciężko stęknął, podnosząc się z siedzenia, i podszedł do stołu, powłócząc nogami w kapciach. Otworzył kopertę i założył okulary do czytania.

„Drodzy rodzice, jeśli czytacie ten list, to znaczy, że siedzę w wietnamskim więzieniu…”

Frederickowi Grahamowi Starszemu zakręciło się w głowie.

TEN LIST URATOWAŁ CORKOWI ŻYCIE. Po pierwszej rozmowie z Knightem, gdy miał raptem te kilka godzin, by wrócić do Bangkoku, spakować się, umyć i z powrotem pognać na przystań w Pattayi, zostawił swojemu znajomemu list zaadresowany do rodziców. Polecił mu go wysłać, gdyby nie wrócił w ciągu miesiąca. Na dobrej woli, pamięci i solidności tego człowieka opierał całą swoją nadzieję na wybawienie.

Do chwili gdy Frederick Graham Starszy wstał z bujanego fotela i otworzył list, nikt nie wiedział, że Cork jest w areszcie. Nie pozwolono mu się skontaktować z ambasadą, w więzieniu nie było innych białych i cały czas przebywał w jednoosobowej celi. Przez niemal pół roku nastolatek nie wiedział, czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, w jakim położeniu się znajduje.

W rzeczywistości nikt nie miał o tym pojęcia.

ZAALARMOWANA PRZEZ OJCA CORKA AMBASADA robiła wszystko, co w jej mocy, by wyjaśnić sprawę. Mogła zrobić niewiele, to inna kwestia. Stany Zjednoczone nie utrzymywały wtedy stosunków dyplomatycznych z Wietnamem, nie miały jakiegokolwiek wpływu na reżim w Hanoi i jedyne, na co mogli liczyć dyplomaci, to obelgi i zgryźliwe komentarze.

Cork Graham przesiedział w wietnamskim więzieniu jedenaście miesięcy, w tym osiem w izolatce. Raz próbował uciec, za co został brutalnie ukarany. Przeszedł też lipny proces, który odbył się publicznie w formie widowiska propagandowego. Podczas posiedzenia zakazano mu mówić, a w imieniu całej załogi łodzi miał wystąpić Richard Knight. Przyznał się w ich imieniu do precyzyjnie skonstruowanych zarzutów i wygłosił kilka socjalistycznych frazesów na temat wielkości partii i zgnilizny Zachodu.

Dla Corka było to równoznaczne z samobójstwem. Knightowi nie można było ufać. Od początku przymilał się Wietnamczykom i próbował przerzucić winę na Corka, starając się w ten sposób odzyskać wolność.

Cork Graham został zwolniony po ustaleniu przez Wietnamczyków okupu w wysokości ówczesnych dziesięciu tysięcy dolarów, kwoty, za którą można było przeżyć w Azji rok. Ta suma znacznie przerastała możliwości finansowe rodziny Grahamów, więc jego ojciec zorganizował publiczną zbiórkę i spieniężył swój fundusz emerytalny. Gdy odbierał syna z lotniska w Waszyngtonie, był już całkowicie siwy. W ciągu roku postarzał się o dwie dekady.

Dwaj Tajowie, Ti i Pi, wyszli na wolność trzy lata później. Byli zagłodzeni niemal na śmierć i poważnie pobici.

Richard Knight również został dłużej w więzieniu. Mimo jego usilnych starań i pomocy ambasady brytyjskiej, nie znalazł nikogo, kto zgodziłby się wpłacić za niego okup. Próbował bezskutecznie popełnić w celi samobójstwo.

Wyszedł na wolność dzięki pewnemu biznesmenowi z Kalifornii nazwiskiem Kenneth Crutchlow. Podobno w zamian za wykupienie z więzienia Knight obiecał mu udział w skarbie kapitana Kidda oraz prawa do filmu i książki opowiadających o tych wydarzeniach. Biznesmen dotrzymał umowy. Za pośrednictwem ambasady brytyjskiej wpłacił okup i doprowadził do uwolnienia Anglika. Knight jednak nigdy nie spełnił swojej obietnicy. Po opuszczeniu więzienia zapadł się pod ziemię.

Richard Knight zmarł niecałe pięć lat temu w przytułku w Brighton w Anglii. Zapił się na śmierć, wciąż szukając inwestorów skłonnych sfinansować kolejną ekspedycję po skarb na wietnamskiej Wyspie Piratów.

– ZASTANÓW SIĘ – spróbowałem raz jeszcze. – Czasy się zmieniły, zbierzemy dobrą ekipę, wskażesz nam tylko miejsce. Jesteśmy w stanie to zrobić naprawdę po cichu.

– Raz już próbowałem po cichu – odpowiedział Cork. – W dziewięćdziesiątym dziewiątym. Wtedy można już było pojawić się w Wietnamie turystycznie, więc wynająłem przewodnika i tak niby to bez celu popłynąłem sobie na wyspę…

– No widzisz.

– … i spędziłem noc w tym samym szałasie na plaży co za pierwszym razem, bez paszportu i aparatu, pod okiem strażników. Zatrzymali mnie, gdy tylko wysiadłem z łodzi, a potem przez kilka godzin odpowiadałem na pytania tego samego oficera, który nas złapał, gdy byliśmy z Knightem.

Zatkało mnie. Co tam jest ukryte, że tak pilnują tej wyspy?!

– Dobrze, że się trochę zestarzałem i nabrałem nieco ciała, bo mnie nie poznał – kontynuował Cork. – Widziałem, że wydaję mu się podejrzany, ale nie mógł skojarzyć szczegółów. W końcu oddali mi paszport i kazali znikać z wyspy. Nie muszę ci chyba opowiadać, jak szybko wsiadałem do łodzi?

– Punkt dla ciebie – przyznałem kwaśno. – Ale to jest dowód, że na tej wyspie naprawdę coś jest. Wiesz, że Knight opowiadał naokoło, że znalazł ten skarb, że on tam na pewno jest?

– Bzdura.

– Skąd wiesz?

– Bo to był właśnie taki facet. Opowiadał, że znalazł skarb i trzeba go tylko stamtąd wywieźć. To była taka zachęta dla inwestorów, na którą się łapali. Opowiadał też, że podczas swojej pierwszej próby, jeszcze przede mną, dopłynął tam sam w dinghy i wyciągnął ją na plażę, a potem, wracając już z całą skrzynią złota, zepchnął ją na wodę. Chłopie, żeby ruszyć taką łódkę, potrzebujesz z sześciu silnych facetów. Detale, zawsze ci to mówię, analizuj detale, one są najważniejsze.

– Jakoś wtedy nie byłeś taki czujny – zauważyłem.

Cork pochylił się nad stołem.

– Wtedy nie byłem, a teraz już jestem. Jak spędzisz rok w wietnamskim kiciu, bo szukałeś skrzynki ze złotem z legendy, to też się zrobisz czujny. – Cork zamilkł na chwilę. – Zresztą wtedy to ja byłem zwyczajnie głupi – podjął. – Facet mi opowiedział historyjkę jak z filmu, dla dzieciaka to było spełnienie marzeń. Miałem za mało czasu, żeby się chociaż zastanowić na trzeźwo nad ryzykiem. Zostało tylko kilka godzin, latałem z miejsca na miejsce, nie było czasu na myślenie. Ale powiem ci coś… – Cork wziął dwa łyki zupy. Emocje wróciły, widać to było na jego pucołowatej twarzy. Był tam znowu, znów czuł tę ekscytację przed wyprawą po skarb. Słuchałem uważnie. – Wiesz, dlaczego się dałem namówić? Przez tę zasraną mapę – ciągnął. – Mapę, której nigdy nie było. Richard miał świetną gadkę, był cholernie pewny siebie i jeszcze te plany CIA, te mapy morskie, topograficzne, no, wyglądało to strasznie poważnie. A wiesz, jak on znalazł tę wyspę? Znał szerokość geograficzną, ale nie znał długości. I po prostu wziął globus i przeciągnął dookoła palcem, aż trafił na wyspę w Wietnamie.

– Ale trafił dobrze – zauważyłem.

– To bez znaczenia, miał fuksa. Za to popatrz, ilu ludzi nabrał na ten trik z mapą. Przygotował kupę dokumentacji, która sama w sobie już by wystarczyła, ale jak masz mapę, jesteś bardziej wiarygodny, i Knight o tym wiedział. Jakoś nikt się nie zastanawiał, co było napisane na odwrocie tej mapy, a przecież właśnie tam umieszczano szczegółowe instrukcje, wyjaśnienia albo dodatkowe tropy. Nikt nawet o tym nie pomyślał, za to kilka osób wyłożyło pieniądze, dając się nabrać na zwykłą historyjkę.

Jedyna ocalała kopia oryginalnej mapy kapitana Kidda, którą pokazywał Richard Knight

– Gdy w grę wchodzą emocje, ludzie zwykle przestają trzeźwo rozumować – odpowiedziałem.

– Pamiętaj, że w tym wypadku te emocje ktoś w tobie wzbudza, na trzeźwo i z premedytacją. Poszukiwacze skarbów zawsze czegoś potrzebują: pieniędzy, sławy, kontaktów… Będą cię mamić, bo możesz im się przydać, możesz się okazać cenny. Będą ci opowiadać historie, które już od dawna masz w głowie. Takie, które uruchamiają cały szereg skojarzeń. Szkatuły, piraci, mapy… To są właśnie te rzeczy. I nawet gdy słyszysz taką historię pierwszy raz, masz wrażenie, że znasz ją od dawna, a przez to wydaje ci się prawdziwa. I tu popełniasz błąd. Bo widzisz, mój młody przyjacielu, i zapamiętaj sobie dobrze to, co teraz powiem… Słuchasz?

– Słucham.

– Sto razy ważniejsze od tego, co ci mówią, jest to, czego ci nie mówią. Detale, konkrety, szczegóły planów, ludzie biorący udział w operacji, ich wiedza. Łowcy skarbów są jak żołnierze na wojnie. Nie powiedzą ci niczego, czego nie muszą, bo ta wiedza to majątek i gwarancja powodzenia całej akcji. Jeśli pozwolisz się wykorzystać, nie będą mieli skrupułów. Jeśli nie będziesz bardzo ostrożny, nawet nie zauważysz, jak zostaniesz sam, na lodzie i z majtkami przy kostkach. Dla nich liczy się tylko cel, czyli skarb, a tym niechętnie będą się dzielić. – Cork Graham spojrzał na mnie przeciągle, jakoś tak dziwnie, nie wiedziałem, o czym myśli. – Odpowiedz sobie na jedno pytanie. Szukasz pieniędzy czy przygody? Łowca skarbów musi szukać obu naraz, obu równie poważnie. Ja na tym pieprzonym skarbie Kidda już straciłem mnóstwo pieniędzy. Zabrali mi drogi sprzęt, musieliśmy zapłacić okup, prawie zostałem zabity, miałem potem polityczne kłopoty, przesłuchania… To nie jest dla mnie żadna inwestycja, to jest worek bez dna.

– Ale… – próbowałem wtrącić.

– Tu nie ma żadnego „ale”, choć na pewno wydaje ci się inaczej – usadził mnie Cork. – Ty wiesz, ilu ja poznałem poszukiwaczy skarbów? Oni wszyscy są tacy sami, mają klapki na oczach i przegrywają swoje życie. Marnują lata i pieniądze, cały czas, rok po roku. I wciąż wierzą, że już jutro, już za chwilę, wreszcie znajdą ten swój wymarzony skarb, którego jednak z jakiegoś powodu nie znaleźli przez ostatnie dwadzieścia lat. – Przetarł chusteczką czoło. – Parę godzin stąd leży Las Vegas, czasem tam jeżdżę – kontynuował monolog. – Wiesz, kogo widzę w kasynach? Ludzi szukających skarbu. To jest dokładnie ten sam typ, łowcy skarbów to zwyczajni hazardziści. Zastanów się… Obstawiają, opierając się wyłącznie na swojej nadziei, że ten skarb istnieje, na niczym więcej. Przecież to gra w ruletkę albo w kości. – Cork nachylił się jeszcze głębiej, patrzył mi prosto w oczy. – Poszukiwanie skarbów to najgorszy nałóg świata, bo twój narkotyk to nadzieja, której masz zawsze pod dostatkiem i która nic nie kosztuje. Żeby się z niego wyrwać, musisz zaryzykować nie pieniędzmi, a własnym życiem. Dopiero wtedy się otrząśniesz. Rozumiesz, jak potężny to jest nałóg, jak to wciąga? Jeśli raz w to wejdziesz, nigdy się już nie wydostaniesz, nie będziesz w stanie. Zapamiętaj to.

ZA OKNEM WIETNAMSKIEJ RESTAURACJI zapadał zmierzch. Deszcz wciąż siąpił, tworząc dość ponury nastrój. Ciepłe wnętrze lokalu nie zachęcało do wyjścia na zewnątrz, siedzieliśmy już dobrych kilka godzin. Temat skarbu kapitana Kidda wracał co jakiś czas. Mimo przestróg jakoś nie mogłem o nim zapomnieć.

– Pomijając tę hochsztaplerkę Knighta, myślisz, że te skrzynie tam naprawdę leżały? – spytałem.

– O tak, na bank.

– Dowiedziałeś się, ile ich było?

– Trzy lub cztery, ukryte w trzech różnych miejscach.

– Skąd wiesz?

– Pominąwszy tę felerną mapę, Knight miał naprawdę dobrą dokumentację, wszystko się zgadzało. Za dużo elementów pasowało do siebie. W poszukiwaniu skarbów nie ma czegoś takiego jak zbieg okoliczności. Jeśli widzisz za dużo zbiegów okoliczności, to zacznij się dobrze przyglądać, bo coś tam się kryje.

– Myślisz, że wciąż tam leżą?

– Jestem tego pewien. Dwie z trzech skrzynek są tam na sto procent. Jedną już zabrali Wietnamczycy.

– O proszę – zdziwiłem się. Cork rzadko wypowiadał się tak kategorycznie. – Skąd ta pewność?

Graham ściszył głos i ponownie nachylił się przez stół.

– Mnóstwo ludzi szukało tego skarbu, samo położenie wyspy to żadna tajemnica. Gdy byłem tam wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, wiesz, kiedy mnie znowu przesłuchiwali w szałasie, ciągle pytali, czy nie przypłynąłem szukać skarbu. Oni są bardzo czujni, nie pozwolą nikomu się do niego dobrać. Na tej wyspie jest wioska. Ci rybacy dobrze wiedzą, że siedzą na górze złota. Sami go szukają, ale nigdy im się to nie uda. Potrzebujesz dokładnych informacji, położenia, odpowiednich instrumentów. Możesz sobie biegać z wykrywaczem metalu przez rok i nic nie znajdziesz. Złota i diamentów nie wykryje żaden czujnik. Kidd nie był głupi, to miał być jego prywatny bank, a to były czasy, kiedy jak coś chowałeś, to chowałeś tak, żeby nikt tego nie znalazł przez tysiąc lat. I te skrzynki wciąż tam leżą. Nikt ich nie wyciągnął. Musisz znać dokładne instrukcje, a w naszych czasach znało je tylko dwóch ludzi. A teraz został już tylko jeden.

– Ty.

Cork uniósł filiżankę w niemym toaście i uśmiechnął się szelmowsko.

– Cork, pozwól, że o coś spytam. Mówisz, że byliście jedynymi ludźmi na świecie, którzy wiedzieli, gdzie jest ten skarb, ale go nigdy nie znaleźliście.

– Aha – odpowiedział bez zastanowienia, przegryzając sajgonkę.

– Ale mówisz też, że jednej ze skrzyń już nie ma, bo mają ją Wietnamczycy.

– Aha… – powtórzył wolniej.

– Coś mi się tu nie zgadza. Wylądowaliście na brzegu około piętnastej, przywiązaliście łódkę, ledwo zeszliście z plaży, zerwaliście kokosy i zobaczyliście łódź rybaka. Ale opowiadając, jak zostaliście złapani, powiedziałeś, że związali was, gdy było już ciemno.

Cork Graham prawie się zakrztusił. Od tamtych wydarzeń przez lata konsekwentnie utrzymywał, że nic na tej wyspie nie znaleźli. Dziś z jakiegoś powodu się zapomniał.

Powiedział o jedno zdanie za dużo.

– Cork, gdzie się podziały brakujące cztery godziny? – nie ustępowałem. – Coś ominąłeś, to się nie trzyma kupy. Czy ty przypadkiem właśnie mi nie powiedziałeś, że podczas tych czterech godzin znaleźliście jedną ze skrzynek, zrobiło się ciemno, gdy ją wyciągnęliście, złapali was Wietnamczycy i zabrali ją wam? I dlatego wiesz, że jednej już nie ma?

Cork popatrzył przeciągle, potem pociągnął łyk herbaty jaśminowej, kupując sobie trochę czasu.

– Nie grzeb w tym – odpowiedział po chwili nieco zmienionym głosem. – Mówię ci, odpuść i nigdy do tego nie wracaj.

– Czemu tak nagle spoważniałeś?

Cork Graham patrzył znad filiżanki nieruchomo.

– Bo widzę, że jesteś tym samym chłopakiem, którym ja byłem w osiemdziesiątym trzecim – powiedział w końcu. – Tylko jeszcze nie wsiadłeś na łódź Richarda Knighta, ale niewiele ci już brakuje.

JADĄC PONOWNIE PRZEZ SAN FRANCISCO, myślałem o przestrogach Corka. Niewątpliwie mocno się sparzył na poszukiwaniu skarbów i z pewnością widział wielu, którzy szukając fortuny, stracili fortunę. Nie był to jednak typ mięczaka bojącego się własnego cienia i tym strachem zarażającego innych. Cztery lata uganiania się za partyzantami w dżunglach Kolumbii czy Salwadoru w towarzystwie komandosów to jednak solidny trening. Do tego Cork to specjalista od psychologicznych efektów wojny, wie, co się dzieje w głowie pod wpływem silnego stresu, jak na niego reagować. To nie jest człowiek, który przestrzegałby przed byle czym.

A jednak przestrzega, i to mocno.

Coś musi być w tych skarbach, jakaś siła, o której jeszcze nic nie wiem. Coś sprawia, że ludzie przestają myśleć logicznie i poświęcają życie na wyniszczającą pogoń za czymś, co może w ogóle nie istnieć. Hazardziści, nie da się ukryć. Las Vegas faktycznie niedaleko, może warto tam podjechać. Znam w Mieście Grzechu kilka osób, które nie figurują w książkach telefonicznych, specjalistów od darmowej gotówki. Oni mi pokażą, na co uważać, i gdzie skończę, jeśli ich nie posłucham.

Ale najpierw na południe, do Los Angeles, skąd mam odebrać wspólnika, bo w tym biznesie każdy potrzebuje partnera. Sześćset kilometrów w dół wybrzeża, autostradą nad brzegiem morza.

Silnik mruczał cicho, zza chmur wyszło słońce.

Może chodzi o siłę wyobraźni? Skarby. Już na sam dźwięk tego słowa przed oczami stają obrazy okutych żelazem skrzynek i złotych monet wysypujących się z sakiewki. Wszyscy to znamy z dzieciństwa, z książek Verne’a i Stevensona, z filmów o awanturnikach i z legend o jednonogich piratach z papugą na ramieniu.

I nagle się okazuje, że to wszystko prawda.

Albo ktoś chce, żebym tak myślał.

„Nikomu nie ufaj”, mówił Cork.

Nikomu.

PÓŹNY WIECZÓR, już prawie noc. Na autostradach miliony świateł. Los Angeles.

Nie znoszę tego miasta. Paskudne, chaotyczne, betonowe miejsce bez duszy. Miasto latynoskich gangów, nocnych strzelanin w Compton i boisk do koszykówki z siatkami z łańcuchów. Miasto rezydencji w Beverly Hills, wystrojonych głupiutkich gwiazdek oraz sałatki z awokado i pestkami dyni podawanej na liściach bananowca. Miasto jak echo muzyki dochodzące z podziemnego klubu, które obiecuje chwile uniesienia, ale dla innych, lepszych, bogatszych. Nigdy dla ciebie. Miasto nieuchwytnych duchów straconych możliwości, błyskających zbyt szybko, by można je złapać. Nocnych miraży, kuszących obietnic, demonów szczęścia mamiących miliony naiwnych dusz, nieustannie szukających sławy, której tu nigdy nie znajdą. Miasto z betonu ciągnące się bez końca pasmami asfaltowych tuneli, jak labirynt, z którego nie ma ucieczki.

Lubię je tylko nocą. Miasto świateł.

Los Angeles nocą. Najbardziej je lubię z daleka

LAX, lotnisko. Bezduszne jak całe to miejsce. To dużo mówi o Mieście Aniołów. Minąłem rząd limuzyn czekających na swoich ważnych gości i autobus dla tych, którzy dopiero tu przylecieli. Zajechałem pod wyjście, gdzie stali pasażerowie czekający na taksówkę. Dostrzegłem na chodniku znajomą postać. Podjechałem do krawężnika.

Głuchy stuk plecaka zrzucanego do bagażnika, trzask drzwi.

– Doktor Livingstone, jak sądzę?

– Kaczor, powtarzasz te same dowcipy. Przyłóżże się bardziej do dialogów.

– Mam wsiąść jeszcze raz?

Kaczor. Albo Kaczka, jeśli będzie trzeba. Oficjalnie Tomek, jak i ja, ale nikt tak do niego nie mówi[4]. Jeden z moich najlepszych przyjaciół, znamy się od lat. Posiadacz niebagatelnego, zaskakującego poczucia humoru i powiedzonek niemających sobie równych. Jedyny znany mi człowiek będący w stanie podołać absolutnie wszystkiemu, gdyż nie został wyposażony w tę funkcję wyobraźni, która mogłaby go przed czymś powstrzymać. Kaczor po prostu nie wie, że czegoś się zrobić nie da albo że czegoś lepiej nie ruszać. Dotknie wszystkiego, sprawdzi każdy element i wsadzi wszędzie nos, a jak mu go ktoś przytrzaśnie, to nie będzie płakał, tylko się nieco zdziwi.