Gole wszech czasów - Jarosław Kaczmarek - ebook + książka

Gole wszech czasów ebook

Jarosław Kaczmarek

0,0
14,99 zł

lub
Opis

Kiedy pada gol w wielkim meczu, kibice na stadionie i przed ekranami na całym świecie szaleją z radości! Najwspanialsze zagrania tworzą nowy rozdział w historii futbolu, a opowieści o nich przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Sięgnijcie po lekturę o niesamowitych golach i bohaterach stadionów. O golu wielkiej ciszy, o indiańskim dryblingu i o czarodziejskich butach! Przeżyjcie jeszcze raz wspaniałe zagrania Maradony i Messiego, Garrinchy i Pelégo, Ronaldo i Lewandowskiego. Pamiętajcie, że opowieść jest jak piłka, liczy się tylko, kiedy jest w grze! W tej książce oprócz emocjonujących historii znajdziecie infografiki ilustrujące akcje na boisku, a na kolorowych zdjęciach zobaczycie, jak na przestrzeni lat zmieniał się świat piłki nożnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 155




Jarosław Kaczmarek

Gole wszech czasów

Saga

Gole wszech czasów

Copyright © 2016, 2019 Jarosław Kaczmarek i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726128451

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Moim dzieciom:

Zuzannie, która strzelała piękne gole, ale wybrała łyżwiarstwo figurowe, i Kubie, który dopiero oddaje pierwsze strzały z czuba.

Wszystkim,

dla których piłka nożna jest fascynującą, poruszającą wyobraźnię opowieścią.

Rozdział 1

Pierwszy gol

Zanim przeniesiemy się do najwspanialszych goli wszech czasów, warto zadać sobie pytanie: kto i kiedy strzelił pierwszego gola? To niełatwa zagadka – wyzwanie godne detektywa umiejącego tropić ślady piłki w labiryntach odległej przeszłości, w najprzeróżniejszych zakątkach całego świata. Jeden z tropów piłkarskiego śledztwa zaprowadziłby nas do starożytnej Grecji i opowieści o przygodach Odyseusza.

Pewnego razu morze wyrzuciło Odyseusza – rozbitka – na brzeg nieznanej wyspy. Tam zasnął wyczerpany, a kiedy się obudził, spostrzegł nieopodal, nad brzegiem rzeki, grupę dziewczyn grających w piłkę. Grę prowadziła, jak się wkrótce dowiedział, księżniczka Nauzykaa, córka króla Feaków. Czyżby to właśnie ona strzeliła pierwszego gola, którego świadkiem mógł być Odyseusz? Czyżby wymyśliła grę w piłkę nożną? Nie, to jednak mało prawdopodobne! Na pewno nie było tam bramki, a Nauzykaa raczej nie kopała piłki!

W piłkę „kopaną” z pewnością grano w Chinach już ponad 4000 lat temu. Gra nazywała się cuju. Początkowo stanowiła ona trening żołnierzy, z biegiem czasu stała się popularna wśród całego ludu – grali w nią zarówno władcy, jak i ubodzy poddani, mężczyźni i kobiety.

To wszystko bajki! Nowoczesny futbol wynaleziono na Wyspach Brytyjskich! Mecz Anglia – Szkocja w 1875 roku

Celem gry było utrzymanie piłki w powietrzu i wbicie jej nogą do bramki, którą tworzyła drewniana konstrukcja z otworem na wysokości około pięciu metrów. Trafienie piłką do dziury trudno jednak uznać za prawdziwego gola (a gdzie bramkarz?). Gra w cuju była bliższa współczesnej siatkonodze niż futbolowi. Chińczycy natomiast zasłużyli na tytuł wynalazców nowoczesnej skórzanej piłki. Na zachowanych obrazach z czasów gry w cuju chińska piłka do złudzenia przypomina tę współczesną. Chińczycy początkowo grali piłką wypchaną pierzem, z czasem ją jednak udoskonalili i wymyślili skórzaną futbolówkę, tak jak dziś częściowo wypełnioną powietrzem.

Ze względu na kształt i położenie bramki za pradawną piłkę nożną nie można uznać ullamaliztli – rytualnej gry Azteków i Majów, nazwanej przez Portugalczyków pelotą. W trakcie tej gry Indianie podbijali ciężką (mogła ważyć nawet 4 kilogramy!) kauczukową piłkę biodrem albo udem i starali się przerzucić ją przez jeden z kamiennych pierścieni umieszczonych na murze na wysokości czterech metrów. Znów dziura w powietrzu! To zdecydowanie bliższe gry w koszykówkę niż futbolowi! Majów i Azteków wypada za to uznać za wynalazców boiska. Gdy pojedziecie do Meksyku, koniecznie odwiedźcie dawne miasto i świątynię Majów Chichén Itzá na Jukatanie. Zobaczycie tam zachowane do dzisiaj kamienne boisko do gry ullamaliztli.

Gra w piłkę kojarzy się raczej z ciepłymi krajami. To niesamowite, ale w piłkę grali też Inuici, zamieszkujący od niepamiętnych czasów lodową krainę na terenach dzisiejszej Grenlandii, Alaski i Syberii! Gra nazywała się aqsaqtuk, co znaczy „piłka na lodzie”, i polegała na wrzucaniu piłki, zrobionej ze skóry wypełnionej kawałkami gałęzi, mchu i wszelkich domowych odpadków, do bramki rywala. Bramki były ustawione czasami nawet kilkanaście kilometrów jedna od drugiej, a akcje graczy polegały głównie na przepychaniu się w śniegu i ślizganiu po lodzie przy temperaturze sięgającej nawet minus 50 stopni! A więc może to jednak bardziej ekstremalny hokej na lodzie niż futbol? W każdym razie Inuici bardzo przeżywali swoją grę w lodową piłkę. Kiedy patrzyli na zorzę polarną, widzieli duchy zmarłych przodków grających w aqsaqtuk.

Detektyw poszukujący śladów pierwszego gola koniecznie powinien wybrać się do współczesnej Kolumbii i przesłuchać pana Juana Estebana Constaína. W książce zatytułowanej Calcio! dowodzi on, że pierwszy prawdziwy piłkarski mecz w dziejach rozegrano we Włoszech, w XVI-wiecznej Florencji.

Florencja to niezwykłe miasto. Jego mieszkańcy od wieków znani byli z pasji do sztuki i, jak to dziś mówimy, kreatywności. Symbolem miasta jest oczywiście Leonardo da Vinci, twórca najsłynniejszego obrazu świata – portretu Mony Lizy i projektów niezliczonych wynalazków, takich jak: latające machiny napędzane siłą ludzkich mięśni, spadochron, czołg, łódź podwodna, robot (mechaniczny rycerz), rower czy prototyp samochodu. Mieszkańcy Florencji wymyślili też pieniądze, banki, operę, fortepian, okulary i, co jest dla nas najważniejsze, grę w calcio. W meczach calcio, które rozgrywano na placu nieopodal kościoła Santa Croce, brały udział dwie drużyny, liczące po 27 zawodników ubranych w różnokolorowe stroje. Tak jak we współczesnym futbolu, w każdym zespole był podział ról na bramkarzy, obrońców, pomocników i napastników. Ci ostatni mieli za zadanie wrzucenie piłki do bramki przeciwnika za pomocą zarówno rąk, jak i nóg. Bramki miały około metra wysokości i były szerokie na całą długość końcowej linii pola gry (dlatego broniło ich kilku bramkarzy). Gra w calcio, wywodząca się od rzymskiej żołnierskiej gry harpastum, była bardzo brutalna. Zawodnicy mogli uderzać przeciwnika pięściami, głową, łokciami, a nawet kopać leżącego rywala. Mecze calcio odbywają się we Florencji do dzisiaj, każdego roku 24 czerwca, z okazji święta patrona miasta – świętego Jana.

Kilka lat temu oglądałem mecz calcio we Florencji. Zdecydowanie bardziej przypominał on zbiorową bijatykę z elementami rugby niż piłkę nożną.

Ceremonia otwarcia meczu calcio na placu Santa Croce we Florencji

Tymczasem pan Constaín twierdzi, że 20 lutego 1530 roku we Florencji rozegrano niezwykły mecz calcio, w którym zakazano gry rękami i najbardziej brutalnych zagrań, a gole strzelano tylko nogami! Działo się to w czasie wojny, kiedy wojska króla Hiszpanii oblegały miasto. Chcąc przerwać niekończące się oblężenie, obie strony zgodziły się rozegrać mecz, który miał rozstrzygnąć o losach wojny. Kiedy zaczęto grać według zasad calcio, boisko szybko zmieniło się w arenę regularnej bitwy na śmierć i życie, a nie o to przecież chodziło! Wtedy właśnie zmieniono przepisy i zawodnikom zezwolono jedynie na posługiwanie się nogami. Mieszkańcy Florencji i Hiszpanie zaczęli grać w piłkę nożną! Niestety, mecz nie rozwiązał wojennego konfliktu, gdyż zakończył się remisem.

Ale przecież to wszystko mity i legendy! – oburzą się w tym momencie Anglicy. Dziś wszyscy wiedzą, że nowoczesny futbol wynaleziono na Wyspach Brytyjskich!

Co prawda angielski król Edward II już 700 lat temu zakazał „toczenia kul ulicami miasta, bowiem tumult z tym związany może doprowadzić do przebudzenia złych mocy”, a jego następca Edward III całkowicie zabronił gry w piłkę, dotyczyło to jednak odmiany futbolu ludowego, który polegał na pozbawionej reguł wielkiej bijatyce, w trakcie której szalejące tłumy niszczyły wioski i miasta.

Ale to właśnie Anglicy wymyślili współczesne reguły piłki nożnej i odróżnili ją od rugby!

To właśnie w Anglii powstał pierwszy klub futbolowy, założony w 1857 roku Sheffield Club!

To w Anglii w 1872 roku wystartowały pierwsze rozgrywki piłkarskie – Puchar Anglii!

To na Wyspach Brytyjskich 30 listopada 1872 roku, na stadionie Partick w Glasgow, rozegrano pierwszy oficjalny międzypaństwowy mecz futbolowy pomiędzy Szkocją a Anglią. Niestety, cztery tysiące kibiców nie zobaczyło w nim ani jednej bramki. Historyczny pierwszy gol padł w następnym spotkaniu między tymi drużynami, 8 marca 1873 roku, tym razem w Londynie. W drugiej minucie gry strzelił go reprezentant Anglii, pochodzący z Indii zawodowy żołnierz, William Stanley Kenyon-Slaney. Anglicy pokonali Szkotów 4:2!

To Brytyjczycy wymyślili grę w piłkę nożną, strzelili pierwszego gola i należy im się za to szacunek i podziw! Na zawsze! I basta!

No dobrze, ale czy rozważnia o tym, kto był pierwszy, naprawdę są takie ważne? Cóż, na pewno wszyscy słyszeliście o Juriju Gagarinie – pierwszym człowieku, który poleciał w kosmos. A czy znacie drugiego, który to zrobił zaledwie parę miesięcy później? Jestem pewien, że nie! Ja też nie znam i nie będę zaglądał do Wikipedii, by udawać mądrego! Tak już jest, że świat uwielbia tych, którzy robią coś pierwszy raz, odkrywców nowych lądów, wynalazców czy sportowców bijących rekordy i przekraczających granice ludzkich możliwości.

Ale przecież kiedy rozpoczyna się MECZ, czas zaczyna biec jak gdyby od początku. Każdy mecz jest jak nowe życie, jak nowy kosmos łączący piłkarzy i kibiców. W czasie GRY nie liczy się ani to, co było wczoraj, ani to, co będzie jutro. A kiedy pada GOL, dzieje się coś niezwykłego – gesty radości zwycięzców i rozpaczy pokonanych zapisują się na zawsze na kartach historii. Historia jest opowieścią – przestrzenią, w której możemy podróżować w czasie. Możemy już rozpocząć wyprawę do czasu najwspanialszych goli. Opowieść, tak jak piłka, liczy się wtedy, kiedy jest w grze. Zagrajmy więc razem! Przeżyjmy to raz jeszcze, jakby to był ten pierwszy raz!

Rozdział 2

Ghiggia – Urugwaj

Gol wielka cisza

Po tym golu na Maracanie zapanowała śmiertelna cisza. Nikt nawet nie gwizdał, nikt nie rozmawiał, nikt nie wydawał żadnego dźwięku. Ci, którzy byli na TYM meczu, opowiadali, że ta cisza była jak KRZYK.

Czy byliście w nocy na pustym stadionie? Jeśli nie, to wybierzcie się tam kiedyś. Zapytacie: po co? Po to, żeby usłyszeć ciszę! Nigdzie cisza nie brzmi tak niezwykle i intensywnie jak na uśpionym stadionie. Jeśli nie wierzycie, sami sprawdźcie! A teraz wyobraźcie sobie mecz na największym stadionie świata, który ogląda 200 tysięcy kibiców. Wyobraźcie sobie, że pada w nim gol, po którym następuje WIELKA CISZA, nikt nie krzyczy z radości, nikt nie śpiewa, nikt nie gwiżdże, nikt nie wydaje żadnego dźwięku. Po strzelonej bramce 200 tysięcy kibiców zamiera w milczeniu! To mógłby być dziwny sen, ale zdarzyło się to naprawdę! Ci, którzy byli na TYM meczu, opowiadali, że ta cisza była jak KRZYK.

Brazylia to młody kraj. Co prawda, Portugalczycy dopłynęli do brzegów tej ziemi już w 1500 roku, jednak dopiero w XIX wieku ojczyzna Pelégo, Garrinchy i Ronaldo (nie mylić z Cristiano!) stała się niepodległym państwem. Dzieje Brazylii różnią się od historii większości innych krajów tym, że nie było w nich wielkich wojen. W czasach gdy niemal cały świat cierpiał ogarnięty pożogą drugiej wojny światowej, w Brazylii rozgrywano mecze piłkarskiej ligi. A póki piłka jest w grze, oznacza to, że życie toczy się swoim bezpiecznym, codziennym torem. Ktoś z was może powiedzieć: można pozazdrościć Brazylijczykom takiej pokojowej historii! Tak, to prawda! Zgadzam się z tym! A jednak brak wojen był dla prawie 200 milionów mieszkańców tego ogromnego kraju pewnym problemem. Brakowało im opowieści o narodowych bohaterach, ich niezwykłych czynach i poświęceniu dla ojczyzny.

Brazylia jest krajem zróżnicowanym etnicznie – niemal połowa jej mieszkańców ma zarówno białych, jak i czarnoskórych oraz indiańskich przodków. Ludzi o takim wielokulturowym pochodzeniu nazywa się tam Pardo. Słowo to po portugalsku oznacza także ryż, zbierany na południowoamerykańskim kontynencie. Ma on brązowe nasiona, w kolorze podobnym do karnacji skóry większości Pardo. Kulturowe kontrasty pogłębiają warunki życia licznych mieszkańców Brazylii, zaludniających fawele – dzielnice biedoty w wielkich miastach, często pozbawione wody i prądu. Właśnie dlatego Brazylijczycy tak bardzo potrzebowali opowieści o swoich bohaterach, które stałyby się wspólnym bogactwem i połączyły ludzi o różnych kolorach skóry, wyznających różne religie, biednych i bogatych.

Kiedy zapadła decyzja o przyznaniu Brazylii organizacji pierwszych po wojnie mistrzostw świata w piłce nożnej w 1950 roku, Brazylijczycy wpadli na niesamowity pomysł: Zbudujemy naszą historię i narodową tożsamość wokół piłki nożnej! Naszymi bohaterami będą nie żołnierze, ale najlepsi na świecie piłkarze! Naszą narodową dumą będzie nie wygrana wojna, a zwycięstwo w mistrzostwach piłkarskich!

Podoba się wam taki pomysł? Nie chcielibyście w szkole na lekcjach historii poznawać dziejów futbolu, zamiast uczyć się o krwawych wojnach i rewolucjach? Zamiast dat wielkich bitew zapamiętywać, który zawodnik w której minucie meczu strzelił decydującego gola? Nie wiem jak wam, ale mnie to by się bardzo podobało! Tak, to był genialny pomysł! Był tylko jeden mały problem – Brazylia musiała wygrać te mistrzostwa!

W to jednak nikt w Brazylii nie wątpił! Wielkie zwycięstwo potrzebowało odpowiedniej sportowej areny. I Brazylijczycy zbudowali w ciągu niespełna dwóch lat największy stadion świata. Nazwano go Maracanã od nazwy przepływającej w pobliżu małej rzeki. Robotnicy w trakcie przerw w pracy siadali na powstających trybunach i bawili się w komentowanie wyobrażonego meczu, w którym Brazylia zdobędzie mistrzostwo świata. Maracanã od razu stała się symbolem Rio de Janeiro i całej Brazylii, jak posąg Chrystusa górujący nad miastem, karnawał i plaża Copacabana, na której każdego dnia kopią piłkę brazylijskie dzieciaki.

Na inaugurację mistrzostw, po uroczystym otwarciu Maracany, którego kulminacją były salwy armatnie, Brazylia pokonała Meksyk 2:0. Pierwszego gola zdobył Ademir, przyszły król strzelców turnieju. Potem zremisowała ze Szwajcarią 2:2, co tłumaczono tym, że mecz odbył się w São Paulo i trener wystawił rezerwowych piłkarzy. W kolejnych meczach, znów na Maracanie, Brazylia wygrała 2:0 z silną drużyną Jugosławii, a potem, w rundzie finałowej, rozgromiła Szwecję 7:1 i Hiszpanię 6:1! W kraju zapanowała euforia. Nikt już nie wątpił, że Brazylia jest najlepsza na świecie! Pozostał do rozegrania jeszcze jeden mecz ze słabym Urugwajem, który zaledwie zremisował z Hiszpanią i z trudem wygrał ze Szwecją 3:2. Ostatni mecz nie był formalnie finałem. W decydującej rundzie Brazylia, Szwecja, Hiszpania i Urugwaj grały w systemie grupowym, każdy z każdym. Ta drużyna, która miała lepszy bilans punktów i goli, zostawała mistrzem. W ostatnim meczu do zdobycia tytułu wystarczał więc Brazylii remis. Urugwaj musiałby wygrać, ale to było przecież, jak myślał każdy Brazylijczyk, niemożliwe!

16.07.1950

W skromnym domu w miasteczku Bauru dziewięcioletni chłopiec o czarnej skórze nie może się doczekać rozpoczęcia MECZU. Ma na imię Edson, ale wszyscy w rodzinie wołają na niego Dico. Mama przygotowuje w kuchni poczęstunek dla gości, tata rozpala w piecu (lipiec to w Brazylii środek zimy, co prawda nie ma mrozu ani śniegu, ale zimno bywa dotkliwe).

Tata patrzy w ogień i wspomina w milczeniu czasy, gdy był zawodowym piłkarzem. Powraca myślami do meczu, który oznaczał dla niego koniec marzeń o wielkiej grze. Dodinho – taki boiskowy przydomek miał tata – grał pierwszy mecz w swoim nowym klubie Belo Horizonte. To była dla niego wielka szansa! W trakcie jednej z akcji Dodinho zderzył się z obrońcą rywali, Augusto. Kiedy chciał wstać, poczuł piekący ból, jakby w jego kolanie ktoś rozpalił ogień. Po tej kontuzji tata Dico już nigdy nie mógł grać w piłkę naprawdę dobrze. Tymczasem Augusto, mimowolny sprawca tego nieszczęścia, dziś zagra w reprezentacji Brazylii, która już niedługo zdobędzie historyczne mistrzostwo! Dodinho przez chwilę zastanawiał się, co by dał, żeby móc zagrać w TAKIM MECZU. Spojrzał na syna z uśmiechem.

– Tato, tato, wygramy dziś!? Brazylia będzie mistrzem świata!? Prawda, tato? – emocjonował się Dico.

– Na pewno wygramy! – Dodinho mocno przytulił syna.

Tymczasem na Maracanę napływają tłumy kibiców. Każdy Brazylijczyk pragnie być na tym meczu, by potem móc powiedzieć w domu, kawiarni, autobusie: „Byłem tam!”. I słyszeć w odpowiedzi: „Opowiedz! Opowiedz, jak Brazylia wygrała mistrzostwo!”. Kibice tłoczą się wszędzie, wchodzą na dach stadionowego budynku i stanowisko komentatora.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi wcisnęło się na Maracanę tego dnia – jedni podają, że było ich 199 854, a inni, że 203 849. W każdym razie nigdy wcześniej ani potem na meczu piłki nożnej nie było aż tylu widzów!

Ademir – król strzelców mistrzostw w Brazylii w decydującym meczu nie strzelił gola

Pod stadionem stał rząd nowych samochodów z nazwiskami brazylijskich piłkarzy – nagrody za zwycięstwo były już rozdane! Gazeta „Cruzeiro” wydrukowała przed meczem na pierwszej stronie wielki tytuł: „Brazylia mistrzem świata!”. Brazylijscy zawodnicy dostali złote zegarki z dedykacją dla mistrzów świata. Nikt nie wspominał o Urugwaju, jakby przeciwnik tego dnia nie istniał, jakby mecz został rozstrzygnięty, jeszcze zanim się rozpoczął. Brazylijczycy nie pamiętali, a może nie chcieli pamiętać, że to właśnie Urugwaj zdobył pierwszy w historii tytuł mistrza świata, pokonując w Montevideo Argentynę 4:2 w finałowym meczu w 1930 roku. I w dodatku wywalczył dwa tytuły mistrzów olimpijskich! Ale to nieważne! To było tak dawno! Teraz zaczyna się nowa historia, której bohaterami będą Brazylijczycy!

Wokół małego dwuzakresowego radia w domu Dica tłoczą się rodzina i goście. Każdy chce być jak najbliżej głośnika, jakby oznaczało to lepszy widok na boisko (nikt wtedy jeszcze nie marzył o telewizji). To wielkie chwile radiowego komentatora, który obok piłkarzy jest teraz najważniejszym człowiekiem w Brazylii. Sprawozdawca podniosłym głosem wymienia nazwiska brazylijskich piłkarzy:

Dico podrywa się z miejsca i zaciskając pięści, woła:

– Niech ten Máspoli połamie sobie nogi!

– Nie mów tak! – strofuje go tata. – Gdybym ja się nie połamał, może bym zagrał w tym meczu?

Do przerwy, mimo ciągłego ataku Brazylii, zero do zera. Nikt się nie przejmuje tym, że pierwszy raz w tych mistrzostwach Brazylia nie zdobyła przed przerwą gola. Przecież na pewno strzeli w drugiej połowie!

Bramkarz Urugwaju Máspoli fantastycznie broni

Okrzyk GOL! uderza z radiowych mikrofonów w całej Brazylii. Ciągnie się bez przerwy znacznie dłużej, niż najlepszy nurek potrafiłby wstrzymać oddech. Komentator jest czarodziejem? Niezupełnie. Obok niego siedzą przy mikrofonie dwaj pomocnicy, którzy przejęli okrzyk i ciągną go na zmianę, podczas gdy sprawozdawca odpoczywa, popijając wodę.

Na Maracanie, w domu Dico, w każdym domu w całej Brazylii wybucha szalony karnawał radości! Ludzie wybiegają z domów na ulice. Wpadają sobie w ramiona. Słychać wystrzały i wybuchy petard. I krzyk przekazywany z ust do ust:

Dopiero po dłuższej chwili wszyscy przypomnieli sobie, że przecież to jeszcze nie koniec meczu, i zasiedli znów przed radioodbiornikami. Po wznowieniu gry z brazylijskimi piłkarzami stało się jednak coś dziwnego. Bohaterowie narodu poczuli nagle przytłaczający ciężar spowalniający ich ruchy, jakby spojrzenie każdego z 200 tysięcy kibiców dodawało im po kilogramie wagi. Zmęczenie? Brazylijczycy rozegrali dwa mecze więcej niż Urugwaj, ale przed finałem była dłuższa przerwa. Nie, to nie zmęczenie…

Istnieje w sporcie stan, który jest nazywany CIĘŻAREM ZWYCIĘSTWA. Pojawia się on wtedy, kiedy zwycięstwo wydaje się na wyciągnięcie ręki. „Już za chwilę możemy być mistrzami! Niech ta gra się już skończy!”. A kiedy piłkarze zaczynają spoglądać na stadionowy zegar, tracą siły i ducha walki. Mistrzowie zaczynają się gubić i popełniać błędy. Ciężar zwycięstwa jest tym większy, im większe są oczekiwania kibiców, a nigdy wcześniej ani później żadna drużyna nie grała pod taką presją oczekiwań jak Brazylia w meczu z Urugwajem w finale na Maracanie!

Istnieje też w futbolu stan, który można by nazwać LEKKOŚCIĄ PRZEGRANYCH. Przegrywająca drużyna nagle się rozluźnia, uwalnia od presji, rozwija skrzydła jak ptak uwolniony z klatki, bo teraz nie ma już NIC DO STRACENIA. A jeśli nie jest faworytem, jeśli nikt nie daje jej szans na zwycięstwo, może to oznaczać nagły przypływ sił, zaskakujący przeciwnika błysk futbolowego geniuszu, przemianę Dawida w Goliata.

Jako pierwszy poczuł „przypływ lekkości” po straconym golu Juan Alberto Schiaffino, który dyrygował większością akcji Urugwaju. Schiaffino był lekki w dosłownym sensie – bardzo szczupły i wysoki, poruszał się po boisku elegancko i swobodnie. Grał inaczej niż inni napastnicy (w tamtych czasach grano piątką napastników, a piłkarze ustawiali się na boisku na wzór układu liter WM). Schiaffino był zbyt delikatny, by przepychać się w polu karnym, wycofywał się więc w głąb pola gry, by stamtąd rozgrywać piłkę. Był rozgrywającym w czasach, gdy futbol nie znał jeszcze takiego określenia. Taka gra zaskoczyła Brazylijczyków. W 66. minucie Schiaffino przejął piłkę po podaniu Ghiggi, ruszył na bramkę Barbosy i strzelił z zaskoczenia. Brazylijski bramkarz nie miał wcześniej wielu okazji do interwencji, zareagował zbyt późno. Stadion zamarł. Gol dla Urugwaju!

66. minuta. Schiaffino po raz pierwszy uciszył Maracanę

– Tato! Co się dzieje!? – zawołał Dico.

– Spokojnie, synu, nie ma strachu, nawet jak zremisujemy, zdobędziemy mistrzostwo! – pocieszał go Dodinho, ale w jego głosie pobrzmiewała niepewność.

Po straconej bramce Brazylijczycy przestali odczuwać ciężar zwycięstwa. Zamiast niego zajrzał im w oczy paraliżujący STRACH PRZED PORAŻKĄ.