54,00 zł
Jak zapowiada we wstępie Dalajlama, „ta książka jest przede wszystkim obrachunkiem z ponad siedmioma dekadami kontaktów, jakie w imieniu Tybetu i Tybetańczyków utrzymywałem z kolejnymi przywódcami komunistycznych Chin. A także apelem do sumienia Chińczyków – z których wielu dzieli z nami spuściznę buddyzmu mahajany – oraz do społeczności międzynarodowej o zainteresowanie losem narodu tybetańskiego. Nasza sprawa ma wymiar egzystencjalny, na szali leży przetrwanie narodu z jego starożytną kulturą, językiem i religią. Próbuję również wskazać możliwe rozwiązanie. Ponieważ stawką jest los narodu i cywilizacji o długiej historii, jeśli okaże się to konieczne, nasza walka będzie trwać i po mojej śmierci. Nie da się bez końca odmawiać Tybetańczykom prawa do bycia gospodarzami własnej ziemi ani zdławić siłą pragnienia wolności”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 234
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału
Voice for the Voiceless: Over Seven Decades of Struggle with China for My Land and My People
Redaktor prowadząca
Elżbieta Brzozowska
Korekta
Liliana Skoczylas, Elżbieta Brzozowska
Projekt okładki i stron tytułowych
Wiktor Dyndo
© Copyright by Gaden Phodrang Foundation of the Dalai Lama, 2025
Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved.
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2026
© Copyright for the Polish translation by Adam Kozieł
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
ISBN 978-83-8442-004-1
Ciemną, mroźną nocą 17 marca 1959 roku, przebrany w świeckie szaty, prześliznąłem się przez główną bramę pałacu Norbulingka, rozpoczynając wędrówkę, która miała zmienić się w ponadsześćdziesięcioletnie wygnanie. Do ucieczki zmusił mnie chiński najazd na Tybet w 1950 roku, a jej bezpośrednim powodem było narastające napięcie w stolicy, Lhasie, które eksplodowało 10 marca 1959 roku, przeradzając się w narodowe powstanie. Wcześniej przez niemal dziewięć lat starałem się wypracować z komunistycznymi Chinami porozumienie służące moim rodakom, okazało się to jednak niemożliwe. Kilka dni po opuszczeniu przeze mnie miasta Armia Ludowo-Wyzwoleńcza zbombardowała Lhasę, otwierając tragiczny rozdział naszej historii, który trwa do dzisiaj.
Od dnia przekroczenia granicy Indii zajmował mnie głównie los Tybetu i narodu tybetańskiego. Dobiegam dziewięćdziesiątki. Nasza sprawa pozostaje nierozwiązana, kraj tkwi w jarzmie opresyjnych chińskich rządów. Rodacy w ojczyźnie są odzierani z godności i prawa do prowadzenia życia zgodnego z rodzimą kulturą i własnymi wyborami, tak jak czyniliśmy to przez ponad tysiąc lat aż do okupacji. Każdy wyraz tybetańskiej tożsamości jest uznawany dziś za zagrożenie przez nowych panów Tybetu, istnieje więc realne niebezpieczeństwo, że w imię „strzeżenia stabilizacji i integralności terytorialnej” spróbują oni zetrzeć naszą cywilizację z powierzchni ziemi.
Ta książka jest przede wszystkim obrachunkiem z ponad siedmioma dekadami kontaktów, jakie w imieniu Tybetu i Tybetańczyków utrzymywałem z kolejnymi przywódcami komunistycznych Chin. A także apelem do sumienia Chińczyków – z których wielu dzieli z nami spuściznę buddyzmu mahajany (nazywanego przeze mnie tradycją sanskrycką) – oraz do społeczności międzynarodowej o zainteresowanie losem narodu tybetańskiego. Nasza sprawa ma wymiar egzystencjalny, na szali leży przetrwanie narodu z jego starożytną kulturą, językiem i religią. Próbuję również, w oparciu o doświadczenia dekad kontaktów z Pekinem, wskazać możliwe rozwiązanie. Ponieważ stawką jest los narodu i cywilizacji o długiej historii, jeśli okaże się to konieczne, nasza walka będzie trwać i po mojej śmierci. Nie da się bez końca odmawiać Tybetańczykom prawa do bycia gospodarzami własnej ziemi ani zdławić siłą pragnienia wolności. Historia uczy, że unieszczęśliwiani ludzie nie tworzą stabilnych społeczeństw.
W przeciwieństwie do misji, które wybrałem sobie sam, odpowiedzialnością za państwo i naród tybetański obarczono mnie w chwili uznania za Dalajlamę, czyli w wieku dwóch lat. Formalnie władzę polityczną przekazano mi w 1950 roku, gdy miałem lat szesnaście1. Od tego czasu spoczywa na mnie obowiązek chronienia Tybetu, jego mieszkańców i kultury. Będę się z niego wywiązywał do śmierci.
Pozostałe zobowiązania, z których uczyniłem misję swego życia, obejmują propagowanie fundamentalnych ludzkich wartości w oparciu o uniwersalną czy też świecką wizję etyki; pielęgnowanie zrozumienia i harmonii między religiami; oraz upowszechnianie i wykładanie dziedzictwa mądrości i wiedzy starożytnych Indii. Cieszę się, że w tych dziedzinach udało mi się coś zdziałać, rozmawiając, pisząc książki i podróżując po świecie.
W przypadku Tybetu – zadania pierwszego i najbliższego – było o wiele trudniej. Ze wszystkich sił starałem się szukać możliwości wynegocjowania porozumienia z chińskimi komunistami, którzy najechali mój kraj w 1950 roku. Mamy za sobą trzy fazy intensywnych rozmów: w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, gdy byłem młodym przywódcą w Tybecie; w latach osiemdziesiątych, kiedy Deng Xiaoping otworzył Chiny; oraz w pierwszej dekadzie następnego stulecia. We wszystkich innych sprawach i aspektach działalności publicznej miałem do czynienia z ludźmi, którzy demonstrowali przekonanie do jakiejś wizji, gotowość do darzenia zaufaniem oraz chęć współdziałania i uczenia się, a przy tym szczerze wyrażali swoje myśli, nawet gdy się nie zgadzaliśmy. Niestety z komunistycznymi przywódcami Chin, od przewodniczącego Mao Zedonga po obecnego prezydenta Xi Jinpinga, rzecz miała się zgoła inaczej. Nieraz utyskiwałem, że chińscy dygnitarze mają usta do mówienia, ale brakuje im organu słuchu.
Weźmy na przykład białą księgę, opublikowaną przez chiński rząd w maju 2021 roku. W pierwszym akapicie czytamy, że dzięki okupacji „lud Tybetu zerwał kajdany imperialistycznego ucisku i wkroczył na świetlistą ścieżkę jedności”, a dziś „cieszy się stabilnym środowiskiem społecznym oraz gospodarczym i kulturalnym dostatkiem”. Wedle tej narracji od „pokojowego wyzwolenia” Tybetańczycy nieprzerwanie pną się do wolności, dobrobytu i pomyślności w szczęśliwej rodzinie Chińskiej Republiki Ludowej. Gdyby była to prawda – w jakimkolwiek okresie okupacji – skąd brałby się ciągły opór i niechęć wobec ichnich rządów? Komunistyczne Chiny mają gotową odpowiedź: „z separatystycznych knowań kliki Dalaja”, czyli naszej długiej, pokojowej walki o wolność rodaków oraz prób ratowania ojczystego języka, kultury, religii i unikalnego środowiska naturalnego. Nasz naród zamieszkuje Wyżynę Tybetańską od tysięcy lat i, jak wskazuje sama nazwa, ma pełne prawo do stania na straży własnej ziemi. Kwestia Tybetu nie sprowadza się do stanu gospodarki, która, jak sami mówimy, szybko rośnie dzięki liberalizacji ekonomicznej w Chińskiej Republice Ludowej. Chodzi nam o zaspokojenie potrzeby i prawa do zachowania własnego języka, kultury i religii. Tybetańczycy w kraju nie mogą się swobodnie wypowiadać, więc od chwili opuszczenia ojczyzny w 1959 roku to na mnie spoczywa obowiązek bycia głosem uciśnionych i kneblowanych.
Naszym zadaniem jest znalezienie wyjścia, które będą mogły zaakceptować obie strony, a w tym celu trzeba wreszcie usiąść przy stole i zacząć rozmawiać. Dopóki nie wynegocjujemy takiego rozwiązania, na tybetańskich uchodźcach w wolnym świecie spoczywa moralny obowiązek mówienia w imieniu braci i sióstr w Tybecie. Nie ma w tym nic antychińskiego ani „separatystycznego”. Wręcz przeciwnie. Nie da się zrozumieć i uwzględnić potrzeb drugiej strony bez szczerości i otwartości. Nie wypracujemy trwałego rozwiązania, o ile nie stworzymy atmosfery pozwalającej na swobodne wypowiadanie się i spieranie.
Mamy szczęście do przyjaciół na całym świecie oraz solidarności z nami i naszą sprawą. Parlamenty, rządy i organizacje międzynarodowe popierają moje stanowisko, które sprowadza się do zabiegania o autentyczną autonomię Tybetu i jest drogą środka między najbliższą sercom rodaków niepodległością a obecnymi realiami, czyli całkowitym ubezwłasnowolnieniem i brakiem jakichkolwiek możliwości decydowania o sprawach własnego kraju. Organizacja Narodów Zjednoczonych, Parlament Europejski i wiele państw dało temu wyraz w licznych rezolucjach, a nawet, przede wszystkim Stany Zjednoczone, w legislacji.
Od chwili opuszczenia ojczyzny szczególną pomoc i szczodrość okazywali nam rząd i mieszkańcy Indii. Od pierwszego po obecnego premiera, od Jawaharlala Nehru po Narendrę Modiego, nigdy nie odmówiono gościnności, hojności i wsparcia mnie ani tybetańskim uchodźcom, umożliwiając nam kształcenie młodzieży, odbudowywanie instytucji oraz pielęgnowanie kultury. Zawsze czerpałem z tego wielką otuchę.
Od siódmego wieku, w którym zaczęto przekładać z sanskrytu na tybetański buddyjskie pisma, Indie były dla nas „krajem szlachetnych” (Arjawarta) i kolebką tak nam drogiej tradycji. Nasze pismo stworzono w oparciu o indyjskie dewanagari. Nasza filozofia, psychologia, logika i kosmologia są darami indyjskiego uniwersytetu Nalanda. Nasza astrologia i kalendarz czerpią garściami ze skarbca indyjskiej tantry Kalaczakry. Nasz system medyczny i metody leczenia inspirowała indyjska ajurweda. Trudno się dziwić, że uważam Indie za drugi dom i znajduję w nich potężne oparcie.
Większą część życia spędziłem w Indiach i przedstawiam się często jako ich syn. Strawą dla mojego umysłu była indyjska filozofia, dla ciała – indyjski ryż i dal. Kiedy podróżuję, mówię, że jestem posłańcem niosącym dwa wielkie dary Indii dla ludzkości: ideę pluralizmu religijnego i zasadę ahimsy, niestosowania przemocy.
Kontakty z Chińską Republiką Ludową utrzymuję od 1950 roku. W ciągu tych długich siedmiu dekad byliśmy świadkami co najmniej pięciu epok politycznych. Najpierw, za czasów Mao, dominowała ideologia. Kulminacją ciągłych napięć społecznych była rewolucja kulturalna, która przyniosła śmierć i niewyobrażalne cierpienia milionom ludzi. Potem nastał Deng Xiaoping, przywiązujący mniejszą wagę do doktryn i stawiający na tworzenie dobrobytu. Sławę przyniósł mu slogan, w którym wzywał Chińczyków do bogacenia się. Jego następca, Jiang Zemin, otworzył partię komunistyczną, postulując „trzy reprezentacje”2. Po nim przyszedł Hu Jintao ze swoim „harmonijnym społeczeństwem socjalistycznym”, które teoretycznie miało zasypać odziedziczoną po Dengu przepaść między bogatymi a biednymi. Od dziesięciu lat włada Xi Jinping, głoszący „nową erę socjalizmu o chińskiej specyfice”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jeśli idzie o wolność indywidualną i codzienne swobody, Chiny cofają się do represyjnej polityki Mao, tyle że egzekwują ją przy pomocy wyrafinowanych, supernowoczesnych instrumentów inwigilacji i dozoru. Mamy więc w Chinach mariaż rynkowego kapitalizmu z leninowską obsesją państwowej kontroli. I bardzo niestabilny paradoks, gdyż kapitalizm oznacza otwarty rynek, co nieuchronnie otwiera społeczeństwo, które jednocześnie jest paraliżowane przez wszechobecny partyjny zamordyzm. Pytanie brzmi, jak długo da się znosić szarpanie przez dwie przeciwstawne siły.
Słowem, w ciągu tych siedemdziesięciu pięciu lat pod powierzchnią ciągłości monopartyjnych komunistycznych rządów zachodziły ogromne zmiany – najbardziej fundamentalne i zdumiewająco szybkie między epokami Mao i Denga. Ci, którzy pamiętają zimną wojnę, wiedzą, jak stabilny i mocny wydawał się Związek Radziecki. Kiedy naszedł jego czas, złożył się jednak jak domek z kart, wprawiając w osłupienie większość sowietologów. Jedno jest pewne: totalitarne rządy – czy to partii, czy jednostek – nie mogą trwać wiecznie, ponieważ prześladują ludzi, których jakoby reprezentują, a pragnienie wolności jest wpisane w naturę człowieka. Totalitarne reżimy – paranoicznie podejrzliwe i bojące się własnych poddanych – są z zasady niestabilne, nawet jeśli doraźnie potrafią wymuszać posłuszeństwo. W 1989 roku studencki ruch z Placu Tiananmen pokazał, jak wielkie jest pragnienie wolności osobistej oraz autentycznego otwarcia. I pozostaje ono żywe, niezależnie od tego, co chcą sądzić o współczesnych Chinach zewnętrzni obserwatorzy.
Dzięki kapitalistycznej wolcie Denga i otwarciu przezeń kraju na świat, Chiny bez wątpienia są dziś potęgą gospodarczą, co rzecz jasna zapewnia im siłę militarną i wpływy na arenie międzynarodowej. Od tego, jaki zrobią z nich użytek w ciągu najbliższych dziesięciu czy dwudziestu lat, zależeć będzie ich dalszy los. Pójdą drogą agresji i dominacji w polityce wewnętrznej i zagranicznej czy też przyjmą odpowiedzialną postawę i będą odgrywać kluczową, konstruktywną rolę w obliczu wspólnych wyzwań ludzkości, takich jak pokój, zmiany klimatyczne i walka z ubóstwem? Chiny stoją na rozdrożu. Opowiedzenie się za drugą opcją leży nie tylko w interesie świata, ale także samych Chińczyków. Nie ma sprawy ważniejszej dla chińskiego państwa i jego obywateli. Jestem przekonany, że rozwiązanie zadawnionego problemu Tybetu na drodze dialogu byłoby czytelnym sygnałem dla Chińczyków i świata, że Pekin dokonuje dobrego wyboru. Wymaga to tylko dalekowzroczności, odwagi i wielkości przywódców.
Siódmego października 1950 roku czterdzieści tysięcy żołnierzy Armii Ludowo-Wyzwoleńczej sforsowało rzekę Driczu (Jangcy) w Khamie. Dwanaście dni później zajęli Czamdo i pojmali Ngabo Ngałanga Dzigme, nowo mianowanego gubernatora wschodniego Tybetu. Tak rozpoczęła się inwazja komunistycznych Chin na nasz kraj. Niepodległe od niedawna Indie wystosowały protest, ostrzegając, że najazd nie leży w interesie pokoju w regionie. Wedle naszej rachuby miałem wtedy ledwie szesnaście lat. Czułem, że dzieje się coś bardzo złego, bo podpatrzyłem, z jaką miną regent czyta pilną wiadomość3. Później dowiedziałem się, że była to depesza, w której Ngabo informował o szturmie Chińczyków na tybetańskie pozycje.
Po kilku minutach regent wyszedł z pokoju i kazał zwołać kaszag, gabinet. Jedenastego listopada rząd Tybetu wystosował apel do Organizacji Narodów Zjednoczonych:
„Do Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych,
uwagę świata zaprząta Korea, gdzie odpór agresji dają siły międzynarodowe, podczas gdy podobna sytuacja w odległym Tybecie pozostaje niezauważona. Wierząc, że napaść wymaga odpowiedzi i że wolność musi być chroniona w każdej części świata, czujemy się zobowiązani do poinformowania o niedawnych wydarzeniach na granicy naszego kraju. (…)
Najazd Chin na Tybet zwiększy tylko skalę konfliktu oraz zagrożenie dla niepodległości i stabilności innych państw azjatyckich”.
Jedynie Salwador próbował włączyć sytuację w Tybecie do porządku obrad Zgromadzenia Ogólnego ONZ, niestety żadne z mocarstw nie opowiedziało się za tym wnioskiem. Mogliśmy mieć nadzieję, że w tych dramatycznych okolicznościach okaże nam sympatię i poparcie przynajmniej Wielka Brytania, która utrzymywała relacje i podpisywała dwustronne porozumienia z Tybetem – choćby traktat lhaski z 1904 roku czy późniejszy o dziesięć lat z Simli – ale tak się nie stało. Wydawało się, że świat zostawił nas na pastwę losu.
Wielka Brytania i inne mocarstwa uznały, że status Tybetu nie jest jednoznaczny, choć doskonale wiedziały, że w 1950 roku był on niepodległym państwem. Dziewięć lat później, już po opuszczeniu przeze mnie kraju, potwierdziła to Międzynarodowa Komisja Prawników. O ironio, to właśnie Brytyjczycy i Rosjanie – dwa imperia prowadzące w Azji Środkowej swoją „wielką grę” – odpowiadali za niejasności w kwestiach statusowych. Niepodległość i niezawisłość Tybetu były oczywiste, gdy Londyn prowadził z nami interesy, na przykład dostarczając broń do obrony wschodniej granicy przed Chinami, z którymi w tym samym czasie rozmawiał jednak tak, jakby miały one jakiś tytuł do naszego kraju. W tym celu wyciągnięto nawet z lamusa termin suzerenność4, żeby obejść kwestię suwerenności. Krótko mówiąc, Wielka Brytania najwyraźniej uznała, że wygodniej będzie jej nie dostrzegać zasadniczej różnicy między imperium Qingów (swego czasu obejmujących protektoratem rozmaite kraje) a współczesnym chińskim państwem narodowym, które przedstawia się jako antyimperialistyczne i wieloetniczne. Jeśli zna się kontekst, chińskie pretensje do Tybetu nie mają sensu nawet w kategoriach „suzerenności”. „Mglistość” naszego statusu prawnego na arenie międzynarodowej wynika wyłącznie z braku logiki (albo woli politycznej), taktycznych posunięć z czasów „wielkiej gry” oraz ignorowania faktów, będących świadectwem pełnej niepodległości Tybetu.
Najazd komunistycznych Chin miał ogromne konsekwencje także dla mnie osobiście. Od sprzątaczy z pałacu Potala dowiedziałem się, że w Lhasie pojawiły się plakaty z żądaniem powierzenia mi pełni władzy politycznej. Na ulicach stolicy śpiewano kuplety z takim samym refrenem. Nie brakowało przecież i takich, którzy sądzili, że wciąż jestem na to za młody. Ostatecznie regent i rząd Tybetu postanowili zasięgnąć opinii państwowych wyroczni5.
Podczas ceremonii – która z uwagi na stawkę odbywała się w bardzo napiętej atmosferze – jedna z pogrążonych w transie wyroczni położyła przede mną khatak, białą ofiarną szarfę, wykrzykując: Dy la bab! „Nadszedł czas!” I tak 17 listopada 1950 roku – dwa lata przed zwyczajowym terminem – przekazano mi władzę nad krajem. Z tej okazji ogłosiłem powszechną amnestię, polecając zwolnić wszystkich więźniów w Tybecie.
Chiński najazd uczynił ze mnie politycznego przywódcę, w jednej chwili obarczając beztroskiego chłopca brzemieniem odpowiedzialności za atakowane państwo. Z tego powodu często powtarzam, że w wieku szesnastu lat straciłem wolność. Kraj spotkał ten sam los. Pod koniec listopada, siedem tygodni po inwazji, upadł Kham.
Jako nowy przywódca państwa, nad którym wisiało widmo krwawej wojny, po konsultacjach z ministrami zdecydowałem wysłać misje do Indii, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Nepalu, licząc, że uda się je przekonać do przemówienia w naszej obronie. Inna delegacja udała się do Czamdo we wschodnim Tybecie, żeby negocjować wycofanie obcych wojsk z naszej ziemi. Ponieważ chińscy komuniści umacniali pozycje w Khamie, na wypadek konieczności opuszczenia kraju postanowiliśmy przenieść rząd z Lhasy do Jatungu przy granicy z Indiami. Zrządzeniem losu, jedną z moich pierwszych ważkich decyzji było więc przygotowanie drogi ucieczki. Moja matka wykorzystała tę sposobność do odbycia pielgrzymki i zabrała do Indii mojego najmłodszego brata Tenzina Czogjala.
Oddziały Armii Ludowo-Wyzwoleńczej zatrzymały się tymczasem w Gjamdzie przy zachodniej granicy Khamu. Droga do Lhasy stała otworem, ale Chińczycy woleli zająć resztę kraju bez walki. Nie mając wyboru, musieliśmy wysłać misję do Pekinu na wymuszone rozmowy. Na jej czele stanął Ngabo, wspominany już gubernator wschodniego Tybetu. Upoważniliśmy go do rozpoczęcia negocjacji w moim imieniu pod warunkiem zatrzymania chińskiego pochodu. Delegacja dotarła do celu w kwietniu 1951 roku i rozpoczęła formalne pertraktacje.
Choć zrazu utrzymywaliśmy kontakt telegraficzny, wkrótce zapadła cisza. Czekałem, aż w końcu, 23 maja 1951 roku, słuchając tybetańskojęzycznego serwisu Radia Pekin, dowiedziałem się z mojego starego, angielskiego odbiornika, że Chińska Republika Ludowa i tak zwany „lokalny rząd Tybetu” podpisały właśnie „Siedemnastopunktową ugodę w sprawie pokojowego wyzwolenia” naszego kraju. Łatwo sobie wyobrazić moje osłupienie. W dalszej części audycji informowano, że Tybet był od stu lat okupowany przez agresywne imperialistyczne siły, których podłości i prowokacje wpędziły lud w otchłań cierpień i zniewolenia. Mdliło mnie od tej mieszanki kłamstw i obelg.
Dopiero po powrocie delegatów do Lhasy dowiedziałem się, jak faktycznie wyglądały ich negocjacje. Moi przedstawiciele byli napastowani, straszeni i znieważani. Grożono im osobiście i szantażowano użyciem militarnej siły wobec Tybetu. Kiedy usiedli do rozmów, otrzymali przygotowany zawczasu tekst dziesięciopunktowego porozumienia. Wysłannicy powtarzali, że Tybet jest niepodległym państwem, i przedstawiali na to dowody, które Chińczycy natychmiast odrzucali. Pierwotny projekt przeredagowano, zmieniając go w ultimatum w siedemnastu punktach. Delegaci nie mieli wyboru i podpisali je pod przymusem. Nie uzgadniając niczego ze mną ani z ministrami, Ngabo i jego koledzy nie byli upoważnieni do podpisywania żadnych dokumentów w imieniu Tybetu. Mimo to Chińczycy zapytali Ngabo, czy posiada rządową pieczęć, a ten zaprzeczył, choć miał przy sobie gubernatorski stempel. Niezrażeni gospodarze kazali zrobić pieczęcie dla wszystkich delegatów i 23 maja 1951 roku przyłożyli je pod dokumentem w imieniu de facto tylko tych pięciu osób.
Czternastego lipca przyjąłem chińską delegację, która przywiozła mi list od przewodniczącego Mao. Powiedziałem generałowi Zhang Jingwu, że odpowiem i odniosę się do siedemnastopunktowej ugody po powrocie do Lhasy z Jatungu i konsultacjach z moimi urzędnikami. W Zgromadzeniu Narodowym w stolicy toczyła się w tej sprawie burzliwa debata. Ostatecznie zdecydowałem, że na razie nie będę szukał azylu w Indiach, i odrzuciłem ofertę Stanów Zjednoczonych, które proponowały mi pośredniczenie w znalezieniu bezpiecznego miejsca. Uznałem, że najlepiej będzie wrócić do Lhasy, gdzie we wrześniu zwołano nadzwyczajne posiedzenie Zgromadzenia Narodowego. Rzekomą „ugodę” formalnie przedstawił Ngabo. Po długiej dyskusji było jasne, że stojące u wrót chińskie wojska nie zostawiają nam żadnego wyboru. W armii Tybetu służyło wtedy niespełna osiem i pół tysiąca osób (uzbrojonych głównie w stare brytyjskie karabiny Enfielda, pistolety maszynowe i moździerze), podczas gdy do ataku na nas gotowych było osiemdziesiąt tysięcy zaprawionych w bojach żołnierzy Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
Siedemnastopunktowa ugoda zaczyna się kwiecistą preambułą z rewizjonistycznym opisem historii stosunków Chin z Tybetem i nazywa Tybetańczyków „jedną z nacji o długiej historii w granicach naszej wielkiej macierzy”.
Wedle najważniejszych postanowień Tybetańczycy mieli „wrócić do wielkiej rodziny macierzy, Chińskiej Republiki Ludowej” i „posiadać prawo do korzystania z regionalnej autonomii narodowej pod przewodem centralnego rządu ludowego”. „Rząd lokalny” miał „aktywnie wspierać Armię Ludowo-Wyzwoleńczą we wkraczaniu do Tybetu i konsolidowaniu obronności”, a rząd centralny – „nie zmieniać ustroju politycznego Tybetu ani ustalonego statusu, funkcji i uprawnień Dalajlamy”. Kolejne artykuły gwarantowały „poszanowanie wierzeń religijnych, tradycji i zwyczajów Tybetańczyków oraz ochronę lamaistycznych klasztorów” tudzież „stopniowy, dostosowany do warunków rozwój mówionego i pisanego języka oraz edukacji szkolnej”6.
Choć „ugodę” narzucono nam siłą, jednoznacznie zobowiązywała ona Chińską Republikę Ludową do zagwarantowania Tybetowi autonomii regionalnej i samorządu, obejmujących wolność religii, ochronę języka, kontrolę nad naszą ziemią i środowiskiem oraz prawo do istnienia jako odrębny naród z własnym dziedzictwem i kulturą. Dokument ten stanowił podstawę naszych stosunków z Chinami do 1959 roku, w którym musiałem opuścić kraj. Dla niektórych stał się też wykładnią statusu naszego kraju na arenie międzynarodowej. To co najmniej dziwne stanowisko, gdyż abstrahując od geopolitycznych realiów epoki, uznanie, iż Tybet stał się częścią Chińskiej Republiki Ludowej po 1950 roku, sankcjonuje militarny podbój oraz zaświadcza ważność umowy podpisanej pod przymusem. Nie da się ukryć, że nasi wysłannicy zostali ubezwłasnowolnieni, a państwo zajmowała wroga armia.
Choć Pekin próbował później usprawiedliwić inwazję historycznymi pretensjami do panowania nad Tybetem, sam Mao bez wątpienia widział w niej naówczas zbrojny zabór terytorium niepodległego państwa. Mówiono mi, że powiedział to wprost amerykańskiemu dziennikarzowi i pisarzowi Edgarowi Snowowi. Opisując „długi marsz” przez ziemie tybetańskie, nazwał zdobywanie tam żywności i paszy dla koni „jedynym zagranicznym długiem, który będziemy musieli kiedyś spłacić”. Dzięki otwarciu archiwów wiemy już także, że w styczniu 1950 roku pytał Stalina o możliwość pożyczenia samolotów transportowych i wykorzystania ich do inwazji na Tybet.
Jak rozumiem, politolodzy i historycy uważają, że Mao miał dwa powody do zaatakowania Tybetu zaraz po przejęciu władzy w Chinach. Po pierwsze, komuniści chcieli przywrócić krajowi „honor” po tak zwanym „stuleciu upokorzeń”, co z ich perspektywy obejmowało tytuł do odzyskania wszystkich terytoriów kontrolowanych niegdyś przez mandżurskie imperium Qingów. Mao mógł zatem uznawać niepodległość Tybetu za jawną „stratę” czy też, jak lubił mawiać, „sprzeczność”.
Powód drugi – to strategiczne położenie Tybetu między Turkiestanem Wschodnim (Xinjiang), Indiami, Nepalem i Chinami na wschodzie. W 1954 roku młodszy ode mnie o trzy lata Panczenlama – jeden z najważniejszych hierarchów buddyzmu tybetańskiego, instytucjonalnie związany z linią Dalajlamów – składał ze mną wizytę w Pekinie. Mao powiedział mu wtedy, że „odkąd Tybetańczycy współpracują z Hanami7, nasza linia obrony nie opiera się już na górnym biegu Jangcy, tylko na łańcuchu Himalajów”.
Bez względu na to, co nim powodowało, tak oto znaleźliśmy się pod butem komunistycznych Chin.
Jako Dalajlama robiłem, co mogłem, żeby ratować nasz naród z opresji. Dwudziestego szóstego października 1951 roku do Lhasy wkroczyły trzy tysiące żołnierzy 18. Armii Polowej. Na skutek napływu kolejnych chińskich oddziałów z końmi szybko zaczęło brakować żywności. W owym czasie w stolicy mieszkało jakieś trzydzieści tysięcy osób, nietrudno więc wyobrazić sobie konsekwencje takiego nawału. Sytuacja stała się jeszcze trudniejsza, gdy miasto zalała fala tysięcy uchodźców ze wschodniego Tybetu.
Lata 1951–1959 były jednym z najtrudniejszych okresów w moim życiu. Z jednej strony intensywnie studiowałem, przygotowując się do egzaminu gesze lharampa (to najwyższy tytuł naukowy wieńczący studia monastyczne w wielkich uniwersytetach klasztornych szkoły gelug), który miałem złożyć w lutym 1959 roku. Z drugiej, przechodziłem błyskawiczny kurs uprawiania polityki, do czego nikt mnie formalnie nie przygotowywał, choć rygorystyczne studia filozoficzne i psychologiczne pomagały, rzecz jasna, zachować zdrowie psychiczne w obliczu niezliczonych wyzwań, z którymi musiałem zmagać się jako przywódca Tybetańczyków. To „uczenie się w miejscu pracy” obejmowało dramatyczne konflikty między moim rządem a stacjonującymi w Lhasie (i uzbrojonymi po zęby) chińskimi generałami. Często byłem między młotem a kowadłem hardych, szybko prących do zwarcia rodaków i coraz bardziej bezczelnych, brutalnych Chińczyków. W końcu, w 1952 roku ci drudzy wymusili rezygnację moich premierów (świeckiego i mnicha). Postanowiłem nie mianować nowych, wiedząc, że będą tylko kozłami ofiarnymi, i wziąć całą odpowiedzialność na siebie. Napięcie w Lhasie rosło z dnia na dzień.
A przy tym musiałem też rządzić. Stawiałem sobie za cel poprawienie naszego ustroju i stosunków społecznych, powołałem więc komisję do spraw reform, która miała walczyć z nierównościami, koncentrując się na potrzebach zwykłych ludzi i biednych. Jako dziecko wiele się nauczyłem od sprzątaczy, którzy byli towarzyszami moich zabaw i często opowiadali o krzywdach wyrządzanych przez uprzywilejowanych. Tyle że ciągle musiałem zmagać się Chińczykami, którzy rzucali nam kłody pod nogi, chcąc zaprowadzać własne zmiany pod dyktando Pekinu. Zapewne czuli, że reformy zainicjowane przez Tybetańczyków będą się kłócić z ich wizją świata.
Kiedy więc w 1954 roku chiński rząd zaprosił mnie do Pekinu, uznałem, że to jedyna szansa na poprawienie losu rodaków. W czerwcu otrzymałem telegram od Deng Xiaopinga, wysokiego aparatczyka odpowiadającego wtedy za sprawy Tybetu. Zapraszał mnie na inauguracyjne posiedzenie Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, które miało obradować we wrześniu w Pekinie. Taką samą depeszę dostał Panczenlama. Choć perspektywa mojego wyjazdu przeraziła wielu Tybetańczyków, czułem, że wymaga tego dobro naszego kraju. Chcąc uspokoić ludzi, zapewniłem podczas ceremonii religijnej w Norbulingce (moim letnim pałacu), że wrócę w ciągu roku.
Do dziś pamiętam zapłakany tłum, który żegnał mnie w Lhasie. „Błagamy, nie jedź”, wołały kobiety. „Będzie nieszczęście!” Na Kjiczu nie było jeszcze mostu, musieliśmy więc przeprawić się przez rzekę w tybetańskich łodziach z rozpiętych na wiklinowym szkielecie jaczych skór. Na obu brzegach kłębili się rozpaczający ludzie. Miałem wrażenie, że niektórzy gotowi są skoczyć do wody. Później dowiedziałem się, że wielu omdlało, ktoś nawet umarł.
Czwartego września 1954 roku razem z Panczenlamą i naszymi świtami dojechaliśmy pociągiem z Xi’anu do Pekinu. Na peronie czekali na nas premier Zhou Enlai, wiceprzewodniczący Zhu De (który był także głównodowodzącym Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i członkiem stałego komitetu politbiura) oraz inni oficjele. Kilka dni później po raz pierwszy zobaczyłem przewodniczącego Mao Zedonga. On miał sześćdziesiąt jeden lat, ja dziewiętnaście. Był miły i ciepły.
Spotkanie, w którym wzięli udział kluczowi dygnitarze, między innymi Zhou Enlai i Liu Shaoqi, odbyło się w domu gościnnym, w dawnym cesarskim ogrodzie, przylegającym do Zakazanego Miasta i zmienionym w rządowy kompleks z biurami i rezydencjami najwyższych przywódców. Wszystko emanowało majestatem i ociekało ostentacyjnym imperialnym bogactwem. Jak już wspomniałem, ja miałem dziewiętnaście lat, a Panczenlama szesnaście. Trudno się dziwić, że byliśmy onieśmieleni i zdenerwowani. Podczas tego pierwszego spotkania mówił tylko przewodniczący i ja. Mao powiedział, że rząd centralny bardzo cieszy się z mojego przybycia do Pekinu i przywiązuje wielką wagę do relacji z Tybetańczykami. Zapewnił też, że zrobi wszystko, by pomóc w rozwoju Tybetu. W odpowiedzi wyraziłem radość z możliwości spotkania z nim i innymi przywódcami Komunistycznej Partii Chin.
Rozmowa trwała jakąś godzinę. Kiedy wychodziliśmy, wszyscy odprowadzili nas na dziedziniec. Mao osobiście otworzył przede mną drzwi samochodu i podając mi rękę, powiedział: „Wasz przyjazd do Pekinu jest jak powrót do rodzinnego domu. Pamiętaj, że zawsze jestem do twojej dyspozycji. Nie bądź nieśmiały. Jeśli czegoś potrzebujesz, przychodź prosto do mnie”.
Byłem pod ogromnym wrażeniem przewodniczącego i perspektywy rozwoju Tybetu. Samochodem jechał ze mną Phuncog Łangjal, bodaj jedyny tybetański komunista, który w Pekinie pełnił rolę mojego oficjalnego tłumacza. Oddychając z ulgą, że wszystko poszło dobrze, uścisnąłem go i powiedziałem, że nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak Mao. Dobry nastrój udzielił się całej świcie, zwłaszcza Lingowi Rinpoczemu, który był moim głównym nauczycielem i bardzo się o mnie martwił. Phuncog Łangjal głęboko wierzył w komunizm w jego pierwotnym, marksistowskim i internacjonalistycznym wydaniu. I wciąż jeszcze sądził, że te poglądy podzielają przywódcy Chin. (Lata później, gdy dostał zgodę na wyjazd do Europy, udało mi się porozmawiać z nim przez telefon. Zapytałem, jak się mają jego marzenia o prawdziwym socjalizmie. Wybuchnął śmiechem i zamilkł).
Szesnastego września przemawiałem na pierwszym posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Powiedziałem, że projekt konstytucji Chińskiej Republiki Ludowej gwarantuje wszystkim narodom prawo do określenia zasad, na jakich będą korzystać z pełnej autonomii, oraz przyjmowania odrębnych przepisów, dostosowanych do ich sytuacji i kierunku rozwoju. Zostałem też mianowany jednym z wiceprzewodniczących stałego komitetu najwyższego organu władzy państwowej w Chińskiej Republice Ludowej.
Podczas pobytu w Pekinie często spotykałem się z Mao i innymi przywódcami, takimi jak Zhou Enlai i Deng Xiaoping. Przedstawiono mi także wielu zagranicznych dygnitarzy, między innymi premiera Indii Jawaharlala Nehru, sowieckiego genseka Nikitę Chruszczowa i premiera Birmy U Nu. W wolnych chwilach studiowałem z Lingiem Rinpoczem wyjątkowo trudny rozdział o „wglądzie” czternastowiecznego Wielkiego traktatu o stopniach ścieżki Congkhapy. Formalnie wciąż byłem uczniem przygotowującym się do końcowych egzaminów. Jednym z najważniejszych doświadczeń było dla mnie udzielanie nauk – a ściślej, przekazu upoważniającego do rozpoczęcia medytacji Wadżrabhairawy – grupie chińskich buddystów praktykujących w tradycji tybetańskiej. Moim tłumaczem był mnich Fazun, który powiedział, że przekłada właśnie na tybetański Wielki traktat o rozróżnianiu, słynną filozoficzną rozprawę z drugiego wieku, która do naszych czasów dotrwała tylko w wersji chińskiej. Wcześniej przetłumaczył na chiński wspomniane dzieło Congkhapy.
Zabierano mnie też na wycieczki, na przykład do Tianjinu, które miały uzmysłowić nam tempo industrializacji kraju pod rządami komunistów. Oprócz tłumacza, Phuncoga Łangjala, zawsze towarzyszyli mi chińscy aparatczycy, tacy jak (wywodzący się z muzułmańskiej mniejszości Hui) Liu Geping. Poznałem wielu partyjnych działaczy różnych szczebli, weteranów rewolucji i szczerych komunistów. Traf chciał, że jednym z nich był Xi Zhongxun, ojciec przewodniczącego Xi Jinpinga. Bardzo go polubiłem. Mówiono mi, że do końca nie rozstawał się z zegarkiem, który mu wtedy podarowałem.
Byłem pod wrażeniem poświęcenia i poczucia misji wielu rewolucjonistów z pierwszego pokolenia oraz ich ewidentnych sukcesów w budowaniu bardziej egalitarnego społeczeństwa. W tym, czego dowiedziałem się o marksizmie-leninizmie, najbardziej podobał mi się nacisk na równy podział dóbr, a nie tylko szukanie zysku. Idea dbania o najsłabszych i interesy klasy pracującej jest wspaniała. Podobnie jak walka z wyzyskiem i wizja świata bez państwowych granic. Ponieważ chłonąłem te ideały w młodości, socjalistyczne myślenie zostawiło we mnie ślad tak głęboki, że czasem przedstawiam się jako pół buddysta, pół marksista. Długo o tym rozmyślając, doszedłem przecież do wniosku, że w marksizmie najbardziej brakuje współczucia, a jego największą wadą jest negowanie fundamentalnych ludzkich wartości oraz celowe podsycanie nienawiści walki klasowej. Co więcej, w komunistycznych Chinach marksizm szybko ustąpił miejsca leninizmowi z jego obsesją i priorytetem kontrolowania ludzi przez zawłaszczone przez partię państwo.
Podczas tych wyjazdów udało mi się zobaczyć Mongolię Południową8. To było wzruszające doświadczenie, ponieważ Tybetańczyków i Mongołów łączy silna duchowa więź. Choć wiele się uczyłem i dobrze bawiłem, wycieczki do chińskich miast nie budziły żadnego zainteresowania moich tybetańskich kompanów, zwłaszcza obu nauczycieli. Kiedy ogłoszono koniec zwiedzania, wszyscy odetchnęli z ulgą. Pobyt w Chinach i gorączkowe rozjazdy szczególnie źle znosiła moja matka. W pewnym momencie ciężko się przez to rozchorowała. Ponieważ wróciliśmy do Pekinu tuż przed Losarem, czyli Nowym Rokiem kalendarza tybetańskiego, postanowiłem wydać z tej okazji przyjęcie, na które zaprosiłem Mao Zedonga i jego trzech najwyższych rangą towarzyszy: Zhu Enlaia, Zhu De i Liu Shaoqi. Wszyscy się stawili i był to bardzo udany wieczór.
