Głodna Puszcza - Marcin Mortka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Głodna Puszcza ebook i audiobook

Marcin Mortka

4,5

73 osoby interesują się tą książką

Opis

Spokój jest jak kotleciki w sosie grzybowym: zdecydowanie zbyt szybko się kończy.

Do karczmy Edmunda zwanego Kociołkiem potajemnie zjeżdżają książęta, by radzić nad przyszłością Doliny. Ostatnio trolle z Głodnej Puszczy wydają się nad wyraz aktywne, a jedyny człowiek, który umie z nimi gadać – rycerz Pogorzałek – gdzieś w owej puszczy zaginął. Kociołek nie ma najmniejszej ochoty, by służyć możnym (i zadufanym) tego świata, ale okazuje się, że istnieje niezawodny sposób, by skłonić go do kolejnych bohaterskich czynów. Tylko czy upora się z zadaniem do niedzieli, jak obiecał żonie?

Na misję Kociołek wyrusza na czele drużyny do zadań specjalnych: rycerza Urgo, elfa Eliaha, starego guślarza Żychłonia, krasnoluda Gramma zwanego Majstrem i goblina Zwierzaka. Przyjdzie im stoczyć niejedną bitwę z wysłannikami Złego, przejrzeć niejedną intrygę, przejść próbę wzajemnej lojalności, napchać żołądki przysmakami, wytaplać się w błocie, a do tego zdobyć przychylność kłobuków – najbardziej nieobliczalnych mieszkańców Głodnej Puszczy.

Wartka akcja, wyraziste postacie i zabawne dialogi w duchu mistrzów fantastyki. Daj się porwać przygodzie i sprawdź, jakie niespodzianki kryją się w Dolinie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 3 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,5 (186 ocen)
115
49
18
4
0
Sortuj według:
motodo

Nie oderwiesz się od lektury

Wiecie co, ta historia naprawdę nieźle się rozwija, niby takie lelum polelum, ale to się czyta znakomicie. Brawo panie Mortka, czekamy na więcej!
20
Evita72

Dobrze spędzony czas

Kolejna porcja przaśnej i swojskiej fantasy z cyklu mieczem i kociołkiem (Kociołkiem). Dużo humoru, wartka akcja , pochwała przyjaźni, dziwne sojusze i obraz istot inny niż ten, do którego przyzwyczaił nas Tolkien.
10
forxiga

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle śmieszna i pełna ,,soczystego,, języka
10
RobertSagan

Nie oderwiesz się od lektury

Druga część nie odbiega jakoscia od pierwszej, super się ja czyta, jak ktos lubi lekką, zabawna i wciągającą historię to polecam przeczytac obie części.
10
Jerzyslaw

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa kontynuacja pierwszej części, czekam na kolejna cześć
00

Popularność




1

Mój świat, od kilku tygodni idealnie uporządkowany, zaczął się walić mniej więcej w czwartek po południu.

Cóż, zapewne weźmiecie te słowa za wyraz niedojrzałości, bo porządku w moim świecie było dokładnie tyle, ile sam sobie wmówiłem. To, że przez cały ten czas skupiałem się wyłącznie na rodzinie, przyjaciołach i karczmie, wcale nie oznaczało, że świat zewnętrzny, który z taką pasją wypierałem, przestał istnieć. Czyhał na mnie – być może już za najbliższym miasteczkiem czy targowiskiem – i prędzej czy później musiał wyciągnąć po mnie łapska.

Złe przeczucia ogarnęły mnie w chwili, gdy przestąpiłem próg karczmy i dojrzałem trzech jeźdźców nadciągających traktem. Na pierwszy rzut oka nie robili wcale złego wrażenia – jechali niespiesznie i choć u dwóch z nich wypatrzyłem broń, wydawali się bardziej karnymi żołnierzami aniżeli najemnikami czy maruderami. Trzecim jeźdźcem była kobieta, która jechała po męsku, z wysoko uniesioną głową. Jej szary płaszcz spływał na koński zad, a głowę zakrywał kaptur.

Nie było więc żadnego powodu do niepokoju – wręcz przeciwnie, powinienem powitać gości niskim ukłonem i zaprosić na zupę cebulową, od południa pyrkającą w największym kotle – ale mimo to z jakiegoś powodu po prostu zwiałem.

Karczma Pod Kaprawym Gryfem była sporym gospodarstwem, otoczonym niewysokim, rozpadającym się tu i ówdzie murem obronnym. Mieliśmy spory ogród, niewielki sad z cholerną krasnoludzką katapultą, stodołę, kurnik, drewutnię, oborę i stajnię, a za murem również pasiekę, kuźnię, warsztat powroźniczy i wędzarnię, przez co roboty na ogół było aż po oczodoły, ale tego popołudnia dosłownie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Usiłowałem pielić grządki z ogórkami i dyniami, potem raz czy drugi wbiłem widły w kompostownik, jakiś kwadrans rąbałem drewno, aż w końcu zacząłem uczyć sztuczek Paprocha, kundla moich dzieci.

Na tym właśnie przyłapała mnie córka Salia.

Wypadła zza rogu stodoły w chwili, gdy wymachiwałem patykiem przed nosem szczerze zaintrygowanego psa i przymierzałem się do rzutu. Zwolniła i zatrzymała się, a potem obrzuciła mnie dokładnie tym samym spojrzeniem, które żona Sara miała zarezerwowane na każde z moich nietypowych zachowań.

Dokładnie tym samym, pomyślałem. Identycznym. Na starość mam przerąbane.

– Tato, mama cię szuka – powiedziała pozornie neutralnym tonem, w którym dosłyszałem niedowierzanie przemieszane ze współczuciem.

– Tak? – bąknąłem, udając beztroskę. – Powiedz jej, że zaraz przyjdę.

– Zaraz? – Salia oparła brudne rączki na biodrach i tym razem zaszczyciła mnie wzrokiem zarezerwowanym dla nienachalnie bystrych.

Tak, wiedziałem. Doskonale wiedziałem. Sara kierowała się surowymi zasadami, które wymyślała głównie po to, by pomóc mi uregulować moje życie, a jedną z nich był całkowity zakaz korzystania ze słowa „zaraz” w kontaktach z nią. Zdaniem Sary „zaraz” przekładało się na język codzienny jako „jestem czymś zajęty i nie zawracaj mi głowy, a przyjdę wtedy, gdy sobie przypomnę” i pewnie bym to oprotestował, gdybym nie doszedł do wniosku, że w sumie Sara ma rację.

– Dziwnie wyglądasz, tatusiu – stwierdziła Salia.

– Nie, ja tylko tak… No wiesz… – Zachichotałem sztucznie. – Paprocha uczę kijek przynosić.

– Paprocha? – Dziewczynka zerknęła na psa, który siedział obok mnie z tryumfalnie wywalonym jęzorem i przyglądał mi się z zainteresowaniem. – Paproch słucha tylko wujka Żychłonia.

Tak, wiedziałem o tym. Żychłoń uratował kiedyś tego zapchlonego sierściaka z nie lada opresji i przekazał go moim dzieciakom pod opiekę, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na psią hierarchię. Paproch nadal słuchał tylko starego guślarza, a wyjątki robił jedynie dla tych, którzy interakcję rozpoczynali z kawałkiem kiełbasy w ręku.

Wiedziałem również, że niewiele brakuje, bym zrobił z siebie idiotę przed ośmiolatką, a więc wciągnąłem powietrze w płuca i wypuściłem je ze świstem.

– Gdzie jest mama? – spytałem głosem wojownika szykującego się do ostatecznego starcia.

– W sali gościnnej – odparła Salia. – Rozmawia z tą dziwną panią, której się czka.

Dłuższe unikanie przeznaczenia rozmijało się z sensem. Wyrzuciłem patyk, odprowadzony przez Paprocha obojętnym spojrzeniem, pogładziłem Salię po jasnych rozwichrzonych włosach i bocznym wejściem wkroczyłem do karczmy. A tam ujrzałem dwie kobiety, które siedziały naprzeciwko siebie przy największej z ław i gawędziły ze sobą przyjaźnie.

Moja żona Sara, jak już wspominałem, żyła wedle rozlicznych zasad i przestrzegała ich z żelazną konsekwencją. Zgodnie z bodaj najważniejszą z nich szanujące się kobiety nie powinny się starzeć, i mogę powiedzieć, że realizowała ją znakomicie. Znaliśmy się od piętnastu lat, małżeństwem byliśmy od dwunastu, a ona nie zmieniła się wcale. Nic a nic. Siedziała w swobodnej pozie, opierając łokcie o blat ławy, i uśmiechała się do rozmówczyni, przechylając lekko głowę, jakby w ten sposób chciała zaakcentować jednocześnie dystans i sympatię. Zgodnie z inną zasadą nie odzywała się, jedynie kiwała lekko głową, zachęcając drugą osobę do dalszych wywodów i taksując ją jednocześnie nieco zmrużonymi oczami, które w zależności od światła były zielone, niebieskie, a nawet brązowawe. Mało kto umiał się oprzeć jej uśmiechowi i starannie zaaranżowanemu zainteresowaniu, dzięki czemu Sara z każdej rozmowy potrafiła wyciągnąć mnóstwo informacji. Te zaś, podbudowane jej niezachwianą intuicją, pozwalały jej kroczyć pewnie wszędzie tam, gdzie ja się potykałem.

Teraz na własne oczy przekonałem się, że potrafi korzystać ze swego daru w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy przychodzi jej rozmawiać z koronowaną głową.

Rozmówczynią mojej żony była bowiem księżna Yanna, władczyni Dymu.

Nie zdjęła płaszcza podróżnego, a do tego siedziała do mnie tyłem, zasłonięta w znacznej mierze przez oparcie ławy, ale od razu się zorientowałem, że to ona. Nie znałem bowiem innej kobiety, która potrafiłaby bez najmniejszego skrępowania drapać się po tyłku podczas rozmowy, a jednocześnie roztaczać wokół siebie miażdżący, wielkopański powab.

Struchlałem, przyznam szczerze, ale jakoś zdołałem to ukryć. Na Dolę, przecież ja się mierzyłem z rosochałami i leśnymi smokami! Wciągnąłem brzuch i mężnie podszedłem bliżej ławy.

– Bądź pozdrowiona, pani, w naszym skromnym przybytku! – Ukłoniłem się księżnej z szacunkiem.

– Rety, Kociołek we własnej osobie – mruknęła Yanna. – Cieszysz się, że wpadłam, co?

– Bardzo, pani – odpowiedziałem i przeniosłem wzrok na żonę. – Salia mówi, że potrzebujesz w czymś mojej pomocy.

Spojrzenia obu kobiet pochwyciły mnie mocno i nie puszczały. Czułem na sobie zarówno lubieżne, rozlazłe wyzwanie Yanny, jak i ciepły, uważny, niemalże analityczny wzrok Sary. Przysięgam, nigdy w życiu nie czułem się gorzej.

– Tak, rzeczywiście. – Sara od niechcenia odrzuciła rudawe loki z krągłych ramion i skupiła uwagę na gościu. – Nalej nam zupy, dobrze? I dokrój chleba. Księżna jest zdrożona, jej żołnierze również.

Spodziewałem się usłyszeć dosłownie wszystko. Księżna Yanna miała wobec mnie ogromny dług wdzięczności, wraz z drużyną ocaliliśmy wszak jej księstwo przed zakusami niejakiego Gwidona, który okazał się sługą Złego – jednak w kluczowym momencie naszych starań musiałem ją upchnąć w beczce po rybach. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i nie zdziwiłbym się wcale, gdyby księżna zapamiętała sobie głównie ten epizod. Być może zapamiętała sobie również to, że kiedyś spędziłem pół nocy w jej komnacie, i choć nie doszło do niczego zdrożnego…

– Edmund? – Głos Sary, w którym kryła się konsternacja, przebił się przez szalony wir moich myśli i nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż stoję i gapię się na żonę.

– Zupa. Chleb – wybełkotałem i czmychnąłem do kuchni.

Kuchnia zawsze była moim królestwem i azylem. Widok wypolerowanych rondli, wiszących rzędem nad blatem z ciemnego drewna, niezliczonych dzbanuszków z przyprawami, stojaków na noże, pęków ziół oraz mosiężnych chochli wszelkich rozmiarów wnosił porządek do mego świata, a zapach gotującej się cebulowej wraz z dziesiątkami innych kuchennych woni zlewał się w cudowną mieszaninę, która zawsze dodawała mi otuchy. Po chwili odzyskałem więc panowanie nad sobą i ostrożnie wyjrzałem zza futryny.

Sara pochylała się ku Yannie, która opowiadała jakąś historię, zamaszyście przy tym gestykulując. W pewnym momencie moja żona odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła głośnym, perlistym śmiechem, który na ogół uwielbiałem, ale teraz… Cóż, teraz nie wiedziałem, co o nim myśleć. Rozumiałem tylko to, co oznaczało nieoczekiwane pojawienie się księżnej – świat zewnętrzny wreszcie mnie dopadł, gotów zadeptać resztki mojego spokoju, i to być może razem ze mną.

A także to, że Sara zapewne urządzi mi awanturę. Opowiadałem jej o przebiegu każdej wyprawy w miarę dokładnie, ale pomijałem bądź rozcieńczałem szczegóły, które mogłyby ją zaniepokoić albo skłonić do zadawania niewygodnych pytań. Tymczasem cała nasza wyprawa do Dymu składała się, mam wrażenie, z takich właśnie szczegółów.

Na moim ramieniu zacisnęła się czyjaś dłoń.

– Kociołek! – syknął Gramm z niedowierzaniem. – Czy to nie ta cycata panna, cośmy ją w beczce upchnęli?

Krasnolud Gramm, zwany też Majstrem, był jednym z moich najstarszych przyjaciół, wieloletnim domownikiem, powiernikiem tajemnic i wujkiem dla moich dzieciaków, a więc stanowił ważną część mojego życia. Miał jednak koszmarnie niewyparzony język i zdarzało mu się palnąć coś takiego, że miałem przemożną chęć zapaść się pod ziemię.

Jak na przykład teraz.

– Taaa! – westchnął z zachwytem Gramm, wyjrzawszy zza futryny. – To ta sama! Takich gabarytów się nie zapomina!

Spojrzał na mnie i zmarszczył krzaczaste brwi. W jego zmrużonych ślepiach zamigotało coś, co bardzo mi się nie spodobało.

– Ta, z którą spędziłeś noc, no nie? – szepnął dramatycznie.

– Nie spędziłem z nią żadnej nocy! – syknąłem. – I zawrzyj pysk, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia!

– O ile dobrze pamiętam, w Dymie zamknąłeś drzwi, minęło kilka godzin, otworzyłeś drzwi i wyszedłeś – oznajmił filozoficznie krasnolud. – Definicja jest klarowna. Po mojemu spędziłeś z nią noc.

– Do niczego nie doszło! – wycedziłem z narastającą furią, czując, że na policzki wypływa mi zdradziecki rumieniec. – Do niczego, Majster!

– Dobra! – Gramm rozłożył masywne ramiona. – Jasne, w porządku. Ja ci wierzę. Nie unoś się. Mam tylko nadzieję, że Sara też ci uwierzy.

W jego słowach pojawiło się coś niebezpiecznego. Po plecach spłynął mi zimny dreszcz.

– Nie masz chyba zamiaru…

– Nie, nie, nie! – Gramm wydął usta i machnął pospiesznie dłonią. – Skądże znowu. Gdzież by tam. Nie, nie, ja tylko… – Rozejrzał się po kuchni, jakby czegoś szukał. – Kociołek, gdzie schowałeś te śrubki od katapulty? – spytał niewinnym głosem.

– Co?

– Śrubeczki. – Gramm założył ramiona na szerokiej piersi. – Wiesz które.

Od kilku miesięcy Gramm konstruował w sadzie katapultę, w co oczywiście wciągnął moje dzieciaki. Z początku mi się to nawet podobało, bo Nuut i Edvin, zamiast szwendać się po obejściu i psocić, pod czujnym okiem krasnoluda malowali, smołowali, szlifowali i wiercili wielkie drewniane bale. Wnet jednak dotarło do mnie, do czego katapulta właściwie służy i co może za jej pomocą zmalować obdarzony wielką wyobraźnią krasnolud do spółki z dwoma chłopakami, którzy nie mają jej za grosz.

W ostatniej chwili skonfiskowałem wszystkie potrzebne im śrubki i postanowiłem, że nie oddam ich za nic w świecie.

– Ty pieprzony szantażysto – warknąłem. – Ty zafajdany, brodaty…

– Edmund, zupę znajdziesz w garnku! – zawołała Sara z nutą ironii w głosie. – Poszukaj na piecu! Duży, ciemny kocioł z pokrywką.

Z trudem panując nad gniewem, ustawiłem na tacy cztery miski i do każdej nalałem parującej zupy, a potem zacząłem kroić chleb.

– Jeśli zrobisz choć jedną aluzję – cedziłem przez zęby – jedną, najmniejszą, malusieńką nawet uwagę, Majster, znajdę te śrubki i jedną po drugiej zacznę ci je wbijać w dupę, aż wyskoczą z tej twojej paskudnej gęby!

– Co się dzieje? – W drzwiach pojawiła się łysa głowa Żychłonia.

– Nic takiego. – Gramm wzruszył ramionami. – Do karczmy przyjechała ta panna, co ją Kociołek w Dymie wydymał… He, he, he, czaisz dowcip, no nie? No i rozmawiamy sobie o tym, jak bardzo Kociołek nie chce, żeby sprawa się rypła.

– Aha – powiedział Żychłoń i znikł.

W zasadzie nie powinno mnie to dziwić. Żychłoń, choć należał do grona moich najserdeczniejszych przyjaciół, był przecież guślarzem, jednym z ostatnich przedstawicieli tej rzadko spotykanej i zaciekle tępionej profesji. To, że dożył słusznego wieku, zawdzięczał przede wszystkim instynktownej umiejętności wykrywania wszelkich awantur, w tym tych, które się właśnie rodziły.

– Śrubki – powtórzył krasnolud tonem nieznoszącym sprzeciwu. – I nie groź mi, Kociołek. Masz zbyt dobre serce, by podnieść na mnie rękę.

– Może i racja – ująłem tacę i skierowałem się do wyjścia – ale wiem, czego dorzucić ci do owsianki, żebyś z kibla nie zszedł przez tydzień. Innymi słowy, Majster, morda w kubeł.

Zbliżałem się po cichu, mając nadzieję, że usłyszę, o czym kobiety rozmawiają, ale Sara zamilkła na mój widok i uśmiechnęła się szeroko. Bez słowa postawiłem przed nimi miski, obsłużyłem również obu żołnierzy i zwiałem, tym razem przez główne wejście, by nie natknąć się na czyhającego w kuchni Gramma.

Przemierzyłem pospiesznie niedawno wybrukowane podwórze, po czym skręciłem za budynek karczmy, minąłem budę Paprocha, który znów spojrzał na mnie z zaintrygowaniem, i pchnąłem furtkę w murze, niemalże niewidoczną wśród winorośli. Zatrzasnąłem ją za sobą z westchnieniem ulgi.

– Wrócę po zmroku – obiecałem sobie, patrząc na słońce wiszące już nisko nad łąkami. – I powiem Sarze, że musiałem obejść pułapki na lisy. I że trzeba było rozsypać trutkę na skrzaty, bo znów obsrały pole z ziemniakami. I… Coś tam jeszcze wymyślę.

Po prawej miałem niewielką kuźnię Gramma, przytuloną do muru okalającego karczmę. Przez chwilę bawiłem się myślą, czy nie zakraść się do środka i z czystej złośliwości nie narobić mu bałaganu, ale po namyśle uznałem, że nie ma to wielkiego sensu. Eskalacja konfliktu z Grammem równałaby się spuszczeniu na siebie lawiny.

Zamiast tego ruszyłem w stronę pobliskiego lasu. Ścieżka wiodła przez łąkę, skąpaną w leniwym blasku popołudniowego słońca i wprost odurzającą zapachami. Ciężkie trzmiele odrywały się z donośnym buczeniem od koron popłochów i pysznogłówek, a pszczoły, upojone upałem, kręcące się wokół nachyłków i kocimiętek, coraz liczniej unosiły się wyżej i odlatywały ku pasiece, wabione osobliwym, hipnotycznym śpiewem bez słów.

Mimowolnie pokręciłem głową, jak zawsze, gdy przechodziłem w okolicy pasieki. Pszczołami zajmował się Eliah, mój wieloletni towarzysz i zwiadowca w naszej drużynie. Chętnie i jego nazwałbym przyjacielem, ale nie sądziłem, by tego typu pojęcia do niego pasowały. Eliah był bowiem elfem, który zwykł zaznaczać swoją odrębność w każdy możliwy sposób. Odzywał się tylko wtedy, gdy było to absolutnie niezbędne, podróżował niby z nami, ale w zasadzie obok nas, wybuchał śmiechem w sytuacjach, które z komizmem nie miały nic wspólnego, a do tego miał znacznie luźniejsze podejście do kwestii moralności i niejednokrotnie dał się nam poznać jako wyrachowany zabójca.

Obojętność wobec ludzkiego życia rekompensował pasją okazywaną pszczołom. Te najwyraźniej odwzajemniały to uczucie, bo Eliah, w przeciwieństwie do wszystkich innych znanych mi pszczelarzy, nigdy nie zakładał stroju ochronnego ani kapelusza z siatką. Być może dlatego, że żaden pszczelarz nie wabił swoich skrzydlatych podopiecznych hipnotycznym, uspokajającym śpiewem. Kiedyś, w rzadkiej dla siebie chwili otwartości, powiedział mi, że śpiew to odwieczna tradycja jego plemienia i każdy elf, od dziecka aż po starca, ma w zwyczaju w ten sposób opowiadać samemu sobie o wszystkich ważnych wydarzeniach danego dnia.

Zapytałem go wówczas, dlaczego powrócił do tego zwyczaju dopiero po założeniu pasieki.

– Czemu nie śpiewałeś podczas naszych wypraw? – chciałem wiedzieć. – Toczyliśmy przecież walki, uciekaliśmy, goniliśmy, rozgryzaliśmy spiski… Sporo się działo.

– Ale nic godnego uwagi – rzekł wówczas Eliah i poszedł sobie.

Jasne.

Śpiewał też do snu księżnej Yannie, gdy wyciągnęliśmy ją z beczki, a ta zażyczyła sobie…

– Jasna cholera! – zawołałem. – Może już czas najwyższy, by przestać myśleć o tej rozmemłanej miotle, która…

– Nieee! – Od strony karczmy dobiegł dziki wrzask Yanny. – Znowu ta żaba! Weźcie mi tę paskudę! Kazałam Kociołkowi się jej pozbyć! Nie! Niech on się do mnie nie zbliża! Niech się natychmiast przestanie uśmiechać! Fuj! Ja pierdolę!

Uśmiechnąłem się pod nosem. Jedynym spośród moich towarzyszy, wobec którego Yanna żywiła lęk przemieszany z obrzydzeniem, był goblin Zwierzak. Na szczęście Zwierzak, osobnik poczciwy i dobroduszny ponad ludzką miarę, a przy tym najlepszy kumpel moich dzieciaków, nic sobie z ataków paniki u księżnej nie robił, a chyba wręcz ich nie rozumiał.

– Masz za swoje, prukwo – mruknąłem do siebie i przyspieszyłem kroku.

Pozdrowiłem Eliaha machnięciem dłoni, na co ten nie zwrócił uwagi, i przeszedłszy kilkanaście kroków, wkroczyłem między drzewa, gdzie otoczył mnie błogosławiony cień. Unosiła się tam już chłodna, wilgotna zapowiedź jesiennego zmroku, której trudno by szukać na wciąż rozgrzanej, huczącej życiem łące. Musnąłem dłonią korę mijanej sosny, skubnąłem nieco mchu, wciągnąłem powietrze w płuca.

– To tu, mości książę – powiedział ktoś ochrypłym, niskim głosem. – Ta karczma już tuż za lasem.

– Świetnie – odparł inny głos, równie nieprzyjemny, za to doskonale mi znajomy. – Odwykłem chyba od jazdy konnej, bo dupsko mnie pije jak nigdy wcześniej.

Między drzewami widziałem wyraźnie sylwetki trzech uzbrojonych jeźdźców, którzy powoli zmierzali traktem prowadzącym w stronę Gryfa. Bezwiednie zrobiłem kilka kroków w ich kierunku, zawadzając nogą o suchą gałąź. Po lesie poniósł się suchy trzask. Cała trójka natychmiast odwróciła głowy w moją stronę.

– Kociołek! – Książę Stefan, władca Wichrowin i mój bezpośredni suweren, się rozpromienił. – Cóż za miłe spotkanie! Czy raczej: miłe dla mnie i zapewne mocno niekomfortowe dla ciebie, czyż nie?

Spojrzenie osadzonych blisko siebie oczu księcia odbierało rezon największym chojrakom, a ja bynajmniej do takowych nie należałem. Książę potrafił sparaliżować mnie lękiem na długo przed wydarzeniami, które związały nasze losy, a co dopiero teraz, gdy miał naprawdę ważkie powody, by chcieć się ze mną rozprawić. Najlepiej tu i teraz, bez niewygodnych świadków.

Byłem sam, bez choćby nożyka do ziemniaków, a oni mieli przewagę liczebną, a do tego byli uzbrojeni.

Nagle zrobiło mi się zimno, a szok wywołany pojawieniem się księżnej Yanny wydał mi się wręcz komiczny. Stefan zaś najwyraźniej świetnie zdawał sobie sprawę z popłochu, w jaki wpadłem – powoli, nie spuszczając ze mnie spojrzenia, obrócił ku mnie konia, a jego dłoń w skórzanej rękawicy opadła na drzewce włóczni. Towarzyszący mu wojownicy poszli w jego ślady.

Cisza się przeciągała, a krzywy, złośliwy uśmiech Stefana poszerzał się, aż książę przekrzywił głowę i parsknął śmiechem.

– Och, Kociołek, na żartach się nie znasz? – zawołał, choć w jego nadal zmrużonych oczach wcale nie widziałem wesołości. – Spójrzcie tylko, chłopaki, mało się nie sfajdał.

Obaj wojownicy jak na komendę ryknęli śmiechem.

– Naprawdę myślisz, że bym cię tak tu w lesie rozwłóczył? – spytał Stefan. – Cóż, myśl sobie, co chcesz. Co masz na piecu?

– Eee… Co takiego? – wykrztusiłem.

– Głodny jestem – oświadczył władca Wichrowin. – I zmierzam do tego twojego Gryfa, by sobie podjeść, a ty przecież lubisz dla mnie gotować, no nie?

W jego zimnym wzroku nie dostrzegałem ani odrobiny szacunku, za to bezkres wzgardy. Myśl, że będę gościł u siebie nie jedną, lecz dwie koronowane głowy Doliny, wydała mi się nie do zniesienia.

– Cebulowa jest – bąknąłem. – Normalnie w czwartki podajemy kotleciki w sosie grzybowym, ale dziś mamy cebulową.

– Świetnie – rzekł książę, naraz zadumany. – Cebulowa może być. Dojechała już Yanna?

– T-tak…

– A Rupert?

*

Księcia Ruperta, pana na Sokolniku, znałem z całej trójki rodzeństwa najsłabiej, i to tylko ze złej strony. Choć mnie i moim kompanom udało się bez większego trudu odbić jego córkę Matyldę z rąk porywaczy, książę nie okazał nam ani cienia wdzięczności i podjął starania, by pozbawić nas zapłaty, którą ostatecznie wręczył nam ze wzgardą i skrajną niechęcią. Być może w głębi swego czarnego serca mimo wszystko poczuł ulgę – Matylda była wszak jedyną jego pełnoletnią, a więc politycznie istotną córką – choć ze strony smarkuli nie doczekaliśmy się słów podzięki. Znienawidziła nas, swoich wybawicieli, tak bardzo, że gdyby nie kontrakt z jej ojcem, chętnie oddałbym ją jakimś innym porywaczom.

Choć może jest w tym trochę naszej winy, pomyślałem, przyglądając się Rupertowi zsiadającemu z konia. Może trzeba było jednak wykombinować dla młodej inną sukienkę w miejsce tej posikanej. I nie dawać jej Eliaha na towarzysza.

Książę Rupert na szczęście nie zabrał córki. Stawił się w karczmie Pod Kaprawym Gryfem samotrzeć, podobnie jak Stefan i Yanna, emanując przy tym miażdżącą aurą wyższości i pogardy. Omiótł niechętnym wzrokiem mnie oraz Sarę, a potem spojrzał na karczmę i skrzywił się tak bardzo, że kąciki jego ust znikły w gęstwinie czarnej brody.

– Ze wszystkich miejsc w całej Dolinie – wycedził – wybraliście akurat tę obrzydliwą…

– Cicho, braciszku – przerwał mu Stefan, który stanął obok nas i upił łyk piwa z wielkiego kufla. – I wyciągnij kijek z dupy. Nie pamiętasz ustaleń?

– Dyskretnie ma być – dodała Yanna, która pojawiła się obok księcia Wichrowin i wsunęła mu dłoń pod ramię. – Gospodarze przygotowali dla nas ustronne miejsce. Nie będziemy ściągać na siebie uwagi ani zwykłych ludzi, ani naszych nadętych, świętobliwych…

– Ciii – przerwał jej Stefan. – Dyskretnie to dyskretnie.

Teraz dopiero dotarło do mnie, że cała trójka, wyjąwszy arystokratyczne miny i spojrzenia, prezentuje się nad wyraz skromnie. Mieli na sobie mocne buty, porządne kaftany i nowe płaszcze, a u pasów – nie licząc Yanny – zawiesili niezgorszą broń, ale nie nosili żadnych insygniów ani jakiejkolwiek biżuterii, która podkreślałaby ich status. Był to, musiałem przyznać, kamuflaż wielce udany, bo ludzie, którzy zewsząd napływali do karczmy, by jak co wieczór pić, jeść i śpiewać, rzadko kiedy zaszczycali przybyszów więcej niż jednym spojrzeniem.

– Poza tym to miejsce ma mnóstwo zalet – dodał książę Wichrowin, przewracając oczami. – Nasz przyjaciel Kociołek dołoży wszelkich starań, by było nam tu miło.

Poklepał mnie przy tym po ramieniu, zbyt mocno jak na mój gust.

– Mam nadzieję, że nie będę tego żałował – prychnął Rupert i rzucił wodze konia przechodzącemu nieopodal Grammowi.

– No, rozchmurz się, braciszku. – Yanna uśmiechnęła się szeroko. – Chodź już. Pokażę ci miejsce, w którym sobie… no, pogadamy.

– Ty masz nas tam zaprowadzić? – Rupert zmierzył mnie i Sarę wzrokiem przeznaczonym dla wszelkiego plugastwa. Wpatrywałem się w niego bez wyrazu, a Sara, czego byłem pewien, ze spokojnym, zdystansowanym uśmiechem. – A co z gospodarzami tej rudery? To nie ich robota?

Yanna wyjęła kufel piwa z ręki Stefana i upiła łyk, nie dbając o to, że strużka pociekła na jej bluzkę. Beknęła głośno, a potem podeszła bliżej i syknęła:

– Którą część mojego listu przegapiłeś, Rupercik? Żadnych ukłonów, żadnych względów, żadnego pomiatania służbą. Przegadujemy, co do nas należy, i znikamy bez śladu.

– Integracja z pospólstwem nie wychodzi mi tak dobrze jak tobie, Yanna – warknął Rupert, ale posłusznie ruszył za księżną Dymu do środka. W drzwiach, ku swej wyraźnej zgryzocie, przepuścił dwóch wychodzących na zewnątrz koniuchów. Stefan, klepnąwszy mnie w ramię raz jeszcze, podążył za nimi.

Powoli zapadał zmierzch, a niebo ciemniało tym szybciej, że ze wschodu nadciągały chmury. Od nieodległych mokradeł niosło się kumkanie żab, a z karczmy dobiegała wrzawa wesołych rozmów. Spojrzałem na Sarę, która wydawała się spokojna jak zwykle, choć tym razem mogła to być jedynie fasada. Nagle uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas trzymam ją za rękę.

– Co tu się wyprawia? – spytał cicho Żychłoń.

Stary guślarz wyrósł bezszelestnie za nami. Spoglądał na drzwi, za którymi właśnie znikło troje z pięciorga książąt władających Doliną i reprezentujących wszystko to, co zadecydowało o śmierci dziesiątków jego konfratrów, a jego samego zmusiło do życia w ukryciu. Uśmiechnąłem się lekko. Żychłoń był najmądrzejszym z nas i zawsze czułem się nieco raźniej, gdy miałem go w pobliżu.

– Tak do końca to chyba nie wiemy – odpowiedziała Sara i spojrzała na mnie. Na jej ustach pojawił się uśmiech, choć oczy pozostały poważne. – Wygląda na to, że koronowani przyjaciele Edmunda postanowili spotkać się w naszej karczmie, by omówić swoje sprawy. Tak przynajmniej przedstawiła to księżna Yanna, kiedy ty postanowiłeś…

Zmarszczyła lekko brwi i wypuściła moją dłoń.

– Mogę wiedzieć, Edmund, dlaczego uciekłeś na jej widok?

– Wcale nie uciekłem – pisnąłem. – Ja po prostu… nie lubię jej i tyle.

– Ciekawe. – Sara nie spuszczała ze mnie wzroku. – Przegadałyśmy dobrą godzinę. Przemiła kobieta. Zupełnie nie wiem, dlaczego ludzie wygadują o niej takie rzeczy.

– Masz zbyt dobre serce, by dostrzegać ludzkie przywary – oznajmiłem, na co Sara wywróciła oczami.

– Ależ to słabe było, Edmund. Koszmarne wprost. Ble. Umówmy się, że na najbliższy tydzień dajesz sobie spokój z komplementami, a do sprawy twojego dziwacznego zachowania jeszcze wrócimy. Na razie poprzestańmy na tym, że masz znamienitych przyjaciół i w naszym interesie jest, by odwiedzali nas jak najczęściej. Plotki o tym, że gospodarz ucieka przed gośćmi, żeby uczyć psa aportu, na niewiele nam się zdadzą.

– Serio? – prychnął Żychłoń. – Chciałeś wytresować Paprocha? Pogorszyło ci się, Kociołek.

– Odwal się – bąknąłem.

– Do roboty. – Sara klasnęła w dłonie. – Ja stanę za barem, a ty leć do kuchni. Stefan życzy sobie cebulową, Rupert porcję bigosu z kaszanką, a Yanna śledzika.

Urwała i spojrzała na mnie.

– Powiedziała, że ma być taki jak wtedy – dodała miękko. – Jak kiedy, Edmund?

– Jak podczas naszej wizyty w Dymie – warknąłem, przypuszczalnie za ostro. – Bo dla owych znamienitych przyjaciół, z których wizyty tak się cieszysz, jestem tylko kuchcikiem na zawołanie, bez względu na to, czy właśnie ratuję ich samych, czy może ich księstwo. I chyba właśnie dlatego wolę tresować Paprocha niż im usługiwać.

– A ja nie mam ochoty robić tego za ciebie – powiedziała dobitnie Sara. – Własnych obowiązków mam aż nadto. Chcesz się mazać, to proszę, ale jutro, kiedy szanowni państwo pojadą sobie w cholerę.

– Oho! – stwierdził Żychłoń. – Jeszcze jeden powód, by się stąd wynosić.

Dopiero teraz zauważyłem, że stary guślarz ma na sobie ciepłą wełnianą szatę, a na plecach tobołek. Wyglądał, jakby się szykował do drogi.

– A ty gdzie się wybierasz? – spytałem ostro. Nie chciałem, by nas opuścił.

– Za dużo tu koronowanych głów jak na mój gust – mruknął guślarz. – Spędzę tę noc w lesie.

– No tak – bąknąłem. – Ma to sens.

– Uważaj na siebie – powiedziała Sara, a potem spojrzała w niebo. – I przyszykuj się na deszcz.

– Dam sobie radę – oznajmił Żychłoń i prychnął pod nosem, jakby dziwiło go, że ktoś uważa deszcz za niedogodność. – To lepiej wy uważajcie na siebie. A ty – spojrzał na mnie przenikliwie – nie wciągnij nas w jakieś bagno.

Miałem wrażenie, że chciał powiedzieć „znowu”, ale powstrzymał się ze względu na Sarę. Pokręciłem głową.

– Bywaj, Żychłoń – powiedziałem. – Do zobaczenia rano.

A potem moja żona i ja wzięliśmy się znów za ręce i ruszyliśmy z powrotem ku tętniącej życiem, roześmianej karczmie.

– Kociołek! – zawołał za nami Gramm, który z niewyraźną miną wciąż trzymał lejce książęcego konia. – Ta szkapa to jest dla mnie czy co?

*

Jedyną zemstą na trójce książąt, którzy znienacka wdarli się w moje życie i odebrali mi spokój, było to, że do przygotowywania posiłków dla nich zabrałem się dopiero jakieś pół godziny po powrocie do Gryfa i krzątałem się wyjątkowo niespiesznie. Gdy ruszyłem z tacą po skrzypiących schodach na piętro, gdzie książęce rodzeństwo zawzięcie nad czymś dyskutowało, na dworze rozszalał się wiatr, który szarpał okiennicami.

Z komnaty, w której zazwyczaj odbywałem narady z drużyną, dobiegały odgłosy stłumionej rozmowy, przerwane w pewnym momencie wybuchem mało przyjemnego śmiechu Yanny. Zastukałem butem.

– Kolacja! – zawołałem.

Otworzył mi Stefan. W pomieszczeniu płonął rozpalony przez Sarę kominek, buchający raz po raz żywszym ogniem, gdy do komina wpadał wiatr. Obaj mężczyźni zrzucili kaftany i siedzieli w samych koszulach, a Yanna pozostawiła na sobie jedynie tunikę, która nie stanowiła żadnego wyzwania dla wyobraźni. Zaczerwienione policzki, błyszczące oczy i opróżniona do połowy baryłka piwa były wyraźnym znakiem, że rodzeństwo znalazło sposób, by nieco naoliwić zadry we wzajemnych stosunkach.

– Wreszcie – prychnął Stefan i zatrzasnął za mną drzwi. – Już myślałem, że każesz nam zejść na dół i zjeść wśród pospólstwa. Tam postaw. – Poklepał blat w miejscu, gdzie siedział, a ja poczułem, że coś we mnie pęka.

– Nie – powiedziałem. – Nawet do głowy mi to nie przyszło. Sara powiedziała, że płacicie za komfort odbycia prywatnej rozmowy, a ja szanuję wolę klientów.

To, że i tak wolałbym oszczędzić stałym bywalcom, ludziom prostym i rubasznym, ale poczciwym i serdecznym, towarzystwa trójki nadętych bufonów, zachowałem dla siebie, za to ostentacyjnie postawiłem tacę na dokładnie przeciwnym końcu ławy, co Stefan skwitował paskudnym grymasem.

– Płacimy? – zdziwił się Rupert, który nie wychwycił naszej psychologicznej gierki i po prostu przyciągnął do siebie miskę. – Yanna, nic nie pisałaś o płaceniu. Raz czy dwa natomiast wspomniałaś o tym, że karczmarz jest zaprzyjaźnionym człowiekiem.

– Zaufanym – poprawiła go księżna, obwąchując śledzika.

– No właśnie. Gdzie tu miejsce na płatności?

– Zapłata, książę, jest uświęconą tradycją, na której opiera się cały nasz świat – oznajmiłem ze swobodą, która zaskoczyła mnie samego. – To jedyne prawo, które obowiązuje wszystkich bez wyjątku, bo za tymi, którzy je łamią, wlecze się mało chwalebna opinia.

– W niemowlęctwie parękroć żeś niani wypadł na posadzkę, Rupert – odezwał się Stefan, maczając chleb w zupie – i nie wszystko, chłopie, ogarniasz. Tedy ci wytłumaczę. Mości Kociołek pragnie cię zapewnić, że jeśli mu nie zapłacisz, rozpowie wszędzie dookoła, żeś kutwa, a potem już masz kompletnie przechlapane na miejscowym targu warzywnym, a także u tutejszego szewca i garncarza.

Odgryzł kawałek pieczywa i żuł przez moment, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jak jakiś bazyliszek, pomyślałem.

– To zaś znaczy – podjął po chwili – że merdając zupę w kotle, obecny tu mości Kociołek obmyśla dla siebie nowe drogi kariery. Może, dla przykładu, chciałby zostać szantażystą?

Wzrok Stefana, zimny jak listopadowy wiatr, przeszywał mnie i rozrywał. Rzucał mi wyzwanie. „Tak, wiem, że kryjesz moją tajemnicę – mówił. – I lepiej kryj ją dobrze, bo jeśli się rozejdzie, to cóż… Ja jakoś sobie poradzę. Będzie mnie to sporo kosztowało, ale uda mi się, bo nie takie numery w życiu już odwalałem, ale jak tylko opanuję sytuację, pojadę do tego jednego, jedynego miejsca, z którego taka wieść mogła się wydostać, i kamienia na kamieniu nie pozostawię”.

Wytrzymałem jego spojrzenie.

– Smakuje zupa? – spytałem.

– Nie – odparł i załadował do ust kolejną porcję. – Jest ohydna.

– Gorszego gówna w życiu nie jadłem – dodał Rupert, pałaszując bigos.

– Ale śledzik niczego sobie – stwierdziła Yanna.

Rupert uniósł wzrok.

– Wygodził ci kiedyś ten Kociołek czy co? – spytał zgryźliwie, ale Yanna tylko zmarszczyła brwi.

– Nie – powiedziała. – Chyba nie. – Przeniosła wzrok na mnie. – Chyba że tak? – spytała z roztargnieniem. – Co? Bo sama nie pamiętam.

– Nie – powiedziałem stanowczo. – Czy jeszcze coś wam przynieść?

– Przydałoby się w sumie – Rupert otarł usta rękawem – coś sensownego do jedzenia, bo nie mam już ochoty na eksperymenty.

Zdusiłem w sobie ochotę, by wziąć miskę, którą właśnie pan na Sokolniku wylizał niemalże do czysta, i zdzielić go nią w łeb. Ułożyłem ją starannie na tacy i wyciągnąłem rękę po również pustą miskę Stefana, gdy ten uniósł wzrok, rozparł się na ławie i powiedział coś, od czego przeszył mnie dreszcz.

– Później posprzątasz, Kociołek. Przysuń sobie zydel i słuchaj uważnie, bo mamy ci coś do powiedzenia.

– Sprawę do ciebie mamy – dodał Rupert.

Uśmiechnąłem się zdawkowo.

– Myślałem, że spotkaliście się tu, by załatwić jakieś własne interesy.

– Te już obgadaliśmy. – Stefan uniósł pusty kufel, który przytrzymywał róg mapy Doliny. Ta natychmiast zwinęła się w rulon. – Teraz pogadamy o robocie dla ciebie.

Przełknąłem ślinę.

– Dla mnie?

– Myślisz – Stefan omiótł wzrokiem ciemny, zasnuty tu i tam pajęczynami strop – że fatygowaliśmy się tu ze względu na sławę, jaką cieszy się ta buda? Nie, Kociołek. Z tobą chcemy pogadać. O robocie dla takich jak ty.

– Robotę to ja mam – oznajmiłem. – I właśnie chciałem do niej wrócić. W czwartki mamy spory ruch.

Wymownie pokazałem palcem podłogę, pod którą znajdowała się nasza izba gościnna, wypełniona typową dla każdego wieczoru wrzawą. Ludzie pokrzykiwali do siebie, sprzeczali się, żartowali, stukali kuflami i wybuchali śmiechem, a ja o niczym nie marzyłem bardziej niż o tym, by do nich zejść. Miałem ochotę zgarnąć wszystkie miski na tacę i wybiec z tej komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi, a jutro przespać poranek i popołudnie, by nie musieć tej trójki już nigdy więcej oglądać, ale jak na złość Yanna delektowała się każdym kęsem i była dopiero w połowie kolacji.

– Chodzi o sprawę ważniejszą niż pojenie kmiotów szczynami – stwierdził Rupert, któremu najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że kogokolwiek stać w jego obecności na odpowiedź odmowną.

– Tak, rozumiem – odparłem. – Kilka tego typu spraw już za was załatwiłem, mości książęta. Nie żałuję, bo godnie mi zapłacono, ale przekonałem się przy tym, że pojenie kmiotów bardziej mi odpowiada. A skoro już o tym mowa – przeniosłem wzrok na baryłkę z piwem – czy…

Stary Żychłoń nie mylił się co do mnie. Zdecydowanie udałoby mi się uniknąć wielu kłopotów, w które w życiu wdepnąłem, gdybym umiał ugryźć się w język. Byłoby zresztą tych kłopotów znacznie więcej, gdyby czasami nie litowała się nade mną Dola. Tak stało się i tym razem. Nim zdążyłem dokończyć to fatalne zdanie, skrzypnęły drzwi.

– Nie mogę pać – oznajmił Nuut.

Odwróciłem się wstrząśnięty. Mój bosonogi synek w długiej koszulinie nocnej stał w progu komnaty i z zaciekawieniem przyglądał się zgromadzonym w niej ludziom.

– Nie mogę pać – powtórzył z dobitnością czterolatka, przekonanego, że jego problem jest najważniejszy na świecie.

– O, babci znów się przysnęło podczas opowiadania bajek? – zgadłem, wstając. – Cóż, pora więc, by tata babcię zastąpił. Wybaczcie, Wasze Wysokości, ale mam, jak sami widzicie, więcej roboty, niż ktokolwiek by pomyślał. Zbiorę miski rano, a teraz…

– Poczekaj no, Kociołek! – zawołała rozbawiona Yanna i chciała coś dodać, ale przerwało jej potężne czknięcie.

Chciałem zgarnąć dzieciaka i zawlec go do sypialni, a tam nabrać tchu i ze wszystkich sił huknąć mojej szanownej teściowej w zdrowe ucho, ale w tej samej chwili drzwi się znów otworzyły i do środka wpadł Edvin.

– Tato, Nuut zwiał z łóż… – Zatrzymał się na progu. – O, tu jesteś! Nuut, wracaj natychmiast, bo babcia znowu każe nam jutro modlitwy powtarzać!

– Nie! – Nuut wtulił się kurczowo w moją nogę. – Ja cę do taty!

– Wracaj, grubasie jeden!

– Nie jestem gjuby.

Konflikt rozwijał się błyskawicznie. Edvin z wprawą doświadczonego wojownika sięgnął po cięższą broń. Spojrzał na mnie i zmrużył oczy.

– Tato, a Nuut nasmarkał do cebulowej!

Książę Stefan aż się wyprostował.

– A Edvin mówi: „kujwa”! – zapiszczał Nuut.

Rozwój sytuacji kompletnie mnie zaskoczył, ale na szczęście w sukurs przyszedł mi instynkt ojcowski. Nachyliłem się, podniosłem Nuuta i już miałem się odwrócić, by pożegnać się z rodzeństwem, uśmiechając się przy tym z bezradnością przytłoczonego obowiązkami taty, gdy do środka wpadła Salia.

– Szybko, wracajcie! – syknęła. – Babcia zaczyna się budzić! O, dobry wieczór! – rzuciła do Ruperta, Stefana i Yanny. – Przepraszamy za zamieszanie. Chodźcie, ale już! Tato, zanieś Nuuta, bo on się nauczył drzwi otwierać i teraz wszyscy mamy przes…

– Tak, tak, oczywiście – zgodziłem się z córką, dziękując w duchu Doli, że mała odziedziczyła umysł po matce, a nie po mnie. – Dobranoc!

Obrzuciłem gości pożegnalnym spojrzeniem. Stefan siedział sztywno i przełykał ślinę, Rupert przyglądał się scenie z niekłamanym obrzydzeniem, a Yanna śmiała się tak bardzo, że z jej oczu płynęły łzy.

– Hej, dzieci, zaczekajcie! – zawołała, gdy udało jej się opanować. – Ciocia Yanna opowie wam bajkę!

– Nie – jęknąłem, ale Nuut wyrwał mi się jak zając złapany za uszy i w okamgnieniu wdrapał się na siedzisko ławy. Rozsiadł się obok Stefana, który zauważalnie się odsunął.

– Nuut ce bajkę! – oznajmił malec.

– My też chcemy posłuchać – jęknęła Selia. – Babcia ciągle gada o świętych kapłanach!

– A potem zaczyna śpiewać! – stęknął Edvin i wywrócił oczami.

– No, Kociołek? – Yanna uśmiechnęła się szeroko. – Będziesz biednym maleństwom bajki wzbraniał? Chodźcie, dzieci, siadajcie. Miną wujka Ruperta się nie przejmujcie. On tak ma od urodzenia.

Nie mogłem sobie przypomnieć chwili, w której straciłbym panowanie nad sytuacją tak szybko i tak łatwo. Moje dzieciaki usadowiły się obok Yanny, nie zwracając uwagi na Ruperta i Stefana, którzy odsunęli się od nich tak daleko, że mało nie spadli z siedzisk. Rupert posyłał siostrze mordercze spojrzenia, a Stefan wpatrywał się we mnie z wściekłością i wyrzutem.

– Co tu się, do cholery, wyrabia? – warknął. – Kociołek, zabierz stąd te bachory!

– Dzieciaki, dość tego! – syknąłem i złapałem Edvina za ramię. – W tej chwili do łóżek!

– Chłopaki, uspokójcie się – poprosiła Yanna, zajęta poprawianiem sobie halki w sposób równie widowiskowy co chaotyczny. – To są, uważajcie, dzieci. Dzieci, a nie trędowaci, wilkołaki czy, nie daj Dolo, kwestorzy. Jak wytężysz, Stefan, pamięć, przypomnisz sobie, że sam masz kilka takich. Dzieciom zaś opowiada się bajki, co ja niniejszym zrobię, a potem, Kociołek, możesz zabrać całą trójkę do babci.

Edvin, Salia i Nuut odwrócili się do mnie jednocześnie.

– Tato, tato, prosimy! – zajęczeli zgodnym chórem, wobec którego byłem całkowicie bezsilny.

Spojrzałem na Yannę z mieszaniną niechęci i wrogości, po czym przysunąłem sobie zydel i opadłem na niego z cichym westchnieniem.

– Dawno, dawno temu – zaczęła Yanna, splatając palce i spoglądając na każde z dzieci z osoba – żył sobie pewien rycerz. Był oczywiście bardzo dzielny i wiernie służył królowi, tak wiernie, że ten w końcu uczynił go jednym z dowódców swej armii. Czas był ku temu najwyższy, bo królestwo jak na złość nękały napaści band okrutnych trolli i takich chojraków trzeba było wielu. Na szczęście nasz rycerz, jak już mówiłam, był dzielny jak jasna cholera i tępił trolle bez litości, aż wreszcie wraz z królem osaczył największą hordę na skraju Głodnej Puszczy. Zanosiło się na wielką bitwę i kto żyw, spieszył, by wziąć w niej udział i uszczknąć nieco chwały dla siebie. Oczywiście tylko mężczyźni, bo kobiety są na takie rzeczy za mądre.

Mrugnęła przy tych słowach do Salii, która z powagą pokiwała głową.

– Przybył więc sam król Rotgier, któremu przydzielono miejsce, gdzie nie mógł niczego zepsuć, za to był doskonale widoczny – ciągnęła Yanna. – Przybyli też krasnoludzcy thanowie z Gwiżdżących Gór, choć nie wiadomo po co, bo nikt ich nie zapraszał.

Kątem oka zauważyłem, jak przez usta Ruperta przemyka drwiący uśmieszek.

– Przybył tam również – Yanna zerknęła na mnie przelotnie – wasz dziad Edgar, bo bez niego ludzie i krasnoludy na pewno nie daliby sobie rady.

– Naprawdę? – stęknął Edvin i zerknął na mnie, a ja z ociąganiem skinąłem głową.

– Naprawdę – rzekła z powagą księżna. – Trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek ważne wydarzenie bez udziału kogoś z waszego rodu.

Dzieci wpatrywały się w Yannę z szeroko otwartymi oczami i jeszcze szerzej rozchylonymi buziami. Ja zaś doskonale wiedziałem, o którym starciu mówi księżna Dymu, ale nie miałem pojęcia, po co to robi. Spojrzenia, jakimi mnie obrzucała, sugerowały jednak, że opowieść jest przeznaczona również dla moich uszu.

– A potem doszło do bitwy i… – Yanna zmarszczyła nagle brwi, jakby w swej opowieści dotarła do momentu, za którym nie przepada. – I bili się, aż kurz buchał i spod pach śmierdziało.

– Czy ten rycerz odniósł zwycięstwo? – spytał oszołomiony Edvin.

– Druzgocące – przytaknęła Yanna. – Przypisano je, oczywiście, królowi, bo to on płacił kronikarzom, ale fakty są takie, że rycerz przepędził resztki trolli do Głodnej Puszczy, a te już nigdy nie wyściubiły stamtąd nosa.

– Fajno – ucieszył się Edvin.

– To już cała bajka? – spytała wyraźnie rozczarowana Salia. – A księżniczki? A czary?

– Nie było, ze zyli długo i scęśliwie – wyseplenił Nuut.

– Tak, nasz rycerz żył długo i szczęśliwie – potwierdziła Yanna. – Służył królowi do jego śmierci, a potem jego synowi. Po śmierci syna zaś opowiedział się po stronie pewnej księżniczki i służył jej… Co się krzywisz, Rupert? Nie podoba ci się, że nazwałam się „księżniczką”? A od kiedy niby miano to zarezerwowane jest dla niewdzięcznych, wrednych, smarkatych jędz, które nie okazują cienia szacunku…

– Yanna – upomniał ją ostro Stefan.

Księżna Dymu, nie przestając mierzyć brata wściekłym spojrzeniem, nabrała tchu. W końcu znów spojrzała na dzieciaki.

– Ów rycerz służył księżniczce wiernie – podjęła – a ona zawsze mogła na niego liczyć, choć rycerz miał już swoje lata i częściej niż z jej wrogami walczył z zatwardzeniem. Wiecie, dzieci, że rycerze też robią kupę?

– Pewnie – bąknął Edvin. – Wujek Urgo zajmuje czasem wychodek na pół dnia.

– Świetnie. – Yanna pokiwała głową. – Udał żeś się ojcu. Niestety, nasz rycerz coraz więcej czasu spędzał w Głodnej Puszczy, aż tu i ówdzie pojawiły się pogłoski, że zwąchał się z trollami, tymi samymi, które swego czasu przetrzebił. Później zaś – teraz księżna patrzyła już prosto na mnie – zamieszkał wśród nich. Koniec.

– Dziwna ta bajka – stwierdził Edvin. – Ale i tak lepsza od tych dyrdymałów babci.

Przeciągnąłem się, aż mi coś w plecach strzeliło, i ziewnąłem.

– Fakt, nie najgorsza – powiedziałem, podnosząc się. – Dzieciaki, zmiatajcie do łóżek. Ja posprzątam i też się idę położyć. Zęby umyte?

Natychmiast pożałowałem, że wcześniej nie sięgnąłem po ten argument, bo błyskawicznie wygonił całą trójkę na korytarz. Ja zaś wyciągnąłem rękę po szczęśliwie już pustą miskę Yanny.

Kolejny błąd. Rupert zacisnął mi dłoń na nadgarstku. Chyba od dawna czekał na sposobność, bo miażdżył go jak imadło.

– Streszczę ci tę bajkę, zacny gospodarzu – syknął. – Rycerz Pogorzałek, przyboczny Yanny, nawiał z Dymu i wieść głosi, że przystał do trolli.

– Zrozumiałem – powoli, ale skutecznie uwolniłem rękę z uścisku. – Jeszcze coś podać?

– Inne z kolei wieści głoszą, że się księciem obwołał – dodał Stefan.

– To musiało was zaboleć. Piwa donieść?

– My zaś sobie życzymy – na wspomnienie piwa Yanna nachyliła się nad beczką i zanurzyła w niej kufel – byś się tą sprawą zajął.

2

Przyznam, że mi ulżyło.

Gdzieś z tyłu głowy dokuczało mi przeświadczenie, że koronowane głowy Dolin spotkały się pod moim dachem po to, by szukać sposobu na walkę ze Złym. Od zdemaskowania Gwidona i wydarzeń w Dymie upłynęło bowiem kilka tygodni i należało się właściwie spodziewać, że Złe objawiło się gdzieś indziej. Wszak wedle relacji Matta z Kurzu potencjał miało ogromny, a możliwości jeszcze większe i trudno się było spodziewać, by moje zaklinanie rzeczywistości mogło powstrzymać taką potęgę.

Tymczasem okazało się, że Rupert, Stefan i Yanna, mimo swej pozycji, majątków, kontaktów i przeświadczenia o własnej wielkości, nie potrafią upilnować starzejącego się rycerza, który uciekł im sprzed nosa, by ogłosić się księciem plemienia trolli. Nie miałem pojęcia, dlaczego uznali to za problem – Głodna Puszcza w żaden sposób nie wpływała na politykę księstw Doliny i obwołanie się księciem przez Pogorzałka nie pociągało za sobą żadnych konsekwencji poza trzema przypadkami urażonej dumy. Mnie osobiście aspiracje Pogorzałka w niczym nie przeszkadzały – stary rycerz okazał mi szczerą przyjaźń, a jego trolle wybawiły nas z wielkiej opresji, czego nie miałem zamiaru nigdy mu zapomnieć.

Spojrzenia trzech par wpatrzonych we mnie książęcych oczu, identycznych, chłodnych i błyszczących od wypitego piwa, mówiły mi jednak, że odpowiedź odmowna czy jakiekolwiek wykręty są wykluczone. Uznałem więc, że w tej sytuacji po prostu nie podejmę tematu.

– Pokazać komnaty, które dla was przygotowaliśmy? – spytałem. – Jestem przekonany, że moja żona dołożyła wszelkich starań, by było wam w nich wygodnie. Śniadanie…

– Nie wydurniaj się, Kociołek – wycedził Stefan, podnosząc się zza ławy. – Nie po to przyjechaliśmy tu taki szmat drogi, byś uprawiał z nami jakieś gierki, garnkotłuku cholerny!

– Od dawna mam ochotę chwycić cię za mordę i trzepnąć nią o ścianę, obesrańcu! – syknął Rupert i zacisnął ogromną dłoń na ciężkim kuflu.

Na widok nabrzmiałych gniewem, poczerwieniałych obliczy obu książąt ponownie zadałem sobie w myślach pytanie, czy nie powinienem rozsądniej formułować wypowiedzi.

– Osiemdziesiąt mohinów – powiedziała cicho Yanna.

– Co? – Obaj bracia zwrócili się teraz ku siostrze. Oszołomienie w ich głosach sugerowało, że kwestię potencjalnej zapłaty omówili, ale sprawy jej wysokości nie uzgodnili z całą pewnością.

– Od każdego z nas, rzecz jasna – dodała księżna.

Przysięgam, że słyszałem chrzęst kłykci Ruperta, gdy zaciskał pięść na uchu kufla. W tej samej chwili ogień w kominku się zakołysał, a o dachówki i okiennice uderzył deszcz.

Głodna Puszcza nie jest daleko, przeszło mi przez głowę. Mógłbym odwiedzić Pogorzałka, pogadać z nim, wrócić i zainkasować prawie dwie i pół stówy. Sporo kasy, a przecież trzeba pomyśleć o tym browarze.

Moje zawahanie jednakże trwało tylko krótką chwilę, bo przypomniałem sobie słowa, których użyła Yanna: „Życzymy sobie, byś się tą sprawą zajął”.

Nie cierpiałem enigmatycznych, zdawkowych określeń, po które tak chętnie sięgali potężni i bogaci ludzie. W języku arystokratów takich jak Yanna wyrażenie „zająć się” mogło oznaczać dosłownie wszystko, od przeprowadzenia zamachu na Pogorzałka po eksterminację reszty trolli.

– Jestem ujęty waszą szczodrością, Wasze Książęce Moście – ukłoniłem się nieznacznie. – I naprawdę żałuję, że wysiadłem z tego interesu. Wybaczcie, ale robota czeka. Życzę wam dobrej nocy.

Zszedłem do sali gościnnej w odpowiednim momencie, bo zbliżała się już pora zamknięcia, a wielu stałych bywalców bynajmniej nie kwapiło się do wyjścia, tym bardziej że akurat rozpadało się na dobre. Na ogół nie lubiłem tej chwili, bo byłem wówczas zbyt zmęczony, by użerać się z pijakami i słuchać ich dyrdymałów, ale teraz niemalże z przyjemnością zanurzyłem się w tłumie. Ta robota, choć mało przyjemna, była przynajmniej prosta.

Złapałem za sznur dzwonu, który wisiał nad barem, i szarpnąłem gwałtownie. Seria ostrych dźwięków przedarła się przez gwar rozmów i wywołała głośne jęki.

– No co ty, Kociołek! – wołano ze wszystkich stron. – Miejże litość, chłopie! Leje jak z cebra! Zobacz, ile mi jeszcze piwa zostało!

Zgodnie z cowieczorną tradycją wskoczyłem na ławę.

– Panie i panowie, mam dla was wiadomość dobrą i złą! – krzyknąłem. – Dobra brzmi tak, że jutro otwieramy o tej samej godzinie co dziś!

Tym razem zewsząd dobiegły wiwaty. Kilku biesiadników uniosło kufle w salucie, pozostali pospiesznie dopijali zawartość własnych.

– A zła to… – zawiesiłem głos.

– …wypierdalać! – odpowiedziało mi kilkadziesiąt głosów, którym zawtórowały głośny rechot i stukanie kuflami o blaty.

– Zgodnie z tradycją Gryfa – wołałem – ten, który wyjdzie ostatni, nie dostanie piwa, jeśli nie wykona roboty zleconej przez Sarę!

Moja żona, trzymająca w obu dłoniach naręcze kufli, ukłoniła się zebranym. Otrzymała wiwaty i oklaski.

– A tych, których znajdę pod ławami, wypieprzę do gnojówki! – ciągnąłem.

Na barze usadowił się Zwierzak, który zaczął wygrywać wesołą melodię na fujarce, mającą nastroić gości do wyjścia, a przy drzwiach tradycyjnie ustawił się Gramm z tęgą lagą w garści, by ewentualnie wspomóc wysiłki goblina. Wychodzący żartowali sobie z groźnej miny krasnoluda, a ten odpowiadał wymyślnymi przekleństwami, co również stanowiło część codziennego rytuału. Bójki w Gryfie, na które Gramm czekał z wytęsknieniem, należały raczej do rzadkości. Ja zaś zbierałem kufle i talerze i ściskałem niektórym wychodzącym dłonie.

Wreszcie w karczmie zapadła cisza, a za murem okalającym Gryfa cichły okrzyki żegnających się biesiadników, ledwie słyszalne w szumie ulewy. Gramm, który wyszedł w ślad za ostatnimi, by zaryglować bramę, zostawił uchylone drzwi i do wnętrza wdzierało się teraz ożywcze, chłodne powietrze.

– Dobra, posprzątajmy ten chlewik – zarządziła Sara, idąc w stronę baru z wysokim stosem pustych misek. – Zwierzak, przestań już piszczeć! – Zgoniła goblina z lady. – I przydaj się na coś!

– Czysto! – zawołałem, zajrzawszy pod ostatnią ławę. – Chyba opłaciło się wywalić starego Brunnera w gnój, bo od trzech tygodni nikt się nie urżnął w trupa.

– Zostaw sobie świętowanie sukcesu na inną okoliczność – zawołała Sara z kuchni – i nanieś wody! Nie będę teraz myła tych misek, ale niech chociaż odmokną.

W innych okolicznościach zapewne przekląłbym w duchu konieczność wyjścia na ulewę, ale dziś naprawdę nic mi nie przeszkadzało. Włożyłem kapelusz, złapałem ceber i wyskoczyłem na zewnątrz.

– Gramm! – zawołałem do wracającego krasnoluda. – Chodź ze mną do studni! Musimy…

I wtedy rozległy się trzy mocne uderzenia w zamkniętą przed chwilą bramę. A potem jeszcze kilka, zacznie szybszych.

– Jeśli któryś z tych durni zapomniał kapelusza… – warknął wściekle Gramm.

– Nie – powiedziałem krótko. – To Urgo. Coś się dzieje.

3

Rycerz Urgo był piątym i ostatnim członkiem naszej drużyny do zadań specjalnych, a przy tym jedynym, który się do niej naprawdę kwalifikował. Znaczy się, każdy z nas był na swój sposób twardzielem i dysponował wieloma cennymi umiejętnościami, ale to Urgo miał prawdziwie czyste serce. Zawsze skądś wiedział, kto jest w potrzebie i kogo trzeba chronić, przez co nie potrafił cieszyć się spokojnym, pracowitym życiem wokół karczmy. Co chwila pakował skromny dobytek i wyruszał w trasę, by pomagać wszystkim, którzy potrzebowali pomocy: od staruszków, którzy trudzili się z nareperowaniem dziury w dachu, po prostych ludzi, którzy mieli na pieńku z wrednymi sąsiadami. Ze względu na te doświadczenia był wśród nas prawdziwym autorytetem moralnym, całkowicie obojętnym na dwa żywioły, które niejednego bohatera zwiodły ze słusznej ścieżki: pieniądze i kobiece wdzięki. Czasem próbowaliśmy wspólnie dojść do tego, skąd się bierze jego niewrażliwość na piękno płci przeciwnej, ale wówczas zakrzykiwał nas Gramm, który uważał, że o poważnym problemie psychicznym Urgo stanowi dopiero niechęć do brania zapłaty.

Nikt, rzecz jasna, nie powiedział mu tego wprost. Po pierwsze, byliśmy jego przyjaciółmi, a po drugie… Cóż, Urgo naprawdę potrafił przyłożyć.

Najpierw jednakże coś musiało go wzburzyć. A ja nie przypominam sobie, by kiedykolwiek coś poruszyło go na tyle, by zamiast zastukać po swojemu, walił tak wściekle, jakby miał skończyć się świat.

Zaniepokojony przypadłem do bramy i otworzyłem zasuwę jednym szarpnięciem. Urgo pchnął wrota od zewnątrz i niemalże wpadł do środka, pociągając za sobą jakiegoś człowieka. Lekkim pacnięciem posłał go ku karczmie, a potem zatrzasnął wrota i z hukiem zasunął zasuwę.

Dopiero wtedy zauważyłem, że ciężko dyszy, a w ręku trzyma obnażony miecz.

– Co tu się wyrabia, Urgo?! – zawołałem z niepokojem.

Moją pierwszą myślą byli rozbójnicy, bo ci pojawiali się w okolicy równie często jak sraczka, a okazywali się o wiele złośliwsi. Na szczęście na ogół były to bandy wygłodniałych banitów czy maruderów i przepędzenie ich nie nastręczało wielkich problemów, choć zdarzały się wśród nich typy naprawdę niebezpiecznie. Rozprawy z bandą Braga Wydrwigrosza, który najpierw dręczył kupców na szlaku, a potem ułożył plan ataku na Gryfa, wolałem nie wspominać.

Odpowiedź Urgo jednakże zmroziła mi krew w żyłach.

– Złe – wysapał. – Złe w okolicy.

Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Ze wszystkich sił próbowałem odepchnąć myśl, że oto nagle ziścił się najgorszy z moich koszmarów.

– Skąd wiesz? – wykrztusiłem, siląc się na rzeczowy ton. – Skąd wiesz, że to Złe?

– Pokażę ci – sapnął Urgo. Białka jego oczu błysnęły w ciemnościach. – Utłukłem jednego, ale może ich być więcej! Szybko!

Przed oczami stanęły mi grupki podpitych biesiadników, którzy zmierzali do domów, ogłuszeni szumem deszczu, zasłaniający głowy kapotami, wciąż podpici i rozweseleni. Oczyma wyobraźni ujrzałem krew rozmywającą się w błocie.

Zacisnąłem z wściekłością zęby.

Nie dopuszczę do tego, pomyślałem.

– Gramm, Zwierzak, po broń!

Tę trzymaliśmy w niewielkiej szopie przy bramie, właśnie na taką okoliczność. Gramm dopadł jej jako pierwszy, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi, zerwał z haka pancerz z usztywnionej skóry i nałożył hełm. Ja zrobiłem to samo, a Zwierzak, przypiąwszy sobie długi nóż do pasa, złapał kołczan z łukiem. Wypadł z szopy, a my z Grammem za nim, już uzbrojeni w tarcze i broń sieczną.

Deszcz chłostał ziemię bez litości i między kamieniami brukowymi tworzyły się niewielkie kałuże, odbijające drżący blask bijący z okien. Krople ściekały z krawędzi zbroi Urgo.

– Gdzie go załatwiłeś? – spytałem, poprawiając sobie tarczę na ramieniu.

– Milę stąd. W Dzikowym Lesie.

Poczułem pewną ulgę. Zdecydowana większość biesiadników udała się w przeciwnym kierunku. Żychłoń zaś miał w zwyczaju zaszywać się w swoim ulubionym Mglistym Brzeźniaku, a więc również daleko od kierunku wskazanego przez rycerza. Też był więc bezpieczny, choć w przypadku konfrontacji ze Złym zawsze wolałem mieć tego starego piernika przy sobie.

– Ruszamy! – rzuciłem.

– A Żychłoń i Eliah? – spytał Urgo.

– Pierwszy siedzi w kniei, a drugi wyparował. Jak zwykle, cholera! Na łańcuchu będę trzymać, pszczołojada jednego! – warknąłem, wypychając kompanów przed bramę.

Gdy wyciągnąłem rękę, by zatrzasnąć wrota za sobą, ujrzałem Sarę, która otuliła się płaszczem i wyszła na schody karczmy. Blask padający ze środka zamienił jej sylwetkę w ciemny kształt, ale mimo to wiedziałem, że wpatruje się we mnie z troską i niepokojem. W innej sytuacji zapewne podbiegłbym do niej i wyjaśnił, co zamierzamy, ale teraz naprawdę nie było na to czasu. Zresztą wiedziałem, że to zrozumie.

Uniosłem rękę, by ją uspokoić i zapewnić, że zaraz wrócę, choć to akurat mogło się okazać nieprawdą. Sara odpowiedziała tym samym. Ów krótki, wręcz zdawkowy sygnał, który przesłaliśmy sobie nad zalanym deszczem dziedzińcem, krył w sobie więcej potęgi od wszystkich magicznych rytuałów guślarskich razem wziętych, a przy tym wypełnił moje serce ognistą zawziętością.

Po raz drugi ktoś zapragnął odebrać spokój mnie i moim bliskim. Tym razem, na szczęście, mogłem tego kogoś rozrąbać na ochłapy.

Zatrzasnąłem bramę z hukiem i podążyłem za przyjaciółmi w mrok.

*

Trupa rozwłóczonego przez Urgo znaleźliśmy jakieś pół godziny później.