Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Al-Andalus to jednocześnie koniec i początek Hiszpanii. Najgorętszy region Półwyspu Iberyjskiego, gdzie w cieniu drzew oliwnych, w zapachu cytrusów i w rytmie flamenco splatają się wpływy arabskie i europejskie.
Siedemnaście reporterskich historii prowadzi nas przez region widziany od środka: zaglądamy do domów wykutych w skałach, degustujemy wina z Malagi, idziemy krok w krok za procesją świętych figur, by zboczyć nalokalną fiestę, a potem trafić do miasta, które było kiedyś „Hollywood Europy”. Są też na tej trasie miejsca ukryte w cieniu: wiec ultraprawicowej partii VOX, ulice jednej z najbiedniejszych dzielnic Sewilli czy zakład grabarza zajmującego się pochówkiem imigrantów, którzy dotarli do Hiszpanii nielegalnie, pokazują złożoność andaluzyjskiej rzeczywistości.
Agnieszka Zielińska przedstawia Andaluzję pełną kontrastów – miejsce, gdzie różnorodność nie dzieli, lecz buduje, a prażące słońce odbija się od śnieżnych górskich szczytów. To opowieść o ludziach żyjących na styku kultur, codziennie odnajdujących się w rzeczywistości utkanej z pozornych sprzeczności.
Dla wielu Andaluzja to kraina słońca, spektakularnych krajobrazów i setek kilometrów wybrzeża. Mieszkańcy innych regionów Hiszpanii często zarzucają Andaluzyjczykom przesadne zamiłowanie do fiesty i sjesty. Inni kpią z ich szybkiego i niedbałego sposobu mówienia. A dla mnie Andaluzyjczycy to ludzie otwarci, tolerancyjni i niezwykle rodzinni, którzy mimo upływu czasu pozostają wierni tradycjom pielęgnowanym od setek lat.
Autorka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Data ważności licencji: 7/1/2033
W serii ukazały się ostatnio:
Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci
Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)
Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)
Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet
Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach
Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)
Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy
Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów
Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry
Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach wPRL-u (wyd. 3)
Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)
Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach
Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo
Marek Szymaniak Młócka. Reportaże o pracy przyszłości
Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)
Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast (wyd. 2)
Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)
Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści w Niemczech
Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości
Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan
Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 3)
Emilia Sułek Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu
Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca (wyd. 2)
Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 4)
Aneta Pawłowska-Krać Milion myśli naraz. O dorosłych zADHD
W serii ukaże się m. in.:
Katherine Eban Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Liza Korolova na podstawie projektu serii Agnieszki Pasierskiej
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © Denis Doyle / Getty Images
Copyright © by Agnieszka Zielińska, 2026
Opieka redakcyjna Przemysław Pełka
Redakcja Anastazja Oleśkiewicz
Korekta Monika Pecyna / d2d.pl, Elżbieta Krok / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-351-8
Rodzicom, Dorocie i Tadeuszowi –
za miłość i wsparcie
Jeszcze gdzieniegdzie widać rozrzucone konfetti, nie opadł jeszcze pył wystrzelonych wczoraj petard. W rogu ulic leżą nieposprzątane puszki po piwie. Właśnie rozpoczął się nowy rok 2025. Jest 2 stycznia, a Grenada znowu świętuje. Tłum od wczesnych godzin porannych gromadzi się przed ratuszem miasta. Plaza del Carmen jest mokry, wygląda, jakby w nocy padał tu deszcz lub śnieg. Ale plac po prostu jeszcze nie wysechł po tym, jak wypucowano go specjalnie na tę uroczystość. W tłumie widać flagi Hiszpanii, zielono-biało-zielone flagi Andaluzji oraz białe z owocem granatu, symbolem Grenady. Gdy tak czekamy na początek uroczystości, w tłumie co jakiś czas pada: „¡Viva España!”, „¡Viva Granada!”, „¡Viva la legión!”, „¡Vivan los Reyes Católicos!”, „¡Arriba!”. A tłum odpowiada: „¡Viva!”.
– Mamo, „¡Arriba. Viva España!” to hasło kojarzone z Franco prawda? – pyta stojąca obok mnie nastolatka.
Mama przytakuje, lecz na jej twarzy widać dezorientację.
– Ale przecież jak moi koledzy z klasy przynieśli do szkoły flagę z czasów dyktatury, to mieli problemy – kontynuuje nastolatka.
Tym razem mama nie odpowiada. Spogląda na babcię dziewczynki, jakby w jej oczach szukała wsparcia. Nie znajduje go, więc zapada głucha cisza. Nastolatka zrozumiała, nie pyta już więcej.
La Toma [zdobycie, przejęcie] to uroczystość, która upamiętnia koniec rekonkwisty i odbicie Grenady z rąk muzułmańskich przez królów katolickich Izabelę i Ferdynanda w 1492 roku. Stąd pojawiające się w tłumie wiwaty na cześć królów właśnie.
Szybko przekonuję się, że historia podczas celebracji miesza się ze współczesnością. Mężczyzna z dzieckiem na barkach krzyczy: „¡Viva nueva reconquista!” [nowa rekonkwista], tutaj gromkich odpowiedzi „¡Viva!”jakby mniej. Ale jaką nową rekonkwistę mógł mieć na myśli? Czy tę, o której wspomina lider ultraprawicowej partii VOX Santiago Abascal? Najpierw w spotach wyborczych w 2019 i 2023 roku, a potem także podczas konferencji europejskich partii prawicowych Patriots z 8 lutego 2025 roku: „Chcemy żebyście pamiętali nas, Hiszpanów, przez niezwykły wyczyn naszych przodków, za bycie murem Europy w obliczu postępu islamizmu. Jesteśmy gotowi zrobić to ponownie”1. Tym okrzykom „¡Viva!” na placu w Grenadzie przysłuchuje się także grupa cudzoziemców, słychać charakterystyczny akcent Latynosów, Włochów, Anglików, widać też kilka czarnych osób z Afryki. Wśród nich ochroniarze zdradzają zagraniczne pochodzenie. Ten tłum ludzi jak w soczewce pokazuje współczesną Andaluzję, różnorodną i wielokulturową.
Pogoda nie rozpieszcza, pobliskie pasmo górskie Sierra Nevada wypełnione jest śniegiem, co widać z wysokości miasta. Tego drugiego stycznia w godzinach porannych słupki rtęci ledwo sięgają sześciu stopni, toteż zainteresowanie tłumu i nowe komentarze budzi strój wkraczających właśnie na Plaza del Carmen żołnierzy i żołnierek. Mają na sobie oliwkowe spodnie, dłuższe, czarne, wojskowe buty, czapki z czerwonym frędzlem opadające na czoło i rozpięte oliwkowe koszule z krótkimi rękawami.
Na środku placu, na czerwonym dywanie meldunek od wojska przyjmuje burmistrzyni Grenady. Początkowo uśmiechy na twarzach zgromadzonych budzi figlarny bieg dwóch żołnierzy, którzy dopiero tuż przed twarzą urzędniczki prostują się i przybierają poważny wyraz twarzy. Na placu są także osoby w kostiumach rodem z XV wieku, czasów królów katolickich, oraz radni miejscy z medalami. Po uroczystym przekazaniu insygniów lokalne władze w towarzystwie wyraźnie już zmarzniętych żołnierzy udają się do katedry na mszę świętą.
Ale to niejedyna uroczystość tego dnia. Zaledwie kilka ulic dalej, przy Placu Mariany Pinedy odbywa się inne zgromadzenie. Miejsce otoczone jest policyjnymi radiowozami, na wypadek gdyby ktoś chciał przerwać to wydarzenie. „Por la convivencia, no ala Toma” – głosi napis na plakacie, trzymanym na zmianę przez kilka osób, czyli: „Tak dla współistnienia, nie dla podbicia”. Wokół widać flagi Palestyny i Andaluzji z białymi gołębiami. Na chwilę pojawiają się lokalne media. Telewizja Canal Sur jeszcze podczas uroczystości bierze prowadzącego na krótką „setkę”, czyli komentarz, tak by ślad po tym wydarzeniu pojawił się na kilkanaście sekund w serwisie informacyjnym. Ale uroczystość nie budzi wielkiego zainteresowania, jeden z organizatorów nagrywa tylko całość małą kamerą.
Prowadzący ze stowarzyszenia Granada Abierta, czyli Grenada Otwarta, ma na sobie biało-czarną arafatkę, brązowe spodnie i kaszkiet na głowie. Mówi, że nie ma zgody na to, aby oddzielić grubą kreską przeszłość, zapomnieć o dziedzictwie i dokonaniach Arabów z Al-Ándalus w tym regionie. „Nie można burzyć, powinniśmy łączyć”, „Nie możemy tworzyć jednej kultury, bo Grenada była i jest wielokulturowa”, „Upadła wielka cywilizacja”, „Prześladowano i wygnano muzułmanów”. Jego tezy potwierdzają fragmenty prozy, wiersze i słowa czytane potem przez uczestników zgromadzenia. Jest też fragment wywiadu z Federikiem Garcíą Lorcą z „Diario El Sol”z 10 czerwca 1936 roku o La Toma: „To był bardzo zły moment, chociaż w szkole mówią coś innego. Cywilizacja, poezja, astronomia, architektura i wyjątkowa na skalę światową delikatność zostały utracone, by ustąpić miejsca biednemu, tchórzliwemu miastu, w którym panuje obecnie najgorsza burżuazja w Hiszpanii”2.
Dwa miesiące po publikacji wywiadu Lorca zginął w hiszpańskiej wojnie domowej, zamordowany przez prawicowych bojówkarzy, zaledwie trzy dni po śmierci swojego szwagra i ówczesnego burmistrza Grenady.
Tylko trzydzieści. Tyle lat po śmierci proroka Mahometa muzułmanie potrzebowali, aby podbić imperium Sasanidów, tereny dzisiejszego Iranu, Iraku, Afganistanu, Azerbejdżanu, Armenii oraz części Syrii i Turcji. Następna była północna Afryka, Egipt, bizantyjskie prowincje w Afryce, a w 711 roku Arabowie dotarli do wizygockiej Hiszpanii. To była najszybsza konkwista w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat.
Pięć lat. Tyle zajęło muzułmanom przejęcie Hiszpanii. Wszystko przez słabość Wizygotów. Ci wkroczyli na Półwysep Iberyjski w 414 roku, ale różnice w wyznawaniu chrześcijaństwa uniemożliwiały integrację okupantów i lokalnych mieszkańców. Dopiero w 589 roku król Rekkared I zjednoczył kraj na Półwyspie Iberyjskim i na południu Francji w regionie dawnej Septymanii, przeszedł na katolicyzm i ogłosił go oficjalną religią w królestwie wizygockim.
W monarchii Wizygotów król był wybierany przez szlachtę, choć niektórzy monarchowie starali się, by władza pozostawała w rękach ich potomków. Taki system miał sprawić, że panowanie będzie należeć do najwybitniejszych i najzdolniejszych osób, a w efekcie prowadził do konspiracji i morderstw (niewielu królów wizygockich umarło śmiercią naturalną). A słabość monarchii odzwierciedlało także wojsko – przestarzała organizacja germańska. Wszyscy mężczyźni zdolni do walki byli zobowiązani stawić się na wezwanie króla. Rzeczywistość pokazywała jednak, że ludność wiejska nie interesowała się decyzjami monarchy, podobnie jak on i szlachta niewiele robiła, aby poprawić los chłopów.
Ostatnie lata rządów Wizygotów były chaotyczne. Rosło niezadowolenie najniższych warstw. Upadała gospodarka, malał handel, którym trudnili się głównie Żydzi, prześladowani przez Wizygotów. Dekret z 694 roku czynił Żydów niewolnikami, jeśli ci nie przeszliby na katolicyzm. Żydzi zaczęli więc konspirować na rzecz władców arabskich z Afryki Północnej. Podziały wśród szlachty, słabe morale żołnierzy, niezadowolenie chłopów, a w końcu konspiracja Żydów osłabiły królestwo Wizygotów do tego stopnia, że muzułmanie wkraczali na niemal opuszczony Półwysep Iberyjski. Tak rozpoczęło się tu prawie osiemsetletnie panowanie muzułmanów, zwanych też moros, czyli ludzi pochodzących z Maghrebu.
Swój nowy dorobek terytorialny Arabowie nazwali al-Ándalus. Nieprawdą jest jednak, że tereny ówczesnego al-Ándalus ograniczały się jedynie do obszaru dzisiejszej Andaluzji. Granice zmieniały się dynamicznie. W jednym czasie terytorium pokrywało ponad trzysta siedemdziesiąt pięć tysięcy metrów kwadratowych, włączały się w to także tereny Balearów i południa Francji, ale bez niewielkiego obszaru współczesnej Aragonii. Al-Ándalus stało się kolejną prowincją imperium arabskiego zarządzanego przez kalifa z Damaszku. A całe imperium rozciągało się od centralnej Azji, po Maroko i Półwysep Iberyjski. Kalif władał nim przy pomocy gubernatorów.
Ludzie na przejmowanych terytoriach mogli zachować swoje wierzenia i nie byli zmuszani siłą do przyjmowania islamu. Jeśli jednak sprzeciwiali się nowym zarządcom arabskim, musieli płacić wyższe daniny. Islam był religią tolerancyjną, ale na większe przywileje mogli liczyć ci, którzy zdecydowali się zmienić religię. Ziemie na podbijanym Półwyspie Iberyjskim pozostały w rękach uprawiających je chłopów, a te porzucone podczas pierwszych lat arabskiej inwazji trafiały w ręce muzułmanów. Dlatego też szybko stali się oni wielkimi właścicielami ziemskimi. Stolicą al-Ándalus została Sewilla, a w 717 roku przeniesiono ją do Kordoby, bo uznano, że pozycja tego miasta jest lepsza strategicznie.
Grenada do XV wieku była ostatnim muzułmańskim miastem na Półwyspie Iberyjskim i przyjmowała muzułmanów z reszty al-Ándalus, a językiem oficjalnym był arabski. Panowało tam królestwo nazarí. W latach największej świetności zbudowano w nim Alhambrę, pałac otoczony ogrodami i murami obronnymi. Do końca XIV wieku królestwo przeżywało prawdziwy rozkwit dzięki rozwojowi rolnictwa, rzemiosła i handlu. Coraz częściej małe królestwo osłabiał spór o sukcesję władzy. Wraz z osłabianiem królestwa Grenady w siłę rosło królestwo Kastylii i Aragonii, zjednoczone dzięki małżeństwu królów katolickich Izabeli i Ferdynanda. Nie deklarowali oni otwartej wojny przeciwko Grenadzie, mieszali się niemniej w sprawy wewnętrzne królestwa, wzywając do buntu synów króla nazarí i obiecując im pomoc w przejęciu władzy. Liczyli, że silniej podzielone królestwo będzie łatwiej podbić.
Każdej wiosny z Murcji do Kordoby ruszały oddziały królów katolickich. Rok po roku podbijano kolejne miejscowości: Rondę, Marbellę, Malagę, Verę, Guadix, ale podbicie Grenady zajęło jeszcze ponad dekadę. W 1490 roku otoczono Grenadę, a mieszkańcy zaczęli umierać z głodu. Wtedy po negocjacjach, w których królowie katoliccy Izabela i Ferdynand obiecali między innymi respektować religię swoich poddanych, król Grenady podpisał kapitulację. 2 stycznia 1492 roku Grenada otwarła swe bramy. Król muzułmański, emir Boabdil, miał wyjść do zwycięskich królów katolickich z kluczami do miasta. Ten „chrześcijański” podbój celebrował również papież Innocenty VIII, odprawiwszy procesję i mszę w tej intencji. Po ponad pięciuset latach od podboju Grenady świętowanie tego momentu wciąż trwa.
Stowarzyszenie Grenada Otwarta sprzeciwia się współczesnemu celebrowaniu La Toma. Powołuje się przy tym na dane historyczne. Podboje królów katolickich trwały latami, choć dziś mówi się głównie o Grenadzie. Kiedy w 1085 roku Toledo zostało odbite przez katolików, większość rzemieślników i kupców była muzułmanami, a nowo powstałe królestwo katolickie potrzebowało ich pracy i wiedzy. Podobnie było w innych miejscach. Tych, którzy nie przeszli na katolicyzm, nazywano mudéjeres. Ich status początkowo był podobny do tego, jaki miały mniejszości chrześcijańskie na terenach podbijanych przez muzułmanów. Zachowywali swoją religię, zwyczaje. Mieli prawo do kontynuowania swojego zawodu. Każda muzułmańska społeczność miała swojego muzułmańskiego zwierzchnika, naznaczonego przez króla. W zamian płacono daniny.
Ten spokój i współistnienie różnych religii nie trwały jednak długo. Po podbiciu Grenady wszystko zaczęło się zmieniać. Na początku XVI wieku pojawiły się antymuzułmańskie napięcia. Miała na to wpływ ich dobra sytuacja materialna.
W roku podbicia Grenady wypędzono z katolickiej Hiszpanii Żydów, którzy nie chcieli wyrzec się swoich wierzeń. To było preludium do tego, co miało się stać z muzułmanami. Wkrótce królowie katoliccy przestali przestrzegać postanowień z kapitulacji Grenady. Dla kardynała Francisca Jiméneza de Cisnerosa stopniowe przejmowanie wiary katolickiej trwało zbyt długo. W 1499 roku odwiedził on Grenadę i nakazał spalić muzułmańskie książki. Rebelia muzułmanów, którzy poczuli się w ten sposób poniżeni, trwała rok. W ramach kary nakazano im przymusowy chrzest lub wygnanie. W 1525 roku te środki zastosowano także w pozostałych prowincjach. Niektórzy muzułmanie znajdywali wtedy schronienie w innych hiszpańskich prowincjach, takich jak Walencja i Aragonia, a potem znowu musieli uciekać i szukać nowej kryjówki. Szacuje się, że w ciągu ponad stu lat wypędzono pół miliona muzułmanów.
Działo się to w trudnym dla hiszpańskiej gospodarki momencie. Całe wsie się wyludniały, mnóstwo ziem przestało wydawać plony, a niektóre zawody przestawały istnieć. Muzułmanie z Półwyspu Iberyjskiego trafili do Afryki Północnej, ale i tam ich asymilacja nie przebiegała dobrze. Różnili się od lokalnych ludzi kulturą i sposobem życia. Nie pasowali już do środowiska Berberów, a szesnastowieczna Hiszpania po prostu ich nie chciała. Andaluzyjski poeta Antonio Machado tak o nich pisał:
Jestem jak ci ludzie, którzy przybyli na moją ziemię,
jestem rasy moro[1], starej przyjaciółki słońca,
gdzie wszystko zdobyli i wszystko stracili.
Mam narodową duszę hiszpańskiego Araba.
– To dziedzictwo, którym się oddycha, to nasza esencja – mówi José Manuel Sánchez.
To wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. Jest psychologiem i seksuologiem z wykształcenia, ale od lat pasjonuje się historią Andaluzji i działa na rzecz dialogu międzykulturowego oraz praw człowieka. Dziś dziedzictwo arabskie w Andaluzji widać niemal na każdym kroku. Dla José to nie tylko pałace, mury obronne, wieże, meczety zamienione na kościoły czy obiekty UNESCO. To znacznie więcej.
Choćby język. Połowa nazw ponad stu gmin w prowincji Malaga zaczyna się od kombinacji al, czyli ma pochodzenie arabskie. To wszystkie rzeki, które w nazwie mają guada, jak na przykład Gwadalkiwir (Guadalquivir), piąta najdłuższa rzeka Hiszpanii. Ale to wciąż tylko część arabskiego dziedzictwa.
Panowanie Arabów na Półwyspie Iberyjskim pozostawiło po sobie ogromną spuściznę, która do dziś wpływa na hiszpańską kulturę, naukę i codzienne życie. Dzięki cywilizacji al-Ándalus Europa poznała między innymi liczbę zero, rozwinęły się medycyna, matematyka i filozofia. Arabowie przywieźli też do Hiszpanii nowe rośliny i produkty, które stały się podstawą późniejszej kuchni hiszpańskiej – ryż, arbuzy, bakłażany, granaty, kolendrę czy soczewicę. Kordoba, stolica kalifatu, była w X wieku jednym z najważniejszych centrów naukowych świata. Tłumaczono tam na arabski, hebrajski i łacinę tysiące starożytnych tekstów greckich, tworząc bibliotekę liczącą ponad pół miliona ksiąg. Działał tu słynny uniwersytet, który przyciągał nie tylko muzułmanów, lecz także chrześcijańskich studentów z całej Europy.
Kordoba była symbolem cywilizacyjnego rozkwitu – drugim po Konstantynopolu miastem Europy liczącym około stu tysięcy mieszkańców. Miała oświetlone ulice, kanalizację, dostęp do bieżącej wody. Na tle reszty kontynentu, pogrążonego jeszcze w mrokach średniowiecza, al-Ándalus jawił się jako oaza postępu i tolerancji. „W czasach kalifatu muzułmańska Hiszpania była najbardziej ludnym i najlepiej prosperującym krajem Europy”3 – można wyczytać na stronach prestiżowej Encyklopedii Britannica.
– „Wy, Hiszpanie, a zwłaszcza Andaluzyjczycy, nie macie własnej tożsamości. Jesteście w połowie Arabami, macie korzenie rzymskie, fenickie…” – wymieniał mój przyjaciel Francuz. A ja mu odpowiedziałem: „I całe szczęście” – stwierdza José Manuel Sánchez.
Dziś prawie dziesięć procent populacji Andaluzji stanowią obcokrajowcy4, choć są gminy, gdzie odsetek ten sięga trzydziestu procent. José mówi, że z tolerancją bywa różnie. Wszytko zależy od perspektywy. Jeśli ktoś jest znanym piłkarzem marokańskiego pochodzenia i zdobywa punkty dla reprezentacji Hiszpanii, to oczywiście jest ulubieńcem. Nie wszyscy jednak dostrzegają tysiące pozostałych imigrantów, którzy w Hiszpanii uczciwie pracują i płacą składki.
– Dla mnie nie ma gorszych i lepszych imigrantów. Gdyby nie ci z Maroka, pewnie nie miałbym gdzie kupować owoców i warzyw. Bo to oni prowadzą tu większość warzywniaków – mówi José.
Imán jest wysoka, szczupła i ma kasztanowe, farbowane włosy. Zawsze elegancka. Mówi wolno i z gracją. Po dwudziestu latach życia w Hiszpanii jej akcent jest trudny do wychwycenia. Jak na polityczkę przystało, mądrze dobiera słowa. Początkowo, kiedy spotykamy się na popołudniowej kawie w Benalmádenie na Costa del Sol, jest nieufna. Przed ostatnimi wyborami regionalnymi w 2023 roku była na listach Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej [Partido Socialista Obrero Español, PSOE] w Marbelli i musiała się zmierzyć z falą hejtu. Kobieta pochodzi z Maroka, ma męża Hiszpana i dwoje dzieci. Ale to marokańskie pochodzenie i „działania na rzecz obcego państwa” bezlitośnie wyciągały jej hiszpańskie media. Minęło więc sporo czasu, zanim zgodziła się ze mną spotkać i porozmawiać.
Imán el Akel tworzy rodzinę mieszaną, wielokulturową, jakich w Hiszpanii i Andaluzji tysiące. Ona muzułmanka, jej mąż – katolik.
– Obchodzimy zarówno muzułmańską fiestę del cordero [ofiarowania], jak i Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Dla naszej rodziny oznacza to więcej radości i świętowania. Chcemy z mężem, by nasze dzieci poznały obie religie, a kiedy będą dorosłe, same mogły wybrać, kim chcą być – katolikami czy muzułmanami. Edukacja jest fundamentalna, bo pustka bywa niebezpieczna – mówi Imán.
Choć w Andaluzji mieszka wielu obcokrajowców, zdaniem kobiety brakuje tu zajęć, które przybliżałyby dzieciom różne religie. Imán uważa, że w wielu szkołach uczniowie nie mogą wybrać lekcji islamu, a to pozostawia odpowiedzialność za nauczanie religii na rodzicach.
– Wolałabym, żeby dzieci mogły mieć te lekcje w szkole. Prowadzone przez sprawdzoną osobę z odpowiednim podejściem pedagogicznym. Nad nauką islamu w meczecie nie mamy kontroli, nie wiemy, kto tam naucza i co dokładnie mówi naszym dzieciom – opowiada mi Imán.
Kobieta od lat działa na rzecz imigrantów, doradza w sprawach prawnych, prowadzi też stowarzyszenie na rzecz integracji [La Asociación Humana para la Integración e Igualdad de Oportunidades, AHIO]. Jak mówi, jej ambicją jest dać społeczeństwu coś od siebie. Dlatego rozpoczęła przygodę z polityką. Marzy jej się Andaluzja bez imigranckich gett, barów zarezerwowanych tylko dla Brytyjczyków i osiedli zamieszkanych wyłącznie przez Marokańczyków.
Zdaniem Imán problem z integracją jest złożony. Potrzeba zmiany dyskursu politycznego, zaprzestania nienawiści wobec migrantów szerzonej przez partie ultraprawicowe. Trzeba też sprawić, by imigranci czuli się bezpieczni i akceptowani, wtedy nie będą się bali wychodzić ze swoich zamkniętych społeczności. Kobieta chciałaby, żeby wszystkie narodowości, które zamieszkują Andaluzję, miały wpływ na politykę. Obecnie region zamieszkuje ponad sto sześćdziesiąt różnych narodowości.
Andaluzja, największy pod względem populacji region Hiszpanii, nie powstała jako wspólnota autonomiczna z dnia na dzień. Jej tożsamość kształtowała się przez stulecia, a droga do autonomii była długa. Jej korzenie sięgają XIX wieku, kiedy to powstańcy w Kadyksie po raz pierwszy jasno wyrazili dążenie do większej demokracji i decentralizacji. Wiek później Blas Infante – nazywany dziś ojcem Andaluzji – tchnął w ten projekt ideologiczne życie, formułując manifesty i przywracając symbole, takie jak zielono-biało-zielona flaga czy hymn regionu. Kluczowy moment przyszedł jednak po śmierci Franco: 4 grudnia 1977 roku ponad półtora miliona ludzi wyszło na ulice, domagając się autonomii. W końcu referendum z 28 lutego 1980 roku – mimo kontrowersji wokół wyników w Almeríi – ostatecznie doprowadziło do uchwalenia statutu i narodzin wspólnoty autonomicznej Andaluzji, jaką znamy dziś.
Andaluzję tworzy osiem prowincji: Almería, Grenada, Huelva, Jaén, Kadyks, Kordoba, Malaga i Sewilla. Region położony jest na samym dole Półwyspu Iberyjskiego i jest południowym krańcem Europy. Andaluzja leży nad Atlantykiem i nad Morzem Śródziemnym, a jej granice wytycza też na północy łańcuch górski Sierra Morena. Na zachodzie graniczy z Portugalią, a na wschodzie ze wspólnotą autonomiczną Murcji. W regionie odnajdziemy różnorodne krajobrazy: od górskich pasm Sierra Nevada po doliny i równiny, w tym dorzecze Gwadalkiwiru, najważniejszej rzeki Andaluzji. Są też tereny pustynne lub półpustynne w prowincji Almería, a także ponad tysiąc kilometrów wybrzeża, które dobrze znane jest turystom z całego świata.
Dzień Andaluzji, 28 lutego, w 2025 roku zbiega się z początkiem karnawału w Kadyksie[2]. W ten piątek na ulicach widać tylko grupki przebierańców, jakby reszta zbierała siły przed sobotą. Gdzieniegdzie, pośród gąszczu białych budynków z płaskimi czerwonymi dachami i małych krętych uliczek, zbiera się tłum. To znak, że trwa uliczna chirigota, czyli występy satyryczne słynące z dowcipnych tekstów i nawiązań do polityki i aktualnych problemów. W tym roku satyrycy wyraźnie upodobali sobie poważniejsze tematy, zwłaszcza migrację i wojnę w Gazie.
Kadyks to miasto położone na trzech wyspach, stąd lokalni mieszkańcy lubią mówić, że pochodzą z Cádiz-Cádiz-Cádiz. To jedno z najstarszych miast Hiszpanii – ma ponad trzy tysiące lat. Fenickie sarkofagi, rzymskie ruiny, arabska przeszłość: wszystkie te warstwy nakładają się tu na siebie. Przez stulecia Kadyks był portem wypraw i powrotów. Z tych okolic w XV wieku ruszyły statki drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba. Miasto przetrwało oblężenie napoleońskiej floty, a w 1812 roku stało się miejscem narodzin pierwszej hiszpańskiej konstytucji, znanej jako La Pepa.
Paulę poznaję w Kadyksie dzięki znajomym. Dwudziestokilkulatka pochodzi z Jaén, regionu słynącego z oliwek. Interesuje się, czy jako wzorcowi Andaluzyjczycy zjedliśmy dziś na śniadanie chleb z oliwą z oliwek z odrobiną cukru.
– Jak to nie? To tradycja. Dziś Dzień Andaluzji, już nawet dzieci w podstawówkach o tym wiedzą – oburza się Paula. Patrzą na nią dwie Polki, Chinka i Katalonka. Z pewnością w naszych podstawówkach podawano inne śniadania.
28 lutego to dzień, w którym Andaluzyjczycy czują się dumni z tego, kim są i gdzie mieszkają.
Choć i oni, podobnie jak ich reprezentantka w rządzie, ministerka finansów María Jesús Montero, czasami latami muszą znosić złośliwe komentarze za swój andaluzyjski akcent, przez wielu uznawany po prostu za niechlujny, tak wyróżniający się na tle wzorcowej wymowy Madrytczyków.
Juanma Moreno, prezydent Andaluzji, podczas obchodów 28 lutego 2025 roku mówił, że Andaluzyjczykami są wszyscy, którzy pracują dla regionu. Nie tylko ci, którzy się tu urodzili. Bo Andaluzja jest otwarta i tolerancyjna, a Andaluzyjczycy są liderami w dodawaniu serca do wszystkiego, co robią. Po części trudno nie zgodzić się z prezydentem Morenem. Wielu mieszkańców regionu do życia podchodzi z pasją i duszą, con alma. To jedna z cech charakterystycznych Andaluzyjczyków – jeśli już coś robią, wkładają w to całe serce. Ale ta opowieść ma też inną warstwę. Andaluzja to nie tylko piękne krajobrazy, słońce i setki kilometrów wybrzeża – to także bogata kultura, tradycje i spór o to, kim są jej mieszkańcy. Dziedzictwo arabskie bywa tu atrakcją turystyczną, symbolem dumy, ale dla niektórych również politycznym ciężarem.
[1] Ci z muzułmanów, którzy się ochrzcili, zyskiwali miano moriscos, co pochodzi od słowa moro – Maur. Współcześnie część Marokańczyków uważa, że określenie „moro” jest dla nich obraźliwe.
[2] Po hiszpańsku Cádiz.
Purullena na pierwszy rzut oka może wydawać się zwyczajnym prowincjonalnym miasteczkiem. Nieco ponad dwa tysiące mieszkańców, kilka sklepów, parę barów, a po większe zakupy trzeba jechać aż pięćdziesiąt kilometrów do Grenady. Jednak ta percepcja zmienia się, gdy spogląda się na Purullenę z lotu ptaka. Z góry widać długie rzędy brązowych zboczy gór wcinających się w głąb miasteczka – wewnątrz nich kryją się setki zamieszkanych do dziś jaskiń.
To właśnie dlatego Purullenę nazywa się „miastem jaskiniowców”. Nie znaczy to, że wszyscy żyją w grotach, ale ponad połowa mieszkańców wciąż pielęgnuje tę tradycję. Biała zabudowa pozostałych domów tworzy wyraźny kontrast z brązem skał z licznymi wejściami do grot. A w tle, daleko za miastem, połyskuje śnieg na szczytach Sierra Nevada, górującej nad całą prowincją.
Francisco mówi, że wkrótce i Picón de Jérez pokryje się odcieniami zieleni i brązu. Taki mamy klimat. Choć kiedy Francisco był nastolatkiem, to śnieg na szczycie trzytysięcznika widoczny był przez cały rok. Teraz jest koniec maja, a słupki rtęci już wskazują ponad trzydzieści stopni Celsjusza.
Paco – bo tak na Francisca mówią bliscy – jest niskim, szczupłym brunetem po czterdziestce, który wraz z żoną prowadzi muzeum jaskiń La Inmaculada [Niepokalanej Maryi] w Purullenie. Nazwa jest nieprzypadkowa. Gdy ogłosili rodzinie i sąsiadom, że chcą otworzyć muzeum, okazało się, że przedmiotami, które najchętniej przekazywano, były obrazy Matki Boskiej. Zwłaszcza młodzi ludzie bardzo chcieli się ich pozbyć. Otwarcie muzeum było im więc trochę na rękę.
Dom i muzeum z zewnątrz przypominają zwykły budynek. Fasada nie różni się od sąsiednich budynków, a zewnętrzne ściany zdobią talerze. Wejście do muzeum oznacza przejście przez dom Paca i Maríi Ángeles. Na początku przez kuchnię i łazienkę, a później także przez pokoje ich dzieci i sypialnię. To nieprzypadkowy plan, bo aby podłączyć wodę i prąd, łazienka i kuchnia muszą znajdować się przy samej fasadzie budynku. A im dalej w głąb jaskini tym chłodniej i ciszej.
Przez dom Paca i Maríi Ángeles w każdym tygodniu przechodzą setki turystów, bo muzeum otwarte jest praktycznie całe dnie. Często oprowadzają nawet pojedyncze osoby. Para nie wstydzi się pokazywać swojego domu, choć przy dwojgu dzieciach bywa, że turyści mogą natrafić na porozrzucane zabawki czy niepozmywane naczynia. Oboje wybuchają śmiechem, kiedy o to pytam. Porozumiewawczo wymieniają spojrzenia, ale nie chcą wchodzić w szczegóły.
Tuż za kuchnią centralnym punktem w domu jest salon, gdzie jeszcze odbiera internet i jest w miarę jasno. Białe ściany zdobią talerze, rodzinne zdjęcia i wycinki z zagranicznych gazet. Jest na przykład artykuł z niemieckiej prasy o nagrodzie za innowacyjność z 2007 roku, bo rodzina Paca, jak się okazało, stworzyła najprawdopodobniej pierwsze muzeum jaskiń w regionie. Wprawne oko turysty od razu dostrzeże tu też dwa wgłębienia na ścianie, niepasujące do reszty otoczenia. Dawniej karmiono w nich zwierzęta, ale nikt tego nie zamurował.
Zresztą do budowy domów w jaskini nie używa się żadnych materiałów budowlanych. Jaskinie drąży się w górach, a te w Purullenie w większości są z gliny. Jedynym materiałem, który wciąż stosuje się w jaskiniach, jest wapno, ale to tylko do wybielania skał. Dzięki niemu dom sprawia wrażenie jaśniejszego i czystego. Poza tym nie ma tu okien, więc nie wstawia się też drzwi między pomieszczeniami, za to wiesza zasłony, aby powietrze mogło krążyć. Surowiec, z którego zbudowana jest jaskinia, ma niwelować ryzyko trzęsienia ziemi.
Rodzina Paca żyje w jaskiniach od pięciu pokoleń. Historia zaczęła się w 1876 roku, kiedy dziadek babci Paca stworzył pierwszą izbę. Potem jaskinia przechodziła z ojca na syna, a jej wnętrze rosło wraz z kolejnymi pokoleniami. Kuto nowe pomieszczenia, przebijano przejścia, drążono całe piętra wzdłuż góry. Dziś rodzina Paca ma właściwie trzy jaskinie: jedną zamieszkaną, dwie pozostawione puste i zamienione w muzeum.
W tej drugiej czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku – drewniane łóżka z ciężkimi narzutami, kredens z porcelaną, telewizor z wystającą anteną. Trzecia to królestwo przedmiotów, które wyszły z użycia w okolicznych wsiach: sierpy, moździerze, gliniane dzbany, kołowrotki i lampy naftowe. Każdy przedmiot opowiada historię ludzi. Tych, którzy potrafili uczynić z jaskiń swój dom.
Historia muzeum jaskiń w Purullenie sięga dwudziestu pięciu lat. Założył je ojciec Paca, trochę z wyboru, a trochę z konieczności. Odkąd Paco pamięta, do ich domu w jaskini pukali przejezdni. Z ciekawości chcieli zajrzeć do środka i zobaczyć, w jakich warunkach się tam żyje. Z czasem wieść o „nieformalnym” muzeum przekazywano pocztą pantoflową i wizyt z roku na rok było więcej. Paco chciał zostać stolarzem, zdobył nawet wykształcenie, ale porzucił fach i postanowił zaangażować się w rodzinne muzeum. Był rok 2002, kiedy zaczął robić kursy z zarządzania, obsługi klienta, zarządzania kryzysem, a także nauczył się języków obcych. Chciał w ten sposób przygotować się do pracy w turystyce i do prowadzenia muzeum. Mówi, że najlepsze w jego pracy jest to, że nie czuje, iż pracuje.
– Odwiedzają nas osoby z różnych stron świata. To trochę tak, jakbym podróżował bez wychodzenia z domu. Poznaję ich kulturę, język, słucham anegdot i dzielę się z nimi moimi korzeniami oraz tradycją życia pod ziemią. Mówię im też, że moje trzy jaskinie nie są jedyne. Tylko w prowincji Grenada mamy ponad dwadzieścia tysięcy jaskiń zamieszkanych przez ludzi – opowiada Paco.
Pierwsze udokumentowane ślady życia w jaskini w tym regionie sięgają XV i XVI wieku, kiedy w okolicy dochodziło do wielu konfliktów, a katoliccy królowie odbijali Andaluzję z rąk Maurów. Zgodnie z legendą muzułmanie w pośpiechu porzucali swoje domy w mieście i uciekali do jaskiń. Niektórzy przechodzili na katolicyzm, ale nadal mieszkali w grotach.
Zdaniem Paca jednak ludzie od zawsze prowadzili osadnictwo w regionie. Jego teorię ma popierać fakt, że dziesiątki tysięcy lat temu pierwsi Europejczycy też mieszkali w jaskiniach. Prowincja Grenada, w której leży Purullena, należy do Światowej Sieci Geoparków UNESCO. W czasie hiszpańskiej wojny domowej w jaskiniach chronili się przeciwnicy dyktatora Franco, a także ci, którzy chcieli osiąść na łonie natury, żyć z dala od chaosu i walk obu band.
Przez lata mieszkanie w jaskini nie cieszyło się najlepszą sławą. Było przejawem wykluczenia społecznego albo alternatywą dla ubogich, których nie stać na budowę tradycyjnego domu. W latach czterdziestych Jiménez Congo-Argüelles, delegat do spraw zdrowia w prowincji Almería, pisał, że jaskinie są problemem społecznym, a wilgoć i brak okien są zagrożeniem dla zdrowia publicznego, bo mogą stać się źródłem epidemii tyfusu. Na początku XX wieku opuszczone i zniszczone jaskinie w prowincji Grenada zaczęli zasiedlać obcokrajowcy migrujący głównie z Maroka, Ekwadoru, Argentyny i Kolumbii.
Paco i jego rodzina mieszkają w jaskini z wyboru, a nie z konieczności. Podobnie jak ponad tysiąc innych rodzin w Purullenie. Według spisu ludności z 2021 roku domy jaskinie są średnio dwa razy większe od typowych mieszkań w regionie. Ich lokatorami bywają głównie kobiety po siedemdziesiątce, choć coraz częściej trafiają się też młodsi, szukający ciszy, naturalnej izolacji i wyjątkowej atmosfery. Na stronach z ofertami nieruchomości można znaleźć ogłoszenia z regionu: od prostych grot za dwadzieścia pięć tysięcy euro po siedmiopokojowe, luksusowe jaskinie z garażem i tarasem, wyceniane nawet na sto siedemdziesiąt tysięcy.
Paco godzinami mógłby opowiadać mi o zaletach takich mieszkań. Zawsze podkreśla, że to naturalne domy, dobrze wpisujące się w krajobraz miasteczka. Jest w nich też obecnie wszystko, co dziś potrzebne, aby funkcjonować – kanalizacja, woda, prąd, telewizja czy internet. Kiedy tak zwiedzamy jaskinie, Paco prowadzi nas do ostatniego pomieszczenia – do sypialni w samej głębi. Mężczyzna nagle milknie. Chce nam pokazać, że jest tu tak cicho, że bez problemu można usłyszeć nawet muchę.
W części etnograficznej muzeum jest też termometr na ścianie. Na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, a tu słupek rtęci każdego dnia niemal bez zmian. Temperatura w jaskini w ciągu całego roku waha się między osiemnastoma i dwudziestoma dwoma stopniami Celsjusza. Wnętrze nie wymaga więc ani klimatyzacji, ani grzejników. To nie tylko bardzo ekonomiczne, ale też zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Nie dziwi, że Andaluzyjskie Stowarzyszenie Jaskiń Turystycznych z Guadixu tak promuje swoje „podziemne apartamenty”: „Przyjedź i ukryj się w jaskini, kiedy andaluzyjskie słońce daje się we znaki” albo: „Poczuj tu spokój, którego tak dziś potrzebujemy na świecie”, „Bez zgiełku i stresu”5.
Paco cieszy się, że odwiedza go wielu zagranicznych turystów – szacuje, że stanowią aż osiemdziesiąt procent wszystkich odwiedzających. Regularnie, w czwartki, oprowadza grupy z Polski. A wycieczki organizuje jedno z biur podróży. Przyjeżdżają też turyści z Francji, Włoch czy Danii, podczas gdy Hiszpanów jest stosunkowo niewielu. Ci, którzy tu docierają, zwykle chcą zobaczyć, jak kiedyś żyli ich dziadkowie czy pradziadkowie.
– My, Hiszpanie, nie chadzamy tak często do muzeów, za to doskonale wychodzi nam odwiedzanie barów – mówi Paco.
Kiedy późną wiosną przejeżdża się przez Purullenę, nie sposób nie poczuć zapachu brzoskwini – dumy regionu. Purullena leży na równinie nawadnianej przez trzy rzeki, otoczona jest przez gliniane wzgórza. Tylko małe białe wystające kominy manifestują tu obecność domów jaskiń, skrzętnie ukrytych i zabudowanych fasadą przypominającą zwykłe domy.
Przysadziste, a czasem bardziej smukłe kominy, są typową cechą architektoniczną jaskiniowych domów. Widzę je też w okolicznej gminie Benalúa, zamieszkanej przez nieco ponad trzy tysiące mieszkańców. Na drodze czeka na nas smukły i wysoki mężczyzna w małych okrągłych okularach, podobnych do tych, które nosił John Lennon. Gdyby nie jego posiwiałe już włosy, trudno byłoby przypuszczać, że ten pełen energii mężczyzna jest po siedemdziesiątce. Od przywitania zaczyna sypać żartami. „Estoy como una cabra”, co oznacza mniej więcej „czuję się trochę szurnięty”.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
1 Abascal rememora Reconquista y promete que España ser muro de Europa ante avance islamista, 8.02.2025, youtube.com, t.ly/QgOVx, dostęp: 3.03.2026.
2 F. García Lorca, Diálogos de un caricaturista salvaje. Federico García Lorca habla sobre la riqueza poética y vital mayor de España, „El Sol”, ace.uoc.edu, t.ly/vCeGh, dostęp: 3.03.2026 (o ile nie podano inaczej, cytaty oryginalnie hiszpańskojęzyczne w przekładzie autorki).
3Caliphate of Córdoba [w:] Encyclopaedia Britannica, britannica.com, t.ly/-FpqJ, dostęp: 3.03.2026.
4 Krajowy Instytut Statystyczny [Instituto Nacional de Estadística, INE], ine.es, t.ly/9tVFR, dostęp: 3.03.2026. Z 8 631 862 mieszkańców Andaluzji 852 791 to obcokrajowcy, dane z 1.01.2024.
5 Oficjalna strona internetowa La Asociación Andaluza de Cuevas Turísticas, cuevas.org, t.ly/GM8AA, dostęp: 3.03.2026.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
