Gdzie rosną cedry. Zapiski z wędrówki przez Japonię - Mod Craig - ebook + audiobook + książka

Gdzie rosną cedry. Zapiski z wędrówki przez Japonię ebook

Mod Craig

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Japonia, jakiej nie znasz.

Droga, która prowadzi w głąb siebie.

Na półwyspie Kii cedrowe lasy toną w porannej mgle, tradycyjne pensjonaty minshuku kuszą przytulnym ciepłem, a święte bramy torii prowadzą do świata dawnych bogów.

Craig Mod wyrusza prastarym szlakiem Kumano Kōdō, ktorego kamienie szepczą pod stopami historie dawnych cesarzy, skromnych pielgrzymów i surowych rytuałów inicjacyjnych.

W podróż zabiera wyjątkowego towarzysza – przyjaciela z dzieciństwa, który zginął tragicznie wiele lat temu i z którego stratą wciąż nie może się pogodzić. Czy ich drogi musiały się rozejść? Czy mógł coś zrobić, by go ocalić? Podczas wędrówki przez jedne z najbardziej malowniczych zakątków Japonii, Craig stopniowo odnajduje spokój, a rozmowy z nielicznymi mieszkańcami tego regionu stają się dla niego cennymi lekcjami uważności.

Ta wzruszająca opowieść koi umysł i zaprasza do wspólnej wędrówki.

Dla wszystkich, którzy wierzą, że to droga jest celem.

Jedna z najlepszych książek 2025 roku według Kirkus Reviews

Jedna z najlepszych książek 2025 roku według Shelf Awareness

Jedna z 10 najlepszych książek non-fiction 2025 roku według Smithsonian Magazine

„Wspaniała… Przeplatana zachwycającymi czarno-białymi fotografiami wiosek i krajobrazów, które napotkał Mod, zachęca czytelników do bliższego przyjrzenia się swojemu otoczeniu”. „Publishers Weekly”

„Medytacyjny dziennik podróży po tej części Japonii, którą niewielu turystów kiedykolwiek widziało. Zapiski Moda wykraczają daleko poza prywatne wspomnienia – to wzorowa opowieść podróżnicza, jednocześnie pouczająca i zabawna”. Kirkus Reviews

„Przepiękna, poruszająca, nieustępliwa i życzliwa książka, która może stać się klasykiem gatunku”. David Mitchell, autor bestsellera Atlas chmur

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 235

Data ważności licencji: 3/27/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuTHINGSBECOMEOTHERTHINGS: A Walking Memoir

Copyright © 2025 by Craig Mod

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence techno­logies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).

This edition published by arrangement with Random House, an imprint and division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the translation by Mikołaj Denderski

Projekt okładki Eliza LutyGrafika na okładce © rawpixel

Ilustracje w książceZdjęcie na stronie 31: ©1988 MASH • ROOM / AKIRACOMMITTEEAll Rights Reserved.Zdjęcie na stronie 137: © 1952 TOHOCO., LTDIlustracja na stronie 179: © Luis Mendo 2023Wszystkie pozostałe ilustracje pochodzą z archiwum autora.

Redaktorka nabywająca Dominika KardaśRedaktorka prowadząca Magda JankowskaAdiustacja Jakub KornackiKorekta Beata Stefaniak-Maślanka, Justyna OstafinKoordynator produkcjiJakub Kornacki, Maria GromekOpieka promocyjna Julia Adamek

ISBN 978-83-8427-230-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Siema

Skoro ostatni raz rozmawialiśmy dwadzieścia lat temu, wypadałoby jakoś nadrobić zaległości. W wielkim skrócie: mam czterdzieści jeden lat. Kiedy miałem dziewiętnaście, przeprowadziłem się do Japonii. Bardzo dużo chodzę tutejszymi starymi drogami; zwykle samotnie, zawsze kompulsywnie.

Chodzę po dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, czasem więcej, aż stopy zaczynają mi omdlewać, miejscami piec, jakby zostały zmielone. Przestaję dopiero, gdy wiem, że nie zdołam już postawić ani jednego kroku. I to samo robię następnego dnia. I kolejnego. Powtarzam tę czynność codziennie tygodniami, miesiącami. Przychodzi mi to z łatwością, całkiem jakby moje ciało czekało na to przez całe życie. Robię zdjęcia tym, których spotykam, temu, co zobaczę, banałom życia, które mijam po drodze. Nagrywam swoje spostrzeżenia na dyktafon, gadając do siebie jak tamta kobieta z siatami, którą widywaliśmy wałęsającą się po chodnikach naszego przedmieścia. (Dlaczego nikt z nas nie próbował jej pomóc?) Każdego wieczoru przez trzy, cztery albo i pięć godzin przeglądam i segreguję fotografie, opracowuję notatki, robię pranie, gawędzę z właścicielami i właścicielkami zajazdów, tworzę archiwum. Dokąd to wszystko prowadzi? Tutaj, trzymasz to w ręku. To przypomina praktykę ascetyczną. Golę nawet głowę, jakbym był zawodowym żebrakiem, dla którego jałmużną są opowieści. To wędrówka, owszem, ale też seria związków z ludźmi i przedmiotami: sens rodzi się w pokazie slajdów złożonym z twarzy, dawnych opowieści, nowych opowieści, historii, pól, wspinaczek przez sosnowe lasy i salony pachinko.

Przy drodze przed sobą widzę coś, co może być kissą, tanią restauracją w starym stylu. Te lokale stały się moimi ulubionymi miejscami na świecie. Kissaten, w skrócie kissa, to japoński bar atmosferą przypominający amerykańskie dinery z połowy ubiegłego wieku, tyle że z całkowicie własną estetyką właściwą światom lustrzanym. Niskie laminowane stoły, niskie krzesła. Mówią na nie „krzesła kanapowe”. (Cudowne – krzesła kanapowe!) Kissy to zadymione, trzeszczące ośrodki miejscowych społeczności. Posiedź we właściwej przez godzinę, a nawet jeżeli nie spotka cię nic szczególnego, wyjdziesz stamtąd z lepszym pojęciem o okolicy, w której się znalazłeś. Płócienne markizy lokalu, do którego akurat się zbliżam, wyglądają jak potargane przez burze. Wierz mi, miejsce wydaje się opuszczone. Tak jakby zostało zamordowane i wrzucone do rowu, potem ktoś je wyciągnął, poddał oględzinom, stwierdził, że jest do niczego, i cisnął z powrotem w rów. Ale tego dnia jest gorąco, ja czuję pragnienie, a napis u wejścia pozdrawia: „Siema”.

W środku właścicielka pogrążona w lekturze gazety w uniesionej ręce trzyma kopcącego papierosa. Nie podnosi wzroku znad strony.

Tostów nie ma, mówi. (Często podają tosty).

Jest kawa mrożona?

Tak, kawa jest. (Kawę mrożoną podają zawsze).

Lokal jest pusty. Korzystam z toalety, która jest w doskonałej formie: tradycyjny fajansowy otwór w podłodze z porcelanowych kafelków. Toaleta z innej epoki, przy korzystaniu wymaga dobrego poczucia równowagi i mięśni pośladków godnych zapaśnika sumo. Widziałem kiedyś toaletę wykonaną specjalnie dla cesarza. Znajdowała się w wiosce przy innym historycznym szlaku, znanym jako Kiso-ji, daleko od tej kissy.

Setki lat temu rozeszła się tam pogłoska, że przez wieś ma przejeżdżać cesarz. A niech by tak musiał akurat do sracza! Więc zbudowali mu przepiękną ubikację – drewnianą. (Tak jest, drewnianą ubikację). Dziura w podłodze w kształcie zaokrąglonego prostokąta, obrzeżona gałęziami cyprysu, wypełniona piaskiem, z poręcznym uchwytem pomocnym przy utrzymywaniu równowagi. Wystarczy podwinąć kimono i mocno się chwycić. Sufit stanowiła misternie wyplatana strzecha. Zaprawdę chytrze pomyślane miejsce opróżniania bebechów w dystyngowany sposób. Skąd ten dół z piachem, zupełnie jakby cesarz był kotem? Stąd, że jego stolec należało poddać badaniu. Zajmował się tym Wielki Przesiewczy. Facet, który analizował każde cesarskie wypróżnienie, by można było mieć pewność, że z bóstwem wszystko w porządku. Co za robota! Możesz nie wierzyć, ale takie fuchy istnieją. Te historie, które sobie opowiadamy, to, jak wywyższamy jednego człowieka ponad innego – takie uznaniowe, takie dziwaczne. Z tamtej toalety pośrodku niczego nikt nigdy nie skorzystał. Ale miasteczko przemieniło ją w swego rodzaju relikwię, traktuje jak atrakcję. Jeśli jest się w pobliżu, można odwiedzić to miejsce.

Tutaj, w Siemie, ubikacja jest mniej więcej taka sama, tylko zamiast piasku ma kanalizację i nie ulega wątpliwości, że korzystano z niej tysiące razy. Obok znajduje się wyszczerbiona aluminiowa popielnica. Lokal, niegdyś wypełniony dymem tytoniowym, wciąż jest przesiąknięty spalinami z płuc tysiąca palaczy. Ze względu na igrzyska olimpijskie prawodawstwo w ostatniej dekadzie uleg­­ło zmianom. (Olimpiada przemieniła Tokio już wcześniej, w 1964 roku, i po raz kolejny w 2020 roku). W 2000 roku, kiedy tu przyjechałem, miało się wrażenie, że palą wszyscy i wszędzie. Trzeba było wziąć prysznic trzy razy, żeby się pozbyć zapachu dymu z włosów. Teraz jest bardziej restrykcyjnie. Prawie nigdzie nie można palić. Te stare kissy opierają się jako ostatnie. Przy tym utrzymują dawne porządki głównie z szacunku do stałych bywalców, którzy palili w tych wnętrzach co rano przez większość życia.

Wracam z toalety i na stoliku czeka już mrożona kawa. Właścicielka sprawia wrażenie, jakby nie ruszyła się w ogóle z miejsca, jakby kawa sama się zrobiła. Biorę łyk. Krzywię się, kaszlę. Jest zaskakująco słodka. Przypomina mi się kawa, którą można dostać w obozie u podnóża Annapurny (jednego z pierwszych celów, do których podróżowałem sam): rozpuszczalna, z masą cukru. Gdy tam dotarłem, głowa pękała mi z powodu choroby wysokościowej. Nad obozem zwieszał się skalny parapet wyrastający z czoła im­ponującej moreny. Ponieważ nie mogłem zasnąć, wypuściłem się sam w noc z termosem słodkiej kawy wciśniętym pod kurtkę, usiadłem na krawędzi tej rozległej zamarzłej równiny i wpatrywałem się w górujące nade mną szczyty Maćhapućhare, Hiunćuli, Singu Ćuli i Gangapurny, no i rzecz jasna w samą ośmiotysięczną boską Annapurnę. Wskazówka zegara się poruszyła, a ja skończyłem dwadzieścia osiem lat, czując się tak małym i zagubionym, jak czułby się każdy w takim miejscu, miejscu podobnym do Księżyca. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale zbliżałem się do końca trudnej dekady życia i sprawy miały niebawem zacząć się układać. Za to w tamtej chwili ze wszystkich sił musiałem się powstrzymywać, żeby nie rzucić się z krawędzi na spotkanie całego tego piękna i samotności.

Odchrząkuję i zagaduję: To miejsce długo już działa, co? Właścicielka się śmieje i mówi: Siema? Będzie trzyijści pięć lat, jak prowadzę ten lokal. Może trzyijści sześć. Raczy’ trzyijści pięć.

Dodaje, jeszcze trochę rechocząc: Do licha, całkiem długo. Moglibymy zwinąć interes w tej chwili. Moglimy zamknąć dawno temu.

Na Półwyspie czas płynie inaczej. Trudno to wytłumaczyć, ale tutaj jak gdyby się zatrzymał w bardzo konkretnym momencie, czterdzieści lat temu, a wszystko, co dziś zostało, utraciło precyzję i zatacza błędne koła. W tej nieprecyzyjności czuję jakąś łagodność, coś w rodzaju rozgrzeszenia. Do medytowania nad przeszłością Półwysep nadaje się równie dobrze jak każde inne miejsce. Ludzie tutaj utrzymują zdrowe stosunki z rozkładem. Porządny sztorm mógłby zmieść stąd wszystko w jedną noc. I w porządku, wydają się mówić, a czasami mówią to wprost.

Patrzę dookoła po przyrządach do parzenia kawy i stołkach. Do ściany przytwierdzono karnety na pieczątki. Kup dziewięć filiżanek, a dziesiątą otrzymasz w prezencie. Coś w tym stylu. Kissy tradycyjnie utrzymują instytucję karnetów dla swoich stałych klientów. Chociaż to, czy stali klienci Siemy jeszcze dychają, to osobna kwestia. W kącie szklany stół z dżojstikiem z każdej strony i ekranem do gier wideo pod blatem. Gdy byliśmy dzieciakami, uwielbialiśmy tak spędzać czas. Tłusta pizza, Pac-Man za ćwierć dolara i godziny lata ulatniały się jak dym. Tu ekran jest wyłączony, wygląda, jakby nigdy go nie włączono. Zepsute od dawna?, pytam. Wieki, odpowiada właścicielka.

Nie kwestionuje mojego prawa do bycia tutaj, nie wadzi jej wielki plecak, który dźwigam. To mój pierwszy dzień chodzenia od dłuższego czasu i nie bardzo mam konkretny plan. Ale to, że natknąłem się na Siemę, to, że piję tę smętną mrożoną kawę, rozmyślając o pozbawionych życia morenach i cesarskich toaletach – to wszystko wydaje mi się dobrym znakiem. Moim celem jest po prostu robić „swoje”, chodzić dawnymi drogami Półwyspu przez trzydzieści, może czterdzieści dni. Zobaczymy, jak wyjdzie. Nigdzie się nie spieszę.

Zrzędliwa sprezzatura właścicielki mi imponuje. Kobieta jest niewiarygodnie wyluzowana. Zwisa jej po całości. Mówi ogólnikami, zagadkami, jakby rozgrywała ze mną partię ping-ponga, zamiast piłeczki zagrywając mokrą gąbkę. Moglibyśmy gadać o tylu rzeczach. A gadamy akurat o kompetencji albo niekompetencji rządu. O tym, że wirus to, wirus tamto. Świat się wykoleił i nie wiadomo, czy się naprostuje. Kto wie, gdzie się zaczaił wirus, zresztą, do diabła, kogo to obchodzi. Mówi: Mam mieć pretensję, że ktoś chce się napić? Teraz już z każdego może wyleźć praktycznie wszystko.

Mogę tylko się roześmiać i przyznać jej rację.

I dopijam słodką ciecz, płacę i pytam, czy wolno mi sfotografować lokal. Odburkuje przyzwalająco.

Pochmurny dzień, słabe światło. Na ścianie po­żółk­ły od dymu papierosowego portret piękności z amerykańskiego Południa. Tak przelatują kolejne dziesięciolecia.

Chodzący

Trzydzieści, może czterdzieści dni – oto mój plan. Plan chodzenia. Nie jestem szczególnie przybity, nie dopadła mnie wielka pustka, ale coś od dłuższego czasu jest nie tak. Czuję się niespokojny. Może to covid – to, jak wirus ogarnął ziemię. Cała towarzysząca temu samotność. Może właśnie doszedłem do ściany po ponad roku siedzenia w domu. Świat się zatrzymał, Bryan. I nadal stoi, a my nie wiemy, kiedy znów ruszy. Nagle zniknęło całe to zabieganie, które służy nam za pretekst do ignorowania urazów psychicznych, udawania, że wszystko jest w porządku. Zbiorowy lęk, że „z każdego może wyleźć praktycznie wszystko”, zalał nam mózgi. Nie muszę się napić, za to muszę się przejść. No to wyruszam w tę pieszą trasę. Maj 2021 roku. Okoliczności czasowe jakby sprzyjają przemyśleniu różnych spraw – spraw, od których odwracam uwagę praktycznie całe życie. A nie znam lepszego sposobu na takie rozmyślania niż wędrowanie.

Przyznaję to z zażenowaniem, ale pandemia jest dla mnie łatwa do zniesienia. Mam się wręcz zarąbiście. Dlatego, że moja praca to chodzenie w pojedynkę. Mogę jej się nadal oddawać na dobrą sprawę bez obostrzeń. Chodzę, piszę, fotografuję, robię z tego książki. Umościłem się w takim życiu i często sam nie mogę w to uwierzyć.

Być może się zastanawiasz, dlaczego mnie ciągnie, żeby chodzić, i to samotnie, całymi dniami, tygodniami albo miesią­cami. Przypuszczam, że za dzieciaka żadne wytłumaczenie dla tego całego łażenia nie byłoby potrzebne. Pewnie, że łazimy. Odkrywamy. W pewnym sensie nie mieliśmy nic poza tym. To ty zaszczepiłeś we mnie zmysł eksploracji, to ty poszerzyłeś moje horyzonty i pchnąłeś mnie aż na skraj naszego miasta, kiedy sam bym się na to nie odważył. Ale później – na drodze ku dorosłości – zdaje się, że wielu z nas traci ten prosty instynkt, który każe nam przemierzać grunt, napierać na obrzeża tego, co jest nam znane. Starzejemy się, nabieramy przyzwyczajeń i świat się nam kurczy, a kiedy znów podnosimy głowę, żeby się rozejrzeć, może się okazać, że czujemy, jakby nas ktoś upchnął do walizki.

Mnie nigdy nie było po drodze z taką wizją. Z tym upychaniem siebie. Wiesz o tym. Wyczułeś to we mnie lata temu, a ja wyczułem to samo w tobie. Wewnętrzny impuls kazał nam napierać, niszczyć przedmioty, żeby zrozumieć ich działanie, a z naprawiania ich czerpaliśmy nadzieję, że nauczymy się też naprawiać osoby wokół nas. Oglądanie skraju naszego miasta było sposobem na przyjrzenie się mu całemu, choć przecież nigdy nie mieliśmy stamtąd najlepszego widoku, prawda? I tak dziesięć lat temu, krótko po trzydziestce, zacząłem poszerzać krąg własnego świata poprzez wędrowanie historycznymi szlakami Japonii.

Kiedy poczułem ten prosty przymus chodzenia, moje życie zmieniło się na zawsze. Wiem, że to brzmi na wyrost, trochę jak słowa pomyleńca, ale to prawda. Że piesza wędrówka? Że niby zmieniła życie? Owszem. Co czułem na trasie za pierwszym razem? Nic wyrazistego, nic, co potrafiłbym wtedy określić. Jedynie woń dążenia do celu rozproszoną w powietrzu pośród wiosek, drzew i gór. Wówczas mieszkałem w Japonii już od ponad dekady (to, że przekroczyłem trzydziestkę, wciąż wprawia mnie w lekkie niedowierzanie, a z fantem, że obecnie mam na karku czterdzieści lat i że, w mordę, pięćdziesiąt też wydaje się realną metą, już w ogóle nie wiem, co zrobić; jak inaczej byśmy żyli, gdy­byśmy dopuszczali do siebie myśl, że cały ten czas jest przed nami?) i usiłowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak długo tu jestem oraz jakie miejsce mógłbym znaleźć dla siebie w kraju, w którym zawsze będę co najwyżej gościem. I znalazłem odpowiedź: Jestem tu, by chodzić, chodzić porządnie, i być świadkiem ludzi napotykanych po drodze. Tylko dlaczego? Oto zagadka, którą wciąż rozpracowuję. Żeby uwierzyć? Żeby sprawić, że inni uwierzą? Można by powiedzieć, że otworzyły mi się oczy. Można by powiedzieć, że doświadczyłem „czegoś w rodzaju nawrócenia”. Jakkolwiek to nazwiesz, kiedy tylko mogłem, ruszałem w teren, żeby chodzić. Tak upływały mi całe miesiące. Często na tym Półwyspie.

Półwysep Kii stanowi – użycie takiego określenia wydaje mi się najprostszym sposobem, żeby ci to opisać, chociaż się waham, ale co mi tam – pulchny, obwisły penis Japonii. Zwisa dokładnie z podbrzusza cielska Honsiu. Odrobinę tu samotnie, w większości górzyście, niesamowicie wilgotno (wiem, wiem…). Chociaż nie ma wyraźnej fizycznej granicy na północy, za jego północny skraj możesz przyjąć linię biegnącą ze wschodu na zachód przez Kobe, Osakę i Narę (Kioto jest dalej na północ). Na jego obszarze leżą trzy prefek­tury: Mie, Wakayama oraz Nara. Na zachód od niego znajduje się zatoka Osaka i wyspa Sikoku, słynna z wycieńczającej Pielgrzymki Osiemdziesięciu Ośmiu Świątyń. Od wschodu i od południa oblewa go Ocean Spokojny. To jedno z najbardziej deszczowych miejsc okolicy podzwrotnikowej (spada tam więcej deszczu niż w Amazonii). Porastają go wilgotne lasy strefy umiarkowanej oraz lasy gospodarcze. Jest pocięty dziesiątkami starożytnych ścieżek i szlaków pielgrzymkowych, wszystkie one noszą osobne nazwy, za to wiele z nich zbiorczo tworzy słynny Kumano Kodō. Sporo szlaków liczy sobie tylko kilkadziesiąt kilometrów długości, ale przejście ich wszystkich może zająć wiele miesięcy, połączenie ich w całość – wiele lat, a poznanie – całe życie.

W trakcie tej marszruty trzymam się możliwie najbliżej wybrzeża. (Nic z tego, co mówię, nie powie ci za dużo, dlatego na początku książki umieściłem mapkę. Zajrzyj do niej). Zaczynam od Ise Kaidō, skąd kieruję się do Wielkiego Chramu Ise. Potem przemierzam szlak Ise-ji do miasta Kumano, gdzie przeskoczę na ścieżkę Hongū-do, pro­wadzącą w głąb lądu do Wielkiego Chramu Hongū. Dalej ruszę trudną Nakahechi z powrotem ku wybrzeżu do wodo­spadu Nachi, przejdę ulicami do Kii-Katsury i wreszcie dobiję do Ōhechi, biegnącej południowo-wschodnim wybrzeżem do Tanabe. W niektóre dni otrę się o gęste lasy, ale zamierzam się skupić przede wszystkim na kurczących się miasteczkach i wioskach rybaków, którzy łowią w tych słonych wodach. Do licha, chcę widzieć i słyszeć ludzi!

Wędrówka zaczęła się wczoraj w północno-wschodnim rogu Półwyspu, na stacji kolejowej w Yokkaichi, gdzie wysiadłem z pociągu regionalnego. Kawałek na południe od Nagoi, gdzie dawna Tōkaidō – jedna z dwóch słynnych klasycznych tras łączących Kioto z Tokio – przecina się z Ise Kaidō. To stare drogi, drogi pielgrzymkowe, niektóre pozostają w użyciu od ponad tysiąca lat. Chociaż gdybyś zobaczył je dzisiaj, raczej byś na to nie wpadł. Wiele z dróg na Półwyspie wygląda jak wiejskie drogi wszędzie indziej: jedno- lub dwujezdniowe pasy asfaltu obrzeżone polami, rowami i górami, czasami w oddali, czasami zupełnie blisko. Nie różni się to aż tak bardzo od miejsca, gdzieśmy zaczynali.

Początek nie był przyjemny: minąłem najbardziej samotną sosnę na świecie. Minąłem salon gry w pachinko. Minąłem dwa, trzy, pięć, siedem, tuzin małych sklepów – FamilyMartów, Lawsonów, 7-Elevenów. Minąłem aptekę wielkości boiska do bejsbolu. Samochody i ciągniki siodłowe przelatywały obok ze świs­tem. Lokale sprzedające ramen wystawiały makaron na widok w szklanych gablotkach o szybkach pokrytych zaskorupiałym osadem spalin. Budki z curry doprawiały powietrze. Wołał do mnie robot, zachwalając okazyjne zakupy używanych aut. Nikt inny tamtędy nie szedł. Byłem samotnym piechurem. Kierowcy jakby nie byli pewni, czy nawiązywać kontakt wzrokowy.

I wtem, ot tak, za skrzyżowaniem Hinaga­-no­-Oiwake, ścieżka odbiła, zwęziła się, odsunęła od ruch­liwej drogi i wciąż się oddalała. Samochody zniknęły. Podobnie sklepiki. Apteki ustąpiły miejsca polom ryżowym, horyzont sprawiał wrażenie upstrzonego górami.

Co widziałem: dom z przepięknie wypielęgnowanym drzewem. Podjazd zablokowany pachołkami, oblany złotym porannym światłem. Za nimi – pola. O tej porze roku mienią się jak płytkie stawy. Młode pędy sterczą ponad wodą w schludnych rzędach. Między nimi wrony podskakują, poszukują robaków, kraczą. Kudzu spowija domy i słupy telefoniczne. Uciekają kilometry. Wiejski krajobraz zapanował chyba na dobre. Słychać śpiew słowików.

Droga umyka, a krajobraz z robotniczymi akcentami, maszyny rolnicze, sprzęt do zrywki drewna, cisza, którą to wszystko jest opieczętowane przez covid, sprawiają, że mój umysł dryfuje za ocean. Myślę o mieście, w którym doras­taliśmy – o naszym robotniczym, poprzemysłowym domu – i myślę o tobie, ponieważ dla mnie to miasto bez ciebie nie istnieje. Miasto niegdyś pełne ciężko pracujących ludzi, dojeżdżających co dzień do rozlewni albo pobliskiego arsenału czy fabryki silników lotniczych. Przemysł znikał, problemy narastały. Rozumieliśmy to, czuliśmy. (Chociaż nie mieliśmy tego z czym porównać, nie znaliśmy nic poza naszym miastem). Parę dekad temu wyrwałem się spod wpływu jego skomplikowanej grawitacji. To, że w ogóle pomyślałem o studiowaniu, zawdzięczam matce. Jako dwudziestolatka zaczęła odkładać pieniądze, wiele lat przed tym, zanim wyszła za mąż czy choćby przyszło jej do głowy, że mnie adoptuje. Nie wiedziałem za wiele, ale wiedziałem, że muszę się znaleźć możliwie najdalej. Wyszukałem trzy japońskie uczelnie, które miały anglojęzyczne strony internetowe. Złożyłem papiery tak dla świętego spokoju i dostałem się na jedną z nich. Czesne wynosiło ułamek kwot, o których się nasłuchaliśmy.

©1988

MASH

ROOM

/

AKIRA

COM­MITTEE

All Rights Reserved.

Oto co czułem, kiedy jako dziewiętnastolatek przybyłem do Tokio: podniecenie, przerażenie, niedowierzanie, to, że jestem wybawiony. Panorama miasta, które znaliśmy tylko w wydaniu postapokaliptycznym z kultowego dziś filmu animowanego Akira odtwarzanego z pirac­kich kaset. Teraz sam w nim byłem, pośród krajobrazu tego filmu. Tamte pierwsze kroki stawiane poza granicami naszego miasta odczuwałem tak, jakbym co rusz sam siebie kopał w jaja. Co krok, to strzał. A to dlatego, że każdy krok tak wyraźnie uzmysławiał mi nasze deficyty. Ja cię sunę, myśmy jechali na oparach. Każdy, kogo spotykałem w tym wielkim mieście, wydawał się o niebo lepiej przygotowany od nas do wszystkiego – do życia, do miłości, do pozostawania przy zdrowych zmysłach. I podobnie samo Tokio, ze swoją precyzją mechanizmu zegarowego, utrzymywaną w skali trudnej do wyobrażenia, rozwalało mi głowę. Inaczej niż w naszym mieście, tu nie było broni, nie było prochów, a bezdomnych widziałem niewielu. Poczułem spokój, o którym nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że można go odczuwać pośród tak wszechobecnego ruchu. Tych parę miast, które znałem, mogło się przy tym schować. Nad ziemią i pod ziemią przemykały wte i wewte pociągi pełne zmotywowanych kobiet i mężczyzn w zapiętych pod samą szyję ubiorach, nadających im elegancji, o jakiej u nas nie słyszano. Armia zdeterminowanych w marszu, stosownie wy­strojona. Całe kwartały wznosiły się w niebo bryłami betonu i szkła, jedna za drugą, od zatoki po horyzont, budynki były oddalone jedne od drugich o grubość włoska. Samochody zwinnie manewrowały w zaułkach niewiele szerszych niż one same. Na ziemi nigdzie nawet papierka. Małe dzieci do szkoły chodziły w krótkich spodenkach przez okrągły rok, rodziny brały kąpiel wspólnie, na każdym rogu czaiło się jakieś nieznane jedzenie. Tamtego pierwszego roku zakochałem się na zabój: w obietnicy tego miejskiego pejzażu, alkoholu, języka. Ale bardziej jeszcze niż w którejkolwiek z tych rzeczy zakochałem się w długich spacerach, w tym, jak przejawy życia, które dolatywały przez otwarte okna, niezauważalnie mnie zmieniały. To pierwsze ujęcie w Akirze – to po wybuchu, anonimowy zaułek z mrugającym prostokątnym znakiem – ten obraz wrył mi się w pamięć i spędziłem niezliczone noce, usiłując go znaleźć (ćwierć wieku później nadal go szukam). Serce miałem złamane więcej razy, niż byłbym w stanie zliczyć, a równie często leżałem gdzieś zalany w trupa. Kiedy wszystkim, co odczuwasz, są własne braki, przyjęcie miłości okazanej ci przez człowieka czy nawet przez miejsce przypomina próbę dolecenia na Księżyc na własnych pierdach. Więc nie dawałem swoim nogom i ciału się zatrzymać. Tygodniami podróżowałem autostopem z jednego wybrzeża na drugie, piłem, budziłem się na podłogach jakichś domów, do których przybycia nie mogłem sobie przypomnieć. Do auta zabierali mnie samotni ludzie z całą masą własnych deficytów, kursujący w pojedynkę do pracy i z powrotem. Kupowali mi pączki, podwozili mnie do barów przy autostradach, palili niespiesznie, nie wypowiadając nawet słowa, gapili się na swoje papierosy i przesypywali popiół z jednego końca plastikowej popielnicy na drugi. Pomagałem pchać ciągnik siodłowy pod górę na stromej, nieodśnieżonej drodze na przedmieściach Hiroszimy i omal nie zginąłem.

A to zaledwie pierwszych sześć miesięcy.

Na dobrą sprawę byłem durniem, miotającym się, przytłoczonym, niezdolnym do przetworzenia choćby najcieńszego okrawka rzeczywistości, na którą patrzyłem, ale rozumiem, że to były pierwsze dni naprawdę spędzone przeze mnie na odkrywaniu świata, mniejsza o dezorientację i chwile, gdy urywał mi się film. Moja głowa napełniała się archetypami ludzi oraz strukturami społecznymi i politycznymi, których istnienia nawet nie przyjmowaliśmy za możliwe.

Od tamtego momentu dowiedziałem się, że Japonia była swego czasu krajem pełnym niesamowitych pieszych pielgrzymów. Pielgrzymów, którzy każdego dnia przechodzili dziesięć ri. Jedno ri ma około czterech kilo­metrów. Odmierzało się je za pomocą ichi-ri-zuka – odpowiedników kamieni milowych – wielgachnych kopców ziemi usypanych przy drodze. Da się je jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć, jeżeli wiesz, za czym się rozglądać. Kiedy je mijam, często myślę o tych milionach ludzi, którzy w ciągu stuleci przechodzili tędy przede mną, i krzyczę do nich – do kopców i do zmarłych – ICHI-RIIIII, bez specjalnego powodu. To po prostu jakieś takie przyjemne, głupawe i właściwe.

Ci dawni pielgrzymi nosili sandały ze słomy, zwane waraji, które kupowało się po pięć sen, czyli pięć setnych jena. Jakieś grosze. Zdzierali po kilka par dziennie, a zużyte służyły później jako pasza dla zwierząt. Na plecach dźwigali całe życie. Kiedy moje ciało narzeka w czasie wędrówek, myślę o tych silnych mężczyznach i kobietach.

Z biegiem czasu te drogi się zmieniają. Pojawia się kościół baptystyczny wielkości wiaty, jakieś wzgórze pokrywa dziś szczelnie beton, jakiś dom pochłonęło kudzu. Na przestrzeni lat nowy kształt wielu z tych dróg nadały machiny wojenne. Miasta obrócone w spopielone szkielety. Miasto, które zostało zbombardowane? Wyczuwasz jego przerwaną historię w architektonicznej nijakości. Utratę czegoś więcej niż samego miasta. Ale jednocześnie z tą stratą potrafi współistnieć, nawet dzisiaj, jakaś łączność z odległą przeszłością. Jakiś pobliski, dotąd zrujnowany i pozornie porzucony leśny chram zostaje nagle w tajemniczych okolicznościach odnowiony przy użyciu świeżego, połyskliwego drewna.

Tymi drogami na Półwyspie chodziłem już wcześniej, wielokrotnie. Raz za razem powracałem na Kii, do miejsca, które dosłownie znika na twoich oczach, wyludnia się, a przy tym miejsca o niewiarygodnie pięknej, przemawiającej do wyobraźni historii synkretyzmu teologii i filozofii buddyjskiej oraz sintoistycznej. Odwiedzanie go teraz – kiedy stary Półwysep miejscami wciąż jeszcze żyje – wydaje się czymś szczególnie istotnym.

Nauczyłem się łaknąć samotności i ascezy tych wędrówek w pojedynkę. Nic na świecie nie może się równać ze spokojem trzeciej godziny udanego długiego dnia wędrowania. Tylko w tym stanie, w tej hipnozie wywołanej przemierzaniem drogi, umysł w końcu zyskuje zdolność przyjęcia osobliwych darów i datków świata. Brzmi to jak odklejony od rzeczywistości nonsens, ale samo to doświadczenie niesie ze sobą wrażenie jeszcze większego odklejenia od rzeczywistości.

Na niektórych odcinkach drogi przez ten zmaltretowany Półwysep, kiedy cisza i światło właściwie się zgrywają, w tych niesamowitych porach wędrówki, przypominam sobie o tobie, Bryan… i o tym, jak zapuszczaliśmy się w wąwozy zaczynające się za naszymi podwórkami, babrząc się w ściekach, i o tym, jak każdy znaleziony śmieć przemienialiśmy w skarb, my, umorusani książęta na tyłach naszego podupadłego miasta, cuchnący palusznikiem i kłączem skupni.

Gdyby ktoś wtedy nam powiedział, że we wszystkim chodzi o świadome powtarzanie, za nic byśmy mu nie uwierzyli. Powiedzielibyśmy, żeby się gonił. To myśmy wiedzieli lepiej, zawsze wiedzieliśmy lepiej. (I w pewnym sensie mieliśmy rację). A jednak to prawda. Niech mnie, to prawda – po czasie uświadomiłem sobie, że naprawdę przejść pieszą trasę to przejść ją ponownie. Nie da się poznać miejsca bez wracania do niego. Zresztą i jeden powrót nie wystarczy. To dlatego znów tu jestem. Z powrotem na Pół­wyspie. Wędruję drogami, którymi już wędrowa­łem. Dopiero wraz z upływem czasu, pokonywaniem dystansu i wy­siłkiem – zdecydo­wanym, przytomnym wysiłkiem, któremu towarzyszy świadomie ukierunkowana uwaga, spokojne i opano­wane spojrzenie na to wszystko – zaczynasz rozumieć dawne powią­zania, dawne rany. To, że niegdyś ciemny układ ścieżek staje się przejrzysty.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Siema

Chodzący

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji