Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdzie jest czytelnik? - Łukasz Gołębiewski

W eseju „Gdzie jest czytelnik??” Łukasz Gołębiewski tworzy portret czytelnika XXI wieku – jest to osoba, która znaczną część swojego życia spędza w świecie wirtualnym. W związku z rozwojem nowoczesnych technologii zmianie uległa także kultura czytania – dzisiejszy czytelnik rezygnuje z tradycyjnych książek na rzecz e-tekstu. Autor wnika w internetową rzeczywistość, bada fenomen portali społecznościowych oraz ich wpływ na czytelnictwo. Rozważa możliwe scenariusze rozwoju czytelnictwa w przyszłości, określa rolę księgarni i bibliotek, a także proponuje zmianę formy reklamy na taką, która lepiej dotrze do dzisiejszego wirtualnego czytelnika.

Fragment książki:

Nie sposób myśleć o współczesnym czytelniku w oderwaniu od współczesnego człowieka, bo przecież jeden jest produktem drugiego. A współczesny człowiek w coraz większym stopniu staje się niewolnikiem mobilnych technologii, żyjemy w opętaniu szybkością, niemal natychmiastowością, w ciągłym stresie i niedoczasie, w ciągłej potrzebie bycia on-line. Życie on-line nie pozostawia przestrzeni na skupienie, na samotność, na przemyślenia, na prawdziwe rozkoszowanie się pięknem, na smakowanie poetyki, na docenienie kunsztu składni, na delektowanie się fabułą, na rozszyfrowywanie zawiłości intrygi. W świecie on-line nie ma na to wszystko czasu, są linki, są komunikaty, przekaz jest pokawałkowany, podany na tacy, nachalnie podsunięty pod nos tak samo jak promocja telefonu za złotówkę w zamian za wyższy abonament.

W eseju pt. „Śmierć książki | No Future book” pisałem, że rewolucja technologiczna zmienia nasz świat szybciej niż wynalazek Gutenberga. Bo i świat jest dzisiaj w zasięgu ręki – dzięki satelitom, tanim biletom lotniczym i trylionom wysyłanych kilobajtów informacji. O ile wynalazek Gutenberga stworzył „człowieka liter”, to współcześnie jesteśmy świadkami narodzin „człowieka cyfr”, gdyż większość informacji rozpowszechnianych jest obecnie w zapisie binarnym, a nie analogowym. Czy ten świat mnie oburza? Tak. Czy chcę z nim walczyć? Nie. Bo to walka z wiatrakami, walka idealistyczna, romantyczna, skazana na porażkę.

 

O autorze:

Łukasz Gołębiewski jest założycielem Biblioteki Analiz – firmy zajmującej się szczegółową analizą rynku książki w Polsce. Swoje teksty publikował m.in. w „Życiu codziennym” i „Rzeczypospolitej”. W 2007 roku wydał głośną książkę „Xenna moja miłość”, która stała się jego znakiem rozpoznawczym. W kolejnych latach ukazywały się następne utwory – „Melanże z  Żyletą”, „Disorder i ja”, „Złam prawo”, „Bomba w windzie” i najnowsza – „Krzyk Kwezala”. Prywatnie autor związany ze sceną punk, w środowisku znany jest pod ksywą „Disorder”. Prowadzi stronę internetową www.xenna.com.pl

Utwór „Gdzie jest czytelnik??” jest trzecim esejem w dorobku pisarza dotyczącym kultury czytania. Dwa poprzednie to „Śmierć Książki. No future book” i „E-Książka/Book. Szerokopasmowa kultura”.

Wydanie książki zostało dofinansowane ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Patronat honorowy:

Polska Izba Książki

Patroni medialni:

www.rynek-ksiazki.pl, Literadar, Xiegarnia, Magazyn Literacki KSIĄŻKI, Gazeta Studencka

 

Opinie o ebooku Gdzie jest czytelnik? - Łukasz Gołębiewski

Cytaty z ebooka Gdzie jest czytelnik? - Łukasz Gołębiewski

Przypomnijmy, że „Biblioteka Babel” to opis nieskończonego księgozbioru, w którym teoretycznie jest wszystko, lecz w praktyce niczego nie można znaleźć. Tytuły nie wskazują na to, co będzie w środku, są książki zadrukowane bezsensownymi cyklami liter, np. 410 stron zadrukowanych ciągiem MCV. Biblioteka jest totalna, jej szafy rejestrują wszelkie możliwe kombinacje dwudziestu kilku znaków graficznych – pisał Borges 91 – tylko, rzecz jasna, nic z tego nie wynika. Na koniec pozostaje czytelnikowi smutna konstatacja, że jakiekolwiek dociekania może i są dobrym sposobem na spędzenie
W książce „The Sibling Society” pisarz Robert Bly 114 zwraca uwagę na trudności w komunikowaniu się młodych ludzi, na to, że przyklejeni do ekranów mają trudności z codziennymi czynnościami, także z czytaniem, że słabiej wypadają na testach niż wcześniejsze pokolenie 115 . Jeden z bardziej znanych krytyków Pokolenia Sieci, Mark Bauerlein 116 , wręcz pisze o najbardziej tępym pokoleniu 117
Mario Vargas Llosa 122 : Fikcja to kłamstwo skrywające głęboko prawdę – życie, które nie zaistniało, którego ludzie danej epoki chcieli doświadczyć, lecz nie doświadczyli, toteż nie pozostało im nic innego, jak je wymyślić (…) i zapełnić odkrywaną dookoła i zaludnianą tworami wyobraźni pustkę 123 . Prowadzi to do wyobcowania i podwójnego rozczarowania: nie tylko własnymi ograniczeniami, ale także zewnętrznym światem, który z natury swej nie może dorównywać wyobrażeniom.
Albo wsiadasz do pociągu z napisem „digitalizacja”, albo on jedzie bez ciebie, a ty zostajesz z ręką w nocniku, jesteś wykluczony z Sieci – jak miliony emerytów, którzy nie załapali się na technologiczną rewolucję, boją się jej, nie rozumieją, zrozumieć już nie chcą.
Polacy nigdy nie czytali wiele, taka jest smutna prawda. W Rzeczpospolitej szlacheckiej książka nie decydowała o randze gospodarza, na dworze rzadko gromadzono podręczne księgozbiory. Tak jak dziś z Google czy z Facebooka, tak wówczas wiedzę czerpano z kalendarza, czyli z krótkich, wyrwanych z kontekstu cytatów, wypisów, historycznych rocznic i wspomnień, porad etc.
Lata PRL były krótkim okresem, kiedy w społeczeństwie wyrobił się snobizm na kupowanie i kolekcjonowanie książek, najchętniej tych „spod księgarskiej lady”, trudno dostępnych, wcale niekoniecznie czytanych, ale ustawianych na półkach, subskrybowanych, wystawianych na pokaz. W latach PRL książka była jednak nie tyle synonimem inteligenckiego domu, lecz swego rodzaju snobizmem na inteligenckość, stanowiącą opozycję wobec robotniczo-chłopskiej władzy. Paradoksalnie wraz ze zniesieniem cenzury i limitów na papier, wraz z upadkiem partyjnego państwa, moda na książki szybko zaczęła zanikać.
Na gruzach dawnych państwowych struktur tworzył się wolny rynek, bardziej przypominający wolną Amerykankę niż rzeczywisty rynek budowany w krajach Europy zachodniej w duchu etyki protestanckiej. Opisany przez Maxa Webbera 2 „duch kapitalizmu” był nam zupełnie obcy. Webber obserwował, że w kapitalistycznym świecie Człowiek „z natury” nie chce zarabiać więcej pieniędzy, lecz chce po prostu żyć tak, jak przyzwyczaił się żyć i zarabiać tyle, ile jest do tego konieczne 3 . Wówczas wydawało nam się to niepojęte, jak można z natury nie chcieć więcej, cóż to za natura, chyba socjalistyczna? Hasłem dnia stała się „filozofia sukcesu”, sformułowana w latach 30. XX wieku przez Napoleona Hilla: „Myśl i bogać się!” 4 . Dopiero dziś, po ponad dwudziestu latach wolnego rynku możemy docenić i w pełni zrozumieć etykę Webbera i gotowi jesteśmy przyznać rację, że chcemy po prostu żyć tak, jak się przyzwyczailiśmy. Chcemy żyć stabilnie i bezpiecznie.
współczesny człowiek w coraz większym stopniu staje się niewolnikiem mobilnych technologii, żyjemy w opętaniu szybkością, niemal natychmiastowością, w ciągłym stresie i niedoczasie, w ciągłej potrzebie bycia on-line. Życie on-line nie pozostawia przestrzeni na skupienie, na samotność, na przemyślenia, na prawdziwe rozkoszowanie się pięknem, na smakowanie poetyki, na docenienie kunsztu składni, na delektowanie się fabułą, na rozszyfrowywanie zawiłości intrygi. W świecie on-line nie ma na to wszystko czasu, są linki, są komunikaty, przekaz jest pokawałkowany, podany na tacy, nachalnie podsunięty pod nos tak samo jak promocja telefonu za złotówkę w zamian za wyższy abonament.
W eseju pt. „Śmierć książki | No Future book” 5 pisałem, że rewolucja technologiczna zmienia nasz świat szybciej niż wynalazek Gutenberga. Bo i świat jest dzisiaj w zasięgu ręki – dzięki satelitom, tanim biletom lotniczym i trylionom wysyłanych kilobajtów informacji. O ile wynalazek Gutenberga stworzył „człowieka liter”, to współcześnie jesteśmy świadkami narodzin „człowieka cyfr” 6 , gdyż większość informacji rozpowszechnianych jest obecnie w zapisie binarnym, a nie analogowym.
Czy ten świat mnie oburza? Tak. Czy chcę z nim walczyć? Nie. Bo to walka z wiatrakami, walka idealistyczna, romantyczna, skazana na porażkę. Czytelnictwo w tradycyjnym rozumieniu staje się reliktem przeszłości. Nie przystaje do natychmiastowości. Tradycyjne czytelnictwo jest błyskawicznie wypierane przez czytelnictwo on-line i nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić, bo przeciwdziałanie nikomu już się nie opłaca. Albo wsiadasz do pociągu z napisem „digitalizacja”, albo on jedzie bez ciebie, a ty zostajesz z ręką w nocniku, jesteś wykluczony z Sieci – jak miliony emerytów, którzy nie załapali się na technologiczną rewolucję, boją się jej, nie rozumieją, zrozumieć już nie chcą. Czy aby czasem im nie zazdrościmy tej błogiej ignorancji, w fotelu bujanym, z kotem i książką na kolanach?
Młody człowiek korzysta z treści w sposób wyrywkowy, szuka cytatów, nie całości. Czytanie w Sieci nie ma właściwie nic wspólnego z procesem, często długim i mozolnym, jakim jest czytanie od początku do końca utworu wydrukowanego na papierze – zauważa Bernard Poulet 13 w znakomitej książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji” 14 . I dalej: W nieodległym czasie nie będziemy może otwierali książki, ale ściągali potrzebną nam stronę, akapit albo konkretne zdanie 15
Pozostało jeszcze kilku nobliwych seniorów, tak jak w biznesie pozostało kilku matuzalemów starych branż (samochodowa, hutnictwo, górnictwo etc.), którzy wyznają etykę „ducha kapitalizmu”, ale nowe szybko rozwijające się startupy związane z cyfryzacją rządzą się zupełnie innymi prawami – i to do nich należy przyszłość. Kto się boi, niech wyskoczy, podzieli los wielu firm, takich jak np. Kodak, który zamknął dwanaście fabryk, zwolnił 90 proc. załogi, a i tak tonie w długach, bo za późno przestawił się na technologię cyfrową, wierząc, że jeszcze przez wiele lat będzie zbyt na aparaty analogowe i klisze filmowe, czyli na produkty z segmentu, w którym zajmował wiodącą pozycję.
Kodak to synonim fotografii, firma powstała w 1892 roku, a wypuszczony w 1900 roku aparat za 1 dolara był pierwszym masowo używanym urządzeniem do robienia zdjęć. Wydawcy prasy i książek, podobnie jak szefowie Kodaka, wciąż wierzą, że zbyt na ich produkty będzie jeszcze przez wiele lat, że doczekają emerytury, zanim znikną księgarnie i drukarnie. Tymczasem tego czasu jest bardzo mało, a branżę wydawniczą czeka los Kodaka, jest podobnie konserwatywna, podobnie naiwna wobec nieuchronnych zmian.
same statystyki dotyczące spadku czytelnictwa, zmniejszające się nakłady książek i gazet, mniejsze wpływy branży, nie są dziś wystarczająco silnym sygnałem cywilizacyjnych zmian związanych z uczestnictwem w kulturze. Badania zawsze wskazywały, że czytamy za mało, że kupujemy za mało itd. Badania nie stawiają pytania, ile to jest za mało, a ile dostatecznie dużo, podlegają ocenie, diagnozie stawianej przez intelektualistów, przez czytającą mniejszość zatrwożoną wynikami rankingów.
Jeśli można mieć wyższe wykształcenie i wykonywać związany z nim zawód, a zarazem być praktycznie wtórnym analfabetą, to samo formalne wykształcenie nie jest wiarygodną podstawą formułowania sądów o tym ideale społecznym, który w języku publicystyki nazywany bywa społeczeństwem wiedzy. Co więcej – kryterium trzech stron czy ekranów obnaża również mit modernizacji utożsamianej z informatyzacją. 33 proc. internautów czyta jedynie krótsze teksty. Z tego wynika, że nie mają racji ci, którzy lekarstwa na niski poziom czytelnictwa upatrują w digitalizacji dziedzictwa druku i w powszechnym dostępnie do internetu; osoby wyposażone w komputer podłączony do sieci nie muszą zajmować się czytaniem dłuższych tekstów.
Tym, co włącza do społeczeństwa wiedzy, w większym stopniu niż dostęp do nowych technologii informacyjnych czy wykształcenie wyższe, są praktyki lekturowe. Z tego punktu widzenia troska państwa o kulturę czytelniczą powinna zatem być widziana w kategoriach strategii rozumnego inwestowania w kulturę czytelniczą. Bez tego nie ma mowy ani o konkurencji w zglobalizowanym świecie, ani o innowacyjnej gospodarce, przy czym przez społeczeństwo wiedzy należy rozumieć nie tylko ludzi umiejących znajdować informacje i posługiwać się stosownymi narzędziami służącymi osiągać zamierzone cele, ale także tych, którzy są zdolni myśleć o świecie społecznym w kategoriach dalekowzrocznie postrzeganych celów 16 .
Być może złudzeniem jest, że internet poszerza zakres obywatelskich swobód. Fakt, mamy całkowitą wolność wypowiedzi, ale też w masie ta wypowiedź nie znaczy wiele, jeśli w ogóle jeszcze znaczy cokolwiek. Nie ma miejsca dla autorytetu. Sieć daje nam w równym stopniu prawo uczestnictwa w społecznej debacie, co redukuje nasz głos do niewiele znaczącego szumu, do statystyki, która być może wpłynie na wzrost sprzedaży w Amazon.com, na lepsze pozycjonowanie w Allegro albo na wzrost dochodów z programu Google AdWords czy Google AdSense itd., ale poza tym nie znaczy wiele.
Zrównanie pozycji eksperta z pozycją amatora prawdopodobnie wcale nie poszerzyło zakresu swobody wypowiedzi, natomiast spotęgowało chaos informacyjny, powoduje poczucie zagubienia, a coraz częściej świadomość, że jesteśmy manipulowani przez agencje reklamowe, specjalistów od PR czy komunikacji w Sieci, którzy dostarczają umiejętnie spreparowane komunikaty w miejsce rzetelnych opinii analityków, krytyków, recenzentów, badaczy itd. W tej sytuacji zmniejsza się zaufanie do przekazu, co sam proces uczestniczenia w wymianie treści sprowadza do bezmyślnego powielania (wklejanie linków), produkowania śmieci (miliardy gigabajtów prywatnych zdjęć, filmików ze spacerku z pieskiem czy z imienin cioci, które zapełniają cyberprzestrzeń) lub ekshibicjonistycznego informowania o zamiarach czy nastrojach, które nie interesują nikogo poza informującym, ale natychmiast są komentowane, bo inni użytkownicy Sieci w równie bezmyślny sposób uczestniczą w produkcji bezwartościowych treści, tracąc godziny na uczestnictwo w tej wymianie, na idiotyczne klikanie oznaczenia „Lubię to!” na Facebooku. Godziny, których zabraknie później dla procesu długiego i mozolnego , dla czytania książek.
Wiemy, że młodzi konsumenci najczęściej w ogóle nie czytają dłuższych tekstów, a jeżeli już, to głównie na ekranie i najchętniej za darmo. Szybki dostęp do ogromnych zasobów internetu sprawia, że odbiorca coraz rzadziej gotowy jest płacić za udostępniane mu treści. Efekt ekonomiczny jest łatwy do przewidzenia – darmowe, ale jednocześnie amatorskie treści w coraz większym stopniu zastępują te profesjonalnie zredagowane, a co za tym idzie – kosztowne dla nadawcy.
Poulet cytuje amerykańskiego analityka, Nicholasa Carra 18 : Jak stworzyć wysokiej jakości treść w świecie, w którym reklamodawcy chcą płacić za kliknięcie, a konsumenci nie chcą płacić nic? To niemożliwe! 19 . Aby się ratować, właściciele mediów tną koszty. Cięcia dotyczą przede wszystkim najbardziej kosztownych redakcji, czyli etatów dziennikarskich. Likwiduje się placówki zagraniczne, zwalnia fachowców, bo fachowej wiedzy szuka coraz mniej odbiorców.

Fragment ebooka Gdzie jest czytelnik? - Łukasz Gołębiewski

© Łukasz Gołębiewski, 2012, licencja CC-NC

© Copyright for paper edition Biblioteka Analiz Sp. z o.o., 2012

Wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać objęty prawem autorskim utwór oraz opracowane na jego podstawie utwory zależne jedynie dla celów niekomercyjnych.

Wykorzystane w książce fotografie w większości pochodzą z repozytorium Wikimedia Commons.

Dofinansowano ze środków

Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja i korekta: Hanna Kukwa

Zdjęcie autora: © Fisty, 2012

Łamanie: Tatsu tatsu@tatsu.pl

ISBN 978-83-62948-68-0

www.nofuturebook.pl

www.rynek-ksiazki.pl

Wydanie I Warszawa 2012

Biblioteka Analiz Sp. z o.o.

00-048 Warszawa

ul. Mazowiecka 6/8 pok. 416

tel./fax 22 828 36 31

Firma jest członkiem Polskiej Izby Książki

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

  • Motto
  • Rozdział 1 Co się dzieje z czytelnictwem?
  • Rozdział 2 Skandaliczne nieczytanie
  • Rozdział 3 Za darmo?
  • Rozdział 4 Bezrobotny artysta
  • Rozdział 5 Kim jest odbiorca? społeczeństwo Sieci
  • Rozdział 6 Spór o zakres darmowego
  • Rozdział 7 Definicja książki
  • Rozdział 8 Aplikacje i fenomen iPada
  • Rozdział 9 Przyszłość bibliotek i księgarń
  • Rozdział 10 Amatorzy piszą recenzje zmierzch krytyki
  • Rozdział 11 Rynek książki jaki jest i jaki będzie?
  • Rozdział 12 GEN-ISBN
  • Wybrana bibliografia
  • Przypisy

W świecie bogatym w informacje ich nadmiar
oznacza niedomiar czegoś innego, czyli deficyt tego, czym żywi się informacja.
A czym się żywi? To raczej oczywiste zainteresowaniem odbiorców.
A więc wysoka podaż informacji musi za sobą pociągać niedobór uwagi.

Herbert Simon

Rozdział 1
Co się dzieje z czytelnictwem?

Ja, co nigdy nie czytam lub przynajmniej mało, wiem, że tak jest najlepiej, jak przedtem bywało mówi starosta Gadulski, bohater naszych czasów, postać z nieczytanej dziś jak sądzę komedii Juliana Ursyna Niemcewicza „Powrót posła”.

Polacy nigdy nie czytali wiele, taka jest smutna prawda. W Rzeczpospolitej szlacheckiej książka nie decydowała o randze gospodarza, na dworze rzadko gromadzono podręczne księgozbiory. Tak jak dziś z Google czy z Facebooka, tak wówczas wiedzę czerpano z kalendarza, czyli z krótkich, wyrwanych z kontekstu cytatów, wypisów, historycznych rocznic i wspomnień, porad etc. Lata PRL były krótkim okresem, kiedy w społeczeństwie wyrobił się snobizm na kupowanie i kolekcjonowanie książek, najchętniej tych „spod księgarskiej lady”, trudno dostępnych, wcale niekoniecznie czytanych, ale ustawianych na półkach, subskrybowanych, wystawianych na pokaz. W latach PRL książka była jednak nie tyle synonimem inteligenckiego domu, lecz swego rodzaju snobizmem na inteligenckość, stanowiącą opozycję wobec robotniczo-chłopskiej władzy. Paradoksalnie wraz ze zniesieniem cenzury i limitów na papier, wraz z upadkiem partyjnego państwa, moda na książki szybko zaczęła zanikać. Jeszcze początek lat 90. przyniósł swego rodzaju zachłyśnięcie się wolnością, rekordowe nakłady „Gazety Wyborczej” i tłumaczonych naprędce, byle jak, amerykańskich bestsellerów, dzieła Ludluma i Forsytha sprzedawane na ulicznych straganach w setkach tysięcy egzemplarzy, ale to był moment, epizod, a tan detnie wydane, choć z tłoczonymi złotą czcionką tytułami, woluminy szybko wylądowały na składach makulatury. Memento Mori tamtego okresu była upadłość uginającej się pod tonami niesprzedanych książek Składnicy Księgarskiej państwowego monopolisty z lat PRL w sprzedaży hurtowej publikacji, a równolegle całkowity rozkład struktur również państwowego detalisty, Domu Książki, a także koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”1. Na gruzach dawnych państwowych struktur tworzył się wolny rynek, bardziej przypominający wolną Amerykankę niż rzeczywisty rynek budowany w krajach Europy zachodniej w duchu etyki protestanckiej. Opisany przez Maxa Webbera 2 „duch kapitalizmu” był nam zupełnie obcy. Webber obserwował, że w kapitalistycznym świecie Człowiek „z natury” nie chce zarabiać więcej pieniędzy, lecz chce po prostu żyć tak, jak przyzwyczaił się żyć i zarabiać tyle, ile jest do tego konieczne3. Wówczas wydawało nam się to niepojęte, jak można z natury nie chcieć więcej, cóż to za natura, chyba socjalistyczna? Hasłem dnia stała się „filozofia sukcesu”, sformułowana w latach 30. XX wieku przez Napoleona Hilla: „Myśl i bogać się!”4. Dopiero dziś, po ponad dwudziestu latach wolnego rynku możemy docenić i w pełni zrozumieć etykę Webbera i gotowi jesteśmy przyznać rację, że chcemy po prostu żyć tak, jak się przyzwyczailiśmy. Chcemy żyć stabilnie i bezpiecznie. Problem w tym, że kiedy my uczyliśmy się, że bogactwo jest złudne, a żądza zysku za wszelką cenę wiedzie donikąd (lub do większej biedy), świat kapitalistyczny przeżywał gwałtowną technologiczną rewolucję. Sprawy przyspieszyły, ludzie zaczęli przemieszczać się częściej, mobilność skutecznie zaczęła wypierać dawne wartości, ludzie na Zachodzie zaczęli tracić dawne punkty odniesienia, straciły na wartości dawne fortuny, fundusze ubezpieczeniowe okazały się być niepewne, banki straciły wiarygodność równie szybko jak prawnicy i księgowi, fundamenty kapitalistycznej etyki legły w gruzach wraz z internetem, telefonią komórkową i błyskawicznym dostępem do informacji. Nie możemy już dziś nie chcieć więcej, bo więcej wciska się do nas zewsząd, nie tylko z reklam jak to było przez dziesięciolecia kapitalistycznego rynku dostajemy więcej i taniej lub prawie za darmo. Bilety lotnicze prawie za darmo, telefony komórkowe prawie za darmo, rozmowy i połączenia internetowe prawie za darmo, a reszta za pół ceny w hipermarketach, na wyprzedażach, w ofertach grupowych zakupów itd. I jak nie dać się skusić? A zresztą, w wielu przypadkach nie można. Bo nowe oprogramowanie, bo nowe funkcjonalności, bo rzeczy po roku się psują i nie opłaca się ich naprawiać, taniej kupić nowe, bo nowe wciskają za darmo lub za 10 proc. wartości itd. Zatraciliśmy sens samej „potrzeby”, otaczając się dziesiątkami rzeczy do niedawna jeszcze zbytecznych, a dziś nieodzownych. Czy jesteśmy dzięki temu bardziej szczęśliwi? Wątpię. Bardziej mobilni, tak. Czy bardziej wolni? Wątpię. Raczej uzależnieni od gadżetów i urządzeń do transmisji informacji. Czy lepiej wyedukowani? Skądże. Pomimo łatwego, niemal bezpłatnego dostępu do Biblioteki Babel, do nieskończonej ilości informacji, wcale nie wiemy więcej niż w czasach gazet i książek. Być może wiemy szybciej, ale czy aby szybkość jest istotą natury człowieka? Wiemy fragmentarycznie, w kawałeczkach, w wyimkach na Twitterze, w hasłach na Facebooku, w linkach z Google. Nie sposób myśleć o współczesnym czytelniku w oderwaniu od współczesnego człowieka, bo przecież jeden jest elementem drugiego. A współczesny człowiek w coraz większym stopniu staje się niewolnikiem mobilnych technologii, żyjemy w opętaniu szybkością, niemal natychmiastowością, w ciągłym stresie i niedoczasie, w ciągłej potrzebie bycia on-line. Życie on-line nie pozostawia przestrzeni na skupienie, na samotność, na przemyślenia, na prawdziwe rozkoszowanie się pięknem, na smakowanie poetyki, na docenienie kunsztu składni, na delektowanie się fabułą, na rozszyfrowywanie zawiłości intrygi. W świecie on-line nie ma na to wszystko czasu, linki, komunikaty, przekaz jest pokawałkowany, podany na tacy, nachalnie podsunięty pod nos tak samo jak promocja telefonu za złotówkę w zamian za wyższy abonament.

W eseju pt. „Śmierć książki | No Future book”5 pisałem, że rewolucja technologiczna zmienia nasz świat szybciej niż wynalazek Gutenberga. Bo i świat jest dzisiaj w zasięgu ręki dzięki satelitom, tanim biletom lotniczym i trylionom wysyłanych kilobajtów informacji. O ile wynalazek Gutenberga stworzył „człowieka liter”, to współcześnie jesteśmy świadkami narodzin „człowieka cyfr” 6, gdyż większość informacji rozpowszechnianych jest obecnie w zapisie binarnym, a nie analogowym.

Czy ten świat mnie oburza? Tak. Czy chcę z nim walczyć? Nie. Bo to walka z wiatrakami, walka idealistyczna, romantyczna, skazana na porażkę.

Czytelnictwo w tradycyjnym rozumieniu staje się reliktem przeszłości. Nie przystaje do natychmiastowości. Tradycyjne czytelnictwo jest błyskawicznie wypierane przez czytelnictwo on-line i nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić, bo przeciwdziałanie nikomu już się nie opłaca. Albo wsiadasz do pociągu z napisem „digitalizacja”, albo on jedzie bez ciebie, a ty zostajesz z ręką w nocniku, jesteś wykluczony z Sieci jak miliony emerytów, którzy nie załapali się na technologiczną rewolucję, boją się jej, nie rozumieją, zrozumieć już nie chcą. Czy aby czasem im nie zazdrościmy tej błogiej ignorancji, w fotelu bujanym, z kotem i książką na kolanach?

Jak wygląda nowa kultura on-line? Doskonale zdefiniował w swoich licznych książkach Manuel Castells7. Jest to kultura pieniędzy i pracoholizmu, kultura zbytecznej konsumpcji dążącej do chwilowej satysfakcji oraz odrzucenie społecznego i obywatelskiego zaangażowania na rzecz indywidualnych osiągnięć i instrumentalnych relacji8. Jak widzimy, z ducha kapitalizmu z czasów Maxa Webbera nic już nie pozostało.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji w całej Europie badacze kultury biją na alarm czytelnictwo, w jego tradycyjnym rozumieniu, wciąż spada, książki i gazety mają coraz mniejsze nakłady, reklamodawcy wycofują się z mediów papierowych, inwestorzy tracą zainteresowanie branżą wydawniczą, której wyceny coraz niższe. Być może bardziej niż wszystkie te statystyki do wyobraźni przemawia przykład tygodnika „Newsweek”, który latem 2010 roku został sprzedany przez koncern Washington Post za 1 dolara (wraz z długami), choć jego nakład wynosił 1,5 mln egz. tygodniowo. A kto kupił ten szanowany na całym świecie tytuł? Sidney Harman 9, miliarder, który miał 91 lat (zmarł rok później, w kwietniu 2011 roku). Fundusze inwestycyjne dawno przestały interesować się rynkiem prasowym, uznając, że nie rokuje on perspektyw, skoro ludzie czytają coraz mniej. Kevin Maney10 w głośnej książce „Coś za coś” cytuje eksperta w dziedzinie rynku medialnego, Marka Andreessena11, który uważa, że wydawcy mediów papierowych powinni jak najszybciej wycofać się z druku i całkowicie przejść na treści dostępne on-line: Rynki finansowe już jakiś czas temu postawiły krzyżyk na tradycyjnych gazetach, przewidując ich rychłe bankructwo. (…) Pokolenie właścicieli i menadżerów gazet, któremu przypadła rola zakończenia pięćsetletniej tradycji prasy drukowanej, ma przed sobą niewątpliwie trudne zadanie12. O ile w ogóle wykonalne, bo zmiana modelu biznesowego–jak przyznaje sam Andreessen i jest to niewątpliwie prawda oznacza utratę 90 proc. dotychczasowych dochodów. Nic dziwnego, że każdy raczej myśli jak odwlec moment, w którym padną słowa „Sztandar wyprowadzić”.

Młody człowiek korzysta z treści w sposób wyrywkowy, szuka cytatów, nie całości. Czytanie w Sieci nie ma właściwie nic wspólnego z procesem, często długim i mozolnym, jakim jest czytanie od początku do końca utworu wydrukowanego na papierze zauważa Bernard Poulet13 w znakomitej książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji”14. I dalej: W nieodległym czasie nie będziemy może otwierali książki, ale ściągali potrzebną nam stronę, akapit albo konkretne zdanie15.

Próbując odpowiedzieć na postawione w tytule eseju pytanie „Gdzie jest czytelnik?”, możemy skonstatować, że w pożądanym przez nas rozumieniu już go nie ma (nie licząc wykluczonych z Sieci, czy to z racji wieku w większości emeryci, czy z racji wyboru ci nieliczni, którzy świadomie zrezygnowali z wątpliwej przyjemności bycia non stop on-line). Czytelnik książek i prasy to gatunek wymierający. Pozostało jeszcze kilku nobliwych seniorów, tak jak w biznesie pozostało kilku matuzalemów starych branż (samochodowa, hutnictwo, górnictwo etc.), którzy wyznają etykę „ducha kapitalizmu”, ale nowe szybko rozwijające się startupy związane z cyfryzacją rządzą się zupełnie innymi prawami i to do nich należy przyszłość. Kto się boi, niech wyskoczy, podzieli los wielu firm, takich jak np. Kodak, który zamknął dwanaście fabryk, zwolnił 90 proc. załogi, a i tak tonie w długach, bo za późno przestawił się na technologię cyfrową, wierząc, że jeszcze przez wiele lat będzie zbyt na aparaty analogowe i klisze filmowe, czyli na produkty z segmentu, w którym zajmował wiodącą pozycję. Kodak to synonim fotografii, firma powstała w 1892 roku, a wypuszczony w 1900 roku aparat za 1 dolara był pierwszym masowo używanym urządzeniem do robienia zdjęć. Wydawcy prasy i książek, podobnie jak szefowie Kodaka, wciąż wierzą, że zbyt na ich produkty będzie jeszcze przez wiele lat, że doczekają emerytury, zanim znikną księgarnie i drukarnie. Tymczasem tego czasu jest bardzo mało, a branżę wydawniczą czeka los Kodaka, jest podobnie konserwatywna, podobnie naiwna wobec nieuchronnych zmian.

Miejsce aparatów Kodaka za 1 dolara zajęły inne aparaty, w tej samej cenie, takich firm jak: Nokia, Sony Ericsson, Samsung, Apple etc. Miejsce książek zajmą treści dostarczane przez Amazon, Apple, Google, Yahoo!… Stary świat się kończy. Dziś jedyną wartością Kodaka jest 1100 patentów, może ktoś je odkupi. Jutro jedyną wartością wydawców będą prawa autorskie, może je też ktoś odkupi. Ludzie dalej robią zdjęcia, więcej niż kiedykolwiek, dalej będą czytać, może też więcej, ale świat już nie będzie taki sam, a i czytanie nie będzie takie jakie było. Natychmiastowość nie pozostawia przestrzeni dla procesu długiego i mozolnego. Nie można jednocześnie czytać książki, odpowiadać na e-maila, wpisywać postu na Facebooka i czatować, ale z powodzeniem można jednocześnie oglądać transmisję sportową on-line, słuchać muzyki z MP3, wysyłać komunikaty na Twittera i śledzić nagłówki wydarzeń politycznych na ulubionym portalu, bo każda z tych czynności wymaga tylko ułamkowej uwagi, jest niemal bezmyślna. Czy to oznacza, że społeczeństwo bez książek i prasy będzie bezmyślne? Tego nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, niech każdy sam jeśli ma taką wolę rozważy odpowiedź na to pytanie.

W każdym razie same statystyki dotyczące spadku czytelnictwa, zmniejszające się nakłady książek i gazet, mniejsze wpływy branży, nie dziś wystarczająco silnym sygnałem cywilizacyjnych zmian związanych z uczestnictwem w kulturze. Badania zawsze wskazywały, że czytamy za mało, że kupujemy za mało itd. Badania nie stawiają pytania, ile to jest za mało, a ile dostatecznie dużo, podlegają ocenie, diagnozie stawianej przez intelektualistów, przez czytającą mniejszość zatrwożoną wynikami rankingów.

W Polsce w 2010 roku 32 proc. badanych osób przyznało się do sporadycznego kontaktu z książką, czyli lekturą od jednej do sześciu pozycji w roku, natomiast jedynie 12 proc. utrzymuje kontakt intensywny (siedem i więcej).

Czytelnictwo kobiet wyniosło 50 proc. Biorąc pod uwagę wiek respondentów, najsłabiej, z wynikiem na poziomie 35 proc., wypadła grupa powyżej 60 lat. Najwyższe deklarowane czytelnictwo zanotowano wśród nastolatków (15-19 lat). Tradycyjnie już najniższe czytelnictwo występuje na obszarach wiejskich (34 proc.). W miejscowościach do 20 tys. mieszkańców wskaźnik ten wyniósł 48 proc., w miejscowościach od 20 do 100 tys. 43 proc., w ośrodkach między 100 a 500 tys. mieszkańców 55 proc., a w dużych miastach powyżej 500 tys. osób 58 proc. (57 proc. w 2008 roku i 54 w 2006 roku).

80 proc. respondentów z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym przyznało się do braku jakiegokolwiek kontaktu z książką. To samo zadeklarowało z kolei 25 proc. odpowiadających z wykształceniem wyższym lub licencjackim i to jest już prawdziwy skandal! Z analizy badań Biblioteki Narodowej wynika m.in., że z żadnych książek nie korzysta 36 proc. ludzi na stanowiskach kierowniczych, 50 proc. pracowników administracji i sektora usług! Nie czyta także 84 proc. rolników, 66 proc. emerytów i rencistów oraz 68 proc. bezrobotnych. Najmniej czytają także osoby, które swoją sytuację materialną oceniają jako złą (73 proc.). Tylko 13 proc. badanych przyznało się do kupowania książek.

Trudno nie zadumać się nad wyłaniającą się z powyższych liczb mapą czytelnictwa w Polsce. Niski wskaźnik u osób, których życie związane jest ze wsią łatwo przyjąć do wiadomości. Czy podobnie jednak rzecz się ma z tymi, którzy mogą się pochwalić dyplomem magistra?

Po raz pierwszy w historii badanie objęło także deklaracje czytelnictwa publikacji innych niż zwarte. Ankieterzy TNS OBOP pytali więc rozmówców, czy w ostatnich trzech miesiącach przeczytali tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu (o objętości dłuższego artykułu w gazecie lub portalu internetowym, krótkiego opowiadania, rozdziału w książce itp.).

Odpowiedzi „tak” udzieliło 54 proc. Wśród kobiet było to 54 proc. całej badanej grupy, wśród mężczyzn 53 proc. Odpowiedź „tak” podało 74 proc. badanych w wieku 15-19 lat i tylko 48 proc. tych, którzy przekroczyli 60 lat. Tego typu tekst czytają częściej mieszkańcy największych miast, choć jest to zaledwie 68 proc. tej populacji, a najrzadziej mieszkańcy wsi (47 proc.). Szczególnie wart uwagi wydaje się fakt, że 19 proc. respondentów legitymujących się wykształceniem wyższym udzieliło na to pytanie odpowiedzi przeczącej. Jeszcze liczniejszą grupę stanowią nieczytający kierownicy i specjaliści (26 proc.) oraz uczniowie i studenci (27 proc.).

W komentarzu do badań można odnaleźć próbę odpowiedzi na pytanie dotyczące przyczyn takiego stanu rzeczy. Przywołuje się tu między innymi zmiany cywilizacyjne, gospodarcze i społeczne, jakie zaszły w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat. Zwraca się uwagę na recepcję materiałów krótszych niż książkowe: Dziś, kiedy tak wielu ludzi mówi o braku czasu na lekturę książek, warto postawić pytanie o czytanie jakichkolwiek tekstów (niezależnie od treści, zastosowania ani medium komunikacyjnego) dłuższych niż trzy strony maszynopisu albo trzy ekrany komputera. 46 proc. badanych przez Bibliotekę Narodową przyznaje się do tego, że w ciągu ostatniego miesiąca nie miało do czynienia z czymś takim. Istnieją zatem uczniowie, którzy nie muszą czytać nawet streszczeń lektur szkolnych, księgarze, którzy nie zapoznają się z katalogami wydawniczymi, lekarze, którzy nie mają potrzeby zdobycia dodatkowej wiedzy, prawnicy niezainteresowani nowymi ustawami czy rozporządzeniami. Jak się okazuje, można radzić sobie w szkole i na uczelni, można funkcjonować w zawodzie, także takim zakładającym wyższe wykształcenie, będąc praktycznie poza tym, co angielszczyzna określa mianem literacy. 25 proc. Polaków z wykształceniem wyższym nie miało kontaktu z żadną książką w ciągu roku, a 20 proc. nie czytało w ciągu ostatniego miesiąca żadnego tekstu dłuższego niż trzy strony. Pozwala to postawić pod znakiem zapytania oficjalne wskaźniki wykształcenia, które często bywają traktowane jako świadectwa gruntownej zmiany, jaka zaszła w polskim społeczeństwie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jeśli można mieć wyższe wykształcenie i wykonywać związany z nim zawód, a zarazem być praktycznie wtórnym analfabetą, to samo formalne wykształcenie nie jest wiarygodną podstawą formułowania sądów o tym ideale społecznym, który w języku publicystyki nazywany bywa społeczeństwem wiedzy. Co więcej kryterium trzech stron czy ekranów obnaża również mit modernizacji utożsamianej z informatyzacją. 33 proc. internautów czyta jedynie krótsze teksty. Z tego wynika, że nie mają racji ci, którzy lekarstwa na niski poziom czytelnictwa upatrują w digitalizacji dziedzictwa druku i w powszechnym dostępnie do internetu; osoby wyposażone w komputer podłączony do sieci nie muszą zajmować się czytaniem dłuższych tekstów. Tym, co włącza do społeczeństwa wiedzy, w większym stopniu niż dostęp do nowych technologii informacyjnych czy wykształcenie wyższe, praktyki lekturowe. Z tego punktu widzenia troska państwa o kulturę czytelniczą powinna zatem być widziana w kategoriach strategii rozumnego inwestowania w kulturę czytelniczą. Bez tego nie ma mowy ani o konkurencji w zglobalizowanym świecie, ani o innowacyjnej gospodarce, przy czym przez społeczeństwo wiedzy należy rozumieć nie tylko ludzi umiejących znajdować informacje i posługiwać się stosownymi narzędziami służącymi osiągać zamierzone cele, ale także tych, którzy zdolni myśleć o świecie społecznym w kategoriach dalekowzrocznie postrzeganych celów16.

Spadki czytelnictwa obserwowane praktycznie we wszystkich krajach Europy. I nie następują dlatego, że ludzie stracili potrzebę zdobywania wiedzy, przeciwnie głód wiedzy jest wciąż skutecznie podsycany. Ale to wiedza z Facebooka. Wiedza o tym, co w weekend robi sąsiad, jak wygląda kot koleżanki ze studiów, gdzie odbędzie się najbliższa impreza, względnie: ile co kosztuje, ile zarabiają gwiazdy, jaki rozmiar biustu ma Mariah Carey, jakiej marki okulary przeciwsłoneczne nosi George Clooney itd. Uczestnictwo w wymianie informacji najczęściej polega na komentowaniu, zazwyczaj nacechowanym emocjami, z dominacją słów wulgarnych. Każdy jest ekspertem w każdej dziedzinie, a przynajmniej potencjalnie może być. W kulturze Sieci miejsce dla intelektualistów jest na obrzeżach, dostarczają co najwyżej wyrwanych z kontekstu cytatów, powtarzanych na blogach i portalach społecznościowych. Dotyczy to zresztą w równym stopniu polityki, a być może demokracji w ogóle. Być może złudzeniem jest, że internet poszerza zakres obywatelskich swobód. Fakt, mamy całkowitą wolność wypowiedzi, ale też w masie ta wypowiedź nie znaczy wiele, jeśli w ogóle jeszcze znaczy cokolwiek. Nie ma miejsca dla autorytetu. Sieć daje nam w równym stopniu prawo uczestnictwa w społecznej debacie, co redukuje nasz głos do niewiele znaczącego szumu, do statystyki, która być może wpłynie na wzrost sprzedaży w Amazon.com, na lepsze pozycjonowanie w Allegro albo na wzrost dochodów z programu Google AdWords czy Google AdSense itd., ale poza tym nie znaczy wiele. Zrównanie pozycji eksperta z pozycją amatora prawdopodobnie wcale nie poszerzyło zakresu swobody wypowiedzi, natomiast spotęgowało chaos informacyjny, powoduje poczucie zagubienia, a coraz częściej świadomość, że jesteśmy manipulowani przez agencje reklamowe, specjalistów od PR czy komunikacji w Sieci, którzy dostarczają umiejętnie spreparowane komunikaty w miejsce rzetelnych opinii analityków, krytyków, recenzentów, badaczy itd. W tej sytuacji zmniejsza się zaufanie do przekazu, co sam proces uczestniczenia w wymianie treści sprowadza do bezmyślnego powielania (wklejanie linków), produkowania śmieci (miliardy gigabajtów prywatnych zdjęć, filmików ze spacerku z pieskiem czy z imienin cioci, które zapełniają cyberprzestrzeń) lub ekshibicjonistycznego informowania o zamiarach czy nastrojach, które nie interesują nikogo poza informującym, ale natychmiast komentowane, bo inni użytkownicy Sieci w równie bezmyślny sposób uczestniczą w produkcji bezwartościowych treści, tracąc godziny na uczestnictwo w tej wymianie, na idiotyczne klikanie oznaczenia „Lubię to!” na Facebooku. Godziny, których zabraknie później dla procesu długiego i mozolnego, dla czytania książek.

Z czytelnictwem stała się rzecz straszna. Zostało zredukowane do bezmyślnej czynności.

Żyjemy w czasach przełomu, pokolenie wychowanych na książkach wciąż jest statystycznie dość duże, by dawać złudzenie, że świat wciąż jest normalny. Ale to złudzenie. Nowe pokolenie, zwane Born Digital, dorastało przed monitorem. Ma inne potrzeby i skutecznie je forsuje, o czym będzie mowa w następnym rozdziale.

Rozdział 2 Skandaliczne nieczytanie

Rozdział 2Skandaliczne nieczytanie

Cóż może być bardziej skandalicznego z punktu widzenia twórcy oraz wydawcy niż brak zainteresowania odbiorcy? Badania czytelnictwa, a i doświadczenia rynkowe wydawców, są alarmujące. Wiemy, że młodzi konsumenci najczęściej w ogóle nie czytają dłuższych tekstów, a jeżeli już, to głównie na ekranie i najchętniej za darmo. Szybki dostęp do ogromnych zasobów internetu sprawia, że odbiorca coraz rzadziej gotowy jest płacić za udostępniane mu treści. Efekt ekonomiczny jest łatwy do przewidzenia – darmowe, ale jednocześnie amatorskie treści w coraz większym stopniu zastępują te profesjonalnie zredagowane, a co za tym idzie – kosztowne dla nadawcy.

W całej Europie, a także w Stanach Zjednoczonych, od ponad dekady obserwujemy zmniejszające się nakłady prasy (zwłaszcza informacyjnej), a grupa czytelników nie tylko maleje, ci, którzy pozostali – wymierają. Obrazowo przedstawia to francuski badacz Bernard Poulet: Czytelnicy gazet powoli odchodzą na cmentarz, a dzisiaj absolwentami uniwersytetów są ci, którzy gazet już nie czytają17. Młodzi ludzie nie kupują gazet. Młodzi ludzie nie szukają nawet w internecie innych informacji niż: sport, muzyka, elektronika, rozrywka. Dalej – reklamodawcy uciekają od mediów papierowych, coraz mniejsze budżety przeznaczane są na reklamę w prasie. Bo po pierw – sze zmniejszają się nakłady, a więc zasięg reklamy, po drugie, ważniejsze, pojawiają się alternatywne kanały, jak m.in. kampanie w Google, reklamy na Facebooku czy YouTube, żeby wymienić tylko te najbardziej popularne. Bez zasilenia z reklam gazety nie są w stanie przetrwać, stąd coraz częściej są zamykane. Poulet cytuje amerykańskiego analityka, Nicholasa Carra18: Jak stworzyć wysokiej jakości treść w świecie, w którym reklamodawcy chcą płacić za kliknięcie, a konsumenci nie chcą płacić nic? To niemożliwe!19. Aby się ratować, właściciele mediów tną koszty. Cięcia dotyczą przede wszystkim najbardziej kosztownych redakcji, czyli etatów dziennikarskich. Likwiduje się placówki zagraniczne, zwalnia fachowców, bo fachowej wiedzy szuka coraz mniej odbiorców. Gazety coraz więcej uwagi poświęcają rozrywce czy lokalnym ploteczkom oraz tropieniu sensacji, bo sensacyjny news może pozwolić nie tylko zwiększyć nakład, ale i zwiększyć oglądalność strony internetowej nadawcy. Deprecjacji ulega ranga zawodu dziennikarza. Setki tysięcy dziennikarzy-amatorów, bloggerów, podważa sens opłacania profesjonalistów. Niedługo nikogo nie będzie stać na produkowanie fachowej informacji. A najgorsze, że nie ma na nią zapotrzebowania.

Cięcia kosztów – biznesowo nieuniknione – to tak naprawdę gwóźdź do trumny przemysłu medialnego. Amerykański dziennikarz i analityk ekonomiczny Kevin Maney zwraca uwagę na przyczyny, dla których gazety nie mają szansy wygrać wojny z serwisami internetowymi. Najpierw przegrały walkę o dostępność. Gazety codzienne w swoich najlepszych latach były wręcz uosobieniem dostępności tanie, wszechobecne, banalnie proste w obsłudze20. Jednakże tę budzącą podziw, a i gwarantującą godziwe dochody dostępność, gazety zaczęły tracić na rzecz jeszcze bardziej dostępnego medium jakim jest internet. W ogólnej dziedzinie informowania internet całkowicie zdominował gazety pod względem dostępności. (…) Po 2005 roku bez wątpienia można było powiedzieć, że dla większości użytkowników wiadomości podawane przez internet stały się bardziej dostępne niż te zamieszczane w prasie. Wiadomości internetowe możemy czytać podczas pracy na komputerze, możemy na nie zerkać, pisząc e-mail. Dobrze się je czyta, są ładnie opakowane i darmowe. (…) Blogi oraz serwisy takie jak Yahoo News znacznie lepiej korzystały z nowych możliwości technologicznych i w cugach prześcignęły tradycyjne gazety w dziedzinie dostępności. Prasa się nie zmieniła, ale za jej plecami nastąpiły zmiany, które doprowadziły do tego, że dzienniki przestały być dostępne – i potrzebne. (…) Zwyczaj kupowania gazety zanikł u wielu szczególnie młodych – czytelników pisze Kevin Maney21. Gazety początkowo wciąż mogły konkurować z nowym medium jakością i właściwie tak jest do dziś, tyle że ta przewaga jest coraz mniejsza, a zatem biznesowo odgrywa coraz mniejszą rolę, w rezultacie doprowadzając przemysł prasowy do ruiny. Co się stało? Po pierwsze, za czytelnikami, którzy przerzucili się na internet, poszli reklamodawcy – szczególnie ci zamieszczający drobne ogłoszenia. (…) Po drugie, artykuły w internecie stawały się poważniejsze, a serwisy informacyjne bardziej rozbudowane. Publikowali w nich coraz lepsi dziennikarze. Po trzecie, czytelnicy przyzwyczaili się do tekstu wyświetlanego na ekranie monitora. Wszystkie te czynniki zadziałały jednocześnie. Aż w końcu redakcje gazet własnoręcznie wbiły ostatni gwóźdź do trumny. Obserwując zmniejszające się dochody, zaczęły zwalniać pracowników, zamykać biura, zmniejszać objętość publikacji. Dzień po dniu roztrwaniały dotychczasową jakość22.

Media przyczyniły się również w inny sposób do upadku rangi za – wodu dziennikarza, czyniąc zeń czę – sto celebrytę (z jednej strony gwiazdę, z drugiej – niestety często – błazna). Poulet daje francuski przykład, ale pod cytowane tu nazwiska dziennikarzy można podstawić dowolne inne, także z polskiego podwórka: Zanika różnica między Marine Jacquemin wykonującą swój zawód w ekstremalnych warunkach w Afganistanie lub Manon Loiseau ryzykującą życiem w Czeczenii a zabawiaczem Karlem Zero, który bawi się w śledczego w programie „Rouletabille”, podając sensacyjne i nieprawdziwe informacje, łącząc karykaturę dziennikarstwa z tanią rozrywką23. Faktem jest, że aby podtrzymać widownię, media elektroniczne od dawna zastępują publicystykę czy informację kulturalną programami rozrywkowymi, od debat politycznych cenniejsze są pyskówki, a w ślad za telewizją podąża prasa – i to już nie tylko tabloidy czy kolorowe tygodniki z plotkami, lecz także media do niedawna uważane za opiniotwórcze. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom konsumenta, świadomie utwierdzamy jego potrzeby, ale – być może mniej świadomie – wychowujemy także konsumenta przyszłości, który przypuszczalnie nie będzie już znał różnicy pomiędzy rozrywką a kulturą, utożsamiając jedno z drugim. Dziś jeszcze alternatywa wydaje się być wyraźna, jednak wraz z ekspansją przemysłu rozrywkowego (entertainment), to, co