Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Disorder i ja - Łukasz Gołębiewski

Disorder i ja to opowieść o dwóch przyjacielach, outsiderach – są młodzi, weseli, zbuntowani. Nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości początku lat 90. Miejsce sklepów Społem zajmują Euro-Shopy, w tle denominacja złotówki, powstają prywatne media. Młodzi bohaterowie nie potrafią jednak korzystać z dobrodziejstw kapitalizmu. Koledzy zarabiają pieniądze, robią kariery, ich jednak wyścig szczurów nie interesuje. Wesoły świat ciągłej zabawy nie trwa jednak wiecznie, nagle przychodzi strach... Powieść raz zabawna, raz smutna, pełna anegdot, nie wolna od erotyki. Czyli to wszystko, co czytelnicy autora "Xenny" dobrze znają.

Opinie o ebooku Disorder i ja - Łukasz Gołębiewski

Fragment ebooka Disorder i ja - Łukasz Gołębiewski

Łukasz Gołębiewski

Jirafa Roja

Warszawa 2009

© Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2009 © Copyright by Jirafa Roja, 2009

Korekta: Adrian Sinkowski

Projekt okładki: Agnieszka Herman

Ilustracje w tekście: Picturephoto | Dreamstime.com

Łamanie: Tatsutatsu@tatsu.pl

Druk i oprawa: Opolgraf | www.opolgraf.com.pl

ISBN 978-83-61154-15-0

www.xenna.com.pl

Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Cytat

Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne.

(Charles Bukowski)

Wydaje się, że wstępnym warunkiem bycia szczęśliwym jest posiadanie punktu ciężkości w sobie samym.

(Karen Horney)

1. Tanie wina

– Piję tylko tanie wina — zakomunikował. To był nasz pierwszy tydzień w nowej szkole. Szliśmy w zimny jesienny dzień do tramwaju. Wydawał mi się leszczem i pozerem. Miałem za sobą już pewien alkoholowy staż, rozpoczęty w szóstej klasie podstawówki od tanich win właśnie. Pitych na przerwach pod płotem przy boisku. Miałem dawno za sobą pierwsze samotne pijaństwo. Kupiłem wtedy trzy słodkie malagi i wypiłem je sam, zamknięty w swoim pokoju, przy puszczanej na okrągło pierwszej płycie Oddziału Zamkniętego. Miałem za sobą setki alpag i jego deklaracja mnie rozśmieszyła.

– Ja tanich win nie piję — odpowiedziałem i wsiedliśmy razem do tramwaju. Mieszkaliśmy blisko siebie, wysiadaliśmy na tym samym przystanku. Bez pożegnania każdy poszedł w swoją stronę. On do sklepu z tanimi winami, ja do budki z piwem.

Przyszła zima. Chciałem pojechać na wycieczkę do Wilna, bo tania okazja się trafiała, organizatorem był jakiś nauczyciel, a ja coś tam dostałem właśnie na urodziny od babci. Tyle że nikt z klasy się nie wybierał. Podszedłem do Disordera. Siedział cichy, zawsze w ostatniej ławce, nic nie notował, tak jak ja szkołę pomaturalną traktował jako przechowalnię przed wojskiem.

– Pojedziesz ze mną do Wilna?

– A po co?

– Jak to po co? Zabawimy się nieźle jak się tylko da. Będzie koniak, szampan, kawior i dziwki. Ty wiesz jakie fajne rury tam można wyrwać?

– A nie, to ja tam nie jadę.

Pojechałem sam. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że kawior, koniak, a zwłaszcza dziwki Disordera nie interesują. Jakbym powiedziałszampanskoje igristoje,to pewnie siedzielibyśmy razem w pociągu, popijając najtańszą wódkę. Bo i ja nie jechałem po koniak, o dziwkach też wielkiego pojęcia nie miałem, chciałem pić przez tydzień gdzieś, gdzie może nie będzie śmiertelnej nudy mojego osiedla, gdzieś, gdzie zobaczę mordy innych pijaków niż tych spotykanych codziennie pod blokiem. Pragnienie doznań, to mnie napędza od dziecka i wiedzie ku zgubie. Nienasycenie, ciągła potrzeba doświadczeń; choćby za cenę pakowania się w najgorsze tarapaty.

W drodze do Wilna poznałem fajną laskę. Lidka trochę słabo słyszała, co się do niej mówiło i niewyraźnie wypowiadała zdania. Za to figurę miała pierwsza klasa. I jakąś pełną ciepła akceptację w oczach. Jechaliśmy w jednym przedziale, oprócz nas jeszcze jej koleżanka, w trójkę spaliśmy na brudnych kuszetkowych łóżkach, ja na dole, one na górze. Po drabince bym się nie wdrapał, do pociągu już wsiadałem pijany, a z dziewczynami obaliłem jeszcze flaszkę i kilka piw. Spodobała mi się, wesoła, sepleniąca, mała, zagubiona Lidka. Przespaliśmy się ze sobą drugiego dnia wycieczki, podczas imprezy, nie zważając, że w pokoju są inne osoby, po prostu przykryliśmy się kocem i pieprzyliśmy na oczach wszystkich. Nie była to moja pierwsza tego typu przygoda. Z Natalią bzykałem się pod stołem na odpryskach potłuczonych kieliszków, z Dorotą robiliśmy to pijani w szybie windy, z Edytą schowaliśmy się na chwilę w łazience, by szybko konsumować miłość na brzegu stojącej pralki. A wszystko to przed osiągnięciem pełnoletniości. Wczesną miałem edukację seksualną. Alkohol pozbawia jednak seks jakiejkolwiek otoczki uczuć. To nie jest „kochanie”, ale bzykanie, jebanie, ruchanie, gdzie i jak popadnie.

Po powrocie z Wilna z Lidką więcej się nie spotkałem. Dzwoniła kilka razy, ale ją zbyłem. Nie szukałem dziewczyny. Raczej od nich uciekałem.Just fucki po herbacie. Bardziej pasjonowało mnie kolekcjonowanie etykiet po piwie.

Spotkałem Disordera przypadkiem na moim osiedlu. Pił pomarańczowego kruszona z butelki po oranżadzie. Dał mi pociągnąć. Dobre to było paskudztwo. Poszedłem do sklepu i kupiłem sobie sześć grapefruitowych. Wróciłem na ławkę. Odtąd piliśmy już zawsze razem. Po lekcjach robiliśmy rundkę po wszystkich okolicznych sklepach w poszukiwaniu piw z nowymi etykietkami. To był początek lat 90., producenci prześcigali się w nowych gatunkach, a Janusz Rewiński promował na etykietach swoją gębę i swoją Polską Partię Przyjaciół Piwa. Kto dziś pamięta: Genowefę Pigwę, Północne Mocne, Złotego Kłosa, Morskie, Słoneczne czy choćby tak popularnego Warmiaka? Zwykle znajdowaliśmy nowy okaz do mojej kolekcji etykiet, a jak nie było, to kupowaliśmy najtańsze mocne z browaru Buksowicz i Syn w Jabłonowie — o prostej nazwie 21. Wstrętne było, ale po wielu testach doszliśmy do wniosku, że najtaniej się tym upić. Pieniądze wtedy grały rolę.

Pojechaliśmy kolejką WKD do Grodziska Mazowieckiego, na piwo grodziskie, bo nam się miasta pomyliły. Patrzyli na nas jak na idiotów, gdy wypytywaliśmy o browar, w końcu ktoś rozgarnięty wyprowadził nas z błędu — browar jest w Grodzisku Wielkopolskim. To znaczy był, dziś jest tam fabryka produkująca obicia do foteli samochodowych i pierwszoligowa drużyna piłkarska. Przepraszam, drużyny też już nie ma, sponsor się wycofał. Wtedy jednak nie mieliśmy nawet pojęcia, że jest jakiś inny Grodzisk niż ten, do którego dotarliśmy kolejką WKD. Słodka ignorancja. Zmartwieni, poszliśmy do najbliższej budki z piwem. I proszę, jakże to los potrafi się odwrócić. Jak mówi Patyczak:czasem pech się przytrafia, czasem szczęście się zdarza…Okazało się, że w tej podłej budzie w Grodzisku Mazowieckim jest aż osiem gatunków piw z nowymi etykietami. Wypiłem je w półtorej godziny, bo tyle pozostawało do odjazdu naszej kolejki. Biedny Disorder. Miałem trudności z koordynacją ruchów, wsiadając do ruszającego już pociągu wywaliłem się i w ostatniej chwili wciągnął mnie do środka. Mogłem zostać bez nóg, ale los się do mnie zwykle uśmiecha. W podzięce oblałem go piwem, w dodatku nie swoim, bo swoje wcześniej wypiłem.

Mieliśmy brzydki zwyczaj przychodzenia na imprezy bez własnego alkoholu. Mieliśmy jeszcze brzydszy — wychodzenia z imprez z cudzym alkoholem. Kradliśmy, bo forsy na wódkę brakowało. Bawiliśmy się kiedyś w miłym towarzystwie studentów, początkujących dziennikarzy, gdzieś w akademiku, przy piosenkach Doktora Hackenbusha. Usilnie podrywałem Anię, śliczną małą czarnulkę, która przyjechała z Łodzi w poszukiwaniu pracy. Podrywałem bez sukcesu, za mądra była na takiego durnia jak ja, no i pewnie za trzeźwa, żeby z byle kim iść do łóżka. Pijany Disorder kombinował jak tu ukraść ostatnią butelkę wina, wódka skończyła się wcześniej. Widziałem jak wsadza ją sobie za pazuchę i przeciska się do wyjścia, odpychając tańczących w ciasnym, zadymionym pokoju studenciaków. W drzwiach drogę zagrodziła mu Mira, chciała się pożegnać. Nieporadnie wyciągnął dłoń w jej kierunku, i wtedy flaszka wypadła. Pech chciał, że na paznokieć jej bosej stopy. Wielki polakierowany pazur pękł, a Mira zaczęła ryczeć z bólu. Disorder natychmiast zwiał, spryciarz, ja zaś zostałem jak palant, tłumaczyć wszystkim, że to wariat i degenerat. Na szczęście butelka się nie stłukła, szybko została rozpita i poza Mirą nikt o zdarzeniu następnego dnia nie pamiętał. Jakby dziewczyna miała więcej litości, to by nie przypominała. Ale palec ją bolał i bezlitośnie paplała komu popadnie, że nie można nas zapraszać na kulturalne imprezy. Też mi coś, na kulturalne to my sami byśmy w życiu nie poszli.

Mieliśmy w klasie kolegę Michała, co to dojeżdżał codziennie — a to z Legionowa, gdzie mieszkał ojciec, a to z Podkowy Leśnej, gdzie mieszkała matka. Głupi był ten Michał, ale trzeba mu przyznać, że miał fajnych znajomych. Jeździliśmy co sobotę kolejką WKD do Otrębusów, do domu Marty, albo Andrzeja zwanego Mecenasem, albo do chudej Olki. Jak się schlałem, miałem głupi zwyczaj obmacywania koleżanek w tańcu. Szybko wieść się rozniosła i stałem się swego rodzaju imprezowym błaznem. Oczywiście wszystkie dziewczyny wiedziały, co jest grane i nie chciały tańczyć. Jedna Marta była wyrozumiała. I nawet się nie zraziła, jak w pijackich akrobacjach uderzyłem jej głową o podłogę. To byli w ogóle mili ludzie, a ja dostarczałem im atrakcji, choćby wtedy gdy z okrzykiem Jezus Maria spadałem z długich drewnianych schodów. Kiedyś na urodzinach Mecenasa wypiłem 0,7 litra wódki w godzinę, bo twierdziłem, że jak nie będę pił szybko, to na pewno się nie upiję. No i schlałem się jak świnia na samym początku imprezy. Ludzie tańczyli, a ja położyłem się spać na środku pokoju nieświadom otaczającego świata. Towarzystwo grzecznie wyszło bawić się do drugiego pokoju. Jak na złość ja grzeczny nie byłem. Nie mogąc znaleźć kibla, a może w ogóle go nie szukając, wyszczałem się Mecenasowi na kaloryfer. Zniósł i to. Wziął mopa, sprzątnął, a mnie zostawił pogrążonego w pijackim letargu. Na innej imprezie przez cały wieczór chodziłem za taką jedną Agatą. Wydawała mi się nieziemską pięknością. Jak więcej wypiję, to tak mi się zdarza. Wtedy straciłem pamięć. Obudziłem się w łóżku obok niej, obydwoje nadzy, wtuleni w siebie. Nie wiem czy ją miałem tamtej nocy. Nie mogłem o to spytać, bo więcej Agaty nie widziałem. Cmoknąłem ją w czoło, wstałem i poszedłem szukać wódki. W jednym pokoju nie było, w drugim też nie. W końcu w kuchni natknąłem się na flaszkę. Pociągnąłem z gwinta i puściłem pawia do zlewu. Chciałem wrócić do łóżka, ponownie przytulić się do mojej imprezowej fascynacji, ale zapomniałem, w którym pokoju śpi, a to był duży, dwupiętrowy dom. Na dworze świtało. — Chodźmy, już jeżdżą pociągi — powiedział Disorder, który zawsze objawia się, kiedy najmniej go potrzeba. Ruszyliśmy po śniegu przez jakieś pole, bo drogi nie było widać. Szliśmy, błądząc coraz bardziej, ale szczęśliwi, bo mój przyjaciel zwinął jedną pełną i jedną ledwie napoczętą butelkę gorzały. — Którędy do kolei żelaznej? — spytałem jakiegoś wędkarza, który zmierzał w naszym kierunku. Dziwne, ale nie zdumiała go nieco staroświecka forma mojego pytania. Wskazał nam drogę w przeciwnym kierunku. Ruszyliśmy, wciąż pijani, zmarznięci, obłąkani. Koszmarem były te poranne powroty w WKD.

Wziąłem do siebie jedną ze skradzionych przez Disordera butelek. Gold Wasser, szlachetny trunek. Towarzystwo z Otrębus nie miało problemów z pieniędzmi na alkohol, inaczej niż my wówczas. Wieczorem wpadł do mnie Michał, relacjonował jakiego bydła narobiłem, rzecz jasna sam niczego nie pamiętałem. Spytałem go o Agatę, ale nie potrafił niczego powiedzieć. Nie pamiętał jej, więc może mi się przyśniła? Otworzył moją lodówkę i wyjął Gold Wassera.

– O, taka sama wódka jak ta, którą przyniosłem na imprezę! Zaraz znikła, nawet nie spróbowałem.

– Mogę ci nalać kieliszek — łaskawie zaproponowałem.

2. Granat na ryby

Miałem już wtedy żonę, grubą Martę. Była w trzeciej klasie liceum, jak jej zrobiłem dzieciaka. Mieszkaliśmy w wynajętej kawalerce. Nie były to wymarzone warunki na chlanie z kumplami, więc piłem zwykle na ławce w parku lub na przystanku autobusowym. Kiedyś jednak wpadli do mnie Marek z Bartkiem, studenci dziennikarstwa. Marek był zabawnym skinheadem.

– Wiesz, ja po prostu lubię się bić — mówił. — Mi tam wszystko jedno kogo biję, ważne, żeby był słabszy. Jak idę z kolegami i widzimy Murzyna, to wiadomo, że musi dostać wpierdol, ale tak naprawdę nie robi mi różnicy kolor skóry. Ważne tylko, żeby nie nadziać się na silniejszego.

Na wszelki wypadek udawałem, że jestem silniejszy. Opowiedział mi kiedyś o swojej pasji do wędkowania. Zdziwiłem się. Wędka to takie spokojne zajęcie. Podzieliłem się z nim tą uwagą.

– Bo ja tak naprawdę nie lubię moczyć patyka, ale nie wiesz nawet jaką mam frajdę, jak potem tym kurwom rybom łby upierdalam.

Zalił się jednak, że działkę będzie musiał sprzedać.

– Sąsiedzi się na mnie uwzięli.

– Za co? Za to, że ryby łowisz?

– No o ryby też poszło, ale zaczęło się od motocykla. Mam starą cezetkę i lubię sobie nią bez tłumika pojeździć po działkach, bo fajny taki hałas robi. No ale debile nie znają się na motocyklach i nasłali na mnie policję.

– To załóż może tłumik?

– E tam, tłumik nieważny, gorszy jest ten granat.

– Jaki granat?

– A tam, taki zwykły granat na ryby. Miałem wrzucić do jeziora, żeby od razu wszystkie te kurwy zajebać.

– Jakie kurwy?

– Kurwy ryby.

– A skąd granat?

– No ze Stadionu. Jak te psy przyszły w sprawie motoru, to granat leżał na wierzchu i wypatrzyły.

– I co?

– I zabrały. Sprawę jakąś mam mieć. No i nie ma granatu na ryby.

Piliśmy wtedy wódę, jedną połówkę za drugą. Miałem zdrowie. Zona gdzieś wyszła, syn spał, a my bawiliśmy się przy dźwiękach Ramzes & The Hooligans. Taki miły wieczór. Głośno ta muzyka leciała, bałem się, że nie usłyszę dzwonka do drzwi, bo Disorder miał wpaść, więc przypiąłem mu kartkę „otwarte, właź bez pukania”. A potem to już nie pamiętam.

Obudził mnie mój synek. Skakał mi po brzuchu, wesoło powtarzając „tata pijany, tata pijany”. Co za los! Przy stole siedział Disorder i opróżniał tanie wino. Marka i Bartka już nie było. Opłukałem twarz, kazałem gówniarzowi wracać do łóżka, i wyszedłem. W mieszkaniu za bardzo było nakopcone papierosami.

Siedzieliśmy we dwóch na ławce pod blokiem. Ja zaczepiałem staruszki. Tak dla jaj, żeby pośmiać się jak uciekają, a czasem też po to, żeby wyłudzić pieniądze na kolejne piwo. Rzadko coś sobie kupowałem, bo i nie było za co. Nie pracowałem i pracy nie szukałem. Chciałem zostać pisarzem, a pisarz musi mieć dużo wolnego czasu. Rodzice trochę pomagali, żona coś tam zarabiała, myjąc u ludzi okna. Jadło się co popadnie, jakieś uduszone warzywa, chleb z cebulą, a często w ogóle nic, bo i po co? Kalorii dostarczał alkohol, dawał dość siły i energii. Byliśmy młodzi. Piwo kradło się z supersamu, na coś mocniejszego można było jakiś grosz wysępić, papierosem zawsze ktoś poczęstował. Właśnie tamtego wiosennego dnia, kiedy siedzieliśmy pijani pod blokiem, swoim zwyczajem zaczepiłem idących wyrostków.

– Kopsnijcie szluga.

– Szluga nie mamy, ale w ryj dać możemy i to bardzo — usłyszałem osiedlową składnię, stylizowaną na język Mistrza Yody. Było ich czterech, czterech łysych skurwieli, wyraźnie rozbawionych naszym stanem. Wstałem z ławki i zacząłem pospiesznie oddalać się w przeciwną stronę.

– Te, gdzie idziesz? A kto w ryja dostanie? — słyszałem za sobą ich śmiechy. Disorder też zwiał natychmiast. Nie gonili nas. Poszliśmy na inne osiedle zaczepiać staruszki.

3. Zawód redaktor

Mieliśmy nową Polskę. Zmieniał się wystrój sklepów, zmieniały się etykiety na butelkach z piwem, a pijackie ryje pozostawały takie jak dawniej, jakby nic się w tym kraju nie działo. A jednak czuliśmy, że nastał kapitalizm. Kiedyś do budki z piwem ustawiały się dwie długie kolejki. Jedna dla tych, którzy mają kufel i czekają aż im zostanie polane, druga dla tych, którzy kufla nie mają i czekają aż się jakiś zwolni. Za kufel płaciło się kaucję, ale i tak wciąż było ich za mało. Mieliśmy rozpracowany system, przychodziliśmy z trzylitrowym plastikowym baniakiem i prosiliśmy, żeby nam wlewano piwo prosto do niego. Brat Disordera sprężonym powietrzem tak rozdął baniak, że wchodziło do niego ponad 3,5 litra. Niezły patent. Ale w kapitalizmie już nie przechodził. Znikły kolejki przed spelunkami, zaczęły też znikać same spelunki, najpierw bar Joasia, potem Jaskółka, potem Radek, potem Zbyszko i Jagienka, niewiele się z dawnych czasów ostało. Ale menele wciąż przesiadywali w tych samych miejscach, zamiast pod knajpą pili teraz pod but-halą, euro-shopem czy jakimś innym tanim sieciowym sklepem z przeterminowanym żarciem lub importowaną odzieżą, której nikt w Europie nie chciał, więc kilogramami eksportowano ją do Polski.

Nie było jeszcze hipermarketów, żabek czy biedronek, ale w samach pojawiły się już kamery. Trudniej było kraść piwo, które na domiar złego niebezpiecznie drożało wraz z galopującą inflacją. Co z tego, że powstawały dziesiątki irlandzkich pubów, skoro nie było nas na nie stać, a nędzne bary zamykano. Moje poglądy polityczne się radykalizowały.

Opracowaliśmy zatem system darmowego upijania się w pubach. Byliśmy młodzi, nie wyglądaliśmy wtedy na żuli. Wystarczyło założyć czyste spodnie i koszulę i zaraz człowiek mógł uchodzić za kogoś lepszego. My uchodziliśmy za dziennikarzy. Disorder chodził z torbą, w której rzekomo nosił aparat fotograficzny, czyli był fotoreporterem. Ja nosiłem notes i długopis, czyli byłem pismakiem. Wpadliśmy na ten pomysł w kwietniu, kiedy świętuje się dzień piwa. Przyszła do nas taka moda z Zachodu, tak samo jak Walentynki, euro-shopy, odzież na kilogramy, piwo w puszkach i masa innego zła. Zło złem, ale grzechem byłoby nie skorzystać, że dzień Świętego Patryka jest święcony. W pierwszym pubie od razu poprosiłem o rozmowę z właścicielem.

– Z kolegą z prasy chcemy napisać o pańskim lokalu — kłamstwa zawsze zgrabnie mi wychodziły. Szczerzę zęby, facet zaprasza do baru, Disorder już się poci z radości na bezpłatne piwo.

– Kawa czy herbata?

– Eeee, no może być herbata — odpowiadam niechętnie i już mi wena do dalszej rozmowy przechodzi. Disorderowi szczęka opada, gaśnie żar w oczach. A miało być tak fajnie. W drugim pubie to samo. Podupadamy już na duchu, ale w desperacji jeszcze próbujemy. No i szczęście się zdarza. Pani właścicielka częstuje nas kuflem, przepraszam, kufelkiem 0,33 jakiegoś irlandzkiego zielonego piwa. Zadaję jej idiotyczne pytania, szybko wychylając kufel z nadzieją na następny, ale gdzie tam. Nic więcej nie proponują. Zegnamy się i odrętwiali idziemy w noc.

Jestem