Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Xenna moja miłość - Łukasz Gołębiewski

Największym atutem Xenny jest wiarygodność opisu uzyskana przez użycie prostego, kolokwialnego, a niekiedy wręcz slangowego języka. Gdy czytałem, wydawało mi się, że po prostu jestem wśród tych ludzi, że odurzam się wódka, prochami i punk-rockiem. Nie jest to jednak zabawa w młodzieżowy, subkulturowy folklor w stylu Masłowskiej. Powiedziałbym raczej, ze to polski Charles Bukowski. Witold Horwath, autor "Ekstradycji"

Opinie o ebooku Xenna moja miłość - Łukasz Gołębiewski

Fragment ebooka Xenna moja miłość - Łukasz Gołębiewski

Jirafa Roja

Warszawa 2008

© Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2007 © Copyright by Jirafa Roja, 2007

Tytuły poszczególnych części zaczerpnięte zostały z płyty „Christ – ^e Album” grupy Crass w tłumaczeniu Włochatego.

Redakcja: Kuba Frołow

Korekta: Magdalena Rejnert

Projekt okładki: Agnieszka Herman

Zdjęcie autora na IV stronie okładki: Anna Gołębiewska

Łamanie: Tatsu

Druk: Drukarnia Naukowo-Techniczna Oddział PAP S.A.

www.xenna.com.pl

Wydanie II Warszawa 2008

ISBN 978-83-89143-92-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Kobiety, które mi się nie podobają, to – nieuchronnie – iluzje, które stworzyłem, żeby się mamić, oto moja tragedia. Gao Xingijan, Góra duszy

Prolog:

Gdyby cały świat był tak delikatny jak podmuch wiatru w moich dłoniach, nie byłoby smutnej piosenki

Siedzę sam w barze. Ostatni klient dawno wyszedł. Od dawna to ja jestem ostatnim klientem. Siedzę do zamknięcia speluny, dopóki mnie nie wyproszą. Kolejny papieros, kolejny kieliszek. Mój wydawca, po wysłuchaniu opowieści o Xennie i o wszystkich kobietach, które były po niej, powiedział: „stary, przeżyłem tyle lat co ty, a nie wiedziałem, że seks może być taki fajny”. Ano może być, wystarczy się trochę postarać. „Tyle lasek, ty to miałeś fajnie”. Miałem. Tylko co z tego?

Przegrałem swoją miłość. Straciłem moją Xennę. Nie ma jej. Może zresztą zawsze była tylko mitem, bezsensowną pogonią za szczęściem, za marzeniami, za wspomnieniami, za młodością? Choć jest tak daleko, czuję zapach jej skóry, zapach który kocham nad wszystko inne, czuję jej ciepło, jedyne, jakie daje mi schronienie.

To tylko złudzenia. Teraz jesteśmy sami, kieliszek i ja, zatopieni w półświetle słabej żarówki, znudzony barman ustawia pasjansa i co kilka minut wymownie spogląda na zegarek. Minęła północ, nie mam do czego wracać. Pety wysypują się z popielniczki, ogarnia mnie otępienie, z wolna przechodzę w letarg. To jedyne co mi pomaga, wódka tłumi wyrzuty sumienia, daje błogą obojętność.

Tęsknię za tobą, moja Xenno, moja dziewczynko w koszulce Discharge, biegnąca po plaży w za dużych okularach słonecznych, ze śmiechem próbująca mnie złapać, gdy ja uciekam. Wciąż uciekam, wymykam się z twoich ramion, ale to nie jest zabawa, a ty tracisz cierpliwość i widzę już w twoich oczach złość, wiem, że zaraz przestaniesz biec, usiądziesz na piasku i schowasz twarz w dłoniach, bym nie widział łez.

Leżysz teraz pewnie w hamaku, na rajskiej Playa Escondido, wsłuchana w szum ciepłych fal Zatoki Meksykańskiej. Dzieli nas siedem godzin różnicy w czasie, u ciebie słońce jest dopiero w połowie swej drogi w dół, ku tafli oceanu. Dzieli nas blisko dziesięć tysięcy kilometrów, ale przecież nie to jest przeszkodą. Za trzy dni mógłbym leżeć tam z tobą, a siedzę wgapiony w brudną plamę na blacie stolika. I wiem, że się nie ruszę.

Przeklinasz mnie, moje niezdecydowanie, moją kolejną ucieczkę. Już nie jesteś dziewczynką, a ja nie jestem zbuntowanym anarchistą, choć wydaje mi się, że to wszystko zdarzyło się wczoraj. Właśnie wyszliśmy z koncertu, trzymamy się za ręce i biegniemy po Polach Mokotowskich. Jest ciepła noc, ty jak zwykle roześmiana, zaczepiasz przypadkowych przechodniów, przytulam cię mocno; chodźmy się kochać, mówisz, a ja nigdzie nie muszę iść, bo kocham cię tu i teraz, i na zawsze.

Siedzę sam, z pustką w głowie, z pustką w sercu. Nie zazdrość mi drogi wydawco, naprawdę nie ma czego. Kolejne kobiety, epizody, ucieczki, poszukiwania, rozczarowania, nadzieje. Jasne, mam fajne wspomnienia. Mogę karmić się przeszłością i wciąż uciekać; inaczej nie potrafię. Ale też nie oczekuję już niczego. Bo czegóż nowego mógłbym doświadczyć? W kolejnej kobiecie szukać twojego odbicia, twojej namiastki, moja Xenno? Przez dwadzieścia lat syciłem się namiastkami. Nie było mi z tym źle, nie było dobrze, było cholernie obojętnie. A obojętność jest jak śmierć.

Żyłem intensywnie, bardzo intensywnie, i nie żałuję tego, nie żałuję niczego, jedynie do samego siebie czuję dziś wstręt. Bo prawda jest taka, że żyłem podle.Live fast, die young,niczym James Dean — ikona nonkonformistycznej postawy, jak o nim piszą. Niezły żart. Umrzyj młodo! Dean miał 24 lata, kiedy roztrzaskał się w wypadku samochodowym. Ja miałem więcej farta, zawsze miałem go w nadmiarze, mógłbym obdarzyć nim kilka osób. Farta, nie szczęścia, od szczęścia uciekałem, potem za nim goniłem, później znów się przed nim chowałem… nie wierząc, że ono i mnie dotyczy. Tak, żyłem szybko. I niezbyt pięknie.

Nie zazdrość mi tych kobiet, one nie istniały Iluzje, dziesiątki iluzji, bez imion, bez życiorysów, widma. A prawda jest taka, że zaraz zamkną bar i wrócę do pustego mieszkania, naleję sobie kieliszek, puszczę płytę Patti Smith, przejrzę listy, ale tych od Xenny nie otworzę. Od tygodni przychodzą kolejne i leżą nie otwarte ze stemplami z Veracruz, Catemaco, Oaxaca. Z miejsc, w których jeszcze niedawno cieszyłaś się moją obecnością, z miejsc, które dla mnie są już tylko punktami na mapie, których nazwy brzmią egzotycznie. Wolałbym, żebyś pisała z Krakowa, Wrocławia czy Szczecina, moja Xenno. Choć może wówczas pokusa ujrzenia cię kolejny raz, dotknięcia twoich włosów, byłaby zbyt silna? Bo przecież wciąż cię kocham, dziewczynko. To dlatego uciekam, nie przed tobą, uciekam przed własnymi uczuciami.

Przepraszam. Nie otwieram tych listów, bo wiem, co bym tam znalazł. Że jestem kłamcą, że znowu cię zawiodłem, że jestem tchórzem, bo wciąż uciekam, że nie chcesz mnie znać, albo przeciwnie, że tęsknisz, że mnie nienawidzisz, albo że kochasz, słowa, tam będą tylko słowa, ale nie będzie twojego zapachu, nie będzie twojego oddechu, w słowach nie odnajdę twoich gestów, twojego ciepła, ruchu twoich rzęs, rozwianych włosów, co najwyżej ślady łez na kartce papieru, choć równie dobrze mogłyby to być krople deszczu. Nad twoją rajską plażą wciąż przechodzą ulewy.

Część 1: Gdyby wszystkie dni nie były policzone dla tych, którzy chodzą bez celu po ulicy, nie byłoby smutnej piosenki

Deuter

Koniec czerwca, 2001 rok. Urodziny Praffdaty. W CDQ gra właśnie Deuter. Przepycham się przez tłum, pijany, z plastikowym kubkiem piwa w dłoni. W kącie stoi mała chuda blondynka. Śmieje się, widząc jak się zataczam.

– Byłaś na koncercie Deutera w 1984 roku?

– Zwariowałeś? Miałam wtedy siedem lat.

– Sorry,jestem trochę już uwalony. I pewnie trochę starszy. Masz na rękawie naszywkę „Deuter 1984”.

– To pamiątka po jednym starym punkowcu.

– Tak starym jak ja? Byłem wtedy na Deuterze. Osiemdziesiąty czwarty rok, orwellowski. Zagrali w „Stodole”, pamiętam jak dziś, wystąpił też Tilt i Xenna.

– Mam koncert Xenny na wideo.

– Żartujesz?! W tamtych czasach nikt nie miał kamer wideo.

– Ale mam kasetę. Nie wiem, może to od kumpla, który dał mi bluzę. Nie pamiętam.

– Pożyczysz? Chętnie bym to sobie obejrzał.

– Jasne. Zapiszę ci mój telefon. Zadzwoń kiedyś.

Zadzwoniłem. Odebrał jej brat. Nieźle wyjebany koleś. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie, wyrzucając do słuchawki dwadzieścia wyrazów na minutę. Nawijał, jakbyśmy znali się od lat, co wprawiło mnie w lekką konsternację, bo przecież nawet nie wiedziałem, że ma brata. Jak jej wreszcie oddał telefon, to oczywiście nie poznała w pierwszej chwili; kto by poznał? Byłem niepewny, zresztą nie wiedziałem do końca, czego chciałem. Spotkać ją jeszcze raz? Nie pamiętałem jak wygląda. Chyba jak zwykle, zdecydowała ciekawość… Innego człowieka, innego ciała, innego zapachu. Zgodziła się umówić; nawet ochoczo.

Zdziwiłem się widząc ją na trzeźwo. Nie była piękna. A miałem nadzieję, że jest. Tak to już jest, gdy człowiek mało co pamięta. Podjąłem jednak wyzwanie, uśmiechnąłem się szeroko i pomachałem: — Tu jestem! Podeszła z kasetą wideo wyciągniętą w moją stronę. Miała na sobie krótką jasną sukienkę w kwiaty, na nogach tenisówki, nie byłem pewien, ale wydawało mi się, że nie nosi stanika.

First sting

– Nie poznałam cię.

– Też cię nie poznałem. Jakoś inaczej wyglądałaś wtedy na koncercie, a może to alkohol zmienia sposób widzenia. Rzeczy podłe potrafią wyglądać cudownie, cudowne — podle. I sam nie wiesz z kim masz do czynienia.

Już miałem dalej nawijać bezsensowną gadkę, by czymkolwiek ukryć pustkę w głowie, ale szybko przerwała.

– Jesteś akwizytorem?

– A wyglądam na akwizytora?

– A bo ja wiem? Chyba tak.

– Przecież nie noszę krawata…

– Ale tak wyglądasz. I pachniesz fahrenheitem, fu fu.

– Nie lubisz fahrenheita?

– Jest banalny. Pół mojego bloku tym pachnie.

Shit. Jak na początek to raczej słaba rekomendacja. Ale nic nie odpowiedziałem.

Dla porządku, stałem pod gmachem Zachęty w pomarańczowej kurtce, dżinsach i granatowej bluzie z kapturem. Czy tak wyglądają akwizytorzy? Czy umawiają się na randki przed wejściem do galerii? O co jej chodzi? — starałem się zebrać myśli, a ona mówiła dalej.

– Przyniosłam ci kasetę.

– Dzięki, pamiętam Xennę z tamtych lat. To był najbardziej odjechany zespół. Zygzak oblewał publiczność ze sceny białą farbą. Zawsze byli nagrzani. Oczywiście wtedy piło się jabole, tanie wina „Okęcie” z Warsowinu. Dzisiaj nie ma już ani Warsowinu, ani „Okęcia”.

– Ale są tanie wina. Mnie i moich znajomych na inne nie stać.

– Co robisz?

– Aktualnie nic, a ty?

– Jestem akwizytorem. Żartuję. Jestem pisarzem.

– Pierdolisz?

– No może trochę. Co robisz teraz?

– Nic.

– To chodźmy na piwo.

– Mogę pójść, ale na jedno.

– Ja nie chodzę na jedno.

– Mam kasę najwyżej na dwa.

– Ja stawiam.

– Nie ma mowy, zawsze za siebie płacę.

– Jak chcesz. Chodźmy na Starówkę.

Gwoli prawdy, pojechaliśmy. Jestem zbyt leniwy żeby łazić gdziekolwiek, zwłaszcza na trzeźwo, zwłaszcza wczesnym popołudniem. Zdziwiła się, gdy zawołałem taryfę, od razu zastrzegła, że za taxi nie płaci, bo to moja fanaberia, a porządni ludzie jeżdżą autobusami. Może i tak, ale ja porządny nie jestem. I już nie chciałbym być.Źli chłopcy dostają to co najlepsze(Analogs).

Wylądowaliśmy w restauracji Pod Samsonem. Tanio tu jak na Stare Miasto. W sam raz miejsce na pierwszą randkę. Nie głośno, względnie estetycznie — obrazki na ścianach, białe obrusy, smaczne żydowskie żarcie. Piwo za siedem pln, obiad w miarę suty za osiemnaście. Miła świadomość, że jak nic nie wyjdzie ze spotkania, to przynajmniej człowiek nie przepuści za dużo kaski. Zamówiłem dwa piwa i tak się zaczęło.

– Naprawdę jesteś pisarzem?

– A co to znaczy być pisarzem?

– Czy wydałeś jakąś książkę?

– Mhm. Kilka.

– No co ty? Dasz mi?

– Jasne. Z dedykacją.

– Też piszę. Wydrukowałam nawet kilka wierszy.

– Chętnie przeczytam. Jeszcze jedno piwo?

– Nie mam już kasy.

– Mówiłem, że stawiam.

– Możesz mi pożyczyć. Oddam ci jak zarobię.

– Okay, oddasz jak zarobisz. Opowiedz coś o sobie.

– Studiowałam to tu to tam, trochę pracowałam, ogólnie to nic ciekawego.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia cztery.

– Masz chłopaka?

– Teraz nie.

– Jeszcze piwo?

– Jasne.

– Zjesz coś?

– A mogę? Chętnie. Ty ile masz lat?

– Trochę więcej niż ty, pamiętam przecież Deutera z 1984 roku.

– To dziwne, że słuchasz punka. Nikt go już nie słucha.

– Przecież ty słuchasz.

– Ja słucham wszystkiego. A ty jesteś stary, powinieneś słuchać Boney M.

– Starszy, nie stary. Becky Bondage, wokalistka Vice Squad, powiedziała kiedyś:Dziś robimy wiele różnych rzeczy, ale punk był najlepszym sposobem spędzenia naszej młodości.To samo mogę powiedzieć o sobie. Dziś jestem alkoholikiem po trzydziestce, ale punk był moją młodością. Nie zrywa się z tym, co najpiękniejsze.

Czy naprawdę taką gadkę zapodałem z cytowaniem Becky Bondage? Pewnie nie. Gadaliśmy o dupie Maryni, jak to przy pierwszym, drugim, trzecim piwie bywa, gdy się dwoje dopiero poznaje. Ale fajnie ta gadka szła. Dziewczyna była mądra i coraz bardziej mi się podobała. Miała w sobiepower.Była mocno zakręcona, ale jednocześnie łagodna i uczuciowa. Poza tym patrzyła z podziwem na „pisarza”, a ja cholernie lubię być podziwianym przez młode laski. Myślę sobie, że mógłbym spędzać czas wyłącznie na stawianiu piwa małolatom, najlepiej gdyby to były licealistki. Hmm… odważnie powiedziane. Doktor Samson też lubił i kiepsko skończył. No, może on preferował jednak ciut młodsze dziewczynki. Swoją drogą ciekawie zbiegła się nazwa restauracji z nazwiskiem znanego psychoterapeuty. Skojarzenie nie zamierzone, kiedy siedzieliśmy Pod Samsonem był początek lata 2001 i tematu Andrzeja S. jeszcze nie było.

– Ja nie mam miłych wspomnień.

– Dlaczego?

– Wiesz, ostro grzałamdragi,właściwie wszystko co było pod ręką. Spierdoliłam sobie młodość.

– Jesteś młoda.

– Ale mam spierdoloną młodość.

– Co brałaś?

– Wszystko.

– I co? Bierzesz nadal?

– Nie, od kilku miesięcy nic nie biorę. Nawet trawki. To wszystko gówno, które mi wyprało mózg. Robiłam wiele głupich rzeczy i nie mam zamiaru wracać do tego. Fu fu.

Często mówimy, że nie chcemy do czegoś wracać, ale sprawa żyje w nas i za nic nie chce się wykorzenić z mózgu. Ja tak mam z nikotyną, rzucam bez przerwy palenie, potem wracam, znowu rzucam, nie chcę wracać i tak dalej. Alkoholu nie rzucam, bo lubię do niego wracać, kiedy się tylko da.

O niej pomyślałem, że przybiera pozy, ale wciąż gadało się zaskakująco sympatycznie.

– Mów dalej…

– Co tu gadać. Jak jesteś ćpunem, to masz kumpli ćpunów. Nie masz kasy nadragito zaczynasz kraść. Wynosisz rzeczy z domu. Twoja rodzina cię już nienawidzi, a na pewno nie rozumie. Obracasz się wśród wstrętnych typów. Wpadasz w deprechę. Nie chcesz żyć. Więc znowu bierzesz, bo masz deprechę. I tak w kółko. Aż w domu już nic nie ma. Nie masz ciuchów, nie masz magnetofonu, płyt, nawet zegarka, bo wszystko oddałeś nadragi.I gówno.

– Jak z tego wyszłaś?

– Matka mnie zaciągnęła do szpitala, na odwyk. Zerwałam ze starymi kumplami. Nie było łatwo.

– Nie wrócisz do tego?

– Czasem bym chciała, ale nie. Wiem przez jakie piekło przeszłam, jakie miałam gówniane życie. Trzymam się teraz z daleka oddragów.

– Jeszcze piwo?

– Mhm. Często pijesz?

– Codziennie.

– Nie przeszkadza ci to w pracy, w życiu?

– Nie mam życia. W pracy mi nie przeszkadza. Nawet fajniej się pisze po alku.

– Dziwny z ciebie typ.

– Dzięki, to lepsze niż bycie akwizytorem.

– Ale naprawdę wzięłam cię za akwizytora.

– Już nie bierzesz?

– Trochę. Zawsze będziesz dla mnie akwizytorem.

– Zawsze? Miło zabrzmiało. To znaczy, że się jeszcze zobaczymy?

– Jak będziesz chciał. Ja nie mam nic do roboty, a z tobą fajnie się gada. Znałam wcześniej kilku pisarzy. Tylko starszych od ciebie. Jeden nawet próbował zaciągnąć mnie do łóżka. Może szkoda, że nie poszłam, bo mogłabym opowiadać, że się przespałam z prawdziwym pisarzem.

– Jeszcze wszystko przed tobą. Wielu miałaś facetów?

– A kto by ich zliczył. Wielu. Po imprezach — u mnie, u nich. Jednorazowe strzały. Zawsze sobie ich wybierałam. Ale po tym nic nie zostaje. Następnego dniaastalavista.A ty?

– Co ja?

– Dużo miałeś kobiet, masz kogoś?

– Dostatecznie wiele, by nie potrzebować więcej. Piwo?

– Yes.

Oczywiście kłamałem. Zawsze kłamię, taka moja natura. Kłamstwo jest zrośnięte ze mną, kłamię bez sensu, bez powodu, z przyzwyczajenia. Lubię robić wrażenie, więc zwykle koloryzuję, ale poza tym kłamię jak z nut, wymyślając sobie życiorysy, upodobania, mnożąc byłe żony, albo przemilczając imiona kochanek. Raz jestem rozpustny, innym razem wstrzemięźliwy. Nigdy sam się w tym nie gubię, mnogość bytów sprawia mi frajdę, ale inni głupieją. I to mnie jeszcze bardziej kręci, bo wiem, że jestem intrygujący, tajemniczy. To dodaje uroku. Tak sobie myślę. Pewnie jeszcze o tym napiszę, teraz jednak wracam myślami do naszej pierwszej libacji Pod Samsonem.

Dzieciak podchodzi do naszego stolika z bukietem róż. Kupuję wszystkie i wręczam jej. Jest zdumiona, zwłaszcza, że przecież jej nie podrywam.

– No co ty? Za dużo masz pieniędzy?

– Niech sobie dzieciak zarobi.

– Lubisz dzieci?

– Nie.

– A ja lubię. Myślę, że mogłabym się zajmować dziećmi. Jak masz za dużo forsy to możesz dać na Palucha.

– Na co?

– Na Palucha, schronisko dla zwierząt.

– Nie lubię zwierząt.

– No co ty, jak to możliwe?

– Po prostu, nie lubię i już.

– I nie masz w domu żadnego zwierzaka?

– Nie.

– Nawet patyczaka?

Dlaczego spytała o patyczaka? — nie mam pojęcia. Patyczaki to takie robaki z długimi nogami, które żrą liście, a jak są głodne to zżerają siebie nawzajem. Faktem jest, że nie lubię zwierząt, ona — jak się później okazało — miała psa, kota, a niegdyś także chomika. Na scenie punk Patyczak to ksywa szalonego barda, który śpiewa swoje protest songi samotnie z gitarą. Trzy akordy, darcie mordy — to on. Ale nie spytałem, czy o nim myślała, czy tak ten patyczak jakoś dziwnie jej przyszedł do głowy.

– Co robią twoi starzy?

– Nic. Ojciec jest alkoholikiem, a mama się mną nie interesuje.

– Czyli jesteś chodzącym nieszczęściem…

– Odczep się. Chodźmy się przejść, jest taka ciepła noc.

Chciałem zaszpanować i zapłaciłem złotą kartą visa. Wyszliśmy. Róże zostawiła w wazonie na stoliku Pod Samsonem; nie przywiązywała wagi do takich gestów, na kartę też nie zwróciła uwagi. W sklepiku nocnym przy Rynku Nowego Miasta kupiłem dla niej szlugi, a dla nas jeszcze po piwie. Poszliśmy w stronę Wybrzeża Gdańskiego, na moją ulubioną skarpę przy Kościele Nawiedzenia NMP Usiedliśmy na drewnianej ławce bez oparcia i patrzyliśmy w dół, na Wisłę. Opowiadałem jej o moim dzieciństwie, o tym jak przychodziłem na skarpę zjeżdżać na sankach, obiecałem, że kiedyś pokażę gdzie mieszkałem na Starym Mieście. Próbowałem imponować wiedzą o tym zakątku, opowiadałem o księżnej Annie Mazowieckiej, która w XV wieku ufundowała kościół, bredziłem różne rzeczy, a piwo coraz mocniej szumiało nam w głowach. Noc była ciepła, nic tylko się przytulić i wyznać miłość, ale jakoś się nie przysuwaliśmy do siebie. Siedzieliśmy zapatrzeni w mknące wzdłuż Wisły światła samochodów. Dziewczyna nagle zaczęła płakać. Zaskoczyła mnie.

– Mogę pojechać do ciebie?

– Jak to?

– Chciałabym u ciebie zostać, nie chcę wracać do domu.

– Okay, nie płacz już. Wezmę taksówkę i pojedziemy. Mam w domu dość gorzały, obejrzymy sobie ten twój koncert Xenny.

Miałem gorzałę, ale wiedziałem, że lodówka jest pusta. Taksówkarz zjechał na stację Shella. Kupiłem wstrętne gotowe kanapki zawinięte w folię, pudełko prezerwatyw — czarnych dureksów, ona poprosiła o batona mars i serowe czipsy. Wzięliśmy jeszcze po dwa piwa — głównie po to, żeby mieć czym popijać wódkę. Zresztą to nie była wódka, tylko tekila — najtańsza jaka była w markecie — sombrero, wyjątkowe paskudztwo. Bez cytryny, bez soli. Tekilasolo,w dodatku ciepła.

– Będę na ciebie mówił Xenna, okay? Napiszę o tobie książkę.

– Lepiej mi nalej jeszcze tekili. Uwielbiam tekilę.

– Nie mogę już pić, ale jak chcesz to ci naleję.

– Przytul mnie.

– Masz cudowne małe sterczące piersi.

– A ty jesteś stary i gruby. Masz blond włosy i niebieskie oczy. Nie znoszę facetów z blond włosami i niebieskimi oczami.

– To dlaczego tu jesteś? Dlaczego się przytulasz?

– Nie wiem.

– Dlaczego pozwalasz się całować?

– Bo chcę.

– Dlaczego pozwalasz się rozbierać i całować swoje piersi?

– Przestań pytać.

– A ty nie drap.

– Zrób to wreszcie.

– Nie spieszymy się.

– Zrób to, wejdź we mnie.

– Wolę głaskać twoją skórę.

– Gryź je.

– Uhm.

– Gryź je mocniej, mocniej. Ach, szaleję, jak je tak mocno gryziesz.

– Są cudowne, ale nie drapplease.

– Serio nie lubisz drapania? Ja to uwielbiam.

– Nie lubię.

– Mój poprzedni chłopak lubił.

– To idź do niego.

– Jego już nie ma.

– To nie drap.

– A ty rżnij mnie.

– Co?

– Rżnij mnie. Wejdź we mnie mocno. Błagam. Najmocniej jak potrafisz.

– Jesteś taka mała.

– Rżnij, nie pierdol, ty jesteś wielki i mi to nie przeszkadza.

Przyznaję, był to dla mnie szok. „Rżnij, nie pierdol”. czyli co mam robić? W tym małym ciele było coś demonicznego, coś czego — przyznaję zawstydzony — nigdy nie okiełznałem. Miała cholernie apodyktyczną naturę, nad którą nie umiałem zapanować. Tamtej nocy w tle cały czas leciał z odtwarzacza koncert TZN Xenna, źle nagrany dokument z połowy lat osiemdziesiątych. Nigdy później go nie obejrzałem, a i wtedy krzyczący ze sceny Zygzak najmniej mnie zajmował.

– Jak było?

– Daj mi papierosa.

– Musisz palić?

– Muszę!

– Nie krzycz.

– To ty mi nie mów, co mam robić.

– Nie mówię. Robisz co chcesz. Tylko nie pal.

– Tyran.

– Może trochę.

– Jesteś wstrętnym dyktatorem. Dawaj papierosa!

– Chryste, nie krzycz bo pobudzisz sąsiadów. Masz.

– I nalej mi jeszcze tekili.

– Dobrze, ale powiedz jak było?

– A jak miało być? Jak z facetem. Faceci to tylko zabawki. Fu.

Tak mi powiedziała.Fucking shit!Fakt, że pytałem jak debil. Ale to raniło męską dumę. Xenna potrafiła boleśnie zranić. Wiedziała o tym, uwielbiała to. Była małą, perfidną sadystką. Chyba dobrze się dobraliśmy.

Nasycony postanowiłem się jej czym prędzej pozbyć. Nie jestem towarzyski, lubię zasypiać sam i budzić się sam. Nie cierpię, gdy rano ktoś mi się kręci po mieszkaniu i zawraca głowę. Przyznaję, że dotąd wszystkie kobiety traktowałem instrumentalnie — najchętniejjust fucki do widzenia, a nawet jeśli miało to trwać dłużej, to z zachowaniem stosownego dystansu i poszanowaniem mojego prawa do samotności.

– Zamówić ci taksówkę?

– Nie.

– Chcę spać.

– To śpij. Ja chcę zostać z tobą.

– To przytul się i już nie gadaj.

– Prawie cię nie znam, ale lubię jak mnie przytulasz.

– A ja lubię jak leżysz wtulona, ale teraz śpijmy.

– Nie. Kochajmy się jeszcze raz.

– Jestem za stary. Nie mogę tak raz po razie.

– Nie gadaj. Możesz. Ja chcę.

– Okay. Ale nie gwarantuję sukcesu.

– To się postaraj, bo więcej nie poproszę.

Udało się. Potem kazała mi to robić jeszcze raz. Jezu, skąd te młode laski mają tyle energii. W dodatku po nieprawdopodobnej ilości alkoholu. Ja mogę dużo wypić, mam masę i wprawę… ale to maleństwo? Na szczęście maleństwo zasnęło. A ja perfidnie szykowałem jej pobudkę, zresztą sam spać nie mogłem, bo gryzły mnie wyrzuty sumienia, narastające wraz z kacem. Zawsze miałem wyrzuty sumienia gdy poznawałem nową dziewczynę, bo z góry przewidywałem komplikacje, mało sympatyczne rozstanie, na koniec jej żal do mnie i do siebie samej. Nie umiem być z kimś, ale nie bardzo też umiem tak po prostu spławić, zwykle idę na jakieś ustępstwa, potem się z tego wyplątuję, a że przy okazji wychodzi na jaw trochę kłamstw, więc po krótkiej znajomości pozostaje tylko niesmak. Z tego też powodu ze swoimi byłymi laskami nie utrzymuję kontaktów, nawet nie trzymam ich numerów telefonów, bo po co.

– Wstawaj.

– Która godzina?

– 7.24.

– Tak wcześnie? Śpię do dwunastej.

– Ale ja nie. Wstawaj, odwiozę cię do domu.

– Nie krzycz na mnie. Nie mogę zostać?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo lubię samotność.

– Ale ja nie chcę wracać do mojego pieprzonego domu.

– To wracaj gdzie chcesz. U mnie na pewno nie będziesz. Zawsze jestem sam.

Byłem zły i zdecydowany. Nie chciałem jej już w swoim łóżku, nie chciałem jej w swoim domu. Czułem się brudny, splugawiony. Myślałem wyłącznie o długiej gorącej kąpieli. Pomimo porannego stężenia alkoholu postanowiłem usiąść za kierownicą i odwieźć dziewczynę do domu.

– Jeździsz taką wypasioną bryką?

– Jeżdżę tym, czym mi wygodnie.

– Pewnie zarabiasz mnóstwo kasy?

– Do pierwszego mi wystarcza.

– Więc jednak jesteś akwizytorem?

– Nie, dlaczego?

– Bo z pisania nikt nie jest w stanie się utrzymać.

– To bardzo stereotypowy i fałszywy pogląd.

– Skórzana tapicerka, uwielbiam taką.

– Nie przywiązuję do tego wielkiej wagi.

– Nie gadaj, wiesz jaki fajny jest seks na skórzanym fotelu w samochodzie?

– Nie wiem, ale kiedyś może mi pokażesz.

– Co to za muzyka?

– Post Regiment.

– Uwielbiam ten kawałek.

Tylko zmieniają się kolory — zielony żółty i czerwony, coś, czego nigdy nie było, jest jeszcze raz.

Mi się tamten ranek kojarzy z inną piosenką z tej samej płyty Post Regimentu. Słuchaliśmy jej zresztą w drodze, gadając o muzyce, uciekając myślami od minionej nocy.

Obudziłeś się znów sam na końcu świata w pustej bramie. To nie to miasto, nie ten dom, nie ten czas. W myśli szukasz jakichś punktów, lecz nic nie wiesz na pewno.

Drzwi zamknięte — to już znaczy tylko jedno. W głowie znowu pustka, gaśnie ogień w twoich ustach, znów nadchodzi kolejna zła noc.

– Nie obudziłeś się sam.

– A jednak sam, na końcu świata…

Nie obchodzisz już nikogo,

idziesz dalej swoją drogą,

nie pamiętasz — zapomniałeś,

nie zgubiłeś, lecz szukałeś.

I znikąd pomocy.

– Wiele zależy od ciebie.

– Fajnie wiedzieć, może zostaniesz psychoterapeutką? Twój ojciec naprawdę jest alkoholikiem?

– Nie. Kłamałam. W ogóle nie pije. Jest kierowcą autobusu.

– A mama?

– Bardzo mnie kocha.

– A narkotyki?

– Narkotyki naprawdę brałam.

– Dlaczego mam ci wierzyć?

– Nie musisz.

– Nie wierzę.

– To twój problem.

I co powiecie po tym? Należało olać laskę, nie? Ale coś mi się w niej spodobało. Dziś nie wiem co. Drapieżność? A może jej bezradność? Mogłem traktować ją jak starszy brat, właściwie prawie jak ojciec. Seks był okay, ale to wszystkiego nie wyjaśnia. Udany seks to dziewięćdziesiąt procent relacji męsko-damskich, jeśli się choć trochę staramy i mamy kontekst.:) Tak czy inaczej złapała mnie, choć w pierwszej chwili myślałem:never more.

Umówiliśmy się na kolejną randkę. Najpierw obiad w orientalnej restauracji, potem jazda do mnie. Ja zaczynam pić wódkę, od razu polewam pół szklanki i wychylam, prycham obrzydliwie. Ona też pije ze szklanki. Mi się ręce trzęsą, ona mówi, że nie pamięta poprzedniego razu.

– Jak ci było?

– O co pytasz?

– Jak ci było poprzednim razem?

– Jakim poprzednim razem? Nie pamiętam.

– Nie pierdol! Nie pamiętasz jaki zajebisty był seks?

– To ty nie pierdol, w ogóle nie było seksu. Nie chodzę z pierwszym lepszym.

– Myślałem, że nie jestem pierwszym lepszym.

I tego jej musiałem dowieść, sorki. Fajny był seks za drugim razem i już go pamiętała. Do 5.30 rano to trwało. Ależ byłem wypruty po takim maratonie. Nie pamiętam już szczegółów, bo oczywiście wcześniej było dużo alku. Za dużo, gwoli sprawiedliwości. Ale było fajnie i to wystarczy. Potem znowu Post Regiment; zapewne. Nie pamiętam już dokładnie, jak to się skończyło. Dość, że polubiłem ją. Zadzwoniłem po raz trzeci.

MC Robo

– Spóźniłeś się.

– Sorki Xenna. Poznaj mojego kumpla. To jest MC Robo. Straszny palant.

– Cześć, jestem MC Robo.

– Co porabiasz Robo?

– Jestem wydawcą.

– O kurde! Wydajesz jego książki?

– Też, ale poza tymshitem,także bestsellery i gram w bandzie. Jestem didżejem.

– Jak każda pałka. Ciekawe są te bestsellery?

– A co ja ci będę mówił mała, chodźmy na browca.

– Pieprz się, Robo. Po co u niego wydajesz?

– Żeby dać palantowi pożyć.

– Chodźmy do Czternastki.

Czternastka to lokal przepełniony małolactwem. W sumie nie wiadomo dlaczego — drogo tu i beznadziejnie. Znam w Warszawie czternaście fajniejszych miejsc niż parszywa Czternastka, ale Xenna tam się chciała spotkać. Właściwie to chciała się spotkać pod pomnikiem Kilińskiego i tam czekała wściekła, że się spóźniam, a potem wściekła, że nie jestem sam, a na dodatek przyjeżdżam taksówką, zamiast —,jak każdy porządny człowiek" — autobusem. I tak ze złą miną, rzucając przekleństwami, poprowadziła nas do Czternastki; nie zapytawszy o zdanie.

– Trzy piwa i trzy razy po pięćdziesiątce.

– Ja nie chcę wódki.

– Co tam nie chcesz. Dziś się bawimy, nie Robo?

– Jasne stary. Tzn. pijemy, bo ja się nie bawię.

– Co nie bawisz? Dajemy czad, Xenna jutro wyjeżdża nad morze i trzeba się zabawić nieźle, jak się tylko da.

– Żona ode mnie odeszła.

– O to chujowo, ale nie pierwszy raz.

– Masz żonę?

– Miałem.

– Ty go Xenna nie słuchaj, bo zawsze tak pierdoli, jak mu żona dupy nie da.

– Musisz tak wulgarnie?

– Taki jestem.

– Nie zawsze.

– Nie zawsze z tobą, ale z kumplami zawsze.

– Lepiej się wtedy czujesz?

– Pieprz się.

– Sam się pieprz.

– Wolę pieprzyć ciebie.

– To masz pecha.

– O co ci chodzi?

– Uspokójcie się.

– O nic mi nie chodzi, to co powiedziałam — masz pecha, mnie nie będziesz pieprzył. Fu.

Gadanie, pomyślałem. Tylko na to czekasz. Ale nic nie powiedziałem, zwłaszcza że pod parasole przy Czternastce władowały się dwie ładne laski. Wspomniałem już, że zawsze jak widzę młode i piękne ciała, to chcę im stawiać piwo. Te może tak strasznie młode nie były, ale zawołałem je do naszego stolika, z czego skwapliwie skorzystały zadowolone, że będą piły browca za friko. Icool.Wszyscy są zadowoleni poza naburmuszoną Xenną. Robo się ślini do lasek, ja zaczynam konwersację od standardów towarzyskich, wypowiadam banały niczym z rapowej płyty.

– Takie ładne dziewczyny same w mieście w środku lata? Toż to o pomstę do nieba woła. To jest Xenna, to Robo. Żona go dziś zostawiła i szuka pocieszenia. Ja też. Co wam zamówić? Po browcu i po pięćdziesiątce może być?

– Ekstra. Ja jestem Monika.

– A ja Aśka, wpadłyśmy tylko na chwilę.

– Spoko, my też na chwilę, potem przeniesiemy się w jakieś spokojniejsze miejsce; na przykład do mnie do domu. Aśka masz piękne włosy.

– Dzięki.

– Umówimy się na jutro? Mam wolny wieczór.

– A tak w ogóle to co robisz?

– Jestem pisarzem.

– No co ty?

– To prawda, on nie wkręca, ja jestem jego wydawcą.

– A co ja tu robię?

– Nie marudź, Xenna. Siedzisz z nami i pijesz, potem jedziemy wszyscy do mnie i robimy imprezę.

– Nie jadę.

– Please,nie marudź i nie wydymaj swoich ślicznych ust. Wiesz, że to tylko zabawa.

– Jakoś się nie bawię.

– To wypij jeszcze pięćdziesiątkę. Dziewczyny, dla was następne piwo?

– Chętnie. Opowiedz co piszesz?

– Piszę książki o miłości.

– Jezu! Uwielbiam książki o miłości.

– A ja uwielbiam zbierać doświadczenia do swoich nowych książek.

– Jak to?

– Nie słuchajcie go, on tak zawsze wkręca.

– Robo, nie wtrącaj się, tylko myśl o tym, dlaczego ci żona nie daje. Słuchaj, może się czegoś na przyszłość nauczysz. Wiesz Aśka, żeby napisać dobrą książkę trzeba najpierw doświadczyć tego, o czym chce się opowiedzieć. Na przykład miłości. Myślę, że mógłbym się w tobie zakochać. Serio.

– I napisałbyś o mnie książkę?

– Myślę, że tak.

– Wychodzę, bo nudno.

– Xenna, nie wygłupiaj się, przecież tylko rozmawiamy.

– To rozmawiaj dalej, ja spadam.

– Nie bądź wkurzona. Robo zajmij się Aśką i Monisią, my z Xenną mamy do pogadania.

I tak oto spieprzyła mi cudownie zapowiadający się wieczór. Szybko wpakowałem ją do taryfy i zabrałem do mnie. Nie odzywała się obrażona.

– Byłaś zazdrosna?

– O ciebie?

– O mnie.

– Chyba żartujesz! Nie pochlebiaj sobie.

– Przytul się.

– Po co? Może wrócisz podrywać Aśkę?

– Wolałem Monisię.

– Pieprz się.

– Przytul się. Wiesz, że cię uwielbiam.

– Jasne. I napiszesz o mnie książkę, prawda?

– Napiszę. O nas.

– To byłaby nudna książka. Nas nie ma.

– Ale teraz jesteśmy razem. Przytul się. To było tylko droczenie się.

– Nie ma dzisiaj mowy o seksie.

– Dlaczego? Uwielbiam twoje ciało.

– To napisz na moją cześć poemat, albo kup sobie sukę i nazwij ją Xenna.

– Nie bądź już zazdrosna.

– Nie jestem.

– Jesteś.

– Po prostu nienawidzę, gdy się ze mnie robi pośmiewisko.

– Nie robiłem. Tylko trochę flirtowałem.

– Jasne.

– Nigdy nie umówię się z tymi dziewczynami. Obiecuję.

– To pierwsza obietnica, której nie masz zamiaru dotrzymać?

– Ale jesteś ostra. One nie istnieją. Już wyrzuciłem ich numery telefonów Nie bądź zazdrosna.

– A ty nie traktuj mnie jak zabawkę. Nie jestem twoją maskotką, fu.

– Przepraszam. Wiem, że nie jesteś.

I nie poruchałem tamtego wieczora żadnych fajnych lasek. Xenna wtuliła się we mnie i zasnęła. Ja byłem trzeźwy, zły, upokorzony. Może wtedy, czując jej bijące serce (bardziej interesował mnie kształt jej piersi) po raz pierwszy zacząłem myśleć, że mam poważny problem? To nie była zwykła dziewczyna, którą przywozisz z knajpy na jedną noc do domu, dmuchasz i nad ranem mówisz:adieu.Miała charakter. I usilnie wwiercała się w moje poukładane i w sumie beztroskie życie. Miałem kasę, święty spokój, żyłem sobie samotnie z dnia na dzień. A tu mi baba zasypia przytulona, miarowo oddycha, czuje się bezpieczna w ciepłym wyrze, a ja głaszczę jej włosy zamiast spać. I nawet już nie myślę o ruchaniu, tylko o tym, jaka z niej krucha istota. Wrażliwa i rozedrgana. Dziwny, dziwny świat.

Ostrzeżenie

Pojechała nad morze, czy na Mazury, czy gdzie ją oczy poniosły, dokładnie już nie pamiętam, mógł to być nawet Kazimierz nad Wisłą. Ale chyba myślała o mnie, bo przysłała kilka szalonych sms-ów. A ja grzecznie czekałem. Kartkę z telefonami do lasek z Czternastki wyrzuciłem, tak jak jej powiedziałem. Czekałem na jej powrót, a wieczorami siedziałem przy komputerze i pisałem powieść, raz wyskoczyłem z MC Robo na piwo pogadać, czas mi się dłużył, książki nużyły. Dużo o niej myślałem i doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu, że ja się, cholera, zaczynam angażować, ona też, czyli bez dwóch zdań będą z tego kłopoty. A muszę tu wyznać, że miłości programowo nie uznawałem jako elementu swojego życia, kpiłem z zakochanych twierdząc, że taki stan zamroczenia może się przytrafić tylko w szczenięcym wieku. Pewnie zresztą to te lata młodzieńcze, pierwsza nieszczęśliwa miłość, związane z nią cierpienie sprawiły, że później zajmowały mnie wyłącznie przelotne romanse, nic stałego, żadnych rozmów o wspólnym życiu, żadnych planów. Jestem sam, jestem wolny i tak ma być.

Efekt był taki, że zawsze w chwili, w której było mi za dobrze, mówiłem sobie dość, a lasce: żegnam. Postanowiłem tak samo postąpić z Xenną i gdy tylko wróciła, zdecydowałem się na poważną, ostateczną, jak mniemałem, rozmowę.

– Myślę, że nie powinniśmy się więcej spotykać.

– Spodziewałam się to usłyszeć.

– Nie rozumiesz.

– Rozumiem. Nie jesteś oryginalny, wszyscy mężczyźni tak kiedyś mówią.

– Nie, to nie tak. Nie odrzucam cię. Po prostu boję się o ciebie.

– O mnie? Nie bądź żałosny Mówisz miastalavistai twierdzisz, że robisz to dla mnie? Fu.

– Okay. Też dla siebie. Dla ciebie, dla nas. To wszystko zmierza w niewłaściwym kierunku.

Szliśmy obok siebie po lesie, gdzieś pod Warszawą, cholera wie gdzie. Zjechałem z drogi, w sumie to nawet nie był las, tylko hektar porośnięty drzewami. Tirówki zatrzymywały się tu ze swoimi klientami. Groteskowo w kontekście naszej rozmowy wyglądały porozrzucane wzdłuż alejki zużyte prezerwatywy. Czułem się głupio. Wiedziałem, że powinniśmy zakończyć znajomość zanim zrobimy sobie krzywdę. Xennę łatwo było skrzywdzić, bardzo łatwo. A tego nie chciałem. Ale martwiłem się też o siebie, bo trochę się już angażowałem. Zero zaangażowania to moja zasada. I jeszcze jedno motto życiowe:wszystko, co nas nie zabija, czyni nas mocniejszymi.Fryderyk Nietzsche, żeby nie było, że sam wymyśliłem. Przeszliśmy 50 czy 100 kroków i drzewa się skończyły. Usiedliśmy na trawie.

– Nie wiem o co ci chodzi?

– O to, że za bardzo angażuję się w nasz związek.

– Jaki związek? Przecież nie jesteśmy razem. Pukasz mnie, kiedy masz na to ochotę i kiedy ja się na to godzę. To mi odpowiada. Dość mam stałych związków, które kończą się po kilku miesiącach żalem i przekleństwami.

– Wiele miałaś takich związków?

– Zbyt wiele.

– A ja nie. Unikam zaangażowania.

– To twój problem panie zimny-jak-głaz.

– Nie jestem zimny.

– Serce masz lodowate. Fu.

– Być może, ale nie wiem, czy jest mi teraz potrzebny lodołamacz. Może lepiej, jak zostanie tak jak jest i każde z nas pójdzie w swoją stronę bez niepotrzebnych pretensji. Oczywiście możemy być przyjaciółmi, zresztą zawsze możesz na mnie liczyć…

Tu już zacząłem lecieć w obrzydliwie banalną gadkę, w czym bestia od razu się zorientowała, bo głupia nie była.

– Gadasz bzdury. Chcesz zakończyć znajomość i nie masz odwagi powiedzieć wprost. Ja ci tego nie ułatwię. To nie ja mówię „żegnam”.

– Wiem, przykro mi. Ale mówiąc to wszystko myślę nie tylko o sobie i własnych uczuciach. Nie chcę żebyśmy cierpieli przez siebie.

– Żenujące! Mów, proszę, w liczbie pojedynczej. Powiedziałam już, że myślisz tylko o sobie.

– A ty czego chcesz?

– Przecież to cię nie obchodzi.

– Nie mów tak. Obchodzi mnie. Ty mnie obchodzisz.

– To nie mów mi, że musimy się rozstać. Jak chcesz, to odejdź, nie dzwoń więcej, ale nie pieprz, że to dla mojego dobra, wstrętny, banalny egoisto.

– Może i tak. Może jestem egoistą. Odwiozę cię do domu.

– Pieprz się. Sama trafię.

– Wiem, że trafisz. Zawsze trafiasz tam, gdzie chcesz.

– Przestań już smolić. Znam cię i wiem jaki jesteś fałszywy. Jedź sobie. Fu.

– Okay.

– I nie dzwoń.

– Nie będę.

– Bardzo dobrze. Głupia pałka!

Nie czułem się po tej rozmowie dobrze, to fakt. Cały dzień chodziłem jak struty, a jeszcze na domiar złego nic nie miałem do roboty, więc nuda pomieszana z żalem dopełniała obraz pogrążonego w depresji frustrata. Postanowiłem jednak wytrwać i nie dzwonić. Wieczorem to ona wybrała mój numer.

– Słucham?

– Zachowałeś się dzisiaj jak świnia.

– Wiem.

– Wpadniesz? U Andromedy jest wieczorem impreza.

– Nie mam nastroju na imprezę. Wpadnę i pojedziemy do mnie. Mam dość alkoholu na nas dwoje.

– I co będziemy robić?

– Rozmawiać o życiu?

– Bardzo ciekawe zajęcie! Bądź po mnie o 19.

Oczywiście nie tak miało być, ale nie kryję, że się ucieszyłem z jej telefonu. Deprecha prysła. Pełen wigoru wykąpałem się, wskoczyłem do samochodu i pojechałem po Xennę. Teraz wydawała mi się piękna, mądra, kochana. Życie też było piękne, a co? Wyprzedzając fakty mogę powiedzieć, że to był jeden z naszych najfajniejszych wieczorów. Poszły cztery prezerwatywy. I niezliczona ilość puszek piwa. Spiłowała pazurki, była ciepła — nie walczyła ze mną, nawet nie paliła papierosów w łóżku. Czego kobiety nie robią dla uśpienia naszej czujności. Dla zmylenia przeciwnika.

– Jesteś taka ładna.

– Dzięki.

– Uwielbiam twoją skórę. Jest taka gładka.

– A ja uwielbiam, gdy mnie głaszczesz.

– Masz zabawne włoski na plecach.

– Nie śmiej się.

– Nie śmieję się. Uwielbiam twoje włoski na plecach.

– Pozwalam ci je uwielbiać.

– Dlaczego chcesz się ze mną spotykać?

– Nie wiem. Nie jesteś w moim typie.

– To już słyszałem. Zatem dlaczego?

– Nie wiem. Lubię z tobą rozmawiać. Lubię, kiedy mnie dotykasz. Lubię zasypiać w twoich ramionach.

– Ja też lubię zasypiać przy tobie. Tak mocno do mnie przylegasz.

– Jesteśmy jak dwa puzzelki. Idealnie dopasowujemy się do siebie. Jesteś taki wielki, czuję się przy tobie bezpieczna.

– Xenna, a może ty jesteś zakochana?

– Chciałbyś to usłyszeć?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo nie chcę, żebyś mnie kochała. Nie warto mnie kochać. Jestem fałszywy. Rozdaję fałszywe ciepło. Pożeram kobiety, wypluwam przeżute resztki do sracza i spuszczam wodę. To taka pułapka. Nie śmiej się.

– Wiem to. Nie kocham cię.

– To dobrze. Chodź do mnie.

– Pocałuj moje piersi.

– Są cudowne.

– Mocniej. O tak.

– Lubisz jak je całuję?

– Przecież wiesz. Nie przestawaj. Chcę żebyś je całował przez cały czas.

– To znaczy jak długo?

– Do rana. Do końca świata.

– To niemożliwe. Nie wiem czy wiesz, ale muszę też czasami pracować.

– Nie bądź banalny.

– Nie jestem. Taki jest ten pieprzony świat. Dorośli muszą zarabiać na chleb.

– Taki jest świat palantów. Przestań myśleć o pracy kiedy jesteś ze mną. Nie interesuje mnie to co robisz, nie interesują mnie twoje pieniądze, to że jesteś pisarzem, że ktoś tam kupuje twoje książki, może nawet ktoś je czyta. Dla mnie jesteś tylko akwizytorem.

– A dla mnie ty jesteś cudowną nimfą.

– Ale smolisz uszy.

– Uwielbiam twoje uszka.

– Całuj dalej moje cycuszki,please.

– Nie jesteś przypadkiem za bardzo egoistyczna?

– Jestem. Możesz być moim niewolnikiem.

– Nie jestem pewien, czy tego najbardziej pragnę. Rozkoszą trzeba się dzielić, a nie tylko dawać. lub brać. Rozumiesz?

– Zaraz się tobą zajmę cwaniaku, ale teraz gryź je mocniej, bo zaraz oszaleję.

Punk'n'roll

Koszmar czy raj? Cholera, nie potrafię ocenić tego, co się działo. Była wszędzie. Oczywiście, rozpieprzała mi życie. Fakt, że z wdziękiem. Fakt, że pozwalałem jej na to. Kurcze, złościła mnie jak jasna cholera, ale też podniecała jak nikt. Nawet nie chodzi o seks, przyjemnie było mieć ją obok siebie. Przyjemnie było czuć jej pożądanie. Ona mogła uprawiać seks w każdej sytuacji. Kiedy prowadziłem samochód rozpinała mi rozporek, nachylała się i ssała z radością sterczącego penisa. Kręciło ją, że inny kierowca może nas zobaczyć. Pieprznięta laska. Ale to szaleństwo najbardziej mnie w niej pociągało. Czy ją wtedy kochałem? Raczej byłem pod jej urokiem. Wiedziałem, że to nie życie, lecz jakiś narkotykowy sen, z którego obudzę się z bólem głowy. Wiedziałem, że beztroska nie będzie wiecznie trwać.Nic nie może przecież wiecznie trwać, co dał nam los trzeba będzie stracić.Jakoś tak to szło; chyba Anna Jantar. Możecie się śmiać, ale ja zawsze miałem duży sentyment do takich hitów. Oczywiście Xennie o tym nie wspominałem.:)

Spędzaliśmy szalone godziny. Nie zamieszkaliśmy razem, aż tak nie zwariowałem, ale widywaliśmy się codziennie. Rano dzwoniłem, gadaliśmy godzinę, potem wpadałem do niej na obiad, wracałem do domu trochę popisać, potem znowu do niej jechałem. Dużo wspólnych wyjazdów, dużo imprez, oczywiście hektolitry alkoholu. Praca nad powieścią ślimaczyła się, ale gdzieś miałem umowy i terminy złożenia maszynopisu. Wiedziałem, że MC Robo mi wybaczy, zresztą moje poprzednie powieści cały czas dobrze się sprzedawały, więc wydawca był w sumie spokojny. W komforcie upływały nam kolejne beztroskie dni.

Dziś, kiedy Xenny nie ma w pobliżu, myślę, że najbardziej potrzebowałem tej ciągłej więzi. Wystarczały telefony, nie musieliśmy się spotykać.Ta diablica opętała mnie(Oddział Zamknięty). Kurczę, byłem uzależniony. Dawała mi energię, dawała radość z życia. Sam poczułem się, jakbym miał 24 lata. A wiecie jak to jest fajnie? I chwilami nawet zero refleksji, że jednak jestem zgred, że może śmiesznie, że może nie wypada. Ale miałemspida,fa pysk!

Starałem się ubierać jak nastolatek. W ucho wsadziłem kolczyki, zrobiłem tatuaż, na nogach martensy, porwana bluza, t-shirt z logo punkowej kapeli, kudły sterczące.Punk's not dead.Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż niemal wyłącznie pracowałem w domu, stukając jak opętany w klawiaturę. Mój wydawca sam był luzakiem, a jego specjaliści od PR szybko doszli do wniosku, żeimage„awangardowy” może się dobrze sprzedawać. Rzecz jasna, kiedy jechałem na jakiś wykład czy konferencję, to przylizywałem włosy, wkładałem czystą koszulę i marynarkę, ale tak na co dzień mogłem sobie pozwolić na duży luz. To jej się bardzo podobało, starszy facet, dobrze ustawiony, a jednak poza Babilonem. Wiadomo, że było w tym wszystkim z mojej strony dużo pozerstwa, żeby jej się przypodobać, ale też z czasem punk'en'rollowe życie coraz bardziej mnie wciągało. Wracałem do tego, z czego kiedyś wyrosłem, w sumie to był dość naturalny powrót do mojej utraconej młodości. Teraz ubierałem się i zachowywałem podobnie jak wówczas, gdy miałem piętnaście czy szesnaście lat. Jak punk to punk.

Jak