75,00 zł
Amazonia w trybach globalnego kapitalizmu
W największym lesie deszczowym Amazonii w latach sześćdziesiątych XX wieku pojawiła się pierwsza utwardzona droga, a wraz z nią nowi osadnicy. Dla rdzennych mieszkańców tamtych ziem ze społeczności Cinta Larga, w których świecie nie istniały pojęcia takie jak „pieniądz”, „kamień szlachetny” czy „handel”, był to początek dramatycznych przemian. W ciągu jednego pokolenia musieli stawić czoła regułom wolnego rynku.
Kiedy na ich ziemiach odkryto złoża diamentów, w tym kamień tak ogromny, że nazwano go Okiem Boga, wydawało się, że to dar od losu. Wydobycie cennych minerałów szybko uruchomiło jednak mechanizmy korupcji, przemocy i degradacji środowiska, co zapoczątkowało rozpad tradycyjnych więzi, które przez wieki spajały wspólnotę.
Gdy sprzedaliśmy Oko Boga jest rezultatem sześciu lat reporterskiego śledztwa. Alex Cuadros oddaje głos członkom Cinta Larga i kreśli przenikliwy portret Marii, Oity i Pio oraz ich przyjaciół – ludzi walczących o własną tożsamość i ziemię. Mikrohistorie osadza w rzetelnej analizie uwarunkowań społeczno-politycznych, które doprowadziły do tragedii.
Ta historia wykracza daleko poza Amazonię. To opowieść o cenie, jaką płacą najsłabsi za postęp i eksploatację zasobów, a także o stratach ponoszonych w pogoni za bogactwem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 422
Rok wydania: 2026
Seria: Mundus
Projekt logo serii Bartłomiej Drosdziok
Projekt okładki Wojtek Janikowski
Ilustracje na okładce: kanpisut/stock.adobe.com; Girl with red hat on Unsplash
Tytuł oryginału: When We Sold God’s Eye: Diamonds, Murder, and a Clash of Worlds in the Amazon
Copyright @ 2024 by Alex Cuadros Map design by Jeff Ward
Copyright © for the Polish translation by Anna Skucińska, 2026 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2026
Wydanie I, Kraków 2026 All rights reserved
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.
ISBN 978-83-233-5633-2 (druk)ISBN 978-83-233-7778-8 (epub, mobi)
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12 663-23-80 Dystrybucja: tel. 12 631-01-97 tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected] Sklep internetowy: www.bowiem.wuj.pl
Moim rodzicom
Jedną z pierwszorzędnych cech bycia Indianinem jest powszechne zainteresowanie nami i naszą „niedolą”. Inne grupy mają trudności, komplikacje, dylematy, kłopoty lub problemy. Nam, Indianom, tradycyjnie przypisano „niedolę”.
Główną niedolą jest dla nas przejrzystość. Wystarczy na nas popatrzeć ijuż się wie, czego pragniemy, jak należy nam pomóc, jak się czujemy i czym naprawdę jest „prawdziwy” Indianin. Indiańskie życie w odniesieniu dorealnego świata to ciągły wysiłek, żeby nie rozczarować ludzi, którzy nas znają. Niespełnione oczekiwania wywołują ból, a mydoświadczyliśmy go doprawdy już wiele.
Vine Deloria Jr.
Custer Died for Your Sins. An Indian Manifesto
Nacoça Pio ze społeczności Cinta Larga przekuśtykał przez salę rozpraw i jedną ręką oparł się o stół. W chłodzie klimatyzowanego pomieszczenia i ostrym blasku lamp fluorescencyjnych czarno-brązowe pióra zdobiące jego głowę – jedyny ślad lasu deszczowego, znajdującego się poza malowanymi na biało ścianami – drgały przy każdym kroku. W kącie sali zwisała bezwładnie flaga Brazylii z dewizą narodową „Ład i Postęp” skrytą w fałdach tkaniny.
– Jak głosi oskarżenie, 7 kwietnia 2004 roku około godziny jedenastej w Żlebie Spokoju, działając wraz zinnymi członkami pańskiego plemienia, odebrał pan życie grupie poszukiwaczy – zaczął sędzia Rafael Slomp.
Blady nawet jak na białego człowieka, z nienagannie przystrzyżoną kozią bródką, Slomp pod togą miał zapinaną pod szyję różową koszulę. Bezbarwnym, pozbawionym emocji tonem, zupełnie niepasującym do opisywanych zbrodni, wymienił dwadzieścia dziewięć ofiar, w tym dwanaście, których nigdy nie udało się zidentyfikować: „rzeź”. Co gorsza, ofiarom skrępowano ręce, żeby nie mogły się bronić.
– Oskarżenie wskazuje również na niskie pobudki – ciągnął Slomp. – Zamiarem rdzennych mieszkańców, którzy dopuścili się tych czynów, miało być powstrzymanie wszystkich pozostałych od wydobywania diamentów na ich terytorium.
Krótko mówiąc, chciwość.
Pio spoglądał na Slompa przez okulary w drucianych oprawkach; opadająca prawa powieka w połowie zasłaniała sztuczne oko. Kiedy wracał myślami do dnia, w którym po raz pierwszy ujrzał diament, kręcił głową z niedowierzaniem. Było to zapewne w 1972 roku, chociaż w tamtych czasach nie orientował się kompletnie w datowaniu. Jego lud nie znał kalendarzy ani zegarów. Żadnego z kamieni nie uważano też za szlachetny. Nie istniało coś takiego jak pieniądze, rynek ani nawet handel.
– Jeśli czegoś potrzebowaliśmy: orzechów, miodu lub owoców – tłumaczył później – chodziliśmy po to do lasu.
Las był wówczas jeszcze nietknięty, a jego olbrzymie mahoniowce, drzewa jatoba oraz tabebuje oróżowych kwiatach tworzyły kopułę tak zwartą, że tylko gdzieniegdzie przeszywał ją pojedynczy promień. Zielone sklepienie rzedniało dopiero nad Rzeką Roosevelta, którą Pio znał od zawsze jako Rzekę Bystrzyn, chociaż w pewnym miejscu przy brzegu, gdzie lubił się kąpać, nurt się uspokajał. Tamtego dnia, gdy przedarł się przez nadrzeczne zarośla, zobaczył tratwę z dwóch pni rozłupanych przez ogień, na której zamontowano daszek z uschłych palmowych liści. Biały mężczyzna obracał metalowym kołem. Na pewno dotarły do niego pogłoski o Cinta Larga, osławionych kanibalach, ale Pio, choć trzymał łuk i wiązkę strzał, nie wyglądał groźnie. Ledwo wyrosły z wieku dziecięcego, miał na sobie tylko sandały i zbyt obszerne gatki, których gumkę zrolował, żeby mu się nie obsuwały z wąskich bioder.
– Hej, mały – zawołał mężczyzna – pokręć tym za mnie. Idę zrobić sobie skręta i się wyszczać.
Inni Cinta Larga byliby zapewne ostrożniejsi. W ich wioskach wiedziano już o broni palnej białych, o ich truciźnie. Ustrojstwo na tratwie zaciekawiło jednak Pio. Wetknięta do wody rurka ruszała się wte i wewte, mącąc niebo na pomarszczonej powierzchni wody. Pio zajął miejsce obcego isłuchał metalicznego poskrzypywania, nowego dźwięku w leśnej kakofonii śpiewu ptaków iwrzasku małp. Nie miał pojęcia, że pompuje powietrze nurkowi. Był – jak sam to określił – „autentycznym Indianinem, surowiutkim”. Gdy meszki zaczęły ciąć go w nogi, porzucił pracę, żeby je odgonić.
Mężczyzna właśnie wracał nad rzekę, kiedy spostrzegł bezczynne urządzenie. Puścił się biegiem, krzycząc coś niezrozumiale, złapał za korbę i zakręcił kołem jak szalony. Po chwili z wody wynurzyło się wielkie miedziane jajo: staroświecki hełm nurka z iluminatorami zprzodu i po bokach, a po nim człekopodobna postać o luźnej, czarnej jak smoła skórze – skafander do nurkowania.
Z początku Pio myślał, że ma przed sobą pawô. Od dziecka słyszał o tych zmiennokształtnych stworach, które pogwizdywały z drzew, wabiąc nieopatrznych. Powszechnie wiedziano, że nie należy po zmroku wypuszczać się samotnie do lasu za potrzebą. Pawô po całonocnym zwodzeniu mogło odstawić takich śmiałków bezpiecznie do domu, ale mogło ich także udusić, ajeżeli trafiła mu się kobieta, mogło sobie z nią poużywać. Walka z nim była bezskuteczna. Opowiadano o pawô, które pewnej nocy zaległo na krokwi w długim domu. Jeden z mieszkańców przeszył je trzema strzałami iwywlókł na zewnątrz. Rano przekonał się, że nie śnił, bo na grotach swoich strzał zobaczył krew, lecz ciało pawô zniknęło.
Kiedy nurek zdjął hełm, Pio zorientował się, że to tylko człowiek. Patrzył, jak mężczyzna wysypuje pokrytą mułem zawartość worka na sito. Jego kompan odrzucił kilka dużych odłamków skalnych ina krótko zanurzył sito w wodzie, potrząsając nim okrężnymi ruchami, żeby wypłukać piasek, a potem delikatnie przegrzebał pozostałe na sicie kamyki. Najwyraźniej nie przyniosło to efektu, bo cały proces powtórzono. Pio nie widział żadnego sensu w tych manewrach, gdy jednak biali zaprosili go do pomocy, nie odmówił, znowu zaintrygowany. Przez jakiś czas nawet obozował znimi, obserwując ich metody. W końcu nadeszła chwila, kiedy na sicie dostrzegł nietypowy błysk: kryształ węgla ze śladami boru, niebieski diament, jeden z najcenniejszych kamieni szlachetnych.
Sędzia Slomp spoglądał na Pio ponad otwartym laptopem. Usadowiony w eleganckim fotelu biurowym, mógłby przewodniczyć jakiejś konferencji. Wszyscy pozostali prawnicy również byli biali, wgarniturach z krawatami.
– Chciałbym zapytać – kontynuował Slomp zgodnie z procedurą – czy przyznaje się pan do popełnienia zarzucanych mu czynów.
Pio siedział z rękami na dżinsach. Nie mógł zaprzeczyć swoim powiązaniom z diamentami: policja federalna założyła mu podsłuch telefoniczny. Wiedziano o jego udziale w wydobyciu nad Potokiem Meszek, przedsięwzięciu wartym ponoć dwadzieścia milionów dolarów miesięcznie, przyciągającym przemytników z Antwerpii, Tel Awiwu i nowojorskiej Dzielnicy Diamentów. Prasa okrzyknęła Pio „baronem diamentowym”, posiadającym, jak mówiono, trzy rezydencje oraz flotę importowanych ciężarówek z białymi szoferami1. Niektóre z tych informacji – przyznawał Pio – były prawdziwe, przynajmniej przez pewien czas. Zawsze jednak miał podkreślać, że on sam próbował powstrzymać rzeź.
Z niewzruszonym spokojem, tak dla niego charakterystycznym, odpowiedział sędziemu po prostu:
– Nie.
Co zaś do chciwości, Pio odtąd miał się zastanawiać: czy chciwością było pragnąć tego, czego nauczyli go pragnąć biali ludzie występujący w roli ojców?
