Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Oto Gdańsk, jakiego nie znacie.
Michał Ślubowski zabiera nas w podróż po upiornym obliczu miasta, pełnym duchów, czarownic i katów. Historia miesza się tu z legendą, a prawda bywa straszniejsza niż fikcja.
Zaglądamy w zapomniane zaułki i podziemia nadmotławskiego miasta. Wchodzimy tam, gdzie pachnie lawendą i krwią, a cień zbrodni pełznie po brukowanych uliczkach.
„Gdańskie makabreski” to wciągający spacer po mrocznej stronie historii – opowieść o ludziach z marginesu, o lękach, przesądach i fascynacji stale obecną w dziejach miasta śmiercią.
Nie szukajcie tu bitew ani bohaterów z pomników. Są tu czarownice na Targu Węglowym, nekromanci w klasztorach, upiory w oliwskich kryptach. Słowem – Gdańsk żywy, krwawiący, karmiący się magią i lękiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 139
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Miasto to nie jedynie mury, bramy i ulice. To przede wszystkim ludzie – nie tylko daty, nazwiska czy inicjały, ale też ich zwycięstwa i porażki, które przetrwały na kartach kronik, dokumentów. To również ludzie, którzy nie pozostawili po sobie śladów na papierze, a których działania i motywacje miały wpływ na to, jaki Gdańsk był i jaki jest.
Gdańsk, z całą swoją złożoną historią, jest mozaiką takich właśnie śladów. Niektóre są dobrze widoczne – jak wielkie herby patrycjuszowskich rodzin na fasadach kamienic. Inne wymagają uważniejszego spojrzenia: odczytania detalu, zejścia z utartego szlaku i zanurzenia się w gąszczu nieznanych uliczek. Jeszcze inne można dostrzec tylko wtedy, gdy zna się właściwe pytania.
Ta książka powstała właśnie z takich pytań. Skąd wzięła się nazwa ulicy Lawendowej, mimo że nie pachniało tam wcale kwiatami? Kim byli ludzie, których obowiązkiem było nie tylko wymierzanie kary, ale też udzielanie pierwszej pomocy? Dlaczego czasem do kata szło się po ulgę, a nie po śmierć? Czym zalatywała ulica Pachołów i jaką historię opowiadają jej brukowane zakręty? Jak wyglądały ostatnie chwile tych, którzy trafili do izby żałobnej, i kto zmywał po nich krew?
Nie szukam tu historii wielkich bitew, wyniosłych traktatów ani hagiografii świętych. Szukam codzienności – tej nieoczywistej, pełnej sprzeczności. Zawsze interesowali mnie ci, którzy znajdowali się na obrzeżach miejskiej wspólnoty: kobiety uznawane za niebezpieczne czarownice, natrętne akuszerki, nielegalne uzdrowicielki, oprawcy i ich pomocnicy, mieszczanie i mieszczanki bez grosza przy duszy, włóczędzy, medycy bez dyplomów. Chciałem przyjrzeć się miastu „od zaplecza”, dotrzeć do jego emocji, lęków i uprzedzeń oraz tego, co wypierane i niechciane, ale przecież zawsze obecne.
Nie jest to książka ściśle naukowa, choć bazuję w niej na źródłach historycznych i pracach badaczy. To raczej rodzaj spaceru – chwilami niespiesznego, albo pospiesznego, czasem dziwnie melancholijnego, a niekiedy mrocznie fascynującego. Każdy rozdział opowiada odrębną historię, ale wszystkie one splatają się w większą opowieść o mieście jako organizmie – takim, który żyje, krwawi, cierpi i próbuje się leczyć.
Zapraszam Cię, Czytelniczko, Czytelniku, do tej wędrówki. Będzie to droga przez zaułki i bramy, przez wieże i podziemia, przez sądowe dokumenty i literackie metafory, przez krew, łzy, czaszki i pachnidła. Gdańsk nie zawsze był piękny, ale zawsze prawdziwy. I taki właśnie chcę Ci pokazać.
Jak zdobyć ukochaną z pomocą diabła?
Hala Targowa na placu Dominikańskim to jeden z nielicznych budynków Głównego Miasta, który przetrwał II wojnę światową bez większych zniszczeń. Tuż obok niej wznosi się majestatyczna sylwetka kościoła św. Mikołaja – od wieków duchowa przystań gdańskich dominikanów. Ten średniowieczny zabytek, w przeciwieństwie do wielu innych świątyń w okolicy, szczęśliwie ocalał z wojennej pożogi. Przez stulecia zakonnicy mieszkali w przylegającym do niego klasztorze, przechadzając się codziennie pod gotyckimi sklepieniami. Jednak sam klasztor nie dotrwał do naszych czasów – rozebrano go w 1840 roku. Na jego miejscu wyrosła nowa budowla, równie ważna dla miejskiego życia, choć o zupełnie innym charakterze – tętniąca życiem Hala Targowa, współczesna „świątynia handlu”.
W pierwszych dekadach XVI wieku w klasztorze przebywał Simon Grunau, dominikanin z Tolkmicka. Tutaj rozpoczął pracę nad swoim najważniejszym dziełem – Kroniką Pruską, pisaną na zlecenie wpływowych gdańszczan. W tej monumentalnej księdze opisał dzieje Prus i Prusów, ich wierzenia, obyczaje oraz historię chrystianizacji i podboju. Grunau nie ograniczał się jednak do suchej faktografii – jego narracja pełna jest barwnych anegdot i opowieści, które zdradzają, jak postrzegano świat w XVI wieku. Wplatał w tekst liczne exempla – krótkie historie z morałem, służące jako przestroga lub ilustracja jakiegoś przesłania. Wśród nich znajdziemy cały katalog demonów, upiorów i złych duchów, które według autora nawiedzały pruskie ziemie.
Dla ludzi średniowiecza magia nie była fikcją czy fantazją – była realna, namacalna i obecna w codziennym życiu. Co ciekawe, wśród tych, którzy ją praktykowali, znajdowali się także duchowni. To właśnie oni, jako jedni z nielicznych, potrafili czytać i mieli dostęp do kosztownych ksiąg pełnych tajemnej wiedzy. Niektórzy wykorzystywali te umiejętności nie tylko do studiowania Pisma Świętego, lecz także do zgłębiania zakazanej wiedzy.
Magia miała jednak swoją ciemną stronę – mogła prowadzić na granicę herezji, a nawet do zawierania paktów z samym diabłem. Jedną z najpopularniejszych praktyk magicznych późnego średniowiecza była nekromancja. Jej adepci próbowali za pomocą duchów zmarłych i mocy demonów wpływać na otaczającą ich rzeczywistość. Amerykański historyk Richard Kieckhefer, badacz średniowiecznej magii[1], wyróżnił trzy główne typy nekromancji. Pierwszy z nich polegał na wywoływaniu duchów w celu tworzenia iluzji – często tak przekonujących, że wydawały się w pełni realne. Czarownik potrafił przywołać konia, który w mgnieniu oka miał go przenieść na drugi koniec świata, albo zorganizować ucztę dla gości, na której każdy kielich i potrawa okazywały się złudzeniem. Drugi typ to magia wpływu – polegał na manipulowaniu zachowaniem ludzi i zwierząt. Trzeci rodzaj to wróżbiarstwo, czyli zdobywanie wiedzy o przeszłości, przyszłości albo ukrytych skarbach.
Nekromancja nie była wyłącznie domeną alchemików, ukrywających się w podziemnych średniowiecznych laboratoriach. Traktowano ją z pełną powagą nawet na najwyższych szczeblach kościelnej hierarchii. W 1319 roku francuski franciszkanin Bernard Délicieux został oskarżony o praktykowanie tej właśnie formy magii, skierowanej przeciwko – nie byle komu – samemu papieżowi. Kilkadziesiąt lat później, na przełomie XIV i XV wieku, podobne zarzuty padły pod adresem antypapieża Benedykta XIII. Według plotek trzymał on demony w swojej sakiewce. Miał też posiadać zakazane księgi, wypełnione opisami rytuałów przywołujących siły nieczyste. Choć dziś brzmi to jak gotycka legenda, w średniowieczu takie oskarżenia mogły skończyć się tragicznie: od zszarganej reputacji po utratę życia.
Piekło – fragment „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga.
Nekromanci nie ograniczali się do rzucania klątw powodujących szaleństwo czy wzbudzających zawiść. Ich zaklęcia sięgały także sfery uczuć, również tych najbardziej gwałtownych i niebezpiecznych: miłości i pożądania. Co ciekawe, właśnie ten rodzaj magii uchodził za szczególnie brutalny i agresywny. Wbrew romantycznym wyobrażeniom, zaklęcia miłosne w średniowiecznym wydaniu nie miały nic wspólnego z subtelnym zauroczeniem – częściej przypominały akt przemocowego zniewolenia duszy i ciała. Aby rytuał zadziałał, należało się do niego starannie przygotować. Cała ceremonia okazywała się skomplikowana i czasochłonna. Obok inkantacji, kluczowe było odpowiednie zaaranżowanie przestrzeni – nierzadko pokrywano ją magicznymi symbolami, rysowanymi na ziemi lub na ścianach. Równie ważna była samotność. Nekromanta powinien działać w odosobnieniu, z dala od ciekawskich spojrzeń. Prywatność stanowiła nie tylko warunek skuteczności, ale też tarczę chroniącą przed podejrzeniami.
Richard Kieckhefer, autor książek o średniowiecznej magii, natrafił w jednym z monachijskich archiwów na fascynujący XV-wieczny podręcznik do nekromancji. To niepozorne rękopiśmienne kompendium zawierało dziesiątki rytuałów, zaklęć i instrukcji – od niewinnych iluzji po pełne przemocy ceremonie podporządkowania sobie cudzej woli. Wśród nich znalazły się także przepisy na wywołanie miłości lub – częściej – pożądania. Cel był jasny: sprawić, by wybrana osoba zakochała się w nekromancie albo uległa jego żądzom. Zajrzyjmy do jednego z tych rytuałów, oryginalnie spisanego po łacinie. Oto fragment tłumaczenia:
Jeżeli chcesz zdobyć miłość jakiejkolwiek kobiety, bez względu na to czy znajduje się blisko czy daleko, czy jest szlachetnego czy niskiego urodzenia, w jakikolwiek dzień czy noc, najpierw musisz zdobyć całkowicie białą gołębicę i pergamin, wykonany ze skóry suki będącej w cieczce. Musisz wiedzieć, że taki rodzaj pergaminu jest najpotężniejszym artefaktem do zdobycia miłości kobiety. Oprócz tego zdobądź orle pióro. W sekretnym miejscu ugryź gołębicę blisko jej serca, a gdy wyjdzie ono na zewnątrz, zanurz w krwi orle pióro i zapisz na pergaminie imię tej, którą chcesz posiąść. Po czym narysuj wizerunek nagiej kobiety najlepiej jak potrafisz, wygłaszając słowa: „Rysuję taką a taką, córkę takiego a takiego, którą chce posiąść, w imię sześciu duchów: Tubala, Szatana, Reucesa, Kupida, Afaliona, Duliatusa, aby kochała mnie bardziej od wszystkich innych żyjących na tym świecie”. Kiedy to wykonasz, napisz na czole narysowanej kobiety imię swojej wybranki oraz imię Tubala, wypowiadając przy tym: „Jesteś taka a taka, córka takiego a takiego, od teraz podległa mojej woli, a ty jesteś Tubalem, wyrytym na jej czole. Nakazuję ci tam pozostać, żeby związać zmysły w jej głowie tak, by kochała tylko mnie (…)[2].
W dalszej części rytuału nekromanta umieszcza na rysunku kolejne imiona demonów, głosząc odpowiednie zaklęcia. Później rozpala mirrę i szafran, okadza pergamin. Na samym końcu pergamin trzeba zawiesić na końskim ogonie. Jeżeli nekromanta nie mógł osobiście udać się do kobiety, przyzwane demony były w stanie sprowadzić wybraną kobietę do czarownika. W przypadku innych zaklęć do niezbędnych składników należały m.in. kobiece włosy, paznokcie albo zwierzęce kości.
Kościół św. Mikołaja w Gdańsku, od 1227 r. należący do dominikanów
Rytuał miłosny opisywany w XV-wiecznym podręczniku, przytoczony przez Kieckhefera, rozwija się niczym scenariusz teatru grozy. Nekromanta rysuje na pergaminie imiona demonów, jedno po drugim, wypowiadając przy tym inkantacje, które miały otworzyć bramy do świata duchów. Gdy wszystkie miana są już zapisane, przychodzi czas na kolejne etapy ceremonii. Rozpala się wonności i okadza pergamin. Całość kończy się w zaskakujący sposób: zadrukowany arkusz zostaje zawieszony na końskim ogonie, ale dlaczego – tego już zapis rytuału nie wyjaśnia. Podobnie jak sposobu, w jaki demony porywają wybrankę nekromanty. Kobiece włosy czy paznokcie, niezbędne do przeprowadzenia ceremoniału, są silnymi artefaktami magicznymi w każdej kulturze, nie dziwi więc pojawienie się ich w tym opisie.
Uzbrojeni w wiedzę teoretyczną o nekromancji, powróćmy teraz do krużganków gdańskiego klasztoru dominikanów, którymi przechadzał się Simon Grunau. W swojej kronice mnich także zapisał fascynującą opowieść o nekromancie.
Historia wydarzyła się za czasów wielkiego mistrza Heinricha von Richtenberga, który przewodził zakonowi krzyżackiemu w latach 1470–1477. W jednym z pruskich miast – Grunau nie podaje jego nazwy – doszło do serii niezwykłych i niepokojących wydarzeń. Córka miejscowego burmistrza, którego kronikarz określa jako „dobrego człowieka”, co noc znikała bez śladu. Jak się okazało, porywał ją demon, wysłannik czarownika parającego się nekromancją. Grunau nazywa go nigromaticusem. Zrozpaczona dziewczyna wyznała ojcu prawdę. Burmistrz początkowo nie dał wiary jej słowom – podejrzewał raczej senne majaki lub chorobliwą wyobraźnię. Aby rozwiać wątpliwości, nakazał córce pozostać nocą w jego własnym łożu, pomiędzy nim a żoną. Ale to nie powstrzymało demonicznej siły. W środku nocy, mimo obecności rodziców, dziewczyna została wyrwana z łóżka i uniesiona w ciemność.
Rano burmistrz nie miał już wątpliwości – to nie były żadne sny czy majaczenia. Wypytał córkę o wszystko, co zapamiętała z nocnych eskapad, lecz jedynym szczegółem, jaki sobie przypomniała, był fakt, że siedziba czarownika znajdowała się w pobliżu kościoła. Wówczas ojciec wręczył jej kłębek nici i polecił, by rozwijała go podczas następnego porwania. Tym sposobem chciał odkryć miejsce, do którego uprowadzają dziewczynę złe moce. Plan się powiódł. O świcie burmistrz podążył za nitką, która wiła się przez miasto, aż doprowadziła go pod okno miejskiego nauczyciela. Podejrzanego nie zatrzymano jednak od razu. Następnej nocy burmistrz postanowił nakryć go na gorącym uczynku. I rzeczywiście przyłapał na odprawianiu mrocznych rytuałów. Mężczyznę aresztowano i postawiono przed sądem. Wyrok był bezlitosny: śmierć przez spalenie na stosie. W drodze na egzekucję nekromanta wypatrzył w tłumie córkę burmistrza. Padł przed nią na kolana, błagając o wybaczenie. Kiedy dziewczyna się zgodziła, poprosił o dowód pojednania – kłębek nici, lecz gdy tylko trafił w jego ręce, czarownik rzucił go w powietrze, wypowiedział zaklęcia i w jednej chwili chwycił dziewczynę. Na oczach zgromadzonego tłumu oboje unieśli się w przestworza i – jak zanotował kronikarz – „polecieli do wszystkich diabłów”.
Ten przypadek szeroko w swoich artykułach opisała Julia Możdżeń, historyczka związana z Uniwersytetem Gdańskim. W tym wypadku nekromancja miała służyć magii miłosnej, chociaż z miłością niewiele miała wspólnego. Dzięki temu, że dziewczyna przekazała nauczycielowi należący do niej przedmiot, nekromanta był w stanie przeprowadzić skuteczne zaklęcie.
Z pozoru baśniowa, a zarazem upiorna historia opisana przez Simona Grunaua to nie tylko przykład średniowiecznej wyobraźni – to świadectwo lęków, pragnień i granic mentalności ówczesnych ludzi. Magia, choć potępiana, stanowiła integralny element codzienności, szczególnie wtedy, kiedy zawodziły modlitwy do świętych. Nekromanta z opowieści Grunaua nie był potworem z legend, lecz człowiekiem wykształconym, obeznanym z językiem i symboliką – kimś, kto potrafił zręcznie wykorzystać swoją wiedzę, by nagiąć rzeczywistość do własnych celów. W tym przypadku celem było zdobycie ukochanej, choć metodą bardziej przypominającą uwięzienie niż zaloty.
Współczesna Hala Targowa, stojąca w miejscu dawnego klasztoru, tętni dziś życiem. Mało kto, kupując warzywa czy przyprawy, zastanawia się nad tym, że w tym samym miejscu przed wiekami rozważano znacznie mroczniejsze kwestie, a w cieniu gotyckich sklepień ktoś skrupulatnie opisywał na kartach kroniki posępne opowieści o zakazanych praktykach.
[1] W Polsce ukazała się jego praca Magia w średniowieczu, tłum. I. Kania, Wydawnictwo Universitas (Kraków 2001).
[2] Tłumaczenie własne za: R. Kieckhefer, Forbidden Rites: A Necromancer’s Manual of the Fifteenth Century, University Park, Pennsylvania 1997.
Wampir i wilkołak nad Motławą
Świat gdańskiego legendarium jest bogatym źródłem opowieści. W XIX wieku krążące wśród ludzi legendy zaczęto spisywać i wydawać w zbiorach, które cieszyły się wielką popularnością. Autorem jednego z nich był Franz August Brandstäter – jego książka została opublikowana w 1883 roku, czternaście lat przed Draculą Brama Stokera. Brandstäter był nauczycielem w gdańskim Gimnazjum Miejskim, gdzie wykładał języki starożytne i francuski oraz śpiew. Jego prawdziwą pasją były jednak historia i folklor, którym poświęcił wiele swoich książek. Zbiór legend, o którym mowa, ukazał się w roku śmierci autora. Nosił tytuł Gdańska księga legend: opowieści z miasta i jego okolic (Danziger Sagenbuch: Sagen von der Stadt und ihren Umgebungen). Zawierał 109 podań, a Brandstäter czerpał inspirację między innymi z dorobku Ludwiga Bechsteina. Dwie legendy z jego zbiory dotyczą istot, które i dzisiaj zajmują ważne miejsce w naszej zbiorowej wyobraźni oraz kulturze masowej.
Pierwszą legendą spisaną przez Brandstätera była opowieść o wampirze. Oddajmy głos gdańskiemu nauczycielowi[3]:
Ludzie opowiadają także o wampirach – choć te opowieści częściej spotyka się wśród ludów słowiańskich. Nierzadko mieszają się one z legendami o wilkołakach. Takie istoty nigdy nie zaznają spokoju po śmierci. Gdy wygryzą mięso z własnych kości, powstają z grobów o północy. Kradną bydło, by wysysać z niego krew i przedłużać swoje przeklęte pół-życie. Zakradają się do ludzkich domostw, kładą się przy śpiących i po cichu spijają ich ciepłą krew. Tylko drobne ranki w okolicy serca zdradzają, co się wydarzyło. Tak było we wsi Grabowo na Kaszubach, niedaleko Gdańska. Nagle zaczęła się tam seria tajemniczych zgonów – najczęściej młodych dziewcząt. Ciała pozostawały nienaruszone, z wyjątkiem drobnych śladów ugryzień w pobliżu serca. Starszyzna zebrała się na naradę, na której postanowiono sprawdzić groby na cmentarzu. Po długich poszukiwaniach natrafiono na jeden, który wyglądał podejrzanie świeżo, choć pochówek odbył się kilka lat wcześniej. Zwłoki były nadzwyczaj dobrze zachowane – z ramion i nóg zniknęły jedynie kawałki mięsa, a na wargach błyszczała świeża krew.
Ktoś, kto znał się na takich sprawach, odciął zmarłemu głowę. W tej samej chwili z grobu wydobył się niski, warczący dźwięk, a ciało rozsypało się w popiół. Od tamtej pory wieś odzyskała spokój.
Legenda ta zawiera wiele intrygujących elementów, które odróżniają ją od powszechnie znanych wizerunków wampira. Stwór opisany przez Brandstätera nie atakuje szyi, jak to zazwyczaj przedstawiają filmy i literatura popularna, lecz okolice serca. To ważna różnica – wskazuje ona na starsze, słowiańskie korzenie wierzeń o istotach wysysających życie. Obgryzione kończyny i tajemnicze odgłosy dochodzące z grobu odwołują się do dawnych przekonań o upiorach – zmarłych, którzy nie zaznali spokoju i wciąż pasożytują na żywych. Wierzono, że takie istoty mogą przeżuwać całun pogrzebowy albo nawet własne ciało, by w ten sposób sprowadzać choroby lub śmierć. Dziwne dźwięki wydobywające się z grobu były dla ludzi wyraźnym znakiem, że mają do czynienia z żywym trupem – i że trzeba działać.
Krakowiec jest dzisiaj częścią Gdańska, ale w przeszłości była to podmiejska wieś
Decyzja o odrąbaniu głowy nie była przypadkowa. To jeden z najstarszych i najczęściej stosowanych środków przeciwdziałania wampirom, co potwierdzają choćby archeologiczne znaleziska tzw. „pochówków antywampirycznych” – z kamieniami w ustach, przepołowionymi czaszkami lub ciałami przybitymi do ziemi.
Co ciekawe, miejscowość Grabowo, wspomniana w legendzie, nie musi odnosić się do kaszubskiej wsi. W źródłach Ludwiga Bechsteina pojawia się wzmianka o „Grabowie, zwanym też Krakowem” – co może wskazywać na Krakowiec, dziś będący częścią Gdańska. Być może więc wampiryczna historia Brandstätera ma znacznie bliższy związek z samym miastem, niż mogłoby się wydawać.
Reklama odkurzacza „Vampyr”, zamieszczona w Danziger Sonntags Zeitung (13 kwietnia 1930 r.)
Bohaterem kolejnej legendy zamieszczonej w zbiorze gdańskich legend był wilkołak. Znów zajrzymy przez ramię Brandstätera do jego zapisków[4]:
Legendy o wilkołakach – ludziach, którzy za sprawą diabelskiej sztuki potrafią przemieniać się w dzikie bestie – znane są również w naszych stronach. Te mroczne istoty miały siać grozę w okolicznych lasach, atakując podróżnych i wykradając bydło spod samych drzwi gospodarzy.
Pewnego dnia odważny myśliwy wyruszył w głąb lasu, uzbrojony w strzelbę. Nagle z zarośli wyskoczył na niego olbrzymi wilk – rzucił się z rykiem, szczerząc zęby i niemal powalając go na ziemię. Myśliwy w ostatniej chwili uskoczył za drzewo, przyklęknął, wycelował i nacisnął spust. Kula trafiła bestię w prawą łapę. Ranny wilk zawył i uciekł, zostawiając za sobą ślad krwi. Myśliwy ruszył jego tropem. Ślady prowadziły głęboko w las, aż do odosobnionej chaty. Wszedł do środka i zamarł – przy kominku siedziała kobieta, która właśnie bandażowała zakrwawioną prawą dłoń mężczyzny. Wszystko stało się jasne. To nie była zwykła para leśnych ludzi – to był wilkołak, którego postrzelił, i jego pomocnica. Myśliwy zawiadomił odpowiednie władze. Wilkołaka aresztowano i poddano osądowi. Za swoje zbrodnie – napaści, zabójstwa i paktowanie z siłami nieczystymi – został skazany na spalenie żywcem.
Ta wersja legendy także znacznie odbiega od hollywoodzkiego wyobrażenia o wilkołakach. Nie pełnia księżyca, lecz konszachty z diabłem pozwalają tu na przemianę w dziką bestię. W średniowieczu wilkołaki uchodziły za sługi piekieł, a ich pochodzenie różniło się w zależności od regionu. Mogły być duszami grzeszników uwięzionymi w zwierzęcych ciałach, ofiarami klątw rzuconych przez czarownice albo ludźmi, którzy wypili zaczarowany eliksir. Prawdziwą „karierę” wilkołaki zrobiły w epoce nowożytnej, kiedy wraz z procesami czarownic zaczęto tropić również zmiennokształtnych. Oskarżano ich o kanibalizm, mordy, okaleczanie bydła i współpracę z watahami wilków – które zresztą same w sobie były realnym zagrożeniem dla ludzkich osad. W XVI-wiecznej Europie przeprowadzono wiele procesów wilkołaków, zwłaszcza we Francji i w Świętym Cesarstwie Rzymskim. Do najsłynniejszych obwinionych należeli Peter Stumpp, wilkołak z Bedburga, oraz Gilles Garnier, wilkołak z Dole – obaj oskarżeni o potworne zbrodnie, osądzeni i skazani na śmierć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Copyright © by Michał Ślubowski, 2025
Copyright © Wydawnictwo Marpress
Wydanie I
Gdańsk 2025
ISBN epub 978-83-7528-402-7
ISBN mobi 978-83-7528-401-0
Ilustracja na okładce:
Obiekt z kolekcji Gottwaldów. Ilustracja z dzieła „Musaeum Gottwaldianum”, 1714 r.
Ilustracja wewnątrz okładki:
Długi Most [drzeworyt], 1874, Biblioteka Narodowa, w: „Kłosy” 1874, t. 19, nr 495
Projekt graficzny serii: Zuzanna Nowak
Projekt okładki: Zuzanna Nowak
Redakcja: Elżbieta Żukowska
Korekta: Urszula Koza
Redaktor prowadzący: Fabian Cieślik
Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.,
ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk
tel. 58 301 47 00, [email protected], www.marpress.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
