Galeria umarłych - Chris Carter - ebook + audiobook + książka

Galeria umarłych ebook i audiobook

Chris Carter

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Służę od trzydziestu siedmiu lat, i gdyby zapytano mnie, co chciałbym wymazać z pamięci, powiedziałbym, że to, co zobaczyłem w tym pokoju” – tymi słowami porucznik Wydziału Policji Los Angeles wita detektywów Huntera i Garcię z jednostki ds. wyjątkowo brutalnych zbrodni na miejscu najbardziej szokującego morderstwa, jakie widzieli. Nieoczekiwany obrót zdarzeń sprawia, że detektywi zostają zmuszeni do współpracy z FBI i wspólnego wytropienia seryjnego mordercy; psychopaty, który kocha to, co robi, bo mord jest dla niego czymś więcej niż tylko zabójstwem – jest dziełem sztuki. Witajcie w Galerii umarłych...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 457

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 25 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,6 (1709 ocen)
1174
382
126
23
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sesetka12

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle genialna.
10
Agathe_a

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00
dorotkay

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Szawieta

Nie oderwiesz się od lektury

No i to zakończenie… nie pozostaje nic innego jak chwycić za kolejną książkę. Uwielbiam serię z detektywem Hunterem
00
Paula_555

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, ciekawa historia jak zawsze ale zakończenie tak kuriozalne że aż boli. Niemniej zabieram się za następną część
00

Popularność




Tytuł oryginału: The Gallery of the Dead

Copyright © Chris Carter, 2018

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Mikołaj Kluza

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński / Szara Sowa

Redakcja: Małgorzata Najder

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-896-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Tę książkę dedykuję wszystkim moim czytelnikomza niesamowite wsparcie, które okazują mi przez tak wiele już lat.

Dziękuję Wam z całego serca.

Jeden

Linda Parker weszła do swojego dwupokojowego domu w Silver Lake w Los Angeles, zamknęła drzwi i ciężko westchnęła. To był długi i męczący dzień. Pięć sesji zdjęciowych w pięciu różnych studiach rozsianych po całym mieście. Sama praca nie była wcale taka męcząca. Kochała modeling i miała to szczęście, że mogła zajmować się nim zawodowo. Jednak jeżdżenie po mieście takim jak Los Angeles, gdzie ruch w najlepszym razie był powolny, potrafiło wykończyć i wyprowadzić z równowagi nawet najspokojniejszą osobę pod słońcem.

Linda wyszła z domu około 7.30, zaś kiedy parkowała czerwonego volkswagena new beetle na swoim podjeździe, zegarek na desce rozdzielczej wskazywał godzinę 22.14. Czuła się strasznie zmęczona i głodna, jednak co innego miało pierwszeństwo:

– Wino – powiedziała na głos, zapaliwszy światło w salonie, a następnie zdjęła buty. – Teraz potrzebny mi duży kieliszek wina.

Modelka dzieliła swój parterowy dom o białym froncie z Panem Boingo: czarno-białym kotem, którego wzięła z ulicy jedenaście lat temu. Z powodu swojego podeszłego wieku Pan Boingo rzadko wychodził na dwór. Bieganie po podwórku i atakowanie ptaków, których nie miał szans złapać, już dawno straciło swój urok. Obecnie spędzał dnie, śpiąc lub leżąc na parapecie i wpatrując się bezmyślnie w pustą ulicę za oknem.

Kiedy zapaliło się światło, kocur – drzemiący od trzech godzin na swoim ulubionym fotelu – wstał, przeciągnął się, a potem długo i bez skrępowania ziewał.

Linda się uśmiechnęła.

– Witaj, Panie Boingo. Jak minął ci dzień? Pracowicie?

Kot ucieszył się na widok swojej pani i zeskoczył na ziemię, po czym powoli do niej podszedł.

– Jesteś głodny, mój mały kolego? – zapytała, a następnie schyliła się i wzięła go na ręce.

Pan Boingo wtulił się w nią, a ona dała mu buziaka.

– Zjadłeś wszystko?

Wiedziała, że może późno wrócić, zostawiła mu więc porcję, która powinna wystarczyć na cały dzień. A przynajmniej tak myślała. Zrobiła krok w prawo i zerknęła na miski z karmą i wodą stojące w kącie. Obie były pełne.

– Wcale nie jesteś głodny, prawda?

Boingo zamruczał i dwukrotnie zamrugał zaspanymi oczami.

– Nie, nie jestem – odparła Linda piskliwym głosikiem, zupełnie jak z kreskówki. – Po prostu chcę się poprzytulać, bo tęskniłem za mamusią.

Zaczęła go delikatnie drapać po karku i pod brodą.

– Lubisz to, prawda?

Znowu dała mu buziaka.

Trzymając kota na rękach, weszła do kuchni, wyciągnęła kieliszek ze zmywarki, a następnie nalała do niego solidną porcję południowoafrykańskiego pinotage’a z otwartej już butelki. Odłożyła pupila na podłogę, a potem się napiła.

– Oooch! – westchnęła na głos, kiedy jej ciało zaczęło się odprężać pod wpływem trunku. – Niebo w płynie.

Linda otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej kolację: małą miskę sałatki. O wiele bardziej wolałaby zjeść podwójnego cheeseburgera z frytkami albo dużą, pikantną pizzę pepperoni, ale to oznaczałoby złamanie zasad niskokalorycznej diety, a na takie ekscesy pozwalała sobie rzadko, wyłącznie w formie nagrody. Niestety to nie był czas na nagrodę.

Upiła drugi łyk wina, zabrała sałatkę, kieliszek i wyszła z kuchni.

Pan Boingo podążał za nią.

Modelka usiadła przy stole w salonie i włączyła laptopa. Kiedy się uruchamiał, sięgnęła do torebki po tubkę kremu nawilżającego. Powoli wsmarowała sporą ilość w dłonie, po czym powtórzyła ten zabieg na stopach.

Kot obserwował ją z podłogi, nieporuszony.

Przez kolejne pół godziny Linda odpowiadała na e-maile i dodawała nowe wpisy do kalendarza. Kiedy miała to już za sobą, wyłączyła aplikację pocztową i zalogowała się do Facebooka. Czekały na nią trzydzieści dwa zaproszenia do znajomych, trzydzieści dziewięć nowych wiadomości i dziewięćdziesiąt sześć powiadomień. Zerknęła na zegar ścienny – wskazywał godzinę 22.51. Gdy zaczęła się zastanawiać, czy ma ochotę zajmować się teraz swoim profilem, Pan Boingo wskoczył jej na kolana.

– No witaj. Chcesz się jeszcze poprzytulać, co?

– Oczywiście, że chcę. Zostałem sam na cały dzień. Zła mamusia – odpowiedziała sama sobie, ponownie używając głosu rodem z kreskówki.

Linda znowu zaczęła drapać swojego pupila pod brodą, gdy nagle przypomniało jej się coś, co od kilku dni planowała zrobić.

– Mam pomysł – oznajmiła, patrząc kotu prosto w malutkie oczka. – Zrobimy sobie zdjęcie z zamianą twarzy, co ty na to?

Maria – jej najlepsza przyjaciółka – zamieściła parę dni temu na Instagramie zdjęcie wykonane przy użyciu aplikacji Face Swap, na którym znajdowali się ona i jej uroczy bichon frise. Piesek ma wrodzoną wadę dolnej szczęki, przez co bez przerwy wystaje mu język. Żeby było śmieszniej, Maria również wystawiła swój do obiektywu. Mieszanka puchatego białego futra, rozjaśnionych blond włosów, wystawionych języków i nienagannego makijażu sprawiła, że fotka była przezabawna. Linda obiecała sobie, że spróbuje zrobić coś takiego z Panem Boingo.

– Tak, zróbmy to – powiedziała z entuzjazmem. – Będzie super, obiecuję.

Wzięła na ręce kota, następnie na wyświetlaczu swojej komórki kliknęła ikonkę aplikacji Face Swap, którą wcześniej ściągnęła.

– Dobra, zaczynamy.

Wyprostowała się i spojrzała na wyświetlacz. Na ścianie za nią widać było kilka oprawionych obrazów i srebrny kinkiet. Na lewo znajdowały się drzwi, za nimi krótki korytarz prowadzący do dalszej części domu.

Linda bardzo poważnie podchodziła do robienia zdjęć: nawet do takich, na których miała się powygłupiać.

– Hmmm, nie, nie podoba mi się to. – Pokręciła głową, zerkając na swojego pupila.

Światła w korytarzu były zgaszone, w przeciwieństwie do kinkietów, przez co w aparacie pojawiały się jakieś dziwne błyski w tle. Przesunęła się odrobinę w lewo, dzięki czemu błyski zniknęły.

– Tak, teraz jest znacznie lepiej, nie uważasz? – zapytała Pana Boingo.

Jego jedyną odpowiedzią okazało się senne mrugnięcie powiekami.

– Dobra, zróbmy to, zanim znowu zaśniesz, mały śpiochu.

Aplikacja Face Swap była śmiesznie prosta w obsłudze: wystarczyło po prostu zrobić zdjęcie. Program automatycznie wykrywał dwie twarze na fotografii, oznaczał je czerwonymi kołami, a następnie zamieniał je miejscami.

Ponownie usiadła na krześle i przyciągnęła kota bliżej.

– Tutaj – pokazała palcem wyświetlacz telefonu. – Spójrz tutaj.

Pan Boingo ziewnął przeciągle, wyglądał, jakby w każdej chwili mógł zasnąć.

– Nie, głuptasku, nie patrz na mnie, tylko na telefon. Tutaj. – Ponownie wskazała wyświetlacz, ale tym razem pstryknęła palcami.

Dźwięk zadziałał, zwierzątko spojrzało dokładnie tam, gdzie chciała.

– Bardzo dobrze.

Nie tracąc czasu, Linda promiennie się uśmiechnęła i pstryknęła zdjęcie.

Na wyświetlaczu natychmiast pojawiło się pierwsze czerwone koło – znajdowało się wokół jej twarzy. Zaraz po nim pokazało się drugie. Linda poczuła, jakby na jej sercu zacisnęła się żelazna obręcz. Program nie oznaczył pyszczka Pana Boingo. Czerwony okrąg otaczał coś w mrocznym korytarzu za nią.

Dwa

– Dobry wieczór.

Pomimo mikrofonu i potężnych głośników Tracy Adams – wykładowca psychologii na UCLA – podniosła głos odrobinę bardziej niż zazwyczaj. Stała w zapełnionej po brzegi sali dla stu pięćdziesięciu słuchaczy, zaś prowadzone przez studentów rozmowy sprawiały, że pomieszczenie przypominało wnętrze gigantycznego ula. Słuchaczami nie byli wyłącznie entuzjastyczni studenci psychologii kryminalnej i kryminologii, ale również kilkoro innych pracowników naukowych uniwersytetu, bardzo zainteresowanych tym wykładem.

Przyciągające uwagę zielone oczy prowadzącej, spoglądające zza staromodnych oprawek w kształcie kocich oczu, omiotły salę.

– Za chwilę zaczynamy, dlatego wszystkich stojących proszę o szybkie zajęcie miejsc. – Przerwała i czekała cierpliwie.

Tracy Adams to bez wątpienia fascynująca kobieta: inteligentna, atrakcyjna, charyzmatyczna, dysponująca ogromną wiedzą, elegancka, a także intrygująco tajemnicza. Nic więc dziwnego, że wielu jej studentów – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – zadurzyło się w niej niczym nastolatki. Nie mówiąc już o innych wykładowcach. Jednak tego dnia to nie ona sprawiła, że duża sala wykładowa kampusu UCLA w Westwood zapełniła się słuchaczami.

Upłynęła pełna minuta, zanim wszyscy w końcu usiedli.

– Na wstępie chciałabym podziękować państwu za przybycie – powiedziała profesor Adams. – Szkoda, że na pozostałych moich wykładach nie ma takiej publiki…

Cichy śmiech przetoczył się po sali.

– Zanim zaczniemy, pozwolę sobie powiedzieć kilka słów o naszym dzisiejszym wyjątkowym gościu. – Jej spojrzenie szybko przesunęło się ku wysokiemu, dobrze zbudowanemu mężczyźnie stojącemu koło mównicy.

Gość, trzymający dłonie w kieszeniach, odpowiedział niepewnym uśmiechem.

Prowadząca zerknęła na swoje notatki, a następnie skierowała uwagę na słuchaczy.

– Ukończył psychologię na Uniwersytecie Stanforda. Pierwszy dyplom uzyskał w wieku dziewiętnastu lat. – Przed kolejnymi słowami zrobiła celową pauzę. – Summa cum laude.

Przez salę przetoczyła się fala pełnych zaskoczenia pomruków.

– W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat – również na Uniwersytecie Stanforda – uzyskał tytuł doktora kryminalnej analizy behawioralnej i biopsychologii. Jego praca, zatytułowana Zaawansowane badania psychologiczne nad działalnością kryminalną stała się – i po dzień dzisiejszy jest – obowiązkową pozycją w NCAVC. Dla osób, które tego nie wiedzą, NCAVC to należące do FBI Narodowe Centrum ds. Analizy Brutalnych Przestępstw.

Znowu zajrzała do notatek.

– Pomimo otrzymania kilkukrotnie oferty pracy na stanowisku profilera w NCAVC nasz dzisiejszy gość wybrał karierę w policji.

Tym razem pełne zaskoczenia szmery stały się głośniejsze.

Profesor Adams czekała, aż ucichną, zanim wznowiła wątek.

– W jej szeregach awansował błyskawicznie i stał się najmłodszym funkcjonariuszem w historii policji Los Angeles, który otrzymał stopień detektywa. Od tamtej pory ma najlepsze wyniki w rozwiązywaniu spraw kryminalnych.

Ponownie zrobiła pauzę, tym razem dla większego efektu.

– Naszym dzisiejszym gościem jest wielokrotnie odznaczany detektyw z sekcji specjalnej, będącej elitarną jednostką wydziału zabójstw, powołanej wyłącznie w celu rozwiązywania spraw dotyczących seryjnych morderców i morderstw o najwyższym priorytecie, które wymagają znaczących nakładów pracy i wiedzy eksperckiej.

Prowadząca podniosła palec wskazujący, aby podkreślić znaczenie następnych słów.

– To jednak nie wszystko. Dzięki swojemu wykształceniu w zakresie kryminalnej analizy behawioralnej oraz temu, iż nasze piękne miasto przyciąga szczególny rodzaj psychopatów…

W sali ponownie rozbrzmiał śmiech.

– Nasz gość został przydzielony do jeszcze bardziej wyspecjalizowanej jednostki. Wszystkie zabójstwa, które cechują przytłaczający sadyzm i brutalność, są oznaczane przez wydział zabójstw jako SO. Czyli Szczególnie Okrutne. Większość policjantów w tym kraju dałaby sobie odciąć prawą rękę, aby nie zajmować się sprawami, nad którymi pracuje ten detektyw. Stoi on na czele jednostki SO policji Los Angeles. – Znowu spojrzała na mężczyznę stojącego obok.

Sto pięćdziesiąt osób w sali zrobiło to samo.

– Naprawdę dłuuugo musiałam go przekonywać, żeby w końcu zdecydował się przyjść tutaj i opowiedzieć o jednym z najbardziej intrygujących zagadnień w dziedzinie kryminologii i psychologii kryminalnej: współczesnych seryjnych mordercach.

W pomieszczeniu zapadła pełna wyczekiwania cisza.

– Z wielką przyjemnością przedstawiam państwu detektywa Roberta Huntera z policji Los Angeles.

W odpowiedzi rozległy się gromkie brawa.

Prowadząca gestem zaprosiła Huntera bliżej.

Detektyw wyciągnął dłonie z kieszeni i po trzech stopniach dostał się na mównicę. Kiedy spojrzał w oczy Tracy, kobieta się uśmiechnęła, a następnie bardzo dyskretnie, ale jednocześnie zmysłowo do niego mrugnęła. Robert odwrócił się w stronę klaszczącej publiczności i nieco zawstydzony skinął głową. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony do takich sytuacji.

– Powodzenia – wyszeptała wykładowczyni, podając mu mikrofon, i zeszła z podium.

Hunter poczekał, aż na sali ponownie zapadnie cisza.

– Również chciałbym zacząć od podziękowania wszystkim za przybycie. Muszę przyznać, że nie tego się spodziewałem.

Robert popatrzył uważnie na Tracy.

– Myślałem, że spotkam się z dwudziestoma, może dwudziestoma pięcioma słuchaczami.

Studenci odpowiedzieli śmiechem.

Profesor Adams zerknęła na niego i rozciągnęła usta w uśmiechu, po czym wzruszyła ramionami.

– Na wstępie jeszcze zaznaczę, że nie jestem ekspertem od wystąpień publicznych ani tym bardziej wykładowcą, jednak postaram się opowiedzieć wam wszystko, co wiem na ten temat, oraz udzielić odpowiedzi na pytania.

Na sali ponownie rozległy się owacje.

Robert nie wiedział, jaką wiedzą dysponują słuchacze, rozpoczął zatem od wyjaśnienia różnic pomiędzy podstawowymi pojęciami: seryjny morderca, masowy morderca i szalony morderca. Jako przykłady przedstawił kilka wydarzeń, które rozegrały się w ostatnim czasie w USA.

Następnie omówił siedem faz, jakie przechodzi seryjny morderca: od Fazy Aury, kiedy to przyszły zabójca zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, aż do Fazy Depresji – wyraźnego zawodu emocjonalnego, który pojawia się zazwyczaj po dokonaniu zbrodni.

– Zanim przejdziemy dalej, chciałbym podkreślić jedną rzecz – oznajmił Hunter, kiedy skończył przedstawiać ostatnią z faz. Jego głos stał się poważny. – W przypadku seryjnych morderstw najważniejszą sprawą jest…

Przerwał mu wibrujący w kieszeni telefon. Zamilkł na chwilę i wyciągnął go.

– Bardzo przepraszam – rzucił do zaintrygowanej publiczności. – Proszę tylko o minutkę. – Wyłączył mikrofon i odstawił go na mównicę. Następnie przyłożył komórkę do ucha i powiedział: – Detektyw Hunter, wydział zabójstw.

Kiedy słuchał swojego rozmówcy, spojrzeniem powędrował ku Tracy. Nie musiał nic mówić. Bezbłędnie rozpoznała wyraz jego twarzy. Już go widziała w przeszłości, kiedy odebrał podobny telefon.

– Chyba sobie robisz jaja – wymamrotała pod nosem, podchodząc do niego. – Czemu nie dziwi mnie, że to się dzieje akurat dzisiaj?

Detektyw się rozłączył i popatrzył na nią.

– Strasznie mi przykro, Tracy – rzekł ze skruchą. Widział jej rozczarowanie. – Muszę iść.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– W porządku. Idź. Wytłumaczę to wszystkim.

Gdy Hunter pognał do wyjścia, profesor Adams westchnęła smutno, a następnie zwróciła się do bardzo zdziwionych słuchaczy.

Trzy

Zegarek pokazywał godzinę 21.31, kiedy Hunter dotarł pod wskazany przez telefon adres. Był środowy wieczór, ale mimo to przejechanie blisko trzydziestu kilometrów dzielących Westwood od Silver Lake zajęło mu prawie czterdzieści pięć minut. Silver Lake znajdowało się na wschód od Hollywood, zaś jego mieszkańcy stanowili bardzo zróżnicowaną etnicznie mieszankę. Gdy tylko wjechał w Berkeley Avenue, kierując się na zachód, natychmiast zauważył zbiorowisko radiowozów tuż przy North Benton Way.

Robert wiedział, że w mieście takim jak Los Angeles nic nie mogło szybciej ściągnąć tłumu ciekawskich gapiów niż błyskające policyjne lampy i czarno-żółta taśma oznaczająca miejsce zbrodni. Nie był zatem ani trochę zaskoczony widokiem wciąż powiększającej się grupy okolicznych mieszkańców, stojących na samej granicy oddzielonego przez funkcjonariuszy obszaru. Każdy z telefonem w dłoni, pragnący kilku sekund nagrania albo chociaż jakiegoś ciekawego zdjęcia, którym można by się zaraz pochwalić na swoim profilu społecznościowym, niczym schwytanym przed chwilą rzadkim pokemonem.

Mediów oczywiście też nie brakowało. Dwa samochody lokalnych wiadomości stały zaparkowane na chodniku, po drugiej stronie ulicy ogrodzonej policyjną taśmą. Na dachach aut były zamontowane kamery. Kilku dziennikarzy próbowało uzyskać informacje od kogokolwiek, kto miałby coś do powiedzenia na temat przestępstwa.

Gdy Hunter przedostał się przez tłum, podjechał do stojącego na straży funkcjonariusza i przez opuszczone w samochodzie okno pokazał mu swoją odznakę. Policjant kiwnął głową, a następnie umożliwił mu przejazd.

North Benton Way to cicha osiedlowa ulica tuż obok słynnego Silver Lake Reservoir. Wyrośnięte jawory rosły po obu stronach drogi. W ciągu dnia zapewniały schronienie przed słońcem, natomiast po zmierzchu stwarzały niepokojące cienie. Detektyw kierował się do szóstego w kolejności domu po prawej stronie. Czerwony volkswagen new beetle i niebieska tesla s zajmowały oba dostępne na podjeździe miejsca. Na ulicy, trochę na prawo od domu, stały jeszcze trzy radiowozy i samochód Zakładu Medycyny Sądowej.

Robert zaparkował przed wozem koronera i wysiadł. Mając nieco ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, zdecydowanie górował nad swoim wysłużonym buickiem lesabre. Przez chwilę stał w miejscu i rozglądał się po ulicy. W okolicznych domach paliły się światła. Ich mieszkańcy albo wyglądali przez okna, albo stali przy drzwiach i patrzyli na wszystko z twarzami wyrażającymi zdumienie i niedowierzanie. Hunter przypiął odznakę do paska. Zobaczył wówczas, że jeszcze jeden samochód przejeżdża właśnie przez policyjną barierę. Od razu rozpoznał niebieską hondę civic. Należała do jego partnera, Carlosa Garcii.

Carlos zaparkował koło radiowozu policyjnego i wysiadł.

– Dopiero dotarłeś?

– Niecałą minutę temu – odparł Robert.

Dość długie, brązowe włosy Garcii, nadal mokre po prysznicu, były związane w ciasny koński ogon. Obaj detektywi odwrócili się w kierunku domu o białym froncie. Po drugiej stronie ulicy stało trzech funkcjonariuszy o poważnych twarzach. Za nimi chodził technik kryminalistyki ubrany w kombinezon ochronny z tyveku. Trzymał w ręku latarkę ProTac i drobiazgowo przeszukiwał porządnie utrzymany trawnik. Na werandzie, częściowo osłoniętej przez niebieski namiot techników, pracował drugi agent, który nakładał specjalny proszek na klamkę i futrynę, poszukując odcisków palców.

Najstarszy spośród trójki stojących w pobliżu policjantów zauważył nowo przybyłych detektywów i ruszył w ich stronę.

Hunter od razu dostrzegł na jego mundurze dystynkcje nadkomisarza.

– Wy zapewne jesteście z wydziału zabójstw. – W ochrypłym głosie policjanta słychać było zmęczenie.

– Zgadza się – potwierdził Garcia.

Mężczyzna wyglądał na jakieś pięćdziesiąt lat. Mierzył blisko siedem centymetrów mniej niż Robert, miał jednak nad nim przewagę przynajmniej dwudziestu kilogramów, ulokowanych głównie w okolicach pasa.

– Frederick Jarvis z centralnego biura, wydział północno-wschodni – powiedział, wyciągając dłoń.

Detektywi również się przedstawili.

– Czy pan pierwszy dotarł na miejsce? – spytał Carlos.

– Nie. Pierwsi przyjechali Grabowski i Perez. – Jarvis odwrócił się i pokazał dwóch stojących na chodniku policjantów. – Ja zdecydowałem, że ten koszmar należy zgłosić do was.

– Więc był pan już w środku? – dociekał Hunter.

Nadkomisarz westchnął. Jego postawa uległa zmianie.

– Zgadza się. – Podrapał się po prawym policzku. – Przez trzydzieści jeden lat służby naoglądałem się naprawdę dużo okrucieństwa, jednak gdybym przed śmiercią mógł wymazać z pamięci jedną rzecz… Wybrałbym właśnie to. – Kiwnął głową w kierunku domu.

Cztery

Hunter i Garcia wpisali się do rejestru osób wchodzących na teren miejsca zbrodni, odebrali od techników jednorazowe kombinezony ochronne i zaczęli je zakładać. Nadkomisarz Jarvis nie poszedł w ich ślady, jasno dając do zrozumienia, że nie zamierza ponownie wchodzić do środka.

– Co wiemy o ofierze? – zapytał Garcia.

– Na razie tylko podstawy – odparł Jarvis, po czym sięgnął po notatnik. – Nazywała się Linda Parker. Miała dwadzieścia cztery lata, pochodziła stąd, dokładnie z Harbor. Pracowała jako modelka. Całkowicie czysta kartoteka: żadnych niezapłaconych mandatów, nigdy nie była aresztowana ani karana. Volkswagen beetle prawie został już spłacony, nie miała też żadnych zaległości podatkowych.

– Mieszkała tutaj sama?

– Z tego co wiemy, to tak. Na rachunkach nie widnieje żadne inne nazwisko.

– Miała jakiegoś chłopaka? Była z kimś w związku?

Nadkomisarz wzruszył ramionami.

– Nie mieliśmy czasu na znalezienie takich informacji. Przykro mi, ale będziecie musieli sami się dowiedzieć.

Robert ponownie rozejrzał się po okolicy.

– Sąsiedzi powiedzieli coś ciekawego? – zapytał. Doskonale wiedział, że Jarvis musiał już zlecić podwładnym odwiedzenie wszystkich okolicznych domów.

– Nic. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Ale moi chłopcy jeszcze nie skończyli, może przy odrobinie szczęścia…

– Niestety, Pani Szczęście raczej nas za bardzo nie lubi – odparł Carlos. W jego głosie nie było wesołości. – Ale kto wie, co przyniesie dzień?

– Wygląda na to, że sprawca dostał się do środka przez okno w sypialni na tyłach – poinformował ich nadkomisarz. – Zostało wybite z zewnątrz.

– Jak wszedł na podwórko? – dociekał Garcia.

Policjant wskazał na drewnianą furtkę na lewo od domu. Jeden z techników właśnie szukał na niej odcisków palców.

– Nie ma śladów włamania, ale nie potrzeba atlety, żeby nad nią przeskoczyć.

– Czy ona znalazła ciało? – Hunter kiwnął głową w kierunku zaparkowanych radiowozów.

Gdy tylko przyjechał na miejsce, spostrzegł policjantkę klęczącą przy drzwiach samochodu policyjnego, który stał najdalej od miejsca zbrodni. Nie była tam sama: tuż przed nią, na miejscu pasażera, siedziała roztrzęsiona kobieta w wieku około czterdziestu do pięćdziesięciu lat.

– Zgadza się – potwierdził Jarvis. – Przynajmniej ominęła was nieprzyjemność informowania rodziców ofiary. To jest jej matka.

Obaj policjanci spojrzeli na kobietę w radiowozie. Żaden z nich nie potrafił sobie wyobrazić bardziej dewastującego psychikę wydarzenia, niż znalezienie ciała swojej własnej, brutalnie zamordowanej córki.

– Jak łatwo można sobie wyobrazić, jest w szoku. Nie potrafi na razie za wiele powiedzieć, ale z tego, co zrozumieliśmy, do tej pory codziennie rozmawiała z denatką: albo się spotykały, albo dzwoniły do siebie. – Nadkomisarz zerknął do notatek. – Ostatni raz rozmawiały przez telefon dwa dni temu, w poniedziałek wieczorem. Umówiły się na wspólny obiad na następny dzień, ale matka musiała przełożyć spotkanie. Zadzwoniła do córki około dziewiątej rano, ale od razu włączyła się automatyczna sekretarka. Zostawiła wiadomość, ale Linda nie oddzwoniła. Próbowała zatem skontaktować się z nią wieczorem, potem dzisiaj rano i jeszcze raz po południu. – Jarvis pokiwał głową. – Zgadza się: za każdym razem włączała się poczta głosowa. Wtedy matka zaczęła się niepokoić. Pomyślała, że może córka się na nią obraziła za odwołanie spotkania, chociaż w takim wypadku i tak by do niej oddzwoniła. Matka zostawiła jej jeszcze jedną wiadomość, informując, że wpadnie wieczorem.

– O której tutaj przyjechała?

– Około siódmej.

– Jak weszła do środka? Drzwi były otwarte? – zapytał Garcia.

– Nie, były zamknięte, ale matka miała przy sobie zapasowy klucz.

Hunter spojrzał na technika, który oprószał drzwi proszkiem daktyloskopijnym.

–Włamanie? – zapytał.

– Jeśli dostał się przez te drzwi, to nie zrobił tego siłą – odparł technik. – Nie ma żadnych śladów ingerencji na framudze ani w zamku, ale mechanizm jest bardzo prosty. Naprawdę nie trzeba fachowca, żeby go otworzyć.

Detektywi nałożyli kaptury na głowy i zapięli kombinezony.

– Musicie przejść przez salon, następnie korytarzem po drugiej stronie i do końca, wtedy traficie do sypialni – poinstruował ich nadkomisarz, wskazując jednocześnie drogę ręką. – Jeśli się zgubicie, idźcie po prostu po zapachu krwi. – Ta uwaga nie brzmiała jak żart. – Na waszym miejscu rozważyłbym założenie maski na nos.

Zaraz za drzwiami wejściowymi zaczynał się przestronny salon, ładnie urządzony dzięki mieszance stylu shabby chic i tradycyjnych mebli. W oknach wisiały zasłony w pastelowych kolorach, pasujące do dywanów i poduszek. Wszystko wyglądało normalnie. Nie było śladów walki.

W pomieszczeniu pracowała kolejna agentka, która zbierała odciski palców z wszelkich dostępnych miejsc. Spostrzegła nowo przybyłych i kiwnęła im głową.

Do wnętrza domu prowadził krótki, ale szeroki korytarz, którego podłogę wyłożono drewnem. Na prawej ścianie znajdowały się jedne drzwi, na lewej dwoje, a na samym końcu korytarza kolejne. Tylko drugie drzwi z lewej strony pozostawały zamknięte. Ściany zdobiło kilka oprawionych w ramki zdjęć, przypominających okładki czasopism o modzie. Na wszystkich znajdowała się ta sama osoba: szczupła, o twarzy w kształcie serca, pełnych ustach, delikatnym nosie, ze wzniesionymi ku górze oczami niemalże w kolorze akwamaryny oraz kościach policzkowych, za które większość kobiet zapłaciłaby fortunę.

Hunter i Garcia ruszyli w stronę pomieszczenia na końcu korytarza.

Przelotnie spojrzeli do pokoju po prawej: sypialnia.

Otwarte drzwi po lewej: łazienka.

Zamknięte drzwi zostawili na później.

Gdy w końcu dotarli na miejsce zbrodni, zastygli w przejściu, oniemiali.

Obaj byli całkowicie pewni jednego: życzenie Jarvisa nie miało szans się kiedykolwiek spełnić. Nigdy nie uda mu się wymazać z pamięci tego, co tutaj zobaczył.

Pięć

Mężczyzna obudził się, wyrwany ze snu przez warkot motocykla przejeżdżającego w pobliżu. Przez chwilę leżał bez ruchu i wpatrywał się w sufit. Na lewo od łóżka znajdowało się duże okno, przez które wpadała wąska smużka księżycowego blasku. Stanowiła ona jedyne źródło światła w pomieszczeniu, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wolał ciemność. Uważał, że pasuje do jego duszy.

Mężczyzna skoncentrował się na swoim oddechu, próbując go spowolnić. Wdech przez nos, upomniał się w myślach. Wydech przez usta. Wypuścił powietrze. Wdech przez nos. Wciągnął powietrze głęboko. Wydech przez usta. Powoli je wypuścił.

Stopniowo rytm oddechu zaczął wracać do normy.

Mężczyzna był cały mokry, ociekał zimnym potem. Zawsze tak było, gdy budził się z „koszmaru”. Miał zawsze takie same wizje: brutalne… groteskowe… bolesne. Ale nie chciał o nich myśleć. Nigdy tego nie robił. Skupiając się na oddychaniu, jednocześnie przeganiał okropne obrazy do najczarniejszych zakamarków swego umysłu. Był absolutnie pewien jednego: prędzej czy później one i tak powrócą. Zawsze tak się działo.

Potrzebował dziesięciu minut, aby móc usiąść. Większość potu na skórze zdążyła już wyschnąć, przez co czuł się lepki i brudny. Musiał wziąć prysznic. Tak było zawsze po „koszmarze”.

Odkręcił wodę w łazience i czekał, aż para zaczęła wypełniać wnętrze pomieszczenia. Wówczas wszedł pod silny, gorący strumień. Mężczyzna zamknął oczy i pozwolił, aby woda obmywała jego twarz… jego skórę. Niemalże czuł, jak pojedyncze pory się otwierają, doznając oczyszczenia.

Bardzo mu się podobało to uczucie.

Umył dokładnie całe ciało – dwukrotnie – zanim wziął do ręki maszynkę do golenia i oliwkę dla niemowląt. Nabrał trochę oliwki na prawą dłoń i rozsmarował ją dokładnie na lewej nodze. Potem drugą dłonią powtórzył ten proces na prawej nodze. Zawsze robił to w tej kolejności. Na kilka sekund zanurzył maszynkę w strumieniu gorącej wody, a następnie pochylił się i przyłożył ją do prawej piszczeli.

Wiele lat wcześniej jedna prostytutka mu powiedziała, że powinien stosować oliwkę dla niemowląt albo olej kokosowy, aby uniknąć podrażnień skóry przy goleniu. Zwłaszcza pod pachami albo w okolicach krocza.

– Spróbuj – poradziła. – A podrażnienia i wysypki staną się tylko wspomnieniem. Zaufaj mi.

Miała rację. To naprawdę działało. Nie tylko skończyły się problemy, ale jego skóra stała się o wiele gładsza niż kiedykolwiek przedtem.

Mężczyzna golił się codziennie, czasem nawet dwa razy dziennie. Całe ciało. Od głowy aż po maleńkie włoski na palcach u nóg. Nie robił tego z jakichś irracjonalnych, fanatycznych powodów ani dlatego, że tak kazały mu głosy. Po prostu lubił to, jaka jego skóra stawała się w dotyku, kiedy nie było na niej włosów. Tak bardzo wrażliwa. Na całym ciele pozwalał rosnąć jedynie brwiom. Tylko raz je zgolił, ale nie podobał mu się rezultat. Wyglądał przez to dziwnie… wręcz strasznie, w dodatku musiał znaleźć sztuczne brwi, które przypominałyby jego prawdziwe. W przeciwieństwie do peruk i sztucznych bród, których posiadał całą kolekcję.

Zakończył długi rytuał golenia, zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica, a następnie wytarł się do sucha ręcznikiem. Wrócił do sypialni i nago stanął przed wielkim lustrem. Zaczął podziwiać swoje ciało.

Pełen dumy odwrócił się w lewo i włączył duży wentylator na stojaku. Pod wpływem podmuchu powietrza całe jego ciało zadrżało, wzdłuż kręgosłupa zaś przepłynęły fale ekstazy znacznie potężniejsze, niż jakikolwiek narkotyk byłby w stanie wywołać. Zupełnie jakby golenie dziesięciokrotnie wzmocniło receptory dotykowe w jego skórze.

Mężczyzna cieszył się tymi cudownymi doznaniami przez kilka minut, po czym wyłączył wentylator.

– Chyba już pora się szykować – powiedział do siebie. Jego ciało ponownie zadrżało, tym razem z oczekiwania.

Mężczyzna nie mógł się doczekać, aż przeżyje to jeszcze raz.

Sześć

Nikogo nie powinno dziwić, że Hunter i Garcia byli znani z „gruboskórności”, jeśli chodzi o miejsca zbrodni. Widzieli więcej krwawych i brutalnych scen niż większość detektywów w całej historii policji Los Angeles. Niewiele rzeczy jeszcze potrafiło nimi wstrząsnąć. To, co zastali w sypialni Lindy Parker, stanowiło właśnie jedną z nich.

– Co, do cholery? – Garcia wyszeptał te słowa niemal nieświadomie. Pomimo całego swojego doświadczenia miał problemy z przyswojeniem obrazów, które widział przed sobą.

Wszystko w tym miejscu zbrodni napawało niepokojem. Zaczynając od temperatury w pomieszczeniu.

Średnia temperatura w Los Angeles w kwietniu wynosiła około dwudziestu jeden stopni Celsjusza, tymczasem w tym pokoju były raczej dwa stopnie – maksymalnie pięć.

Carlos przycisnął ręce do piersi, aby się nieco rozgrzać, ale niezwykła temperatura stanowiła jedynie początek. Całą sypialnię pokrywała czerwień: podłogę, dywan, zasłony, meble, łóżko, ściany… wszystko. Ogromna ilość krwi zdawała się jednak zaledwie żartem w porównaniu z tym, co stało na samym środku pokoju.

Ciało Lindy Parker spoczywało na łóżku, którego wezgłowie przysunięto do południowej ściany. Ofiara leżała na plecach, na zalanej krwią, do niedawna śnieżnobiałej pościeli. Ręce miała ułożone wzdłuż ciała, nogi naturalnie wyprostowane, ale brakowało zakończeń każdej z czterech kończyn. Stopy odcięto w kostkach, zaś dłonie na wysokości nadgarstków. Jednakże to wszystko odgrywało zaledwie drugoplanową rolę w tej koszmarnej zbrodni.

Ofiarę oskórowano. Została po niej groteskowa mieszanka brązowawoczerwonej tkanki mięśniowej, odsłoniętych narządów wewnętrznych i białych kości. Smród gnijącego mięsa zatruwał powietrze w pomieszczeniu.

– Witam w waszym najnowszym koszmarze, chłopaki.

To dziwne powitanie wyszło z ust Kevina White’a, czterdziestoośmioletniego głównego technika kryminalistyki, który stał koło łóżka. Miał niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i jasnobrązowe oczy ukryte pod gęstymi, sterczącymi w różnych kierunkach brwiami. Włosy, obecnie zasłonięte kapturem kombinezonu ochronnego, były jasne i nieco przerzedzone na czubku głowy. Maska na twarzy zasłaniała długi nos i cieniutki wąsik, który bardziej przypominał meszek na brzoskwini niż prawdziwy zarost. Miał bardzo duże doświadczenie, pracował już kilkukrotnie z obydwoma detektywami. Kevin White był również ekspertem w zakresie entomologii.

Naprzeciwko niego, po drugiej stronie łóżka, stał fotograf, który pstrykał mnóstwo zdjęć, próbując uchwycić ciało pod każdym możliwym kątem. Po każdych dwóch, trzech ujęciach mężczyzna robił krótką przerwę, potrząsał głową i odwracał wzrok od makabrycznego widoku. Mrugał kilka razy, starając się zwalczyć mdłości.

Hunter i Garcia w końcu weszli do środka, ostrożnie omijając kałużę zaschniętej krwi na podłodze, po czym zbliżyli się do ofiary.

Główny technik dał im jeszcze parę sekund na oswojenie się z miejscem zbrodni, zanim znowu się odezwał.

– Jesteśmy tu nieco ponad pół godziny. Jak widać, trochę nam jeszcze zejdzie, zanim wszystko zbadamy, ale powiem wam, co do tej pory ustaliliśmy. – Kiwnął głową w stronę klimatyzatora znajdującego się na ścianie naprzeciwko niego. – To urządzenie cały czas chodziło na pełnych obrotach, dlatego jest tutaj zimno jak w lodówce.

– Morderca chciał powstrzymać rozkład? – zapytał Hunter.

– Możliwe – zgodził się White. – Czy tego chciał, czy nie, niska temperatura właśnie tak zadziałała.

Obaj detektywi wyglądali na zaintrygowanych.

– Będziecie musieli poczekać na oficjalne wyniki sekcji zwłok, żeby poznać dokładniejszy czas zgonu, ale w takich warunkach procesy gnilne powinny zostać opóźnione o trzydzieści do czterdziestu godzin. Biorąc pod uwagę, że ciało dopiero wchodzi w pełne stężenie pośmiertne, zakładam, że kobieta nie żyje od czterdziestu, maksymalnie pięćdziesięciu dwóch godzin.

– Czyli to by oznaczało poniedziałkowy wieczór – powiedział Garcia, zerkając na partnera. – Nadkomisarz Jarvis powiedział nam, że jej matka po raz ostatni rozmawiała z nią w poniedziałek po południu. – Ponownie spojrzał na Kevina. – Wychodzi na to, że twoje przypuszczenia są prawidłowe.

W oczach technika zalśnił blask dumy.

– Niska temperatura i pozamykane w całym domu okna wyjaśniałyby też brak much latających wszędzie dookoła. – Zamilkł na chwilę i popatrzył na zwłoki. – W przeciwnym razie ciało znacznie by się skurczyło.

W normalnych warunkach, nawet w nocy, ciało wystawione na działanie żywiołów, czy to w pomieszczeniu, czy pod gołym niebem, zwabiłoby owady w przeciągu kilku minut. Zaroiłyby się w ustach, nozdrzach, oczach i każdej otwartej ranie. W przypadku pozbawionych skóry zwłok całe ciało jest otwartą raną, czyli istnym rajem dla much. W ciągu zaledwie kilku godzin złożyłyby w nim pół miliona jaj. Po dwudziestu czterech godzinach wyklułyby się z nich larwy, które pożarłyby połowę tkanek w ciągu zaledwie jednego dnia. Obaj detektywi wiedzieli o tym bardzo dobrze.

– Niestety w kwestii przyczyny zgonu będziecie musieli czekać na raport z sekcji – kontynuował White. – Teraz mogę tylko powiedzieć, że nie ma żadnych widocznych ran kłutych, śladów postrzału ani obrażeń czaszki. Nie wydaje się, żeby jakieś kości zostały złamane, oczywiście z wyjątkiem odciętych dłoni i stóp. Żebra raczej są nienaruszone, kark nie został złamany ani skręcony.

– Wykrwawiła się? – spytał Garcia.

– Bardzo możliwe, że właśnie to ją zabiło – zgodził się technik. – Ale jak już mówiłem, tę sprawę wyjaśni sekcja.

Detektywi milczeli przez chwilę.

– Nie znaleźliśmy brakujących części ciała – dodał White. – Ani stóp, ani dłoni, ani skóry. Nie mieliśmy jednak czasu, żeby sprawdzić cały dom.

– Jesteś w stanie stwierdzić, czy to okropieństwo stało się, kiedy jeszcze żyła? – dociekał Carlos.

– Nie dam ci na to żadnej gwarancji. Nie chcę być nudny, ale musicie poczekać na wyniki sekcji, żeby wiedzieć coś na pewno.

Garcia jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Sądząc po ilości wszechobecnej krwi, wcale by się nie zdziwił, gdyby się okazało, że ofiara nadal żyła, kiedy obdzierano ją ze skóry. Jednak nawet jeśli tak było, to coś nadal nie miało dla niego sensu.

– Nie rozumiem tego. O co, do cholery, chodzi z tą krwią w całym pokoju? – Patrzył na Huntera, ale pytanie rzucił po prostu w przestrzeń. – Nawet tutaj, po przeciwnej stronie pomieszczenia. To nie jest rozbryzg z przeciętej tętnicy. Każdy z nas to widzi. – Zbliżył się do ściany, żeby lepiej obejrzeć długi krwawy ślad. – Wyglądają jak smugi. Jakby zrobił to celowo.

– To bardzo prawdopodobne – zgodził się Kevin.

Robert podszedł do łóżka i utkwił wzrok w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się twarz Lindy Parker. To, co z niej zostało po usunięciu skóry, stanowiło na równi przerażający i hipnotyzujący widok.

Nawet pomimo niskiej temperatury panującej w pomieszczeniu przeszło czterdzieści godzin wystarczyło, aby cienka warstwa tkanki mięśniowej, pozbawiona ochrony, przybrała dziwną, brązową barwę. Zupełnie jakby ktoś ją opalił ogniem. Chrząstka nosowa znajdowała się na swoim miejscu, ale powieki i wargi zniknęły, odsłaniając dziąsła, zęby, kości szczęk, czaszkę i oczodoły. Morderca nie usunął oczu, jednak stały się one prawie niewidoczne. Większość ciała szklistego – przezroczystej, galaretowatej substancji wypełniającej gałkę oczną – zdążyła już wyschnąć, przez co oczy ofiary skurczyły się i zapadły w głąb czaszki.

– Odwracałeś ciało? – zapytał Hunter.

– Nie, jeszcze nie. Czekałem na was, żebyście mogli obejrzeć zwłoki in situ. Tutaj jest pewna niespodzianka: jeśli popatrzycie uważnie, to zauważycie, że morderca raczej nie oskórował jej całkowicie.

Detektyw cofnął się o krok i przekrzywił głowę.

– Masz rację. Chyba zostawił płat na plecach.

Garcia podszedł do partnera.

– To dziwne. Dlaczego sprawca miałby obedrzeć prawie całe ciało, ale plecy zostawił w spokoju?

– Może zobaczymy, jak to wygląda? – zaproponował White, stanąwszy po drugiej stronie łóżka. – Pomożecie mi?

– Jasne – odpowiedzieli obaj detektywi.

Fotograf odsunął się na bok, żeby zrobić im więcej miejsca.

– W miarę możliwości spróbujmy ją ustawić w pozycji siedzącej. – Technik kiwnął głową do Roberta i Carlosa i poczekał na znak, że się zgadzają. – No to na trzy: raz, dwa, trzy.

We trójkę unieśli ciało do góry, następnie każdy z nich wychylił się, aby móc spojrzeć na plecy ofiary.

Gdy je zobaczyli, zamarli.

– Jezu Chryste! – wykrzyknął Kevin. – Co to, do cholery, jest?

Siedem

Nadal nagi, mężczyzna usiadł na stoliku i studiował swoje odbicia w dużym lustrze o trzech skrzydłach, szczególnie przyglądając się obu profilom.

Uwielbiał to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło rozpoczęciu transformacji. Było na tyle skomplikowane, że nawet nie potrafił go do końca wyjaśnić, ale doznawał niezwykłego spełnienia, połączonego z czymś, co mógł opisać wyłącznie jako oszałamiającą ekstazę.

Mężczyzna delektował się tym doznaniem przez pełną minutę, pozwolił, by wypełniło całe jego ciało, niczym krew płynąca w żyłach.

Upojony uśmiechnął się do siebie.

Wiedział, że może wyglądać tak, jak tylko chciał. Mógł zmienić kształt nosa, kolor oczu, wydatność kości policzkowych, profil brody, grubość warg, kształt uszu, wygląd zębów… wszystko było możliwe. Jego wiedza na temat kształtowania pianki protetycznej i umiejętności nakładania makijażu nie miały sobie równych. A to jeszcze nie koniec: jeśli dołożył do tego kilka elektronicznych gadżetów, mógł zmodyfikować brzmienie i siłę swojego głosu, co już robił w przeszłości.

Mężczyzna usiadł na krześle i spojrzał na zdjęcie, które przyczepił do prawego rogu lustra. Nie miał zielonego pojęcia, kim był przedstawiony na nim człowiek. Fotografia pochodziła z jakiejś przypadkowej strony, ale bardzo go zainteresowała. Facet na niej miał okrągły nos, nisko osadzone kości policzkowe, pełne usta, niebieskie oczy i nieco skośne brwi, które nadawały całej twarzy dość smutny wyraz. Z jakiegoś powodu mężczyźnie się to podobało. Osoba na zdjęciu miała nieco ciemniejszą karnację niż on.

Z pianki utworzył już kilka części, które doskonale imitowały nos, wargi i kości policzkowe faceta z fotografii. Gdy nakładał na jedną z nich cienką warstwę specjalnego kleju, zaczął sobie wyobrażać, jaka ta osoba jest w prawdziwym życiu. Jak się porusza, jak mówi, jak się uśmiecha, jak się śmieje… Czy jej głos jest miękki i uległy, czy silny i władczy, a może stanowi mieszankę obydwu?

Jaką ma osobowość? zastanawiał się mężczyzna. Czy jest towarzyski, rozmowny, nieśmiały, introwertyczny, zabawny, poważny, inteligentny? Liczba możliwości nie miała końca i to właśnie go ekscytowało. Uwielbiał tworzenie każdej nowej osoby, którą się stawał. Uwielbiał to, ponieważ był w tym najlepszy. Jednak fizyczna transformacja i wykreowanie tożsamości to tylko część zabawy. Prawdziwe podniecenie i rzeczywista twórczość pojawią się później, ponieważ mężczyzna bez wątpienia mógł o sobie powiedzieć, iż jest artystą.

Osiem

Hunter, Garcia i White byli bardzo zaskoczeni widokiem idealnie ukształtowanego płata skóry, który pokrywał całe plecy Lindy Parker, od prawej strony do lewej. Zaczynał się kilka centymetrów poniżej barków i kończył tuż przy pośladkach. Jednak nie tylko to wywołało ich zdziwienie. Pomimo zaschniętej krwi, którą umazana była większa część pleców, wszyscy trzej mężczyźni dokładnie widzieli, że morderca wyrył tam coś naprędce, rozrywając skórę i rozcinając znajdujące się pod nią ciało.

– Co, do chuja? – wyszeptał Garcia, przyglądając się ranom.

– Tommy, musisz tu podejść – powiedział Kevin, gestem ponaglając fotografa.

Ten spojrzał na przełożonego z miną mówiącą: „To jest jeszcze jakaś dalsza część tego cyrku?”.

– Teraz – ponaglił go główny technik.

Fotograf poprawił okulary i podszedł do łóżka.

– O kurde! – wykrzyknął, po czym pokręcił głową. – To nie jest normalne.

Wzór wycięty na plecach ofiary wyglądał jak dziwaczna kombinacja symboli i liter, tworzących cztery poziome linie. Znaki wyryto wyłącznie przy użyciu prostych kresek, bez żadnych zaokrągleń.

Tommy potrzebował kilku sekund, aby wziąć się w garść i przystąpić do robienia zdjęć. Za plecami Huntera co chwilę pojawiało się oślepiające światło lampy błyskowej, które jednak nie przerwało jego całkowitego skupienia.

Detektyw wodził wzrokiem od litery do symbolu, od jednej linii do następnej. Na ten widok poczuł dreszcz, który z każdą sekundą się nasilał.

– Czy to język czcicieli diabła albo jakieś inne tego typu gówno? – zapytał Garcia.

Robert powoli pokręcił głową.

– Z całą pewnością to nie angielski – wtrącił White.

– Może to język kosmitów – podsunął fotograf. – Na pewno łatwiej by było uwierzyć, że to ich dzieło niż jakiegoś człowieka.

– Nie – Hunter w końcu przerwał milczenie. – To łacina.

– Łacina?

Zarówno Carlos, jak i Tommy spojrzeli na niego i zmarszczyli brwi. Potem znowu skierowali wzrok na dziwne znaki wyryte na plecach ofiary. Badali je przez dłuższy czas.

Główny technik również nie wyglądał na przekonanego.

– Nie widzę tego – powiedział, przechyliwszy głowę na bok. – A łacinę co nieco znam.

– W takim razie co oznaczają te symbole? – dociekał Garcia.

– To nie są symbole – wyjaśnił Robert, chociaż rozumiał, dlaczego jego partner lub ktokolwiek inny mógł pomylić wycięte litery z jakimiś innymi znakami. – To są litery, chociaż wyryto je niestarannie.

Pozostali nie nadążali za jego tokiem rozumowania.

– Trzymacie ją? Mogę zabrać ręce? – zapytał Hunter.

– Tak, śmiało – zapewnił go White.

Detektyw puścił zwłoki.

Pozostali utrzymali je w niezmienionej pozycji.

– Te rany na skórze. – Robert wskazał na nie ręką. – Linie tworzące litery wyglądają, jakby zostały zrobione szybkimi cięciami jakimś ostrzem. – Wystawił palec wskazujący jak ostrze i wykonał nim kilka ruchów, naśladujących działania mordercy.

– No, OK – zgodził się Garcia.

Technik również pokiwał głową.

– Jak widzicie, sprawca używał jedynie prostych linii, żadnych zaokrągleń, co z kolei daje nam dwie możliwości. Pierwsza: zrobił to celowo. Druga: nie przykładał do tego wagi. Tak czy inaczej, wyszło z tego trochę kresek, które nie łączą się tam, gdzie powinny, bo albo są za krótkie, albo po prostu krzywe. To dlatego nie wszystko wygląda jak litery, tylko jak tajemnicze symbole.

Zarówno Carlos, Kevin, jak i Tommy, który przestał robić zdjęcia, aby skoncentrować się na wyjaśnieniach detektywa, sprawiali wrażenie zmieszanych.

Hunter spróbował wytłumaczyć to lepiej.

– Spójrzcie tutaj. To powinno być „P”. – Nie dotykając ciała ofiary, narysował literę w powietrzu, nadając jej właściwy kształt. – A tutaj jest „D”. – Ponownie nakreślił znak w powietrzu. – Niektóre są bardzo krzywe, przez co trudniej je rozpoznać. Tak jak tutaj – to powinno być „H”, tutaj „M”, potem „S”, a tutaj „C”.

Dzięki wizualizacji jego argumenty stały się o wiele bardziej zrozumiałe.

– Niech mnie szlag – powiedział White. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy kolejne elementy układanki zaczęły wpadać na właściwe miejsca, jednak nadal kilku brakowało.

– Następny problem polega na tym – Hunter jeszcze nie skończył – że mamy tutaj cztery poziome linie, co sugerowałoby cztery słowa, jednak tak nie jest.

Garcia wpatrywał się zawzięcie w powycinane litery, ale wydawał się bardzo zagubiony.

– Ile jest tych słów? – zainteresował się główny technik.

– Trzy. Jednak zostały rozdzielone w zupełnie przypadkowych miejscach, aby stworzyć cztery wiersze. Jeśli dacie mi kawałek kartki i coś do pisania, to wam pokażę.

– Zaraz ci podam – oznajmił Tommy, po czym ruszył w kierunku futerału na aparat, który zostawił przy drzwiach. Po chwili wrócił z notesem i ołówkiem.

– To będzie pierwsza linia.

Hunter wypowiadał na głos każdą głoskę, a następnie zapisywał ją na kartce.

Po pewnym czasie pokazał pozostałym swoje dzieło.

PULCHR.

ITUDOCI.

RCUMD.

ATEIUS.

– Co, kurwa? – rzucił Garcia, kiedy razem z White’em położyli ponownie ciało.

Carlos wiedział, że Robert widzi różne rzeczy inaczej niż większość ludzi. Jego mózg również działał inaczej, zwłaszcza jeśli chodziło o łamigłówki, ale czasem już nawet go nie zaskakiwał. Po prostu go przerażał.

– Jak, do ciężkiej cholery, udało ci się odczytać to z tych dziwacznych nacięć na jej plecach? W dodatku tak szybko?

– Właśnie miałem zadać takie same pytania – wtrącił się Kevin. – Widziałeś już kiedyś coś takiego?

Detektyw pokręcił głową.

– Nie, nigdy. Może patrzyłem po prostu pod innym kątem.

Technik ponownie spojrzał na kartkę z zapisanymi słowami.

– Pulchritudocircumdateius. – Najpierw przeczytał litery w przesadnie powolnym tempie, następnie szybko, jako jeden wyraz, aż w końcu rozdzielił go poprawnie na trzy. – Pulchritudo Circumdat Eius. – Wymowę miał perfekcyjną.

Carlos uniósł wysoko brwi, spoglądając to na Huntera, to na White’a.

– Niestety ostatni raz mówiłem po łacinie… nigdy. Więc co to, do cholery, znaczy? Któryś z was wie? To z jakiegoś tekstu o przyzywaniu szatana czy coś?

– Nie. – Tym razem technik pokręcił głową. – Nie wydaje mi się.

– Więc co to znaczy?

– Jeśli się nie mylę, to oznacza: „Piękno jest wokół niej”.

– Zgadza się – potwierdził Robert. – Piękno jest wokół niej… Piękno ją otacza. Można to przetłumaczyć na kilka sposobów, ale sens pozostaje ten sam.

Garcia zamilkł i zaczął się rozglądać po pokoju. Patrzył na kolejne plamy krwi z rosnącym niedowierzaniem.

– Piękno ją otacza? Jakie piękno?

White również się rozejrzał. Wówczas uderzyła go pewna myśl.

– Chcieliście wiedzieć, po co to wszystko zrobił? Cała ta krew, na każdej ścianie, bez żadnego wyraźnego powodu? Możliwe, że dobrze zakładaliście: te smugi zostały zrobione celowo. Może morderca uważa, że jest… artystą lub kimś takim. – Mężczyzna wzdrygnął się na własne słowa. – Być może dla niego to wszystko – kiwnął głową w kierunku odartego ze skóry i okaleczonego ciała – zwłoki, pokój, krew, sposób, w jaki ułożył ofiarę… Jest niczym innym jak… makabrycznym dziełem sztuki.

Hunter poczuł na karku gęsią skórkę. Cofnął się nieco i spróbował ogarnąć spojrzeniem całą scenę.

– Ten wyryty napis na plecach ofiary… Być może w ten sposób morderca podpisuje swoje dzieła – wywnioskował White.

Zanim którykolwiek z mężczyzn zdążył powiedzieć coś więcej, do pokoju weszła agentka, która wcześniej szukała odcisków palców w salonie.

– Jezu Chryste! – wykrzyknęła z wyrazem obrzydzenia na twarzy. – Z tego mordercy jest kawał chorego skurwiela.

Pozostali spojrzeli na nią z zaciekawieniem.

– Lepiej chodźcie to zobaczyć.

Dziewięć

Hunter, Garcia i White podążyli za agentką. Minęli krótki korytarz prowadzący do salonu, jednak wbrew ich przypuszczeniom kobieta nie zamierzała im tam pokazać żadnego przedmiotu, na którym szukała odcisków palców. Nie skierowała ich również do drzwi wejściowych ani na zewnątrz domu. Zamiast tego w salonie skręciła w prawo i weszła do nowocześnie urządzonej kuchni.

Pomieszczenie okazało się zaskakująco przestronne. Znajdowały się w nim czarne granitowe blaty ciągnące się wzdłuż trzech ścian, idealnie kontrastujące z lśniącymi białymi podłogami i szafkami. Chromowany okap wiszący nad palnikami pasował do zlewu ze stali nierdzewnej i zainstalowanego w ścianie piekarnika. Duże dwuskrzydłowe okno, ulokowane tuż nad zlewem, bez wątpienia zapewniało mnóstwo światła w ciągu dnia. Dzięki temu, że lodówka i zmywarka były w zabudowie, kuchnia wydawała się czysta i niezagracona. Właśnie to od razu rzuciło się w oczy Hunterowi: niesamowita czystość. Żadnego bałaganu. Ani śladu resztek czy choćby okruszków: zarówno na blacie, jak i na podłodze. Ani jednego przedmiotu do schowania w szafce – z wyjątkiem trzech rzeczy w zlewie: widelca, małej miski na sałatkę i kieliszka do wina. Oba naczynia były puste. Na kieliszku widniały zacieki po czerwonym winie, a także ślady równie czerwonej szminki.

– Skończyłam szukać odcisków palców w salonie – wyjaśniła agentka. – Następnie poszłam tutaj. – Kiwnięciem głowy wskazała na skrzyneczkę z niezbędnymi narzędziami, stojącą przy drzwiach.

Mówiła spokojnie, ale Robert wychwycił w jej głosie nuty zdenerwowania. Słuchając jej, jednocześnie przyglądał się otoczeniu.

– Jak już pewnie zauważyliście, wszystkie sprzęty kuchenne poza piecykiem i mikrofalówką są zabudowane.

Wskazała ręką na drzwiczki po lewej stronie, pod blatem kuchennym przy wschodniej ścianie.

– Tam jest zmywarka. – Następnie przesunęła dłoń w kierunku wysokich, dwuskrzydłowych drzwi. – Tam jest lodówka i zamrażarka. – Przerwała i głęboko zaczerpnęła powietrza. – Może zerkniecie do zamrażarki?

Kevin White przyglądał się agentce przez kilka sekund, po czym odwrócił się do stojących po jego lewej detektywów. Chyba wiedział już, co znajdzie za zamkniętymi drzwiami. Przestąpił z nogi na nogę, po czym podszedł bliżej i otworzył zamrażarkę.

– O Jezu!

Jego okrzyk zaskoczenia był jak najbardziej prawdziwy. Spodziewał się znaleźć w środku brakujące fragmenty ciała ofiary. Jednak się mylił. Bardzo się mylił.

Hunter i Garcia stali tuż za White’em, kiedy ten otwierał drzwi zamrażarki. To, co zobaczyli, wzniosło poziom okrucieństwa w tym i tak już przesadnie sadystycznym miejscu zbrodni na zupełnie nowy poziom.

Dwie z trzech półek na produkty zostały wyjęte, aby zrobić więcej miejsca. Było ono potrzebne, aby zmieścił się w nim zastygły, zamrożony czarno-szary kot.

Dziesięć

Zegarek wskazywał 1.15 w nocy, gdy Hunter wreszcie dotarł do swojego mieszkania w Huntington Park, w południowo-wschodniej części Los Angeles. Kevin White i jego zespół techników zostali jeszcze na miejscu zbrodni. Pracowali bardzo wydajnie, ale i tak potrzebowali dodatkowych trzech lub czterech godzin, aby zakończyć wszystkie czynności. Pod warunkiem, rzecz jasna, że nie spotkają ich jeszcze inne niespodzianki. Detektywi poczekali, aż ciało Lindy Parker zostało zabrane przez koronera, zanim odjechali. Kiedy jednak Hunter znalazł się wreszcie w domu, zaczął się zastanawiać, czemu nie towarzyszył technikom do końca. Przynajmniej miałby wówczas jakieś zajęcie: już doskonale wiedział, że zaśnięcie tej nocy będzie wymagało wielogodzinnej walki.

Bezsenność to bardzo nieprzewidywalna dolegliwość, która dotyka co piątego mieszkańca USA. Objawia się na wiele sposobów i z różną intensywnością, chociaż zawsze jest bardzo nieprzyjemna. Przeważnie wiąże się ją ze stresem i presją bycia dorosłym we współczesnym świecie, ale nie w każdym przypadku tak jest.

Robert miał zaledwie siedem lat, kiedy zaczęły się jego problemy ze snem. To było tuż po tym, gdy jego matka przegrała walkę z rakiem. Jedyną rodziną chłopca został wówczas ojciec, dlatego radzenie sobie z tak ogromną stratą stało się dla niego bolesnym i samotnym doświadczeniem. Nocami leżał w pokoju i zatracał się we wspomnieniach chwil, gdy mama wciąż mogła się uśmiechać. Gdy miała jeszcze siłę, aby go przytulić. Gdy mówiła dość głośno, aby chłopiec ją usłyszał.

Niedługo po jej śmierci młodego Huntera zaczęły nawiedzać przerażające koszmary. Były tak straszliwe, tak wyniszczające psychicznie, że jego mózg bronił się w jedyny logiczny sposób: poprzez bezsenność. Zasypianie stało się rosyjską ruletką: raz trafiał się błogi wypoczynek, innym razem tortury. Mechanizm obronny, jaki zastosował umysł udręczonego siedmiolatka, był równie brutalny jak amputacja w warunkach polowych, jednak Robert poradził sobie z tą sytuacją w najlepszy możliwy sposób. Aby wypełnić czas długich, samotnych nocy, Hunter sięgnął po książki. Czytał dosłownie wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, zupełnie jakby lektury dodawały mu sił. Książki stały się jego sanktuarium. Fortecą. Tarczą, chroniącą przed niekończącymi się koszmarami.

Z biegiem lat nauczył się żyć z tą dolegliwością, zamiast próbować ją zwalczać. Czasem mógł liczyć na trzy, może nawet cztery godziny snu w ciągu nocy. Innym razem nie miał szans nawet na sekundę.

Właśnie skończył nalewać wodę do szklanki, kiedy usłyszał wibrowanie swojej komórki, leżącej w salonie na stole, pełniącym również funkcję biurka. Zerknął na zegarek – była 1:17

– Detektyw Hunter, wydział zabójstw.

– Robert…

Kobiecy głos go zaskoczył. O tej porze, zwłaszcza tuż po powrocie z miejsca zbrodni, spodziewał się wiadomości od Kevina White’a – w dodatku złej wiadomości. Dlatego też nawet nie spojrzał na wyświetlacz.

– Robert? – Głos w słuchawce ponownie się odezwał, tym razem z nutą pytania.

Hunter na śmierć zapomniał o przerwanym wykładzie na UCLA. Co gorsza na śmierć zapomniał również, że miał zadzwonić do Tracy Adams.

– Tracy, przepraszam, że nie zadzwoniłem – powiedział ze skruchą w głosie. – Ja… zapomniałem. – Uznał, że nie ma sensu szukać wymówek.

– Nie przejmuj się tym – odparła. Słychać było, że mówi szczerze.

Detektyw pierwszy raz spotkał się z profesor Adams kilka miesięcy wcześniej, w całodobowej czytelni w kampusie UCLA. Od razu wpadli sobie w oko i poszli na kilka randek. Mimo że romans wisiał w powietrzu, Hunter zdecydował się nie przekraczać tej granicy.

– Wszystko w porządku? – zapytała i natychmiast pożałowała tych słów. Doskonale wiedziała, że jednostka, w której pracował, zajmowała się wyłącznie nadzwyczaj brutalnymi przestępstwami. To oznaczało, że kiedy po odebraniu telefonu musiał rzucać wszystko i jechać na wezwanie, nic nie było w porządku. – Przepraszam, chodziło mi o… – Tracy próbowała jakoś wybrnąć z tej sytuacji.

– Nic się nie stało, wiem, co miałaś na myśli – odparł Robert. Łudził się, że rozmówczyni nie usłyszy w jego głosie zmartwienia, jednak zbytnio na to nie liczył. Wiedział, jak bardzo potrafi być uważna.

W całej swojej karierze detektywa nigdy nie omawiał spraw, nad którymi pracował, z kimś, kto nie uczestniczył w śledztwie – nawet z najbliższymi osobami. Musiał sam przed sobą przyznać, że już kilkakrotnie o mało nie zwierzył się Tracy. Nie tylko była jedną z najbardziej rozsądnych osób, jakie kiedykolwiek spotkał, ale również pracowała jako wykładowca psychologii kryminalnej na UCLA i cieszyła się dużym autorytetem. Jeśli jakikolwiek cywil mógł zrozumieć presję, jaką czuł, pracując w sekcji specjalnej, z pewnością była to właśnie ona.

– Przepraszam za ten wykład – zaczął Hunter, odchodząc od tematu. – Naprawdę się na niego cieszyłem.

– Nieprawda – odparła zadziornie. Po jej tonie Robert rozpoznał, że się uśmiechała. – Nie pamiętasz już, że to właśnie ja przekonywałam cię do tego przez kilka tygodni?

Detektyw nie odpowiedział.

– Ale przyznaj się, podobało ci się, prawda? Widziałam to. Złapałeś bakcyla nauczania.

Hunter pokiwał głową.

– Było znacznie mniej nieprzyjemnie, niż się spodziewałem.

– Cóż, powiem ci, że ja kocham to zajęcie. Ale muszę wyznać, że dałabym wszystko za taką frekwencję i niepodzielną uwagę, jakimi cieszyłeś się przez te kilka minut. Każdy na tamtej sali był całkowicie pochłonięty wszystkim, co mówiłeś. Także ja.

Robert się zaśmiał.

– A najciekawsze było jeszcze przed wami.

– Domyślam się.

Detektyw podszedł do wielkiego okna w salonie. Na zewnątrz chmury zaczęły gęstnieć, powoli zasłaniając wszystkie gwiazdy.

– Jesteś tam jeszcze?

Hunter zauważył swoje odbicie w szybie. Wyglądał na zmęczonego.

– Tak.

– Jesteś w domu?

Krótka pauza.

– Tak, dotarłem pięć minut temu, ale nie mogę pozbyć się przeczucia, że powinienem był tam zostać. Technicy dalej badają miejsce zbrodni i zajmie im to jeszcze na pewno ze dwie lub trzy godziny.

– Uuu, jest tak źle? – Pytanie wymsknęło jej się bezwiednie i drugi już raz w ciągu minuty pożałowała doboru słów. Nie zdążyła jednak przeprosić, zanim Robert się odezwał.

– Gorzej – potwierdził smutnym tonem. – O wiele gorzej.

Tracy w pierwszej chwili chciała zapytać go, czy chce o tym porozmawiać, ale tym razem zdążyła się ugryźć w język.

– Masz ochotę na towarzystwo? Przyjechać do ciebie?

Hunter się zawahał.

– Jestem w pełni rozbudzona – dodała. – Prędko nie zasnę.

Co ciekawe, Tracy również cierpiała na bezsenność, chociaż nie aż tak poważną, jak Robert.

– I jutro późno zaczynam pracę. Pierwszy wykład mam o jedenastej.

Prawdę mówiąc, Hunter bardzo by chciał, żeby przyjechała, ale w kilka sekund to przemyślał – tyle wystarczyło tej części jego osobowości, która odpowiadała za logiczne myślenie.

– Nie obrazisz się, jeśli tym razem spasuję? Dzisiaj nie będę dla nikogo dobrym towarzystwem.

Mówił szczerze, ale to nie jedyny powód. Coś nie dawało mu spokoju od chwili, kiedy wszedł do sypialni Lindy Parker. Przed świtem zamierzał przeprowadzić pewne poszukiwania w kilku różnych bazach danych.

– Nie ma sprawy – po chwili ciszy odparła Tracy. – Jeśli zmienisz zdanie, to wiesz, jak mnie znaleźć.

– Pewnie. Zadzwonię do ciebie, OK?

Gdy tylko się rozłączyli, obrazy z miejsca zbrodni zaatakowały Huntera z siłą lawiny. Ponownie spojrzał w niebo. Gwiazdy już zniknęły. Ciemność opanowała Los Angeles – na wielu płaszczyznach.

Jedenaście

Doktor Carolyn Hove, kierownik Zakładu Medycyny Sądowej w Los Angeles, była rannym ptaszkiem, odkąd tylko sięgała pamięcią. Ku utrapieniu i irytacji rodziców już jako dziecko wstawała wraz z nadejściem świtu – nawet w czasie wakacji. Jedno z jej pierwszych wspomnień dotyczących zmarłego ojca to moment, kiedy jej powiedział, że jakby spojrzała do słownika na definicję „rannego ptaszka”, to pewnie znalazłaby tam swoje zdjęcie.

Tego ranka – jak każdego innego w ciągu roku – doktor Hove przyjechała do Zakładu Medycyny Sądowej na North Mission Road przynajmniej o godzinę wcześniej niż jakikolwiek inny patolog. Ta godzina, pełna ciszy i samotności, stanowiła jej ulubiony moment w ciągu dnia pracy.

Przy ladzie recepcji w lobby tego architektonicznie oszałamiającego szpitala zamienionego w kostnicę przywitał ją z uśmiechem Frank, nocny stróż o niezwykle potężnej sylwetce.

– Dzień dobry, pani doktor – powiedział barytonem.

Carolyn również się uśmiechnęła. Co prawda była już trochę po czterdziestce, ale dalej wyglądała jak trzydziestolatka: wysoka, szczupła, miała zielone oczy o przeszywającym spojrzeniu, pełne usta, wydatne kości policzkowe i delikatny nos. Tego dnia związała swoje długie, kasztanowe włosy w zgrabny koński ogon.

Frank przesunął w jej kierunku po ladzie duży kubek kawy.

– Zaparzona niecałą minutę temu.

Mężczyzna codziennie przygotowywał mocną, kolumbijską kawę, gdy tylko widział na jednym z monitorów, jak doktor Hove wjeżdża na parking. To była jej ulubiona kawa. Gdy Carolyn wchodziła przez główne wejście, kubek gorącego napoju już na nią czekał.

– Nie wiem, jak bym dawała sobie rano radę, gdyby nie ty, Frank – powiedziała, biorąc do rąk kubek. Jej głos brzmiał łagodnie i spokojnie, jak to często bywa w przypadku doświadczonych ludzi o dużej wiedzy. A doktor Hove jednego i drugiego miała aż nadto. – Oglądałeś wczoraj mecz? – zapytała, znając z góry odpowiedź. Mężczyzna, podobnie jak ona sama, był wielkim fanem Lakersów i o ile tylko możliwe, zawsze oglądał każdy ich występ.

– Oczywiście – odparł. – A pani?

Carolyn zrobiła głupią minę.

– A czy Dolly Parton sypia na plecach?

Frank uśmiechnął się szeroko.

– Ale to było widowisko, nie? Jesteśmy już o krok bliżej finałów.

– Na pewno awansujemy. Gramy tak dobrze, że nie ma innej możliwości. Do zobaczenia jutro. Miłego poranka i przyjemnego snu.

– Dziękuję.

Doktor Hove podeszła do dwuskrzydłowych metalowych drzwi znajdujących się za recepcją i poczekała, aż stróż otworzy je przyciskiem. Gdy tylko dotarła do swojego gabinetu, włączyła komputer, usiadła na krześle i zaczęła popijać kawę. Smakowała wybornie.

Automatycznie uruchomił się program pokazujący dziennik wykonanych autopsji.

Przez chwilę studiowała przedstawione dane.