Opis

Faust Johanna Wolfganga Goethego, jednego z najbardziej znaczących autorów niemieckich i światowych, to wielkie dzieło literackie, nad którym poe- ta pracował niemal sześćdziesiąt lat. Ukazało się dopiero po jego śmierci w 1833 roku. Uważane jest za wizjonerski obraz człowieka współczesnego, nieakceptującego swoich ograniczeń i gotowego zawrzeć pakt z diabłem dla realizacji swoich ziemskich celów. Faust, świadomy granic nauki, szuka innych dróg poznania i dominacji nad światem. Wtedy pojawia się Mefistofeles, który ukazuje mu siłę mocy piekielnych i obdarza go płynącą z nich władzą, obiecując spełnienie wszystkich pragnień. Mimo że Faust osiąga wszystko, czego człowiek może dostąpić na Ziemi, to pakt z diabłem przyczynia się do jego upadku. Staje się wielkim artystą, ale zupełnie samotnym. Zdobywa miłość kobiety, którą kocha, ale doprowadza ukochaną do śmierci. Staje się władcą, ale zamiast stworzyć państwo idealne unieszczęśliwia swoich poddanych. Ostatecznie jednak dostępuje nieba i Mefistofeles przegrywa z Bogiem walkę o jego duszę. Lektura w szkole średniej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 151

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Johann Wolfgang Goethe

Faust

Część I

Przełożył

Feliks Konopka

Tytuł oryginału:

Faust. Der Tragödie erster Teil

Na okładce:

Joseph Karl Stieler, Johann Wolfgang von Goethe, 1928

Nowa Pinakoteka, Monachium

LEKTURAw szkole średniej

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66576-82-7

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90

50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2020

Spis treści

PRZYPISANIE

PROLOG W TEATRZE

PROLOG W NIEBIE

TRAGEDII CZĘŚĆ PIERWSZA

NOC

PRZED BRAMĄ MIASTA

PRACOWNIA FAUSTA I

PRACOWNIA FAUSTA II

PIWNICA AUERBACHA W LIPSKU

KUCHNIA CZAROWNICY

ULICA

WIECZÓR

PRZECHADZKA

DOM SĄSIADKI

ULICA

OGRÓD

ALTANA W OGRODZIE

LAS I JASKINIA

POKOIK MAŁGOSI

OGRÓD MARTY

U STUDNI

MIĘDZYMURZE

NOC

KATEDRA

NOC WALPURGI

SEN NOCY WALPURGI

POCHMURNY DZIEŃ. POLE

NOC. OTWARTE POLE

WIĘZIENIE

Pamięci nieodżałowanego

Juliusza Kleinera

Profesora Wszechnicy Jagiellońskiej

Wielkiego Uczonego

i Najszlachetniejszego Człowieka

w hołdzie czci i wdzięczności

niniejszą pracę moją poświęcam

Feliks Konopka

PRZYPISANIE

Znowuście przy mnie, wy chwiejne postacie,

Których mi ongi śnił się zarys mdły.

Zaliż wam każę żywym kształtem stać się?

Czyż sercu bliskie jeszcze są te sny?

Garniecie się! Więc dobrze, już władajcie,

Tak jak z oparów wstajecie i mgły.

Czuję, jak pierś mą wprawia w drżenie młode

Czar, co nad waszym wieje korowodem.

Niesiecie z sobą jasnych dni orędzie,

Niejeden drogi zmartwychwstaje cień;

Budzi się echo, jak w starej legendzie

Pierwszej przyjaźni i miłości drżeń;

Ból się odnawia i skarga się przędzie

Wzdłuż labiryntu błędnych życia mknień,

Tych dobrych mieniąc, co przez los zwiedzeni,

Cicho przede mną odeszli w świat cieni.

Nie słyszą już późniejszych moich pieśni

Ci, co pierwszymi swój poili słuch;

Przyjazny gwar już rozwiał się i prześnił,

Pierwotny odzew bezpowrotnie zgłuchł;

Pieśń moja dźwięczy w obcych tłumów cieśni,

Przed ich poklaskiem wzdryga się mój duch,

A ci, co jeszcze pieśń tę moją cenią,

Jeśli są żywi, błądzą w rozproszeniu.

A mnie tęsknota nagle rozbudzona

Niesie w krainy duchów cichy łęg.

W nieokreślonych gra już teraz tonach

Ma zwiewna pieśń jak harf eolskich jęk.

Dreszcz chwyta mnie, za łzą łza spływa słona,

Hart surowego serca jakże zmiękł!

To, co posiadam, widzę jakby w dali,

A prawdą mi, co znikło w czasu fali.

PROLOG W TEATRZE

DYREKTOR

Wy, coście w gorzkich trosk zamęcie

I w ciężkich przy mnie trwali trudach,

Mówcie, jak nasze przedsięwzięcie

W niemieckich krajach nam się uda?

Rad bym dać tłumom ucztę wyśmienitą,

Zwłaszcza że żyjąc dają żyć i nam.

Słupy wstawiono, deski już przybito

I każdy czeka, co mu ujrzeć dam.

Z brwią podniesioną siedzą - i ciekawi

Czekają chwili, co ich w podziw wprawi.

Choć wiem, czym zjednać można ducha ludu,

Nigdym się nie czuł tak zakłopotany.

Do wielkich wprawdzie nie przywykli cudów,

Lecz każdy z nich jest strasznie oczytany.

Więc jak to zrobić, by tok przedstawienia

Był razem wdzięczny i pełen znaczenia?

Toż lubię patrzeć, jak do naszej budy

Tłum publiczności garnie się z ochotą

I nie zważając na ciżbę i trudy

Przemocą ciśnie się ku ciasnym wrotom.

W dzień jasny, ledwo czwarta na zegarku

Tłum już, na pięści bijąc się przy kasie,

Jak do piekarni w czas głodu - tak pcha się

Za biletami na złamanie karku.

Kto cudem ściąga ludzi aż tak wielu?

Tylko poeta. Spraw to, przyjacielu!

POETA

O, nie mów mi o tłuszczy tej natarciu,

Przed którym pierzcha duch nasz trwogą zdjęty!

Zakryj przede mną tłum, co nieodparcie

Wbrew naszej woli wciąga nas w odmęty!

Wąską mię ścieżką w niebieskie przestworza

Wiedź, gdzie poecie kwitnie radość żywa,

Gdzie miłość, przyjaźń, niczym ręka boża,

Błogosławieństwem na sercach spoczywa.

Co się nam z piersi wyrywa wezbranej,

To, o czym warga nieporadnie kwili,

To, co chybione dziś lub dziś udane,

Wszystko pochłania dzika przemoc chwili.

Nieraz, gdy wreszcie przez lat przebrnie ścianę,

Dojrzałym kształtem z mroku się wychyli,

Co lśni, dla chwili tylko się poczęło.

Dla potomności trwa rzetelne dzieło.

KOMIK

Nie chcę już więcej słyszeć o potomnych,

Choćbym był nawet mówić o nich skłonny,

Współczesnych bawić musi ktoś.

Takiego chcą, i niechże mają!

Sam fakt, że chwat się taki im naraił,

To zdaniem moim już jest coś.

Kto zręcznym chwytem z widownią się sprzągł,

Ten się na tłumu humory nie dąsa,

Pragnie mieć licznych widzów krąg,

Żeby tym pewniej móc ich wstrząsać.

Więc naprzód, śmiało! Spiszcie się wzorowo!

Każcie fantazji, niech z całym swym chórem,

Rozumem, czuciem i żądz wszelkich durem -

A i błazeństwem też - przemówi zdrowo!

DYREKTOR

Musi się zwłaszcza dużo dziać w teatrze!

Tłum chce coś widzieć, czemuś się napatrzeć.

Gdy się mu ciągle wszystko w oczach mieni,

Aż osłupiały każdy tkwi jak czop,

Już zwyciężyłeś na całej przestrzeni

I wszyscy mówią, żeś kochany chłop.

Masy jedynie masą się napasie,

W masie dla siebie każdy znajdzie coś.

Dając obficie, każdemu coś da się

I po spektaklu syt odchodzi gość.

Dajecie sztukę - na sztuczki ją tnijcie!

Potrawka taka pójdzie znakomicie,

Obmyślić łatwo, łatwo kłaść przed gości.

Bo po cóż sztukę podawać w całości?

I tak rozskubią ją w cząsteczki tycie.

POETA

Jak kiepskie jest rzemiosło to, nie czujesz snadź?

Artysta szczery sztuk tych się nie ima.

Co ta partacka czyni brać,

To dla was - widzę - już maksyma.

DYREKTOR

Podobny zarzut wcale mnie nie rani.

Człek, co chce dzielnie spełnić swe zadanie,

O jakość sprzętu niechaj dba.

Zważ, że wam miękkie dano rąbać drwa,

Więc bacz, dla kogo pisząc talent trwonisz.

Jednego nuda do nas goni,

Wprost z sutej uczty przyszedł ów,

A gorsza rzecz, że tamten znów

Wprost od czytanych w prasie kronik.

Jak na maskowy bal tak do nas lecą.

Na pół przytomni w dom wpadają nasz.

Damy perłami paradując świecą

I razem z nami grają, choć bez gaż.

Na poetyckim wzgórzu o czym śnicie?

Czy cieszy was, że macie pełną salę?

Łaskawcom naszym bliżej się przyjrzyjcie,

Toż chamy tylko lub wystygłe lale.

Ten wśród spektaklu już tęskni do kart,

Tamtemu śni się dzika noc w burdelu,

Ach, biedni głupcy, czyż nie diabła wart,

Kto muzy dręczy dla takiego celu?

Dawajcie dużo, dużo, jak najwięcej!

A z dobrej drogi nie zboczycie precz.

Zaplączcie widza jak w sieci pajęczej,

Bo zadowolić go niełatwa rzecz.

Cóż was napadło, zachwyt czy boleści?

POETA

Innego sługę na mym miejscu staw!

Miałbyż poeta to najwyższe z praw,

Prawo człowieka, dar natury święty

Przez wzgląd na ciebie zmarnić - przeniewierca?

A czymże wzrusza wszystkie serca?

Czym jarzmi wszelkie elementy?

Czy nie harmonią, która z serca śnić

Tryska i świat znów wchłania w swoje łono!

Kiedy natura wiecznotrwałą nić

Na wirujące nawija wrzeciono,

Gdy z skłębionego wszechstworzeń chaosu

Dysonansowy dobywa się zgrzyt,

Któż ową płynną jednostajność głosu

Ożywczo tnie, by się składała w rytm?

Któż pojedynczych brzmień ujarzmia hordę,

By brzmiała zgody powszechnej akordem?

Któż każe burzy do szału się rozwściec?

Kto wznieca pożar przedwieczornych zórz?

Kto ukochanej, w daninie miłości,

Rzuca pod stopy całe pęki róż?

Któż niepozorną zieleń kilku liści

Dla zasług wszelkich splata w chwały wian?

Olimp umacnia? bogom pokój iści?

Człowieczy um w poecie światu dan.

KOMIK

Więc posługuje się tych sił urodą

Bieg poetyckich interesów wiodąc

Tak, jak się piękny romans zwykło snuć.

Ktoś z kimś się spotkał, wnet jął skłonność czuć,

Wpadł - i powoli zaplątał się w wnykach.

Zakwitło szczęście - lecz los na nie czyha,

Po smutku zachwyt - potem ból od nowa

I nim ochłoniesz, już powieść gotowa!

Taką więc sztukę wystawmy! Sięgnijcie

Do trzew istnienia, w pełne ludzkie życie!

Każdy nim żyje, niewielu zeń sprawę

Zdać sobie umie, lecz gdzie tkniesz, ciekawe.

W barwnych obrazach podaj światła w miarę,

Omyłek sporo i prawdy ogarek.

Tak najprzedniejszy napój się przyprawia,

Napój, co krzepi i na nogi stawia.

Potem na sali gromadzą się tłumy,

Sam kwiat młodzieży objawień ciekawej.

Wtedy niejeden delikatny umysł

Melancholijną z dzieła czerpie strawę.

Wtedy się w ludziach zadrażni niejedno,

Każdy poznaje swego serca sedno,

Płakać i śmiać się każdy jeszcze rad by,

Czczą jeszcze rozmach, lubią szych i kłam.

Na stetryczałych nie mamy już rady,

Kto się rozwija, wdzięczny będzie nam.

POETA

Więc niech i dla mnie czas ten wskrześnie,

Gdym sam w rozwoju jeszcze trwał,

Gdy mi skłębionych natłok pieśni

Sam wciąż odradzał się i wrzał.

Gdy mgły mi jeszcze kryły świat ten

I cuda wróżył każdy świeży pąk,

Kiedym z kobierca pól i łąk

Setkami barwne zrywał kwiaty.

Nie mając nic, wszystkiego miałem w bród,

Do prawdy pęd i słodki urok złud.

W ich dawnej sile zwróć mi te popędy,

Tę aż do bólu słodką szczęścia chuć,

Moc nienawiści, miłości potęgę

I młodość, młodość mą mi zwróć!

KOMIK

Owszem, i młodość nieraz przyda ci się,

Gdy nieprzyjaciel w bitwie cię otoczy.

Gdy się przemocą w ramiona twe ciśnie

Z wesołym gwarem rój dziewcząt uroczych,

Gdy w dali biegu zwycięskiego wian

Ku niedościgłej przynagla cię mecie,

Kiedy, zawrotny porzuciwszy tan,

Przepijasz noce przy hucznym bankiecie.

Lecz kiedy śmiało przyjdzie wczepić dłoń

W dobrze nam znanej lutni struny wrzące

Cel wyznaczywszy sobie dążyć doń

Poprzez błędników uroczych tysiące,

To już, panowie starsi, wasza rzecz -

I czci wam winnej to bynajmniej nie śćmi.

Nie dziecinniejem z wiekiem. Słuszniej rzec,

Że wiek zastaje nas wciąż jeszcze dziećmi.

DYREKTOR

Dość już, na razie dość gadania,

Dajcież mi wreszcie ujrzeć czyn!

Podczas gdy grzeczne klecim zdania,

Byłby już sporo zmełł nasz młyn.

Po cóż rozprawiać o nastroju?

On nie dla chwiejnych. Jeśliś wieszcz -

Jak wielosłownieś nam to wpoił -

Komendę nad poezją bierz!

Potrzeby nasze dobrze znacie,

My chcemy ostry siorbać zacier.

Niezwłocznie się do pracy bierz,

Warz jeden z drugim gęste młóto

A wiedz, że nie dokonasz jutro,

Czegoś nie zrobił dziś, więc spiesz!

Dzień jeden próżno nie śmie ujść ci,

Decyzja śmiała niech za czub

Okazję chwyta w lot, a juści

Raz ją schwyciwszy nie popuści,

Bo mus jej każe: dalej rób!

Jak wiecie, dziś na scenach naszych

Każdy próbuje swoich sztuk.

Nie szczędźcie mi, na miły Bóg,

Ani prospektów, ani maszyn!

Wielkim i małym światłem nieb

Posłużcie się, nasiejcie gwiazd jak maku!

Niech będzie ogień, woda, skalny żleb

I zwierząt niech nie braknie ani ptaków.

I tak w tej budy drewnianej ciasnocie

Stworzenia obwód cały w krąg mi schodźcie,

Umiarkowanym dążąc biegiem

Z nieba, przez świat, do samych piekieł.

PROLOG W NIEBIE

Pan, Niebieskie Zastępy, potem Mefistofeles. Trzej Archaniołowie występują.

RAFAEL

Słońce, pradawnym dzwoniąc tonem,

Wpada w sfer bratnich śpiewny splot

I kresu drogi wyznaczonej

Dobiega, tocząc się jak grzmot.

Już widok sam aniołów krzepi,

Choć im nie znany bytu rdzeń;

I twoich dzieł dostojny przepych

Jaśnieje wciąż jak w pierwszy dzień.

GABRIEL

I chyżo, chyżo, nieskończenie

Wiruje pyszny ziemi glob,

To się rozjarza rajskim lśnieniem,

To stygnie w groźnej nocy stop.

Wre morza głąb i w siwą pianę

O brzeg rozbija wód swych męt,

I ląd, i morza mkną porwane

W odwiecznych sfer zawrotny pęd.

MICHAEL

I burze rwą w obłędnym tańcu

Od lądu w morza, z mórz na ląd

I w furii swojej, w krąg, jak łańcuch

Wiodą najgłębszych działań prąd.

A wtem w zagłady padł ziskrzeniu

Na ścieżkę grom u progu wrót.

Lecz posły Twoje wyżej cenią

Dnia Twego, Panie, cichy chód.

WE TRZECH

Już widok sam aniołów krzepi,

Choć im nie znany bytu rdzeń.

I Twoich dzieł dostojny przepych

Jaśnieje wciąż jak w pierwszy dzień.

MEFISTOFELES

Że znów nam swoje odsłaniasz oblicze

I pytasz, Panie, jak tam sobie radzim -

I żeś mię chętnie widywał zazwyczaj,

Więc jawię się tu dziś, wśród Twej czeladzi.

Wybacz, nie umiem grzmieć wielkimi słowy

Pomimo szyderstw zebranej tu rzeszy.

Mój patos Ciebie nawet by rozśmieszył,

Gdybyś od śmiechu dawno nie był odwykł.

O słońcu, światach też Ci nic nie powiem,

Ja widzę tylko, jak się męczy człowiek.

Ten mały świata bóg snadź wcale się nie zmienia

I tak jest dziwny dziś, jak w pierwszym dniu stworzenia.

Lecz lepiej żyłby sobie, gdybyś w zbytku łaski

Nie ubrał go w światłości niebieskiej odblaski.

Rozsądkiem on to zwie i asumpt z tego bierze,

By stać się bardziej jeszcze zwierzęcym niż zwierzę.

Wybaczcie, lecz przyrównać śmiałbym go na przykład

Do jednej z onych polnych, długonogich cykad,

Co wiecznie podlatując w podskokach się zrywa

I w trawie wciąż tę samą piosnkę swoją śpiéwa;

A niechby już w tej trawie raz się uspokoił!

Lecz gdzie tam! On wciąż nosem grzebie w byle gnoju.

PAN

Czyż nic do powiedzenia nie masz mi poza tem?

Czy chcesz oskarżać tylko przed mym majestatem?

Na ziemi czyż dogodzić nic ci już nie może?

MEFISTOFELES

Nie, Panie! Tam, jak zawsze, źle, że trudno gorzej.

Z współczuciem śledzę ludzi na ich nędzy szlaku.

Już mi się nawet nie chce dręczyć tych biedaków.

PAN

Słuchaj… A Fausta znasz?

MEFISTOFELES

Doktora?

PAN

Sługę mego!

MEFISTOFELES

Zaiste, w osobliwy sposób on Wam służy.

Nieziemski snadź jest chleb i napój głupca tego,

W dal go wciąż pędzi ferment, co w nim burzy,

On zaś, półświadom aberracji swojej,

Gwiazd najpiękniejszych żąda z nieb sklepienia

I wraz najsłodszych chce ziemi upojeń.

I bliskość żadna ani dal nie koi

Nieustannego onej piersi wrzenia.

PAN

Choć mi dziś służy raz gorzej, raz lepiej,

Sam poprowadzę go wkrótce do światła.

Toż wie ogrodnik, gdy puszczają szczepy,

Że kwiat i owoc przyszłe zdobi lata.

MEFISTOFELES

O zakład idę! Tego też stracicie!

Jeśli mi swoją wyrazicie zgodę,

Już ja ścieżkami mymi go powiodę.

PAN

Dopóki ziemskim cieszy on się życiem,

Nie bronięć śmiało koło niego krążyć.

Wiadomo: błądzi człowiek, póki dąży.

MEFISTOFELES

Dzięki i za to! Nie myślę z tym kryć się,

Że z trupem nie w smak mi obcować z bliska,

W rumianych czerstwych kocham ja się pyskach,

Do spraw umrzyków nigdy się nie mieszam,

Z żywymi igrać chcę jak kotek z myszą.

PAN

A zatem zgoda. Tobie go powierzam.

Odciągnij ducha tego od praźródła

I jeślić tylko ująć go się uda,

W dół go poprowadź własną twoją ścieżą,

I z wstydem przyznaj, gdy człek twoją swadą

Uwieść się nie da, że w ciemnym swym pędzie

Jest mimo wszystko prawej drogi świadom.

MEFISTOFELES

A niech tam! Długo wszak to trwać nie będzie.

O zakład mój nie troszczę się bynajmniej,

Lecz kiedy celu mego dopnę, daj mi

Zatryumfować - ot - na całe gardło!

Proch niechaj żre ze smakiem, tak jak żarł go

Ów wąż sławetny, mój czcigodny praszczur!

PAN

Wstęp wolny u mnie stale ci przyrzeczon.

Na równych tobie nigdym brwi nie marszczył,

Ze wszystkich bowiem duchów, które przeczą,

Taki ot filut najmniej mi doskwiera.

A że w czynnościach swoich człek ustaje nieraz

I łatwo już bezwzględny chce mieć spokój,

Rad druha daję mu, co drażniąc go, przy boku

Wiernie mu trwa i działać musi jako szatan

Was zaś, synowie prawowici bogów,

Żywego Piękna niech cieszy poświata!

To, co się staje i co żyje wiecznie,

Niechaj miłości ogarnie was chwałą,

I co w zjawisku ulata powietrznie,

Wy umacniajcie myślą wiecznotrwałą.

Niebo się zamyka. Archaniołowie rozpraszają się.

MEFISTOFELES

sam

Spotkać starego raz na jakiś czas

Lubię i strzegę się, by z nim nie zrywać.

Toż pięknie jest, gdy do jednego z nas

Ten wielki Pan tak ludzko się odzywa.

TRAGEDII CZĘŚĆ PIERWSZA

NOC

W wysoko sklepionej, ciasnej izbie gotyckiej Faust niespokojny na krześle przy pulpicie.

FAUST

Przestudiowałem wszystkie fakultety,

Ach, filozofię, medycynę, prawo

I w teologię też, niestety,

Do dna samegom wgryzł się pracą krwawą -

I jak ten głupiec u mądrości wrót

Stoję - i tyle wiem, com wiedział wprzód.

Zwę się magistrem, ba, doktora tytuł

Mam i lat dziesięć z górą, do przesytu

I tak, i wspak, i w skos, po krętej drodze

Tam i z powrotem uczniów za nos wodzę,

A wiem, że wiedzieć nic nam nie jest dano!

Myśl ta w mym sercu wieczną gore raną.

Wprawdziem mądrzejszy jest od tych jełopów,

Doktorów, skrybów, magistrów i popów,

Obca mi zwątpień i skrupułów męka,

Diabła ni piekła grozy się nie lękam -

Lecz za to radość wszelką mi wydarto.

Nie pysznię się, że wiem, co wiedzieć warto,

Ani się łudzę, bym tą moją pracą

Ludzi podnosił, uczył czy nawracał.

Nic zgoła nie mam, ni złota, ni włości,

Ni czci, ni żadnych świata wspaniałości.

Toż pies by żyć tak dłużej nie miał chęci!

Dlategom w końcu magii się poświęcił,

Ufny, że w słowach, co spadną z ust ducha,

Może tajemnic jakich się dosłucham,

Bym w gorzkim trudzie i tłumionym gniewie

Nie musiał ludziom głosić, czego nie wiem,

Bym wreszcie poznał, czym jest ta potęga,

Co wnętrzne siły świata w jedno sprzęga,

Bym ujrzeć mógł wszechsprawczą moc i ziarno

I w słowach grzebać nie musiał na darmo.

Obyś ostatni raz dziś chylił lico

Nad męką moją, ty blady księżycu!

Przy tym pulpicie ileż nocy ciemnych

W oczekiwanium nie spędził bezsennym,

Póki znad szańca foliałów i ksiąg,

Smętny mój druhu, nie wyjrzał twój krąg.

Ach, gdybym mógł po skłonach górskich zboczy

W łagodnym blasku twej poświaty kroczyć,

Z duchami wnęki grot opływać wokół,

Na łąkach snuć się w srebrze twego mroku

I zmywszy z siebie wszelkiej wiedzy osad

Pławić się zdrowo w twych perlistych rosach!

Biada! czyż jeszcze wciąż tkwię w tym więzieniu?

W przeklętym stęchłych murów zacieśnieniu,

Gdzie słońca promień, zanim ściany draśnie,

W barwionych szybach łamie się i gaśnie.

Gdzie od posadzki do samej powały

Piętrzą się w ścisku całe góry książek,

Gdzie zakopconych pergaminów zwały

Kurz warstwą kryje, mól i robak drąży?

Bezużytecznych szkieł i retort skład

Zapchany mnóstwem dziwnych instrumentów,

Pełen domowych po pradziadach sprzętów,

Oto twój świat!… A więc to ma być świat!

I pytasz jeszcze, czemu serca tętno

Słabnie pod lęku dziwnego naporem?

Czemu ból jakiś siłą niepojętą

Hamuje w tobie wszelki życia poryw?

Zamiast barwnego przepychu natury,

W którą człowieka Bóg stwarzając wwiódł,

Dokoła ciebie zakopcone mury,

Kości, szkielety, mrok i grobu chłód.

Więc uchodź w świat! w szeroką dal umykaj!

Czyż tajemnicza, ręką Nostradama

Skreślona księga nie starczy ci sama

Za towarzysza i za przewodnika?

Wtedy niemylnie poznasz drogi gwiezdne,

A gdy w natury tajniki się wsłuchasz,

Moc duszy tak ci otworzy swe bezdnie,

Jak mówić może tylko duch do ducha.

Wszak nadaremnie chcesz oschłym myśleniem

Zgłębić drzemiące w świętych znakach życie.

Bliskoście, duchy! Czuję wasze tchnienie,

Więc odpowiedzcie, jeśli mnie słyszycie!

otwiera księgę i natrafia na znak makrokosmosu

Ha! Jakaż rozkosz gorącym strumieniem

Na sam ten widok w zmysły me się sączy!

Czuję, jak święta radość życia rączym

Wszystkie me żyły ogarnia płomieniem.

Zaliż bóg jakiś kreślił te figury,

Co łoskot burzy w moim wnętrzu koją,

Nieszczęsne serce me radością poją

I tajemnicy welon z sił natury

Pod niepojętym zrywają naporem?

Czyż bogiem jestem? Cóż za jasność zbawcza!

Widzę, jak w czystych znakach tych otworem

Stoi przed duszą mą natura sprawcza.

Teraz pojmuję już, co mędrzec prawi:

„Świat duchów wcale nie jest nam zamknięty.

Twój umysł zgasł, twe serce lodem ścięte,

Wstań, uczniu! Wstań! Otrząśnij się i śmiało

Spiesz ziemską pierś w porannej zorzy pławić!”

wpatruje się w znak

Jak się tu wszystko dziwnie łączy w całość,