Fascynacja - Adrian Bednarek - ebook + audiobook
BESTSELLER

Fascynacja ebook i audiobook

Bednarek Adrian

4,3

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Choć bestsellerowe powieści przyniosły mu sławę, a serial nakręcony na podstawie jego książek okazał się wielkim hitem, Oskar wciąż mieszka w skromnej chatce na odludziu, gdzie skrywa swoją największą tajemnicę.
Życie Blajera zaczyna się komplikować, gdy ktoś brutalnie zabija aktorkę grającą główną rolę w serialu opartym na jego powieściach. Kilka dni później Oskar poznaje tajemniczą blondynkę do złudzenia przypominającą zmarłą ukochaną. Dziewczyna przedstawia się jako Luiza, a Blajer widzi w niej idealne odbicie miłości swojego życia. Tymczasem giną kolejne dziewczyny, a sposób działania zabójcy przypomina bohatera jednej z jego powieści. Kiedy policja rozpoczyna śledztwo, a wokół Oskara zaczyna się robić gorąco, postanawia wytropić mordercę na własną rękę...

Najbardziej bolały mnie wizje pierwszych nocy w naszym domu. Byliśmy w nich świeżo po ślubie. Rozpakowywaliśmy ostatnie kartony, Luiza nalewała wino, a ja, nie mogąc się powstrzymać, rzucałem ją na dywan przed kominkiem, rozbierałem i pieściłem. Nasze zbliżenie przerywał dźwięk rozbijanej szyby. Dwóch oprychów wchodziło do domu. Chyba planowali coś ukraść, ale widok nagiej Luizy zmieniał ich zamiary. Pierwszy z nich kijem baseballowym łamał mi nogi w kolanach, potem miażdżył łokcie. Drugi od razu rzucał się na Luizę. Chciałem jej pomóc, ale nie mogłem. Pełzałem po podłodze jak żałosny kawałek mięsa, a oni brali ją we dwóch naraz, rozrywali na pół. Umierała w potwornych męczarniach. Gwałciciele rechotali i ryczeli: „Jesteś idiotą, nie potrafisz ochronić żony we własnym domu!”. Podobnych snów było mnóstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 31 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,3 (225 ocen)
132
55
24
8
6
Sortuj według:
artomaj1975

Nie oderwiesz się od lektury

Top
00
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Słuchając lektora Pana Filipa zapominam ze nie przepadam za kryminałem tego rodzaju czyli opisów szczegółowych zbrodni ciekawi mnie zagadka . Trudno oderwać się od lektury do momentu kiedy znamy mordercę. Zakończenie zaskoczyć może szukających sprawiedliwości.
00
BlackPanther271

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna seria!:) Pokręconona z zaskakującym zakończeniem. Dodać głos Filipa Kosiora i hit murowany.
00
dolny73

Nie oderwiesz się od lektury

Trzecia część równie dobra, jak jedynka i dwójka!!
00

Popularność




PROLOG

Po intensywnym wieczorze Dorota w końcu mogła rozsiąść się na kanapie, napić wina i w spokoju kontemplować własną wyjątkowość. Uważała się za osobę niezwykłą i miała rację. Jeszcze niedawno mieszkały z Moniką, wieloletnią przyjaciółką, w ciasnym, dwupokojowym mieszkaniu na Pradze. Na początku było nieźle, obie z wysokimi aspiracjami, ambitne, wspierające się nawzajem. Ale z każdym dniem ich relacja coraz bardziej przypominała współzawodnictwo. Dziewczyny miały ten sam cel, ale to właśnie Dorocie udało się go osiągnąć. Teraz stać ją było na wynajem domu, drogie wina i elektryczny samochód. Osiągnęła sukces, a on zmienił wszystko. Jej przyjaciółka została na Pradze, od pięciu miesięcy ani razu nie odezwała się do Doroty, choć ta regularnie wysyłała jej wiadomości. Monika odbierała, ale w odpowiedzi puszczała zdawkowe „OK” albo w ogóle nie odpisywała. Na pytania, co u niej, zwykle pisała „spox”. Nie chciała umówić się na kawę, piwo, trening ani wpaść, żeby obejrzeć nową chatę Doroty. Nie mogła pogodzić się z tym, że Dorota naprawdę zaistniała w branży.

– Przyjaciele są cholernie zawistni, kiedy ich prześcigasz – stwierdziła Dorota i napiła się wina.

Już dawno przestała rozczulać się nad stratą Moniki. Często chodziła na bankiety, gale, zapraszano ją na otwarcia klubów, restauracji i wine barów. Poznała nowe koleżanki. Od czasu do czasu organizowała cocktail party w swoim domu. Wokół niej kręciło się coraz więcej mężczyzn. I to jakich! Poznała ludzi, o których wcześniej czytała w sieci i obgadywała ich z Moniką. Młodzi, piękni, bogaci. Jeden szczególnie przykuł jej uwagę. Był naprawdę niezły, a wdając się w romans z nim, Dorota mogła wiele zyskać.

– Twórca i odtwórczyni! Najgorętszy romans tego lata! – Oczami wyobraźni widziała nagłówki plotkarskich portali. – Kto wie… – Rozmarzona włączyła telewizor.

Na ekranie pojawiła się jej twarz. Uwielbiała na siebie patrzeć. W wieku dwudziestu czterech lat Dorota Gajda wygrała życie. Przyszły sława, pieniądze i kariera.

– Kto by pomyślał, mam nawet pierdoloną agentkę. Twoje zdrowie, pani Jessico. – Wzniosła toast za babkę, która załatwiła jej udział w reklamie telefonii komórkowej, a ostatnio wspominała coś o „Tańcu z gwiazdami”! Rok temu posiadanie agentki Dorota uważała za czystą abstrakcję. – Ale w zdobyciu tego wszystkiego nikt mi nie pomógł. – Miała na myśli serial, który odpaliła w telewizji internetowej. Pierwszy sezon cieszył się olbrzymią popularnością. Kilka dni temu skończyli kręcić drugi. Dorota była jego największą gwiazdą.

Półtora roku temu razem z Moniką męczyły się w amatorskich sztukach teatralnych, obie dorabiały jako kelnerki. Potem Dorota poszła na casting i dostała rolę marzeń.

– Czyste szaleństwo! – zaśmiała się z własnego szczęścia. – Brakuje tylko smacznego ciacha.

Odłożyła kieliszek na stół. Wzięła do ręki telefon. Słuchając swojego głosu płynącego z głośników telewizora, weszła na facebookowy fanpage mężczyzny, którego niewielu miało okazję poznać. Jego sława rosła wprost proporcjonalnie do towarzyskiej alienacji. Nie mieszkał w Warszawie, nie kręcił się w towarzystwie, stolicę odwiedzał rzadko. Głównie wtedy, kiedy musiał odbębnić kilka obowiązkowych spotkań. Robił swoje i wracał na jakieś zadupie.

Dorota miała szczęście, bo zaproszenia na jej cocktail party nie mógł odmówić. Odbyło się przedwczoraj. Jak zawsze przyszedł sam. Nigdy nie pokazał się publicznie z żadną kobietą. Dziewczyny pracujące przy serialu śmiały się, że jest tajemniczy i niedostępny jak Bruce Wayne. Podczas imprezy sami byli tylko przez chwilę. W tym czasie zdążył wysłać jej jasny sygnał, a ona przyjęła zaproszenie do krótkiej zabawy. Miała być wstępem do czegoś poważniejszego, ale on zignorował Dorotę. Zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. A przecież się wydarzyło. Na samo wspomnienie dostawała gęsiej skórki i robiło się jej mokro.

– Pewnie czekasz na mój ruch – zawyrokowała.

Napisze do niego, takiej okazji nie można przegapić. Zrobi to jutro, bo dzisiaj jest za wcześnie. Na razie spróbuje czegoś się o nim dowiedzieć. Obejrzy jego social media, przegrzebie Fejsa, poczyta artykuły w sieci, niczym wytrawna stalkerka zrobi solidny research, zanim zaprosi go na randkę.

Może poprosić agentkę, żeby go prześwietliła? To jest pomysł!

Szybko przeskoczyła z Facebooka na prywatną skrzynkę mailową. Zamierzała natychmiast wysłać wiadomość do Jessiki.

– Bez jaj! Naprawdę? – krzyknęła, gdy telewizor, dekoder, lampa i pozostałe urządzenia elektryczne zgasły w tym samym momencie. Dom wypełniła smolista czerń. Tylko ekran smartfona wyróżniał się w mroku.

Dorota nie panikowała. Zamknęła skrzynkę mailową i włączyła latarkę. Oświetliła salon. W myślach odszukała rozdzielnicę elektryczną, bo podejrzewała, że strzeliły korki.

– Kotłownia. – Przypomniała sobie dzień podpisania umowy najmu. Właściciel mówił, że rozdzielnica jest nad piecem gazowym.

Wzięła solidny łyk wina i wstała z kanapy. Miała sześćdziesiąt procent baterii, więc nigdzie jej się nie spieszyło, a jeśli to nie korki, to i tak będzie musiała czekać, aż elektrownia naprawi usterkę. Przez kuchnię przeszła do wąskiego korytarza. Kotłownia znajdowała się na jego końcu. Po drodze musiała minąć sypialnię łączącą się z tarasem, łazienkę i wyłożony lustrami gabinet, w którym najczęściej przygotowywała się do roli.

Szła pewnym krokiem. W domu czuła się bezpiecznie, poza tym nie należała do kobiet bojaźliwych. Całe życie stawiała czoła przeciwnościom. Najpierw był ojciec alkoholik, potem zaborczy chłopak gotów pobić każdego, kto na nią spojrzał, a w późniejszych czasach, gdy uciekła ze swojej wioski na Podlasiu, walka o rachunki i próby uniknięcia eksmisji.

Dorota była wojowniczką, ale sukces ją rozleniwił, uśpił czujność. Czuła się zbyt pewnie, żeby wziąć pod uwagę sabotaż. Zbyt pewnie, żeby zauważyć, że drzwi do sypialni są przymknięte, choć kiedy wzięła prysznic i z garderoby przyniosła sobie pluszową pidżamę, zostawiła je otwarte na oścież. Mijając sypialnię, w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Zamiast patrzeć uważnie, zastanawiała się, czy sieć cyfrowa jest tu na tyle duża, żeby w razie awarii bez Wi-Fi wysłać maila do Jessiki, i czy nie zrobić sobie selfie w tych ciemnościach, a potem wstawić na Insta. Byłoby to takie naturalne, przecież ostatnio chwaliła się tylko oficjalnymi fotkami… Bujając w obłokach, nie miała szans usłyszeć otwierających się drzwi ani cichych kroków za jej plecami. Dopiero szarpnięcie za włosy wyrwało ją ze świata iluzji.

– Aaaaaaaaaa! – wydarła się na cały regulator.

Ktoś chwycił ją za kucyk z jasnych włosów i szarpnął do tyłu. Skóra Doroty napięła się na czole, jakby miała odkleić się od czaszki. Stopy same oderwały się od ziemi. Telefon upadł światłem latarki do podłogi. Napastnik ciągnął ją do sypialni. Cały czas trzymał tylko za włosy.

Choć w ciemności nie widziała nic, Dorota zamierzała walczyć. Przygotowując się do roli, wzięła udział w kursie samoobrony i przyspieszonym kursie jujitsu. Chciała zrobić obrót i kopnąć tego człowieka w żebra. To powinno wystarczyć. Będzie musiał ją puścić. Potem poprawi mu jeszcze dwa razy, najlepiej w głowę i krok, chwyci telefon i co sił w nogach rzuci się do wyjścia. Na zewnątrz będzie bezpieczna. W sąsiedztwie stoi kilka domów, ktoś usłyszy jej wołanie, w międzyczasie zdąży zadzwonić na policję.

Cały plan runął, nim podjęła próbę zadania pierwszego ciosu. Gdy przekroczyła próg sypiali, skórę na wysokości nerki przebił ostry przedmiot. Dorota przestała panować nad nogami, runęła na kolana. Z trudem łapała oddech, dół od pidżamy przesiąkł krwią.

Widząc, że jest bezbronna, napastnik chwycił ją za barki i rzucił na łóżko. Wylądowała twarzą w pościeli. Ciemność zdawała się gęstnieć. Dorota czuła się jak ślepiec. Chciała wstać, ale człowiek, który włamał się do jej domu, zaatakował ponownie. Wbił szpikulec w jej ucho. To było potworne doświadczenie. Kumulacja wszystkich cierpień świata. Nogi i ręce Doroty samoistnie wygięły się do tyłu, jakby poraził je prąd, szczęka zastygła rozwarta na całą szerokość, w głowie usłyszała paskudny gwizd. Zagłuszał wszystko. Zdawało jej się, że mózg zaraz eksploduje.

– Tutaj miałaś zamiar to robić, dziwko?! – Z gwizdem zlał się dziwny, zniekształcony, ledwie słyszalny głos.

Zarówno dźwięk, jak i sens były dla niej kompletnie niezrozumiałe. Nie potrafiła rozpoznać płci napastnika. Brzmiał nijak. Wszystko poza gwizdem brzmiało nijak. Nie wiedziała, o co chodzi. To mogła być zazdrosna aktorka, która przegrała z nią casting i teraz zazdrościła jej sławy. Równie dobrze Dorota mogła zostać napadnięta przez jakiegoś świra, który podniecał się, oglądając serial, i nie potrafił pogodzić się z tym, że aktorka nie chce umówić się z nim na randkę. Zarówno hejt, jak i intymne propozycje wysyłane za pośrednictwem Instagrama były u niej na porządku dziennym.

– Nie! Nie! Przysięgam, ja nie z tych! – krzyknęła resztką sił. A może tylko wyszeptała.

Nawet własny głos zdawał się Dorocie obcy i nijaki. Nie miała pojęcia, czy drze się na całe gardło, czy wydaje ledwie cichy pomruk. Wszystko przez ten gwizd. Z jej ucha płynęła krew. Czuła lepką ciecz na policzku. Jej organizm słabł. Kończyny opadły, serce biło wolniej. Leżała pokonana, zdając się na łaskę napastnika. Znów coś mówił, ale jego niewyraźny głos już nie potrafił się przebić. Dorota słyszała tylko gwizd i własne myśli.

Czy ja ogłuchnę iprzez to stracę rolę?

Tak brzmiała ostatnia, irracjonalna myśl Doroty, zanim ostry szpikulec przedziurawił jej gardło. Morderca cztery razy wbił go w szyję dla pewności.

– Jesteś zwykłą kurwą, dostaniesz, na co zasłużyłaś.

Kiedy przestała oddychać, obrócił ją na plecy, włączył latarkę i wreszcie mógł potraktować adekwatnie do skali przewinienia.

1.

Pustka po śmierci Luizy zżerała mnie jak rdza. Trzy razy próbowałem zastąpić miłość mojego życia. Pierwsza zastępczyni chciała mnie zabić, więc ją ubiegłem, druga popełniła samobójstwo, ale trzecia była zupełnie inna. Szybko dostosowała się do reguł panujących w podziemnym pokoju. Dzięki temu, że nic o niej nie wiedziałem, nie kojarzyła mi się z nikim oprócz Luizy. Jeszcze ten seks… Odważny, wyuzdany, pełen fantazji. Czułem się szczęśliwy, pokochałem ją, dałem dużo swobody, ale potem wszystko się popierdoliło i koszmary zaczęły mnie nawiedzać niemal każdej nocy.

We wszystkich Luiza była gwałcona, a potem zabijana na moich oczach. Dramat powtarzał się w kółko, zmieniała się tylko sceneria. Czasami spacerowaliśmy po plaży, natrafiając na kilku naćpanych nastolatków. Dwóch mnie trzymało, trzeci ją krzywdził, potem się zmieniali i robili to, dopóki nie wyzionęła ducha lub ja nie otworzyłem oczu. Zdarzało nam się wracać z romantycznej wycieczki. Łapaliśmy gumę, a kiedy ja wymieniałem koło, podjeżdżał do nas van; siedziało w nim sześciu facetów ubranych na czarno. Wciągali nas na pakę, mnie przywiązywali do ściany, robili swoje, pilnując, żebym nie zamykał oczu. Na koniec kroili ją piłą mechaniczną. Podobnych snów było mnóstwo.

W trakcie koszmarnych maratonów zdarzały się wyjątkowe noce, podczas których nie śniło mi się nic. Rano dopadał mnie potworny ból głowy. Miałem wrażenie, że czaszka pęka niczym szyba samochodowa, w którą uderzył kamień, centymetr po centymetrze. Fizycznie czułem się wykończony jak po nocy spędzonej w siłowni. Ból głowy i wycieńczenie były ceną, jaką musiałem płacić za spokojny sen. Paradoksalnie po nocach pełnych koszmarów budziłem się świeży i rześki.

Najrzadziej miewałem cudowne sny. Nazywałem je „upojnymi nocami z Luizą”. Braliśmy ślub, później była noc poślubna. Innym razem szliśmy na premierę mojej książki lub Luiza podpisywała lukratywną umowę na sprzedaż biżuterii. Zawsze kończyło się seksem. Takie sny trafiały się średnio raz na dwa miesiące.

Ostatni czas to nawałnica koszmarów przytłaczających swoją realnością. Po nich przyszły dwie noce pozbawione snów, a ostatnią noc spędziłem z Luizą w górskim hotelu. Siedzieliśmy w jacuzzi, za szybą rozpościerał się wspaniały krajobraz. Moja ukochana ściągnęła mi kąpielówki, potem rozwiązała górę od swojego bikini. Jej źrenice zdawały się rozszerzać z podniecenia. Chwyciła mojego penisa i uśmiechając się, zbliżyła do niego wargi. Sen przedwcześnie skończył najgorszy wynalazek, z jakim musi użerać się człowiek pragnący izolacji. Telefon.

Dzwonił Skawiński, mój wydawca. Facet, któremu zawdzięczałem to, że seria przygód o detektyw Lidii Ostrowiec, mój hołd złożony Luizie, doczekała się ekranizacji, a pozostałe książki utrzymywały status bestsellerów.

– Oskar! W trymiga masz być u mnie! – wydał polecenie i się rozłączył.

Próbowałem oddzwonić i zaprotestować, ale nie odebrał. Byłem wściekły, bo nie dość, że przez jego pomysły z bankiecikami i branżowymi rautami mój pobyt w Warszawie przedłużył się o cztery dni, to jeszcze przerwał sen, na który czekałem od dawna. Mimo to kwadrans przed dziesiątą zameldowałem się w szpanerskiej dzielnicy Warszawy.

– Jestem, otwieraj wrota. – Od razu zadzwoniłem do Skawińskiego, żeby wpuścił mnie na podjazd.

Przy murze chroniącym posesję stała kia sedan. Pasowała tu jak pięść do nosa. Za płotem wielka chawira. Współczesny design, urzeczywistnienie wizji szklanych domów. Na podjeździe czarny mercedes eska, porsche carrera i audi S5. Zaparkowałem pomiędzy nimi. Skawiński wyszedł zza rogu, choć spodziewałem się, że przywita mnie w drzwiach wejściowych.

– Komu nie pozwalasz wjeżdżać? Ogrodnikowi czy sprzątaczce? – spytałem na powitanie, wskazując palcem zamykającą się bramę.

Choć współpracowaliśmy od lat, pierwszy raz zobaczyłem go po cywilnemu. Ten wysoki, szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą pozbawioną zmarszczek zawsze pokazywał się w idealnie skrojonych garniturach, z zegarkiem, za którego równowartość dałoby się wyżywić niewielki afrykański kraj. Dziś przywitał mnie w luźnych spodenkach do koszykówki i białej koszulce, na której widniała plama po jakimś jedzeniu.

– Nie czas na pierdoły, Oski. – Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął w kierunku, z którego przyszedł.

Miał przekrwione oczy. Śmierdział. Wczoraj byliśmy na spotkaniu z rekinami odpowiedzialnymi za dystrybucję książek. Ja wypiłem trzy piwa, bo w pensjonacie, w którym mieszkałem, czekał na mnie joint. On pół litra wódki, bo w domu czekała na niego żona, z którą średnio się lubili.

– O co biega? Przyjechali kolesie z Hollywood czy jacyś Chińczycy? – spytałem, próbując mu się wyrwać.

Skawiński cały czas trzymał mnie za rękę i ciągnął, jakbym był niewytresowanym pieskiem, który w każdej chwili może uciec.

– Odpuść, do jasnej cholery – burknął pod nosem i przyspieszył kroku.

Jego zachowanie było dziwne. Zwykle wydzierał się na mnie, rozprawiał o kolejnych sukcesach albo traktował jak kumpla. Dziś spinał się, jakby za chwilę miał ogłosić bankructwo. Ten wielki biznesmen panicznie się czegoś bał. Gdy dotarliśmy na tyły domostwa, szybko się domyśliłem, że stało się coś złego. Przy wielkim stole znajdującym się pod okazałym dachem zasłaniającym olbrzymią altankę siedzieli obok siebie dwaj faceci. Znałem jednego z nich.

– Detektyw Pecyna – od razu przywitałem się z gliniarzem, któremu zawdzięczałem jeszcze więcej niż on mnie.

– Kopę lat. – Pecyna, nie wstając od stołu, podał mi rękę. Postarzał się od naszego ostatniego spotkania. Jego twarz zdawała się bardziej zmęczona, siwe włosy dominowały nad ciemnymi. Mimo to wciąż prezentował nienaganną sylwetkę kulturysty, jak zwykle miał obcisłą marynarkę, spod której wystawała spluwa, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. – Usiądź. – Wskazał miejsce po przeciwnej stronie stołu.

Na stole stały cztery filiżanki z kawą i miska z orzeszkami. Między dwoma mężczyznami leżała biała teczka. Coś tu ewidentnie nie grało. Skawiński, Pecyna… Gdyby tego trzeciego zastąpić moim tatą mieszkającym obecnie w Szwecji albo siostrą Luizy, Melanią, pomyślałbym, że mam problem z ziołem, a to spotkanie to interwencja. Tyle że ten facet prawdopodobnie przyjechał z Pecyną. Znaczyło to, że…

– Pan też z policji? – wypowiedziałem swą obawę na głos.

Gość był niewiele młodszy od Pecyny. Miał wysuniętą szczękę, duży nos, wredny wyraz twarzy, obojętne spojrzenie i resztkę ciemnych włosów, które zaczesał do góry. Chude łapy i zarys piwnego brzucha świadczyły o tym, że zamiast na siłownię woli chodzić do barów.

– Detektyw Masłowski, terror kryminalny – przedstawił się, jakby od niechcenia. Nie podał mi ręki.

Poczułem pot na karku, ciągle stałem jak wryty, nie potrafiąc usiąść. Z nerwów sięgnąłem do kieszeni po papierosa. Natychmiast odpaliłem.

– Terror kryminalny? – spytałem, mocno się zaciągając.

W ciągu swojego trzydziestodwuletniego życia całkiem przypadkowo dorobiłem się statusu seryjnego mordercy. Najpierw pokroiłem szlifierką twarz skurwielowi, który zabił Luizę. Karą był czteroletni pobyt w zakładzie psychiatrii i psychoterapii. Potem udusiłem pierwszy substytut Luizy; porywając drugi, zadźgałem skalpelem dwóch nastolatków, którzy weszli mi w drogę, a później, całkowicie niechcący, zabiłem Martę Makuch, psychiatrę, której szczerze nienawidziłem. Poza akcją ze szlifierką policja nie wiedziała o moich numerach. Dla nich byłem ambitnym pisarzem z tragiczną przeszłością. Mimo to rozmowa z gliniarzami zawsze wzbudzała we mnie niepewność.

– Siadaj, Oskar. – Skawiński znów chwycił mnie za rękę i posadził naprzeciwko gliniarzy. – Mamy poważny problem.

Tego akurat się domyślałem.

– Jesteś zahartowany, pewne rzeczy już cię nie ruszają, więc powiem wprost. – Pecyna poprawił okulary. – Dorota Gajda została zamordowana.

– Co?! – W pierwszym odruchu chciałem wstać, ale Skawiński ciągle trzymał moją rękę.

Dorota Gajda była gwiazdą naszego serialu. Widzowie pokochali ją od pierwszego odcinka. Głównie dzięki niej oglądalność biła rekordy. Każdy lubił popatrzeć na blondynkę ze słodkim, choć nieco tajemniczym wyrazem twarzy, szczupłymi udami, średniej wielkości piersiami i dobrotliwym spojrzeniem opiekunki do dziecka. Zdaniem producentów dziewczyna urodziła się po to, żeby grać Lidię Ostrowiec.

– O kurwa… Jeszcze niedawno byliśmy u niej na imprezie… – Kompletnie zdezorientowany spojrzałem na swojego wydawcę. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem.

Skawiński już wiedział i trawił konsekwencje związane ze śmiercią Doroty. Zauważyłem, że miał podkrążone oczy, zapadnięte policzki, nerwowo poruszał palcami lewej ręki. Nie przejmował się Dorotą, nawet nie zaliczał jej do kategorii ludzi sobie równych. Wiele razy mówił o niej „siksa od roli”. Bał się, bo właśnie stracił kurę, która jeszcze długo mogła mu znosić złote jaja. Serial bez niej tracił na wartości.

– Jest coś jeszcze… – Detektyw Masłowski ociężałym ruchem otworzył teczkę i wyciągnął z niej jakiś dokument. – Zabójca potraktował ją tak. – Dokument był zdjęciem zrobionym na miejscu zbrodni.

Gdy zobaczyłem Dorotę, z wrażenia wyplułem szluga.

2.

– Lalkarz… – wydukałem, gapiąc się na fotografię. – Ktoś odstawił jebanego Lalkarza!

Miałem na myśli moją pierwszą książkę, która przez lata leżała na dysku, zbierając cyfrowy kurz. Napisałem ją jeszcze za życia Luizy. Głównym bohaterem był bankier, alter ego jej ojca, który więził nastolatki w podziemiach swojego domku letniskowego, torturował je, przerabiał tak, żeby wizualnie przypominały lalki, i podrzucał w różnych miejscach. Nie chciałem tego wydawać, nie chciałem, żeby pewne sprawy wyszły na światło dzienne. Ale przez koszmary zacząłem mieć problem z pisaniem. Skawiński naciskał, koniecznie chciał nowy produkt. Żeby wywiązać się z umowy, przerobiłem Lalkarza. Książka od dnia premiery utrzymywała się na topie.

– No właśnie… – Detektyw Masłowski postukał palcem w fotografię. – Ktoś wziął sobie do serca twoje dyrdymały.

Nie mogłem zaprzeczyć.

Dorota Gajda wyglądała niczym autentyczne dzieło Lalkarza z mojej wyobraźni. Leżała na łóżku, twarzą do góry. Lewa powieka była przecięta wzdłuż, a oko podziurawione jak sitko. Na szyi miała cztery rany kłute – trzy po lewej stronie, jedną pośrodku gardła. Ucho było skąpane we krwi. Mój Lalkarz w podobny sposób zabił swoją pierwszą ofiarę. Człowiek, który zamordował Dorotę, zadbał o wszystkie szczegóły. Skórę na jej twarzy pomalował białym lakierem do paznokci, na policzkach zaznaczył różowe rumieńce, czerwonym kolorem przedłużył usta w taki sposób, że wyglądały, jakby dziewczyna była smutna, a pod okiem narysował czarne łzy.

– Jak dobrze znałeś Dorotę Gajdę? – Pecyna przerwał moją analizę zdjęcia, zabrał je i od razu przeszedł do zadawania pytań.

Zastanawiałem się, dlaczego tu jest, skoro z Warszawą nie ma nic wspólnego, i czemu rozmawiamy w ogródku u Skawińskiego zamiast na komendzie.

– Prawie w ogóle – odpowiedziałem natychmiast. – Nie uczestniczyłem w castingach ani w pracach nad serialem. Dorotę poznałem podczas przedpremierowego pokazu. Potem z rzadka wpadaliśmy na siebie.

Gdy dowiedziałem się o ekranizacji, skakałem z radości. Mój związek z trzecią Luizą kwitł, ale zdawałem sobie sprawę, że trzymanie jej w niewoli niesie ze sobą gigantyczne ryzyko. Tymczasem pojawiła się możliwość zdobycia nowej, całkowicie legalnej Luizy. Oczami wyobraźni widziałem siebie na castingach i aspirujące aktorki przeistaczające się dla mnie w Luizę, żeby dostać rolę. Życie szybko zweryfikowało moje wizje.

– Kiedy widziałeś się z nią po raz ostatni? – spytał Masłowski.

Założenie przed nakręceniem serialu było proste. Dajemy szansę tylko nieznanym aktorom, takim, którzy od lat bez skutku próbują się przebić do telewizji. Łowimy najlepszych, bo ci nie będą kojarzyć się widzom z innymi produkcjami i nie wzbudzą uprzedzeń związanych z wypowiedziami dotyczącymi polityki. W ten sposób mieliśmy zyskać ogromną publikę. Główna bohaterka była oczywiście najważniejsza.

Na casting przyszedłem tylko raz. Pierwszego dnia, gdy zaczęło się przedwstępne przesłuchanie do roli Lidii Ostrowiec. Wtedy uświadomiłem sobie, że nawet gdybym znalazł odpowiednią kandydatkę, aktorka stanie się dobrem publicznym, każdy będzie mógł obejrzeć jej wyuzdane fotki wrzucane na Instagram, rzucić okiem na sesje zdjęciowe dla magazynów, podziwiać śmiałe sceny w serialu i ostatecznie fantazjować o niej, a więc pośrednio o Luizie. A przecież Luiza nie była na pokaz, należała tylko do mnie. Olałem więc castingi i pozwoliłem zdecydować producentom. Ci postawili na Dorotę. Wcale nie przypominała mojej ukochanej. Miała ciemniejsze włosy, łagodniejszą twarz, mniejsze piersi i chudsze nogi. Co nie znaczyło, że nie była ładna. Podobała mi się, jak chyba każdemu facetowi.

– Na cocktail party w jej domu. Cztery dni temu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Dorota Gajda urządziła ogrodowe cocktail party z okazji nakręcenia drugiego sezonu Lidii Ostrowiec. Tego dnia miałem wracać na swoją wiochę, ale Skawiński stwierdził, że zaproszenia od głównej aktorki nie mogę nie przyjąć. Wtedy jeszcze nie wspomniał, że zaplanował mi kolejne trzy dni pełne bankietów i spotkań branżowych.

– Spałeś z nią? – Pecyna chyba nie kupił mojej wcześniejszej odpowiedzi. Częściowo miał rację.

Odkąd stosunki z lokatorką podziemnego pokoju uległy zmianie, coraz częściej próbowałem znaleźć dziewczynę w ogóle nieprzypominającą mojej ukochanej. Wydawało mi się, że jeśli znów poczuję coś do obcej kobiety, zatracę się w nowym i nieznanym, moje problemy znikną, a sny staną się lżejsze.

Podjąłem kilka prób. Podczas cocktail party Gajda wyglądała obłędnie. Pokręciła włosy, umalowała się wściekle czerwoną szminką, włożyła dżinsową mini i skąpą koszulkę. W trakcie imprezy wszedłem do domu w poszukiwaniu łazienki. Natknąłem się na Dorotę, gdy wychodziła z kotłowni. Nie wiem, co tam robiła. Kilka lampek wina podziałało na moją wyobraźnię. Staliśmy sami w ciasnym korytarzu. Pogratulowałem jej świetnej roli, ona mnie rewelacyjnych książek i… pocałowałem ją. Tak po prostu, żeby sprawdzić, co się stanie. Dorota odwzajemniła pocałunek. Nie stawiała oporu, kiedy wsadziłem dłoń pod jej spódniczkę. Zachowywała się tak, jakby tylko na to czekała. Zachęcony brnąłem w górę. Poznałem kształt jej uda i skierowałem się ku majtkom. Odchyliłem materiał, zanurzyłem palec w jej wnętrzu. Była zadowolona, bo aż przygryzła mój język. Szybko dołączyłem drugi palec. Nasza pieszczota trwała krótko. Usłyszeliśmy trzask drzwi tarasowych, a potem krzyk jednego z gości. Odskoczyliśmy od siebie. Dorota pocałowała mnie w policzek i pobiegła do ogrodu. Dalej impreza toczyła się zwyczajnym rytmem. Więcej się do niej nie odezwałem. Samo zbliżenie nic nie zmieniło. Tamtej nocy śniłem kolejny parszywy koszmar.

– Przecież już mówiłem, nic mnie z nią nie łączyło! – Dogasiłem papierosa tlącego się na podłodze i sięgnąłem po kolejnego. – W ogóle co to za pytania? Podejrzewacie mnie o coś? Czemu spotykamy się tu, a nie na komendzie? Co pana łączy ze śledztwem? Kiedy Dorota została zamordowana? – poirytowany wystrzeliłem w Pecynę salwą własnych pytań.

– Dobra, Oskar, wierzymy ci. – Pecyna pokręcił głową.

– Mów za siebie! – wtrącił Masłowski. – Czytałem o tobie, Blajer. Morderstwo, pobyt w zakładzie zamkniętym, podejrzenie o zamordowanie doktor Makuch, do tego chujowe książki o psychopatach. Niezłe dossier. – Zagwizdał. – A teraz jeszcze odbierzesz pozwolenie na broń. Ekspacjent psychiatryka będzie sobie latał ze spluwą. Jebie się na tym świecie…

O pozwolenie na spluwę ubiegałem się od dawna. Miałem je odebrać w przyszłym tygodniu. Udało mi się głównie dzięki Pecynie, który poparł moje uzasadnienie do wniosku o realnym zagrożeniu życia i mienia, i opinii doktora Makucha o idealnym stanie zdrowia psychicznego. Makuch, choć nie krył niechęci do mnie, podpisał się pod opinią w zamian za rezygnację z wniesienia pozwu przeciwko klinice po wyczynach jego córeczki, która traktowała mnie jak małpkę doświadczalną.

– Prześwietlił mnie pan, jakbym naprawdę mógł zamordować Dorotę – odrzekłem.

– Gajdę zamordowano przedwczoraj w nocy, masz alibi?

3.

Cokolwiek Masłowski wykminił, i tak mijał się z prawdą. Przedwczorajszą noc spędziłem w łóżku. Było cudownie, bo nic mi się nie śniło. W nagrodę dostałem zajebisty ból głowy i zmęczenie następnego dnia.

– Przedwczoraj wieczorem byłem w Tamce na spotkaniu biznesowym, a w nocy spałem. Pensjonat Kolorowy Sen – podałem nazwę lokum, w którym nocowałem podczas wycieczek do Warszawy. Hotelik znajdował się na odludziu, właścicielka była stara, nie czytała moich książek i nie próbowała się spoufalać. – Szefowa widziała, jak wracałem. Może pan sprawdzić. Zaproponowałbym sprawdzenie GPS-u w moim samochodzie, ale tak się składa, że nie posiadam. – Kupując wypasioną alfę, zaoszczędziłem na systemie nawigacyjnym. – Zostaje moja komórka, ale w niej bez nakazu grzebać nie pozwolę. To prawie tak, jakbym pozwolił wam włożyć ręce w swoje gacie.

– Spokojnie, Oskar, nikt nie będzie cię sprawdzał. – Pecyna stanął w mojej obronie. Spotkanie miało charakter przesłuchania, tylko w przyjemnej scenerii, gdzie człowiek staje się mniej czujny. – A jeśli chodzi o odpowiedź na twoje kolejne pytanie, detektyw Masłowski poprosił mnie o pomoc w tej sprawie. Znamy się ze szkoleń, a wie, że mam pewne… doświadczenie dotyczące specyficznych morderstw.

– Tobie też nie brakuje doświadczeń, Blajer – rzucił Masłowski.

– Rozmawiamy tutaj, bo tak jest wygodnie, a pan Masłowski i ja znamy się od pewnego czasu – Skawiński włączył się do dyskusji. – Jego zięć pracuje w moim wydawnictwie – dodał z dumą. – Więc najpierw przyjechał do mnie, porozmawialiśmy i postanowiliśmy cię ściągnąć. Gwoli ścisłości, ostatni raz wspólnie z Oskarem widzieliśmy Gajdę żywą przedwczoraj, właśnie w restauracji Tamka.

Faktycznie natknęliśmy się na nią, wchodząc do knajpy. Dorota wychodziła, ja udałem, że jej nie widzę. Było mi wstyd, bo zignorowałem ją po zajściu na imprezie.

– Przywitałem się z nią, spytałem, co słychać. Oskar schował łeb w telefon. Mógł jej nie zauważyć. Dorota powiedziała, że wpadła na szybką sałatkę i wraca do domu. Tyle – dokończył swoją relację wydawca.

– Nie rozumiem, czemu aż tak was interesują moje stosunki z Gajdą? – spytałem, bo coś musiało być na rzeczy.

– Analiza telefonu Gajdy wykazała, że przed śmiercią ostro zagłębiła się w twój fanpage. Prawdopodobnie przeglądała go tuż przed pojawieniem się zabójcy, bo nawet nie wylogowała się z Fejsa – wyjaśnił Masłowski. – Wcześniej kilka razy wpisywała twoje nazwisko w Google’u. Kopia robocza ostatniego maila ma tytuł „stalkniesz mi go?”, nie ma treści, ale chciała go wysłać do swojej agentki. Próbujemy ustalić, co mieliście do siebie. Szukamy punktu zaczepienia.

– Nie wiem, może wpadłem jej w oko.

Status sławnego pisarza połączony z dziecięcymi rysami twarzy, gęstymi włosami koloru zabrudzonej opony i klata wyrzeźbiona podczas biegów z czterdziestokilogramowymi kłodami działały na kobiety. Aktorki nie stanowiły wyjątku.

– Może… – westchnął Pecyna. – Ten, kto zamordował Dorotę, dobrze się do tego przygotował. Zanim ją zaatakował, odłączył prąd, musiał wziąć ze sobą odpowiednią ilość lakieru do paznokci, do domu dostał się przez okno tarasowe w jej sypialni. Przeciął je nożem olejowym.

Na myśl o tym urządzeniu przeszły mnie ciarki. Kobra korzystał z niego, włamując się do domów ofiar, w tym do mieszkania mamy; sam używałem go, polując na Luizy, a Lalkarz z mojej powieści też go wykorzystywał.

– Podejrzewacie kogoś? Ale tak serio? – spytałem trochę z obowiązku. Gdyby mieli prawdziwego podejrzanego, nie rozmawialibyśmy przecież.

– Zrobił to jakiś pojeb – stwierdził zdecydowanie Masłowski. – Mógł być jej fanem, antyfanem, hejterem albo zwykłym napaleńcem z trudnym dzieciństwem. Ewentualnie kolesiem fanatycznie zakochanym w twoich książkach. Jedno jest pewne – Lalkarza ma w małym palcu. Nawet jeśli nie zabiłeś Gajdy, zainspirowałeś zabójcę, Oskarze. Możesz być z siebie dumny. – Nie krył ironii.

– Hipotez jest mnóstwo. Dowodów zero – powiedział Pecyna. – Skurwiel nie zostawił ani jednego włoska. W domu denatki zdjęliśmy trochę odcisków, pewnie należą do towarzystwa z cocktail party. Ciągle próbujemy rozszyfrować narzędzie zbrodni. Szperamy, szukamy…

– Skalpel – wszedłem mu w słowo. – Lalkarz zabijał skalpelem.

– To nie skalpel. – Detektyw pokręcił głową. – Prędzej jakieś narzędzie zakończone ostrym szpikulcem. Nasi ludzie nad tym pracują. Zaczynamy też grzebać w cyfrowym świecie Gajdy. Hakerzy ślęczą nad komórką. Może upublicznienie informacji o jej śmierci coś zmieni.

– Właśnie! Kiedy zamierzacie upublicznić tę informację? Nie uda wam się utrzymać tego w tajemnicy – wtrącił Skawiński. – Wiadomość o zabójstwie wschodzącej gwiazdy polskiego filmu wywoła gównoburzę na niespotykaną dotąd skalę. Chcę być odpowiednio przygotowany. – Jak zwykle myślał o interesach. – Pewnie będzie wielka żałoba, polecą dodruki panny Ostrowiec, potem czeka nas rychły koniec serialu. O ile nie przekonam producentów do obsadzenia nowej aktorki.

– Marian, serio? – Zniesmaczony zgasiłem szluga na jego drogocennej podłodze.

– Co się burzysz? Biznes nie zna skrupułów – stwierdził lakonicznie.

– Jesteśmy w stałym kontakcie z rodzicami Doroty, którzy, co oczywiste, są załamani, zdają się na nas. Jutro planujemy zwołać konferencję prasową, nie podamy żadnych szczegółów dotyczących morderstwa. Nie chcemy, żeby luzie wiedzieli, że Dorota zaczęła karierę jako odtwórczyni twojej topowej postaci, a skończyła jak jedna z tych drugoplanowych…

Wizja Masłowskiego bardzo mi się podobała. Ostatnim, czego chciałem, byli dociekliwi dziennikarze próbujący poznać moją opinię na temat zabójcy wzorującym się na Lalkarzu.

– Całe szczęście znalazła ją Jessica Jablonsky. Inteligentna babka, wiedziała, że należy wezwać policję i trzymać gębę na kłódkę. Inaczej medialna sraczka już lałaby nam się na głowy. – Skawiński jako jedyny potrafił w śmierci Doroty odnaleźć element szczęścia.

– Sprawa będzie głośna na całą Polskę, presja olbrzymia, ale złapiemy skurwiela – obiecał Pecyna.

– Po cichu liczyłem, że coś was łączyło i podsuniesz mi jakiś trop. Ale nie wszystko stracone – dodał Masłowski. – Dzisiaj o siedemnastej masz spotkanie autorskie w rodzinnym mieście.

Przytaknąłem.

– Ponieważ oficjalnie Dorota Gajda wciąż chodzi bezpiecznie po ziemi, a o tragedii wie zaledwie kilka osób, nie będziemy go odwoływać.

– Zrobimy tak… – Pecyna przejął pałeczkę. – Kupisz sobie ładny notatnik, powiesz czytelnikom, że chcesz mieć pamiątkę z tego spotkania i każdy, kto podejdzie po twój autograf, w rewanżu za dedykację wpisze ci się do notatnika.

– Każdy na osobnej stronie, to ważne – powiedział Masłowski.

– Dokładnie! Musisz pilnować, żeby przewracali strony i dotykali papieru. Na spotkanie przyjdzie kilku moich ludzi. Będą obserwować czytelników. Ci, którzy wydadzą im się podejrzani, dostaną ogon. Najbardziej zależy nam na tym, żeby każdy, kto weźmie udział w spotkaniu, zostawił swoje paluchy na notatniku. Liczymy na fart, może pokryją się z odciskami zdjętymi w domu Gajdy.

– Żeby sprawa nie wyglądała podejrzanie, walniemy jakiś marketingowy szajs – Skawiński podłączył się do dyskusji. – Powiemy, że wylosujemy pięć osób spośród tych, które się wpisały, i damy im całą serię Lidii Ostrowiec.

– Świetny pomysł! Jeśli odciski się pokryją, w łatwy sposób zdobędziemy dane mordercy. – Pecyna był szczerze zadowolony z pomysłu mojego wydawcy.

– Sądzicie, że zabójca przyjdzie na moje spotkanie autorskie? Świadom, że zatajacie śmierć Doroty? Przecież to z daleka wygląda na perfidną zasadzkę!

Taktyka gliniarzy zalatywała desperacją. Ale przynajmniej wiedziałem, czemu naprawdę chcieli się ze mną spotkać.

– Pomyśl chwilę, Oskar. – Pecyna nachylił się nad stołem i zdjął okulary. W jego oczach dostrzegłem jedno – zmęczenie. – Jesteś mordercą. Zabiłeś kobietę dokładnie według instrukcji udzielonych przez człowieka, którego dzieło cię zainspirowało. Przez lata szukałeś impulsu, który doda ci odwagi. Czytałeś o różnych zabójstwach, ale nic nie dało ci wyraźnego sygnału do działania. I nagle dostałeś Lalkarza. Olśnienie, instrukcję obsługi. Czułeś się jak główny bohater powieści. Zabiłeś aktorkę z ekranizacji innej powieści. Zupełnie jakbyś je łączył, dawał im wspólny, zbrodniczy mianownik. Nie chciałbyś po wszystkim spojrzeć swojemu idolowi w oczy i poczuć wyższości? Bo przecież ty zabiłeś, a on tylko o tym pisze.

– Brzmi paskudnie. – Nie znalazłem lepszego komentarza do makabrycznej wkrętki Pecyny.

– Bo jest paskudne. – Masłowski wstał. Pecyna równo z nim. – I wielce prawdopodobne, że ten czubek się pojawi. Tacy ludzie często popełniają głupie błędy, byle napompować swoje narcystyczne ego. Bądź w Empiku pół godziny przed spotkaniem. Jeden z moich ludzi podejdzie do ciebie. Hasło: Lolita.

– Oryginalnie jak cholera.

– Trafimy do wyjścia – oznajmił Pecyna, gdy Skawiński wstał, żeby ich odprowadzić.

– Do widzenia, panowie. – Mój wydawca usiadł z powrotem i nacisnął guzik na pilocie otwierającym bramę.

– Jesteśmy w kontakcie, Oskar. – Kiedy Pecyna ściskał mi dłoń, Masłowski był już w drodze do bramy.

– Marian, uprzedź mnie, jeśli następnym razem będziesz chciał wyprowadzić nasze psy na spacer – powiedziałem do Skawińskiego, kiedy gliniarze się oddalili.

– Nie mogłem nic zrobić. Jak dzwoniłem, stali obok mnie. – Sięgnął po filiżankę z kawą. Przez całe spotkanie nikt nie ruszył napojów.

– Chujnia z tą Dorotą. – Po moich słowach na moment wkradła się niezręczna cisza.

– Zasuwaj do siebie i spraw się na spotkaniu – przerwał ją Skawiński. – Ja muszę wymyślić gadkę dla mediów i bajerę dla producentów. Szykuje się ciężki okres… – Poklepał mnie po ramieniu. – Brama otwarta, zanim wyjdziesz, posprzątaj swoje kiepy z podłogi. – W ten sposób zakończył audiencję. Niechętnie zwlokłem tyłek i poszedłem do auta. Kiepów nie ruszyłem.

4.

Czy misterny plan Pecyny się powiódł? Być może. Na spotkaniu autorskim stawiła się cała masa potencjalnych świrów. Wszyscy ochoczo wpisywali mi się do notatnika, zostawiając ślady paluchów na czystych kartkach. Niektórzy używali ksywek z sieci, inni imion, a jeszcze inni imion i nazwisk. Sam nie przyglądałem się tym ludziom. Przez lata zdążyłem się przekonać, że nie istnieje coś takiego jak „wygląd mordercy”. Kobra był zwykłym pracownikiem Urzędu Skarbowego, Łowca Nimfetek zarobionym tatuśkiem z przedmieść, jego wspólnik też nie wyglądał na czubka. Ja również nie miałem twarzy świadczącej o tym, że zabiłem pięć osób…

Po spotkaniu zostawiłem glinom notatnik i mogłem wrócić do swoich spraw. Najpierw pokręciłem się chwilę po mieście. Choć teoretycznie o nic nie byłem podejrzany, nie ufałem Masłowskiemu. Mógł prewencyjnie przykleić mi ogon. Dopiero kiedy upewniłem się, że nie jestem śledzony, pojechałem na zakupy.

Najczęściej zaopatrywałem się w pustawym Tesco na wschodnich obrzeżach miasta. Prawie dwadzieścia kilometrów od domu, choć znacznie bliżej miałem do kilku dyskontów. Zawsze płaciłem gotówką. Może była to oznaka lekkiej paranoi, ale kiedy robiło się rzeczy takie jak ja, należało być zabezpieczonym w każdy sposób. Samotny facet mieszkający na zadupiu raczej nie kupuje co tydzień sporego zapasu serów, paczkowanej szynki, bananów, jabłek, mrożonych warzyw, czterech chlebów i sześciu zgrzewek wody mineralnej. Ani tym bardziej kilku paczek plastikowych sztućców. Takie zakupy robili ludzie posiadający rodziny lub przynajmniej mieszkający we dwójkę, w dodatku często organizujący grille. Dlatego wolałem jeździć do dużego sklepu z niewielką ilością klientów. Bieżące braki uzupełniałem w wiejskim warzywniaku niedaleko mojego domu. Tam też płaciłem gotówką.

Dzisiaj zwiększyłem ilość kupowanych produktów. Poprzednie zapasy musiały się skończyć kilka dni temu, bo nie zakładałem, że pobyt w Warszawie się przedłuży. Zabójstwo Doroty Gajdy mogło spowodować częstsze, nieplanowane wycieczki do stolicy. Wolałem się zabezpieczyć. Chodząc między alejkami, odruchowo skierowałem się do regału, na którym wystawione były książki.

Choć moje dzieła zapewniały mi wygodne życie, żadne z nich sprzedażowo nie mogło się równać z czterema książkami ustawionymi w centralnym punkcie regału. Książki te sprzedały się w ponad milionowym nakładzie, zostały przetłumaczone na angielski, a kontrakt na ekranizację zapewniła sobie duża wytwórnia z Hollywood. Oficjalnie autorką była tajemnicza kobieta o pseudonimie 69.Lure, czyli Wabik. W rzeczywistości napisała tylko ostatnią powieść, najsłabszą ze wszystkich. Pozostałe były moje.

Tylko ja, Skawiński i Urząd Skarbowy znaliśmy prawdziwą tożsamość pseudoautorki. Seria erotyczna była ceną, jaką zapłaciłem Melanii Ostrowskiej za alibi, którego udzieliła mi na noc morderstwa Marty Makuch. Dzięki mnie siostra Luizy zarobiła miliony i mogła cieszyć się anonimowością. Dostała to, co sam chciałbym mieć. W tamtym czasie nasze relacje były specyficzne. W noc zabicia Marty przespałem się z Melą, odkrywając niezwykłe zjawisko. Choć z wyglądu w ogóle nie przypominała Luizy, to pachniała i smakowała identycznie jak siostra. Niebezpiecznie mąciła moje zmysły, więc później trzymałem ją na dystans. Niedawno wyjechała z Polski zażywać luksusowego życia w ciepłych krajach i nasz kontakt całkowicie się urwał.

Wspominając dawne czasy, sięgnąłem po Grzesznicę, trzecią część serii 69.Lure. Przekartkowałem powieść, przypominając sobie naszą wspólną noc. Smak Melanii, namalowany przez nią obraz przedstawiający dwójkę kochanków, błysk w jej oczach, gdy powiedziała, że na obrazie jesteśmy my, i jej matkę nakrywającą nas w kulminacyjnym momencie. Matkę obwiniającą mnie o śmierć Luizy, matkę nienawidzącą mnie jeszcze bardziej za romans z drugą córką…

– Niezła opowiastka, ale raczej nie w męskim stylu. – Subtelny kobiecy głos wyrwał mnie z zamyślenia. – Bardziej poleciłabym ci to. – Przed moją twarzą pojawiła się wątła dłoń, której palec wskazujący, zakończony długim paznokciem pomalowanym na czerwono, pokazał jakąś amerykańską powieść na niższej półce. – Zdecydowanie więcej akcji.

Obróciłem się w prawo, podążając wzrokiem wzdłuż ręki. Należała do młodej kobiety o niesamowitej figurze. Klasyczna klepsydra z szerokimi biodrami, wąską talią i pełnymi piersiami. Swoje atuty podkreślała szarą, obcisłą sukienką, która zaczynała się pod samą szyją, a kończyła na wysokości kolan. Dziewczyna miała gołe nogi, a na stopach tenisówki. Kusząca elegancja doprawiona szczyptą sportowego sznytu. Ponadczasowy styl – jakże podobny do stylu Luizy.

– Dzięki za radę, przemyślę to jeszcze. – Z trudem zdobyłem się na odpowiedź.

Prawdziwy ogień rozpalił mój mózg, omal go nie roztapiając, kiedy spojrzałem na twarz dziewczyny. Delikatne rysy, nieduże usta układające się w lekko wulgarny kształt. Platynowe włosy, które opadały na prawe ramię, i to, co najpiękniejsze – turkusowe oczy. Takie same jak te, które śniły mi się co noc. Zwykle widziałem w nich ból i cierpienie. Teraz zdawały się patrzeć na mnie z zainteresowaniem.

– Nie ma za co. – Dziewczyna chwyciła książkę Melanii i wyrwała mi ją z ręki. Nie było to trudne, bo zwiotczałem, jakby dopadła mnie nużliwość mięśni. – Uratowałam cię od dziesiątek scen odrealnionego seksu.

– Wolę realny – stwierdziłem i nie odrywając od niej wzroku, sięgnąłem po powieść, którą wskazała, po czym machinalnym ruchem wrzuciłem ją do wózka z zakupami.

– Ja też – odpowiedziała z uśmiechem. – Jestem Luiza. – Wyciągnęła do mnie swoją dłoń.

Kurwa! Tego było za wiele! Dostałem gęsiej skórki, zakręciło mi się w głowie. Jakimś cudem uścisnąłem rękę dziewczyny. Gdy ją puściłem, moja dłoń zrobiła się mokra, jakbym zanurzył ją w rzece.

– Oskar – starałem się brzmieć luźno i naturalnie, ale chyba bliżej mi było do głosu zestresowanego nastolatka. – Lubisz książki? – walnąłem z automatu.

– Niedawno zaczęłam i szybko nadrabiam zaległości. – Uśmiechnęła się, odgarniając włosy z ramienia. Widok był niesamowity. – 69.Lure jest fajna, ale trochę zbyt wyuzdana. Chyba nie dojrzałam do takiej literatury. – Zarumieniła się.

Przed oczami zobaczyłem kolorowe plamki, musiałem oprzeć się o wózek z zakupami, żeby utrzymać równowagę.

– Wszystko w porządku? – spytała, widząc mój pogarszający się stan. Tego nie dało się ukryć.

– Tak, miałem ciężki dzień – użyłem prostej wymówki.

– Wszyscy czasem je miewamy. – Niespodziewanie dotknęła zewnętrznej strony mojej dłoni. – Co powiesz na kawę w knajpce? Moglibyśmy wymienić się ulubionymi tytułami.

Jej propozycja była irracjonalna. Wypowiedziała ją tak beztrosko, jakby wiedziała, że będzie mnie kokietować, jeszcze zanim podeszła.

– Chętnie, ale mam trochę obowiązków. – Nie było szans, żebym teraz gdzieś z nią poszedł. Musiałem ochłonąć, zebrać myśli, bo to, co widziałem, było przegięciem.

– Jest ósma wieczór. Jakie obowiązki? Karmienie kota? – Wbiła wzrok w wózek z zakupami. – Poprawka, prędzej tygrysa albo lwa, którego nauczyłeś jeść plastikowymi widelczykami. – Wiele nie minęła się z prawdą. – Może masz kogoś, a ja właśnie robię z siebie idiotkę, proponując ci szybką i spontaniczną randkę? – Spojrzała na sufit, niby speszona. Według mnie w ogóle się nie peszyła.

– Nie mam nikogo, lubię kupować jedzenie na zapas. Efekt dużej zamrażarki. A sztućce wziąłem profilaktycznie. Kiedyś zepsuła mi się zmywarka, teraz wolę być zabezpieczony. – Zmusiłem się do sztucznego śmiechu. – Wzywają mnie sprawy zawodowe. Parszywy deadline – dodałem, licząc, że zrozumie. – Zostaw mi namiar, chętnie wyskoczę na kawę i wymienię się ulubionymi tytułami. Kiedy zechcesz, choćby jutro.

Jutro miał nastąpić wielki wybuch związany ze śmiercią Doroty Gajdy, ale ja nie byłem Skawińskim, mogłem wylogować się z sieci i odciąć od gównoburzy. Ta dziewczyna stanowiła żywy dowód na to, że po każdej burzy wychodzi słońce.

– Jutro nie mogę. A namiary to ty mi zostawisz, może się odezwę. Pierwszą szansę zmarnowałeś. – Perfidnie oblizała usta.

– Widzę, że lubisz mieć kontrolę. – Szok mijał, zaczynałem myśleć logicznie. – Oskar Blajer, wpisz sobie moje nazwisko w Google. – Nie chciałem zostawiać jej numeru. – Z łatwością mnie znajdziesz.

– Ooo, pan chwalipięta. – Schyliła się za siebie. Dopiero teraz zauważyłem czerwony koszyk stojący za jej plecami. Zrobiła skromne zakupy. Jakiś żel pod prysznic, jednorazowa maszynka, paczka rukoli. Na samym wierzchu leżała nieduża torebka, z której wyjęła telefon. – Oskar Blajer, zapisałam. W wolnej chwili sprawdzę, czym zasłużyłeś sobie na miejsce w Google’u. Jeśli mnie zaintrygujesz, może do ciebie napiszę. Udanej lektury. – Odwróciła się i poszła wzdłuż alejki, perfidnie kręcąc zgrabnym tyłkiem.

– Co to było…? – spytałem samego siebie. Kilka minut z tą dziewczyną i czułem się, jakby ktoś wrzucił mój mózg do pralki. – Luiza… – wyszeptałem pod nosem.

Czy to możliwe, że odnalazłem ukochaną?

Odkąd zaczęły nawiedzać mnie koszmary, oprócz prób zbliżenia się do normalnych dziewczyn ciągle rozglądałem się za nową Luizą. Taką, która byłaby tylko moja i zamieszkała ze mną w swoim pokoju. Czułem, że zmiana uczyni mnie szczęśliwym, a koszmary znikną. W tym celu, zupełnie jak kiedyś, przeglądałem instagramowe profile pięknych blondynek, ale nie czułem tej dzikiej ekscytacji. W końcu doszedłem do wniosku, że prawdziwą Luizę mogę spotkać tylko przypadkiem. Tak jak poznaje się dziewczynę w prawdziwym życiu. Tak jak było z ostatnią, którą porwałem w ciemną noc bezpośrednio z ulicy. Zanim się zepsuła, dała mi mnóstwo szczęścia.

Świeżo poznana dziewczyna wyglądała jak żywa kopia mojej ukochanej. Najchętniej poszedłbym teraz za nią, śledził ją, wyczekał na odpowiedni moment, wsadził do bagażnika i zawiózł do siebie. Nawet nie musiałbym zmieniać jej imienia. Tyle że nic o niej nie wiedziałem, nie miałem pojęcia, kim jest ani kto mógłby jej szukać. Dodatkowo Tesco nafaszerowane było monitoringiem. Celowo kazałem jej wygooglować moje nazwisko. Fanpage Oskara Blajera dostawał mnóstwo wiadomości, na jej może nawet nie musiałbym odpisywać. Jeśli dziewczyna lubiła social media, wystarczyło dobrze prześwietlić jej konto i przygotować porwanie. Miałem w tym spore doświadczenie. Wiedziałem, że prędzej czy później się odezwie. Niedawno polubiła książki. Sławny pisarz, ekranizacje Lidii Ostrowiec, tragiczna śmierć Doroty Gajdy… Nie było szans, żeby sobie odpuściła.

Prosto z Tesco pojechałem do siebie. W garażu wyciągnąłem najpilniejsze rzeczy z bagażnika. Chleb, ser, szynkę, banany i zgrzewkę wody. Podszedłem do masywnej szafy z narzędziami ustawionej przy ścianie. Odnalazłem dźwignię ukrytą we wnęce między szafą a ścianą i pociągnąłem. Szafa przesunęła się na specjalnej prowadnicy. Za nią znajdowały się pancerne drzwi. Przyłożyłem palec do skanera linii papilarnych nad klamką. Drzwi stanęły otworem. Podniosłem zakupy i choć wcale nie miałem ochoty, zszedłem na dół nakarmić moje zwierzątko.

5.

– Już jestem! – oznajmiłem, wchodząc do podziemnego pokoju.

Dziewczyna leżała na łóżku znajdującym się pod ścianą naprzeciwko schodów. Na lewej łydce miała zapięty łańcuch, którego drugą końcówkę zabetonowałem w podłodze. Łańcuch pozwalał jej poruszać się po całym pomieszczeniu. Wyjeżdżając, planowałem wrócić w ciągu siedmiu dni. Na tyle też zostawiłem jej jedzenia. Raczej nie oszczędzała porcji, bo zawsze wracałem o czasie. Tym razem bardzo się spóźniłem.

– Oskar… – wymamrotała moje imię, powoli wstając. – Bałam się, że chcesz mnie zagłodzić.

Jeszcze kilka miesięcy temu z pasją trenowała na orbitreku stojącym przy łóżku, teraz go nie ruszała, więc ciągle chudła. Jej nogi i brzuch wyglądały coraz gorzej, jak u zawodowej modelki. Dawniej lubiła nakładać makijaż i układać wymyślne fryzury. Teraz z łatwością mogłem zauważyć sińce pod oczami, zmarszczki i krosty, których pojawiało się coraz więcej. Jej włosy też straciły swój urok. Dziewczyna nie pilnowała utrzymywania odpowiedniej barwy, brak słońca dołożył swoje. Zaczynała przypominać jasną szatynkę zamiast ciemnej blondynki.

W pokoju miała garderobę, lodówkę, kabinę prysznicową, stolik, a także komputer pozbawiony dostępu do Internetu. Jedna z szafek w garderobie pełna była gadżetów erotycznych. Nieużywanych, odkąd wywinęła mi perfidny numer.

– Nie zagłodziłbym cię, Effie. Nie jestem sadystą.

Kiedyś zastępowała Luizę, teraz nic nie znaczyła. Problem polegał na tym, że nie mogłem się jej pozbyć. W przeciwieństwie do Kobry czy Łowcy Nimfetek nie byłem zimnokrwistym mordercą.

Gdybym się przemógł i zabił Effie, zostałbym w małej chatce na zadupiu kompletnie sam. Raz już tak było i omal nie zwariowałem. Ubierałem się w ciuchy Luizy. Doszło do tego, że wkładałem nawet stringi i staniki! Chodziłem w nich całymi dniami, wyobrażając sobie, że Luiza jest ze mną. Wieczorami masturbowałem się, nie ściągając tych ubrań. Brzydziłem się wychodzenia z domu, bo na zewnątrz musiałem wyglądać i zachowywać się normalnie. Szaleństwo trwało kilka miesięcy. Otrzeźwienie przyszło z trudem.

– Proszę cię… – Usiadła na łóżku. Oparła się plecami o stelaż. – Mogę znów być Luiz… – Jedno gniewne spojrzenie rzucone w jej kierunku wystarczyło, żeby ugryzła się w język.

Dawno przestała być Luizą. Kiedyś jej tożsamość w ogóle mnie nie interesowała. W mediach nie pojawiła się choćby wzmianka o zaginionej dziewczynie okraszona zdjęciem jej twarzy. Niewiedza o jej pochodzeniu pomogła mi stworzyć idealny obraz Luizy. Potem stało się to, co się stało, dostałem szału i wydusiłem z niej wszystko. Miała na imię Elwira, znajomi nazywali ją Effie. Była córką małżeństwa uzależnionych od cracku debili. Po skończeniu ogólniaka uciekła z chłopakiem, podobnym debilem, do Warszawy, żeby tworzyć muzykę. Chłopak szybko poszedł w dragi, zaczął sypiać z innymi panienkami. Effie została sama. Zgarnąłem ją przypadkowo, w środku nocy z zadupia większego niż moje. Dla świata zewnętrznego Effie była nic nieznaczącym chwastem. U mnie żyła jak księżniczka. Do czasu.

– Nie testuj mojej cierpliwości – zagroziłem. Effie nie wolno było używać imienia Luizy.

Stanąłem przed łóżkiem. Dziewczyna wyciągnęła szyję. Liczyła, że będę chciał ją pocałować. Ciągle robiła podchody, próbowała mnie uwieść. Nawet teraz, choć głodna, czekała w kusej miniówce i topie zasłaniającym niewielki fragment cycków. Nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle wrócę, a mimo to była gotowa. Znalazłbym w tym jakąś logikę, gdyby Effie dalej dbała o siebie. Ale ostatnio przestała, jakby wyczerpała się jej motywacja. Dawniej nasz seks był niesamowity. Używaliśmy gadżetów, odurzaliśmy się ziołem, żeby zwiększyć doznania, eksperymentowaliśmy. Miałem Luizę i byłem szczęśliwy. Jeden jej wybryk przekreślił wszystko. Tamtego dnia rozpoczął się mój koszmarny maraton przerażających snów. Effie odpowiadała za ten stan rzeczy.

– Ja naprawdę nie zrobiłam tego celowo. Ile razy mam ci powtarzać? – Rozsunęła lekko nogi, licząc, że to coś zmieni.

Nie zmieniło.

– Wybacz, ale nie wierzę. – Rzuciłem jedzenie na łóżko, zgrzewkę wody postawiłem obok, na podłodze.

Effie zaatakowała żarcie. Kiedyś razem mieszkaliśmy w tym pokoju. Było jak w bajce, kontynuowałem swój przedwcześnie zakończony związek z Luizą. Wychodziłem po jedzenie, załatwiać sprawy biznesowe albo żeby skorzystać z Internetu. Obecnie rzadko ją odwiedzałem. Effie została sama z niezmienianym zestawem książek, filmów i muzyki. Dawniej mogła liczyć na nowości, ciągle dostarczałem jej książki, zgrywałem filmy na dysk, kupowałem płyty. Ona w rewanżu pomagała mi w pisaniu. Obecnie karałem ją monotonią. Nie dostawała też szlugów i alkoholu. Miała cierpieć na sucho.

– Jak moje maleństwa? – spytałem pałaszującą banana dziewczynę. Sam, choć byłem głodny, nie tknąłem jedzenia. Towarzystwo podczas posiłku mi nie odpowiadało.

– Podlewałam wedle zaleceń. Wodą spod prysznica, którą sama też musiałam pić – wyjaśniła z pełną buzią. – Mamy fazę kwitnienia, więc zapodałam po litrze, dwa razy, odkąd wyjechałeś.

– Dobrze – pochwaliłem ją. Prysznic ustawiony był tak, że zawsze leciała z niego letnia woda, co służyło mojemu projektowi.

– Światło gaszone co dwanaście godzin. Przyłożyłam się.

W lewym rogu pomieszczenia wydzieliłem niewielką przestrzeń oddzieloną od reszty szklaną szybą. Szyba sięgała do sufitu, jej ściany były pokryte foylonem. Na suficie zamontowałem specjalny panel led do uprawy i doświetlania roślin. Stanąłem przed szybą, chwyciłem za gałkę i otworzyłem część, która służyła za drzwi.

– Znakomicie – powiedziałem, zaciągnąwszy się zapachem. – Topki rosną. – Już sam zapach w tym niewielkim pomieszczeniu był w stanie odurzyć.

Odkąd wyjechała Melania, straciłem stały dostęp do zioła. Innych źródeł nie miałem, a nie chciałem wypytywać ludzi. Pojechałem więc na szybką wycieczkę do Czech i kupiłem spory zapas ziaren marihuany. Potem wybudowałem to pomieszczenie.

– Jeszcze tydzień, dwa i będzie można suszyć. – Zamknąłem drzwi do mojej hodowli. Dotąd wyhodowałem dwa drzewka. Susz z pierwszego skończył się w Warszawie. Tam też zadebiutowało drugie.

– Dołączysz do mnie? – spytała, klepiąc wolny fragment dużego łóżka. – Tak dawno razem nie jedliśmy.

– Nie mam ochoty. – Nakarmiłem swoje zwierzątko, sprawdziłem stan drzewek, chciałem jak najszybciej iść na górę.

– Oskar, proszę! – Doładowana kaloriami Effie zeskoczyła z łóżka. Podbiegła do mnie, potykając się o własne nogi. Łańcuch brzęczał, trąc o podłogę. – Porozmawiaj ze mną! Opowiedz mi, czemu tak długo cię nie było… – Złapała mnie za rękę. – Coś się stało?

– Zostaw! – Odepchnąłem ją jak namolnego handlarza na egipskim bazarze. – Masz jedzenie i picie. Nic więcej nie potrzebujesz.

– Potrzebuję ciebie! – brzmiała żałośnie. Kawałki żarcia wystrzeliły z jej ust prosto na moją koszulkę. – Może wyjdziemy na spacer? – Posłała mi słodkie spojrzenie, które kiedyś tak na mnie działało. Jej turkusowe tęczówki były jedynym, co nadal kojarzyło mi się z Luizą. – Już zapomniałam, jak to jest… – Swego czasu namówiła mnie na spacery. Pozwalałem jej wychodzić raz na kilka tygodni. Nie widziałem w tym nic złego. – Oskar…

– Daj spokój. – Cofnąłem się o krok.

– Oskar! Nie zostawiaj mnie tu samej! Błagam! Potrzebuję cię! – darła się wniebogłosy. – Ile jeszcze muszę to znosić?! Popełniłam błąd, zgoda. Ale, kurwa mać, karzesz mnie już sześć miesięcy… – Padła na kolana. – Jest ze mną coraz gorzej. Nie mam ochoty na ruch, nie dbam o siebie, coś się dzieje z moją głową. Wczoraj wyobrażałam sobie, że tu jesteś, i toczyłam z tobą rozmowę. – Z jej pięknych oczu popłynęły łzy.

– Trzeba było myśleć wcześniej. – Odwróciłem się do niej tyłem i wszedłem na schody.

– Oskar, nie! Nie chcę tu być! Nie sama! – Rzuciła się za mną, ale łańcuch ją powstrzymał. – Oskaaarrr! – Kiedy zamknąłem drzwi dźwiękoszczelnego pokoju, żałosne ujadanie Effie w końcu ustało.

Z garażu poszedłem do mojego małego domku. Miał jeden pokój, w którym znajdowała się sypialnia połączona z gabinetem, a także kuchnię, przedpokój i łazienkę. Domek na wsi, w okolicy zamieszkałej przez pokolenie z lat czterdziestych. Budynek był gabarytowo podobny do tego, w którym wychowywał się Łowca Nimfetek, i do tego, w którym jego wspólnik zamordował Luizę. Miejsce idealne dla samotników z mrocznymi sekretami.

Zjadłem kanapki, położyłem laptopa na łóżku, obok jedyną fotkę ukochanej, jaką trzymałem na wierzchu, i zabrałem się za poszukiwania. Cel był oczywisty.

Zacząłem od swojego fanpage’a. Po cichu liczyłem, że już mnie wygooglowała i zaintrygowana wysłała wiadomość. Nic z tego. Miałem czterdzieści nieodebranych wiadomości, żadna nie pochodziła od dziewczyny imieniem Luiza. Potem zajrzałem na autorski mail, też nic. Zacząłem przeglądać Facebooka według hasła „Luiza” i nazwy mojego miasta. Wyskoczyło dwanaście profili. Zdjęcia przedstawiały starsze panie lub jakieś gówniary. Wierzyć mi się nie chciało, że taka laska nie ma swojego Fejsa! Nie licząc na wiele, sprawdziłem Instagram. Też nic. Spróbowałem wbić to samo hasło w Google. Próba nie przyniosła żadnych rezultatów, a kosztowała sporo bólu. Dominowały archiwalne artykuły o Luizie O., córce seryjnego mordercy, która sama została zamordowana.

Szybki przegląd starych artykułów był niczym nóż wbity w moje serce. Minęło dziewięć lat, a ja ciągle nie umiałem bez niej żyć. Ciągle nie mogłem pogodzić się z tym, że jej nie uratowałem. Wypłakałem swój ból, patrząc na fotkę ukochanej, przepraszając ją kilkadziesiąt razy. W końcu dopadło mnie to, czego bałem się najbardziej. Zmęczenie.

– Pora spać – powiedziałem do zdjęcia Luizy. Czułem, że odpływam. Nie byłem robotem, musiałem się regenerować. Nawet jeśli regeneracja oznaczała torturę dla podświadomości.

Z szafki w biurku wyciągnąłem przygotowaną wcześniej lufkę z nowym towarem. Wypaliłem, poprawiłem szlugiem i gdy marihuanowy szał uderzył mi do głowy, rozebrałem się do naga i wślizgnąłem pod kołdrę. Zamknąłem oczy gotów na kolejną noc pełną okropieństw.

6.

Cztery noce. Cztery cholerne noce pozbawione snów! Spałem jak zabity. Mój mózg ogarniała błogość, jakby został całkowicie wyłączony! Rano przychodziła kara w postaci pękającej czaszki i zmęczenia. Kości oraz mięśnie bolały jak przy pierwszych objawach grypy. Nie pojmowałem źródła spokojnych nocy. Może nowy towar tak działał? Znieczulał łeb, powodował dziwne napięcie mięśni, a rano wszystko puszczało. Bez względu na przyczynę budziłem się zajebiście szczęśliwy.

Łykałem proszki przeciwbólowe i mimo zmęczenia przerzucałem przez plecy kłodę drewna i biegłem odwiedzić bagno schowane w samym sercu lasu trzy kilometry za moim domem. W bagnie spoczywały zwłoki drugiego substytutu Luizy i wszystkie dowody mojego udziału w zabójstwie Marty Makuch. Po joggingu dosłownie nie mogłem się ruszać. Kilka godzin spędzonych na łóżku i długie rozmowy z wyimaginowaną Luizą wypełniały znaczną część kolejnych dni. Zastanawiałem się nawet, czy nie zacząć pisać. Póki co nie miałem ochoty, wystarczyła mi medialna gównoburza do ogarnięcia.

Zgodnie z przypuszczeniami zapanowała zbiorowa żałoba. Szok po zabójstwie Doroty Gajdy przechodził ludzkie pojęcie. Wszystkie portale branżowe, informacyjne i plotkarskie wrzucały jej czarno-białe zdjęcia na głównych stronach. Nowe wydanie książek o Lidii Ostrowiec automatycznie podskoczyło w topkach sprzedażowych. Sam musiałem spłodzić długi post o wyjątkowości Doroty i podkreślić, jak wielką stratą dla kina, sztuki i całej ludzkości jest jej śmierć. Odeszła wybitna postać, ikona. Lałem wodę. Gdybym miał być szczery, napisałbym o krótkim kontakcie z jej szczupłymi udami, zachłannym językiem i wilgotną cipką, które poznałem za słabo, żeby móc za nimi tęsknić. Niestety nie mogłem sobie pozwolić na szczerość.

Mój fanpage zalała sterta wiadomości. Ludzie pisali kondolencje, jakby fakt, że Dorota grała stworzoną przeze mnie postać, automatycznie uczynił z niej bliską mi osobę. Regularnie otwierałem stronę Oskara Blajera, bo liczyłem na wiadomość od Luizy. Niestety nic nie dostałem. Codziennie w okolicach dwudziestej jeździłem do Tesco i spacerowałem między regałami. Bez efektu.

– Tak bardzo chcę, żebyś ze mną znowu zamieszkała… – Piątego dnia po leśnej przebieżce leżałem na łóżku i rozmawiałem z wyimaginowanym obliczem Luizy. – Wariuję bez ciebie. – Patrzyłem na jej zdjęcie. Ból i tęsknota były niczym kwas wypalający dziury w żołądku. – Effie się nie liczy, nie jest tobą. – Polizałem jej szyję na fotce. Zdjęcie było wymięte i przesiąknięte moją śliną. – Przepraszam za te wszystkie dziewczyny. Nie powinienem z nimi sypiać, ale musiałem sprawdzić, czy istnieje życie po tobie. – Położyłem fotkę na brzuchu, wyobrażając sobie, że głowa Luizy spoczywa na moim torsie. – Już wiem, że nie istnieje. Pragnę cię, Luizo. Teraz…

Przymknąłem oczy, uciekając w świat wyobraźni. Lewą ręką ścisnąłem zdjęcie, prawa zawędrowała pod bokserki. Było mi przyjemnie, moja dłoń nie była moją dłonią, potrafiłem wyczuć subtelny dotyk Luizy. Marsz ku wspólnemu zatraceniu przerwał stały wróg, telefon. Spodziewałem się Skawińskiego. Wydawcę mógłbym olać, ale tym razem dzwonił Pecyna.

– Co dobrego, detektywie? – przywitałem się wciąż roztrzęsionym z emocji głosem.

– Dzwonię, bo chcę, żebyś wiedział, że mamy pewien postęp w sprawie Gajdy!

Z wrażenia zerwałem się na równe nogi.

– Mój notes coś dał? – spytałem z niedowierzaniem. – Zabójca był na tyle głupi, żeby przyjść na spotkanie trzysta kilometrów od miejsca zbrodni i jeszcze się podpisać?

– Nic z tych rzeczy, ślepy zaułek – wyjaśnił. – Ale warto było próbować.

– Pewnie. To co się wydarzyło?