Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
21 osób interesuje się tą książką
Czy wszyscy już zapomnieli o nazistowskiej przeszłości Coco Chanel?
Czy romantyczna śmierć Kennedy'ego wymazała jego grzeszki?
Dlaczego w ogóle ludzkość potrzebuje świętych i bohaterów – i czy powinniśmy wszystko wybaczać?
Otto English na nowo przygląda się kultowym postaciom historycznym, aby sprawdzić, czy rzeczywiście zasługują na swoją nieskalaną reputację – i odkryć prawdziwe znaczenie istnienia idoli. W pasjonujący i rzetelny sposób rozlicza bohaterów świata polityki, sztuki, biznesu, nauki oraz religii, ujawniając burzące mit szczegóły z ich życia, a także przytacza niezwykłe dokonania prawdziwych altruistów, o których zapomniano lub o których słyszało niewielu.
Autor oferuje świeże, często prowokacyjne spojrzenie na pozornie nieskazitelnych bohaterów zbiorowej wyobraźni oraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, kogo i dlaczego otaczamy kultem – i co to mówi o nas samych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 586
Data ważności licencji: 7/11/2030
Wstęp
Narodziny bohateraWesley Autrey
Zacznijmy tę opowieść od cudu, jaki miał miejsce w podziemnej części Nowego Jorku.
Jest wtorek, 2 stycznia 2007 roku, dochodzi 13.00. Wesley Autrey, 50-letni ojciec trójki dzieci, odprowadza dwie najmłodsze pociechy do domu ich matki, żeby następnie pójść do pracy na budowie.
Są już spóźnieni, więc Wesley ponagla córki, gdy zbiegają schodami na stację metra przy 137 ulicy. Przechodzą przez bramki, kierują się do hali i trafiają w sam środek dramatu. Tuż przed nimi, na niemal pustym peronie, 20-letni student szkoły filmowej Cameron Hollopeter ma silny atak padaczki. Przestraszeni pasażerowie patrzą, jak pada na wznak i mocno uderza głową o ziemię.
Cameron ma szczęście. Wesley to weteran marynarki wojennej przeszkolony do reagowania w sytuacjach kryzysowych, więc rusza młodemu mężczyźnie na pomoc, odciąga go od krawędzi peronu i wkłada mu długopis między wargi, żeby nie połknął języka. Następnie z pomocą innego pasażera przytrzymuje studenta, dopóki atak nie minie. Po kilku minutach wydaje się, że wszystko jest już w porządku. Cameron niepewnie podnosi się z ziemi, dziękuje Wesleyowi i drugiemu pasażerowi, zatacza się, przechyla na bok i spada wprost na torowisko.
Jak na zawołanie ciszę stacji przy 137 ulicy rozrywa huk zbliżającego się pociągu. Ktoś wzywa pomocy, ktoś inny rzuca się do telefonu alarmowego, a Wesley patrzy, jak Cameron wije się między torami. Głos w jego głowie (jak będzie później opowiadał) mówi mu: „Idioto, musisz zejść mu pomóc”.
Tak oto mężczyzna w średnim wieku, ojciec trójki dzieci, skacze pod nadjeżdżający pociąg, żeby ocalić życie nieznajomemu.
Na dole Wesley próbuje podnieść Camerona, ale torowisko jest mokre i przemoczony student wyślizguje mu się z rąk. „Jedynka” z impetem wjeżdża na stację i pędzi w ich stronę, rozświetlając ciemność swoim reflektorem. Wtedy Wesley zauważa między torami kanał odpływowy – i szacuje, że mogą się w nim zmieścić. Mocno chwyta Camerona, przetacza się na niego i dociska ich obu do dna szczeliny. W tej samej chwili ważąca 190 ton lokomotywa przemyka nad nimi i z piskiem zatrzymuje się tuż nad ich głowami.
Cały dramat – od upadku Camerona do wjazdu pociągu na stację – rozgrywa się w niecałą minutę. Lokomotywa mija ich zaledwie o nieco ponad centymetr, zostawiając smugę smaru na czubku niebieskiej czapki Wesleya.
– Umarłem? – pyta Hollopeter.
– Nie, proszę pana, jesteśmy pod pociągiem! – odpowiada Wesley.
Martwi się o bezpieczeństwo córek, więc woła:
– Proszę o ciszę! Tam na górze są dwie dziewczynki. Jestem ich ojcem. Proszę im powiedzieć, że z tatusiem wszystko w porządku!
Gdy jego głos niesie się echem w górę, na zatłoczonym już teraz peronie zalega cisza, a po chwili następuje eksplozja radości.
Tak rodzi się bohater.
Wesley powiedział później dziennikarce Carze Buckley z „New York Timesa”: „Nie sądzę, że to był imponujący wyczyn. Po prostu zobaczyłem człowieka, który potrzebował pomocy, i zrobiłem, co uważałem za słuszne”.
Takie wyjaśnienie nie wystarczało jednak czytelnikom, którzy próbowali dociec, dlaczego Wesley wykazał się tak niezwykłą odwagą. W kolejnych latach wciąż powracano do jego historii i od nowa ją analizowano, żeby zrozumieć naturę jego bohaterstwa.
W 2008 roku temat ten został poruszony w jednym z wczesnych przemówień TED. Słynny psycholog Philip Zimbardo wskazał Wesleya jako przykład altruistycznego bohatera dnia codziennego, który potencjalnie drzemie w każdym z nas. W 2012 roku matematyk i biolog z Harvardu Martin Nowak na łamach książki SuperCooperators (Superkooperatorzy) zastanawiał się, czy wyczyn Wesleya mógł mieć podłoże ewolucyjne:
Udowodnił nam, że w grze zwanej życiem przetrwanie zależy w równym stopniu od życzliwości innych, co od cech osobistych, takich jak determinacja, dążenie do perfekcji itp. Stał się żywym dowodem na potęgę współpracy.
Jeszcze inni, jak na przykład amerykański dziennikarz Joe Nocera, uważali, że działanie Wesleya wynikało raczej z czynników społecznych i można je powiązać z tak zwanym „efektem widza”. John Darley i Bibb Latané jako pierwsi zaobserwowali ten paradoks w 1968 roku. Polega on na tym, że im więcej osób jest świadkami sytuacji kryzysowej, tym dłużej trwa reakcja. I na odwrót: im mniej osób, tym większe szanse na szybkie działanie.
Innymi słowy, w tłumie dochodzi do rozproszenia osobistej odpowiedzialności, a bardziej osamotnione jednostki czują, że trzeba działać.
Coś jest na rzeczy, bo pięć lat po tym, jak Wesley ocalił życie Cameronowi, inny mężczyzna, Ki-Suck Han, spadł na tory na zatłoczonej stacji metra przy 49 ulicy i zginął, gdy wszyscy wokół wahali się, co robić. Nie pojawił się wówczas żaden Wesley Autrey, za to parę osób wyjęło telefony komórkowe i robiło zdjęcia, gdy Han wpadł pod koła pociągu, a potem próbowało je sprzedać jakiemuś brukowcowi. Trzeba zaznaczyć, że między tymi dwoma wydarzeniami występuje kilka istotnych różnic – choćby taka, że przed upadkiem na tory Han był pijany i agresywny – ale przede wszystkim tamtego dnia na stacji przy 49 ulicy panował tłok, a w 2007 roku w porze lunchu stacja przy 137 ulicy świeciła pustkami.
Efekt widza nie tłumaczy jednak, dlaczego Autrey zignorował wszystkie ludzkie odruchy i ostatecznie skoczył na tory. Miał wszelkie powody, by tego nie robić. Towarzyszyły mu dwie córeczki, a zazwyczaj pierwotny instynkt rodzicielski, który każe chronić swoje potomstwo, bierze górę nad wszystkim. Wesley był też głową wielopokoleniowej rodziny: opiekował się matką w podeszłym wieku, pomagał wnukom dorosłego syna i wspierał dzieci rodzeństwa. Ryzykując życie, naraził bezpieczeństwo bliskich. Co tym bardziej niezwykłe, podjął to ryzyko dla obcej osoby.
Znacznie chętniej pomagamy tym, którzy są do nas podobni. W 2006 roku, czyli rok przed tym, jak Wesley uratował życie Cameronowi, badania prowadzone przez Stefana Stürmera z Uniwersytetu Kilońskiego wykazały, że:
Choć wszyscy ludzie [biorący udział w badaniu] współczuli osobie, która znalazła się w trudnej sytuacji, byli skłonni do pomocy tylko wówczas, gdy zaliczali ją do „swoich”.
Wesley to czarny mężczyzna w średnim wieku z klasy robotniczej; Cameron był białym dzieciakiem z college’u z Massachusetts. Nic ich nie łączyło, nie znali się wcześniej. Wesley nie mógł nic zyskać. Był to zatem akt czystego, altruistycznego heroizmu – wysoka poprzeczka, którą można postawić innym bohaterom. Nazwijmy to „genem Wesleya” i powróćmy jeszcze do Nowego Jorku w to styczniowe popołudnie 2007 roku.
Dwie godziny po tym, jak wyciągnięto go spod pociągu, Wesley wypisał się ze szpitala St. Luke’s-Roosevelt Hospital Center. Przed drzwiami czekał na niego dziennikarz i fotograf z tabloidu „New York Post”, który próbował go namówić, by włożył kostium Supermana i zapozował do zdjęć.
– Jestem już spóźniony do pracy! – odpowiedział mu Wesley i ruszył na swoją zmianę.
Do wieczora jego twarz pojawiła się we wszystkich serwisach informacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Dla jednych był „bohaterem z metra”, dla drugich – „bohaterem z Harlemu”. Fani DC ochrzcili go Supermanem, a fani Marvela – Spider-Manem. Do rana Wesley był już najbardziej znanym robotnikiem budowlanym w Ameryce. Gdy wyszedł z domu, na progu czekały na niego kamery telewizyjne, a na ulicy został dosłownie otoczony.
Nieznajomi wciskali mu do ręki dolary, a jakaś kobieta wyznała, że zrezygnowała z planowanej aborcji, bo zdała sobie sprawę, że „jest jeszcze dobro na tym świecie”.
Dwa dni później Wesley odwiedził Camerona w szpitalu i poznał jego ojca Larry’ego Hollopetera, który podziękował mu za bezinteresowną pomoc. Larry był tak poruszony, że zaczął płakać, więc Wesley objął go ramieniem i powiedział:
– Czy można lepiej wejść w nowy rok, niż ratując komuś życie?
Tego samego popołudnia burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg wręczył Wesleyowi Brązowy Medal, czyli najwyższe odznaczenie cywilne przyznawane przez miasto, a do tego dorzucił wycieczkę do Disney Worldu z pokryciem wszystkich kosztów dla Wesleya i jego córek: 6-letniej Shuqui i 4-letniej Syshe. Wieczorem Autrey gościł u Davida Lettermana, gdzie udowodnił, że jest nie tylko narodową ikoną, lecz także miłym i zupełnie zwyczajnym facetem.
W styczniu 2007 roku w Ameryce nie było za wesoło. Panowała recesja gospodarcza, rosło bezrobocie, pękła bańka mieszkaniowa, a kraj pogrążył się do reszty w okropnej wojnie na Bliskim Wschodzie. W ankiecie YouGov rekordowo niska liczba obywateli wskazała, że jest „niezmiernie lub bardzo dumna” z faktu bycia Amerykanami. Jak śpiewała Bonnie Tyler, Ameryka „wyczekiwała bohatera”, a Wesley odpowiedział na zapotrzebowanie na „znającego życie Herkulesa, który zdoła pokonać piętrzące się przeciwności”. Dla narodu, który we własnym odczuciu zgubił swoją drogę, jego odwaga była znakiem innej (co prawda wyobrażonej) epoki i innego (co prawda wyobrażonego) oblicza kraju. Przede wszystkim Wesley to postać żywcem wyjęta z hollywoodzkiego scenariusza, który najsilniej działa na wyobraźnię: zwykły człowiek, który pojawia się znikąd, by uratować sytuację.
Był jednak pewien problem. Autrey nie planował zostać bohaterem i nie szukał nagrody za swoją odwagę. Zadziałał instynktownie i w dobrej wierze, więc gdy objawił się światu, ani Ameryka, ani sam Wesley nie bardzo wiedzieli, co dalej. Wobec braku innych pomysłów stanęło na tym, co Stany Zjednoczone mają niejako w ustawieniach fabrycznych – spróbowano zrobić z Wesleya celebrytę.
Na początek bez zaskoczeń – Montel, Oprah, Ellen i wszyscy znani gospodarze talk-show w Ameryce zaprosili go do swoich programów i obsypali prezentami. Ellen dała mu kartę podarunkową do Gapa o wartości 5 tysięcy dolarów i obiecała Jeepa. Hugh Hefner sprezentował mu czapkę z logo „Playboya” (w zamian za tę ubrudzoną smarem) i dożywotnią subskrypcję swojego magazynu dla dorosłych. Nowojorska Akademia Filmowa dorzuciła czek na 5 tysięcy dolarów, a magnat rynku nieruchomości Donald Trump – na 10 tysięcy. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napiszę, że przyszłym, 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych raczej nie kierowała wyłącznie hojność. Nie mógł zaliczyć poprzedniego półrocza do udanych. Spadła oglądalność jego reality show The Apprentice, a do tego w czasie, gdy jego żona Melania zajmowała się malutkim Barronem, ośmieszył się w programie The View, ogłaszając: „Gdyby Ivanka nie była moją córką, może bym się z nią umówił”. W tym samym roku, tuż przed wybuchem kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, który przyczynił się do załamania amerykańskiej gospodarki, samozwańczy geniusz biznesu wypuścił „kredyty hipoteczne Trumpa”. Jak tłumaczył stacji CNBC: „Uważam, że to świetny moment na założenie firmy udzielającej kredytów hipotecznych; rynek nieruchomości jeszcze długo będzie się dobrze trzymał”.
W styczniu 2007 roku ten właśnie rynek przeżywał załamanie, a akcje Trumpa spadały. Dzięki przyjacielskim relacjom z Supermanem z metra przyszły prezydent chciał przykleić się do bohatera dnia – licząc, że w ten sposób uszczknie trochę chwały.
Ale nie on jeden. Wszyscy chcieli ogrzać się w blasku Wesleya. Znane marki ustawiały się w kolejce, by ofiarować mu futrzane płaszcze, tenisówki i wodę kolońską. Beyoncé zaprosiła go na swój koncert i dała mu przepustkę za kulisy, a legenda bluesa B.B. King padł przed nim na kolana ze słowami: „Nawet nie wiesz, co zrobiłeś w Ameryce i dla Ameryki”.
Poproszono go, by otworzył Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych. Ani się obejrzał, a już odbierał telefon od prezydenta George’a W. Busha, który zapraszał go „na pogawędkę” do Białego Domu. Bush – podobnie jak Trump – chciał poprawić swoje notowania. W styczniu 2007 roku był najmniej popularnym prezydentem Stanów Zjednoczonych od czasów Richarda Nixona, z poparciem wynoszącym zaledwie 28%. Heroizm Wesleya Autreya mógł przynieść mu kilka punktów procentowych, dlatego po spotkaniu w Białym Domu Bush zaprosił go jako gościa honorowego na orędzie o stanie państwa, które miał wygłosić 23 stycznia. Pod koniec przemowy prezydent oddał hołd swojemu nowemu przyjacielowi: „Nie uważa się za bohatera. Mówi: »Mamy za granicą chłopców i dziewczęta, którzy oddają życie za naszą wolność. Musimy okazywać sobie nawzajem trochę miłości«. Doprawdy jest coś wspaniałego w kraju, gdzie rodzą się tak odważni i skromni ludzie, jak właśnie Wesley Autrey”.
Jeszcze nie wybrzmiały słowa prezydenta, gdy cud przy 137 ulicy zaczął się zmieniać w swego rodzaju klątwę, bo sława ściągnęła na Autreya również inny rodzaj uwagi. Na początku ludzie podchodzili i dawali mu pieniądze, a teraz zaczęli o nie prosić, bo zakładali, że się wzbogacił. Ojciec Wesleya, który nie kontaktował się z nim od trzech dekad, ni stąd, ni zowąd zadzwonił do syna. Autrey relacjonował później dziennikarzowi Robertowi Kolkerowi z „New Yorkera”:
Od razu zaczął mówić jak wszyscy: potrzebuję, chcę, daj mi. Ani razu nie spytał: czy wszystko w porządku? Co u twoich córek? Powiedział tylko: zbliża się zjazd rodzinny, więc jeśli planujesz przyjechać, przywieź mi trochę tej forsy.
W walentynki zadzwoniła do niego kobieta, która zostawiła go 15 lat wcześniej. Gdy Wesley ją spytał, dlaczego kontaktuje się z nim w ten sposób, obraziła się i rzuciła słuchawką. Autrey zaczął popadać w paranoję na punkcie bezpieczeństwa córek, martwiąc się, że ktoś mógłby je porwać – a wreszcie, co być może nieuniknione, te wszystkie pochlebstwa uderzyły mu do głowy.
Kiedy Oprah zaprosiła Wesleya do swojego studia w Chicago tego samego dnia, w którym twórcy programu Deal or No Deal1 chcieli go widzieć w Los Angeles, ten zadzwonił do swojego nowego najlepszego przyjaciela, prezydenta Stanów Zjednoczonych, z pytaniem, czy nie użyczyłby mu odrzutowca typu stealth. Gdzieś po drodze Autrey poznał „partnerów biznesowych” z wielkimi planami. Mówiło się o filmie, w którym Wesley – w tej roli Eddie Murphy, a może Brad Pitt – udaremniłby atak terrorystyczny w metrze. Planowano zrobić z niego markę. Gdy zorientował się, że dysponowałby prawem tylko do 50% zysków, a jego „partnerzy biznesowi” w tajemnicy pobierają od dziennikarzy niebotyczne opłaty za dostęp do bohatera, postanowił złożyć pozew.
Według Arystotelesa, mędrca z IV wieku przed naszą erą, każdy bohater tragiczny musi upaść, ponieważ tylko taka kolej rzeczy pozwala ukazać lęk i tragizm wpisane w doczesne losy człowieka – a taka jest przecież rola bohatera tragicznego.
Greccy bogowie nienawidzili chwalipiętów i zawsze zwalczali herosów, których ambicja wykraczała poza ich pozycję. Gdy Odyseusz wyruszył w drogę do domu po wojnie trojańskiej, pycha doprowadziła go do upadku: podróż, która powinna mu zająć jakiś tydzień, trwała 10 lat, a załogi wszystkich dwunastu okrętów albo się potopiły, albo zginęły – albo zostały zjedzone.
W odysei popularności Wesleya, jak przystało na XXI wiek, jego los przypieczętowały syreni śpiew programów telewizyjnych z pasma dziennego i cyklopowa bestia pustej sławy.
Upadek nastąpił 21 maja 2007 roku, gdy Autrey wystąpił w teleturnieju Deal or No Deal2 prowadzonym przez Howiego Mandela. Formułę programu można streścić słowami: „zaryzykuj wszystko dla wielkiej nagrody”, co Wesley niestety zrobił – odrzucił ofertę „bankiera” w wysokości 305 tysięcy dolarów i wygrał zaledwie 25. Publiczność oczekiwała krzepiącego spielbergowskiego finału, w którym bogaty i szczęśliwy Wesley odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, a w zamian otrzymała niezwykle ponure zakończenie w stylu Larsa von Triera. Na pocieszenie Autrey dostał od Mandela Jeepa Patriota – drugiego już Jeepa Patriota. Miny widzów mówiły wszystko: piętnaście minut sławy Wesleya właśnie dobiegło końca.
Niewątpliwie w ten styczniowy dzień 2007 roku Autrey zrobił coś wyjątkowego. Uratował życie drugiemu człowiekowi, nie zważając na własne bezpieczeństwo i nie oczekując nagrody. Na zawsze pozostanie bohaterem najwyższej próby. Ta chwila została jednak splamiona. Wesley został wykorzystany przez wpływowych ludzi, a następnie pożarty i wypluty przez amerykańskie media. Machina wiadomości porzuciła wyczerpany temat i ruszyła naprzód.
W listopadzie 1872 roku pracownik Biblioteki Muzeum Brytyjskiego w Bloomsbury, 32-letni asyriolog samouk George Smith, dokonał niezwykłego odkrycia.
Smith zdecydowanie wyróżniał się na tle ówczesnych asyriologów. Przyszedł na świat w rodzinie robotniczej w slumsach Chelsea. W wieku 14 lat został uczniem drukarza i grawerem banknotów w pobliskiej dzielnicy Clerkenwell, ale w porze lunchu odwiedzał Muzeum Brytyjskie – i tak narodziła się jego fascynacja starożytnym światem. Pasja George’a i samodzielnie zdobyta specjalistyczna wiedza były tak ogromne, że ostatecznie zaproponowano mu pracę „naprawiacza” w Dziale Zabytków Wschodu, gdzie zajął się dopasowywaniem fragmentów asyryjskich tabliczek. George szybko udowodnił, że jego talenty wykraczają poza układanie skomplikowanych puzzli. Wkrótce stał się niezastąpionym pracownikiem muzeum i jednym z głównych pomocników sir Henry’ego Creswicke’a Rawlinsona w odczytywaniu asyryjskich hieroglifów.
Większość tabliczek została znaleziona w Niniwie i Nimrudzie w latach 1849–1854 przez asyriologa sir Austena Layarda, a później także przez jego asystenta, urodzonego w Mosulu Hormuzda Rassama, który porzucił księgowość dla archeologii. Znalezisko należało kiedyś do zbiorów Biblioteki Aszurbanipala w Niniwie, gdzie na polecenie samego króla Aszurbanipala, ostatniego z wielkich władców asyryjskich, zgromadzono około 30 tysięcy tabliczek. W 612 roku przed naszą erą stolica Asyrii Niniwa została złupiona. Biblioteka doszczętnie spłonęła, ale gliniane tabliczki wypaliły się w ogniu i przetrwały dla potomnych pod gruzami miasta.
Tabliczki zawierały tekst w języku akadyjskim, którym posługiwano się mniej więcej od 2600 roku przed naszą erą do I wieku. Był on zapisywany pismem klinowym – jedną z najstarszych na świecie odmian pisma. Pismo klinowe powstało około 3500 lat przed naszą erą, u progu epoki brązu. Z biegiem czasu zaczęto go używać do zapisu kilkunastu języków, w tym sumeryjskiego i akadyjskiego. Wyszło z użycia w II wieku przed naszą erą.
Pismo klinowe odkodowano niewiele wcześniej, bo w 1857 roku, więc Smith czytał teksty z tabliczek jako jeden z pierwszych ludzi po upływie tysiącleci. Dużo było w nich treści o charakterze prawniczym, dyplomatycznym i finansowym, ale Smithowi udało się też odczytać wiele fascynujących tekstów, jak na przykład opisy zaćmienia słońca z 763 roku przed naszą erą czy najazdu na Babilonię w 2280 roku przed naszą erą. Tego jesiennego dnia w 1872 roku miał jednak dokonać najdonioślejszego i najsłynniejszego przekładu.
Tabliczka zawierała historię „wielkiej powodzi” i mściwego boga Enlila, który postanowił unicestwić wszelkie stworzenie. Przed zesłaniem nawałnicy ostrzegł jednak pewnego człowieka, Utnapisztima, nakazując mu: „Rozbierz swój dom i zbuduj łódź!”, a następnie: „Porzuć bogactwa i szukaj ocalenia! Wzgardź mieniem, a ratuj życie! Zabierz na łódź nasienie wszystkich żywych stworzeń!”.
Utnapisztim wraz z małżonką zbudowali statek i załadowali na niego zapasy jedzenia, nasiona roślin i młode zwierzęta, by stawić czoła podnoszącemu się poziomowi wód.
„Kiedy spojrzałem na trzecią kolumnę – pisał później Smith – moją uwagę przykuło stwierdzenie, że statek osiadł na górze Nizir. Dalej następował opis wypuszczenia gołębia, który nie znalazł miejsca, by usiąść, i wrócił. Natychmiast spostrzegłem, że właśnie odnalazłem […] opis Potopu”.
Zainteresowanie Smitha pismem klinowym wykraczało poza wartość archeologiczną tabliczek. Jak wielu wiktoriańskich uczonych wierzył, że te odkrycia będą miały kluczowe znaczenie dla udowodnienia historyczności Biblii. Oto miał przed oczami opis tych samych wydarzeń, co we fragmencie Księgi Rodzaju dotyczącym arki Noego (rozdziały 6–9), lecz – co istotne – opis o tysiąc lat starszy. Smith był tak uradowany tym, co udało mu się odcyfrować, że zerwał się z krzesła i krzyknął: „Przeczytałem to jako pierwszy człowiek od ponad dwóch tysięcy lat!”, po czym zrzucił ubranie i biegał nago po całej Bibliotece Muzeum Brytyjskiego, budząc niepokój bardziej ułożonych kolegów. Miesiąc później, gdy (na całe szczęście) na nowo zaprzyjaźnił się ze spodniami, przedstawił swoje odkrycie na posiedzeniu Towarzystwa Archeologii Biblijnej. Słuchali go między innymi arcybiskup Canterbury Campbell Tait i ówczesny premier William Gladstone. To była wielka chwila. Smith został pierwszym i ostatnim światowym celebrytą od pisma klinowego.
Brak kluczowego fragmentu historii budził jednak powszechne niezadowolenie. Dziennik „Daily Telegraph” pod sterami redaktora naczelnego Edwina Arnolda wyłożył tysiąc gwinei na wyprawę do ruin Niniwy, żeby Smith mógł odnaleźć brakujący element.
Rok później, spełniając życiowe marzenie o prowadzeniu wykopalisk, Smith udał się do Mosulu. Tak się niezwykle złożyło, że 7 maja 1873 roku rzeczywiście odkrył poszukiwany fragment. W obliczu sukcesu zaczęto snuć plany kolejnej wyprawy. Smith powrócił jeszcze na Bliski Wschód, ale zachorował na febrę i czerwonkę. Zmarł 19 sierpnia 1876 roku w Aleppo w dzisiejszej Syrii.
W kolejnych latach, mimo że legenda George’a Smitha powoli odchodziła w zapomnienie, jego niezwykłe odkrycie zyskało o wiele większą wagę, niż miało pierwotnie jako wątpliwy „dowód” na historyczność arki Noego. Okazało się bowiem, że przetłumaczona przez Smitha tabliczka to Księga Jedenasta Eposu o Gilgameszu – najstarszej opowieści utrwalonej na piśmie.
Poemat został spisany pismem klinowym około 2700 roku przed naszą erą. Opowiada historię tytułowego bohatera, króla miasta Uruk (obecnie Warka w Iraku). Gilgamesz zaczyna jako czarny charakter – przestępca seksualny, który, powołując się na prawo pierwszej nocy (przysługujące mu jako królowi), wykorzystuje seksualnie kobiety w ich noc poślubną. Ten okrutny ciemiężca zmusza mężczyzn nie tylko do oddawania mu żon, lecz także do wznoszenia budowli zaspokajających jego próżność. Jak łatwo się domyślić, bogowie postanawiają dać mu nauczkę i zsyłają na ziemię Enkidu, postawnego dzikusa, który ma rzucić Gilgameszowi wyzwanie. Aby stać się człowiekiem, Enkidu musi uprawiać seks z kobietą o imieniu Szamhat przez 14 dni i nocy (co, szczerze mówiąc, brzmi absolutnie wyczerpująco) i dopiero wówczas jest gotowy na starcie z Gilgameszem. W tym miejscu następuje potężny zwrot akcji: panowie od razu przypadają sobie do gustu, więc Gilgamesz proponuje, żeby zwarli szyki, zamiast ze sobą walczyć, i razem zabili potwora Humbabę i Byka Niebiańskiego.
Enkidu wyraża zgodę, ale tym samym wzbudza gniew wiecznie niezadowolonych bogów, którzy uważają, że zniweczył ich plany. Jakby zapowiadając przyszłe losy George’a Smitha, dzikus zapada na febrę i umiera, tak samo jak asyriolog trzy tysiące lat później.
Pod wpływem rozpaczy po utracie przyjaciela Gilgamesz wyrusza w podróż, żeby odkryć tajemnicę nieśmiertelności. Utnapisztim (znany także jako asyryjski Noe) zdradza mu – zachęcony nieco przez własną żonę – że istnieje święte ziele, która zapewnia wieczną młodość. Niestety jako pierwszy odnajduje je wąż i kradnie roślinę (to kolejny motyw, którym mogli posłużyć się autorzy Księgi Rodzaju), więc król wraca do domu z pustymi rękami, ale później pomaga staremu przyjacielowi uciec z zaświatów, żeby mogli sobie uciąć pogawędkę.
W Eposie o Gilgameszu jest wszystko: bromance, ludzka głupota i odkupienie, ból istnienia i strach przed tym, co czeka nas po śmierci. Jest seks, wielka woda i zaświaty. Wszystko zasadza się na najczęściej opowiadanej historii: bohater wyrusza na wyprawę, pokonuje przeciwności i odmieniony powraca do domu. To właśnie ta opowieść kształtowała nasze pojęcie „bohaterstwa” na przestrzeni dziejów, już od okresu przedhellenistycznego, i wciąż jest obecna w naszej kulturze, przewijając się w książkach, filmach i serialach.
Amerykański pisarz Joseph Campbell ukuł pojęcie monomitu (podroży bohatera), by opisać ten archetyp w swoim fundamentalnym dziele Bohater o tysiącu twarzy, które po raz pierwszy ukazało się w druku w 1949 roku. Ponieważ na kartach tej książki spotkamy się z niejednym monomitem, poświęćmy chwilę na przyjrzenie się temu pojęciu.
Według Campbella monomit składa się z trzech zasadniczych elementów: odejścia, inicjacji i powrotu. W fazie odejścia bohater wyrusza ze znanego do nieznanego świata, gdzie doświadcza jakiegoś przełomu (inicjacji), po czym wraca z nową mocą lub wiedzą. Na tym schemacie opierają się dzieła Homera, Ramajana, cztery ewangelie, legenda o świętym Jerzym i smoku, Bardzo głodna gąsienica, Superman, Głupi i głupszy, a nawet historia Wesleya Autreya, którą wykorzystam jako przykład.
Monomit ma charakter cykliczny, dlatego wyobraźmy sobie jego elementy na tarczy zegara: Wesley stoi na górze i przemieszcza się zgodnie z ruchem wskazówek. Opuszcza dom z jego status quo (południe) i otrzymuje wezwanie do przygody (13.00), gdy widzi, że Cameron ma atak padaczki. Prosi o pomoc (14.00) innego pasażera, przekracza próg (15.00) i – skacząc na tory – opuszcza bezpieczny znany świat (16.00). Rozwiązuje zagadkę (17.00) ocalenia Camerona, zabija potwora (tj. wciska się w kanał odpływowy) (18.00) i pokonuje śmierć, po czym następuje odrodzenie (19.00). Odrodzeniem jest sława, która prowadzi do nagród i skarbu, w tym czapki z logo „Playboya” i Jeepa (20.00). Potem jednak dostaje nauczkę (21.00) w Deal or No Deal i od chciwych partnerów biznesowych, dlatego ostatecznie wraca (22.00), choć odmieniony (23.00), do swojego świata, którego status quo zostało zachwiane (północ).
Campbell pasjonował się folklorem. Dużo podróżował, zbierając mity założycielskie różnych ludów i plemion. Doszedł wówczas do przekonania, że powszechność monomitu wynika z naszej łowiecko-zbierackiej przeszłości. W 1994 roku w dolinie rzeki Ardèche w południowo-zachodniej Francji, w tzw. Komorze Końcowej (Salle du Fond) Jaskini Chauveta odkryto malowidła naskalne z okresu paleolitu, które nawiązują do tej samej historii, tylko w wersji sprzed 35 tysięcy lat. Być może nie powinno to nikogo dziwić. Napotykanie przeszkód, rozwiązywanie problemów, pokonywanie potworów i tryumfalne powroty do domu to nieodłączne elementy ludzkiego istnienia – i pewnie zawsze tak było. Chodzenie po sklepach to rodzaj monomitu. Podobnie odwożenie dzieci do szkoły, dojazdy do pracy, a nawet wstanie z łóżka w ponury poranek pod koniec grudnia, gdy przez święta zjadłeś jakąś tonę sera.
Bohater o tysiącu twarzy wywarł wielki wpływ na hollywoodzkich filmowców. George Lucas oparł trzy pierwsze filmy z sagi Gwiezdne wojny na schemacie znanym z książki, choć wcale nie potrzebował wskazówek Campbella, bo równie dobrze mógł czerpać inspirację z rozlicznych opowieści o bohaterach tworzonych od X wieku przed naszą erą w starożytnej Grecji po czasy obecne.
Grecy wierzyli, że ich herosi byli potomkami bogów i dlatego mieli „boskie” cechy, które zacierały granicę między człowieczeństwem a boskością. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do bogów, herosi byli śmiertelni – czekała ich śmierć, zwykle okropna i przedwczesna, z powodu hybris, nieposkromionej pychy, lub innego występku przeciw woli bogów. Dzięki tej ofierze i w trakcie wędrówki ku jej spełnieniu herosi zdobywali kleos, co można tłumaczyć jako „chwałę”. Nie chodziło wyłącznie o sławę za życia, lecz także o pamięć po śmierci. Tak narodziły się poematy epickie i ballady, w tym Iliada i Odyseja Homera.
Kleos, jak nie przymierzając papieru toaletowego w czasie pandemii, nie można było dostać – trzeba było się o nie starać, aktywnie i świadomie go szukać. Każdy miał wybór: wieść długie, nudne życie i szybko zostać zapomnianym albo żyć szybko i umrzeć młodo. Ostatecznym celem była kleos aphthiton, czyli „nieśmiertelna chwała”. Jak się nad tym zastanowić, trzy tysiące lat później wszystkim naszym bohaterom wciąż chodzi o to samo.
Większość z nas kojarzy „pierwszoligowych” bohaterów greckich, takich jak Ajaks, Achilles i Tezeusz, pogromca Minotaura, którzy dążyli do kleos, ale Grecy mieli też spore grono „drugoligowców”: czczono tysiące lokalnych bohaterów. Był to kluczowy element kultury Hellady. Wierni wierzyli – jak do dzisiaj się wierzy w kulturach z silnie rozwiniętym kultem przodków – że po śmierci wielkie postacie bronią najbliższej okolicy. Wznoszono im grobowce, tzw. tumulusy, które stawały się miejscami kultu. Chrześcijańska tradycja świętości wykazuje wiele podobieństw z greckimi, a później także rzymskimi praktykami tego rodzaju. Od samego początku w całym chrześcijańskim świecie obok „oficjalnych świętych” szerzył się kult „świętych ludowych”.
Anglosasi mieli około 100 swoich „angielskich” świętych poza oficjalnym kalendarzem. Czczono ich jeszcze długo po inwazji Normanów w 1066 roku, bo aż do XVI wieku. Niektóre postacie, jak Edeltruda z Ely, założycielka klasztoru w hrabstwie Cambridgeshire, są otaczane kultem do dzisiaj.
W świecie katolickim liczba lokalnych świętych stale rośnie. W stanie Sinaloa na północno-zachodnim wybrzeżu Meksyku zachował się zwyczaj składania ofiar przed wizerunkiem Jesúsa Malverde, lokalnego Robin Hooda, który podobno żył pod koniec XIX wieku. Malverde jest też uważany za „patrona” przemytników narkotyków. Biorąc pod uwagę te powiązania, nie spodziewałbym się rychłej kanonizacji.
W ostatnich latach świecki kult celebrytów wyparł liturgiczny kult świętych. I w tym przypadku wiele współczesnych ikon osiąga po śmierci coś w rodzaju kleos – fani nadal ich ubóstwiają, a ich historie są tematem coraz to nowszych książek i filmów biograficznych.
W trakcie naszej wędrówki po kartach tej książki napotkamy różne świątynie i miejsca pielgrzymek poświęcone niedawno zmarłym osobom oraz poznamy wiele legend na podstawie ich historii. Księżna Diana, John F. Kennedy, Dr Martin Luther King Junior, a nawet Winston Churchill – takie postacie zawsze mają swoje tumulusy i kleos aphthiton, a przedwcześnie zmarłe gwiazdy popu szybko urastają do rangi popularnych „ludowych świętych”. Szacuje się, że co roku 500 tysięcy osób pielgrzymuje do grobu Elvisa Presleya w Graceland. Na obrzeżach nowojorskiego Central Parku można odwiedzić Strawberry Fields, czyli miejsce poświęcone pamięci zmarłego Beatlesa Johna Lennona, a nawet usłyszeć, jak jacyś gitarzyści masakrują wczesne utwory swojego idola. Ponad 10 lat po śmierci Amy Winehouse ludzie wciąż przypinają karteczki i kwiaty do drzewa pod jej domem, a przy drodze B306 w okolicy Barnes wzniesiono istną świątynię ku czci dawnego lidera zespołu T. Rex, Marca Bolana, który zginął tam w 1977 roku.
Współczesne zainteresowanie celebrytami oraz bohaterami świata polityki i kultury to po prostu kontynuacja historii, która toczy się od 36 tysięcy lat. Monomitów nie trzeba daleko szukać. Wystarczy, że weźmiesz do ręki telefon i przewiniesz ekran, a zaraz wyskoczą reklamodawcy wciskający ci jakiś monomit. Zajrzyj na Instagram, TikTok czy X, a znajdziesz mnóstwo influencerów i polityków, którzy dla lajków dzielą się swoją „podróżą bohatera”.
Gdy Rishi Sunak chciał zostać premierem Wielkiej Brytanii w 2022 roku, opublikował wideo, w którym nie było ani słowa o jego działalności politycznej, za to bardzo dużo o monomicie jego rodziny. Na początku nagrania Sunak mówi: „Opowiem wam pewną historię”, po czym snuje opowieść o tym, jak jego ciężko pracująca babcia porzuciłastatus quo i przekroczyła prór, wsiadając do samolotu lecącego do Anglii „z nadzieją na lepsze życie”.
Jeszcze inną podróż bohatera obserwowaliśmy w związku z wojną w Ukrainie. Prezydent Wołodymyr Zełenski był wcześniej zawodowym scenarzystą i aktorem, więc trudno się dziwić, że tak świetnie wykorzystał swoje zdolności narracyjne w walce z Putinem, ukazując w głównej roli swój bohaterski kraj (a nie siebie) ścierający się z potworem, który przybrał postać rosyjskiego niedźwiedzia.
W czasie pandemii COVID-19, gdy naukowcy prześcigali się w staraniach, by opracować szczepionkę, a publiczna opieka zdrowotna walczyła z niewidzialną bestią, powstały jeszcze inne legendy. Brytyjczycy, podobnie jak inne narody, zaczęli kampanię publicznego bicia braw pracownikom opieki medycznej, żeby okazać im wdzięczność. Nie wszyscy jednak cieszyli się z takiej formy uznania. Pewien lekarz pisał anonimowo w „Guardianie”:
Naprawdę nie potrzebuję […] oklasków. Nie potrzebuję tęczy. Mogą klaskać, aż im ręce odpadną, a tęczę wytatuować sobie na czole – nic mnie to nie obchodzi. […] Narodowa Służba Zdrowia (NHS) nie jest instytucją charytatywną i nie pracują w niej bohaterowie.
Lekarze i pielęgniarki, podobnie jak Zełenski i Wesley Autrey, nie szukali sławy, kleos; heroizm wymusiły na nich okoliczności. To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie dla dalszej części książki. „Gen Autreya” dotyczy „wrodzonego bohaterstwa” i nie ma nic wspólnego z bohaterami społeczeństwa3, takimi jak Achilles, Nelson, Washington, Che Guevara, kapitan Scott, a nawet Mao Zedong, bo oni sami świadomie wybrali ścieżkę chwały.
Podważanie statusu bohaterów społeczeństwa to ryzykowne zajęcie i coś w rodzaju herezji. Wszyscy, niezależnie od szerokości geograficznej, jesteśmy wychowywani w przekonaniu o wielkości postaci z historii naszego narodu. Odkrycie drugiej strony medalu – niezbyt wspaniałych, a nawet całkiem okropnych czynów tej wielkiej postaci – wzbudza niepokój i dyskomfort. Heroizm od nikczemności dzieli naprawdę cienka linia, a stare powiedzenie: „dla jednych terrorysta, dla innych bojownik o wolność” jak ulał pasuje do sytuacji wielu postaci historycznych i fikcyjnych. Dla licznych mieszkańców Zachodu Michaił Gorbaczow odegrał chlubną rolę w zakończeniu zimnej wojny, a Rosjanie gremialnie go nienawidzą, bo przyczynił się do rozpadu Związku Radzieckiego i brał udział w wywołaniu późniejszego chaosu.
Tak samo ma się sprawa z sir Francisem Drakiem, żeglarzem i „odkrywcą” epoki elżbietańskiej, znanym Hiszpanom jako el Draque (smok). Według angielskiej wersji legendy Drake odkrył ziemniaki i opłynął kulę ziemską, a przy tym w 1588 roku rozgromił Wielką Armadę. Miliony mieszkańców Wielkiej Brytanii i „starej” Wspólnoty Narodów dorastały w cieniu kleos Drake’a, a jego reputacja obrońcy narodu jest tak silna, że powstała w związku z tym osobliwa miejscowa legenda o nadnaturalnym zjawisku: w Buckland Abbey znajduje się jego werbel, który podobno się odzywa, ilekroć Anglii grozi niebezpieczeństwo. Odgłos werbla ma przypominać, że Drake nawet po śmierci pozostał obrońcą narodu. Rzekomo ostatni raz wydarzyło się to w maju 1940 roku podczas ewakuacji Dunkierki.
Mit korsarza Drake’a to prawdziwa perełka, ale gdy przyjrzymy się rzeczywistym szczegółom jego życia, wyłania się z nich bardziej złożony i mniej pochlebny obraz. Drake faktycznie okrążył Ziemię między 1577 a 1580 rokiem, ale wcale nie powodowała nim pasja odkrywcy. Chciał zdobyć sławę i bogactwo, dlatego okradał niemal wszystkich, których spotkał po drodze. Nie był też bynajmniej pierwszym żeglarzem, który opłynął kulę ziemską, ponieważ Magellan ukończył swoją podróż w 1519 roku, czyli 21 lat przed narodzinami Drake’a. I choć to prawda, że Drake pomógł rozgromić Wielką Armadę, właściwie było to zwycięstwo lorda Howarda, admirała, który tego dnia dowodził całą flotą. Owszem, Drake przywiózł do Europy tytoń i ziemniaki, ale Hiszpanie mogliby na to powiedzieć: „Byliśmy tam, widzieliśmy i robiliśmy patatas bravas dobrą dekadę wcześniej”.
Tak na marginesie, „korsarz” to po prostu łagodniejsze określenie na pirata.
W jednym z odcinków serialu telewizyjnego BBC Britain at Sea z 2013 roku prezenter David Dimbleby opowiadał, że brał kiedyś udział w próbie wyłowienia ołowianej trumny sir Francisa Drake’a z miejsca jego wiecznego spoczynku u wybrzeży Panamy i sprowadzenia jej „w glorii i chwale” do Londynu na okręcie Królewskiej Marynarki Wojennej, by następnie dokonać uroczystego pochówku w Katedrze św. Pawła. Pojawił się jednak pewien problem:
Kategoryczny sprzeciw wyraziła grupa, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna tryskać entuzjazmem, czyli Królewska Marynarka Wojenna – a dlaczego? […] Pewnie dlatego, że nasz bohater narodowy był jednak piratem.
Jak na rozbójnika przystało, Drake nie stronił od okrucieństwa i mordu, nie tylko wobec okradanych osób, lecz nawet własnych towarzyszy. Gdy okrążał kulę ziemską na okręcie „Pelican”, jego brat Thomas został przyłapany przez swojego arystokratycznego rywala, Doughty’ego, na kradzieży zdobytego ładunku. Obawiając się buntu, sir Francis fałszywie oskarżył Doughty’ego o zdradę i czary; ścięto go 2 lipca 1578 roku. Następnie Drake zmienił nazwę swojego flagowego okrętu z „Pelican” na „Golden Hind” (Złota Łania), głównie po to, by udobruchać sponsora wyprawy i zarazem bliskiego przyjaciela Doughty’ego, Christophera Hattona, który w herbie rodowym miał złotego jelenia (lub łanię).
Miałem w dzieciństwie książeczkę o Drake’u, ale nie było w niej żadnej wzmianki o losie Doughty’ego. Z kolei w moim egzemplarzu czasopisma historycznego dla dzieci „Look and Learn” z 1978 roku próżno szukać informacji o masakrze na wyspie Rathlin u wybrzeża Irlandii, która miała miejsce 26 lipca 1575 roku. Wówczas Drake, hrabia Essex i sir John Norreys wdarli się do zamku, który służył za schronienie MacDonnellom z Antrim, sprzeciwiającym się dążeniom królowej Elżbiety do podporządkowania sobie lokalnych władców, a następnie wymordowali sześćset osób, w tym kobiety i dzieci. To ci bohater!
Drake, kiedy akurat nie zajmował się piractwem i dzieciobójstwem, przyczynił się do zniewolenia tysiąca Afrykanów i zabicia kolejnych 3 tysięcy. U progu swojej kariery, w latach 1562–1569, uczestniczył w ekspedycjach swojego kuzyna Johna Hawkinsa, kładąc podwaliny pod rozwój tzw. handlu trójkątnego (transatlantyckiego handlu niewolnikami w trójkącie między Afryką, Europą i Amerykami). Wielu Afrykanów straciło wolność i życie w wyniku tej brutalnej i odczłowieczającej zbrodni przeciwko ludzkości, ale Drake zbił na tym majątek. Za życia Drake’a jego działalność była dobrze znana. W Anglii budził kontrowersje, co w dużej mierze wynikało z jego politycznych ambicji – był burmistrzem Plymouth i trzykrotnie posłem do parlamentu. Jego legenda przetrwała głównie dzięki epoce wiktoriańskiej, w której uznano go za wzór angielskiej brawury i patrona imperium. W XIX-wiecznych bestsellerach, takich jak History of England (Historia Anglii) Froudego czy powieść Charlesa Kingsleya z 1855 roku Na podbój świata, Drake’a obsadzono w roli głównego męskiego bohatera epoki elżbietańskiej i dlatego tak wielu z nas dorastało w przekonaniu, że był wielką postacią.
Szczególnie duża wina za wykreowanie mitu Drake’a spoczywa na powieści Na podbój świata. Autor, dawniejszy radykał, wykorzystał fikcyjną opowieść o Drake’u, by wyrazić swoje przekonanie, że wartości anglikańskiej Anglii przewyższają wartości Hiszpanów i że imperium było przeznaczeniem narodu, a to wszystko zawdzięczamy zwycięstwu Drake’a nad katolicką Wielką Armadą.
Bohaterowie społeczeństwa pokroju Drake’a nie biorą się z przypadku. Nie pojawiają się znikąd jak Wesley Autrey. Zazwyczaj są to starannie wybrane osoby, które zdobywają swoje miejsce w narodowej świadomości dzięki licznym intrygom, autopromocji i mitologizacji. Prawdziwy Drake był chciwym, podstępnym i krwiożerczym piratem oraz handlarzem niewolników, ale jego kleos tak bardzo zrosła się z szerszym narodowym mitem, że nazwanie rzeczy po imieniu równałoby się dokonaniu zamachu na naszą wyspiarską historię.
Gdy w styczniu 2023 roku Szkole Podstawowej im. sir Francisa Drake’a w Lewisham, dzielnicy południowo-wschodniego Londynu, postanowiono zmienić nazwę na „Twin Oaks”, samozwańczy strażnicy brytyjskiej przeszłości nie posiadali się z oburzenia.
Poseł Partii Konserwatywnej, Alexander Stafford, napisał na Twitterze:
Istne szaleństwo. Drake dosłownie wybawił Anglię od Hiszpańskiej Armady. Jeden z naszych najwspanialszych bohaterów. To jemu zawdzięczamy, że dzisiaj mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku. Czy są jakieś granice tego kulturowego wandalizmu?
Lord Frost, torysowski członek Izby Lordów, dodał: „To zły znak upadku naszej kultury i braku szacunku dla naszej historii”.
Profesor David Abulafia, historyk należący do wpływowej grupy nacisku o nazwie „History Reclaimed” (Historia odzyskana), powiązanej z Partią Konserwatywną, powiedział „Daily Mail”: „Usuwanie nazwisk to usuwanie przeszłości w jej różnych odcieniach”.
To wszystko bzdura. Władze szkoły nie zajmowały się „wymazywaniem historii”, lecz jej badaniem i oceną. W tym celu ponownie przyjrzały się wydarzeniom z życia Drake’a, przeprowadziły gruntowne konsultacje z lokalną społecznością i przedyskutowały proponowaną zmianę nazwy i jej powody. W głosowaniu 88% spośród 450 pracowników, uczniów i mieszkańców, których dotyczyła zmiana, opowiedziało się za jej wprowadzeniem, a przy okazji wszyscy dowiedzieli się o Drake’u znacznie więcej niż w czasach, gdy mijali przed budynkiem tabliczkę z jego nazwiskiem. Zmieniając nazwę szkoły podstawowej, nauczyciele i dyrekcja nie „scancelowali” Drake’a, tylko dali lekcję historii.
Badanie i docenianie przeszłości nigdy nie powinno sprowadzać się do poziomu wyrafinowanego fanklubu „wielkich nazwisk” historii, ale niestety często tak to właśnie wygląda. W ten sposób niezbyt bohaterskie postacie zyskują status ikon, wręcz bogów. Takie osoby nazywam „fałszywymi bohaterami”. Nie oznacza to bynajmniej, że każdy, kto pojawia się na kartach tej książki, był okropnym człowiekiem. Jedni pragnęli zdobyć kleos, drudzy zdobyli je niemal przypadkiem, a jeszcze inni zostali pośmiertnie wyniesieni na piedestał przez ludzi, którzy sami chcieli zrobić karierę, tyle że na cudzych plecach.
W trakcie tej podróży przekonamy się, że w wielu przypadkach „wielcy ludzie, którzy dokonali wielkich rzeczy”, wcale nic takiego nie zrobili. Po drodze poznamy też osoby, które zostały wymazane lub pominięte, a być może bardziej zasłużyły na miano bohaterów niż ci, którzy zajmują ich miejsce.
A Wesley Autrey?
Zamknął 2007 rok – rok swojej chwały – szansą na tytuł Człowieka Roku tygodnika „Time”. Na listę 100 najbardziej wpływowych ludzi świata (48. pozycja) zgłosił go sam Donald Trump. Wesley stracił pierwsze miejsce na rzecz pewnego polityka, który uplasował się na szczycie rankingu dzięki „wspaniałemu pokazowi przywództwa”, co pozwoliło mu wydobyć kraj z chaosu i ponownie wprowadzić go do „grona światowych mocarstw”.
Tym człowiekiem był Władimir Putin.
Rozdział 1
Bohaterowie wojenniDouglas Bader
Propaganda i bohater
W dniu 22 marca 1895 roku dwaj bracia, August i Louis Lumière, zaprezentowali swój wynalazek – kinematograf – na niewielkim zebraniu Société d’Encouragement pour l’Industrie Nationale4 w Paryżu, nieświadomie uruchamiając ciąg wydarzeń, który miał zmienić dzieje świata.
Rok wcześniej ich ojciec, Antoine, obejrzał pokaz kinetoskopu Thomasa Edisona. Obracając korbką, widz mógł oglądać ruchome obrazy przez mechaniczny wizjer. Antoine uzmysłowił sobie, że gdyby jeden film mogła oglądać za opłatą większa publiczność, przynosiłoby to większe zyski. Wrócił do domu w Lyonie i zachęcił synów, by poszukali rozwiązania problemu. Efektem ich pracy był kinematograf, lekkie urządzenie, które służyło jednoczenie do rejestracji i projekcji ruchomych obrazów.
Tak powstał film Wyjście robotników z fabryki Lumière – z ogromnym spojlerem w tytule, jak późniejsze Węże w samolocie (2006) – wyświetlony na wspomnianym pokazie w Paryżu w 1895 roku. W grudniu tego samego roku można go było obejrzeć razem z dziewięcioma innymi 50-sekundowymi nagraniami podczas pierwszej publicznej projekcji filmów w Grand Café du Paris. Nie pokazywano jeszcze wówczas najsłynniejszego filmu braci Lumière Wjazd pociągu na stację. Miał on premierę dopiero w styczniu następnego roku. W krótkometrażowym filmie można zobaczyć dokładnie to, co zapisano na puszce. Pociąg wjeżdża na stację, jedni wysiadają, drudzy wsiadają – koniec. A jednak to nie wszystko: w tej 50-sekundowej sekwencji widać artyzm, którego brakowało we wcześniejszych filmach. Gdy pociąg się zatrzymuje i zaczyna się ruch pasażerów, nie oglądamy po prostu „ruchomych obrazów”, lecz coś wyraźnie „filmowego”.
Legenda głosi, że pierwsi widzowie uciekli w popłochu na widok nadjeżdżającego pociągu. W ten sposób przedstawiono to w Draculi (1992) i Hugo (2011), tak samo opisuje się to wydarzenie w wielu sztandarowych opracowaniach na temat kina, między innymi w książce Marka Cousinsa z 2004 roku The Story of Film (Historia filmu).
W biografii reżysera Friedricha W. Murnaua z 1973 roku teoretyczka filmu Lotte Eisner wyjaśnia: „Widzowie w Grand Café mimowolnie skurczyli się ze strachu na swoich siedzeniach, bo wjeżdżająca na stację ogromna lokomotywa braci Lumière zdawała się pędzić wprost na nich”.
W 2004 roku niemiecki uczony Martin Loiperdinger całkowicie zdemaskował te opowieści i dzisiaj wszyscy są zgodni, że to po prostu mit założycielski kina.
Historia brzmiała wiarygodnie, stąd jej niezwykła żywotność. Miliony ludzi doświadczyły w kinie podobnych wrażeń: zasłaniamy oczy i podskakujemy ze strachu na horrorach. Łatwo nam uwierzyć, że gdy ówcześni widzowie po raz pierwszy w życiu zobaczyli na wielkim ekranie pędzący na nich pociąg, poczuli pokusę szybkiej ewakuacji z kina.
Trwający 50 sekund materiał często uchodzi za pierwszy film dokumentalny, choć tak naprawdę była to mistyfikacja. Bracia Lumière nakręcili wcześniej dwie inne wersje i dopiero za trzecim podejściem osiągnęli pożądany efekt, ale nie był on dziełem przypadku. Można odnieść wrażenie, że film został nakręcony bez przygotowania, choć w rzeczywistości wielu „pasażerów” na stacji w La Ciotat to nie niczego nieświadomi przechodnie, a znajomi filmowców wypełniający polecenia Louisa Lumière’a. Kręcąc swój jedenasty film, bracia mieli już opanowany ważny aspekt sztuki filmowej: żeby dana scena wyglądała wystarczająco realistycznie, trzeba ją zaaranżować.
Pierwszy film dokumentalny w historii tak naprawdę powstał na podstawie uprzednio opracowanego scenariusza (scripted reality).
Przekleństwem innowatorów jest nieuchronne pojawienie się lepszych następców. Wkrótce inni filmowcy zaczęli kręcić znacznie bardziej nowatorskie i interesujące dzieła. Bracia Lumière uważali swój wynalazek za kolejną nowinkę, lecz inni dostrzegli w nim ogromny potencjał. Francuski reżyser teatralny i iluzjonista Georges Méliès wziął udział w pokazie w Grand Café w grudniu 1895 roku i wkrótce chciał odkupić od braci jedno z ich urządzeń. Gdy odmówili, Méliès zamówił podróbkę u pewnego angielskiego wynalazcy i zaczął kręcić własne filmy. Wśród nich znalazł się pierwszy film science fiction Podróż na Księżyc (1902) – sprawna mieszanka efektów specjalnych i politycznej satyry, która podbiła publiczność na całym świecie.
Bracia Lumière wycofali się z branży filmowej w 1905 roku, by skupić się na opracowywaniu technologii filmu kolorowego. Obaj dożyli sędziwego wieku i w późniejszych latach cieszyli się sławą pionierów kina. Tak naprawdę zrobili jednak znacznie więcej.
Jednym z efektów ubocznych rozwoju przemysłu filmowego było wynalezienie współczesnej odmiany popularności. W początkach kina w Hollywood nazwiska aktorów nie figurowały w czołówce. Byli znani z wyglądu: Mary Pickford nazywano „dziewczyną ze złotymi lokami”, a Florence Lawrence – „dziewczyną z wytwórni Biograph”. Powód był prosty. Niejeden poważny aktor uważał twórczość filmową za dziedzinę sztuki poniżej swojej godności i nie chciał firmować jej swoim nazwiskiem, a jednocześnie szefowie studiów obawiali się, że gdy gwiazdy zdobędą rozpoznawalność, zażądają więcej pieniędzy.
Widzowie domagali się jednak nazwisk swoich ulubieńców, więc filmowcy w końcu odpuścili. Szacuje się, że w połowie lat 20. XX wieku 50 milionów Amerykanów co tydzień chodziło do kina. Narodziło się wiele gwiazd. Niektóre urosły do rangi bogów.
Gdy w 1926 roku bożyszcze tłumów Rudolph Valentino nagle zachorował i zmarł w wieku zaledwie 31 lat, można było odnieść wrażenie, że odszedł sam Herkules. Natychmiast doszło do przesadnych aktów publicznej żałoby. Dziesiątki tysięcy ludzi tłoczyły się w zakładzie pogrzebowym Franka E. Campbella przy Madison Avenue w Nowym Jorku, żeby zobaczyć zwłoki, aż wreszcie policja konna musiała rozpędzić zgromadzony tłum. Sensacyjne doniesienia prasowe podsycały histerię. Podobno co najmniej jedna kobieta, 27-letnia brytyjska aktorka Peggy Scott, odebrała sobie życie na wieść o śmierci aktora. Scott twierdziła, że miała romans z Valentino, ale prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. Z relacji przyjaciół kobiety wynikało, że w chwili śmierci zmagała się z poważnymi problemami psychicznymi. W każdym razie opowieści o jej samobójstwie dolały oliwy do ognia. Podczas pogrzebu Valentino 30 sierpnia 1926 roku rozpętało się istne szaleństwo.
Kronika filmowa brytyjskiego oddziału firmy Pathé zarejestrowała ogromne tłumy i jeszcze większy melodramat. W centrum wydarzeń znajduje się pogrążona w smutku narzeczona Valentino, aktorka Pola Negri5. W żałobnej czerni, ściskając w dłoni chusteczkę, niepewnym krokiem zmierza do czekającego samochodu, który następnie wiezie ją przez morze tłumów do Kościoła św. Malachiasza, zwanego Kaplicą Aktorów.
Kamer nie wpuszczono do kościoła, więc niestety nie możemy dziś zobaczyć, jak Negri, której niegdyś świetlana kariera znalazła się w impasie, trzykrotnie dramatycznie „mdleje” na oczach tłumu producentów filmowych i kierowników obsady. Szczęśliwie dla przyszłych pokoleń zachowało się zdjęcie, jak obłąkańczo rzuca się na trumnę na tle ogromnego wieńca, na którym dwumetrowymi literami wypisano słowo „POLA”.
Jej teatralne zachowanie sprowokowało żałobników czekających na zewnątrz, którzy wtargnęli do kościoła, gdy Pola zawodziła: „Valentino był największą miłością mojego życia. Kochałam go nie jak artystka kocha artystę, lecz jak kobieta kocha mężczyznę”.
Nie minął rok, nim wyszła za innego.
Miejsce wiecznego spoczynku Valentino na Cmentarzu Hollywood Forever szybko zmieniło się w obiekt kultu. W pierwszą rocznicę śmierci gwiazdora tajemnicza kobieta z twarzą zasłoniętą grubym czarnym welonem złożyła na jego grobie pojedynczą czerwoną różę. Później się okazało, że wysłało ją tam studio filmowe, żeby wypromować wznowienia filmów z udziałem Valentino. W kolejnych latach inna kobieta, Ditra Flame, przejęła pałeczkę i kontynuowała tradycję aż do lat 50., kiedy wyparła ją istna armia naśladowczyń „kobiety w czerni”.
Gdy odstawiano cały ten teatrzyk, niewiele osób opłakiwało Rudolfa Pietra di Valentina d’Antonguolla, urodzonego we Włoszech ucznia szkoły rolniczej i żigolaka, który imał się wielu dorywczych prac, zanim niemal przypadkiem został aktorem. Tłumy na ulicach, Pola Negri, Ditra Flame i jej naśladowczynie robiły to wszystko dla Szejka6 – „latynoskiego kochanka”, na którego przeniosły wszystkie swoje tęsknoty i pragnienia – mężczyzny, który właściwie nie istniał, ale dzięki potędze kina wyrósł na współczesnego boga.
Wyjątkowa właściwość kina, dzięki której „wierzymy”, że to, co oglądamy na ekranie, dzieje się naprawdę, od dawna stanowi przedmiot badań naukowych. W wydanej w 1916 roku pracy Dramat kinowy. Studium psychologiczne amerykański psycholog Hugo Münsterberg pisze, że gdy oglądamy filmy, stajemy się kimś więcej niż biernymi obserwatorami.
Bohaterowie (filmu) w większym stopniu od postaci dramatu są dla nas obiektem emocjonalnych doznań. Ich radości i cierpienia, nadzieje i obawy, miłość i nienawiść, wdzięczność i zazdrość, współczucie i podłość nadają sztuce sens i wartość.
Sto lat później, w 2016 roku, meksykański reżyser Alejandro González Iñárritu ujął to zwięźlej:
Kino jest lustrem, w którym często widzimy samych siebie. Taka jest rola twórców filmowych. Jeśli nie widać tego na ekranie, coś poszło nie tak.
Dzięki wykorzystaniu zbliżeń, montażu i różnych punktów widzenia spośród wszystkich środków wizualnych tylko film może uchodzić za niemal wierną replikę ludzkich przeżyć, a nawet pozwolić nam zobaczyć, co się dzieje w głowie innych ludzi. Film naśladuje życie i nasze życiowe doświadczenia. Każdy z nas zaznał strachu, straty, chciwości, zdrady i zazdrości. Dzięki swojej intymności film pozwala nam na nowo poczuć te emocje poprzez ukazanie cudzego życia. Gdy oglądamy filmy i widzimy te same wątki, w pewnym sensie dostajemy namiastkę własnych doświadczeń.
A być może chodzi jeszcze o coś innego.
W 2008 roku profesor psychologii na Uniwersytecie Yale Tamar Gendler ukuła termin alief na określenie dysonansu poznawczego, którego doświadczamy, kiedy wiemy, że coś jest nieprawdziwe, ale jednocześnie wierzymy, że jest prawdziwe. Gendler podała tutaj przykład osób, które odstręcza plastikowa kupa, choć wiedzą, że jest sztuczna, a także ludzi, którzy się obawiają, że wypadną przez szklaną podłogę, choć doskonale zdają sobie sprawę z istnienia umocnień. Alief to zachowanie automatyczne, wrodzone i zbliżone do przekonań (ang. beliefs), a tym samym wymykające się logice. Nawet jeśli powtarzamy sobie, że spacer po szklanej platformie widokowej zawieszonej tysiące metrów nad dnem Wielkiego Kanionu niczym nam nie grozi, możemy poczuć, że zaczynają nam się pocić dłonie, które coraz bardziej kurczowo zaciskamy na poręczy.
Teoria aliefu pozwala wyjaśnić, dlaczego płaczemy na smutnych filmach i dlaczego miliony ludzi po seansie Szczęk (1975) bały się wchodzić do morza, nawet w sennym Margate, z obawy przed paszczą żarłacza ludojada. Oglądając Szczęki, wiemy, że „to tylko film”. Zdajemy sobie sprawę, że potwór jest rekwizytem, ale z powodu aliefu dajemy się przekonać.
Praca Gendler budzi kontrowersje. Część krytyków zastanawia się, po co nam nowe słowo na opisanie utrwalonych ludzkich reakcji. W 2010 roku publicysta „Guardiana” Oliver Burkeman napisał w obronie Gendler:
Przyczyny jej nie interesują […], chodzi o uchwycenie stanu umysłu. Alief ukazuje inną możliwość: można być o czymś absolutnie i racjonalnie przekonanym, a jednocześnie poddać się aliefowi i postąpić zupełnie odwrotnie.
Alief mógł być kolejnym czynnikiem przyczyniającym się do powszechnego dysonansu poznawczego po śmierci Rudolfa Valentino w 1926 roku. Żałobnicy wiedzieli, że był „tylko aktorem”, ale pod wpływem aliefu widzieli w nim Szejka. Teoria aliefu pozwala także wyjaśnić, dlaczego film może być tak skutecznym narzędziem propagandy.
Na początku XX wieku brytyjscy filmowcy Sagar Mitchell i James Kenyon, działający w Blackburn w hrabstwie Lancashire, nakręcili serię wczesnych „filmów wojennych”. Jednym z nich był The Despatch Bearer (Posłaniec) (1901). Jak twierdzili, obraz powstał na podstawie prawdziwego zdarzenia, które miało miejsce podczas trwającego wówczas konfliktu między południowoafrykańskimi Burami a Imperium Brytyjskim. W filmie zdradziecki, wręcz karykaturalny Bur zabija brytyjskiego żołnierza, za co spotyka go zasłużona kara. Ten i podobne filmy z tamtego okresu wywołały niemałą sensację. Mitchell i Kenyon podkręcali akcję dodatkowymi „efektami” w postaci między innymi prawdziwych wystrzałów i dymu.
Oglądając te produkcje dzisiaj, trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógł dać się nabrać na tak absurdalną, slapstickową propagandę, jednak w 1901 roku Burowie wciąż dawali potężnemu imperium lekcję hybris, więc emocje sięgały zenitu i być może ludzie potrzebowali nieco otuchy. W wojnie, która miała potrwać najwyżej kilka miesięcy, Armia Brytyjska straciła co najmniej 22 tysiące żołnierzy, i to głównie z powodu chorób. Gdy w prasie pojawiły się pierwsze wzmianki o brytyjskich zbrodniach na ludności cywilnej, Brytyjczycy w kraju potrzebowali filmowej dawki przypominającej, że stoją po właściwej stronie, a The Despatch Bearer doskonale spełnił to zadanie.
Gdy Niemcy naruszyły neutralność Belgii 4 sierpnia 1914 roku, a następnie zignorowały brytyjskie ultimatum w kwestii wycofania wojsk, Zjednoczone Królestwo wraz z całym imperium wypowiedziało wojnę Cesarstwu Niemieckiemu. W czasach tej krwawej rzezi propaganda filmowa osiągnęła pełnię dojrzałości. Za pierwsze arcydzieło gatunku uchodzi brytyjski „film dokumentalny” z 1916 roku Bitwa nad Sommą, który wywarł kolosalny wpływ na poglądy odbiorców. W prawdziwej bitwie nad Sommą, toczonej od 1 lipca tamtego roku, nie udało się osiągnąć w zasadzie żadnego z założonych celów. Już pierwszego dnia Brytyjczycy ponieśli 57 470 ofiar, wśród których było 19 240 zabitych. „Wielka ofensywa” okazała się „wielkim niewypałem”. W filmie pokazano mocno zmienioną wersję wydarzeń, nadając całej historii bardziej optymistyczny wydźwięk. Szacuje się, że tylko w ciągu pierwszych sześciu tygodni ten „film dokumentalny” obejrzało 20 milionów Brytyjczyków.
Wydawało się, że film pokazuje widzom „prawdę”. Twórcy nie stronili od krwi, trudu, błota, śmierci i przemocy, ale przede wszystkim zakończyli produkcję optymistycznym akcentem, który dawał silne przekonanie, że wojna jest już właściwie wygrana. Tak jak w przypadku Wjazdu pociągu na stację, mieliśmy do czynienia z przekształconą rzeczywistością, bo twórcy filmu dopuścili się manipulacji.
Widzowie nie oglądali prawdziwej wojny, lecz zręcznie zmontowaną i tendencyjną wersję wydarzeń przygotowaną przez twórców filmowych z Ministerstwa Wojny. Surowy materiał zarejestrowali Geoffrey Malins i John McDowell, którzy towarzyszyli, odpowiednio, 29 i 7 Dywizji, ale do ostatecznej wersji filmu wpleciono inscenizowane rekonstrukcje przedstawiane jako prawdziwe wydarzenia. Niektóre sceny, takie jak słynne ujęcie żołnierzy biegnących przez ziemię niczyją, nagrano na poligonie szkoleniowym z dala od brytyjskich pozycji.
Widzowie wierzyli w to, co widzieli, i wierzą do dzisiaj. Materiał nie odszedł w zapomnienie po 1918 roku; sceny z Bitwy nad Sommą – w tym wspomniane „natarcie” – regularnie pojawiają się w coraz to nowych filmach dokumentalnych. Produkcja pozostaje jednym z najskuteczniejszych i najtrwalszych dzieł propagandowych w historii kina, ponieważ jeszcze ponad 100 lat po zakończeniu I wojny światowej kształtuje nasze o niej wyobrażenie.
Wielka Brytania nie była jedynym krajem, który zaprzągł do swojej służby potęgę kinowej propagandy.
W czasie rosyjskiej wojny domowej (1917–1923) Lenin wysyłał w kraj specjalne pociągi agitacyjne, by rozpowszechniać stronnicze kroniki filmowe i krótkie probolszewickie filmy, a tym samym wpływać na umysły setek tysięcy rosyjskich chłopów. W Związku Radzieckim kino stało się potężnym narzędziem komunistycznego państwa. Od połowy lat 20. XX wieku reżyserzy pokroju Siergieja Eisensteina tworzyli olśniewające wizualnie i budzące emocje dzieła, jak na przykład Pancernik Potiomkin (1925). Jeszcze inni, na przykład montażystka i reżyserka Esfir Szub, kręcili „filmy dokumentalne”, między innymi Upadek dynastii Romanowów (1927), które kreowały wygodną dla partii wersję najnowszej historii Rosji.
W Niemczech dwaj wielbiciele brytyjskiej propagandy, Adolf Hitler i Joseph Goebbels, po dojściu do władzy w 1933 roku wykorzystywali medium filmowe do propagowania swojej faszystowskiej ideologii. Niektóre obrazy, a zwłaszcza osławione „filmy dokumentalne” w reżyserii Leni Riefenstahl, w tym Triumf woli (1935) i Olimpiada (1938), skutecznie budowały przekonanie o nieposkromionej sile nazistów. Co dość przygnębiające, cieszyły się też uznaniem za granicą. Triumf woli, w którym Hitler występuje jako główny bohater faszystowskiego widowiska – w swego rodzaju mokrym śnie nazistów – wzbudził sensację także daleko poza granicami Niemiec, zdobywając złoty medal na Biennale w Wenecji w faszystowskich Włoszech w 1935 roku i zbierając pochwały w odległej Ameryce. Amerykański reżyser Frank Capra, który sam kręcił filmy propagandowe, oceniał później, że choć w Triumfie woli „nie pada żaden strzał i nie wybucha żadna bomba […] [film] jako psychologiczna broń mająca zmiażdżyć wolę oporu okazał się równie zabójczy”.
Tworzono też mniej wyrafinowane produkcje, wyłącznie na rynek krajowy, jak na przykład udający film dokumentalny Wieczny Żyd (1940), który przygotował grunt pod dehumanizację milionów ludzi w okresie Holocaustu.
Goebbels zdawał sobie sprawę, że za pomocą filmu nie da się tak po prostu wbić ludziom do głowy poparcia dla sprawy, i trzeba zapewnić państwowe finansowanie także dla filmów, które dostarczają emocji i rozrywki. W okresie rządów terroru Trzeciej Rzeszy naziści taśmowo produkowali setki filmów we wszystkich gatunkach. Środki budżetu państwa szły na wystawne musicale, komedie omyłek, operetki, dramaty historyczne, eskapistyczne romanse i dziesiątki filmów wojennych o bohaterskich niemieckich żołnierzach i ich walce z wrogiem. Wśród tych ostatnich filmów można wymienić Kampfgeschwader Lützow (Szwadron bojowy Lützow) z 1941 roku, który opowiada historię dzielnej eskadry bombowców w czasie najazdu na Polskę, czy wyprodukowany w tym samym roku wielowątkowy Stukas, ukazujący między innymi losy pilota myśliwca, który po wypadku cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD), ale pokonuje swoje lęki i rany, żeby znowu latać.
Wszystkie te filmy wykazują więcej niż subtelne podobieństwo do swoich alianckich odpowiedników, z tą różnicą, że brytyjskie produkcje z tego okresu wciąż regularnie pojawiają się w telewizji. Szczególnie wymowny przykład to Dzień dobrze minął? z 1942 roku: do typowej angielskiej wioski przybywają niemieccy żołnierze w mundurach brytyjskiego wojska, lecz mieszkańcom udaje się ich zdemaskować i pokonać.
Najlepsze propagandowe produkcje schlebiają nam, odwołują się do naszych uprzedzeń i udowadniają, że druga strona to zwykłe strachy na lachy. Dzień dobrze minął? spełnia wszystkie te kryteria i zostawia widza z przekonaniem, że flegmatyczni, lecz obdarzeni ciętym dowcipem mieszkańcy angielskiej prowincji to godny przeciwnik dla niemieckich spadochroniarzy, a stateczne gospodynie domowe stają się bohaterkami, jeśli tylko dać im szansę.
Taki był właśnie główny motyw wielu ówczesnych produkcji, chociażby filmów Nieuchwytny Smith (1941), Jeden z naszych samolotów zaginął (1942) czy filmu szpiegowskiego Bulldog Sees It Through (Bulldoga nie oszukasz) (1940) – rezolutni, obrotni brytyjscy amatorzy zawsze znajdowali sposób, by przechytrzyć podłych i ponurych Niemców. Niektóre obrazy były finansowane lub współfinansowane przez Ministerstwo Informacji, czyli resort odpowiedzialny za sprawy propagandy. Inne stanowiły wytwory nieoficjalnego, niezależnego agitpropu7, wpisujące się w panujące wówczas populistyczne i patriotyczne nastroje. W czasie wojny jednoczące mity mają ogromne znaczenie. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że nazistowski reżim systematycznie mordował własnych obywateli, to faktycznie kraj i władze zachowywały się na tyle potwornie, że Brytyjczykom zrozumiale i słusznie przypadła rola przyczajonego św. Jerzego.
Odejście od opowieści o tym, jak to pogodni, dowcipni i nieustraszeni Brytyjczycy walczą ze złymi nazistami, oznaczało proszenie się o kłopoty. Kiedy w 1943 roku premiera Winstona Churchilla doszły słuchy, że reżysersko-scenopisarski tandem Michaela Powella i Emerica Pressburgera przygotowuje film Życie i śmierć pułkownika Blimpa na podstawie wojennych karykatur Davida Lowa, które wyśmiewały nadętą brytyjskość starej daty, a do tego austriacki imigrant Anton Walbrook ma zagrać w filmie „dobrego Niemca”, postanowił zatrzymać produkcję. Napisał do Ministra Informacji Brendana Brackena z prośbą o „propozycję działań, które należy podjąć, żeby ukrócić to nieodpowiedzialne przedsięwzięcie”.
Powell i Pressburger ustąpili pod naciskiem i pokazali próbny montaż cenzorom. Produkcja dostała jednak zielone światło. Kiedy obraz wchodził na ekrany kin w 1943 roku, reklamowano go słowami: „chodźcie obejrzeć zakazany film”, co udowadnia, że spece od PR-u nie przepuszczą żadnej okazji, nawet w czasie wojny.
Choć II wojna światowa oficjalnie zakończyła się 2 września 1945 roku, to brytyjscy i amerykańscy twórcy filmów wojennych dopiero się rozgrzewali. Na przestrzeni ostatnich czterech lat czwartego dziesięciolecia XX wieku studia filmowe w Stanach Zjednoczonych i Zjednoczonym Królestwie wyprodukowały około 30 filmów, których akcja rozgrywa się podczas wojny, a w następnym dziesięcioleciu gatunek ten okazał się jeszcze większym sukcesem kasowym. W latach 50., gdy bezpośrednie cierpienie z powodu konfliktu ustąpiło miejsca nostalgicznemu triumfalizmowi, same tylko brytyjskie studia wypuściły ponad 50 filmów wojennych. Niektóre fabuły były wymyślone, lecz wiele opierało się na wydarzeniach, które widzowie poznali już wcześniej dzięki działaniom propagandowym Ministerstwa Informacji w okresie wojny. Praca tego resortu przez wiele lat stanowiła pożywkę dla przemysłu filmowego, a ciągłe powtórki w powojennej telewizji uczyniły z niej główny punkt odniesienia w późniejszej narracji na temat II wojny światowej.
Istniały duże rozbieżności między prawdą a fikcją. Wojsko dobrze przyjmowało kolejne produkcje, bo zwykle było przedstawiane w korzystnym świetle, a orkiestry pułkowe przyswoiły sobie muzykę z poszczególnych filmów. Motywy z Mostu na rzece Kwai (Marsz pułkownika Bogeya) i Wielkiej ucieczki na stałe weszły do repertuaru orkiestry Gwardii Coldstream. Na każdej paradzie z udziałem Centralnej Orkiestry Sił Powietrznych można usłyszeć motyw muzyczny z Bitwy o Anglię, Nocnego nalotu, Eskadry 633 lub Dosięgnąć nieba.
Większość powojennych filmów miała pokazywać „prawdziwe” wydarzenia, lecz tak naprawdę pozwalano sobie na dużą swobodę artystyczną, często pomijając ważne szczegóły lub postacie.
W 1950 roku reżyser Jack Lee kompletował obsadę do ekranizacji bestsellera Drewniany koń. Scenariusz opowiadał prawdziwą historię ucieczki brytyjskich jeńców wojennych ze Stalagu Luft III w 1943 roku – tego samego obozu, z którego w kolejnym roku dokonano tej słynniejszej „wielkiej ucieczki”. W tym pierwszym przypadku jeńcy wykorzystali wydrążonego konia gimnastycznego jako przykrywkę dla kopania tunelu. Pozorując ćwiczenia, udało im się uwolnić trzech żołnierzy i wysłać ich z powrotem do Zjednoczonego Królestwa.
Kompletując obsadę, Lee przesłuchał między innymi aktora Petera Butterwortha, znanego później z występów w serii filmów komediowych Cała naprzód, z myślą o roli brytyjskiego jeńca. Butterworth wspominał później – co znajduje potwierdzenie w dokumentach z Archiwów Narodowych – że nie dostał tej roli, ponieważ był „za gruby” i „nie nadawał się na bohatera”, mimo że faktycznie był osadzony w Stalagu Luft III w 1943 roku, brał udział w planowaniu przedsięwzięcia, a w dniu ucieczki pomagał odwrócić uwagę strażników.
Inny film, Nocny nalot (1955), jest dzisiaj niemal równie znany z rasistowskiego imienia psa dowódcy misji8, co z bohaterskich czynów podpułkownika Guya Gibsona i jego ludzi. Film opowiada prawdziwą historię brytyjskiego nalotu bombowego w ramach operacji „Chastise”, którego dokonano w nocy z 16 na 17 maja 1943 roku. Dziewiętnaście bombowców Lancaster zrzuciło „skaczące bomby” projektu wynalazcy Barnesa Wallisa, przerywając dwie tamy i niszcząc elektrownię w niemieckim Zagłębiu Ruhry. W trakcie produkcji filmu mnóstwo niewygodnych faktów wylądowało jednak na śmietniku montażowni. Zacznijmy od tego, że brawurowa misja nie była nawet w połowie tak skuteczna, jak pokazano to w filmie.
Filmowa wersja zdecydowanie nie przekonała historyków Charlesa Webstera i Noble’a Franklanda, autorów oficjalnego czterotomowego opracowania Strategiczna ofensywa powietrzna przeciwko Niemcom, które ukazało się w druku w 1961 roku. Ich zdaniem RAF (Królewskie Siły Powietrzne) wyolbrzymiły sukces ataku, bo jego skutki okazały się krótkotrwałe. Wykorzystując niewolniczą siłę roboczą i angażując wszystkich dostępnych pracowników, Niemcy potrzebowali zaledwie pięciu miesięcy, by naprawić i ponownie uruchomić tamy. Hydroelektrownia w Herdecke działała już po kilku tygodniach.
W 1972 roku, gdy odtajniono dokumenty dotyczące omawianych zdarzeń, dziennikarz Bruce Page napisał: „Nalot na tamy okazał się iluzją, nie miał praktycznie żadnego znaczenia militarnego […]. Historia nalotu to opowieść o niechlujnym planowaniu, entuzjazmie bez wyobraźni i źle ukierunkowanej odwadze […]”.
Atak niewątpliwie przyprawił Niemców o ból głowy, lecz ostatecznie okazał się kosztownym chwytem propagandowym, w wyniku którego życie straciło 53 członków załogi RAF-u. Były też inne ofiary: gdy 330 milionów ton wody zalało niżej położone doliny, utopiło się około 1600 osób, w tym tysiąc przymusowych robotników.
Tego rodzaju niewygodne detale oczywiście nie trafiały do tryumfalistycznych filmów epoki lat 50. – choćby dlatego, że Brytyjczycy mieli wówczas inne zmartwienia. System kartkowy zniesiono dopiero w 1954 roku, czyli rok przed premierą Nocnego nalotu, a wiele brytyjskich miast nadal nosiło brzydkie blizny po bombach. Wprawdzie bezrobocie było na rekordowo niskim poziomie i pojawiły się nowe możliwości związane z edukacją, zatrudnieniem i mieszkalnictwem – w postaci nowych miast, które wyrastały w południowo-wschodniej Anglii jak grzyby po deszczu – ale Wielka Brytania nie była już supermocarstwem z 1939 roku. W 1947 roku Indie i Pakistan uzyskały niepodległość, a inne dawne kolonie planowały podążyć ich śladem. Straciwszy swoje imperium, naród przestał uchodzić za globalnego gracza i zaczął się zastanawiać, kim jest i dokąd zmierza. Filmy koncentrujące się na Wielkiej Brytanii i jej niedawnym zwycięstwie nad nazistami poprawiały obywatelom samopoczucie. Nocny nalot doskonale ukazywał wojenną fikcję „brytyjskiego ducha”, do której nikogo nie trzeba było długo przekonywać.
Zmieszanie filmów z rzeczywistością w umysłach widzów – klasyczny przypadek aliefu – doprowadziło do zatarcia granicy między fikcyjną a prawdziwą wersją wydarzeń. Richard Todd9 zrósł się z postacią Guya Gibsona, którego grał w Nocnym nalocie, choć bardziej znany jest przypadek aktora Kennetha More’a, który stał się kimś w rodzaju sobowtóra legendarnego asa myśliwskiego pułkownika Douglasa Badera.
Właściwie każdy, kto dorastał w powojennej Wielkiej Brytanii, zna historię Douglasa Badera. Film Dosięgnąć nieba z 1956 roku w reżyserii Lewisa Gilberta i na podstawie książki pod tym samym tytułem od premiery telewizyjnej we wrześniu 1965 roku regularnie gościł na ekranach telewizorów i znacząco przyczynił się do umocnienia legendy Badera. Dosięgnąć nieba wyróżnia się na tle pozostałych filmów wojennych z okresu po 1945 roku, ponieważ opowiada historię jednego człowieka – gdy More wcielił się w Badera na ekranie, w świadomości narodu zlał się z nim w jedną postać.
Ludzie urodzeni po 1980 roku lub poza Wielką Brytanią mogą nie znać tej historii, więc podaję niżej krótkie streszczenie fabuły Dosięgnąć nieba:
Po raz pierwszy spotykamy Badera, gdy mknie przez angielską prowincję na swoim motocyklu, by dołączyć do RAF-u. Jest koniec lat 20. XX wieku. Gdy nad głową przelatuje mu samolot, Bader rozbija swoją maszynę, ale wstaje, otrzepuje się z kurzu i dociera do koszar w rozdartym meloniku. Ku uciesze pozostałych kursantów i wściekłości starszego chorążego czubek uszkodzonego kapelusza podskakuje mu podczas musztry.
Bader uwielbia życie w siłach powietrznych i koleżeńską atmosferę. Kawałom nie ma końca: pewnego dnia razem z kumplami poluzowują koła roweru policjantowi, który miał czelność ich upomnieć. W 1931 roku dochodzi do katastrofy. Podczas popisów akrobatycznych kilka metrów nad pasem startowym, Bader rozbija samolot na lądowisku w Woodley nieopodal Reading. Udaje mu się przeżyć, ale traci obie nogi – jedną tuż poniżej, a drugą tuż powyżej kolana. Słyszy, że już nigdy więcej nie będzie chodził, ale z czystej przekory udowadnia specjalistom, że nie mieli racji. Zaczyna grać w golfa i nawiązuje romans z Thelmą.
Królewskie Siły Powietrzne nie potrzebują beznogiego pilota, więc Bader podejmuje pracę w firmie naftowej Shell. Sześć lat później wybucha wojna, więc chce ponownie wstąpić do wojska. Oficer rekrutacyjny wita go słowami: „Obawiam się, że traci pan czas. Nigdy nie pozwolą panu latać”.
Bader nie przyjmuje odmowy i udowadnia, że potrafi latać. Ostatecznie zostaje dowódcą grupy zaprawionych w bojach Kanadyjczyków i podbija ich serca pokazem swoich umiejętności.
Pewnego dnia – ni z tego, ni z owego – Bader wymyśla nową taktykę (teorię „wielkiego skrzydła”) i przedstawia ją swojemu dowódcy, generałowi brygady Traffordowi Leigh-Mallory’emu. Taktyka ta polega na jednoczesnym poderwaniu trzech eskadr zamiast jednej. Skrzydło Duxford, którym dowodzi sam Bader, natychmiast wciela pomysł w życie. Po drodze, jak w każdym dobrym monomicie, bohater spotyka mentorów i nauczycieli, przekracza niejeden próg, a nawet doświadcza cudów. Następuje także moment odrodzenia, gdy próbuje zabić potwora Luftwaffe, a potwór niemal zabija jego.
Rok po bitwie o Anglię, 9 sierpnia 1941 roku, Spitfire Badera zostaje zestrzelony nad Saint-Omer w północno-zachodniej Francji. Samolot pikuje, a jedna proteza blokuje się w kokpicie, więc Bader odczepia ją i wyskakuje ze spadochronem. Trafia do niewoli.
Odzyskawszy obie nogi, Bader kuruje się w Saint-Omer, ale wkrótce nawiązuje kontakt z ruchem oporu i ucieka. Szybko zostaje złapany, a jego francuscy pomocnicy trafiają na przesłuchanie, zawzięty lotnik jednak nie odpuszcza. W końcu gospodarze tracą cierpliwość i informują go o przeniesieniu do „wygodniejszego” obozu. Bader odmawia, ale gdy przyjaciel, Harry Day, mówi mu: „Narobiłeś im kłopotów i wszyscy jesteśmy po twojej stronie […], ale wystarczy iskra, żeby wywołać incydent […]”, odpuszcza i odjeżdża do Oflagu IV-C utworzonego w zamku w Colditz, żegnany przez wiwatujących towarzyszy. Wiosna 1945 roku przynosi mu wyzwolenie, lecz Bader nie ma czasu świętować, bo od razu zaczyna szukać jakiegoś Spitfire’a. Wraca do domu do Thelmy i snuje plany wyruszenia na Wschód, żeby walczyć z Japończykami, ale – ku wielkiej uldze żony – nastaje VJ Day, dzień zwycięstwa nad Japonią, i wojna dobiega końca.
I tak się kończy film.
Oczywiście prawdziwe życie Badera toczyło się dalej. W momencie premiery Dosięgnąć nieba w 1956 roku był już powszechnie znany, lecz dzięki filmowi stał się jednym z najsłynniejszych bohaterów wojennych kraju. Choć Bader podszedł do produkcji z rezerwą i minęły lata, zanim zdecydował się ją obejrzeć, cieszyła się ona uznaniem krytyków i odniosła komercyjny sukces, a nawet zdobyła w 1956 roku Nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej (BAFT) dla najlepszego filmu. Dystrybutor Rank wypuścił Dosięgnąć nieba także na rynek amerykański, ale w starciu z takimi kolorowymi filmami kinowymi jak Król i ja, Człowiek, który wiedział za dużo czy Dziesięcioro przykazań dwugodzinny czarno-biały obraz o beznogim brytyjskim asie myśliwskim nie miał szansy się przebić.
W latach 60. i 70. XX wieku Bader nadal cieszył się uznaniem w Zjednoczonym Królestwie i krajach Wspólnoty Narodów, takich jak Australia, Republika Południowej Afryki czy Nowa Zelandia. Korzystając ze statusu bodaj najsłynniejszej osoby niepełnosprawnej w całej Wielkiej Brytanii, dużo działał na rzecz innych. Kilka miesięcy przed śmiercią Badera w 1982 roku prezenter telewizyjny Eamonn Andrews zaskoczył go podczas imprezy charytatywnej na Haymarket w Londynie, i tak oto Bader pojawił się w biograficznym programie telewizyjnym This Is Your Life, służącym głównie do łechtania ego prezentowanych bohaterów. W tamtych czasach program ten był stałym punktem ramówki. Zaskoczony gość wysłuchiwał pochlebnej wersji historii swojego życia, a następnie otrzymywał wielką czerwoną księgę, która tak naprawdę zawierała scenariusz odcinka. Tego wieczoru wśród gości specjalnych byli między innymi dawni towarzysze broni Badera z jego jednostki bojowej, tzw. „Dogsbody Section”, były przeciwnik z Luftwaffe – generał Adolf Galland, a nawet Madame Hiecque i Lucille Debacker, dwie Francuzki, które próbowały pomóc mu w ucieczce w 1941 roku.
We wstępie do programu Andrews opisuje Badera jako „żywą legendę, jednego z największych bohaterów romantycznych naszych czasów, a raczej wszech czasów”.
Od śmierci Badera jego mit przygasł, lecz nadal jest on chyba najbardziej znanym bohaterem otaczanej coraz większą czcią „bitwy o Anglię”. Niewątpliwie Bader w dużej mierze zawdzięcza niegasnącą sławę filmowi, który utrwalił jego legendę, oraz przejmującej kreacji aktorskiej Kennetha More’a.
Autor książki Bader’s War (Wojna Badera) z 2008 roku S.P. Mackenzie przytacza historię o dowcipnym przewodniczącym Brytyjskiego Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy Pozbawionych Kończyn, który zapowiedział kiedyś Badera słowami: „Niektórzy z was mogą go pamiętać z roli Kennetha More’a w filmie Dosięgnąć nieba10.
Bader nie czuł się komfortowo z tymi porównaniami i często powtarzał w wywiadach coś w rodzaju: „Wszyscy myślą, że jestem tym miłym gościem, Kennym More’em, ale to nieprawda”.
Bez wątpienia zrośnięcie się Badera z jego filmowym wizerunkiem tylko pomogło ugruntować legendę. Czterdzieści lat po śmierci Badera wciąż regularnie wspomina się go w podkastach i na łamach „Daily Mail”. W lipcu 2016 roku w wywiadzie dla „BBC History Magazine” ówczesny premier David Cameron wymienił Badera jako swojego „największego bohatera wszech czasów”. Mit rozprzestrzenia się też dzięki różnym formom upamiętnienia.
Niektóre ulice nazwano imieniem Badera. Są też pomniki, w tym statua z brązu, którą jego druga żona Joan Bader odsłoniła na lądowisku w Goodwood w 2001 roku. Pamięć o bohaterze pielęgnuje Szkoła Chodzenia im. Douglasa Badera, Bader’s Bus Company11 (powietrzny zespół akrobacyjny złożony z osób niepełnosprawnych) czy Bader Academy – szkoła specjalna w Doncasterze. Istnieją nawet knajpy nazwane na jego cześć.
Na terenie dawnej bazy lotniczej Królewskich Sił Powietrznych Martlesham Heath, tuż przy drodze A12 w hrabstwie Suffolk, znajduje się pub „Douglas Bader”, którego otwarcie w 1979 roku uświetnił sam patron. Podobny przybytek, „The Bader Arms”, był kiedyś w Tangmere w hrabstwie West Sussex – Bader przeciął tam wstęgę w 1982 roku. Miejscowa legenda głosi, że gdy pewien reporter spytał Badera, co sądzi o nazwie lokalu, ten miał mu odpowiedzieć: „No chyba, do cholery, nie mogli go nazwać »The Bader Legs«”12.
Powyższa historia dobrze obrazuje skłonność Badera do przeklinania. Według innej, dość wątpliwej dykteryjki pewnego razu Bader tak opowiadał o walkach powietrznych w szkole dla dziewcząt: „Jedne cholery13 mieliśmy z lewej, drugie cholery mieliśmy z prawej, a jeszcze inne cholery leciały na nas wprost ze słońca!” – aż wreszcie dyrektorka uznała za konieczne wtrącić tonem wyjaśnienia: „Moje drogie, Fokkery to takie niemieckie samoloty z okresu drugiej wojny światowej”.
„Być może – odpowiedział niezmieszany Bader – ale te cholery to były Messerschmitty”.
To jeden z wielu paradoksów tej historii, że aż dwa puby nosiły imię abstynenta. Dziedzictwo Badera to jednak bardzo złożony temat. Propaganda wojenna i późniejsze opowieści o jego losach sprawiły, że prawda o Douglasie Baderze stanęła w szranki z jego fikcyjnym alter ego. Niewygodne fakty są takie, że mężczyzna fetowany jako największy bohater wojenny Wielkiej Brytanii wcale nie był bohaterem – a przynajmniej nie takim, jakim go wspominamy.
Jest 2022 rok, upalny lipcowy dzień. Właśnie jadę z moim nastoletnim synem do Królewskiego Muzeum Wojny w Duxfordzie.
Wyruszałem z obrazoburczym nastawieniem, lecz w zasadzie tuż za progiem przechodzę dziwną przemianę i niczym Alan Partridge14 z ekscytacją wskazuję palcem na kolejne wojskowe sprzęty. Dla wielu chłopców, którzy tak jak ja dorastali w latach 70., II wojna światowa miała ogromne znaczenie. Wojna była wszędzie – w naszych zabawkach, grach i programach, które oglądaliśmy w weekendy w telewizji. Wszyscy znaliśmy Badera. To może tłumaczyć, dlaczego jestem jednym z wielu facetów mniej więcej w moim wieku, którzy ciągają po Duxfordzie swoje pociechy.
Nieustanny turkot kołujących zabytkowych samolotów przydaje miejscu atmosfery.
Za 2950 funtów można przelecieć się Spitfire’em, ale takie atrakcje wykraczają poza nasz dzisiejszy budżet, więc decydujemy się na symulator lotu w znacznie przystępniejszej cenie czterech funtów.
