Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy - English Otto - ebook

Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy ebook

English Otto

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy wszyscy już zapomnieli o nazistowskiej przeszłości Coco Chanel?

Czy romantyczna śmierć Kennedy'ego wymazała jego grzeszki?

Dlaczego w ogóle ludzkość potrzebuje świętych i bohaterów – i czy powinniśmy wszystko wybaczać?

Otto English na nowo przygląda się kultowym postaciom historycznym, aby sprawdzić, czy rzeczywiście zasługują na swoją nieskalaną reputację – i odkryć prawdziwe znaczenie istnienia idoli. W pasjonujący i rzetelny sposób rozlicza bohaterów świata polityki, sztuki, biznesu, nauki oraz religii, ujawniając burzące mit szczegóły z ich życia, a także przytacza niezwykłe dokonania prawdziwych altruistów, o których zapomniano lub o których słyszało niewielu.

Autor oferuje świeże, często prowokacyjne spojrzenie na pozornie nieskazitelnych bohaterów zbiorowej wyobraźni oraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, kogo i dlaczego otaczamy kultem – i co to mówi o nas samych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 586

Data ważności licencji: 7/11/2030

Oceny
4,0 (3 oceny)
1
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Wstęp. Narodziny bohatera – Wesley Autrey

Wstęp

Naro­dziny boha­teraWesley Autrey

Zacznijmy tę opo­wieść od cudu, jaki miał miej­sce w pod­ziem­nej czę­ści Nowego Jorku.

Jest wto­rek, 2 stycz­nia 2007 roku, docho­dzi 13.00. Wesley Autrey, 50-letni ojciec trójki dzieci, odpro­wa­dza dwie naj­młod­sze pocie­chy do domu ich matki, żeby następ­nie pójść do pracy na budo­wie.

Są już spóź­nieni, więc Wesley pona­gla córki, gdy zbie­gają scho­dami na sta­cję metra przy 137 ulicy. Prze­cho­dzą przez bramki, kie­rują się do hali i tra­fiają w sam śro­dek dra­matu. Tuż przed nimi, na nie­mal pustym pero­nie, 20-letni stu­dent szkoły fil­mo­wej Came­ron Hol­lo­pe­ter ma silny atak padaczki. Prze­stra­szeni pasa­że­ro­wie patrzą, jak pada na wznak i mocno ude­rza głową o zie­mię.

Came­ron ma szczę­ście. Wesley to wete­ran mary­narki wojen­nej prze­szko­lony do reago­wa­nia w sytu­acjach kry­zy­so­wych, więc rusza mło­demu męż­czyź­nie na pomoc, odciąga go od kra­wę­dzi peronu i wkłada mu dłu­go­pis mię­dzy wargi, żeby nie połknął języka. Następ­nie z pomocą innego pasa­żera przy­trzy­muje stu­denta, dopóki atak nie minie. Po kilku minu­tach wydaje się, że wszystko jest już w porządku. Came­ron nie­pew­nie pod­nosi się z ziemi, dzię­kuje Wesley­owi i dru­giemu pasa­że­rowi, zata­cza się, prze­chyla na bok i spada wprost na toro­wi­sko.

Jak na zawo­ła­nie ciszę sta­cji przy 137 ulicy roz­rywa huk zbli­ża­ją­cego się pociągu. Ktoś wzywa pomocy, ktoś inny rzuca się do tele­fonu alar­mo­wego, a Wesley patrzy, jak Came­ron wije się mię­dzy torami. Głos w jego gło­wie (jak będzie póź­niej opo­wia­dał) mówi mu: „Idioto, musisz zejść mu pomóc”.

Tak oto męż­czy­zna w śred­nim wieku, ojciec trójki dzieci, ska­cze pod nad­jeż­dża­jący pociąg, żeby oca­lić życie nie­zna­jo­memu.

Na dole Wesley pró­buje pod­nieść Came­rona, ale toro­wi­sko jest mokre i prze­mo­czony stu­dent wyśli­zguje mu się z rąk. „Jedynka” z impe­tem wjeż­dża na sta­cję i pędzi w ich stronę, roz­świe­tla­jąc ciem­ność swoim reflek­to­rem. Wtedy Wesley zauważa mię­dzy torami kanał odpły­wowy – i sza­cuje, że mogą się w nim zmie­ścić. Mocno chwyta Came­rona, prze­ta­cza się na niego i doci­ska ich obu do dna szcze­liny. W tej samej chwili ważąca 190 ton loko­mo­tywa prze­myka nad nimi i z piskiem zatrzy­muje się tuż nad ich gło­wami.

Cały dra­mat – od upadku Came­rona do wjazdu pociągu na sta­cję – roz­grywa się w nie­całą minutę. Loko­mo­tywa mija ich zale­d­wie o nieco ponad cen­ty­metr, zosta­wia­jąc smugę smaru na czubku nie­bie­skiej czapki Wesleya.

– Umar­łem? – pyta Hol­lo­pe­ter.

– Nie, pro­szę pana, jeste­śmy pod pocią­giem! – odpo­wiada Wesley.

Mar­twi się o bez­pie­czeń­stwo córek, więc woła:

– Pro­szę o ciszę! Tam na górze są dwie dziew­czynki. Jestem ich ojcem. Pro­szę im powie­dzieć, że z tatu­siem wszystko w porządku!

Gdy jego głos nie­sie się echem w górę, na zatło­czo­nym już teraz pero­nie zalega cisza, a po chwili nastę­puje eks­plo­zja rado­ści.

Tak rodzi się boha­ter.

Wesley powie­dział póź­niej dzien­ni­karce Carze Buc­kley z „New York Timesa”: „Nie sądzę, że to był impo­nu­jący wyczyn. Po pro­stu zoba­czy­łem czło­wieka, który potrze­bo­wał pomocy, i zro­bi­łem, co uwa­ża­łem za słuszne”.

Takie wyja­śnie­nie nie wystar­czało jed­nak czy­tel­ni­kom, któ­rzy pró­bo­wali dociec, dla­czego Wesley wyka­zał się tak nie­zwy­kłą odwagą. W kolej­nych latach wciąż powra­cano do jego histo­rii i od nowa ją ana­li­zo­wano, żeby zro­zu­mieć naturę jego boha­ter­stwa.

W 2008 roku temat ten został poru­szony w jed­nym z wcze­snych prze­mó­wień TED. Słynny psy­cho­log Phi­lip Zim­bardo wska­zał Wesleya jako przy­kład altru­istycz­nego boha­tera dnia codzien­nego, który poten­cjal­nie drze­mie w każ­dym z nas. W 2012 roku mate­ma­tyk i bio­log z Harvardu Mar­tin Nowak na łamach książki Super­Co­ope­ra­tors (Super­ko­ope­ra­to­rzy) zasta­na­wiał się, czy wyczyn Wesleya mógł mieć pod­łoże ewo­lu­cyjne:

Udo­wod­nił nam, że w grze zwa­nej życiem prze­trwa­nie zależy w rów­nym stop­niu od życz­li­wo­ści innych, co od cech oso­bi­stych, takich jak deter­mi­na­cja, dąże­nie do per­fek­cji itp. Stał się żywym dowo­dem na potęgę współ­pracy.

Jesz­cze inni, jak na przy­kład ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz Joe Nocera, uwa­żali, że dzia­ła­nie Wesleya wyni­kało raczej z czyn­ni­ków spo­łecz­nych i można je powią­zać z tak zwa­nym „efek­tem widza”. John Dar­ley i Bibb Latané jako pierwsi zaob­ser­wo­wali ten para­doks w 1968 roku. Polega on na tym, że im wię­cej osób jest świad­kami sytu­acji kry­zy­so­wej, tym dłu­żej trwa reak­cja. I na odwrót: im mniej osób, tym więk­sze szanse na szyb­kie dzia­ła­nie.

Innymi słowy, w tłu­mie docho­dzi do roz­pro­sze­nia oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści, a bar­dziej osa­mot­nione jed­nostki czują, że trzeba dzia­łać.

Coś jest na rze­czy, bo pięć lat po tym, jak Wesley oca­lił życie Came­ro­nowi, inny męż­czy­zna, Ki-Suck Han, spadł na tory na zatło­czo­nej sta­cji metra przy 49 ulicy i zgi­nął, gdy wszy­scy wokół wahali się, co robić. Nie poja­wił się wów­czas żaden Wesley Autrey, za to parę osób wyjęło tele­fony komór­kowe i robiło zdję­cia, gdy Han wpadł pod koła pociągu, a potem pró­bo­wało je sprze­dać jakie­muś bru­kow­cowi. Trzeba zazna­czyć, że mię­dzy tymi dwoma wyda­rze­niami wystę­puje kilka istot­nych róż­nic – choćby taka, że przed upad­kiem na tory Han był pijany i agre­sywny – ale przede wszyst­kim tam­tego dnia na sta­cji przy 49 ulicy pano­wał tłok, a w 2007 roku w porze lun­chu sta­cja przy 137 ulicy świe­ciła pust­kami.

Efekt widza nie tłu­ma­czy jed­nak, dla­czego Autrey zigno­ro­wał wszyst­kie ludz­kie odru­chy i osta­tecz­nie sko­czył na tory. Miał wszel­kie powody, by tego nie robić. Towa­rzy­szyły mu dwie córeczki, a zazwy­czaj pier­wotny instynkt rodzi­ciel­ski, który każe chro­nić swoje potom­stwo, bie­rze górę nad wszyst­kim. Wesley był też głową wie­lo­po­ko­le­nio­wej rodziny: opie­ko­wał się matką w pode­szłym wieku, poma­gał wnu­kom doro­słego syna i wspie­rał dzieci rodzeń­stwa. Ryzy­ku­jąc życie, nara­ził bez­pie­czeń­stwo bli­skich. Co tym bar­dziej nie­zwy­kłe, pod­jął to ryzyko dla obcej osoby.

Znacz­nie chęt­niej poma­gamy tym, któ­rzy są do nas podobni. W 2006 roku, czyli rok przed tym, jak Wesley ura­to­wał życie Came­ro­nowi, bada­nia pro­wa­dzone przez Ste­fana Stürmera z Uni­wer­sy­tetu Kiloń­skiego wyka­zały, że:

Choć wszy­scy ludzie [bio­rący udział w bada­niu] współ­czuli oso­bie, która zna­la­zła się w trud­nej sytu­acji, byli skłonni do pomocy tylko wów­czas, gdy zali­czali ją do „swo­ich”.

Wesley to czarny męż­czy­zna w śred­nim wieku z klasy robot­ni­czej; Came­ron był bia­łym dzie­cia­kiem z col­lege’u z Mas­sa­chu­setts. Nic ich nie łączyło, nie znali się wcze­śniej. Wesley nie mógł nic zyskać. Był to zatem akt czy­stego, altru­istycz­nego hero­izmu – wysoka poprzeczka, którą można posta­wić innym boha­te­rom. Nazwijmy to „genem Wesleya” i powróćmy jesz­cze do Nowego Jorku w to stycz­niowe popo­łu­dnie 2007 roku.

Dwie godziny po tym, jak wycią­gnięto go spod pociągu, Wesley wypi­sał się ze szpi­tala St. Luke’s-Roose­velt Hospi­tal Cen­ter. Przed drzwiami cze­kał na niego dzien­ni­karz i foto­graf z tablo­idu „New York Post”, który pró­bo­wał go namó­wić, by wło­żył kostium Super­mana i zapo­zo­wał do zdjęć.

– Jestem już spóź­niony do pracy! – odpo­wie­dział mu Wesley i ruszył na swoją zmianę.

Do wie­czora jego twarz poja­wiła się we wszyst­kich ser­wi­sach infor­ma­cyj­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Dla jed­nych był „boha­te­rem z metra”, dla dru­gich – „boha­te­rem z Har­lemu”. Fani DC ochrzcili go Super­ma­nem, a fani Marvela – Spi­der-Manem. Do rana Wesley był już naj­bar­dziej zna­nym robot­ni­kiem budow­la­nym w Ame­ryce. Gdy wyszedł z domu, na progu cze­kały na niego kamery tele­wi­zyjne, a na ulicy został dosłow­nie oto­czony.

Nie­zna­jomi wci­skali mu do ręki dolary, a jakaś kobieta wyznała, że zre­zy­gno­wała z pla­no­wa­nej abor­cji, bo zdała sobie sprawę, że „jest jesz­cze dobro na tym świe­cie”.

Dwa dni póź­niej Wesley odwie­dził Came­rona w szpi­talu i poznał jego ojca Larry’ego Hol­lo­pe­tera, który podzię­ko­wał mu za bez­in­te­re­sowną pomoc. Larry był tak poru­szony, że zaczął pła­kać, więc Wesley objął go ramie­niem i powie­dział:

– Czy można lepiej wejść w nowy rok, niż ratu­jąc komuś życie?

Tego samego popo­łu­dnia bur­mistrz Nowego Jorku Michael Blo­om­berg wrę­czył Wesley­owi Brą­zowy Medal, czyli naj­wyż­sze odzna­cze­nie cywilne przy­zna­wane przez mia­sto, a do tego dorzu­cił wycieczkę do Disney Worldu z pokry­ciem wszyst­kich kosz­tów dla Wesleya i jego córek: 6-let­niej Shu­qui i 4-let­niej Syshe. Wie­czo­rem Autrey gościł u Davida Let­ter­mana, gdzie udo­wod­nił, że jest nie tylko naro­dową ikoną, lecz także miłym i zupeł­nie zwy­czaj­nym face­tem.

W stycz­niu 2007 roku w Ame­ryce nie było za wesoło. Pano­wała rece­sja gospo­dar­cza, rosło bez­ro­bo­cie, pękła bańka miesz­ka­niowa, a kraj pogrą­żył się do reszty w okrop­nej woj­nie na Bli­skim Wscho­dzie. W ankie­cie YouGov rekor­dowo niska liczba oby­wa­teli wska­zała, że jest „nie­zmier­nie lub bar­dzo dumna” z faktu bycia Ame­ry­ka­nami. Jak śpie­wała Bon­nie Tyler, Ame­ryka „wycze­ki­wała boha­tera”, a Wesley odpo­wie­dział na zapo­trze­bo­wa­nie na „zna­ją­cego życie Her­ku­lesa, który zdoła poko­nać pię­trzące się prze­ciw­no­ści”. Dla narodu, który we wła­snym odczu­ciu zgu­bił swoją drogę, jego odwaga była zna­kiem innej (co prawda wyobra­żo­nej) epoki i innego (co prawda wyobra­żo­nego) obli­cza kraju. Przede wszyst­kim Wesley to postać żyw­cem wyjęta z hol­ly­wo­odz­kiego sce­na­riu­sza, który naj­sil­niej działa na wyobraź­nię: zwy­kły czło­wiek, który poja­wia się zni­kąd, by ura­to­wać sytu­ację.

Był jed­nak pewien pro­blem. Autrey nie pla­no­wał zostać boha­te­rem i nie szu­kał nagrody za swoją odwagę. Zadzia­łał instynk­tow­nie i w dobrej wie­rze, więc gdy obja­wił się światu, ani Ame­ryka, ani sam Wesley nie bar­dzo wie­dzieli, co dalej. Wobec braku innych pomy­słów sta­nęło na tym, co Stany Zjed­no­czone mają nie­jako w usta­wie­niach fabrycz­nych – spró­bo­wano zro­bić z Wesleya cele­brytę.

Na począ­tek bez zasko­czeń – Mon­tel, Oprah, Ellen i wszy­scy znani gospo­da­rze talk-show w Ame­ryce zapro­sili go do swo­ich pro­gra­mów i obsy­pali pre­zen­tami. Ellen dała mu kartę poda­run­kową do Gapa o war­to­ści 5 tysięcy dola­rów i obie­cała Jeepa. Hugh Hef­ner spre­zen­to­wał mu czapkę z logo „Play­boya” (w zamian za tę ubru­dzoną sma­rem) i doży­wot­nią sub­skryp­cję swo­jego maga­zynu dla doro­słych. Nowo­jor­ska Aka­de­mia Fil­mowa dorzu­ciła czek na 5 tysięcy dola­rów, a magnat rynku nie­ru­cho­mo­ści Donald Trump – na 10 tysięcy. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napi­szę, że przy­szłym, 45. pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych raczej nie kie­ro­wała wyłącz­nie hoj­ność. Nie mógł zali­czyć poprzed­niego pół­ro­cza do uda­nych. Spa­dła oglą­dal­ność jego reality show The Appren­tice, a do tego w cza­sie, gdy jego żona Mela­nia zaj­mo­wała się malut­kim Bar­ro­nem, ośmie­szył się w pro­gra­mie The View, ogła­sza­jąc: „Gdyby Ivanka nie była moją córką, może bym się z nią umó­wił”. W tym samym roku, tuż przed wybu­chem kry­zysu na rynku kre­dy­tów hipo­tecz­nych, który przy­czy­nił się do zała­ma­nia ame­ry­kań­skiej gospo­darki, samo­zwań­czy geniusz biz­nesu wypu­ścił „kre­dyty hipo­teczne Trumpa”. Jak tłu­ma­czył sta­cji CNBC: „Uwa­żam, że to świetny moment na zało­że­nie firmy udzie­la­ją­cej kre­dy­tów hipo­tecz­nych; rynek nie­ru­cho­mo­ści jesz­cze długo będzie się dobrze trzy­mał”.

W stycz­niu 2007 roku ten wła­śnie rynek prze­ży­wał zała­ma­nie, a akcje Trumpa spa­dały. Dzięki przy­ja­ciel­skim rela­cjom z Super­ma­nem z metra przy­szły pre­zy­dent chciał przy­kleić się do boha­tera dnia – licząc, że w ten spo­sób uszczk­nie tro­chę chwały.

Ale nie on jeden. Wszy­scy chcieli ogrzać się w bla­sku Wesleya. Znane marki usta­wiały się w kolejce, by ofia­ro­wać mu futrzane płasz­cze, teni­sówki i wodę koloń­ską. Beyoncé zapro­siła go na swój kon­cert i dała mu prze­pustkę za kulisy, a legenda blu­esa B.B. King padł przed nim na kolana ze sło­wami: „Nawet nie wiesz, co zro­bi­łeś w Ame­ryce i dla Ame­ryki”.

Popro­szono go, by otwo­rzył Nowo­jor­ską Giełdę Papie­rów War­to­ścio­wych. Ani się obej­rzał, a już odbie­rał tele­fon od pre­zy­denta Geo­rge’a W. Busha, który zapra­szał go „na poga­wędkę” do Bia­łego Domu. Bush – podob­nie jak Trump – chciał popra­wić swoje noto­wa­nia. W stycz­niu 2007 roku był naj­mniej popu­lar­nym pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych od cza­sów Richarda Nixona, z popar­ciem wyno­szą­cym zale­d­wie 28%. Hero­izm Wesleya Autreya mógł przy­nieść mu kilka punk­tów pro­cen­to­wych, dla­tego po spo­tka­niu w Bia­łym Domu Bush zapro­sił go jako gościa hono­ro­wego na orę­dzie o sta­nie pań­stwa, które miał wygło­sić 23 stycz­nia. Pod koniec prze­mowy pre­zy­dent oddał hołd swo­jemu nowemu przy­ja­cie­lowi: „Nie uważa się za boha­tera. Mówi: »Mamy za gra­nicą chłop­ców i dziew­częta, któ­rzy oddają życie za naszą wol­ność. Musimy oka­zy­wać sobie nawza­jem tro­chę miło­ści«. Doprawdy jest coś wspa­nia­łego w kraju, gdzie rodzą się tak odważni i skromni ludzie, jak wła­śnie Wesley Autrey”.

Jesz­cze nie wybrzmiały słowa pre­zy­denta, gdy cud przy 137 ulicy zaczął się zmie­niać w swego rodzaju klą­twę, bo sława ścią­gnęła na Autreya rów­nież inny rodzaj uwagi. Na początku ludzie pod­cho­dzili i dawali mu pie­nią­dze, a teraz zaczęli o nie pro­sić, bo zakła­dali, że się wzbo­ga­cił. Ojciec Wesleya, który nie kon­tak­to­wał się z nim od trzech dekad, ni stąd, ni zowąd zadzwo­nił do syna. Autrey rela­cjo­no­wał póź­niej dzien­ni­ka­rzowi Rober­towi Kol­ke­rowi z „New Yor­kera”:

Od razu zaczął mówić jak wszy­scy: potrze­buję, chcę, daj mi. Ani razu nie spy­tał: czy wszystko w porządku? Co u two­ich córek? Powie­dział tylko: zbliża się zjazd rodzinny, więc jeśli pla­nu­jesz przy­je­chać, przy­wieź mi tro­chę tej forsy.

W walen­tynki zadzwo­niła do niego kobieta, która zosta­wiła go 15 lat wcze­śniej. Gdy Wesley ją spy­tał, dla­czego kon­tak­tuje się z nim w ten spo­sób, obra­ziła się i rzu­ciła słu­chawką. Autrey zaczął popa­dać w para­noję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa córek, mar­twiąc się, że ktoś mógłby je porwać – a wresz­cie, co być może nie­unik­nione, te wszyst­kie pochleb­stwa ude­rzyły mu do głowy.

Kiedy Oprah zapro­siła Wesleya do swo­jego stu­dia w Chi­cago tego samego dnia, w któ­rym twórcy pro­gramu Deal or No Deal1 chcieli go widzieć w Los Ange­les, ten zadzwo­nił do swo­jego nowego naj­lep­szego przy­ja­ciela, pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, z pyta­niem, czy nie uży­czyłby mu odrzu­towca typu ste­alth. Gdzieś po dro­dze Autrey poznał „part­ne­rów biz­ne­so­wych” z wiel­kimi pla­nami. Mówiło się o fil­mie, w któ­rym Wesley – w tej roli Eddie Mur­phy, a może Brad Pitt – uda­rem­niłby atak ter­ro­ry­styczny w metrze. Pla­no­wano zro­bić z niego markę. Gdy zorien­to­wał się, że dys­po­no­wałby pra­wem tylko do 50% zysków, a jego „part­ne­rzy biz­ne­sowi” w tajem­nicy pobie­rają od dzien­ni­ka­rzy nie­bo­tyczne opłaty za dostęp do boha­tera, posta­no­wił zło­żyć pozew.

Według Ary­sto­te­lesa, mędrca z IV wieku przed naszą erą, każdy boha­ter tra­giczny musi upaść, ponie­waż tylko taka kolej rze­czy pozwala uka­zać lęk i tra­gizm wpi­sane w docze­sne losy czło­wieka – a taka jest prze­cież rola boha­tera tra­gicz­nego.

Greccy bogo­wie nie­na­wi­dzili chwa­li­pię­tów i zawsze zwal­czali hero­sów, któ­rych ambi­cja wykra­czała poza ich pozy­cję. Gdy Ody­se­usz wyru­szył w drogę do domu po woj­nie tro­jań­skiej, pycha dopro­wa­dziła go do upadku: podróż, która powinna mu zająć jakiś tydzień, trwała 10 lat, a załogi wszyst­kich dwu­na­stu okrę­tów albo się poto­piły, albo zgi­nęły – albo zostały zje­dzone.

W ody­sei popu­lar­no­ści Wesleya, jak przy­stało na XXI wiek, jego los przy­pie­czę­to­wały syreni śpiew pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych z pasma dzien­nego i cyklo­powa bestia pustej sławy.

Upa­dek nastą­pił 21 maja 2007 roku, gdy Autrey wystą­pił w tele­tur­nieju Deal or No Deal2 pro­wa­dzo­nym przez Howiego Man­dela. For­mułę pro­gramu można stre­ścić sło­wami: „zary­zy­kuj wszystko dla wiel­kiej nagrody”, co Wesley nie­stety zro­bił – odrzu­cił ofertę „ban­kiera” w wyso­ko­ści 305 tysięcy dola­rów i wygrał zale­d­wie 25. Publicz­ność ocze­ki­wała krze­pią­cego spiel­ber­gow­skiego finału, w któ­rym bogaty i szczę­śliwy Wesley odjeż­dża w stronę zacho­dzą­cego słońca, a w zamian otrzy­mała nie­zwy­kle ponure zakoń­cze­nie w stylu Larsa von Triera. Na pocie­sze­nie Autrey dostał od Man­dela Jeepa Patriota – dru­giego już Jeepa Patriota. Miny widzów mówiły wszystko: pięt­na­ście minut sławy Wesleya wła­śnie dobie­gło końca.

Nie­wąt­pli­wie w ten stycz­niowy dzień 2007 roku Autrey zro­bił coś wyjąt­ko­wego. Ura­to­wał życie dru­giemu czło­wie­kowi, nie zwa­ża­jąc na wła­sne bez­pie­czeń­stwo i nie ocze­ku­jąc nagrody. Na zawsze pozo­sta­nie boha­te­rem naj­wyż­szej próby. Ta chwila została jed­nak spla­miona. Wesley został wyko­rzy­stany przez wpły­wo­wych ludzi, a następ­nie pożarty i wypluty przez ame­ry­kań­skie media. Machina wia­do­mo­ści porzu­ciła wyczer­pany temat i ruszyła naprzód.

W listo­pa­dzie 1872 roku pra­cow­nik Biblio­teki Muzeum Bry­tyj­skiego w Blo­oms­bury, 32-letni asy­rio­log samouk Geo­rge Smith, doko­nał nie­zwy­kłego odkry­cia.

Smith zde­cy­do­wa­nie wyróż­niał się na tle ówcze­snych asy­rio­lo­gów. Przy­szedł na świat w rodzi­nie robot­ni­czej w slum­sach Chel­sea. W wieku 14 lat został uczniem dru­ka­rza i gra­we­rem bank­no­tów w pobli­skiej dziel­nicy Cler­ken­well, ale w porze lun­chu odwie­dzał Muzeum Bry­tyj­skie – i tak naro­dziła się jego fascy­na­cja sta­ro­żyt­nym świa­tem. Pasja Geo­rge’a i samo­dziel­nie zdo­byta spe­cja­li­styczna wie­dza były tak ogromne, że osta­tecz­nie zapro­po­no­wano mu pracę „napra­wia­cza” w Dziale Zabyt­ków Wschodu, gdzie zajął się dopa­so­wy­wa­niem frag­men­tów asy­ryj­skich tabli­czek. Geo­rge szybko udo­wod­nił, że jego talenty wykra­czają poza ukła­da­nie skom­pli­ko­wa­nych puz­zli. Wkrótce stał się nie­za­stą­pio­nym pra­cow­ni­kiem muzeum i jed­nym z głów­nych pomoc­ni­ków sir Henry’ego Cre­swicke’a Raw­lin­sona w odczy­ty­wa­niu asy­ryj­skich hie­ro­gli­fów.

Więk­szość tabli­czek została zna­le­ziona w Nini­wie i Nim­ru­dzie w latach 1849–1854 przez asy­rio­loga sir Austena Lay­arda, a póź­niej także przez jego asy­stenta, uro­dzo­nego w Mosulu Hor­muzda Ras­sama, który porzu­cił księ­go­wość dla arche­olo­gii. Zna­le­zi­sko nale­żało kie­dyś do zbio­rów Biblio­teki Aszur­ba­ni­pala w Nini­wie, gdzie na pole­ce­nie samego króla Aszur­ba­ni­pala, ostat­niego z wiel­kich wład­ców asy­ryj­skich, zgro­ma­dzono około 30 tysięcy tabli­czek. W 612 roku przed naszą erą sto­lica Asy­rii Niniwa została złu­piona. Biblio­teka doszczęt­nie spło­nęła, ale gli­niane tabliczki wypa­liły się w ogniu i prze­trwały dla potom­nych pod gru­zami mia­sta.

Tabliczki zawie­rały tekst w języku aka­dyj­skim, któ­rym posłu­gi­wano się mniej wię­cej od 2600 roku przed naszą erą do I wieku. Był on zapi­sy­wany pismem kli­no­wym – jedną z naj­star­szych na świe­cie odmian pisma. Pismo kli­nowe powstało około 3500 lat przed naszą erą, u progu epoki brązu. Z bie­giem czasu zaczęto go uży­wać do zapisu kil­ku­na­stu języ­ków, w tym sume­ryj­skiego i aka­dyj­skiego. Wyszło z uży­cia w II wieku przed naszą erą.

Pismo kli­nowe odko­do­wano nie­wiele wcze­śniej, bo w 1857 roku, więc Smith czy­tał tek­sty z tabli­czek jako jeden z pierw­szych ludzi po upły­wie tysiąc­leci. Dużo było w nich tre­ści o cha­rak­te­rze praw­ni­czym, dyplo­ma­tycz­nym i finan­so­wym, ale Smi­thowi udało się też odczy­tać wiele fascy­nu­ją­cych tek­stów, jak na przy­kład opisy zaćmie­nia słońca z 763 roku przed naszą erą czy najazdu na Babi­lo­nię w 2280 roku przed naszą erą. Tego jesien­nego dnia w 1872 roku miał jed­nak doko­nać naj­do­nio­ślej­szego i naj­słyn­niej­szego prze­kładu.

Tabliczka zawie­rała histo­rię „wiel­kiej powo­dzi” i mści­wego boga Enlila, który posta­no­wił uni­ce­stwić wszel­kie stwo­rze­nie. Przed zesła­niem nawał­nicy ostrzegł jed­nak pew­nego czło­wieka, Utna­pisz­tima, naka­zu­jąc mu: „Roz­bierz swój dom i zbu­duj łódź!”, a następ­nie: „Porzuć bogac­twa i szu­kaj oca­le­nia! Wzgardź mie­niem, a ratuj życie! Zabierz na łódź nasie­nie wszyst­kich żywych stwo­rzeń!”.

Utna­pisz­tim wraz z mał­żonką zbu­do­wali sta­tek i zała­do­wali na niego zapasy jedze­nia, nasiona roślin i młode zwie­rzęta, by sta­wić czoła pod­no­szą­cemu się pozio­mowi wód.

„Kiedy spoj­rza­łem na trze­cią kolumnę – pisał póź­niej Smith – moją uwagę przy­kuło stwier­dze­nie, że sta­tek osiadł na górze Nizir. Dalej nastę­po­wał opis wypusz­cze­nia gołę­bia, który nie zna­lazł miej­sca, by usiąść, i wró­cił. Natych­miast spo­strze­głem, że wła­śnie odna­la­złem […] opis Potopu”.

Zain­te­re­so­wa­nie Smi­tha pismem kli­no­wym wykra­czało poza war­tość arche­olo­giczną tabli­czek. Jak wielu wik­to­riań­skich uczo­nych wie­rzył, że te odkry­cia będą miały klu­czowe zna­cze­nie dla udo­wod­nie­nia histo­rycz­no­ści Biblii. Oto miał przed oczami opis tych samych wyda­rzeń, co we frag­men­cie Księgi Rodzaju doty­czą­cym arki Noego (roz­działy 6–9), lecz – co istotne – opis o tysiąc lat star­szy. Smith był tak ura­do­wany tym, co udało mu się odcy­fro­wać, że zerwał się z krze­sła i krzyk­nął: „Prze­czy­ta­łem to jako pierw­szy czło­wiek od ponad dwóch tysięcy lat!”, po czym zrzu­cił ubra­nie i bie­gał nago po całej Biblio­tece Muzeum Bry­tyj­skiego, budząc nie­po­kój bar­dziej uło­żo­nych kole­gów. Mie­siąc póź­niej, gdy (na całe szczę­ście) na nowo zaprzy­jaź­nił się ze spodniami, przed­sta­wił swoje odkry­cie na posie­dze­niu Towa­rzy­stwa Arche­olo­gii Biblij­nej. Słu­chali go mię­dzy innymi arcy­bi­skup Can­ter­bury Camp­bell Tait i ówcze­sny pre­mier Wil­liam Glad­stone. To była wielka chwila. Smith został pierw­szym i ostat­nim świa­to­wym cele­brytą od pisma kli­no­wego.

Brak klu­czo­wego frag­mentu histo­rii budził jed­nak powszechne nie­za­do­wo­le­nie. Dzien­nik „Daily Tele­graph” pod ste­rami redak­tora naczel­nego Edwina Arnolda wyło­żył tysiąc gwi­nei na wyprawę do ruin Niniwy, żeby Smith mógł odna­leźć bra­ku­jący ele­ment.

Rok póź­niej, speł­nia­jąc życiowe marze­nie o pro­wa­dze­niu wyko­pa­lisk, Smith udał się do Mosulu. Tak się nie­zwy­kle zło­żyło, że 7 maja 1873 roku rze­czy­wi­ście odkrył poszu­ki­wany frag­ment. W obli­czu suk­cesu zaczęto snuć plany kolej­nej wyprawy. Smith powró­cił jesz­cze na Bli­ski Wschód, ale zacho­ro­wał na febrę i czer­wonkę. Zmarł 19 sierp­nia 1876 roku w Aleppo w dzi­siej­szej Syrii.

W kolej­nych latach, mimo że legenda Geo­rge’a Smi­tha powoli odcho­dziła w zapo­mnie­nie, jego nie­zwy­kłe odkry­cie zyskało o wiele więk­szą wagę, niż miało pier­wot­nie jako wąt­pliwy „dowód” na histo­rycz­ność arki Noego. Oka­zało się bowiem, że prze­tłu­ma­czona przez Smi­tha tabliczka to Księga Jede­na­sta Eposu o Gil­ga­me­szu – naj­star­szej opo­wie­ści utrwa­lo­nej na piśmie.

Poemat został spi­sany pismem kli­no­wym około 2700 roku przed naszą erą. Opo­wiada histo­rię tytu­ło­wego boha­tera, króla mia­sta Uruk (obec­nie Warka w Iraku). Gil­ga­mesz zaczyna jako czarny cha­rak­ter – prze­stępca sek­su­alny, który, powo­łu­jąc się na prawo pierw­szej nocy (przy­słu­gu­jące mu jako kró­lowi), wyko­rzy­stuje sek­su­al­nie kobiety w ich noc poślubną. Ten okrutny cie­miężca zmu­sza męż­czyzn nie tylko do odda­wa­nia mu żon, lecz także do wzno­sze­nia budowli zaspo­ka­ja­ją­cych jego próż­ność. Jak łatwo się domy­ślić, bogo­wie posta­na­wiają dać mu nauczkę i zsy­łają na zie­mię Enkidu, postaw­nego dzi­kusa, który ma rzu­cić Gil­ga­meszowi wyzwa­nie. Aby stać się czło­wie­kiem, Enkidu musi upra­wiać seks z kobietą o imie­niu Szam­hat przez 14 dni i nocy (co, szcze­rze mówiąc, brzmi abso­lut­nie wyczer­pu­jąco) i dopiero wów­czas jest gotowy na star­cie z Gil­ga­meszem. W tym miej­scu nastę­puje potężny zwrot akcji: pano­wie od razu przy­pa­dają sobie do gustu, więc Gil­ga­mesz pro­po­nuje, żeby zwarli szyki, zamiast ze sobą wal­czyć, i razem zabili potwora Hum­babę i Byka Nie­biań­skiego.

Enkidu wyraża zgodę, ale tym samym wzbu­dza gniew wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nych bogów, któ­rzy uwa­żają, że zni­we­czył ich plany. Jakby zapo­wia­da­jąc przy­szłe losy Geo­rge’a Smi­tha, dzi­kus zapada na febrę i umiera, tak samo jak asy­rio­log trzy tysiące lat póź­niej.

Pod wpły­wem roz­pa­czy po utra­cie przy­ja­ciela Gil­ga­mesz wyru­sza w podróż, żeby odkryć tajem­nicę nie­śmier­tel­no­ści. Utna­pisz­tim (znany także jako asy­ryj­ski Noe) zdra­dza mu – zachę­cony nieco przez wła­sną żonę – że ist­nieje święte ziele, która zapew­nia wieczną mło­dość. Nie­stety jako pierw­szy odnaj­duje je wąż i krad­nie roślinę (to kolejny motyw, któ­rym mogli posłu­żyć się auto­rzy Księgi Rodzaju), więc król wraca do domu z pustymi rękami, ale póź­niej pomaga sta­remu przy­ja­cie­lowi uciec z zaświa­tów, żeby mogli sobie uciąć poga­wędkę.

W Epo­sie o Gil­ga­me­szu jest wszystko: bro­mance, ludzka głu­pota i odku­pie­nie, ból ist­nie­nia i strach przed tym, co czeka nas po śmierci. Jest seks, wielka woda i zaświaty. Wszystko zasa­dza się na naj­czę­ściej opo­wia­da­nej histo­rii: boha­ter wyru­sza na wyprawę, poko­nuje prze­ciw­no­ści i odmie­niony powraca do domu. To wła­śnie ta opo­wieść kształ­to­wała nasze poję­cie „boha­terstwa” na prze­strzeni dzie­jów, już od okresu przed­hel­le­ni­stycz­nego, i wciąż jest obecna w naszej kul­tu­rze, prze­wi­ja­jąc się w książ­kach, fil­mach i seria­lach.

Ame­ry­kań­ski pisarz Joseph Camp­bell ukuł poję­cie mono­mitu (podroży boha­tera), by opi­sać ten arche­typ w swoim fun­da­men­tal­nym dziele Boha­ter o tysiącu twa­rzy, które po raz pierw­szy uka­zało się w druku w 1949 roku. Ponie­waż na kar­tach tej książki spo­tkamy się z nie­jed­nym mono­mi­tem, poświęćmy chwilę na przyj­rze­nie się temu poję­ciu.

Według Camp­bella mono­mit składa się z trzech zasad­ni­czych ele­men­tów: odej­ścia, ini­cja­cji i powrotu. W fazie odej­ścia boha­ter wyru­sza ze zna­nego do niezna­nego świata, gdzie doświad­cza jakie­goś prze­łomu (ini­cja­cji), po czym wraca z nową mocą lub wie­dzą. Na tym sche­ma­cie opie­rają się dzieła Homera, Rama­jana, cztery ewan­ge­lie, legenda o świę­tym Jerzym i smoku, Bar­dzo głodna gąsie­nica, Super­man, Głupi i głup­szy, a nawet histo­ria Wesleya Autreya, którą wyko­rzy­stam jako przy­kład.

Mono­mit ma cha­rak­ter cykliczny, dla­tego wyobraźmy sobie jego ele­menty na tar­czy zegara: Wesley stoi na górze i prze­miesz­cza się zgod­nie z ruchem wska­zó­wek. Opusz­cza dom z jego sta­tus quo (połu­dnie) i otrzy­muje wezwa­nie do przy­gody (13.00), gdy widzi, że Came­ron ma atak padaczki. Prosi o pomoc (14.00) innego pasa­żera, prze­kra­cza próg (15.00) i – ska­cząc na tory – opusz­cza bez­pieczny znany świat (16.00). Roz­wią­zuje zagadkę (17.00) oca­le­nia Came­rona, zabija potwora (tj. wci­ska się w kanał odpły­wowy) (18.00) i poko­nuje śmierć, po czym nastę­puje odro­dze­nie (19.00). Odro­dze­niem jest sława, która pro­wa­dzi do nagród i skarbu, w tym czapki z logo „Play­boya” i Jeepa (20.00). Potem jed­nak dostaje nauczkę (21.00) w Deal or No Deal i od chci­wych part­ne­rów biz­ne­so­wych, dla­tego osta­tecz­nie wraca (22.00), choć odmie­niony (23.00), do swo­jego świata, któ­rego sta­tus quo zostało zachwiane (pół­noc).

Camp­bell pasjo­no­wał się folk­lo­rem. Dużo podró­żo­wał, zbie­ra­jąc mity zało­ży­ciel­skie róż­nych ludów i ple­mion. Doszedł wów­czas do prze­ko­na­nia, że powszech­ność mono­mitu wynika z naszej łowiecko-zbie­rac­kiej prze­szło­ści. W 1994 roku w doli­nie rzeki Ardèche w połu­dniowo-zachod­niej Fran­cji, w tzw. Komo­rze Koń­co­wej (Salle du Fond) Jaskini Chau­veta odkryto malo­wi­dła naskalne z okresu pale­olitu, które nawią­zują do tej samej histo­rii, tylko w wer­sji sprzed 35 tysięcy lat. Być może nie powinno to nikogo dzi­wić. Napo­ty­ka­nie prze­szkód, roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, poko­ny­wa­nie potwo­rów i try­um­falne powroty do domu to nie­od­łączne ele­menty ludz­kiego ist­nie­nia – i pew­nie zawsze tak było. Cho­dze­nie po skle­pach to rodzaj mono­mitu. Podob­nie odwo­że­nie dzieci do szkoły, dojazdy do pracy, a nawet wsta­nie z łóżka w ponury pora­nek pod koniec grud­nia, gdy przez święta zja­dłeś jakąś tonę sera.

Boha­ter o tysiącu twa­rzy wywarł wielki wpływ na hol­ly­wo­odz­kich fil­mow­ców. Geo­rge Lucas oparł trzy pierw­sze filmy z sagi Gwiezdne wojny na sche­ma­cie zna­nym z książki, choć wcale nie potrze­bo­wał wska­zó­wek Camp­bella, bo rów­nie dobrze mógł czer­pać inspi­ra­cję z roz­licz­nych opo­wie­ści o boha­te­rach two­rzo­nych od X wieku przed naszą erą w sta­ro­żyt­nej Gre­cji po czasy obecne.

Grecy wie­rzyli, że ich herosi byli potom­kami bogów i dla­tego mieli „boskie” cechy, które zacie­rały gra­nicę mię­dzy czło­wie­czeń­stwem a bosko­ścią. Przede wszyst­kim, w prze­ci­wień­stwie do bogów, herosi byli śmier­telni – cze­kała ich śmierć, zwy­kle okropna i przed­wcze­sna, z powodu hybris, nie­po­skro­mio­nej pychy, lub innego występku prze­ciw woli bogów. Dzięki tej ofie­rze i w trak­cie wędrówki ku jej speł­nie­niu herosi zdo­by­wali kleos, co można tłu­ma­czyć jako „chwałę”. Nie cho­dziło wyłącz­nie o sławę za życia, lecz także o pamięć po śmierci. Tak naro­dziły się poematy epic­kie i bal­lady, w tym Iliada i Ody­seja Homera.

Kleos, jak nie przy­mie­rza­jąc papieru toa­le­to­wego w cza­sie pan­de­mii, nie można było dostać – trzeba było się o nie sta­rać, aktyw­nie i świa­do­mie go szu­kać. Każdy miał wybór: wieść dłu­gie, nudne życie i szybko zostać zapo­mnia­nym albo żyć szybko i umrzeć młodo. Osta­tecz­nym celem była kleos aph­thi­ton, czyli „nie­śmier­telna chwała”. Jak się nad tym zasta­no­wić, trzy tysiące lat póź­niej wszyst­kim naszym boha­te­rom wciąż cho­dzi o to samo.

Więk­szość z nas koja­rzy „pierw­szo­li­go­wych” boha­te­rów grec­kich, takich jak Ajaks, Achil­les i Teze­usz, pogromca Mino­taura, któ­rzy dążyli do kleos, ale Grecy mieli też spore grono „dru­go­li­gow­ców”: czczono tysiące lokal­nych boha­te­rów. Był to klu­czowy ele­ment kul­tury Hel­lady. Wierni wie­rzyli – jak do dzi­siaj się wie­rzy w kul­tu­rach z sil­nie roz­wi­nię­tym kul­tem przod­ków – że po śmierci wiel­kie posta­cie bro­nią naj­bliż­szej oko­licy. Wzno­szono im gro­bowce, tzw. tumu­lusy, które sta­wały się miej­scami kultu. Chrze­ści­jań­ska tra­dy­cja świę­to­ści wyka­zuje wiele podo­bieństw z grec­kimi, a póź­niej także rzym­skimi prak­ty­kami tego rodzaju. Od samego początku w całym chrze­ści­jań­skim świe­cie obok „ofi­cjal­nych świę­tych” sze­rzył się kult „świę­tych ludo­wych”.

Anglo­sasi mieli około 100 swo­ich „angiel­skich” świę­tych poza ofi­cjal­nym kalen­da­rzem. Czczono ich jesz­cze długo po inwa­zji Nor­ma­nów w 1066 roku, bo aż do XVI wieku. Nie­które posta­cie, jak Edel­truda z Ely, zało­ży­cielka klasz­toru w hrab­stwie Cam­brid­ge­shire, są ota­czane kul­tem do dzi­siaj.

W świe­cie kato­lic­kim liczba lokal­nych świę­tych stale rośnie. W sta­nie Sina­loa na pół­nocno-zachod­nim wybrzeżu Mek­syku zacho­wał się zwy­czaj skła­da­nia ofiar przed wize­run­kiem Jesúsa Malverde, lokal­nego Robin Hooda, który podobno żył pod koniec XIX wieku. Malverde jest też uwa­żany za „patrona” prze­myt­ni­ków nar­ko­ty­ków. Bio­rąc pod uwagę te powią­za­nia, nie spo­dzie­wał­bym się rychłej kano­ni­za­cji.

W ostat­nich latach świecki kult cele­bry­tów wyparł litur­giczny kult świę­tych. I w tym przy­padku wiele współ­cze­snych ikon osiąga po śmierci coś w rodzaju kleos – fani na­dal ich ubó­stwiają, a ich histo­rie są tema­tem coraz to now­szych ksią­żek i fil­mów bio­gra­ficz­nych.

W trak­cie naszej wędrówki po kar­tach tej książki napo­tkamy różne świą­ty­nie i miej­sca piel­grzy­mek poświę­cone nie­dawno zmar­łym oso­bom oraz poznamy wiele legend na pod­sta­wie ich histo­rii. Księżna Diana, John F. Ken­nedy, Dr Mar­tin Luther King Junior, a nawet Win­ston Chur­chill – takie posta­cie zawsze mają swoje tumu­lusy i kleos aph­thi­ton, a przed­wcze­śnie zmarłe gwiazdy popu szybko ura­stają do rangi popu­lar­nych „ludo­wych świę­tych”. Sza­cuje się, że co roku 500 tysięcy osób piel­grzy­muje do grobu Elvisa Pre­sleya w Gra­ce­land. Na obrze­żach nowo­jor­skiego Cen­tral Parku można odwie­dzić Straw­berry Fields, czyli miej­sce poświę­cone pamięci zmar­łego Beatlesa Johna Len­nona, a nawet usły­szeć, jak jacyś gita­rzy­ści masa­krują wcze­sne utwory swo­jego idola. Ponad 10 lat po śmierci Amy Wine­ho­use ludzie wciąż przy­pi­nają kar­teczki i kwiaty do drzewa pod jej domem, a przy dro­dze B306 w oko­licy Bar­nes wznie­siono istną świą­ty­nię ku czci daw­nego lidera zespołu T. Rex, Marca Bolana, który zgi­nął tam w 1977 roku.

Współ­cze­sne zain­te­re­so­wa­nie cele­bry­tami oraz boha­te­rami świata poli­tyki i kul­tury to po pro­stu kon­ty­nu­acja histo­rii, która toczy się od 36 tysięcy lat. Mono­mi­tów nie trzeba daleko szu­kać. Wystar­czy, że weź­miesz do ręki tele­fon i prze­wi­niesz ekran, a zaraz wysko­czą rekla­mo­dawcy wci­ska­jący ci jakiś mono­mit. Zaj­rzyj na Insta­gram, Tik­Tok czy X, a znaj­dziesz mnó­stwo influ­en­ce­rów i poli­ty­ków, któ­rzy dla laj­ków dzielą się swoją „podróżą boha­tera”.

Gdy Rishi Sunak chciał zostać pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii w 2022 roku, opu­bli­ko­wał wideo, w któ­rym nie było ani słowa o jego dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej, za to bar­dzo dużo o mono­mi­cie jego rodziny. Na początku nagra­nia Sunak mówi: „Opo­wiem wam pewną histo­rię”, po czym snuje opo­wieść o tym, jak jego ciężko pra­cu­jąca bab­cia porzu­ciłasta­tus quo i prze­kro­czyła prór, wsia­da­jąc do samo­lotu lecą­cego do Anglii „z nadzieją na lep­sze życie”.

Jesz­cze inną podróż boha­tera obser­wo­wa­li­śmy w związku z wojną w Ukra­inie. Pre­zy­dent Woło­dy­myr Zełen­ski był wcze­śniej zawo­do­wym sce­na­rzy­stą i akto­rem, więc trudno się dzi­wić, że tak świet­nie wyko­rzy­stał swoje zdol­no­ści nar­ra­cyjne w walce z Puti­nem, uka­zu­jąc w głów­nej roli swój boha­ter­ski kraj (a nie sie­bie) ście­ra­jący się z potwo­rem, który przy­brał postać rosyj­skiego niedź­wie­dzia.

W cza­sie pan­de­mii COVID-19, gdy naukowcy prze­ści­gali się w sta­ra­niach, by opra­co­wać szcze­pionkę, a publiczna opieka zdro­wotna wal­czyła z nie­wi­dzialną bestią, powstały jesz­cze inne legendy. Bry­tyj­czycy, podob­nie jak inne narody, zaczęli kam­pa­nię publicz­nego bicia braw pra­cow­ni­kom opieki medycz­nej, żeby oka­zać im wdzięcz­ność. Nie wszy­scy jed­nak cie­szyli się z takiej formy uzna­nia. Pewien lekarz pisał ano­ni­mowo w „Guar­dia­nie”:

Naprawdę nie potrze­buję […] okla­sków. Nie potrze­buję tęczy. Mogą kla­skać, aż im ręce odpadną, a tęczę wyta­tu­ować sobie na czole – nic mnie to nie obcho­dzi. […] Naro­dowa Służba Zdro­wia (NHS) nie jest insty­tu­cją cha­ry­ta­tywną i nie pra­cują w niej boha­te­ro­wie.

Leka­rze i pie­lę­gniarki, podob­nie jak Zełen­ski i Wesley Autrey, nie szu­kali sławy, kleos; hero­izm wymu­siły na nich oko­licz­no­ści. To roz­róż­nie­nie ma klu­czowe zna­cze­nie dla dal­szej czę­ści książki. „Gen Autreya” doty­czy „wro­dzo­nego boha­ter­stwa” i nie ma nic wspól­nego z boha­te­rami spo­łe­czeń­stwa3, takimi jak Achil­les, Nel­son, Washing­ton, Che Guevara, kapi­tan Scott, a nawet Mao Zedong, bo oni sami świa­do­mie wybrali ścieżkę chwały.

Pod­wa­ża­nie sta­tusu boha­te­rów spo­łe­czeń­stwa to ryzy­kowne zaję­cie i coś w rodzaju here­zji. Wszy­scy, nie­za­leż­nie od sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, jeste­śmy wycho­wy­wani w prze­ko­na­niu o wiel­ko­ści postaci z histo­rii naszego narodu. Odkry­cie dru­giej strony medalu – nie­zbyt wspa­nia­łych, a nawet cał­kiem okrop­nych czy­nów tej wiel­kiej postaci – wzbu­dza nie­po­kój i dys­kom­fort. Hero­izm od nik­czem­no­ści dzieli naprawdę cienka linia, a stare powie­dze­nie: „dla jed­nych ter­ro­ry­sta, dla innych bojow­nik o wol­ność” jak ulał pasuje do sytu­acji wielu postaci histo­rycz­nych i fik­cyj­nych. Dla licz­nych miesz­kań­ców Zachodu Michaił Gor­ba­czow ode­grał chlubną rolę w zakoń­cze­niu zim­nej wojny, a Rosja­nie gre­mial­nie go nie­na­wi­dzą, bo przy­czy­nił się do roz­padu Związku Radziec­kiego i brał udział w wywo­ła­niu póź­niej­szego cha­osu.

Tak samo ma się sprawa z sir Fran­ci­sem Dra­kiem, żegla­rzem i „odkrywcą” epoki elż­bie­tań­skiej, zna­nym Hisz­pa­nom jako el Dra­que (smok). Według angiel­skiej wer­sji legendy Drake odkrył ziem­niaki i opły­nął kulę ziem­ską, a przy tym w 1588 roku roz­gro­mił Wielką Armadę. Miliony miesz­kań­ców Wiel­kiej Bry­ta­nii i „sta­rej” Wspól­noty Naro­dów dora­stały w cie­niu kleos Drake’a, a jego repu­ta­cja obrońcy narodu jest tak silna, że powstała w związku z tym oso­bliwa miej­scowa legenda o nad­na­tu­ral­nym zja­wi­sku: w Buc­kland Abbey znaj­duje się jego wer­bel, który podobno się odzywa, ile­kroć Anglii grozi nie­bez­pie­czeń­stwo. Odgłos wer­bla ma przy­po­mi­nać, że Drake nawet po śmierci pozo­stał obrońcą narodu. Rze­komo ostatni raz wyda­rzyło się to w maju 1940 roku pod­czas ewa­ku­acji Dun­kierki.

Mit kor­sa­rza Drake’a to praw­dziwa perełka, ale gdy przyj­rzymy się rze­czy­wi­stym szcze­gó­łom jego życia, wyła­nia się z nich bar­dziej zło­żony i mniej pochlebny obraz. Drake fak­tycz­nie okrą­żył Zie­mię mię­dzy 1577 a 1580 rokiem, ale wcale nie powo­do­wała nim pasja odkrywcy. Chciał zdo­być sławę i bogac­two, dla­tego okra­dał nie­mal wszyst­kich, któ­rych spo­tkał po dro­dze. Nie był też by­naj­mniej pierw­szym żegla­rzem, który opły­nął kulę ziem­ską, ponie­waż Magel­lan ukoń­czył swoją podróż w 1519 roku, czyli 21 lat przed naro­dzi­nami Drake’a. I choć to prawda, że Drake pomógł roz­gro­mić Wielką Armadę, wła­ści­wie było to zwy­cię­stwo lorda Howarda, admi­rała, który tego dnia dowo­dził całą flotą. Ow­szem, Drake przy­wiózł do Europy tytoń i ziem­niaki, ale Hisz­pa­nie mogliby na to powie­dzieć: „Byli­śmy tam, widzie­li­śmy i robi­li­śmy pata­tas bra­vas dobrą dekadę wcze­śniej”.

Tak na mar­gi­ne­sie, „kor­sarz” to po pro­stu łagod­niej­sze okre­śle­nie na pirata.

W jed­nym z odcin­ków serialu tele­wi­zyj­nego BBC Bri­tain at Sea z 2013 roku pre­zen­ter David Dim­bleby opo­wia­dał, że brał kie­dyś udział w pró­bie wyło­wie­nia oło­wia­nej trumny sir Fran­cisa Drake’a z miej­sca jego wiecz­nego spo­czynku u wybrzeży Panamy i spro­wa­dze­nia jej „w glo­rii i chwale” do Lon­dynu na okrę­cie Kró­lew­skiej Mary­narki Wojen­nej, by następ­nie doko­nać uro­czy­stego pochówku w Kate­drze św. Pawła. Poja­wił się jed­nak pewien pro­blem:

Kate­go­ryczny sprze­ciw wyra­ziła grupa, która wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa powinna try­skać entu­zja­zmem, czyli Kró­lew­ska Mary­narka Wojenna – a dla­czego? […] Pew­nie dla­tego, że nasz boha­ter naro­dowy był jed­nak pira­tem.

Jak na roz­bój­nika przy­stało, Drake nie stro­nił od okru­cień­stwa i mordu, nie tylko wobec okra­da­nych osób, lecz nawet wła­snych towa­rzy­szy. Gdy okrą­żał kulę ziem­ską na okrę­cie „Peli­can”, jego brat Tho­mas został przy­ła­pany przez swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego rywala, Doughty’ego, na kra­dzieży zdo­by­tego ładunku. Oba­wia­jąc się buntu, sir Fran­cis fał­szy­wie oskar­żył Doughty’ego o zdradę i czary; ścięto go 2 lipca 1578 roku. Następ­nie Drake zmie­nił nazwę swo­jego fla­go­wego okrętu z „Peli­can” na „Gol­den Hind” (Złota Łania), głów­nie po to, by udo­bru­chać spon­sora wyprawy i zara­zem bli­skiego przy­ja­ciela Doughty’ego, Chri­sto­phera Hat­tona, który w her­bie rodo­wym miał zło­tego jele­nia (lub łanię).

Mia­łem w dzie­ciń­stwie ksią­żeczkę o Drake’u, ale nie było w niej żad­nej wzmianki o losie Doughty’ego. Z kolei w moim egzem­pla­rzu cza­so­pi­sma histo­rycz­nego dla dzieci „Look and Learn” z 1978 roku próżno szu­kać infor­ma­cji o masa­krze na wyspie Rath­lin u wybrzeża Irlan­dii, która miała miej­sce 26 lipca 1575 roku. Wów­czas Drake, hra­bia Essex i sir John Nor­reys wdarli się do zamku, który słu­żył za schro­nie­nie Mac­Don­nel­lom z Antrim, sprze­ci­wia­ją­cym się dąże­niom kró­lo­wej Elż­biety do pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie lokal­nych wład­ców, a następ­nie wymor­do­wali sześć­set osób, w tym kobiety i dzieci. To ci boha­ter!

Drake, kiedy aku­rat nie zaj­mo­wał się pirac­twem i dzie­cio­bój­stwem, przy­czy­nił się do znie­wo­le­nia tysiąca Afry­ka­nów i zabi­cia kolej­nych 3 tysięcy. U progu swo­jej kariery, w latach 1562–1569, uczest­ni­czył w eks­pe­dy­cjach swo­jego kuzyna Johna Haw­kinsa, kła­dąc pod­wa­liny pod roz­wój tzw. han­dlu trój­kąt­nego (trans­atlan­tyc­kiego han­dlu nie­wol­ni­kami w trój­ką­cie mię­dzy Afryką, Europą i Ame­ry­kami). Wielu Afry­ka­nów stra­ciło wol­ność i życie w wyniku tej bru­tal­nej i odczło­wie­cza­ją­cej zbrodni prze­ciwko ludz­ko­ści, ale Drake zbił na tym mają­tek. Za życia Drake’a jego dzia­łal­ność była dobrze znana. W Anglii budził kon­tro­wer­sje, co w dużej mie­rze wyni­kało z jego poli­tycz­nych ambi­cji – był bur­mi­strzem Ply­mo­uth i trzy­krot­nie posłem do par­la­mentu. Jego legenda prze­trwała głów­nie dzięki epoce wik­to­riań­skiej, w któ­rej uznano go za wzór angiel­skiej bra­wury i patrona impe­rium. W XIX-wiecz­nych best­sel­le­rach, takich jak History of England (Histo­ria Anglii) Fro­udego czy powieść Char­lesa King­sleya z 1855 roku Na pod­bój świata, Drake’a obsa­dzono w roli głów­nego męskiego boha­tera epoki elż­bie­tań­skiej i dla­tego tak wielu z nas dora­stało w prze­ko­na­niu, że był wielką posta­cią.

Szcze­gól­nie duża wina za wykre­owa­nie mitu Drake’a spo­czywa na powie­ści Na pod­bój świata. Autor, daw­niej­szy rady­kał, wyko­rzy­stał fik­cyjną opo­wieść o Drake’u, by wyra­zić swoje prze­ko­na­nie, że war­to­ści angli­kań­skiej Anglii prze­wyż­szają war­to­ści Hisz­pa­nów i że impe­rium było prze­zna­cze­niem narodu, a to wszystko zawdzię­czamy zwy­cię­stwu Drake’a nad kato­licką Wielką Armadą.

Boha­te­ro­wie spo­łe­czeń­stwa pokroju Drake’a nie biorą się z przy­padku. Nie poja­wiają się zni­kąd jak Wesley Autrey. Zazwy­czaj są to sta­ran­nie wybrane osoby, które zdo­by­wają swoje miej­sce w naro­do­wej świa­do­mo­ści dzięki licz­nym intry­gom, auto­pro­mo­cji i mito­lo­gi­za­cji. Praw­dziwy Drake był chci­wym, pod­stęp­nym i krwio­żer­czym pira­tem oraz han­dla­rzem nie­wol­ni­ków, ale jego kleos tak bar­dzo zro­sła się z szer­szym naro­do­wym mitem, że nazwa­nie rze­czy po imie­niu rów­na­łoby się doko­na­niu zama­chu na naszą wyspiar­ską histo­rię.

Gdy w stycz­niu 2023 roku Szkole Pod­sta­wo­wej im. sir Fran­cisa Drake’a w Lewi­sham, dziel­nicy połu­dniowo-wschod­niego Lon­dynu, posta­no­wiono zmie­nić nazwę na „Twin Oaks”, samo­zwań­czy straż­nicy bry­tyj­skiej prze­szło­ści nie posia­dali się z obu­rze­nia.

Poseł Par­tii Kon­ser­wa­tyw­nej, Ale­xan­der Staf­ford, napi­sał na Twit­te­rze:

Istne sza­leń­stwo. Drake dosłow­nie wyba­wił Anglię od Hisz­pań­skiej Armady. Jeden z naszych naj­wspa­nial­szych boha­te­rów. To jemu zawdzię­czamy, że dzi­siaj mówimy po angiel­sku, a nie po hisz­pań­sku. Czy są jakieś gra­nice tego kul­tu­ro­wego wan­da­li­zmu?

Lord Frost, tory­sow­ski czło­nek Izby Lor­dów, dodał: „To zły znak upadku naszej kul­tury i braku sza­cunku dla naszej histo­rii”.

Pro­fe­sor David Abu­la­fia, histo­ryk nale­żący do wpły­wo­wej grupy naci­sku o nazwie „History Rec­la­imed” (Histo­ria odzy­skana), powią­za­nej z Par­tią Kon­ser­wa­tywną, powie­dział „Daily Mail”: „Usu­wa­nie nazwisk to usu­wa­nie prze­szło­ści w jej róż­nych odcie­niach”.

To wszystko bzdura. Wła­dze szkoły nie zaj­mo­wały się „wyma­zy­wa­niem histo­rii”, lecz jej bada­niem i oceną. W tym celu ponow­nie przyj­rzały się wyda­rze­niom z życia Drake’a, prze­pro­wa­dziły grun­towne kon­sul­ta­cje z lokalną spo­łecz­no­ścią i prze­dys­ku­to­wały pro­po­no­waną zmianę nazwy i jej powody. W gło­so­wa­niu 88% spo­śród 450 pra­cow­ni­ków, uczniów i miesz­kań­ców, któ­rych doty­czyła zmiana, opo­wie­działo się za jej wpro­wa­dze­niem, a przy oka­zji wszy­scy dowie­dzieli się o Drake’u znacz­nie wię­cej niż w cza­sach, gdy mijali przed budyn­kiem tabliczkę z jego nazwi­skiem. Zmie­nia­jąc nazwę szkoły pod­sta­wo­wej, nauczy­ciele i dyrek­cja nie „scan­ce­lo­wali” Drake’a, tylko dali lek­cję histo­rii.

Bada­nie i doce­nia­nie prze­szło­ści ni­gdy nie powinno spro­wa­dzać się do poziomu wyra­fi­no­wa­nego fan­klubu „wiel­kich nazwisk” histo­rii, ale nie­stety czę­sto tak to wła­śnie wygląda. W ten spo­sób nie­zbyt boha­ter­skie posta­cie zyskują sta­tus ikon, wręcz bogów. Takie osoby nazy­wam „fał­szy­wymi boha­te­rami”. Nie ozna­cza to by­naj­mniej, że każdy, kto poja­wia się na kar­tach tej książki, był okrop­nym czło­wie­kiem. Jedni pra­gnęli zdo­być kleos, dru­dzy zdo­byli je nie­mal przy­pad­kiem, a jesz­cze inni zostali pośmiert­nie wynie­sieni na pie­de­stał przez ludzi, któ­rzy sami chcieli zro­bić karierę, tyle że na cudzych ple­cach.

W trak­cie tej podróży prze­ko­namy się, że w wielu przy­pad­kach „wielcy ludzie, któ­rzy doko­nali wiel­kich rze­czy”, wcale nic takiego nie zro­bili. Po dro­dze poznamy też osoby, które zostały wyma­zane lub pomi­nięte, a być może bar­dziej zasłu­żyły na miano boha­te­rów niż ci, któ­rzy zaj­mują ich miej­sce.

A Wesley Autrey?

Zamknął 2007 rok – rok swo­jej chwały – szansą na tytuł Czło­wieka Roku tygo­dnika „Time”. Na listę 100 naj­bar­dziej wpły­wo­wych ludzi świata (48. pozy­cja) zgło­sił go sam Donald Trump. Wesley stra­cił pierw­sze miej­sce na rzecz pew­nego poli­tyka, który upla­so­wał się na szczy­cie ran­kingu dzięki „wspa­nia­łemu poka­zowi przy­wódz­twa”, co pozwo­liło mu wydo­być kraj z cha­osu i ponow­nie wpro­wa­dzić go do „grona świa­to­wych mocarstw”.

Tym czło­wie­kiem był Wła­di­mir Putin.

Rozdział 1. Bohaterowie wojenni – Douglas Bader

Roz­dział 1

Boha­te­ro­wie wojenniDouglas Bader

Pro­pa­ganda i boha­ter

W dniu 22 marca 1895 roku dwaj bra­cia, August i Louis Lumière, zapre­zen­to­wali swój wyna­la­zek – kine­ma­to­graf – na nie­wiel­kim zebra­niu Société d’Enco­ura­ge­ment pour l’Indu­strie Natio­nale4 w Paryżu, nie­świa­do­mie uru­cha­mia­jąc ciąg wyda­rzeń, który miał zmie­nić dzieje świata.

Rok wcze­śniej ich ojciec, Anto­ine, obej­rzał pokaz kine­to­skopu Tho­masa Edi­sona. Obra­ca­jąc korbką, widz mógł oglą­dać ruchome obrazy przez mecha­niczny wizjer. Anto­ine uzmy­sło­wił sobie, że gdyby jeden film mogła oglą­dać za opłatą więk­sza publicz­ność, przy­no­si­łoby to więk­sze zyski. Wró­cił do domu w Lyonie i zachę­cił synów, by poszu­kali roz­wią­za­nia pro­blemu. Efek­tem ich pracy był kine­ma­to­graf, lek­kie urzą­dze­nie, które słu­żyło jed­no­cze­nie do reje­stra­cji i pro­jek­cji rucho­mych obra­zów.

Tak powstał film Wyj­ście robot­ni­ków z fabryki Lumière – z ogrom­nym spoj­le­rem w tytule, jak póź­niej­sze Węże w samo­lo­cie (2006) – wyświe­tlony na wspo­mnia­nym poka­zie w Paryżu w 1895 roku. W grud­niu tego samego roku można go było obej­rzeć razem z dzie­wię­cioma innymi 50-sekun­do­wymi nagra­niami pod­czas pierw­szej publicz­nej pro­jek­cji fil­mów w Grand Café du Paris. Nie poka­zy­wano jesz­cze wów­czas naj­słyn­niej­szego filmu braci Lumière Wjazd pociągu na sta­cję. Miał on pre­mierę dopiero w stycz­niu następ­nego roku. W krót­ko­me­tra­żo­wym fil­mie można zoba­czyć dokład­nie to, co zapi­sano na puszce. Pociąg wjeż­dża na sta­cję, jedni wysia­dają, dru­dzy wsia­dają – koniec. A jed­nak to nie wszystko: w tej 50-sekun­do­wej sekwen­cji widać artyzm, któ­rego bra­ko­wało we wcze­śniej­szych fil­mach. Gdy pociąg się zatrzy­muje i zaczyna się ruch pasa­że­rów, nie oglą­damy po pro­stu „rucho­mych obra­zów”, lecz coś wyraź­nie „fil­mo­wego”.

Legenda głosi, że pierwsi widzo­wie ucie­kli w popło­chu na widok nad­jeż­dża­ją­cego pociągu. W ten spo­sób przed­sta­wiono to w Dra­culi (1992) i Hugo (2011), tak samo opi­suje się to wyda­rze­nie w wielu sztan­da­ro­wych opra­co­wa­niach na temat kina, mię­dzy innymi w książce Marka Cousinsa z 2004 roku The Story of Film (Histo­ria filmu).

W bio­gra­fii reży­sera Frie­dri­cha W. Mur­naua z 1973 roku teo­re­tyczka filmu Lotte Eisner wyja­śnia: „Widzo­wie w Grand Café mimo­wol­nie skur­czyli się ze stra­chu na swo­ich sie­dze­niach, bo wjeż­dża­jąca na sta­cję ogromna loko­mo­tywa braci Lumière zda­wała się pędzić wprost na nich”.

W 2004 roku nie­miecki uczony Mar­tin Loiper­din­ger cał­ko­wi­cie zde­ma­sko­wał te opo­wie­ści i dzi­siaj wszy­scy są zgodni, że to po pro­stu mit zało­ży­ciel­ski kina.

Histo­ria brzmiała wia­ry­god­nie, stąd jej nie­zwy­kła żywot­ność. Miliony ludzi doświad­czyły w kinie podob­nych wra­żeń: zasła­niamy oczy i pod­ska­ku­jemy ze stra­chu na hor­ro­rach. Łatwo nam uwie­rzyć, że gdy ówcze­śni widzo­wie po raz pierw­szy w życiu zoba­czyli na wiel­kim ekra­nie pędzący na nich pociąg, poczuli pokusę szyb­kiej ewa­ku­acji z kina.

Trwa­jący 50 sekund mate­riał czę­sto ucho­dzi za pierw­szy film doku­men­talny, choć tak naprawdę była to misty­fi­ka­cja. Bra­cia Lumière nakrę­cili wcze­śniej dwie inne wer­sje i dopiero za trze­cim podej­ściem osią­gnęli pożą­dany efekt, ale nie był on dzie­łem przy­padku. Można odnieść wra­że­nie, że film został nakrę­cony bez przy­go­to­wa­nia, choć w rze­czy­wi­sto­ści wielu „pasa­że­rów” na sta­cji w La Cio­tat to nie niczego nie­świa­domi prze­chod­nie, a zna­jomi fil­mow­ców wypeł­nia­jący pole­ce­nia Louisa Lumière’a. Krę­cąc swój jede­na­sty film, bra­cia mieli już opa­no­wany ważny aspekt sztuki fil­mo­wej: żeby dana scena wyglą­dała wystar­cza­jąco reali­stycz­nie, trzeba ją zaaran­żo­wać.

Pierw­szy film doku­men­talny w histo­rii tak naprawdę powstał na pod­sta­wie uprzed­nio opra­co­wa­nego sce­na­riu­sza (scrip­ted reality).

Prze­kleń­stwem inno­wa­to­rów jest nie­uchronne poja­wie­nie się lep­szych następ­ców. Wkrótce inni fil­mowcy zaczęli krę­cić znacz­nie bar­dziej nowa­tor­skie i inte­re­su­jące dzieła. Bra­cia Lumière uwa­żali swój wyna­la­zek za kolejną nowinkę, lecz inni dostrze­gli w nim ogromny poten­cjał. Fran­cu­ski reży­ser teatralny i ilu­zjo­ni­sta Geo­r­ges Méliès wziął udział w poka­zie w Grand Café w grud­niu 1895 roku i wkrótce chciał odku­pić od braci jedno z ich urzą­dzeń. Gdy odmó­wili, Méliès zamó­wił pod­róbkę u pew­nego angiel­skiego wyna­lazcy i zaczął krę­cić wła­sne filmy. Wśród nich zna­lazł się pierw­szy film science fic­tion Podróż na Księ­życ (1902) – sprawna mie­szanka efek­tów spe­cjal­nych i poli­tycz­nej satyry, która pod­biła publicz­ność na całym świe­cie.

Bra­cia Lumière wyco­fali się z branży fil­mo­wej w 1905 roku, by sku­pić się na opra­co­wy­wa­niu tech­no­lo­gii filmu kolo­ro­wego. Obaj dożyli sędzi­wego wieku i w póź­niej­szych latach cie­szyli się sławą pio­nie­rów kina. Tak naprawdę zro­bili jed­nak znacz­nie wię­cej.

Jed­nym z efek­tów ubocz­nych roz­woju prze­my­słu fil­mo­wego było wyna­le­zie­nie współ­cze­snej odmiany popu­lar­no­ści. W począt­kach kina w Hol­ly­wood nazwi­ska akto­rów nie figu­ro­wały w czo­łówce. Byli znani z wyglądu: Mary Pick­ford nazy­wano „dziew­czyną ze zło­tymi lokami”, a Flo­rence Law­rence – „dziew­czyną z wytwórni Bio­graph”. Powód był pro­sty. Nie­je­den poważny aktor uwa­żał twór­czość fil­mową za dzie­dzinę sztuki poni­żej swo­jej god­no­ści i nie chciał fir­mo­wać jej swoim nazwi­skiem, a jed­no­cze­śnie sze­fo­wie stu­diów oba­wiali się, że gdy gwiazdy zdo­będą roz­po­zna­wal­ność, zażą­dają wię­cej pie­nię­dzy.

Widzo­wie doma­gali się jed­nak nazwisk swo­ich ulu­bień­ców, więc fil­mowcy w końcu odpu­ścili. Sza­cuje się, że w poło­wie lat 20. XX wieku 50 milio­nów Ame­ry­ka­nów co tydzień cho­dziło do kina. Naro­dziło się wiele gwiazd. Nie­które uro­sły do rangi bogów.

Gdy w 1926 roku bożysz­cze tłu­mów Rudolph Valen­tino nagle zacho­ro­wał i zmarł w wieku zale­d­wie 31 lat, można było odnieść wra­że­nie, że odszedł sam Her­ku­les. Natych­miast doszło do prze­sad­nych aktów publicz­nej żałoby. Dzie­siątki tysięcy ludzi tło­czyły się w zakła­dzie pogrze­bo­wym Franka E. Camp­bella przy Madi­son Ave­nue w Nowym Jorku, żeby zoba­czyć zwłoki, aż wresz­cie poli­cja konna musiała roz­pę­dzić zgro­ma­dzony tłum. Sen­sa­cyjne donie­sie­nia pra­sowe pod­sy­cały histe­rię. Podobno co naj­mniej jedna kobieta, 27-let­nia bry­tyj­ska aktorka Peggy Scott, ode­brała sobie życie na wieść o śmierci aktora. Scott twier­dziła, że miała romans z Valen­tino, ale praw­do­po­dob­nie ni­gdy się nie spo­tkali. Z rela­cji przy­ja­ciół kobiety wyni­kało, że w chwili śmierci zma­gała się z poważ­nymi pro­ble­mami psy­chicz­nymi. W każ­dym razie opo­wie­ści o jej samo­bój­stwie dolały oliwy do ognia. Pod­czas pogrzebu Valen­tino 30 sierp­nia 1926 roku roz­pę­tało się istne sza­leń­stwo.

Kro­nika fil­mowa bry­tyj­skiego oddziału firmy Pathé zare­je­stro­wała ogromne tłumy i jesz­cze więk­szy melo­dra­mat. W cen­trum wyda­rzeń znaj­duje się pogrą­żona w smutku narze­czona Valen­tino, aktorka Pola Negri5. W żałob­nej czerni, ści­ska­jąc w dłoni chu­s­teczkę, nie­pew­nym kro­kiem zmie­rza do cze­ka­ją­cego samo­chodu, który następ­nie wie­zie ją przez morze tłu­mów do Kościoła św. Mala­chia­sza, zwa­nego Kaplicą Akto­rów.

Kamer nie wpusz­czono do kościoła, więc nie­stety nie możemy dziś zoba­czyć, jak Negri, któ­rej nie­gdyś świe­tlana kariera zna­la­zła się w impa­sie, trzy­krot­nie dra­ma­tycz­nie „mdleje” na oczach tłumu pro­du­cen­tów fil­mo­wych i kie­row­ni­ków obsady. Szczę­śli­wie dla przy­szłych poko­leń zacho­wało się zdję­cie, jak obłą­kań­czo rzuca się na trumnę na tle ogrom­nego wieńca, na któ­rym dwu­me­tro­wymi lite­rami wypi­sano słowo „POLA”.

Jej teatralne zacho­wa­nie spro­wo­ko­wało żałob­ni­ków cze­ka­ją­cych na zewnątrz, któ­rzy wtar­gnęli do kościoła, gdy Pola zawo­dziła: „Valen­tino był naj­więk­szą miło­ścią mojego życia. Kocha­łam go nie jak artystka kocha arty­stę, lecz jak kobieta kocha męż­czy­znę”.

Nie minął rok, nim wyszła za innego.

Miej­sce wiecz­nego spo­czynku Valen­tino na Cmen­ta­rzu Hol­ly­wood Fore­ver szybko zmie­niło się w obiekt kultu. W pierw­szą rocz­nicę śmierci gwiaz­dora tajem­ni­cza kobieta z twa­rzą zasło­niętą gru­bym czar­nym welo­nem zło­żyła na jego gro­bie poje­dyn­czą czer­woną różę. Póź­niej się oka­zało, że wysłało ją tam stu­dio fil­mowe, żeby wypro­mo­wać wzno­wie­nia fil­mów z udzia­łem Valen­tino. W kolej­nych latach inna kobieta, Ditra Flame, prze­jęła pałeczkę i kon­ty­nu­owała tra­dy­cję aż do lat 50., kiedy wyparła ją istna armia naśla­dow­czyń „kobiety w czerni”.

Gdy odsta­wiano cały ten teatrzyk, nie­wiele osób opła­ki­wało Rudolfa Pie­tra di Valen­tina d’Anton­gu­olla, uro­dzo­nego we Wło­szech ucznia szkoły rol­ni­czej i żigo­laka, który imał się wielu doryw­czych prac, zanim nie­mal przy­pad­kiem został akto­rem. Tłumy na uli­cach, Pola Negri, Ditra Flame i jej naśla­dow­czy­nie robiły to wszystko dla Szejka6 – „laty­no­skiego kochanka”, na któ­rego prze­nio­sły wszyst­kie swoje tęsk­noty i pra­gnie­nia – męż­czy­zny, który wła­ści­wie nie ist­niał, ale dzięki potę­dze kina wyrósł na współ­cze­snego boga.

Wyjąt­kowa wła­ści­wość kina, dzięki któ­rej „wie­rzymy”, że to, co oglą­damy na ekra­nie, dzieje się naprawdę, od dawna sta­nowi przed­miot badań nauko­wych. W wyda­nej w 1916 roku pracy Dra­mat kinowy. Stu­dium psy­cho­lo­giczne ame­ry­kań­ski psy­cho­log Hugo Münsterberg pisze, że gdy oglą­damy filmy, sta­jemy się kimś wię­cej niż bier­nymi obser­wa­to­rami.

Boha­te­ro­wie (filmu) w więk­szym stop­niu od postaci dra­matu są dla nas obiek­tem emo­cjo­nal­nych doznań. Ich rado­ści i cier­pie­nia, nadzieje i obawy, miłość i nie­na­wiść, wdzięcz­ność i zazdrość, współ­czu­cie i pod­łość nadają sztuce sens i war­tość.

Sto lat póź­niej, w 2016 roku, mek­sy­kań­ski reży­ser Ale­jan­dro González Iñárritu ujął to zwięź­lej:

Kino jest lustrem, w któ­rym czę­sto widzimy samych sie­bie. Taka jest rola twór­ców fil­mo­wych. Jeśli nie widać tego na ekra­nie, coś poszło nie tak.

Dzięki wyko­rzy­sta­niu zbli­żeń, mon­tażu i róż­nych punk­tów widze­nia spo­śród wszyst­kich środ­ków wizu­al­nych tylko film może ucho­dzić za nie­mal wierną replikę ludz­kich prze­żyć, a nawet pozwo­lić nam zoba­czyć, co się dzieje w gło­wie innych ludzi. Film naśla­duje życie i nasze życiowe doświad­cze­nia. Każdy z nas zaznał stra­chu, straty, chci­wo­ści, zdrady i zazdro­ści. Dzięki swo­jej intym­no­ści film pozwala nam na nowo poczuć te emo­cje poprzez uka­za­nie cudzego życia. Gdy oglą­damy filmy i widzimy te same wątki, w pew­nym sen­sie dosta­jemy namiastkę wła­snych doświad­czeń.

A być może cho­dzi jesz­cze o coś innego.

W 2008 roku pro­fe­sor psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Yale Tamar Gen­dler ukuła ter­min alief na okre­śle­nie dyso­nansu poznaw­czego, któ­rego doświad­czamy, kiedy wiemy, że coś jest nie­praw­dziwe, ale jed­no­cze­śnie wie­rzymy, że jest praw­dziwe. Gen­dler podała tutaj przy­kład osób, które odstrę­cza pla­sti­kowa kupa, choć wie­dzą, że jest sztuczna, a także ludzi, któ­rzy się oba­wiają, że wypadną przez szklaną pod­łogę, choć dosko­nale zdają sobie sprawę z ist­nie­nia umoc­nień. Alief to zacho­wa­nie auto­ma­tyczne, wro­dzone i zbli­żone do prze­ko­nań (ang. beliefs), a tym samym wymy­ka­jące się logice. Nawet jeśli powta­rzamy sobie, że spa­cer po szkla­nej plat­for­mie wido­ko­wej zawie­szo­nej tysiące metrów nad dnem Wiel­kiego Kanionu niczym nam nie grozi, możemy poczuć, że zaczy­nają nam się pocić dło­nie, które coraz bar­dziej kur­czowo zaci­skamy na porę­czy.

Teo­ria aliefu pozwala wyja­śnić, dla­czego pła­czemy na smut­nych fil­mach i dla­czego miliony ludzi po sean­sie Szczęk (1975) bały się wcho­dzić do morza, nawet w sen­nym Mar­gate, z obawy przed pasz­czą żar­ła­cza ludo­jada. Oglą­da­jąc Szczęki, wiemy, że „to tylko film”. Zda­jemy sobie sprawę, że potwór jest rekwi­zy­tem, ale z powodu aliefu dajemy się prze­ko­nać.

Praca Gen­dler budzi kon­tro­wer­sje. Część kry­ty­ków zasta­na­wia się, po co nam nowe słowo na opi­sa­nie utrwa­lo­nych ludz­kich reak­cji. W 2010 roku publi­cy­sta „Guar­diana” Oli­ver Bur­ke­man napi­sał w obro­nie Gen­dler:

Przy­czyny jej nie inte­re­sują […], cho­dzi o uchwy­ce­nie stanu umy­słu. Alief uka­zuje inną moż­li­wość: można być o czymś abso­lut­nie i racjo­nal­nie prze­ko­na­nym, a jed­no­cze­śnie pod­dać się alie­fowi i postą­pić zupeł­nie odwrot­nie.

Alief mógł być kolej­nym czyn­ni­kiem przy­czy­nia­ją­cym się do powszech­nego dyso­nansu poznaw­czego po śmierci Rudolfa Valen­tino w 1926 roku. Żałob­nicy wie­dzieli, że był „tylko akto­rem”, ale pod wpły­wem aliefu widzieli w nim Szejka. Teo­ria aliefu pozwala także wyja­śnić, dla­czego film może być tak sku­tecz­nym narzę­dziem pro­pa­gandy.

Na początku XX wieku bry­tyj­scy fil­mowcy Sagar Mit­chell i James Kenyon, dzia­ła­jący w Black­burn w hrab­stwie Lan­ca­shire, nakrę­cili serię wcze­snych „fil­mów wojen­nych”. Jed­nym z nich był The Despatch Bearer (Posła­niec) (1901). Jak twier­dzili, obraz powstał na pod­sta­wie praw­dzi­wego zda­rze­nia, które miało miej­sce pod­czas trwa­ją­cego wów­czas kon­fliktu mię­dzy połu­dnio­wo­afry­kań­skimi Burami a Impe­rium Bry­tyj­skim. W fil­mie zdra­dziecki, wręcz kary­ka­tu­ralny Bur zabija bry­tyj­skiego żoł­nie­rza, za co spo­tyka go zasłu­żona kara. Ten i podobne filmy z tam­tego okresu wywo­łały nie­małą sen­sa­cję. Mit­chell i Kenyon pod­krę­cali akcję dodat­ko­wymi „efek­tami” w postaci mię­dzy innymi praw­dzi­wych wystrza­łów i dymu.

Oglą­da­jąc te pro­duk­cje dzi­siaj, trudno uwie­rzyć, że kto­kol­wiek mógł dać się nabrać na tak absur­dalną, slap­stic­kową pro­pa­gandę, jed­nak w 1901 roku Buro­wie wciąż dawali potęż­nemu impe­rium lek­cję hybris, więc emo­cje się­gały zenitu i być może ludzie potrze­bo­wali nieco otu­chy. W woj­nie, która miała potrwać naj­wy­żej kilka mie­sięcy, Armia Bry­tyj­ska stra­ciła co naj­mniej 22 tysiące żoł­nie­rzy, i to głów­nie z powodu cho­rób. Gdy w pra­sie poja­wiły się pierw­sze wzmianki o bry­tyj­skich zbrod­niach na lud­no­ści cywil­nej, Bry­tyj­czycy w kraju potrze­bo­wali fil­mo­wej dawki przy­po­mi­na­ją­cej, że stoją po wła­ści­wej stro­nie, a The Despatch Bearer dosko­nale speł­nił to zada­nie.

Gdy Niemcy naru­szyły neu­tral­ność Bel­gii 4 sierp­nia 1914 roku, a następ­nie zigno­ro­wały bry­tyj­skie ulti­ma­tum w kwe­stii wyco­fa­nia wojsk, Zjed­no­czone Kró­le­stwo wraz z całym impe­rium wypo­wie­działo wojnę Cesar­stwu Nie­miec­kiemu. W cza­sach tej krwa­wej rzezi pro­pa­ganda fil­mowa osią­gnęła peł­nię doj­rza­ło­ści. Za pierw­sze arcy­dzieło gatunku ucho­dzi bry­tyj­ski „film doku­men­talny” z 1916 roku Bitwa nad Sommą, który wywarł kolo­salny wpływ na poglądy odbior­ców. W praw­dzi­wej bitwie nad Sommą, toczo­nej od 1 lipca tam­tego roku, nie udało się osią­gnąć w zasa­dzie żad­nego z zało­żo­nych celów. Już pierw­szego dnia Bry­tyj­czycy ponie­śli 57 470 ofiar, wśród któ­rych było 19 240 zabi­tych. „Wielka ofen­sywa” oka­zała się „wiel­kim nie­wy­pa­łem”. W fil­mie poka­zano mocno zmie­nioną wer­sję wyda­rzeń, nada­jąc całej histo­rii bar­dziej opty­mi­styczny wydźwięk. Sza­cuje się, że tylko w ciągu pierw­szych sze­ściu tygo­dni ten „film doku­men­talny” obej­rzało 20 milio­nów Bry­tyj­czy­ków.

Wyda­wało się, że film poka­zuje widzom „prawdę”. Twórcy nie stro­nili od krwi, trudu, błota, śmierci i prze­mocy, ale przede wszyst­kim zakoń­czyli pro­duk­cję opty­mi­stycz­nym akcen­tem, który dawał silne prze­ko­na­nie, że wojna jest już wła­ści­wie wygrana. Tak jak w przy­padku Wjazdu pociągu na sta­cję, mie­li­śmy do czy­nie­nia z prze­kształ­coną rze­czy­wi­sto­ścią, bo twórcy filmu dopu­ścili się mani­pu­la­cji.

Widzo­wie nie oglą­dali praw­dzi­wej wojny, lecz zręcz­nie zmon­to­waną i ten­den­cyjną wer­sję wyda­rzeń przy­go­to­waną przez twór­ców fil­mo­wych z Mini­ster­stwa Wojny. Surowy mate­riał zare­je­stro­wali Geof­frey Malins i John McDo­well, któ­rzy towa­rzy­szyli, odpo­wied­nio, 29 i 7 Dywi­zji, ale do osta­tecz­nej wer­sji filmu wple­ciono insce­ni­zo­wane rekon­struk­cje przed­sta­wiane jako praw­dziwe wyda­rze­nia. Nie­które sceny, takie jak słynne uję­cie żoł­nie­rzy bie­gną­cych przez zie­mię niczyją, nagrano na poli­go­nie szko­le­nio­wym z dala od bry­tyj­skich pozy­cji.

Widzo­wie wie­rzyli w to, co widzieli, i wie­rzą do dzi­siaj. Mate­riał nie odszedł w zapo­mnie­nie po 1918 roku; sceny z Bitwy nad Sommą – w tym wspo­mniane „natar­cie” – regu­lar­nie poja­wiają się w coraz to nowych fil­mach doku­men­tal­nych. Pro­duk­cja pozo­staje jed­nym z naj­sku­tecz­niej­szych i naj­trwal­szych dzieł pro­pa­gan­do­wych w histo­rii kina, ponie­waż jesz­cze ponad 100 lat po zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej kształ­tuje nasze o niej wyobra­że­nie.

Wielka Bry­ta­nia nie była jedy­nym kra­jem, który zaprzągł do swo­jej służby potęgę kino­wej pro­pa­gandy.

W cza­sie rosyj­skiej wojny domo­wej (1917–1923) Lenin wysy­łał w kraj spe­cjalne pociągi agi­ta­cyjne, by roz­po­wszech­niać stron­ni­cze kro­niki fil­mowe i krót­kie pro­bol­sze­wic­kie filmy, a tym samym wpły­wać na umy­sły setek tysięcy rosyj­skich chło­pów. W Związku Radziec­kim kino stało się potęż­nym narzę­dziem komu­ni­stycz­nego pań­stwa. Od połowy lat 20. XX wieku reży­se­rzy pokroju Sier­gieja Eisen­ste­ina two­rzyli olśnie­wa­jące wizu­al­nie i budzące emo­cje dzieła, jak na przy­kład Pan­cer­nik Potiom­kin (1925). Jesz­cze inni, na przy­kład mon­ta­żystka i reży­serka Esfir Szub, krę­cili „filmy doku­men­talne”, mię­dzy innymi Upa­dek dyna­stii Roma­no­wów (1927), które kre­owały wygodną dla par­tii wer­sję naj­now­szej histo­rii Rosji.

W Niem­czech dwaj wiel­bi­ciele bry­tyj­skiej pro­pa­gandy, Adolf Hitler i Joseph Goeb­bels, po doj­ściu do wła­dzy w 1933 roku wyko­rzy­sty­wali medium fil­mowe do pro­pa­go­wa­nia swo­jej faszy­stow­skiej ide­olo­gii. Nie­które obrazy, a zwłasz­cza osła­wione „filmy doku­men­talne” w reży­se­rii Leni Rie­fen­stahl, w tym Triumf woli (1935) i Olim­piada (1938), sku­tecz­nie budo­wały prze­ko­na­nie o nie­po­skro­mio­nej sile nazi­stów. Co dość przy­gnę­bia­jące, cie­szyły się też uzna­niem za gra­nicą. Triumf woli, w któ­rym Hitler wystę­puje jako główny boha­ter faszy­stow­skiego wido­wi­ska – w swego rodzaju mokrym śnie nazi­stów – wzbu­dził sen­sa­cję także daleko poza gra­ni­cami Nie­miec, zdo­by­wa­jąc złoty medal na Bien­nale w Wene­cji w faszy­stow­skich Wło­szech w 1935 roku i zbie­ra­jąc pochwały w odle­głej Ame­ryce. Ame­ry­kań­ski reży­ser Frank Capra, który sam krę­cił filmy pro­pa­gan­dowe, oce­niał póź­niej, że choć w Trium­fie woli „nie pada żaden strzał i nie wybu­cha żadna bomba […] [film] jako psy­cho­lo­giczna broń mająca zmiaż­dżyć wolę oporu oka­zał się rów­nie zabój­czy”.

Two­rzono też mniej wyra­fi­no­wane pro­duk­cje, wyłącz­nie na rynek kra­jowy, jak na przy­kład uda­jący film doku­men­talny Wieczny Żyd (1940), który przy­go­to­wał grunt pod dehu­ma­ni­za­cję milio­nów ludzi w okre­sie Holo­cau­stu.

Goeb­bels zda­wał sobie sprawę, że za pomocą filmu nie da się tak po pro­stu wbić ludziom do głowy popar­cia dla sprawy, i trzeba zapew­nić pań­stwowe finan­so­wa­nie także dla fil­mów, które dostar­czają emo­cji i roz­rywki. W okre­sie rzą­dów ter­roru Trze­ciej Rze­szy nazi­ści taśmowo pro­du­ko­wali setki fil­mów we wszyst­kich gatun­kach. Środki budżetu pań­stwa szły na wystawne musi­cale, kome­die omy­łek, ope­retki, dra­maty histo­ryczne, eska­pi­styczne romanse i dzie­siątki fil­mów wojen­nych o boha­ter­skich nie­miec­kich żoł­nier­zach i ich walce z wro­giem. Wśród tych ostat­nich fil­mów można wymie­nić Kamp­fge­schwa­der Lützow (Szwa­dron bojowy Lützow) z 1941 roku, który opo­wiada histo­rię dziel­nej eska­dry bom­bow­ców w cza­sie najazdu na Pol­skę, czy wypro­du­ko­wany w tym samym roku wie­lo­wąt­kowy Stu­kas, uka­zu­jący mię­dzy innymi losy pilota myśliwca, który po wypadku cierpi na zespół stresu poura­zo­wego (PTSD), ale poko­nuje swoje lęki i rany, żeby znowu latać.

Wszyst­kie te filmy wyka­zują wię­cej niż sub­telne podo­bień­stwo do swo­ich alianc­kich odpo­wied­ni­ków, z tą róż­nicą, że bry­tyj­skie pro­duk­cje z tego okresu wciąż regu­lar­nie poja­wiają się w tele­wi­zji. Szcze­gól­nie wymowny przy­kład to Dzień dobrze minął? z 1942 roku: do typo­wej angiel­skiej wio­ski przy­by­wają nie­mieccy żoł­nie­rze w mun­du­rach bry­tyj­skiego woj­ska, lecz miesz­kań­com udaje się ich zde­ma­sko­wać i poko­nać.

Naj­lep­sze pro­pa­gan­dowe pro­duk­cje schle­biają nam, odwo­łują się do naszych uprze­dzeń i udo­wad­niają, że druga strona to zwy­kłe stra­chy na lachy. Dzień dobrze minął? speł­nia wszyst­kie te kry­te­ria i zosta­wia widza z prze­ko­na­niem, że fleg­ma­tyczni, lecz obda­rzeni cię­tym dow­ci­pem miesz­kańcy angiel­skiej pro­win­cji to godny prze­ciw­nik dla nie­miec­kich spa­do­chro­nia­rzy, a sta­teczne gospo­dy­nie domowe stają się boha­ter­kami, jeśli tylko dać im szansę.

Taki był wła­śnie główny motyw wielu ówcze­snych pro­duk­cji, cho­ciażby fil­mów Nie­uchwytny Smith (1941), Jeden z naszych samo­lo­tów zagi­nął (1942) czy filmu szpie­gow­skiego Bul­l­dog Sees It Thro­ugh (Bul­l­doga nie oszu­kasz) (1940) – rezo­lutni, obrotni bry­tyj­scy ama­to­rzy zawsze znaj­do­wali spo­sób, by prze­chy­trzyć pod­łych i ponu­rych Niem­ców. Nie­które obrazy były finan­so­wane lub współfinan­so­wane przez Mini­ster­stwo Infor­ma­cji, czyli resort odpo­wie­dzialny za sprawy pro­pa­gandy. Inne sta­no­wiły wytwory nie­ofi­cjal­nego, nie­za­leż­nego agit­propu7, wpi­su­jące się w panu­jące wów­czas popu­li­styczne i patrio­tyczne nastroje. W cza­sie wojny jed­no­czące mity mają ogromne zna­cze­nie. Jeśli weź­miemy pod uwagę, że nazi­stow­ski reżim sys­te­ma­tycz­nie mor­do­wał wła­snych oby­wa­teli, to fak­tycz­nie kraj i wła­dze zacho­wy­wały się na tyle potwor­nie, że Bry­tyj­czy­kom zro­zu­miale i słusz­nie przy­pa­dła rola przy­cza­jo­nego św. Jerzego.

Odej­ście od opo­wie­ści o tym, jak to pogodni, dow­cipni i nie­ustra­szeni Bry­tyj­czycy wal­czą ze złymi nazi­stami, ozna­czało pro­sze­nie się o kło­poty. Kiedy w 1943 roku pre­miera Win­stona Chur­chilla doszły słu­chy, że reży­ser­sko-sce­no­pi­sar­ski tan­dem Micha­ela Powella i Eme­rica Press­bur­gera przy­go­to­wuje film Życie i śmierć puł­kow­nika Blimpa na pod­sta­wie wojen­nych kary­ka­tur Davida Lowa, które wyśmie­wały nadętą bry­tyj­skość sta­rej daty, a do tego austriacki imi­grant Anton Wal­brook ma zagrać w fil­mie „dobrego Niemca”, posta­no­wił zatrzy­mać pro­duk­cję. Napi­sał do Mini­stra Infor­ma­cji Bren­dana Brac­kena z prośbą o „pro­po­zy­cję dzia­łań, które należy pod­jąć, żeby ukró­cić to nie­od­po­wie­dzialne przed­się­wzię­cie”.

Powell i Press­bur­ger ustą­pili pod naci­skiem i poka­zali próbny mon­taż cen­zo­rom. Pro­duk­cja dostała jed­nak zie­lone świa­tło. Kiedy obraz wcho­dził na ekrany kin w 1943 roku, rekla­mo­wano go sło­wami: „chodź­cie obej­rzeć zaka­zany film”, co udo­wad­nia, że spece od PR-u nie prze­pusz­czą żad­nej oka­zji, nawet w cza­sie wojny.

Choć II wojna świa­towa ofi­cjal­nie zakoń­czyła się 2 wrze­śnia 1945 roku, to bry­tyj­scy i ame­ry­kań­scy twórcy fil­mów wojen­nych dopiero się roz­grze­wali. Na prze­strzeni ostat­nich czte­rech lat czwar­tego dzie­się­cio­le­cia XX wieku stu­dia fil­mowe w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie wypro­du­ko­wały około 30 fil­mów, któ­rych akcja roz­grywa się pod­czas wojny, a w następ­nym dzie­się­cio­le­ciu gatu­nek ten oka­zał się jesz­cze więk­szym suk­ce­sem kaso­wym. W latach 50., gdy bez­po­śred­nie cier­pie­nie z powodu kon­fliktu ustą­piło miej­sca nostal­gicz­nemu trium­fa­li­zmowi, same tylko bry­tyj­skie stu­dia wypu­ściły ponad 50 fil­mów wojen­nych. Nie­które fabuły były wymy­ślone, lecz wiele opie­rało się na wyda­rze­niach, które widzo­wie poznali już wcze­śniej dzięki dzia­ła­niom pro­pa­gan­do­wym Mini­ster­stwa Infor­ma­cji w okre­sie wojny. Praca tego resortu przez wiele lat sta­no­wiła pożywkę dla prze­my­słu fil­mowego, a cią­głe powtórki w powo­jen­nej tele­wi­zji uczy­niły z niej główny punkt odnie­sie­nia w póź­niej­szej nar­ra­cji na temat II wojny świa­to­wej.

Ist­niały duże roz­bież­no­ści mię­dzy prawdą a fik­cją. Woj­sko dobrze przyj­mo­wało kolejne pro­duk­cje, bo zwy­kle było przed­sta­wiane w korzyst­nym świe­tle, a orkie­stry puł­kowe przy­swo­iły sobie muzykę z poszcze­gól­nych fil­mów. Motywy z Mostu na rzece Kwai (Marsz puł­kow­nika Bogeya) i Wiel­kiej ucieczki na stałe weszły do reper­tu­aru orkie­stry Gwar­dii Cold­stream. Na każ­dej para­dzie z udzia­łem Cen­tral­nej Orkie­stry Sił Powietrz­nych można usły­szeć motyw muzyczny z Bitwy o Anglię, Noc­nego nalotu, Eska­dry 633 lub Dosię­gnąć nieba.

Więk­szość powo­jen­nych fil­mów miała poka­zy­wać „praw­dziwe” wyda­rze­nia, lecz tak naprawdę pozwa­lano sobie na dużą swo­bodę arty­styczną, czę­sto pomi­ja­jąc ważne szcze­góły lub posta­cie.

W 1950 roku reży­ser Jack Lee kom­ple­to­wał obsadę do ekra­ni­za­cji best­sel­lera Drew­niany koń. Sce­na­riusz opo­wia­dał praw­dziwą histo­rię ucieczki bry­tyj­skich jeń­ców wojen­nych ze Sta­lagu Luft III w 1943 roku – tego samego obozu, z któ­rego w kolej­nym roku doko­nano tej słyn­niej­szej „wiel­kiej ucieczki”. W tym pierw­szym przy­padku jeńcy wyko­rzy­stali wydrą­żo­nego konia gim­na­stycz­nego jako przy­krywkę dla kopa­nia tunelu. Pozo­ru­jąc ćwi­cze­nia, udało im się uwol­nić trzech żoł­nie­rzy i wysłać ich z powro­tem do Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa.

Kom­ple­tu­jąc obsadę, Lee prze­słu­chał mię­dzy innymi aktora Petera But­ter­wor­tha, zna­nego póź­niej z wystę­pów w serii fil­mów kome­dio­wych Cała naprzód, z myślą o roli bry­tyj­skiego jeńca. But­ter­worth wspo­mi­nał póź­niej – co znaj­duje potwier­dze­nie w doku­men­tach z Archi­wów Naro­do­wych – że nie dostał tej roli, ponie­waż był „za gruby” i „nie nada­wał się na boha­tera”, mimo że fak­tycz­nie był osa­dzony w Sta­lagu Luft III w 1943 roku, brał udział w pla­no­wa­niu przed­się­wzię­cia, a w dniu ucieczki poma­gał odwró­cić uwagę straż­ni­ków.

Inny film, Nocny nalot (1955), jest dzi­siaj nie­mal rów­nie znany z rasi­stow­skiego imie­nia psa dowódcy misji8, co z boha­ter­skich czy­nów pod­puł­kow­nika Guya Gib­sona i jego ludzi. Film opo­wiada praw­dziwą histo­rię bry­tyj­skiego nalotu bom­bo­wego w ramach ope­ra­cji „Cha­stise”, któ­rego doko­nano w nocy z 16 na 17 maja 1943 roku. Dzie­więt­na­ście bom­bow­ców Lan­ca­ster zrzu­ciło „ska­czące bomby” pro­jektu wyna­lazcy Bar­nesa Wal­lisa, prze­ry­wa­jąc dwie tamy i nisz­cząc elek­trow­nię w nie­miec­kim Zagłę­biu Ruhry. W trak­cie pro­duk­cji filmu mnó­stwo nie­wy­god­nych fak­tów wylą­do­wało jed­nak na śmiet­niku mon­ta­żowni. Zacznijmy od tego, że bra­wu­rowa misja nie była nawet w poło­wie tak sku­teczna, jak poka­zano to w fil­mie.

Fil­mowa wer­sja zde­cy­do­wa­nie nie prze­ko­nała histo­ry­ków Char­lesa Webstera i Noble’a Fran­klanda, auto­rów ofi­cjal­nego czte­ro­to­mo­wego opra­co­wa­nia Stra­te­giczna ofen­sywa powietrzna prze­ciwko Niem­com, które uka­zało się w druku w 1961 roku. Ich zda­niem RAF (Kró­lew­skie Siły Powietrzne) wyol­brzy­miły suk­ces ataku, bo jego skutki oka­zały się krót­ko­trwałe. Wyko­rzy­stu­jąc nie­wol­ni­czą siłę robo­czą i anga­żu­jąc wszyst­kich dostęp­nych pra­cow­ni­ków, Niemcy potrze­bo­wali zale­d­wie pię­ciu mie­sięcy, by napra­wić i ponow­nie uru­cho­mić tamy. Hydro­elek­trow­nia w Her­decke dzia­łała już po kilku tygo­dniach.

W 1972 roku, gdy odtaj­niono doku­menty doty­czące oma­wia­nych zda­rzeń, dzien­ni­karz Bruce Page napi­sał: „Nalot na tamy oka­zał się ilu­zją, nie miał prak­tycz­nie żad­nego zna­cze­nia mili­tar­nego […]. Histo­ria nalotu to opo­wieść o nie­chluj­nym pla­no­wa­niu, entu­zja­zmie bez wyobraźni i źle ukie­run­ko­wa­nej odwa­dze […]”.

Atak nie­wąt­pli­wie przy­pra­wił Niem­ców o ból głowy, lecz osta­tecz­nie oka­zał się kosz­tow­nym chwy­tem pro­pa­gan­do­wym, w wyniku któ­rego życie stra­ciło 53 człon­ków załogi RAF-u. Były też inne ofiary: gdy 330 milio­nów ton wody zalało niżej poło­żone doliny, uto­piło się około 1600 osób, w tym tysiąc przy­mu­so­wych robot­ni­ków.

Tego rodzaju nie­wy­godne detale oczy­wi­ście nie tra­fiały do try­um­fa­li­stycz­nych fil­mów epoki lat 50. – choćby dla­tego, że Bry­tyj­czycy mieli wów­czas inne zmar­twie­nia. Sys­tem kart­kowy znie­siono dopiero w 1954 roku, czyli rok przed pre­mierą Noc­nego nalotu, a wiele bry­tyj­skich miast na­dal nosiło brzyd­kie bli­zny po bom­bach. Wpraw­dzie bez­ro­bo­cie było na rekor­dowo niskim pozio­mie i poja­wiły się nowe moż­li­wo­ści zwią­zane z edu­ka­cją, zatrud­nie­niem i miesz­kal­nic­twem – w postaci nowych miast, które wyra­stały w połu­dniowo-wschod­niej Anglii jak grzyby po desz­czu – ale Wielka Bry­ta­nia nie była już super­mo­car­stwem z 1939 roku. W 1947 roku Indie i Paki­stan uzy­skały nie­pod­le­głość, a inne dawne kolo­nie pla­no­wały podą­żyć ich śla­dem. Stra­ciw­szy swoje impe­rium, naród prze­stał ucho­dzić za glo­bal­nego gra­cza i zaczął się zasta­na­wiać, kim jest i dokąd zmie­rza. Filmy kon­cen­tru­jące się na Wiel­kiej Bry­ta­nii i jej nie­daw­nym zwy­cię­stwie nad nazi­stami popra­wiały oby­wa­te­lom samo­po­czu­cie. Nocny nalot dosko­nale uka­zy­wał wojenną fik­cję „bry­tyj­skiego ducha”, do któ­rej nikogo nie trzeba było długo prze­ko­ny­wać.

Zmie­sza­nie fil­mów z rze­czy­wi­sto­ścią w umy­słach widzów – kla­syczny przy­pa­dek aliefu – dopro­wa­dziło do zatar­cia gra­nicy mię­dzy fik­cyjną a praw­dziwą wer­sją wyda­rzeń. Richard Todd9 zrósł się z posta­cią Guya Gib­sona, któ­rego grał w Noc­nym nalo­cie, choć bar­dziej znany jest przy­pa­dek aktora Ken­ne­tha More’a, który stał się kimś w rodzaju sobo­wtóra legen­dar­nego asa myśliw­skiego puł­kow­nika Douglasa Badera.

Wła­ści­wie każdy, kto dora­stał w powo­jen­nej Wiel­kiej Bry­ta­nii, zna histo­rię Douglasa Badera. Film Dosię­gnąć nieba z 1956 roku w reży­se­rii Lewisa Gil­berta i na pod­sta­wie książki pod tym samym tytu­łem od pre­miery tele­wi­zyj­nej we wrze­śniu 1965 roku regu­lar­nie gościł na ekra­nach tele­wi­zo­rów i zna­cząco przy­czy­nił się do umoc­nie­nia legendy Badera. Dosię­gnąć nieba wyróż­nia się na tle pozo­sta­łych fil­mów wojen­nych z okresu po 1945 roku, ponie­waż opo­wiada histo­rię jed­nego czło­wieka – gdy More wcie­lił się w Badera na ekra­nie, w świa­do­mo­ści narodu zlał się z nim w jedną postać.

Ludzie uro­dzeni po 1980 roku lub poza Wielką Bry­ta­nią mogą nie znać tej histo­rii, więc podaję niżej krót­kie stresz­cze­nie fabuły Dosię­gnąć nieba:

Po raz pierw­szy spo­ty­kamy Badera, gdy mknie przez angiel­ską pro­win­cję na swoim moto­cy­klu, by dołą­czyć do RAF-u. Jest koniec lat 20. XX wieku. Gdy nad głową prze­la­tuje mu samo­lot, Bader roz­bija swoją maszynę, ale wstaje, otrze­puje się z kurzu i dociera do koszar w roz­dar­tym melo­niku. Ku ucie­sze pozo­sta­łych kur­san­tów i wście­kło­ści star­szego cho­rą­żego czu­bek uszko­dzo­nego kape­lu­sza pod­ska­kuje mu pod­czas musz­try.

Bader uwiel­bia życie w siłach powietrz­nych i kole­żeń­ską atmos­ferę. Kawa­łom nie ma końca: pew­nego dnia razem z kum­plami polu­zo­wują koła roweru poli­cjan­towi, który miał czel­ność ich upo­mnieć. W 1931 roku docho­dzi do kata­strofy. Pod­czas popi­sów akro­ba­tycz­nych kilka metrów nad pasem star­to­wym, Bader roz­bija samo­lot na lądo­wi­sku w Woodley nie­opo­dal Reading. Udaje mu się prze­żyć, ale traci obie nogi – jedną tuż poni­żej, a drugą tuż powy­żej kolana. Sły­szy, że już ni­gdy wię­cej nie będzie cho­dził, ale z czy­stej prze­kory udo­wad­nia spe­cja­li­stom, że nie mieli racji. Zaczyna grać w golfa i nawią­zuje romans z Thelmą.

Kró­lew­skie Siły Powietrzne nie potrze­bują bez­no­giego pilota, więc Bader podej­muje pracę w fir­mie naf­to­wej Shell. Sześć lat póź­niej wybu­cha wojna, więc chce ponow­nie wstą­pić do woj­ska. Ofi­cer rekru­ta­cyjny wita go sło­wami: „Oba­wiam się, że traci pan czas. Ni­gdy nie pozwolą panu latać”.

Bader nie przyj­muje odmowy i udo­wad­nia, że potrafi latać. Osta­tecz­nie zostaje dowódcą grupy zapra­wio­nych w bojach Kana­dyj­czy­ków i pod­bija ich serca poka­zem swo­ich umie­jęt­no­ści.

Pew­nego dnia – ni z tego, ni z owego – Bader wymy­śla nową tak­tykę (teo­rię „wiel­kiego skrzy­dła”) i przed­sta­wia ją swo­jemu dowódcy, gene­ra­łowi bry­gady Traf­for­dowi Leigh-Mal­lory’emu. Tak­tyka ta polega na jed­no­cze­snym pode­rwa­niu trzech eskadr zamiast jed­nej. Skrzy­dło Duxford, któ­rym dowo­dzi sam Bader, natych­miast wciela pomysł w życie. Po dro­dze, jak w każ­dym dobrym mono­mi­cie, boha­ter spo­tyka men­to­rów i nauczy­cieli, prze­kra­cza nie­je­den próg, a nawet doświad­cza cudów. Nastę­puje także moment odro­dzenia, gdy pró­buje zabić potwora Luft­waffe, a potwór nie­mal zabija jego.

Rok po bitwie o Anglię, 9 sierp­nia 1941 roku, Spit­fire Badera zostaje zestrze­lony nad Saint-Omer w pół­nocno-zachod­niej Fran­cji. Samo­lot pikuje, a jedna pro­teza blo­kuje się w kok­pi­cie, więc Bader odcze­pia ją i wyska­kuje ze spa­do­chro­nem. Tra­fia do nie­woli.

Odzy­skaw­szy obie nogi, Bader kuruje się w Saint-Omer, ale wkrótce nawią­zuje kon­takt z ruchem oporu i ucieka. Szybko zostaje zła­pany, a jego fran­cu­scy pomoc­nicy tra­fiają na prze­słu­cha­nie, zawzięty lot­nik jed­nak nie odpusz­cza. W końcu gospo­da­rze tracą cier­pli­wość i infor­mują go o prze­nie­sie­niu do „wygod­niej­szego” obozu. Bader odma­wia, ale gdy przy­ja­ciel, Harry Day, mówi mu: „Naro­bi­łeś im kło­po­tów i wszy­scy jeste­śmy po two­jej stro­nie […], ale wystar­czy iskra, żeby wywo­łać incy­dent […]”, odpusz­cza i odjeż­dża do Oflagu IV-C utwo­rzo­nego w zamku w Col­ditz, żegnany przez wiwa­tu­ją­cych towa­rzy­szy. Wio­sna 1945 roku przy­nosi mu wyzwo­le­nie, lecz Bader nie ma czasu świę­to­wać, bo od razu zaczyna szu­kać jakie­goś Spit­fire’a. Wraca do domu do Thelmy i snuje plany wyru­sze­nia na Wschód, żeby wal­czyć z Japoń­czy­kami, ale – ku wiel­kiej uldze żony – nastaje VJ Day, dzień zwy­cię­stwa nad Japo­nią, i wojna dobiega końca.

I tak się koń­czy film.

Oczy­wi­ście praw­dziwe życie Badera toczyło się dalej. W momen­cie pre­miery Dosię­gnąć nieba w 1956 roku był już powszech­nie znany, lecz dzięki fil­mowi stał się jed­nym z naj­słyn­niej­szych boha­te­rów wojen­nych kraju. Choć Bader pod­szedł do pro­duk­cji z rezerwą i minęły lata, zanim zde­cy­do­wał się ją obej­rzeć, cie­szyła się ona uzna­niem kry­ty­ków i odnio­sła komer­cyjny suk­ces, a nawet zdo­była w 1956 roku Nagrodę Bry­tyj­skiej Aka­de­mii Fil­mo­wej (BAFT) dla naj­lep­szego filmu. Dys­try­bu­tor Rank wypu­ścił Dosię­gnąć nieba także na rynek ame­ry­kań­ski, ale w star­ciu z takimi kolo­ro­wymi fil­mami kino­wymi jak Król i ja, Czło­wiek, który wie­dział za dużo czy Dzie­się­cioro przy­ka­zań dwu­go­dzinny czarno-biały obraz o bez­no­gim bry­tyj­skim asie myśliw­skim nie miał szansy się prze­bić.

W latach 60. i 70. XX wieku Bader na­dal cie­szył się uzna­niem w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie i kra­jach Wspól­noty Naro­dów, takich jak Austra­lia, Repu­blika Połu­dnio­wej Afryki czy Nowa Zelan­dia. Korzy­sta­jąc ze sta­tusu bodaj naj­słyn­niej­szej osoby nie­peł­no­spraw­nej w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii, dużo dzia­łał na rzecz innych. Kilka mie­sięcy przed śmier­cią Badera w 1982 roku pre­zen­ter tele­wi­zyjny Eamonn Andrews zasko­czył go pod­czas imprezy cha­ry­ta­tyw­nej na Hay­mar­ket w Lon­dy­nie, i tak oto Bader poja­wił się w bio­gra­ficz­nym pro­gra­mie tele­wi­zyjnym This Is Your Life, słu­żą­cym głów­nie do łech­ta­nia ego pre­zen­to­wa­nych boha­te­rów. W tam­tych cza­sach pro­gram ten był sta­łym punk­tem ramówki. Zasko­czony gość wysłu­chi­wał pochleb­nej wer­sji histo­rii swo­jego życia, a następ­nie otrzy­my­wał wielką czer­woną księgę, która tak naprawdę zawie­rała sce­na­riusz odcinka. Tego wie­czoru wśród gości spe­cjal­nych byli mię­dzy innymi dawni towa­rzy­sze broni Badera z jego jed­nostki bojo­wej, tzw. „Dogs­body Sec­tion”, były prze­ciw­nik z Luft­waffe – gene­rał Adolf Gal­land, a nawet Madame Hie­cque i Lucille Debac­ker, dwie Fran­cuzki, które pró­bo­wały pomóc mu w ucieczce w 1941 roku.

We wstę­pie do pro­gramu Andrews opi­suje Badera jako „żywą legendę, jed­nego z naj­więk­szych boha­te­rów roman­tycz­nych naszych cza­sów, a raczej wszech cza­sów”.

Od śmierci Badera jego mit przy­gasł, lecz na­dal jest on chyba naj­bar­dziej zna­nym boha­te­rem ota­cza­nej coraz więk­szą czcią „bitwy o Anglię”. Nie­wąt­pli­wie Bader w dużej mie­rze zawdzię­cza nie­ga­snącą sławę fil­mowi, który utrwa­lił jego legendę, oraz przej­mu­ją­cej kre­acji aktor­skiej Ken­ne­tha More’a.

Autor książki Bader’s War (Wojna Badera) z 2008 roku S.P. Mac­ken­zie przy­ta­cza histo­rię o dow­cip­nym prze­wod­ni­czą­cym Bry­tyj­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Byłych Żoł­nie­rzy Pozba­wio­nych Koń­czyn, który zapo­wie­dział kie­dyś Badera sło­wami: „Nie­któ­rzy z was mogą go pamię­tać z roli Ken­ne­tha More’a w fil­mie Dosię­gnąć nieba10.

Bader nie czuł się kom­for­towo z tymi porów­na­niami i czę­sto powta­rzał w wywia­dach coś w rodzaju: „Wszy­scy myślą, że jestem tym miłym gościem, Ken­nym More’em, ale to nie­prawda”.

Bez wąt­pie­nia zro­śnię­cie się Badera z jego fil­mo­wym wize­run­kiem tylko pomo­gło ugrun­to­wać legendę. Czter­dzie­ści lat po śmierci Badera wciąż regu­lar­nie wspo­mina się go w pod­ka­stach i na łamach „Daily Mail”. W lipcu 2016 roku w wywia­dzie dla „BBC History Maga­zine” ówcze­sny pre­mier David Came­ron wymie­nił Badera jako swo­jego „naj­więk­szego boha­tera wszech cza­sów”. Mit roz­prze­strze­nia się też dzięki róż­nym for­mom upa­mięt­nie­nia.

Nie­które ulice nazwano imie­niem Badera. Są też pomniki, w tym sta­tua z brązu, którą jego druga żona Joan Bader odsło­niła na lądo­wi­sku w Goodwood w 2001 roku. Pamięć o boha­te­rze pie­lę­gnuje Szkoła Cho­dze­nia im. Douglasa Badera, Bader’s Bus Com­pany11 (powietrzny zespół akro­ba­cyjny zło­żony z osób nie­peł­no­spraw­nych) czy Bader Aca­demy – szkoła spe­cjalna w Don­ca­ste­rze. Ist­nieją nawet knajpy nazwane na jego cześć.

Na tere­nie daw­nej bazy lot­ni­czej Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych Mar­tle­sham Heath, tuż przy dro­dze A12 w hrab­stwie Suf­folk, znaj­duje się pub „Douglas Bader”, któ­rego otwar­cie w 1979 roku uświet­nił sam patron. Podobny przy­by­tek, „The Bader Arms”, był kie­dyś w Tang­mere w hrab­stwie West Sus­sex – Bader prze­ciął tam wstęgę w 1982 roku. Miej­scowa legenda głosi, że gdy pewien repor­ter spy­tał Badera, co sądzi o nazwie lokalu, ten miał mu odpo­wie­dzieć: „No chyba, do cho­lery, nie mogli go nazwać »The Bader Legs«”12.

Powyż­sza histo­ria dobrze obra­zuje skłon­ność Badera do prze­kli­na­nia. Według innej, dość wąt­pli­wej dyk­te­ryjki pew­nego razu Bader tak opo­wia­dał o wal­kach powietrz­nych w szkole dla dziew­cząt: „Jedne cho­lery13 mie­li­śmy z lewej, dru­gie cho­lery mie­li­śmy z pra­wej, a jesz­cze inne cho­lery leciały na nas wprost ze słońca!” – aż wresz­cie dyrek­torka uznała za konieczne wtrą­cić tonem wyja­śnie­nia: „Moje dro­gie, Fok­kery to takie nie­miec­kie samo­loty z okresu dru­giej wojny świa­to­wej”.

„Być może – odpo­wie­dział nie­zmie­szany Bader – ale te cho­lery to były Mes­ser­sch­mitty”.

To jeden z wielu para­dok­sów tej histo­rii, że aż dwa puby nosiły imię abs­ty­nenta. Dzie­dzic­two Badera to jed­nak bar­dzo zło­żony temat. Pro­pa­ganda wojenna i póź­niej­sze opo­wie­ści o jego losach spra­wiły, że prawda o Dougla­sie Bade­rze sta­nęła w szranki z jego fik­cyj­nym alter ego. Nie­wy­godne fakty są takie, że męż­czy­zna feto­wany jako naj­więk­szy boha­ter wojenny Wiel­kiej Bry­ta­nii wcale nie był boha­terem – a przy­naj­mniej nie takim, jakim go wspo­mi­namy.

Jest 2022 rok, upalny lip­cowy dzień. Wła­śnie jadę z moim nasto­let­nim synem do Kró­lew­skiego Muzeum Wojny w Duxfor­dzie.

Wyru­sza­łem z obra­zo­bur­czym nasta­wie­niem, lecz w zasa­dzie tuż za pro­giem prze­cho­dzę dziwną prze­mianę i niczym Alan Par­tridge14 z eks­cy­ta­cją wska­zuję pal­cem na kolejne woj­skowe sprzęty. Dla wielu chłop­ców, któ­rzy tak jak ja dora­stali w latach 70., II wojna świa­towa miała ogromne zna­cze­nie. Wojna była wszę­dzie – w naszych zabaw­kach, grach i pro­gra­mach, które oglą­da­li­śmy w week­endy w tele­wi­zji. Wszy­scy zna­li­śmy Badera. To może tłu­ma­czyć, dla­czego jestem jed­nym z wielu face­tów mniej wię­cej w moim wieku, któ­rzy cią­gają po Duxfor­dzie swoje pocie­chy.

Nie­ustanny tur­kot kołu­ją­cych zabyt­ko­wych samo­lo­tów przy­daje miej­scu atmos­fery.

Za 2950 fun­tów można prze­le­cieć się Spit­fire’em, ale takie atrak­cje wykra­czają poza nasz dzi­siej­szy budżet, więc decy­du­jemy się na symu­la­tor lotu w znacz­nie przy­stęp­niej­szej cenie czte­rech fun­tów.