Falcon III Na drodze do prawdy - Wycisk Katarzyna - ebook

Falcon III Na drodze do prawdy ebook

Wycisk Katarzyna

4,5

Opis

Po wszystkim, co się stało, Alex nie jest już tą samą, naiwną, przerażoną dziewczyną, co kiedyś. Stała się wojowniczką, dla której nawet śmierć nie jest straszna.

 

Łącząc siły z Alphas, postanawia stawić czoła Organizacji Falcon i zniszczyć ją raz na zawsze. Jednak osiągnięcie sukcesu nie będzie takie łatwe. Dziewczyna razem z przyjaciółmi znów musi zdecydować, komu może ufać.

 

Czy uda jej się odnieść zwycięstwo? Ile bliskich jej sercu osób musi jeszcze zginąć? Czy w obliczu nadchodzącej wojny zachowa resztki duszy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (80 ocen)
51
20
6
2
1
Sortuj według:
Garbielka
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, niezapomniana trylogia:)
20
emiczyta1

Nie oderwiesz się od lektury

Szkoda, że to już koniec. Chętnie poczytałabym więcej. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale rozumiem, że było potrzebne. Mega dobra trylogia. Polecam!
20
quass

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała przygoda o ludziach obdarzonych nadludzką mocą dobiega końca. Alex wraz z przyjaciółmi postanawia raz na zawsze zniszczyć Falcon i szuka sposobu by tego dokonać. Czy im się uda? Świetnie się bawiłam, choć były momenty, gdy musiałam na moment oderwać się od lektury i odsapnąć. Jest tu bardzo dużo różnych emocji, zwłaszcza na końcu, gdy sama nie mogłam się zdecydować, jak chciałabym, by ta historia się zakończyła. Zdecydowanie polecam całą serię!
20
Patusia140980

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomenalna. Życzę sobie, aby nakręcono film lub serial na podstawie tej książki. Polecam gorąco ❣️
20
ska77

Całkiem niezła

Pomysł na fabułę jest naprawdę fajny. Szkoda, że książki napisane są w stylu pamiętnika nastolatki. Młodej nastolatki. Po przeczytaniu recenzji spodziewałam się wielkiego "wow" i może bym tak zareagowała, gdybym miała z 15 lat mniej :) Fajnie byłoby zobaczyć ekranizację Falconu. Może byłoby jak z serialem "The 100" - wspaniałym i wielowątkowym - który powstał na podstawie słabo napisanej książki.
10

Popularność



Kolekcje



Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Konflikt czerni i bieli

Ołowiane skrzydła

Słońce już dla nas zaszło

Stąpając po niepewnym gruncie

Tak inni, a jednak tacy sami

Cisza u progu wolności

Bo zawsze będziesz przy mnie

Emilia

Kamienie mahoniem oznaczone

Morderczy spokój

Bez ryzyka nie ma zabawy

Serce z ołowiu

Ból istnienia

Niepodległy

Tego się nie spodziewałaś

Indagacja

Tak ciężko

Roztrzaskane serce

Bez znieczulenia

Wykrzyczane szeptem

Zarys

Ponownie zobaczyć światło

Damy radę

Coraz bliżej

Chcemy pamiętać

Możliwe

Początek końca

Obawy

Chaos niekontrolowany

Chcieć żyć

Nim skonamy

Pierwsze wejście w mrok

Ścieżka krwią pisana

Biegnąc prosto w ogień

Odliczając sekundy

Sól na rany

Między jawą a snem

Sytuacja bez wyjścia

Legendy nigdy nie umierają

Konsekwencje

Nieznośna cisza

Słońce

Podziękowania

Falcon. Na drodze do prawdy

Copyright © 2021 by Katarzyna Wycisk

Redakcja i korekta: Katarzyna T. Mirończuk

Skład i korekta techniczna: Natalia Gąsior

Projekt okładki: Katarzyna Wycisk

Obróbka graficzna okładki: E. Raj

ISBN 978-83-960242-7-5

Wydanie II

Kontakt: [email protected]

FB: www.facebook.com/KatarzynaWyciskAutor

www.katarzynawycisk.com

Druk i oprawa: Mazowieckie Centrum Poligrafii

Konflikt czerni i bieli

Robię wdech i upadam na mokrą od krwi podłogę. Czerwona ciecz farbuje materiał moich spodni. Szkarłatna kałuża, pośrodku której jesteśmy, rośnie w przerażająco szybkim tempie. Obezwładniające zimno przeszywa mnie na wskroś. Do nozdrzy trafia dziwny zapach. Czyżby tak pachniała śmierć? Mam wrażenie, że czas nieubłaganie dobiega końca, a ogień w moim sercu wypali się zaraz doszczętnie.

A mogłam postąpić zupełnie inaczej. Dopiero teraz zastanawiam się, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybym nie dbała o to, czy Trzy kiedykolwiek pozna moje uczucia. Czy nie byłoby łatwiej, gdybym sumiennie ukrywała je pod maską przyjaźni? Nie byłoby bezpieczniej, gdybym śmiała się, widząc, jak próbuje być szczęśliwy? Może z czasem zaczęłabym zapominać… wspomnienie po wspomnieniu, aż w końcu serce przestałoby go pragnąć, a to, że go kocham, pozostałoby tajemnicą do końca życia.

Ale ja nie mogłam patrzeć w jego niezwykłe oczy i kłamać. Nie dałam rady oprzeć się pokusie. Może gdybym odcięła sobie rękę, która tak zachłannie po niego sięgała, nie leżałby teraz martwy w moich ramionach?

Spoglądam na niego i czuję, jak dusza rozrywa mi się na strzępy. Nieodwracalnie, boleśnie... Jestem rozbita i ledwo co, ostatni raz, oddycham. Pochylam się głębiej, kładąc twarz na piersi Trzy, a serce przestaje mi nagle bić, jakby chciało dotrzymać towarzystwa martwemu rytmowi jego serca. Ale jeżeli to sposób, by utrzymać Trzy przy życiu, pozwolę odebrać sobie nawet oddech.

Ciągle wołam o pomoc. Mam wrażenie, że minęła już cała wieczność. W oddali słyszę zbliżające się kroki. Trzask uderzających o podłogę butów zdradza nerwowość biegnących do nas osób.

Ktoś otwiera szybko drzwi, które uderzają o ścianę z głośnym hukiem. Nie oglądam się za siebie, nie mogę oderwać oczu od bladej twarzy Trzy. Jego usta robią się coraz bardziej sine. Kolor oczu powoli blaknie jak farba, do której dolano wody.

Po chwili czuję silne dłonie zaciskające się na moich ramionach. Uporczywie ciągną mnie w górę, odrywając od wykrwawiającego się chłopaka. Usilnie próbuję się przeciwstawić, ale jestem bezradna w obliczu Jeden. Szarpanie się nic nie daje. Nie jestem w stanie uwolnić się z jego uścisku. Nieważne, ile treningów przeszłam w Falconie i jak wiele się nauczyłam. Jeden zawsze będzie silniejszy i zwinniejszy.

Ostatnie, co widzę, zanim zostaję wyciągnięta z pokoju, to Dwa kładąca drobne dłonie na piersi Trzy. Obserwuję ciętą ranę na szyi chłopaka, ale nie zauważam żadnych zmian. Ogarnia mnie jeszcze większe przerażenie. Czyżby było za późno?

– Uspokój się. – Słyszę cichy, opanowany głos Jeden. – Twoja histeria w niczym nie pomoże.

Spogląda na mnie uważnie, a ja nie wiem, czy powinien mnie dziwić jego spokój. Nie przejmuje się leżącym na podłodze Trzy. Ciągle jest pod wpływem Falconu i pewnie wręcz się cieszy z obrotu spraw. W gruncie rzeczy nie ma nic wspólnego z otaczającymi go osobami. Jedyną, którą zna, jestem ja.

– Może teraz przejrzysz na oczy i będziemy mogli w końcu wrócić do domu – kontynuuje, a ja zaciskam zęby ze złości. Nie gniewam się na Jeden, on nie może nic poradzić na to, że został zmanipulowany przez Organizację. Całą nienawiść kieruję w stronę Jacka i jego podwładnych.

Jeden wypycha mnie na słabo oświetlony korytarz, a to, że tracę Trzy z pola widzenia doprowadza mnie do szału.

– Falcon nigdy nie był twoim domem! – krzyczę wreszcie z wściekłością. – Puszczaj mnie natychmiast! – rozkazuję, bo w końcu zaczynam trzeźwo myśleć.

Jeden niemal od razu spełnia żądanie. Nie uchodzi mi jego kwaśna mina i niechęć, którą mnie obdarza. Jest zbulwersowany moim zachowaniem. Nie potrafi uwierzyć w to, co się dzieje. Musiałam odegrać swoją rolę bardzo dobrze, skoro nawet on połknął haczyk.

– Co takiego powiedział ci ten zdrajca, że postanowiłaś napluć na to, co nas łączy? – pyta z wyrzutem, dotykając otwartą dłonią swojej klatki piersiowej. – Nie rozumiem tego! – Kręci głową, a ciemne kosmyki włosów kołyszą się to w prawo, to w lewo, muskając wyraźnie zarysowane brwi. – Czy on jest naprawdę tego warty? – kontynuuje, a moje serce ściska się mimowolnie, kiedy widzę ból wypisany na jego twarzy. – Trzy jest przeklętym zdrajcą! Nie zasługuje na twoją uwagę! On nie zasługuje na nic! Jak możesz być tak ślepa? Do cholery! Nie rozumiem tego! – powtarza.

– Masz rację – mamroczę, po czym przełykam zebraną w ustach gorycz. – Nie rozumiesz tego – mówię prawie szeptem, cofając się od niego kolejny krok. – Jesteś dla mnie ważny, Jeden – przyznaję ze smutkiem. Przygryzam dolną wargę, zakładając niesforne pasma włosów za ucho. – Musisz sobie przypomnieć, proszę… Proszę cię, przypomnij sobie – dukam zrozpaczona. – To, w co wierzysz, to przebrzydłe kłamstwo – oznajmiam, zaciskając dłonie w pięści. – Organizacja bawi się tobą jak marionetką pozbawioną wolnej woli, a ty im na to pozwalasz! – zarzucam mu ze złością. – Ocknij się, Jeden!

– Ja mam się ocknąć? – Niemal parska śmiechem. – Chyba sobie kpisz?! To ty naplułaś na naszą więź! Odwróciłaś się od naszej rodziny, dołączając do bandy kretynów! Mam dość tego cyrku i nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku! Masz mnie w garści, tak, należę do ciebie, ale pamiętaj, że ty równie mocno należysz do mnie! Ufam, że w końcu przejrzysz na oczy i wrócisz ze mną do Falconu.

– Sam nie wierzysz w to, co mówisz – oznajmiam, próbując brzmieć przekonująco, ale w głębi duszy wiem, że Organizacja skutecznie zmanipulowała jego myśli i pokierowała życiem tak, by nigdy od niej nie odszedł. – Jack wyczyścił ci pamięć i zrobił z ciebie pionka.

– Jack ocalił mi życie! – zaprzecza szybko. – Ocalił życie nam wszystkim! Nauczył nas kontrolować swoją moc. Dał nam dach nad głową i zapewnił opiekę. Zastąpił nam rodzinę.

– Na litość boską! – wrzeszczę, nie mogąc się opanować. – Jack każe wam zabijać niewinnych ludzi! Większość z was miała prawdziwą rodzinę i prawdopodobnie miałaby ją do dziś, gdyby nie to, że Falcon się jej pobył! Organizacja was okłamuje!

– Ani słowa więcej – syczy, ale ja nie mam zamiaru przerywać.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby Winter wyrwał cię z objęć twoich prawdziwych rodziców, po czym rozkazał swoim ludziom ich zamordowanie!

– Moi rodzice chcieli się mnie pozbyć! – zaprzecza, wykrzywiając twarz w grymasie. – Jack mnie uratował. Nie masz o niczym pojęcia!

– Ja nie mam pojęcia? – śmieję się z bezsilności i rosnącej we mnie goryczy. – Jak myślisz, dlaczego Winter kazał wyczyścić ci pamięć? – pytam, stając tuż przed nim i unosząc wysoko głowę.

– Chciał mi oszczędzić przykrych wspomnień…

– Nie! – wchodzę mu w zdanie. – Przestań go bronić! Nie widzisz, że Falcon zniszczył twoje życie? Zniszczył całą twoją przyszłość!

– Przestań! – unosi się.

– Przestać? Co mam przestać? Mówić ci prawdę? No tak, w końcu nie jesteś do tego przyzwyczajony! Winter już od dziecka częstuje cię wyłącznie kłamstwem.

– Zamknij jadaczkę, Alex – syczy przez zaciśnięte zęby.

– Prawda boli – oświadczam, patrząc mu prosto w oczy. – Zastanów się nad moimi słowami.

Odwracam się od niego i kładę dłoń na klamce drzwi pokoju, z którego zostałam wcześniej wyprowadzona. Otwieram, ale nie jest mi dane przekroczyć progu.

– Chyba sobie żartujesz?! – Zostaję zatrzymana przez Cztery. Szatyn blokuje mi drogę, robiąc wielkie oczy. Strach i zdenerwowanie całkowicie opanowują rysy jego twarzy. – Za żadne skarby nie wejdziesz z powrotem do środka! – wrzeszczy, wyrzucając mnie na korytarz.

Nie wiem, co on sobie myśli. Chyba zapomniał, że przez ostatnich kilka miesięcy zostałam wyszkolona w Organizacji i bez większego trudu mogłabym powalić go na łopatki. Poza tym chyba mam prawo dowiedzieć się, co stało się z Trzy. Nie dopuszczam do siebie myśli, że to koniec. Nabieram łapczywie powietrza i przygotowuję się na staranowanie mojej przeszkody.

– Nawet o tym nie myśl! – ostrzega Cztery, przewidując moje posunięcie. – Trzy żyje – oznajmia wreszcie, a mi spada kamień z serca. Mam wrażenie, że kolczasty drut zaciskający się na mojej strapionej duszy nagle znika, pozwalając mi głęboko odetchnąć. – Jest jeszcze osłabiony, ale przytomny – informuje, ciągle stojąc mi na drodze. – Nie możesz się do niego zbliżać.

– Co ty pieprzysz?! – burczę wkurzona, odpychając go od siebie z całej siły. Od razu ląduje na twardej podłodze.

– Siedem kazała mu cię zabić! – woła pospiesznie, wyciągając do mnie rękę, aby powstrzymać mnie od wparowania do pokoju. – Dla własnego dobra, nie zbliżaj się do niego! – nakazuje po raz drugi.

Zamieram. Zastygam jak uwięziony w pętli czasu posąg. Czuję, jak krew w żyłach zaczyna się gotować. Ledwo powstrzymuję się, by nie wybuchnąć. Zamieniam się w strzępek nerwów. Kładę dłoń na klamce, ale nie odważam się otworzyć drzwi. Niespodziewanie słyszę cichy śmiech Jeden. Mrużę oczy, odwracam się do niego i przeszywam go morderczym spojrzeniem. Mam ochotę zniszczyć wszystko wokół.

– Muszę przyznać, że ma dziewczyna wyobraźnię – mówi, opierając się o przeciwległą ścianę. – Nie doceniałem jej.

– Stul pysk! – warczę, z trudem powstrzymując cisnące mi się do oczu łzy. To nie jest mój Jeden. Osoba stojąca przede mną jest mi całkowicie obca. – Jeszcze pożałujesz swoich słów! Prędzej czy później przejrzysz na oczy. – Kiwam na niego palcem, jakbym chciała go czegoś nauczyć. – To niemożliwe, że niczego nie pamiętasz! Nie byłeś taki słaby, kiedy cię poznałam. Mój Jeden dałby radę przeciwstawić się Falconowi! Do cholery, przecież ty nienawidzisz Organizacji! Gdybyś tylko mógł, zabiłbyś każdego, kto do niej należy, gołymi rękami! Obudź się w końcu i zacznij myśleć!

Nie dostaję żadnej odpowiedzi. Jeden mierzy mnie tylko wzrokiem, jakbym doszczętnie postradała zmysły. Odpycha się od ściany i powolnym krokiem sunie w głąb korytarza, znikając nam z oczu.

Może to i dobrze. Nie mam cierpliwości ani siły, by się z nim kłócić. Niczego nie wskóram, jest na to stanowczo za wcześnie.

– Nic mu nie jest? – dopytuję zatroskana, zwracając się ponownie do Cztery.

Chłopak wstaje na równe nogi, otrzepując kurz z nogawek spodni. Podchodzi nieufnie, zatrzymując się kilka centymetrów ode mnie.

– Dwa zdążyła w ostatnim momencie zasklepić ranę. Stracił bardzo dużo krwi, ale wyjdzie z tego – przekonuje. – Nic mu nie jest, Alex – powtarza, widząc moją sceptyczną minę. Wzdycha ciężko, zaciskając usta w cienką linię. – Powiedział nam, że jest pod wpływem rozkazu Siedem – tłumaczy, próbując nie uciekać ode mnie wzrokiem. – Dziewczyna zażądała twojej śmierci. Trzy miał odebrać ci życie, jak tylko znajdziecie się sami. Prawdopodobnie nie chciała, by któreś z nas próbowało go powstrzymać. Nie spodziewała się, że Trzy posunie się do tak radykalnego rozwiązania.

Otwieram usta, ale ciągle milczę. Nie mogę uwierzyć własnym uszom. Wiedziałam, że Siedem nie można ufać, ale nie przyszłoby mi do głowy, że będzie w stanie zrobić coś tak podłego. Czym się kierowała? Co siedziało w jej chorej głowie, kiedy wydawała rozkaz?

– To znaczy, że nie mogę zostawać z nim sam na sam – stwierdzam, kierując klamkę w dół. Kąciki moich ust delikatnie się poruszają, wywołując na twarzy subtelny uśmiech.

– Stój! – Cztery ponownie mnie powstrzymuje, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Trzy nie chce ryzykować – informuje. – Możliwe, że za drugim razem nie będzie umiał się powstrzymać. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś ci się stało… na dodatek z jego ręki.

– Moglibyśmy przynajmniej spróbować – mamroczę przepełniona smutkiem i żalem, a nadzieja niknie we mnie z każdą sekundą. – Podjąć choć jedną próbę…

– Przestań – przerywa mi, mrużąc delikatnie oczy i kręci głową. – Doskonale wiesz, że nikt z nas nie byłby w stanie cię przed nim obronić, gdyby doszło do takiej sytuacji. Siedem rozkazała mu zabić każdego, kto spróbuje przeszkodzić w wykonaniu polecenia. Nawet teraz, choć cię nie widzi, walczy z więzią, by nie rozszarpać gardła Dwa. Sytuacja nie jest tak prosta, jak może się wydawać. Jest cholernie źle, Alex.

Czuję nieprzyjemny dreszcz. Zatrzymuję wzrok na podłodze i próbuję wymyślić wystarczająco przekonujący argument na dowód tego, że się myli. Niestety w mojej głowie panuje pustka.

Jedynym wyjściem z opresji byłoby zabicie Siedem, ale to nie wchodzi w grę, przynajmniej nie teraz. Nie mamy takiej możliwości. Siedem została w Głównej Kwaterze. Jej ciało jest prawdopodobnie całkowicie sparaliżowane, co nie oznacza jednak, że dziewczyna nie żyje.

Siedem ciągle oddycha, wiem to na pewno. W przeciwnym razie jej rozkaz nie miałby żadnego wpływu na Trzy. Więź między Opiekunem i jego Bronią zostaje natychmiastowo przerwana wraz ze śmiercią jednego z nich.

Kiedy dochodzi do mnie, że to już koniec, że nie ma innej drogi, zamykam oczy w totalnej rezygnacji, po czym osuwam się w dół, spoczywając na betonowej podłodze. Chowam twarz w dłonie, odpuszczam, daję upust wszystkim zgromadzonym emocjom.

Łzy same ciekną mi z oczu, nie ma sensu ich powstrzymywać. Płaczę z ulgi, ze smutku, ze złości. Ogarnia mnie nieopisana radość, że Trzy żyje, ale jednocześnie umieram z żalu i przygnębienia, bo nie mogę go zobaczyć, nie mogę go dotknąć, nie mogę poczuć…

Ołowiane skrzydła

Piwnica Alphas

Umieranie było dziwnym, ale ciekawym doświadczeniem. Mieszanka uczuć, które uderzyły Trzy do głowy, była tak wybuchowa, że nie nadążył za żadnym z nich.

Prawdopodobnie minęły zaledwie sekundy, ale dla niego były to długie godziny. Jakby czas nagle się zatrzymał, dając okazję na pożegnanie, krótkie przeanalizowanie zaistniałej sytuacji. A tu przecież nie było nad czym rozważać. Zrobił to, co było konieczne. Taki był jego wybór. Nikt go nie zmusił, nikt o to nie prosił. Nie musiał się długo zastanawiać – doskonale wiedział, czego chce.

Najtrudniej było się przeciwstawić. Oprzeć temu cholernemu naciskowi, tej ogromnej chęci spełnienia rozkazu Siedem. To jakby chciał przestać oddychać. Oddychanie było tak naturalne, tak oczywiste… człowiek musi oddychać, to nieodłączny proces jego żywotności. Ale jeśli się tego bardzo chce, jeśli ma się na tyle siły, by zaryzykować, stawi się czoła wszystkim trudnościom.

A więc wstrzymał oddech, uparcie przetrwał próbę czasu i zapieczętował swoją decyzję jednym, szybkim cięciem. Bez jakiegokolwiek wahania, bez obaw.

Ostrze noża wtopiło się w jego skórę jak w masło. Na przemian fale chłodu i ciepła. Jakby zamarznięty sopel lodu przejechał po jego szyi, a chwilę później ktoś przyłożył ciepły kompres.

Nie widział obrazów z przeszłości. Nie czuł bólu, co było zdumiewające, bo przecież wykrwawiał się na śmierć. Z każdym oddechem krew napływała mu do płuc, sprawiając, że potwornie się krztusił. Ale nie ogarniał go strach. Na bladej twarzy gościł jedynie uśmiech satysfakcji. Udało się, dopiął swego. Zwyciężył w starciu Dawida z Goliatem. A przecież była to walka, w której z góry był skazany na porażkę. A jednak niespodziewanie wygrał.

Skupił się na szmaragdowych oczach Alex, a jego oczy zaczynała spowijać gęsta mgła. Przerażenie malowało się na jej pięknej, zatroskanej twarzy. Chyba nie jest zachwycona obrotem spraw, pomyślał sarkastycznie.

Słyszał, jak zrozpaczona dziewczyna woła o pomoc, trzymając go w ramionach. Cała się trzęsła. Nerwowo wodziła wzrokiem po drzwiach pokoju, jakby wypatrywała jakiegoś zbawcy. Zmarzniętymi dłońmi próbowała daremnie powstrzymać krwotok. Po jej zaczerwienionych policzkach ciekły strużki łez. Była bezradna.

Powieki Trzy powoli odmawiały posłuszeństwa. Same zaczęły się zamykać, zasłaniając widok na bieg wydarzeń. Był senny, tak bardzo zmęczony. Możliwe, że nadszedł już czas, by odpuścić i odpocząć. Pożegnać się z tym podłym światem. Przecież nie trafi do piekła – już w nim był. To, co czekać go będzie po śmierci, nie mogło być gorsze niż dotychczasowe życie.

– Uspokój się. – Usłyszał znajomy, męski głos.

Ktoś zaczął odciągać od niego Alex wbrew jej woli. W pomieszczeniu znalazło się więcej ludzi. Nie widział ich twarzy. Jego oczy nie chciały się już otworzyć. Usypiał, ulegle podążał na drugą stronę. Wokół zaczęła panować kojąca cisza. W oddali cichy szum. Wszystko zatrzymało się w miejscu, jakby przestało istnieć. Nieznany mu dotąd spokój ogarnął umysł i ciało.

Ale coś uporczywie nie dawało mu odejść. Coś za wszelką cenę chciało utrzymać go przy życiu. Ktoś wyciągnął do niego rękę, próbując wyłowić z dna bezkresnego oceanu.

– Trzy, do diabła! – wrzasnęła Dwa. – Nie masz prawa umrzeć! – nakazała z wyczuwalną w głosie zawziętością. – Nawet nie myśl, że pozwolę ci w tak głupi sposób odejść! – Z całej siły walnęła w jego klatkę piersiową. – Trzy!

Głęboka rana przecinająca jego gardło zaczęła się zasklepiać. Proces gojenia przyspieszył tempa, zostawiając po sobie idealnie gładką skórę. Żadnej blizny ani najmniejszego śladu po makabrycznym urazie.

– A miało być tak pięknie – wymruczał Trzy, nie powstrzymując się od ironicznego uśmiechu. – Nawet w spokoju umrzeć sobie nie można – dodał, otwierając leniwie powieki.

– To twoje umieranie wyżarło ci chyba resztki rozumu – burknęła Dwa, kręcąc głową. – Co to miało być? – zapytała, nie mogąc pojąć zaistniałej sytuacji.

Trzy nagle spoważniał. Ostrożnie podniósł się z podłogi i bezwiednie przejechał opuszkami palców po szyi. Rozejrzał się dokoła, zatrzymując wzrok na Cztery. Poza Dwa i nim nikt więcej nie znajdował się w pokoju. Trzy przełknął ślinę, wymieniając się z szatynem przenikliwym spojrzeniem, po czym zwrócił się do klęczącej ciągle dziewczyny:

– Gdzie jest Alex? – zapytał, wyciągając do niej rękę i pomagając jej wstać.

– Jeden dosłownie wyniósł ją z pokoju – wyjaśniła, zerkając w kierunku zamkniętych drzwi.

– Dobrze. – Odetchnął z ulgą, przeczesując włosy do tyłu. – Gdybym wiedział, do czego posunie się ta zdzira, skręciłbym jej kark, jak miałem ku temu okazję – burknął przez zaciśnięte zęby, zakładając ręce na piersi. – Nawet po niej nie spodziewałbym się czegoś takiego.

– O czym ty mówisz? – Cztery włączył się do rozmowy. Przymrużył oczy, przyglądając się kwaśnej minie wysokiego chłopaka.

Trzy odwrócił się do zmieszanej dwójki plecami. Nie chciał, by patrzyli w jego oczy, próbując odgadnąć, co czuł. Nie chciał również patrzeć w ich oczy. Nie miał zamiaru obserwować, jak mu współczują, jak go żałują.

– Wiecie, że nie musimy być przytomni, by wydano nam rozkaz? – zapytał, ale nie czekając na odpowiedź, ciągnął od razu dalej: – Dopiero kiedy go wykonujemy, zdajemy sobie sprawę, kiedy nam go wydano – wytłumaczył. – Siedem kazała mi zabić Alex – oznajmił neutralnym głosem, jakby nic sobie z tego nie robił, jakby cała sprawa w ogóle go nie obchodziła. – Miałem zaczekać, aż znajdziemy się sami. Wiedziałem, że coś ze mną jest nie tak, ale nie miałem pojęcia… – przerwał, zwilżając wargi językiem. – Powiedz, że nic jej nie jest? – zerknął przez ramię na zszokowaną twarz Dwa.

Dziewczyna potrzebowała krótkiej chwili, by przeanalizować słowa Trzy. Zamrugała kilka razy, przywołując się do porządku. Nie zastanawiając się długo, podeszła do bruneta, kładąc na jego spiętych plecach dłoń. Sama nie była do końca pewna, co chciała tym gestem wskórać. Możliwe, że pragnęła go pocieszyć, wesprzeć na duchu i pokazać, że nie jest sam.

– Alex jest cała i zdrowa – zapewniła. – Jest zdruzgotana i zdezorientowana, ale nic jej nie jest – dodała półgłosem.

Nie mogła zrozumieć decyzji Siedem. Domyślała się, że Trzy był dla niej wszystkim, ale nigdy nie pomyślałaby, że dziewczyna będzie chciała zatrzymać go przy sobie za wszelką cenę. Jak zdesperowanym trzeba być, by posunąć się do czegoś tak bestialskiego? Dwa zastanowiła się przez chwilę, czy zrobiłaby na jej miejscu podobnie. Nie potrafiła jednak odpowiedzieć na to pytanie. Kto wie, jak wyglądałaby jej reakcja? Cztery był najważniejszą osobą w jej życiu. Nie miała zielonego pojęcia, co by się stało, gdyby się od niej odwrócił, gdyby ją znienawidził i otworzył się przed inną.

Dźwięk otwierających się drzwi sprawił, że cała trójka odwróciła się w stronę wejścia. Spanikowana Dwa pospiesznie kiwnęła głową w kierunku Cztery, sygnalizując mu, że powinien czym prędzej powstrzymać intruza, którym zapewne była Alex.

Chłopak bez dłuższego namysłu ruszył w stronę drzwi. Zdawał sobie sprawę, że Alex za wszelką cenę będzie chciała zobaczyć się z Trzy. Choć żadne z tej dwójki nie mówiło o swoich uczuciach otwarcie, nietrudno było zauważyć iskry w ich oczach, gdy na siebie patrzyli. Powstrzymał dziewczynę w ostatnim momencie, wypychając ją z powrotem na korytarz, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.

Dwa odetchnęła z ulgą. Nie chciała nawet myśleć o tym, co mogłoby się stać, gdyby Alex i Trzy znaleźli się w jednym pomieszczeniu.

– Muszę stąd czym prędzej zniknąć! – Głos Trzy wyrwał ją z przemyśleń. – Stanowię zagrożenie dla Alex. Tak właściwie stanowię zagrożenie dla was wszystkich – oznajmił, uśmiechając się gorzko, po czym odwrócił się ponownie do Dwa. Westchnął ciężko, widząc strach w jej dużych, błękitnych oczach. – Nie patrz tak na mnie – wymamrotał, łapiąc się za kark i rozmasowując spięte mięśnie. – Doskonale wiesz, że nie mam innego wyjścia.

– Moglibyśmy was odseparować – zaproponowała, a kiedy chłopak pokręcił stanowczo głową, zrobiła krótką pauzę, by się zastanowić, następnie dodała: – Damy sobie z tym radę, nie musisz nas opuszczać i…

– Jeśli chcecie przeżyć, owszem, muszę – wszedł jej w zdanie. – Nie masz pojęcia, co się ze mną teraz dzieje. Wystarczy, że na ciebie patrzę i wiem, że próbowałabyś mnie powstrzymać przed zabiciem Alex. Powstrzymuję się ze wszystkich sił, by nie rozerwać ci gardła, Dwa – oświadczył zadziwiająco opanowanym tonem głosu. – Siedem kazała mi pozbyć się każdego, kto stanie po stronie Alex. Nie dam rady wiecznie się hamować. Nie wytrzymam tu ani dnia dłużej. Muszę was opuścić i wiem, że w głębi siebie to rozumiesz.

– Ale utrzymamy ze sobą kontakt? – zapytała, nie widząc sensu dalszej dyskusji. – Możemy do siebie dzwonić.

– Pod żadnym pozorem – zastrzegł twardo, spoglądając na nią znacząco. – Nie będę niepotrzebnie ryzykował! – oznajmił kategorycznie. – Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak się w tej chwili czuję! – podniósł głos. – Wiem, że Alex jest tuż za tymi przeklętymi drzwiami – warknął, wskazując na wyjście. – Wszystko we mnie krzyczy, by do niej pobiec! Powstrzymuję się resztką sił, by tego nie zrobić, ponieważ wiem, że kiedy stanę z nią twarzą w twarz, skręcę jej kark! – Zacisnął kurczowo zęby, aż zazgrzytały.

– Trzy. – Dwa wyszeptała jego imię, dając sobie chwilę do namysłu. – Rozumiem, że nie chcesz z nami zostać, naprawdę. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy całkowicie utracili ze sobą kontakt. Stoimy po tej samej stronie. Musimy sobie wzajemnie pomagać. Nie musisz rozmawiać z Alex, możesz komunikować się z jednym z nas. Bez problemu przekażemy jej wszystko, co będziesz miał do powiedzenia.

– Stop! – przerwał jej ostro. – Uwierz mi, że urwanie kontaktu z wami to ostatnie, czego chcę, ale nie mam wyboru. – Zwilżył usta, spuszczając na moment wzrok. – Obawiam się, że wystarczy nawet najmniej znaczący szczegół, by wywołać u mnie chęć wykonania rozkazu Siedem. Nie mam pojęcia, czy z czasem nie będzie mi jeszcze trudniej powstrzymać się od… – przerwał, spinając mięśnie – od jej zabicia. – Zerknął na drzwi. – Zgadzam się z tobą, jesteśmy po tej samej stronie i dążymy do tego samego. Obiecuję ci, że choć nasze drogi się rozejdą, nie przestanę szukać wyjścia z sytuacji, w której się znaleźliśmy. Jednak teraz… najlepiej będzie, jak odejdę.

– Co z Sześć? – Dwa nie dała za wygraną, ciągle szukając sposobu na pozostanie w kontakcie. – Możemy komunikować się przez niego.

– Przypuszczalnie jego obecność w mojej podświadomości sprawi, że stracę nad sobą panowanie. Mam wrażenie, że samo wspomnienie o was będzie w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Z każdą sekundą czuję się gorzej. Gdybym nie był pewien tego, że wystarczy drobiazg, by mnie sprowokować, zgodziłbym się na twoją propozycję. Z czasem rozkaz Siedem przybierze na mocy i doskonale o tym wiesz.

– Co jeśli mimo wszystko stracisz nad sobą kontrolę? – zapytała roztrzęsiona.

– Jeśli tak się stanie, dokończę to, co dziś zacząłem i nie pozwolę, by ktoś mi przerwał.

– Trzy, nie możesz odebrać sobie życia! – wykrzyczała zdesperowana.

– W takim przypadku będę musiał. – Spojrzenie Trzy stało się twarde.

Dwa zamknęła na moment oczy, próbując się uspokoić. Trzy miał rację, jego moc była na tyle silna, że przeciwstawienie się mu wymagało nie lada wysiłku i odwagi. Nie było co ryzykować, tym bardziej że w najgorszym wypadku chłopak pozbawiłby życia ich wszystkich. Pokręciła bezradnie głową, odpuszczając sobie dalsze próby przekonania go.

– Dokąd chcesz pójść? – zapytała. – Twoja rodzina nie żyje – przypomniała i niemal natychmiast skarciła się za to w duchu. Przełknęła ślinę, następnie odważyła się spojrzeć w przenikliwe oczy Trzy.

– Nawet gdyby żyła – zaczął z niechęcią w głosie – nie wiem, jak zdesperowany musiałbym być, by zwrócić się do tych osób o pomoc – burknął, a jego górna warga uniosła się nieznacznie, zdradzając awersję do rodziców. – Nie musicie się mną przejmować – stwierdził po chwili, rozluźniając się nieco. – Doskonale sobie sam poradzę.

Dwa nie była zdziwiona słowami Trzy. Znała go wystarczająco długo, by przewidzieć tę reakcję. Może i zgrywał samotnika, który ma wszystko i wszystkich głęboko gdzieś, ale tak naprawdę martwił się o każdego z nich. Nie musiał mówić, jak ważni dla niego byli i ile znaczyli – wystarczyły jego czyny.

– Alex będzie chciała wiedzieć, gdzie jesteś – oznajmiła z rezygnacją, obejmując się za ramiona. – Co mam jej powiedzieć? – zapytała lekko zachrypniętym głosem. Czuła, jak coś dławi jej gardło, nie pozwalając na dalsze mówienie.

Trzy zakrył dłońmi ciągle bladą twarz i przejechał nimi powoli do góry, przeczesując zmierzwione włosy. Był zmęczony, a jego bezradność doprowadzała go do szału. Nie cierpiał tego uczucia. Nie był w stanie zrobić niczego, by poprawić ich sytuację. Ta bezsilność i brak kontroli były nie do zniesienia.

Mimowolnie szukał w głowie innego rozwiązania, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że takie nie istnieje. Więź między nim a Siedem nie była tak silna jak kiedyś, ale wystarczająco, by wydany przez nią rozkaz został prędzej czy później wykonany.

Mógłby zabić Siedem, ale póki co nie było takiej możliwości. Dziewczyna została w Głównej Kwaterze, otoczona dobrze wyszkolonymi żołnierzami. Była całkowicie sparaliżowana, co uniemożliwiałoby jej wydanie nowych poleceń, ale dostanie się do niej było praktycznie niewykonalne.

– Powiedz jej, co tylko chcesz – oznajmił w końcu, próbując ukryć żal i smutek, które z sekundy na sekundę obezwładniały jego serce. – Wszystko jedno – dodał, wzruszając obojętnie ramionami.

Dwa zrobiła sceptyczną minę, patrząc na niego z niedowierzaniem. Przechyliła głowę na bok, zerkając z ukosa w jego dwubarwne oczy. Nie była głupia, domyślała się, dlaczego Trzy zachowywał się tak, a nie inaczej. Wolał, żeby nikt za nim nie tęsknił, żeby nikt nie płakał i nie marnował czasu na myślenie o nim. Wolał być zapomniany, wymazany z pamięci jak zeszłoroczny śnieg. Wolał zniknąć, nie zostawiając za sobą żadnego śladu. Prawdopodobnie chciał oszczędzić swoim kompanom bólu. Będzie im łatwiej pogodzić się z jego odejściem, jeśli będą myśleć, że nie mieli dla niego większego znaczenia.

– Alex nie da sobie wcisnąć pierwszej lepszej bajeczki – spostrzegła, zakładając ręce na piersi. – Będzie chciała cię szukać – oznajmiła, przekonana o swojej słuszności. – Jesteś jej winny wytłumaczenie.

Trzy parsknął śmiechem, podparł ręce na biodrach, po czym zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu, robiąc wątpiącą minę.

– Mam się jej tłumaczyć? – zapytał głosem pełnym sceptycyzmu. – Przed, czy po tym, jak ją zabiję?

Dwa przełknęła nerwowo ślinę, zaciskając usta. Przymrużyła oczy, szukając sensownego, racjonalnego rozwiązania.

– Napisz do niej – wykrztusiła w końcu.

Brwi chłopaka uniosły się. Przejechał po Dwa niedowierzającym wzrokiem, jakby powiedziała coś zupełnie niedorzecznego.

– Co ja jestem, jakiś pieprzony Romeo? – zapytał ironicznie. Był przekonany, że zdjęcie maski twardego, bezuczuciowego macho nie było najrozważniejszym posunięciem. Nie w tej chwili.

Dziewczyna wywróciła oczami, opuszczając ręce w bezsilności. Była świadoma, że Trzy nie lubi rozmawiać o swoich uczuciach. Był uparty i zamknięty w sobie. Prędzej niebo spadłoby na ziemię niż on przyznałby, że ma serce.

Spostrzegła w kącie pokoju niewielkie, drewniane biurko. Nie namyślając się długo, podeszła do niego i otworzyła jedną, a później drugą szufladę mieszczącą się tuż pod blatem. Postanowiła nie zwracać uwagi na reakcję Trzy. Kiedy znalazła mały notatnik, od razu za niego chwyciła, po czym przeszukała pospiesznie dno szuflady, wypatrując czegoś do pisania. Pod jej smukłe palce wpadł cienki długopis.

Bez zbędnych słów wręczyła obie rzeczy chłopakowi, rzuciła mu znaczące spojrzenie, po czym opuściła pokój, zostawiając go samego.

Słońce już dla nas zaszło

Jak mogłeś? Jakim prawem podjąłeś taką decyzję, nie pytając mnie o zdanie? To przecież niesprawiedliwe! Odszedłeś, zostawiając mnie z przytłaczającym chaosem.

Serce mam dziwnie ciężkie, czuję, jakby przestało należeć do mnie. Zakneblowane, złamane i zamknięte za grubymi, stalowymi kratami. Nie słyszę już jego bicia. Milkło, aż w końcu całkowicie umarło, pozostawiając jedynie bolesną pustkę i nieznośną ciszę.

Ostrzegałeś mnie przed sobą, ale ja nie chciałam słuchać. Myślałam, że dam radę. Byłam przekonana, że udźwignę ciężar, który spoczywał na twoich barkach.

Zostawiłeś mnie, a to, co jest po tobie, to wewnętrzne rozbicie. Czuję, jak bardzo słaba jestem. Krew zdążyła w pełni nasycić się niepewnością, lękiem i strachem. Zamieniam się w cień człowieka, a to wszystko z twojego powodu. To ty mi to zrobiłeś!

Lepiej by było, gdybyś zabrał mnie ze sobą. Byłoby lżej, o wiele łatwiej niż teraz. Tęsknota za tobą, za twoim dotykiem, za dźwiękiem twoich słów staje się tak uciążliwa i wyczerpująca, że czuję się doszczętnie wypłukana z sił.

Nie jestem typem romantyka, więc nie spodziewaj się listu miłosnego, nafaszerowanego ckliwymi bzdetami. Piszę, bo wiem, że na to zasługujesz. Cóż mam powiedzieć – lubię Cię. Mam nadzieję, że zrozumiesz mój zawiły tok myślenia. Mówię, że Cię lubię, bo nie wiem, jak inaczej to powiedzieć. Przecież mnie znasz, doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie jestem dobry w czymś takim, nie potrafię tego. Lubię Cię, bo jesteś inna niż wszystkie inne. Mógłbym wyliczać setki rzeczy, które u Ciebie lubię, ale uwierz mi, mimo to, nie powiedziałbym o Tobie niczego.

Zmieniłaś się. Przerażona Alex, lękająca się własnego cienia, zniknęła. Nigdy Ci tego nie powiedziałem, ale jestem z Ciebie dumny. Stałaś się odważną, silną kobietą, której nie dałem rady dłużej ignorować.

Nie proszę Cię o to, byś zapomniała – wprost przeciwnie. Choć wiem, że to egoistyczne i samolubne, nie potrafię inaczej. Pragnę, byś mnie pamiętała.

Nikt nigdy nie darzył mnie tak dobrym, szczerym i prawdziwym uczuciem jak Ty. Nikt przed Tobą nie uświadomił mi, że możliwości pojawiają się jedynie wtedy, gdy ich poszukujemy.

Dziękuję Ci, że pokazałaś mi moje lepsze oblicze. Zaczynam wierzyć, że posiadam jeszcze serce, a to nie lada wyczyn z Twojej strony.

Chciałbym, żebyś wiedziała, że rzeczy, o których Ci nigdy nie powiedziałem, to te, których nie potrafiłem wyrazić słowami. Może Ci się wydawać, że wiesz o mnie tak mało, ale tak naprawdę wiesz o mnie więcej niż ja sam.

Trzy Blake

W ustach robi mi się nieprzyjemnie sucho, mimo to przełykam resztki śliny, wpatrując się tępo w zapisane na białej kartce słowa. Serce ciągle przyspiesza, dudniąc w uszach jak oszalałe. Jest mi na przemian ciepło i zimno. Nie wiem, co myśleć, co zrobić, jak się zachować. W jednej chwili podejrzewam, że list ten wcale nie został napisany przez Trzy, ale w drugiej nie mam żadnej wątpliwości, iż to on jest autorem. Chyba jeszcze nigdy przedtem nie byłam tak zdezorientowana jak teraz.

– Blake – szepczę po cichu jego imię i nadal nie mogę uwierzyć, że ten niby tak błahy i mało istotny fakt, nie jest już tajemnicą.

Mój umysł przepełnia wiele trosk. Boję się, że mimo zapisanych przez niego słów, kiedyś zapomni o mnie. Tak bardzo bym chciała, by wiedział, że ja nigdy nie zapomnę. Zajął w moim sercu specjalne miejsce. Choć zdaję sobie sprawę, że on boi się tego słowa, ja doskonale wiem, że go kocham. Pragnę czuć na sobie jego wzrok, słyszeć głos i rozkoszować się bliskością. Najdziwniejsze jest to, że choć chciałabym mu tak wiele powiedzieć, tak wiele rzeczy wyznać – brak mi słów. Słowa są nic nie warte. Znaczą mniej niż wszystko to, co czuję.

Nie mogę zatrzymać łez spływających mi po policzkach. Każda z nich wyraża pustkę po nim. Doskonale wiem, dlaczego odszedł, a jednak podświadomie ciągle zadaję sobie to pytanie. Jak naiwny głupiec mam nadzieję, że wróci.

Chciałabym móc go zatrzymać i mieć nadal przy sobie. Chciałabym, aby wszystko co złe, rozpłynęło się w powietrzu. Zastanawiam się, po co los dał nam siebie, skoro praktycznie od razu odebrał wszystko, ofiarowując w zamian samotność i ból. Bo ta utrata to istna tortura.

Choć wiem, że to koniec, nie mogę przestać liczyć na oszukanie przeznaczenia i ponowne spotkanie Trzy. Muszę być silna i walczyć. Obiecałam to jemu, obiecałam to samej sobie.

Minął tydzień, odkąd Trzy nas opuścił – odkąd mnie opuścił. Mam wrażenie, że z dnia na dzień tęsknię za nim bardziej. To bzdura, że czas leczy rany. Ten, kto wymyślił to nonsensowne stwierdzenie, chyba nigdy nie zaznał prawdziwego bólu.

Nasi gospodarze wrócili już po trzech dniach, nie zdradzając żadnemu z nas, gdzie ani dlaczego zniknęli na ten czas. Nadal nie jestem pewna, czy możemy im ufać, ale czy mamy jakiekolwiek inne wyjście? Do kogo niby mielibyśmy się zwrócić o pomoc? Jack z całą pewnością nie spocznie, póki nas nie znajdzie. Skrzywdziliśmy jego przybraną córkę i zdradziliśmy Organizację. Musi być wściekły i zdesperowany, co robi z niego jeszcze niebezpieczniejszego wroga niż był do tej pory. O ile to w ogóle możliwe.

Piwnica, w której się znaleźliśmy, jest dobrze ukryta. Jestem niemal przekonana, że żołnierze Falconu nie będą w stanie nas odszukać, jeśli tylko pozostaniemy w podziemnej kryjówce. Pytanie, jak długo będziemy mogli tu zostać? Alphas obiecali pomoc w odbiciu mnie, Trzy i Jeden z Głównej Kwatery, o ukrywaniu nas w swoim schronieniu nie było mowy. A jednak żadne z nich nie wspomina słowem, że nie jesteśmy mile widziani. Możliwe, że to już obsesja, ale zaczynam mieć złe przeczucie. Obawiam się, że współpraca z Alphas może okazać się totalną katastrofą. Po zdradzie Siedem jestem daleka od zaufania komukolwiek, nie wspominając już o poczuciu bezpieczeństwa.

Adam jest ciągle nieprzytomny. Lucie, jedyna dziewczyna w grupie Alphas, twierdzi, że tak już zostanie, ale ja nie mogę pogodzić się z tą myślą. Nie jestem w stanie zaakceptować powstałej sytuacji. Istnieje zbyt wiele niewypowiedzianych słów, zbyt wiele rzeczy, o które chciałabym go zapytać. Jesteśmy rodzeństwem, a ja nie wiem o nim prawie nic. Nie jest człowiekiem, za jakiego go uważałam. Poświęcił się dla mnie, poświęcił się dla nas wszystkich. Nigdy bym się tego po nim nie spodziewała, a jednak… zawdzięczamy mu życie. Gdyby nie jego ofiara, błąkalibyśmy się gdzieś, nie wiadomo gdzie, szukając schronienia. Bylibyśmy łatwym celem dla Organizacji.

Siedzę przy łóżku Adama godzinami, prowadząc długie monologi, mając nadzieję, że słyszy choć ich część. Opowiadam o moich uczuciach, nie oszczędzając szczegółów. Co dziwne, odnoszę wrażenie, że mogę powiedzieć mu o wszystkim, a przecież w ogóle go nie znam.

Sebastian wrócił do swojego dawnego życia. Przekonanie go, że to najlepsze rozwiązanie, nie było łatwe, ale po długim debatowaniu i przedstawianiu mu dziesiątek argumentów w końcu odpuścił. Miałam tylko jedną prośbę – chciałam, by Nana została przy nim. Tak było najbezpieczniej. Nie widziałam innego rozwiązania. Ściągnięcie jej do kryjówki Alphas byłoby głupie i nierozsądne. To jeszcze dziecko. Niewinne, niczego nieświadome dziecko, które nie zasłużyło na taki los. Pragnę, by zaznała szczęścia, miłości, beztroski i spokoju – tak jak niegdyś ja.

Jeden jest nieprzystępny i chłodny jak lód. Zachowuje się, jakby był więźniem, jakby przetrzymywano go wbrew woli. Pozostał w kryjówce wyłącznie dla mnie. Jest moją Bronią, co nie pozwala mu na inne postępowanie. Doskonale wiem, że nie opuści piwnicy Alphas beze mnie. Jestem dla niego ważniejsza niż Organizacja, do której tak bardzo chce wrócić. Jestem dla niego najważniejsza. Próbuję przebić się przez ciężko opancerzony, stworzony przez Falcon mur, ale nieważne jak dobrej amunicji używam, moje kule odbijają się od niego, jakby były z kauczuku.

Tęsknię za dawnym Jeden. Tak bardzo brakuje mi naszych rozmów i tego, że mogłam mu się wyżalić. Kiedy byliśmy w Organizacji nie zauważałam tego. Nie zwracałam większej uwagi na to, że Jeden stał się nieodłączną częścią Falconu. Byliśmy idealną parą. Czułam się przy nim najbezpieczniej na świecie. Dokuczaliśmy sobie jak jakieś nastolatki. Wymienialiśmy się ciętymi tekstami, mimowolnie zapominając, że jesteśmy żołnierzami Jacka. Możliwe, że celowo nie dopatrywałam się tych rzeczy. Możliwe, że nie chciałam ich widzieć.

Leżę na moim tymczasowym, zaskakująco wygodnym łóżku znajdującym się w maleńkim, ale mimo wszystko wystarczająco dużym pokoju, który dzielę z Dwa. Mieszkamy pod ziemią, w piwnicy. Nie posiadamy luksusu wyjrzenia przez okno i odetchnięcia świeżym powietrzem. Matko, jak bardzo mi tego brakuje. Czuję się przytłoczona i tak niesamowicie ograniczona. To zabawne, że dopiero gdy człowiek zostaje czegoś pozbawiony, zaczyna ową rzecz doceniać.

Zostaliśmy uciekinierami. Będziemy uciekać do końca naszych dni. Do końca dni będziemy oglądać się za siebie i obawiać, że ktoś wbije nam nóż w plecy. Jesteśmy skazani na wieczny strach przed nieznanym. Setki pytań, których odpowiedzi wywołują u każdego z nas ciarki na plecach, krążą w głowach, nie dając nawet chwili spokoju. Ile zostało nam czasu, zanim nas znajdą? Jak daleko są? Co się z nami stanie, gdy wpadniemy w ich ręce?

Głośne pukanie do drzwi wyrywa mnie z rozmyślań. Otwieram szeroko oczy, nabierając głęboko powietrza. Leniwie podnoszę się z łóżka.

– Tak? – pytam niepewnie, przeszywając wzrokiem sunącą w dół klamkę.

Drzwi zostają otworzone ostrożnie, a przez próg pokoju przechodzi średniego wzrostu chłopak o przydługawych, kręconych włosach kasztanowej barwy. Zbliża się do mnie nieśmiało, co chwilę mrugając piwnymi, ukrytymi za kurtyną gęstych rzęs oczami. Zatrzymuje się zaledwie kilka centymetrów ode mnie i drapie nerwowo piegowaty nos.

– Jeremy? – wymawiam jego imię z niechęcią. To nie tak, że go nie lubię, nawet go nie znam, ale sam fakt, że porusza się o własnych siłach dzięki energii mojego brata, stał się wystarczającym powodem awersji.

– Wiem, co o mnie myślisz – zaczyna, spuszczając wstydliwie wzrok. – Uwierz mi, nie chciałem tego – tłumaczy. To trzeci raz, kiedy podejmuje próbę rozmowy ze mną. – To żadne wytłumaczenie, ale moi przyjaciele zrobiliby dla mnie wszystko. Jestem pewien, że na ich miejscu postąpiłabyś podobnie. Nie spisali mnie na straty. Nigdy nie zostawią mnie na pastwę losu. Nieważne, jak często ich o to proszę, jak często błagam, by w końcu odpuścili. Oni nie chcą dać mi odejść. Nie jestem głupi, doskonale zdaję sobie sprawę, że masz mnie za potwora. Nie dziwię ci się, sam tak o sobie myślę – przyznaje ze smutkiem, zamykając na kilka sekund powieki.

Moc Jeremiego jest okrutna, ale nie tylko dla jego przeciwników, także dla niego samego. Chłopak chłonie nadprzyrodzoną moc Obdarzonych, nie oznacza to jednak, że potem nad nią włada. Czerpie z niej siłę potrzebną do życia, ale nie daje mu ona tych samych korzyści, co pierwotnym właścicielom.

Wraz z aktywacją mocy Jeremiego, zaczęła się również walka o przetrwanie. Energia uzyskana z jednej osoby pozwala mu na przetrwanie około roku. To okrutne i niesprawiedliwe. Współczuję mu podświadomie, że został naznaczony takim piętnem, ale nie jestem w stanie zignorować faktu, że Adam stał się jednym z jego posiłków.

– Nie mogę – wyduszam w końcu z siebie, zaciskając dłonie w pięści. – Nie potrafię patrzeć ci w oczy, nie myśląc o tym, że odebrałeś Adamowi życie. – Kiedy zauważam, że chce mnie poprawić, unoszę rękę, nie pozwalając mu wypowiedzieć ani słowa. – Nie śmiej mówić, że to nieprawda, że Adam ciągle żyje – burczę przez zaciśnięte zęby. – To nie jest życie! On wegetuje. Nawet nie wiem, czy jest w stanie mnie usłyszeć, czy w ogóle jeszcze tam jest. Czy kiedy mu się żalę, on słucha – przerywam nagle, bojąc się, że wybuchnę płaczem.

Nie mam zamiaru rozpaść się na oczach chłopaka, którego serce nakręcane jest życiową energią mojego brata.

Mrużę na moment oczy, pozwalam sobie głęboko odetchnąć i nabrać nowych sił. Nakazuję sobie odpuścić. Coraz trudniej jest mi utrzymać się w ryzach. Kumulacja złych wydarzeń, które niespodziewanie przytłoczyły moje barki, jest coraz trudniejsza do udźwignięcia.

Chce mi się krzyczeć, chce mi się płakać – mam nieodpartą ochotę zdemolować całą kryjówkę i wyżyć się na wszystkich, którzy wejdą mi w drogę. Mogłabym godzinami kopać w ściany i rzucać różnymi przedmiotami, uwolnić ogarniającą mnie wewnątrz furię. Gdybym tylko miała pewność, że to cokolwiek da. Niestety, nie muszę być psychologiem, by wiedzieć, że nie przyniesie to żadnych skutków.

– Jak długo będziemy mogli tutaj zostać? – pytam, zmieniając bez uprzedzenia temat naszej rozmowy.

Jeremy potrzebuje kilku sekund, by przeanalizować moją wypowiedź. Bez trudu odczytuję zmieszanie i niepokój malujące się na jego twarzy. Wzdycha ciężko, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Rozgląda się po pokoju, jakby szukał wsparcia.

– To nie mnie powinnaś o to pytać – wydusza w końcu. – Ches jest za nas odpowiedzialny. Ja nie mam tu nic do gadania. – Wzrusza ramionami.

Chester jest ich przywódcą i nietrudno się tego domyślić. Wystarczy jedno spotkanie z tym osobliwym typem, by wiedzieć, kto ma tutaj ostatnie zdanie. Jego zadziorny charakter i nieokrzesany temperament przypominają mi czasem Trzy, co nie ułatwia sprawy, gdy próbuję się z nim porozumieć. Jego cięty język i pewność siebie sprawiają, że mimowolnie wracają wspomnienia o chwilach spędzonych z Trzy.

– Nie udawajmy, że nie dyskutowaliście już na ten temat – stwierdzam, krzyżując ręce na piersi. – Co chwilę spotykacie się za naszymi plecami, by coś omówić. Oczywiście to rozumiem, nie jestem naiwna i doskonale wiem, że zasługujecie na prywatność i macie swoje tajemnice, których nie chcecie z nami dzielić. To normalne i nikogo nie dziwi – oznajmiam spokojnie, nie spuszczając Jeremiego z oczu. – Nie mogę jednak znieść tej niepewności – przyznaję niechętnie. – Jeśli macie zamiar nas stąd wyrzucić, wolałabym o tym wiedzieć wcześniej. Jeśli macie inne plany… – przerywam, widząc w myślach Siedem wydającą nas Organizacji.

– Chester chce o tym z wami porozmawiać – mówi wreszcie. – Dzisiejszego wieczoru. – Przeczesuje włosy smukłymi, długimi palcami. – Nie zostawimy was na lodzie – dodaje po cichu, jakby nie do końca wiedział, czy może mi tę wiadomość wyjawić.

Przygryzam dolną wargę, zastanawiając się, co mu odpowiedzieć. Mam podziękować? Właśnie dowiedziałam się, że nie zostaniemy wyrzuceni z ich kryjówki. Nie jestem pewna, czy mogę zaufać Jeremiemu. Nie żeby specjalnie mnie okłamał, ale myślę, że lepiej poczekać z euforią, póki nie usłyszę tego samego z ust Chestera.

– Nie boicie się, że ściągniemy na was ludzi Organizacji? Skąd wiecie, że można nam ufać? – wypalam i natychmiast karcę się w duchu za niewyparzony język.

Sama nie wiem, dlaczego nagle przyszła mi ochota, by zadać te pytania. Możliwe, że jestem po prostu niezmiernie ciekawa. Już wcześniej zauważyłam, że Alphas podchodzą do nas na luzie, jakby byli w zupełności przekonani o naszym pokojowym nastawieniu. Mam wrażenie, że tylko Jeden jest przez nich uważnie obserwowany. W szczególności Axel i Chester przyglądają się każdemu jego ruchowi i bacznie wsłuchują we wszystko, co mówi.

Na lekko bladej twarzy Jeremiego pojawia się delikatny, niejednoznaczny uśmiech. Koniuszkiem języka przejeżdża po dolnej wardze, po czym wtapia we mnie spojrzenie.

– Nie znamy się zbyt długo – przyznaje spokojnym głosem – ale tak właściwie wiemy o was wszystko, co jest dla nas ważne. Gdybyście planowali nas zdradzić, uwierz mi, już dawno by was tutaj nie było – oznajmia z pełnym przekonaniem, wprowadzając mnie w jeszcze większe skołowanie.

Otwieram usta, ale kiedy zauważam, że nie mam pojęcia, jak zareagować, od razu je zamykam. Jestem zdezorientowana. Jeremy jest niewątpliwie przekonany, że nie stanowimy dla Alphas żadnego zagrożenia, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Mieszkamy tutaj dopiero tydzień. Jakim cudem może więc być tak pewny naszych dobrych intencji?

– Gdybyś wiedziała o nas choć połowę tego, co my wiemy na wasz temat, nie robiłabyś teraz takiej zdziwionej miny – stwierdza, wkładając dłonie w kieszenie spodni. – Widzimy się wieczorem – dodaje, nie czekając na odpowiedź. – Obiecuję ci, że wtedy dostaniesz wytłumaczenie naszego zachowania.

Po tych słowach uśmiecha się lekko, odwraca do mnie plecami i powolnym krokiem sunie w kierunku wyjścia.

Stąpając po niepewnym gruncie

W pobliżu siedziby Talisu

Gdzie okiem sięgnąć, panowała szarość. Wszystko, bez wyjątku, pokryte było gnijącą warstwą mokrych liści. Trzy zatrzymał się na chwilę, rozglądając dokoła. Zimny, porywisty wiatr zdawał się być jego najgorszym wrogiem. Był jak ostrze noża, które bezlitośnie cięło wszystko na swojej drodze. Szumiał przejmująco, zagłuszając niemal każdy dźwięk.

Chłopak naciągnął kołnierz kurtki na szyję, po czym odetchnął chłodnym powietrzem. Był wdzięczny, że Alphas przygotowali ubrania na zmianę dla każdego z nich. Tak właściwie nie spodziewał się, że grupa będzie aż tak przygotowana. Zgromadzili wcześniej zapasy żywności i wody oraz niezbędne środki higieny. Wyglądało to tak, jakby od początku wiedzieli, że dadzą im schronienie. Trzy nie był do końca przekonany, czy to aby na pewno dobrze. Nikt z nich nie znał Alphas wystarczająco, by móc stwierdzić, że stoją po tej samej stronie. Jedyna osoba, która byłaby w stanie powiedzieć na temat Alphas coś więcej, leżała w śpiączce.

Kiedy zza gęstych chmur wyłoniło się jasne słońce, Trzy przymrużył delikatnie oczy. Zmarzniętą dłonią przetarł powieki, po czym schował ponownie skostniałe ręce do kieszeni kurtki.

Próbował nie myśleć o tym, co się stało. Gdyby mógł, wymazałby ostatnich kilka dni z pamięci. Nieustannie zastanawiał się, jaka była reakcja Alex, kiedy otrzymała od Dwa napisany przez niego list. Był zmieszany i zakłopotany. Czuł się dziwnie, jakby na krótką chwilę postradał zmysły i postanowił udawać kogoś, kim przecież nie był. On nie pisał listów, nie mówił o uczuciach. Na litość boską, samo to słowo przyprawiało go o mdłości. A jednak zrobił to. Przelał na papier wszystko, co w nim siedziało i nie obchodziło go w tym momencie, że może to być jedna z najbardziej żenujących chwil w jego życiu.

Po opuszczeniu kryjówki Alphas błąkał się dwa dni po ulicach miasta, szukając wyjścia z tej paskudnej sytuacji. Zdawał sobie sprawę, że śmierć Siedem była jedynym sposobem na ponowne spotkanie z Alex i resztą ekipy. Nie był jednak na tyle głupi, by samodzielnie pojawić się na terenie Głównej Kwatery. Telekineza, którą władał, była silna, ale równie mocno nieokiełznana. Nie wybaczyłby sobie, gdyby stracił kontrolę i zabił także niewinne dzieciaki zamknięte w lochach Falconu. Alex miała rację, kadeci Organizacji nie zasłużyli sobie na śmierć. Niektórzy z nich nie skończyli jeszcze pięciu lat.

Przełknął ślinę, wchodząc do budki telefonicznej. Zawczasu wybrał taką, która stała na uboczu. W pobliżu nikogo nie było. Oparł się o przezroczystą, plastikową ściankę i wziął do ręki czarną słuchawkę. Wrzucił kilka monet do automatu, po czym wybrał numer, przystawiając telefon do ucha.

Był całkowicie spokojny i zrelaksowany. Wiedział, co chce powiedzieć i uzyskać. Numer, który znał tylko dlatego, że nieraz towarzyszył Jackowi w wyjazdach biznesowych jako jego ochrona, połączył go z sekretariatem.

– Witam serdecznie – odezwał się kobiecy, miły dla ucha głos. – Firma Talis, czym mogę służyć?

Na twarzy Trzy pojawił się subtelny uśmiech. Przestąpił z nogi na nogę.

– Chcę rozmawiać z Elisabeth Brenner – wypowiedział imię i nazwisko szefowej Talisu, ponieważ wiedział, że był to najpewniejszy sposób, by nie zignorowano jego telefonu.

– Jest pan pewien, że to nie pomyłka? – zapytała zmieszana sekretarka, co nie było wielką niespodzianką. Większość pracowników firmy nie miała pojęcia, kto tak naprawdę stoi za sterami Talisu. Elisabeth Brenner była ostrożną, przezorną kobietą, która ceniła sobie prywatność. Jeśli ktoś wymienił jej nazwisko, nawet w mało znaczącej rozmowie, nie było możliwości, że nie ściągnie to jej uwagi lub uwagi jej najbliższych, zaufanych pracowników.

– Elise – kontynuował Trzy śpiewającym tonem, nie zwracając uwagi na zdezorientowaną sekretarkę. – Kod 120403, pamiętasz mnie jeszcze? – uśmiechnął się pod nosem, ponieważ zdawał sobie sprawę, że ten szyk cyfr nie mógł wylecieć z pamięci Brenner.

– Przepraszam pana, ale to chyba jednak pomyłka – oświadczyła grzecznie sekretarka, ale zanim rozłączyła rozmowę, ktoś inny odebrał jej z rąk słuchawkę.

– Kim jesteś? – rozbrzmiał wyraźnie poirytowany, męski głos. – Kim jesteś? – powtórzył głośniej.

– Przecież już się przedstawiłem – odpowiedział bez chwili wahania Trzy. – Nie wątpię, że słyszałeś każde moje wcześniejsze słowo. Nie wątpię również, że doskonale wiesz, kim jestem. Właściwe pytanie to: co mogę dla was zrobić?

Tym razem po drugiej stronie linii zaległa cisza. Trzy czekał cierpliwie na odzew. Nie miał powodów do zmartwień, zdawał sobie sprawę, że już od kilkudziesięciu sekund Talis wie, gdzie się znajduje, a o to właśnie chodziło.

– Nie ruszaj się z miejsca – oświadczył w końcu mężczyzna. – Poślemy kogoś po ciebie – dodał, po czym od razu odłożył słuchawkę.

Marcus Werner był wysokim, tęgiej budowy mężczyzną. Siwawe, cienkie włosy, których z roku na rok było coraz mniej, zdradzały, że nie był już pierwszej młodości. Za dwa miesiące kończył pięćdziesiąt osiem lat, ale nawet nie myślał o opuszczeniu firmy Talis. Był jednym z najlepszych pracowników, co dawało mu przywilej znajdowania się w gronie doradców Elizabeth Brenner. Był perfekcjonistą i nienawidził chaosu. Starał się ze wszystkich sił utrzymywać firmę w ładzie i kontrolować, w miarę możliwości, wszystkich pracowników pod sobą.

Oczywiście nie był w stanie wysłuchiwać każdej z rozmów telefonicznych i uczestniczyć we wszystkich spotkaniach dotyczących Talisu. Był jednak od razu informowany, jeśli zaszła taka potrzeba.

Kiedy więc został powiadomiony o dziwnej konwersacji jednej z sekretarek, niezwłocznie wziął sprawę we własne ręce.

Nie wiedział, kim była osoba podająca się za Trzy, ale był niemal przekonany, że chodzi o oszusta. Trzy należał do Falconu i nie było szans, by nadarzyła mu się okazja skontaktowania z firmą, której właścicielka była wrogiem Wintera.

Niepokojący był jednak fakt, że natręt znał nazwisko szefowej Talisu. To odkrycie naprowadzało Marcusa na podejrzenie zasadzki. Kimkolwiek był nieznajomy, Werner musiał się go za wszelką cenę pozbyć. Nie dopuści przecież do tego, by Brenner spotkało coś złego.

Niemal natychmiast posłał po jednego z ludzi od brudnej roboty, po czym wsiadł razem z nim do czarnego, terenowego samochodu i podał kierowcy docelowy adres.

Najemnik rozsiadł się wygodnie na tylnym fotelu auta, zakładając tłumik na pistolet. Był wyborowym strzelcem. Spokojnie czekał, aż dotrą do celu, by posłać jedną jedyną kulę prosto w czaszkę ofiary. Był pewny siebie i nie obawiał się, że popełni błąd. Już od kilku lat pracował dla Talisu. Jeszcze nigdy nie zawiódł swoich pracodawców. Był szybki, cichy i co najważniejsze, skuteczny.

Marcus przełknął nerwowo ślinę, spoglądając przez zaciemnioną szybę samochodu. Obserwował prawie pustą drogę, po której jechali. Mimowolnie zastanawiał się, czy aby na pewno postąpił słusznie, nie pytając wcześniej o zdanie szefowej. Nie zataił niczego specjalnie. Gdyby uważał tę sprawę za ważną, oczywiście od razu poinformowałby Brenner. Ale nie chciał zawracać jej głowy jakimś idiotą, mającym się za jednego z żołnierzy Falconu. Wolał sam załatwić temat. A jeśli nieznajomy został wysłany przez Wintera, od razu pozbędzie się kłopotu i zaoszczędzi szefowej zmartwień.

Po kilkunastu minutach spostrzegł wysokiego, postawnego chłopaka opierającego się o budkę telefoniczną. Silny, mroźny wiatr bawił się jego kruczoczarnymi włosami, szarpiąc je we wszystkie strony. Wyraziste kości policzkowe miał lekko zaczerwienione, a jego wydatne usta przybierały z zimna sinawą barwę. Ręce miał schowane w kieszeniach ciemnej kurtki, która wyglądała na odrobinę za małą, jakby nie należała do niego.

Werner zmieszał się przez chwilę, ponieważ mężczyzna rzeczywiście przypominał tego prawdziwego Trzy. Co prawda Marcus widział go na żywo tylko dwa razy, ale jego charakterystyczny wygląd zapadł mu w pamięć. Gdyby tylko mógł spojrzeć w jego oczy. Trzy miał heterochromię, co było niezwykle rzadkie. Możliwe, że wtedy pokusiłby się o rozmowę z nim? Możliwe, że czym prędzej posłałby go do piekła!

Pospiesznie pokręcił głową, przywołując się do porządku. To, że chłopak, który się z nimi skontaktował, mówił prawdę, było wykluczone, a nawet jeśli, rozmowa z nim byłaby nierozsądna! Jeśli ma do czynienia z Trzy, była to zapewne pułapka Wintera.

Marcus bez dłuższego namysłu skinął głową, dając znak najemnikowi.

W następnej sekundzie zaciemniona szyba auta opuściła się kilka centymetrów, a lufa pistoletu wyjrzała na zewnątrz, by namierzyć cel. Spust został pociągnięty, a kula ruszyła przed siebie, lecąc na spotkanie ze swoją ofiarą.

Niespodziewanie coś szarpnęło gwałtownie terenówką, a jej pasażerowie zostali nieuchronnie pchnięci do przodu. Głowa Marcusa walnęła prosto o przednie siedzenie kierowcy. Z jego nosa pociekła strużka krwi. Najemnik zdążył w ostatniej sekundzie wyciągnąć wolną rękę i uchronić się przed zderzeniem. Zdezorientowany kierowca klął pod nosem, masując obolałe czoło, które jeszcze przed chwilą leżało na twardej kierownicy samochodu.

Nagle wszystkie drzwi zostały ni stąd, ni zowąd otworzone, a oczom Wernera ukazał się chłopak, który tak właściwie powinien już nie żyć.

Trzy uśmiechnął się pyszałkowato, wzdychając z ironią. Uniósł prawą rękę, w której trzymał mały, błyszczący kawałek metalu. Pokręcił znacząco głową, po czym rzucił drobny obiekt w stronę Marcusa.

Zszokowany mężczyzna cały zesztywniał, kiedy zdał sobie sprawę, że migoczący przedmiot to nabój, który został wystrzelony z broni najemnika.

– Domyślam się, że właśnie udowodniłem ci swoją tożsamość – oznajmił śmiało Trzy. Zmierzył Marcusa intensywnym spojrzeniem, rejestrując każdy szczegół, po czym oparł ręce o dach samochodu. Lekko się pochylił, nie spuszczając oczu z zaniepokojonego mężczyzny.

Najemnik, którego mina zdradzała zmieszanie i zdenerwowanie, wreszcie się ocknął. Momentalnie wycelował broń w głowę Trzy, z zamiarem naciśnięcia spustu po raz kolejny.

Brunet zaśmiał się zuchwale. Pistolet najemnika nieoczekiwanie zaczął drgać, a po krótkiej chwili wyrwał się z uścisku i powędrował prosto w dłoń telekinektyka.

– To nie ma sensu – stwierdził Trzy, pozbawiając pistolet magazynku. – Szkoda mojego czasu – dodał poirytowany. – Wysiadaj – rozkazał twardo, cofając się o krok, robiąc miejsce najemnikowi. – Potrzebuję trochę prywatności.

Skonsternowany typ bezwiednie spojrzał w stronę Wernera, który zdawał się zamienić w kamienny posąg.

Trzy wywrócił niecierpliwie oczami. Westchnął ciężko i skinął subtelnie głową. W tym samym momencie tajemnicza siła wyrzuciła najemnika z samochodu, przypierając jego ciało do szosy.

– Miło było cię poznać – oświadczył Trzy, siadając na skórzanym fotelu. – Ale obawiam się, że i tak nic by nie było z naszej przyjaźni, więc lepiej od razu się pożegnać. – Zatrzasnął drzwi samochodu, oddając całą uwagę Marcusowi.

– Trzy – wydusił z siebie przerażony mężczyzna, próbując zapanować nad trzęsącym się ciałem. – Co masz zamiar zrobić? – zapytał, wycierając pot z czoła. – Jeśli myślisz, że zaprowadzę cię do Brenner, to grubo się mylisz.

– Elise zapewne doszły już słuchy o moim zniknięciu z Falconu – powiedział Trzy. – Nie jestem tutaj z polecenia Wintera. Nie zrobię Brenner krzywdy. Zadzwoń do niej i powiedz, że chcę z nią porozmawiać. Mam pewną propozycję i myślę, że Elise byłaby głupia odmawiając współpracy ze mną.

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę…

– Zadzwoń do Brenner! – przerwał mu chłopak podniesionym głosem, na co Marcus pospiesznie przytaknął, po czym wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał numer do szefowej.

Tak inni, a jednak tacy sami

Alphas zwołali wszystkich do pomieszczenia mającego rolę salonu. Jestem zarówno ciekawa, jak i zdenerwowana, ponieważ oświadczenie Jeremiego, że jesteśmy tutaj bezpieczni i nie musimy obawiać się, że ktoś nas stąd wyrzuci, nie do końca mnie przekonało.

Rozglądam się dokoła, rejestrując twarze zebranych. Dwa siedzi spokojnie obok Cztery. Prowadzą zażartą dyskusję, wymachując przy tym rękami i co jakiś czas uśmiechając się do siebie. Mimowolnie unoszę brwi do góry. Dziwi mnie ich stoicki spokój. Mam wrażenie, że tylko ja jestem nieufna względem naszych gospodarzy.

Spoglądam w prawo i spostrzegam zagadkową minę Chestera, który przeszywa mnie intensywnym wzrokiem. Przełykam ślinę, ale w żadnym wypadku się nie odwracam. Nie chcę, by pomyślał, że się speszyłam, albo co gorsza, obleciał mnie strach. Wolałabym, by widział we mnie kogoś opanowanego i silnego. Nie powinien uważać mnie za słabą i wystraszoną dziewczynkę.

Obok niego zauważam Jeremiego i Axela, którzy nie zwracają na mnie większej uwagi. Wyglądają na zmęczonych. Napuchnięte, lekko zaczerwienione oczy zdradzają ich wyczerpanie.

Lucie zajmuje miejsce na podłodze, razem z Sześć. Szybko znaleźli wspólny język. Często ich ze sobą widuję i niemal za każdym razem zdumiewa mnie fakt, że tak łatwo się zaprzyjaźnili. Jakby nie patrzeć minęło zaledwie kilka dni, odkąd tu jesteśmy.

Biorę głęboki oddech, następnie odważam się spojrzeć w zaciemniony kąt pomieszczenia. Zatapiam wzrok w ametystowych oczach Jeden. Chłopak ma na sobie luźną, niebieską koszulkę z krótkim rękawem, którą otrzymał od Alphas i spodnie cargo – pozostałość po Falconie. Jego ciemne włosy, które nieco podrosły, spiął z tyłu głowy w kucyk. Pojedyncze kosmyki i tak zdołały się uwolnić i zasłonić mu twarz. Jest poirytowany. Mam wrażenie, że odkąd tu jesteśmy, jest to jego stały stan emocjonalny. Opiera się ociężale o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Bez jakiegokolwiek entuzjazmu przejeżdża po mnie wzrokiem, po czym wzdycha ganiąco, kręcąc głową, następnie wraca do obserwowania podłogi.

Na przemian zaciskam i rozluźniam dłonie, próbując się uspokoić. Dopiero kiedy odzyskuję pełne panowanie nad sobą, ruszam śmiałym krokiem ku wielkiej sofie i zajmuję miejsce obok przywódcy Alphas.

– Punktualność nie jest twoją mocną stroną – stwierdza Chester, przeczesując palcami bladej jak ściana dłoni sterczące we wszystkie kierunki włosy, które zazwyczaj są wystylizowane w perfekcyjnego irokeza.

Automatycznie mrużę oczy, odwzajemniając jego spojrzenie. Nie jestem spóźniona. Nie wiem, jakim cudem można się spóźnić na cokolwiek, jeśli nie ustalało się wcześniej godziny. Kazano nam pojawić się tutaj wieczorem, no to jestem.

– Nie podałeś dokładnej godziny, stary – odzywa się niespodziewanie Axel, wprowadzając mnie w nie lada zdziwienie.

Mruga do mnie, uśmiechając się w taki sposób, jakbyśmy byli wieloletnimi przyjaciółmi. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Jestem kompletnie skołowana.

Szczerzący się chłopak poprawia okulary, których ramki są tak intensywnie pomarańczowe, że niełatwo nie zatrzymać na nich wzroku. Kiedy ktoś uderza z impetem w jego łysą jak kolano głowę, oboje podskakujemy jak wybudzeni z transu.

– Miałeś tego nie robić – gani go malutka brunetka o karmelowych oczach.

– To nie jest takie łatwe, jak wam się wszystkim wydaje, Lu! – odpowiada Axel, masując miejsce, w które został walnięty.

– Każdy zasługuje na trochę prywatności – oznajmia surowo, opierając ręce o biodra. – Ches kazał ci upewnić się, że nic nie knują, to wszystko!

Axel wzrusza niewinnie ramionami, a ja błądzę zdezorientowanym wzrokiem po twarzach kłócącej się dwójki, zastanawiając się, o co tak właściwie chodzi.

– Potrafię czytać w myślach – wypala łysy, po czym niespodziewanie zarabia kolejnego liścia w idealnie gładki, lśniący czerep.

Powstrzymuję się ze wszystkich sił, by nie opadła mi szczęka. Wpatruję się tępo w jasnoniebieskie oczy, ukryte za grubymi szkłami okularów i staram się nie myśleć. Nie myśleć… nie myśleć…

– To tak nie działa – mamrocze Axel, robiąc przepraszającą minę. – Nie da się nie myśleć.

Okrutna, bezlitosna prawda. Choćbym nie wiem jak się starała, nie mogę nie myśleć o niczym. Nawet późnymi wieczorami, leżąc w łóżku, mimowolnie odtwarzam piosenkę, która akurat zdecydowała się być moim towarzyszem.

A może by zmienić taktykę i myśleć o czymś bagatelnym, mało ważnym? O czymś, co nie ma najmniejszego znaczenia. O słodkich kociakach, tych z arcyśmiesznych filmików krążących po internecie.

Na twarzy Axela pojawia się zagadkowy uśmiech, który powoli zamienia się w szeroki, pokazujący niemal całe uzębienie.

– Chyba zaczynam cię lubić – oznajmia rozbawiony. – Tak, zdecydowanie cię lubię.

– Obiecałam im, że nic nie zdradzę – odzywa się nagle Dwa.

Automatycznie marszczę czoło, unosząc wysoko brwi. Kiedy na nią spoglądam, momentalnie zaciska usta, gniotąc nerwowo materiał swojej bluzy.

– Już wcześniej wiedziałam o mocy Axela – przyznaje z pewną dozą nieśmiałości. – Kiedy przybyliśmy tutaj razem z Adamem i Sebastianem, podczas omawiania planu odbicia was z Głównej Kwatery, Alphas zaprezentowali nam swoje moce.

Nie ruszam się z miejsca. Zamieram, jakby czas dla mnie niespodziewanie się zatrzymał, więżąc w swojej pętli. Nawet powieki mi nie drgną, kiedy wtapiam w Dwa szeroko rozwarte ślepia.

– Ches mnie o to poprosił – wyjaśnia, zerkając w jego kierunku. – Alphas chcieli mieć pewność, że stoimy po tej samej stronie. Doskonale wiedziałam, że tak właśnie jest, więc od razu się zgodziłam. Odmówienie byłoby czystą głupotą – stwierdza. – Rozumiesz mnie, prawda?

Przełykam nerwowo ślinę. W gardle robi się nieznośnie sucho, więc robię to ponownie. Nie pomaga. Nakazuję sobie wziąć się w garść i wreszcie coś z siebie wykrztusić. W końcu przytakuję skinieniem głowy, wypuszczając z ust nieświadomie wstrzymane powietrze.

Dwa ma rację. Gdyby nie zgodziła się na warunki Chestera, wzbudziłaby tym samym bezpodstawne podejrzenia.

Teraz wszystko staje się nagle jasne. Alphas nie mają nas za wrogów, bo wiedzą, że nimi nie jesteśmy. Dzięki mocy Axela są przekonani o naszej lojalności i czystych zamiarach. Mają świadomość tego, że nie zdradzimy ich kryjówki, ponieważ żadne z nas nie pracuje dla Falconu. Oprócz Jeden, przypominam sobie w myślach i samorzutnie kieruję wzrok w stronę opierającego się ciągle o ścianę chłopaka.

– Nie musisz się o niego martwić – wtrąca nieoczekiwanie Lu, zyskując natychmiast moją uwagę. – Axel jest przekonany, że nic nam z jego strony nie grozi – oświadcza, zerkając na Jeden. – Choć tego bardzo chce, nie wróci do Organizacji. Nie bez ciebie – dodaje po chwili.

– A więc jesteśmy bezpieczni – wyduszam z siebie cichym głosikiem, nadal nie mogąc w to uwierzyć. – Możemy tutaj zostać? – dopytuję niepewnie.

– Jesteśmy mu to winni – oświadcza Chester, pochylając się delikatnie do przodu, opierając łokcie o kolana. – Adamowi – ciągnie dalej, nie odrywając oczu od podłogi. – Zostańcie, jak długo chcecie. Nie będziemy was ponaglać.

Zmieszana przejeżdżam wzrokiem po zgromadzonych. Dwa cała promienieje. Zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym się na nią gniewać. Wystarczy jej jeden uśmiech, a człowiekowi od razu mięknie serce.

Jeden pozostaje niewzruszony. Żadnej reakcji na słowa Lu, jakby wszystko było mu zupełnie obojętne. Zastanawiam się, ile czasu musi jeszcze minąć, by wreszcie rozpoznał, że jesteśmy po tej samej stronie. Obawiam się, że ta chwila może nigdy nie nadejść. Nie pozwolę jednak, by jeszcze bardziej się od nas oddalił. Zrobię wszystko, by zaczął widzieć w nas dawnych przyjaciół. Nie odpuszczę.

Jeremy uśmiecha się od ucha do ucha. Założę się, że jego zdanie również miało wielkie znaczenie. Nie jestem pewna, czy nam współczuje. Możliwe, że gryzie go sumienie i po prostu czuje się winny ze względu na Adama. W tej chwili to nie gra roli. Najważniejsze, że jesteśmy bezpieczni.