Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Pierwsza pomoc w walce z fake newsami.
Jak Elon Musk dzięki platformie X doprowadził do zwycięstwa Donalda Trumpa? Ilu ludzi padło ofiarą rasistowskiego chatbota Microsoftu, zanim twórcom udało się go powstrzymać? W jaki sposób pewien „doktor” zdobył medialny autorytet i przekonywał kilkaset tysięcy Polaków, że udar można leczyć nakłuwaniem palca igłą?
Dziś każdy z dostępem do Internetu i charyzmą może zdobyć zaufanie milionów. Czy w starciu z fake newsami mamy jeszcze jakiekolwiek szanse?
Mateusz Cholewa – fact-checker ze Stowarzyszenia Demagog – udowadnia, że każdy może skutecznie rozbrajać dezinformację. Na przykładach najgłośniejszych afer medialnych i politycznych ostatnich lat wyjaśnia, jak nie dać się zmanipulować.
Jakie historie kryją się za najsłynniejszymi fake newsami?
Jak rozpoznać treści tworzone przez AI?
Dlaczego nie zawsze „amerykańscy naukowcy” mają rację? I jak odróżnić eksperta od „eksperta”?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Data ważności licencji: 6/17/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki Magdalena Mamajek-Mich
Obraz na okładceAdam i Ewa, Lucas Cranach starszy – domena publiczna
Redaktorka nabywająca Pola Biblis
Redaktorki prowadzące Kinga Janas Hanna Mickiewicz
Opieka redakcyjna Anna Szulczyńska
Promocja Michał Pelczar
Korekta Anastazja Oleśkiewicz Barbara Gąsiorowska
© Copyright 2026 by Mateusz Cholewa
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-295-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla Darii, Mieszka i Amayi
„Nie wierz we wszystko, co przeczytasz w internecie”. Bolesław Chrobry
Wyobraź sobie taką sytuację. Jest kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi. Budzisz się rano i jak zwykle pierwsze, co robisz, to sięgasz po smartfona leżącego przy łóżku. By się ocucić, zaczynasz scrollować tablicę na Facebooku lub na Twitterze. Nagle natrafiasz na zabawną fotkę, na której widać baner wyborczy jednego z kandydatów. Obok ktoś wywiesił plakat z napisem: „Przepraszam za baner”. Uśmiechasz się – w końcu to polityk, którego szczerze nie cierpisz. Klikasz w serduszko, udostępniasz to na swojej grupie znajomych, może nawet piszesz komentarz. Czy jednak w twojej głowie w którymkolwiek momencie pojawiło się pytanie: „Czy to w ogóle jest prawda?”.
Zgodnie z raportem Instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych oraz Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych w 2021 roku wiedzę z portali takich jak Facebook czy jeszcze wówczas Twitter czerpało około 39 procent Polaków. Wówczas nie było jeszcze chatbotów bazujących na sztucznej inteligencji, które coraz częściej stają się źródłem informacji o świecie. Nie wszyscy pewnie zdajemy sobie sprawę, jak szybko w mediach społecznościowych i w odpowiedziach AI mogą się rozprzestrzeniać fałszywe informacje. „Zanim prawda włoży buty, kłamstwo dwa razy obiegnie Ziemię”. Ten znany cytat znajduje całkiem dobre odzwierciedlenie w internetowej rzeczywistości. W 2018 roku profesorowie Soroush Vosoughi, Deb Roy i Sinan Kayhan Aral z Massachusetts Institute of Technology sprawdzili, że fake newsy roznosiły się na Twitterze szybciej i docierały do większego grona użytkowników niż sprawdzone doniesienia. A było to jeszcze w czasach, zanim ta platforma zmieniła właściciela, nazwę i politykę weryfikowania autentyczności kont użytkowników.
Ktoś mógłby stwierdzić: „To pewnie wszystko wina botów albo rosyjskich trolli”, ale niestety, jak ustalili naukowcy, winni tego stanu rzeczy jesteśmy my sami.
Nie wierzycie mi? No to powiedzcie, które z tych twierdzeń jest prawdziwe:
1. Samochody elektryczne palą się częściej od aut spalinowych.
2. Unia Europejska planuje zmusić nas do jedzenia robaków.
3. Szczepienia powodują rozwój spektrum autyzmu u dzieci.
Jeśli twoja odpowiedź to 1, 2 albo 3, to niestety mam złą wiadomość – żadna z powyższych tez nie jest prawdziwa. Takich twierdzeń jest znacznie więcej i jak wskazał raport Dezinformacja oczami Polaków z 2024 roku1, prawie 90 procent badanych powieliło chociaż jedną fałszywą informację, podobną do tych powyżej. Myślisz, że to szokujący wynik? Cóż, mnie kiedyś powaliła statystyka, zgodnie z którą ponad 30 procent Polaków uważa, że Flintstonowie to nie klasyczna bajka, tylko dokument, ponieważ są zdania, że ludzie żyli w tych samych czasach co dinozaury.
Świat mediów społecznościowych od jakiegoś czasu przestał być bezpieczną przystanią pełną zdjęć kotów i memów przesyłanych na grupowym Messengerze. To obecnie pole walki, na którym różne troll-konta i siatki wpływów starają się zmienić twoje zdanie, nakłonić cię do kupienia wspaniałego remedium na dowolną przypadłość albo po prostu wywołać twój gniew, by zrealizować swoje polityczne cele. Dodajmy do tego rozwijającą się w galopującym tempie sztuczną inteligencję, która już teraz jest w stanie wygenerować obrazki wyglądające jak prawdziwe zdjęcia.
Wszystko to brzmi jak dystopijny koszmar, nic, tylko wracać do jaskini, czytaj – do sprawdzania informacji w gazetach. Ale moment, przecież tam również można trafić na fake newsy. No to może telewizja? Cóż, niestety ona także nie jest wolna od zmanipulowanych przekazów. No to może przynajmniej radio albo znany portal internetowy? Przykro mi, ale nie ma ucieczki od wszelkiego rodzaju fałszywek. To co, pozostaje tylko płakać, nieprawdaż?
Nie ma jednak co lać łez. Dezinformacji i fake newsom można stawić czoła. I mówię to jako człowiek, który jeszcze jakiś czas temu nie miał pojęcia, jak to robić. Od 2021 roku na co dzień zajmuję się fact-checkingiem, czyli innymi słowy – jestem rasowym narzekaczem i upierdliwcem. Jestem jedną z tych osób, które gdy słyszą: „Zasada pięciu sekund”, „Wielki Mur Chiński widać z kosmosu” albo „To świetna inwestycja, przecież masz kilku znajomych”, mówią: „Wiesz, to nie do końca tak jest”. Nie ma jednak żadnej szkoły, która by tego uczyła. Trudno też mówić o jakimś wrodzonym talencie, choć trzeba przyznać, że zawsze lubiłem kopać i drążyć, tak by poznać prawdę.
Codziennego weryfikowania informacji, czyli surfowania po wzburzonym oceanie dezinformacji, można się nauczyć. Najważniejsze to chcieć to zrobić. Fakt, że spotykamy się w tym wstępie, świadczy o tym, że pragniesz się dowiedzieć, na jakie fałszywe narracje możesz natrafić, w jaki sposób odróżnić rzetelnego eksperta od szarlatana czy jak nie stracić swoich pieniędzy lub konta w mediach społecznościowych przez jedno kliknięcie. Zapewne chciałbyś również poznać sposób na weryfikowanie autentyczności obrazków znalezionych w internecie, takich jak ten z banerami wyborczymi.
Od razu rozwieję pewne wątpliwości – nie mam jednego, ostatecznego remedium na dezinformację. Nie jestem głosem ze starego telewizyjnego teleturnieju Moment prawdy, który gdy natrafisz na jakiś podejrzany wpis w internecie albo wzbudzający nieufność artykuł w czasopiśmie, powie ci: „Ta informacja to kłamstwo”. Postaram się jednak pokazać, jak łącząc różne metody, nie dać się wykorzystać twórcom fake newsów. Zanim jednak otworzymy narzędziownik fact-checkera czy zaczniemy przyglądać się fałszywym narracjom, scamom lub AI, zadajmy sobie pytanie: czym właściwie są fake newsy?
1Dezinformacja oczami Polaków 2024, s. 20.
„Papież Franciszek zaszokował świat. Poparł Donalda Trumpa jako kandydata na prezydenta i wypuścił na ten temat oświadczenie”. To przykład jednego z najpopularniejszych fake newsów, który objawił się w czasie amerykańskiej kampanii prezydenckiej w 2016 roku. Wówczas to w sieci oprócz wiarygodnych informacji o wyścigu pomiędzy Hillary Clinton a Donaldem Trumpem mogliśmy natrafić także na takie sensacyjne doniesienia o zaangażowaniu głowy Kościoła katolickiego, ale nie tylko. Pojawiły się również głosy, że Clinton sprzedaje broń terrorystom, ówczesny prezydent USA Barack Obama nie ustąpi ze stanowiska, jeśli wygra Trump, a także że odkryto tysiące fałszywych głosów oddanych na kandydatkę Demokratów. Szokujące wiadomości okazały się na tyle chwytliwe, że przeskoczyły rzetelne doniesienia w liczbie reakcji w mediach społecznościowych. Jak analizowali w grudniu 2016 roku redaktorzy portalu BuzzFeed, dwadzieścia najpopularniejszych fałszywych wiadomości wygenerowało w sumie ponad 8,7 miliona polubień, komentarzy i udostępnień na Facebooku. W tym samym czasie identyczna liczba najczęściej odwiedzanych artykułów z „The Washington Post” czy „The New York Times” zebrała nieco ponad 7,3 miliona reakcji.
W dniu, w którym prezydent Trump nazwał dziennikarza Jima Acostę „fake newsem”, wkroczyliśmy w nową erę, a określenie to na stałe weszło do medialnego słownika. I to literalnie – w 2017 roku stało się ono słowem roku według Collins Dictionary. Wówczas rozumiano je jako „fałszywe, często sensacyjne informacje rozpowszechniane pod pozorem prawdziwej wiadomości”. Rok wcześniej nasz zasób słów wzbogacił się o jeszcze jedno sformułowanie: postprawdę, która uznana została za słowo roku przez Oxford Dictionary. Popularność tego określenia związana była z referendum w Wielkiej Brytanii, które ostatecznie skończyło się brexitem, czyli opuszczeniem Unii Europejskiej. W międzyczasie pojawiało się coraz więcej nowych określeń, takich jak dezinformacja, infodemia, FIMI i inne.
Można się w tym wszystkim łatwo pogubić, zatem nim rzucimy się w wir rozróżniania tego, co jest prawdziwą informacją, a co próbą nabicia nas w medialną butelkę, przyjrzyjmy się bliżej fake newsom. I choć może się wydawać, że jest to zjawisko rodem z XXI wieku, to pojawiło się ono na świecie ponad sto lat wcześniej.
Potężny magnat medialny siedzi z dumą na krześle. Tuż obok z otwartego sejfu dosłownie wysypują się pieniądze. Wokół niego skaczą na jednej nodze dziennikarze, dorzucający do prasy drukarskiej kolejne tematy. Jest sensacyjny nagłówek o tym, jak traktowani są bezdomni na Piątej Alei. Są różne wersje reportaży wcieleniowych, ukazujących życie ulicznej kwiaciarki czy handlarza organów. Wreszcie jest też jeden mężczyzna pędzący z kartką z napisem „fake news”.
Grafika, która równie dobrze mogłaby ilustrować dzisiejszą rzeczywistość medialną, powstała w 1894 roku. Uwieczniony na niej potentat rynku mediów to najprawdopodobniej Joseph Pulitzer, węgiersko-amerykański właściciel kilku redakcji, współodpowiedzialny za stworzenie nurtu w dziennikarstwie znanego jako yellow paper. W dziennikach tego typu bardziej niż zgodność z faktami liczyła się sensacyjność narracji. Pulitzer doczekał się międzynarodowego uznania i nagrody swojego imienia, którą przekornie przyznaje się rzetelnym materiałom dziennikarskim, wbrew tabloidowemu dziedzictwu jej patrona.
Termin „fake news” po raz pierwszy pojawił się pod koniec XIX wieku i wówczas narodziło się również zjawisko masowego fabrykowania nieprawdziwych wiadomości. Jak pisał profesor Matthew Jordan, pierwsze wzmianki o „fabrykach fake newsów” pojawiły się w prasie przy okazji amerykańsko-hiszpańskiej wojny z 1898 roku. Wówczas to czytelników tytułów takich jak „The New York Journal” próbowano zainteresować wywiadami z uczestnikami bitew, które nigdy nie miały miejsca. Oznacza to, że w czasach kiedy nikt nie myślał o Facebooku, ba, nawet o internecie, samolotach czy czytnikach do książek, już można było się natknąć na sensacyjne opowieści tworzone tylko po to, by przyciągnąć czyjąś uwagę. Co więcej, te zmyślone rozmowy trafiały potem do kolejnych gazet, które przedrukowywały je dla swoich odbiorców. W ten sposób, jak opisano w artykule z 1897 roku, opublikowanym w „The Minneapolis Journal”, „ludzie nie są w stanie stwierdzić, czy to, co czytają, ma jakiekolwiek podstawy”.
Na tym nie kończą się podobieństwa do czasów współczesnych. Jak opisuje profesor Jordan, także politycy, chcąc obronić się przed niepochlebnymi materiałami w prasie, nazywali je fake newsami. Sprawy zaszły tak daleko, że wydawcy jednego tytułu masowo wypuszczającego zmyślone opowieści oskarżali swoją konkurencję o to, że wprowadza swoich czytelników w błąd i publikuje spreparowane doniesienia. O promowanie fałszywek oskarżano także swoich przeciwników politycznych (wówczas przede wszystkim socjalistów). Fake newsów używano również do zwiększenia zysków. Dziennikarz Max Sherover w swojej książce Fakes in America Journalism (Fałszerstwa w amerykańskim dziennikarstwie) opisywał, że jeśli producenci wołowiny chcieli podnieść ceny, najpierw kazali fabrykować artykuły na temat trudności w wypasie krów. W ten sposób przyzwyczajano potencjalnego czytelnika do tego, że za pysznego, krwistego steka będzie musiał już niedługo zapłacić więcej.
Przykłady z amerykańskiej prasy pokazują, że pokusa tworzenia wymyślonych opowieści na dowolny temat towarzyszy twórcom informacji praktycznie od zawsze. Nim usłyszeliśmy o papieżu popierającym Trumpa, mogliśmy przeczytać podobne opowieści pisane na łamach tabloidów takich jak „Fakt” czy „Super Express”. Obecnie do rozprowadzania fake newsów nie potrzeba już drukarni, maszyny do pisania czy gazeciarza w kaszkiecie na rogu ulicy. Wystarczy smartfon, konto na jednej z platform społecznościowych i odrobina toksycznych skłonności, by móc samodzielnie uczestniczyć w tej stuletniej tradycji.
Na pytanie o to, czym jest fake news, każdy z nas podświadomie będzie miał gotową odpowiedź. Można oczywiście stwierdzić: „To fałszywa wiadomość”, ale co to właściwie oznacza? Czy artykuły o tym, że w Wiśle pływał wieloryb, lub o grasującej pumie, która straszyła mieszkańców Opolskiego w 2009 roku, nie różnią się od pogłosek o tym, że Coca-Cola przesłała Ukraińcom mobilne krematoria, by mogli szybciej pozbywać się zwłok żołnierzy poległych w okolicach Kurska?
„Trzeba umieć rozróżnić pospolite kłamstwa od bardziej złożonych manipulacji” – mówi mi profesor Katarzyna Bąkowicz, która od lat zajmuje się tematem fałszywych informacji. W swojej książce Dezinformacja. Instrukcja obsługi różnicuje dwie kategorie: fake news i false news. Zdaniem naukowczyni fake news jest neologizmem oznaczającym wiadomość medialną, która nie jest ani prawdą, ani kłamstwem. Jest rodzajem manipulacji, która wykorzystuje autentyczne doniesienia i wykrzywia je na swoją modłę. Tworzy to ciekawy paradoks, w którym fejki będące emanacją nieprawdy powstają na bazie prawdziwych wiadomości. Angielskie słowo „fake” oznaczałoby w tym wypadku bardziej „falsyfikat” niż fałsz czy kłamstwo, z którymi mamy do czynienia w przypadku false newsa.
Na fake newsy od dłuższego czasu patrzą także inni naukowcy i filozofowie. Izraelski historyk Yuval Noah Harari, znany ze swoich rozważań na temat początku ludzkości i dwudziestu jeden lekcji na XXI wiek, stwierdził, że fake news jest świadomą implementacją kłamstwa w życie publiczne. Fake news bywa także określany jako narzędzie służące do głoszenia propagandy, które ma być elementem wojny psychologicznej. Jak już niedługo przeczytacie, niektóre państwa do perfekcji doprowadziły tworzenie fake newsów, które mają manipulować opinią publiczną i to za pośrednictwem różnych środków przekazu.
Jeśli chodzi o formę przekazów, to warto podkreślić – fake newsy to nie tylko komunikaty publikowane w prasie czy w mediach społecznościowych albo wygłaszane przez telewizyjnego prezentera w trakcie wieczornego wydania wiadomości. Mogą to być na przykład zmanipulowane wykresy, pokazujące dramatyczną liczbę pożarów samochodów elektrycznych. Fake news może przyjąć również formę przemontowanego nagrania, w którym spowolniono wypowiedź polityka tak, by wydawało się, że jest on pod wpływem alkoholu. Wreszcie może to być zdjęcie teczki tajnego współpracownika, na którą ktoś cyfrowo dodał fotografię znanej osoby publicznej, tak by wydawało się, że przed laty oprócz bycia w Solidarności działała także ramię w ramię z SB.
Wraz z upływem czasu specjalistom z zakresu edukacji medialnej samo określenie „fake news” przestało wystarczać. Zwłaszcza że niemal od razu zostało przechwycone przez polityków, którzy każdą niewygodną dla siebie narrację zaczęli nazywać w ten sposób (choć jak pokazują przykłady z końca XIX wieku, nie jest to w sumie nic nowego). Dlatego w ostatnim czasie eksperci w dziedzinie mediów używają kilku określeń, które precyzyjniej opisują tego typu zjawiska. Ze względu na ich wredny charakter można je porównać do sióstr Kopciuszka i jej macochy, które stoją na drodze do poznania księcia, będącego uosobieniem prawdy. Poznajmy bliżej tę wredną trójcę, w czym pomogą nam Hanna, Tadeusz i Patryk.
Poznajcie Hipotetyczną Hannę. Hanna jest mieszkanką dużego miasta, gdzie przyjechała na studia i została po ukończeniu wybranego kierunku. Jest też bardzo rodzinną osobą, kocha swoich rodziców mieszkających w małej miejscowości kilkaset kilometrów od jej mieszkania. Jest rok 2020 i Hania stoi w kolejce w lokalnym hipermarkecie, ponieważ świat właśnie się załamał. W mediach społecznościowych huczy od plotek na temat nowej, groźnej choroby, która przybyła z Chin. Z dnia na dzień nasza bohaterka musiała opuścić biuro, w którym znalazła posadę po odebraniu dyplomu, i zacząć pracować z domu. W przerwach od odpisywania na ważne maile i przestawiania obrazków w PowerPoincie Hania namiętnie przegląda w social mediach kolejne wpisy i doniesienia, aby ugłaskać swój niepokój. Martwi się, że coś złego może przydarzyć się jej bliskim.
Kiedy kolejka powoli się przesuwa, a ludzie raz po raz kładą stosy papieru toaletowego na kasową taśmę, Hania słyszy, jak kobiety przed nią cicho dyskutują o zapowiadanych obostrzeniach pandemicznych. Jedna z nich mówi, że słyszała od swojego syna, który ma kolegę w wojsku, że już niedługo rząd planuje zamknąć granice miast, a armia będzie stała na obrzeżach, pilnując, by nikt nie złamał kwarantanny. Hania jest przerażona – ponieważ i tak utknęła na home office, kilka dni temu uznała, że równie dobrze może wrócić do domu i wesprzeć rodziców w tym trudnym czasie. Jeszcze zanim usłyszy sakramentalne „kartą czy gotówką”, zdąży zapytać na rodzinnej grupie na WhatsAppie, czy ktoś z jej kuzynów słyszał o tym, że żołnierze nie pozwolą jej wrócić do domu. Jednocześnie pod wpisem Ministerstwa Zdrowia, w którym poinformowano o nowych zakażeniach, zostawia komentarz z podobnym pytaniem, który szybko zdobywa popularność.
Oczywiście żadna taka dramatyczna sytuacja nie miała miejsca. Faktycznie, w latach 2020–2021 wprowadzano sporo kontrowersyjnych obostrzeń pandemicznych, jak chociażby zamknięcie lasów, ale wojsko nigdy nie stanęło na granicach miast i nie zawracało samochodów do zamkniętych enklaw. Jednak podobne zaniepokojone głosy rzeczywiście można było usłyszeć w przestrzeni publicznej. Podwaliny historii Hipotetycznej Hani wywodzą się z mojego osobistego doświadczenia, ponieważ czekając na skasowanie zrobionych właśnie zakupów, faktycznie usłyszałem taki dialog. Później podobne informacje znalazłem również w mediach społecznościowych. W przeciwieństwie do naszej bohaterki nie zdecydowałem się jednak ani na napisanie do rodziny, ani na pozostawienie komentarza.
Jak zatem ocenimy postępowanie Hani? Czy zgodnie z definicją fake newsa możemy powiedzieć, że zmanipulowała ona rzeczywistość dla własnych celów? Czy Hania nie różni się niczym od dziewiętnastowiecznych dziennikarzy „żółtej prasy”, którzy fabrykowali historie z frontu? Intuicja podpowiada, że naszą bohaterkę trudno wrzucić do tego samego worka co jakiegoś łaknącego sensacji pismaka. Dla takich działań, które podszyte są dobrymi intencjami, specjaliści ukuli termin: „misinformacja”.
Określenie łączące w sobie angielski przedrostek „mis-” („błędny”) i słowo „informacja” można też, za profesor Bąkowicz, nazwać „dezinformacją niezamierzoną”. Taki rodzaj zachowania trafnie i skrótowo opisuje przysłowie „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. I taka właśnie jest ta siostra Kopciuszka: zasadniczo chciałaby dobrze, ale niestety podając dalej niesprawdzone informacje, przyczynia się do ich rozprzestrzeniania. Wskazują na to również wyniki wspomnianego we wstępie badania, którego celem było zmierzenie, jak szybko popularność zdobywają nieprawdziwe wiadomości na Twitterze. Ich przekaźnikiem nie były – jak się wydawało – boty stworzone, by powielać fake newsy, ale sami użytkownicy.
Takie niezamierzone tworzenie fałszywych wiadomości najczęściej ma miejsce w momencie wystąpienia sytuacji kryzysowych. Panujący zazwyczaj chaos informacyjny sprawia wówczas, że czujemy się niepewnie i chcąc ograniczyć ryzyko, że naszym bliskim stanie się coś złego, nieświadomie możemy przekazać im wiadomość, która nie jest prawdziwa.
Wpadki z podawaniem czy tworzeniem błędnych wiadomości mogą przydarzyć się każdemu, nawet osobom zawodowo zajmującym się pisaniem newsów. Jednym z przykładów takiej wpadki, na którą natknąłem się w czasie swojej pracy, był artykuł z portalu Tuwroclaw.pl. Pierwszy kwietnia to, jak wiadomo, święto wszystkich kanciarzy znane jako prima aprilis. Przyzwyczailiśmy się, że część pojawiających się wówczas doniesień nie jest prawdziwa. Kłopot w tym, że tekst przygotowany przez dolnośląski portal wymknął się spod kontroli. Donosił on bowiem, że miasto zaplanowało stworzenie parkingów wyłącznie dla Ukraińców. Z publikacji mogliśmy się dowiedzieć, że zostaną one wydzielone na powszechnie dostępnych miejscach postojowych i będzie je można rozpoznać po namalowanych na betonie niebiesko-żółtych flagach.
W redakcji podczas powstawania artykułu nie pojawiła się natomiast flaga najważniejsza: czerwona. Nikt bowiem nie przewidział, że już niedługo opowieść o miejscach wyłącznie dla Ukraińców zacznie żyć własnym życiem i zostanie przechwycona przez środowiska niechętne mieszkańcom zza wschodniej granicy. Tymczasem tego samego dnia w mediach społecznościowych pojawiły się komentarze o „niezłej dyskryminacji Polaków” czy porównania do apartheidu. Na Facebooku co prawda ktoś stwierdził, że ma nadzieję, iż to tekst z okazji prima aprilis, ale tylko po to, by dostać odpowiedź: „ten ich lewacki prezydent byłby do tego zdolny”. Tuwroclaw.pl szybko się zreflektował i już następnego dnia w artykule znalazła się napisana pogrubioną czcionką informacja, że tekst był oczywiście żartem na pierwszy dzień kwietnia.
Nie można z całą pewnością stwierdzić, że tekst powstał bez złych intencji. Jednak ani profil redakcji, ani inne publikowane przez nią teksty nie wskazują, by było to celowe działanie, mające uderzyć w Ukraińców poprzez rozpowszechnianie fake newsów. Gdyby w tym wszystkim pojawiły się jednak złe intencje, mielibyśmy do czynienia z kolejną siostrą.
Przywitajcie się z Przykładowym Patrykiem. Uczęszcza on do jednego z lokalnych liceów, ma grupę dobrych znajomych i jest powszechnie lubiany. Jest tylko jeden problem. Ma tatę, który nigdy nie stronił od wyzywania ludzi o innym kolorze skóry. Określenia takie jak „ciapaci”, „żółtki” czy „bambusy” nie były w domu Patryka obłożone anatemą. Chłopak, naśladując swojego rodziciela, wyrósł w przekonaniu, że niektórzy ludzie są po prostu gorsi od innych.
Niedawno w mieście Patryka doszło do przykrego wydarzenia. Ktoś nocą porozbijał szyby w zaparkowanych samochodach. Jak się później okazało, kamery monitoringu uchwyciły sprawcę, którym był jeden z uchodźców pracujących w pobliskim zakładzie. Patryk nie krył oburzenia i wrzucił filmik na swój profil w mediach społecznościowych. Przy okazji napisał kilka słów o tym, jak to polski rząd powinien eksmitować z naszego kraju wszystkich „brudasów”, ponieważ stanowią oni zagrożenie dla bezpieczeństwa.
Teoretycznie Patryk nie mija się z prawdą – podał w końcu dalej rzeczywistą informację.
Jednak komunikat, który zbudował wokół tego materiału wideo, stanowi przykład tak zwanej malinformacji.
W przeciwieństwie do misinformacji, która określa działanie bez złych zamiarów, malinformację możemy określić jako „dezinformację złośliwą”, z uwagi na wykorzystanie angielskiego słowa „malicious”, przymiotnika oznaczającego „złośliwego” lub „złowrogiego”. Jak opisuje profesor Bąkowicz, można ją także rozumieć jako „dezinformację emocjonalną”. W przeciwieństwie do swojej siostry malinformacja bazuje bowiem na prawdziwych informacjach, lecz opakowuje je w taki sposób, aby rozpowszechniać je dalej z intencją wyrządzenia komuś krzywdy.
Często tego typu komunikaty stosowane są właśnie przeciwko różnym grupom społecznym. Na celowniku znaleźć się mogą chociażby grupy zawodowe – na przykład nauczyciele, których podczas strajku w 2019 roku niejednokrotnie określano mianem leniwych darmozjadów. Jeszcze częściej komunikaty bazujące na negatywnych emocjach uderzają w mniejszości narodowe. Jednocześnie towarzyszy temu rozszerzanie negatywnych zachowań jednostki na całą grupę.
Tak było właśnie w przypadku historii Patryka, która wydarzyła się naprawdę. Kiedy w czerwcu 2024 roku imigrant z Rwandy został zatrzymany przez policję po tym, jak skakał po samochodach na warszawskim parkingu, mogliśmy przeczytać nagłówki głoszące, że „zaczęło się”, tak jakby ten chuligański wybryk był racą sygnałową, która miała poderwać innych imigrantów do masowego demolowania samochodów. W podobny sposób można patrzeć na różne medialne doniesienia z pierwszej połowy 2025 roku. Wówczas pełno było doniesień w rodzaju: Imigranci z Afryki przesiadują pod szkołami, mających zwiastować nadchodzące polowanie na uczniów w małych miejscowościach. Do niczego takiego nie doszło, ale atmosfera strachu w społeczeństwie narosła do tego stopnia, że do obrony polskich granic ruszył tłum zaniepokojonych obywateli, który nie osiągnął nic poza dostarczaniem dziennikarzom tematów w sezonie ogórkowym.
Wyjątkowo wrednym rodzajem malinformacji były nagrania przypadków wandalizmu osób o niebiałym kolorze skóry z podpisem: „W Polsce też tak będzie”. Osoba publikująca takie materiały nie ma najczęściej bladego pojęcia na temat trendów w migracji, jednak z przekonaniem graniczącym z pewnością jest w stanie ocenić, że w przyszłości jakiś migrant na przykład wdrapie się na słup, by ściągać z niego flagi. Może nawet robiłoby to pewne wrażenie, gdyby tylko za podobne akty wandalizmu nie byli odpowiedzialni Polacy, jak chociażby pewien mężczyzna z Jeleniej Góry, który zdejmował ukraińskie flagi z budynku miejscowej administracji. A tak można to uznać za element nowej, antyukraińskiej codzienności.
Malinformacja nie musi ograniczać się jednak wyłącznie do atakowania mniejszości. Na celownik może brać także zbiorowe wysiłki mające na celu poprawę klimatu. Weźmy choćby głosy o tym, że na Antarktydzie przybyło lodu. Jak wiemy, ten pokryty białym puchem kontynent często pojawia się jako przykład efektów globalnego ocieplenia. W internecie łatwo znaleźć nagrania, na których kawałki wiecznej zmarzliny wpadają z wielkim rozbryzgiem do oceanu. Kiedy zatem natrafimy na obrazek, który mówi o końcu „zielonych oszołomów”, bo naukowe badania wskazują, że pokrywa lodowa się zwiększyła, możemy zacząć się zastanawiać, czy ktoś nie próbuje nas oszukać.
Faktycznie, mamy tutaj do czynienia z przekrętem, jednak nie ze strony „ekoświrów”, tylko osób prowadzących profile żyjące z fałszowania rzeczywistości. Antarktyda jest bowiem terytorium, na którym cyklicznie dochodzi do zmiany zasięgu lodu. W zależności od pory roku będzie go więcej lub mniej, okresowo zatem można mówić o jego przyroście. Jednak aby w pełni zrozumieć to zjawisko, trzeba na nie spojrzeć z szerszej perspektywy.
Pewnym szokiem mogło się okazać dla niektórych odkrycie chińskich naukowców, którzy zbadali, że w okresie od 2021 do 2023 roku na Antarktydzie przybyło mniej więcej 108 miliardów ton lodu. Ta rewelacja idealnie nadawałaby się jako oręż w ręku denialistów klimatycznych, czyli osób pragnących obalić tezę, że nasza planeta się ociepla. Broń ta jednak byłaby mało skuteczna, biorąc pod uwagę, że w tej samej pracy znalazł się wykres pokazujący, jak niewielkie ma to znaczenie wobec wieloletniej utraty pokrywy lodowej w przeszłości. Potwierdzają to także dane zebrane na przykład przez europejskie obserwatorium Copernicus, które wyraźnie wskazują na to, że Antarktyda kurczy się od ponad czterdziestu lat i krótkoterminowe okresy przyrostu lodu nie świadczą o poprawie jej sytuacji.
Obie te siostry nie wzięły się jednak znikąd – stoi za nimi wredna macocha, łącząca najgorsze cechy charakteru swoich pociech.
Przedstawiam wam Teoretycznego Tadeusza. Z pozoru Tadek niczym się nie wyróżnia. Jest niczym niewyróżniającym się menadżerem średniego szczebla w jednej z korporacji w Krakowie. Całymi dniami nic, tylko odpisuje na maile, przychodzi na call przed callem i przegląda oferty pracy, by wreszcie wyrwać się ze świata targetów i meetingów. Jego koleżanki po fachu, z którymi każdego dnia plotkuje przy biurowym automacie z kawą, nie mają pojęcia, że Tadeusz w domu zmienia się w bestię.
Niespełnione ambicje zawodowe Tadek rozładowuje, prowadząc w mediach społecznościowych sieć profili o nazwie Krakowski szpital psychiatryczny. Przeglądając posty wrzucane z częstotliwością pięciu na godzinę, można dojść do wniosku, że stolica Małopolski to nie przeciętne miasto wojewódzkie, ale Gotham z komiksów o Batmanie. Na ulicach rośnie przestępczość, za którą odpowiadają oczywiście „inżynierowie” z krajów afrykańskich czy „nachodźcy” z Ukrainy. Lokalni politycy, niezależnie od ugrupowania, to banda klaunów, niegorsza od Jokera, a całe miasto już wkrótce trafi szlag, ponieważ właśnie przeszła szaleńcza ustawa Unii Europejskiej, zgodnie z którą wszystkie domy będą musiały być eko, co oznacza, że Nową Hutę czy Krowodrzę wkrótce zrówna się z ziemią. Tadek nie powstrzymuje się przed wzmacnianiem swoich pełnych jadu wpisów nagraniami wyrwanymi z kontekstu, obrazkami wygenerowanymi za pomocą sztucznej inteligencji i niemającymi nic wspólnego z rzeczywistością czy zwykłym kłamstwem.
To, co Tadek uprawia w zaciszu swojego domostwa, to klasyczny przykład dezinformacji. Trzymając się kopciuszkowej metafory, możemy ją przedstawić jako okrutną macochę. Owszem, przekazała córkom: misinformacji i malinformacji, swoje paskudne cechy, ale sama stanowi wręcz uosobienie wszystkiego, co najgorsze w przestrzeni informacyjnej. Działania dezinformacyjne polegają bowiem na przekazywaniu nieprawdziwych wiadomości (czym charakteryzowała się misinformacja), czemu dodatkowo towarzyszy intencja wyrządzenia komuś krzywdy (tu kłania się malinformacja). Kiedy zatem mówimy, że coś jest dezinformacją, oznacza to, że ktoś celowo i świadomie stworzył taki nieprawdziwy komunikat, aby w negatywny sposób wpłynąć na osąd odbiorcy, a w konsekwencji zmienić jego zdanie na jakiś temat.
W tej książce znajdziecie jeszcze wiele przykładów takich Tadków, którzy dla swojej korzyści manipulują prawdą oraz opinią publiczną. Tego typu działania towarzyszą przede wszystkim sytuacjom kryzysowym lub ważnym wydarzeniom politycznym, zwłaszcza wyborom. Co ważne, dezinformację może uprawiać każdy, nie ma światopoglądu, który stanowiłby tarczę ochronną przed chęcią obrzucenia kogoś błotem. Przykładem niech będzie po raz kolejny wyścig o posadę w Belwederze w 2025 roku. Po ogłoszeniu kandydatów każdej z partii: Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji, Koalicji Obywatelskiej, w sieci od razu zaczęły się pojawiać nieprawdziwe przekazy na ich temat.
Sławomirowi Mentzenowi przypisano cytat: „Kobieta nie jest partnerką dla mężczyzny, ale częścią dobytku domowego”, czego polityk, tiktoker i właściciel pubu w Toruniu nigdy nie powiedział. Słowa te padły w trakcie spotkania ekipy z Fundacji Pariarchat, na którym Mentzen nie był nawet obecny. Ale fakt, że był tam Janusz Korwin-Mikke i że partia, którą Mentzen reprezentował, ma w swoich szeregach innych osobników znanych raczej z mizoginistycznych poglądów, sprawił, że łatwo było do niego przykleić tę wypowiedź.
Karol Nawrocki, startujący jako reprezentant PiS-u, także dostał polityczną dezinformację. Najpierw popularność zdobyło zdjęcie, na którym rzekomo unosił rękę w nazistowskim pozdrowieniu. Na fotografii nie znajdował się jednak on, lecz były dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu Tomasz Greniuch, któremu to zdjęcie z młodości skutecznie popsuło dalszą karierę w tej instytucji. Kiedy okazało się, że Nawrocki dostał się do drugiej tury, w której jego rywalem był Rafał Trzaskowski wspierany przez KO, zaraz pojawiła się inna fotografia. Ponieważ Nawrocki przyznał się do swojej kibolskiej przeszłości i udziału w ustawkach, konta Silnych Razem, czyli fanatycznych miłośników Platformy Obywatelskiej, zaczęły udostępniać zdjęcia z rzekomej bójki kibicowskiej, w której miał walczyć Nawrocki. Okazało się jednak, że zdjęcie to pochodzi z Rosji i przedstawia nawalankę moskiewskich neonazistów. Mało prawdopodobne, aby Nawrocki uczestniczył w podobnym zdarzeniu.
Skoro pojawił się Trzaskowski, to należy wspomnieć, że i jego kandydatura była pod ostrzałem z użyciem dezinformacji praktycznie do ostatniego dnia wyborów. Zanim jednak Polacy mieli wybierać między nim a Nawrockim, w sieci mogliśmy zobaczyć wspomniany we wstępie baner, film, w którym prezydent Warszawy przymila się ponoć do wyborców Grzegorza Brauna (co okazało się dziełem stworzonym z użyciem AI), czy wreszcie przerobione zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki.
Ten ostatni przypadek był szczególny, ponieważ fotografia budynku, na którym rzekomo wyświetlono napis „Byle nie Trzaskowski”, pojawiła się w sieci tuż przed ciszą wyborczą. Wyglądało to tak, jakby ktoś w ostatniej chwili zdecydował się wrzucić obrazek, aby na ostatniej prostej kampanii wyborczej zaszkodzić kandydatowi KO. Podejrzenia celowego działania wzmacnia fakt, że zdjęcie publikowali na swoich profilach w mediach społecznościowych politycy Prawa i Sprawiedliwości. Ostatecznie obrazek okazał się spreparowany, a na oryginalnej fotografii zrobionej kilka lat wcześniej żadnego takiego napisu nie było. Czy jednak do wszystkich osób, które uwierzyły w przeróbkę, dotarła informacja, że były w błędzie?
Bajkowe odniesienia mogą się okazać pomocne, gdy następnym razem natkniesz się na podejrzaną wiadomość i będziesz chciał ją jakoś zaszufladkować. Nie zawsze jednak będzie to tak klarowne jak w opisanych wyżej sytuacjach. Widać to chociażby w amerykańskiej sferze informacyjnej, gdzie wiele przykładów fake newsów znacznie częściej opisuje się jako „misinformation” niż „disinformation”. Trudno jest bowiem niekiedy bezsprzecznie określić, czy dana osoba podała nieprawdziwą wiadomość z intencją, by informacja ta przyczyniła się do zmiany czyjegoś zdania na dany temat.
Aby dodatkowo ułatwić sobie poruszanie się pomiędzy tymi trzema określeniami, posłużę się przykładem sytuacji, która zdaniem profesor Bąkowicz reprezentuje dezinformację pozytywną. To historia o Świętym Mikołaju.
Kiedy nadchodzi grudzień, w sklepach zaczynają się pojawiać mikołaje z czekolady, Mariah Carey znowu zaciera ręce na myśl o tantiemach za All I Want for Christmas Is You, a najmłodsi przyklejają nosy do szyb, wypatrując magicznego staruszka, który ma podrzucić prezenty pod ich choinkę. Oczywiście już niedługo odkryją, że żadnego Gwiazdora, Dzieciątka Jezus czy Dziadka Mroza nie ma, a za świątecznym cudem stoją ciężko pracujący rodzice. Na razie jednak żyją owładnięci świąteczną magią, której wspomnienie będzie rozgrzewało ich serca w przyszłości. Mając ten obrazek w głowie, wykorzystajmy go do zapamiętania podziału na dezinformację, misinformację i malinformację.
Dezinformację w kontekście Świętego Mikołaja uprawiają rodzice. Świadomie i celowo opowiadają oni swoim dzieciom, że jeśli te będą grzeczne, to czarodziejski dobrodziej obdarzy ich wymarzoną lalką, wyścigówką bądź workiem wirtualnej waluty do ich ulubionej gry online. Na potrzeby tego przykładu wyrzucamy komponent złośliwości, możemy jednak uznać, że wzbudzanie niepokoju małoletnich poprzez mówienie o istnieniu Listy Niegrzecznych Dzieci jest jakimś ekwiwalentem takiego zachowania.
Misinformację uprawiałyby w tym kontekście dzieci, które kolegom i koleżankom z podwórka powtarzałyby, że ich nowy rower/dron/skórka do Fortnite’a to efekt działania Świętego Mikołaja. Byłoby to powtarzanie fałszywej informacji o tym, że Gwiazdor istnieje i cały rok tyra, aby móc absolutnie bezinteresownie podrzucić dzieciom na całym świecie prezenty (z wyjątkiem Teoretycznego Tadka – on zasłużył na rózgę). Jednak robiłyby to bez świadomości, że wzmacniają w ten sposób wiarę w nieistniejącą postać.
Malinformację z kolei rozsiewałby zły kuzyn Łukasz. Jest on nieco starszy od reszty dzieci w swojej rodzinie i doskonale wie, że Święty Mikołaj to bujda. Dowiedział się tego niestety nie poprzez powolne przyswajanie prawdy, ale kiedy przypadkiem przydybał swojego wujka Grześka na wdziewaniu czerwonego stroju Dziadka Mroza rodem z reklamy pewnego gazowanego napoju. Mały Łukasz pełen jest poczucia niesprawiedliwości. W ramach próby rozładowania negatywnych emocji opowiada zatem młodszym kuzynkom, że żadnego Mikołaja nie ma, a prezentów nie produkują tak naprawdę elfy, tylko nisko opłacani pracownicy w chińskich fabrykach (rodzice Łukasza zamiast baśni czytali mu do snu artykuły z „Krytyki Politycznej”). Łukasz podaje prawdziwe informacje, robi to jednak ze złośliwą intencją, spełniając definicję malinformacji.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wstęp
Rozdział 1. Czym są fake newsy?
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
