Emmy 8 - Droga Kit. Twój chłopak śmierdzi jak rybie siki - Mette Finderup - ebook + audiobook

Emmy 8 - Droga Kit. Twój chłopak śmierdzi jak rybie siki ebook

Mette Finderup

0,0
7,99 zł

lub
Opis

Kit i Emmy to najlepsze przyjaciółki: nierozłączne, najlepsiejsze, najbliższe najlepsze przyjaciółki. Albo przynajmniej tak myślała Emmy, jednak od kiedy Kit zaczęła chodzić z Jannickiem z ich klasy, zupełnie nie ma czasu dla Emmy. Wszystko kręci się tylko wokół Jannicka i bycia z nim, a Emmy zaraz dostanie szału. Emmy jest zmuszona znaleźć sobie nowe zajęcie, żeby wypełnić czymś cały ten czas, który kiedyś spędzała z Kit. Najlepiej, żeby było to coś trochę bardziej ekscytującego niż sprawdzian z matematyki i piknik z tatą, które czekają na nią tuż za rogiem. "Droga Kit. Twój chłopak śmierdzi jak rybie siki" jest ósmą książką z nagradzanej serii o nastolatce Emmy, która próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu oraz trzymać się jak najdalej od matematyki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 152

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Mette Finderup

Emmy 8 - Droga Kit. Twój chłopak śmierdzi jak rybie siki

Saga

Emmy 8 - Droga Kit. Twój chłopak śmierdzi jak rybie sikiPrzełożyła Martyna Sławińska tytuł oryginałuEmmy 8 - Kære Kit din kæreste lugter af fisketisCopyright © 2013, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone" ISBN: 9788711868669

1. Wydanie w formie e-booka, 2019 Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Środa, 27. kwietnia

Ale masakra! Moja najlepsza przyjaciółka od serca, Kit, nie jest już tylko moja, ale chodzi teraz z Jannickiem z naszej klasy.

– No, to teraz jesteś trzecim kołem u wozu, co Emmy? – śmiał się tata, kiedy narzekałam na nowego chłopaka Kit, no i od tego czasu nie mogę przestać myśleć o tym wyrażeniu – „być jak trzecie koło u wozu”. Nie jestem w stanie wymyślić ani jednej rzeczy, która dzięki dokładnie trzem kołom mogłaby stać się szalenie zmyślna i epicka. Wyobrażacie sobie trójkołową limuzynę szorującą po asfalcie, także gwiazdom rocka wylewa się szampan? Albo trzykołowy wózek na zakupy, z którego ciągle wysypują się górą makaron i jogurt, bo kompletnie nie da się go prowadzić prosto?

A co z trójkołowym policyjnym motorem, który powoduje trzykrotny wzrost przestępstw, bo jest totalnie niewygodny i nie jest

w stanie gonić

zbrodniarzy na

ostrych zakrętach?

Trzecie koło.

To ja. I nie sądzę, żeby to było w porządku, bo to w końcu ja byłam pierwsza. Zarówno w życiu Kit, jak i w Karleager. Znamy się z Kit, od kiedy raczkowałyśmy w pampersach, wymieniając się smoczkami i pacynkami zrobionymi ze skarpetek, a Jannick przyfrunął do naszego miasta i klasy dopiero niecały rok temu i ją porwał. Gdybym to przemyślała, to powiesiłabym jej na szyi kartkę z napisem „Własność Emmy”, ale wpadłam na to, kiedy już było za późno, bo zdążyli się już pocałować pod cholernie romantyczną jabłonią.

Nie widuję się z Kit tak często jak kiedyś i właściwie uważam, że robi się coraz gorzej. Ale wczoraj zadzwoniła i spytała, czy chcę iść do kina. Szczerze mówiąc, nie miałam kasy na kino, ale naprawdę potrzebowałam przez chwilę pomyśleć o czymś innym niż egzamin, który czai się na mnie tuż za rogiem, no i oczywiście że chciałam iść, skoro w końcu znalazła dla mnie wolne okienko w swoim totalnie przepełnionym przez Jannicka kalendarzu, więc pożyczyłam pieniądze od starszego brata. Zaproponowałam cała podekscytowana, żebyśmy obejrzały Babski weekend w Amsterdamie, bo to superśmieszna komedia z naszym ulubionym aktorem, Jasonem Wiremanem, ale Kit nie miała ochoty. Wolała iść na drugi film, który w tym czasie grali (tak, tak, tu na prowincji grają tylko dwa filmy naraz, nie to co w kinowym multipleksie u mojego taty w Kopenhadze).

Po czym odbyła się (mniej więcej) następująca rozmowa:

Ja: Ale ten drugi film to horror?

Kit: Tak, wiem.

Ja: Ale przecież nienawidzisz horrorów!

Kit: Nie, właśnie uważam, że fajnie się je ogląda.

Ja: Ale jak ostatnio zrobiłyśmy sobie wieczór filmowy, kazałaś mi przysiąc, że nigdy więcej nie obejrzymy nic choćby odrobinę straszniejszego niż Kubuś Puchatek!

Kit: Tjaa.

Mig: I musiałam odprowadzić cię pod sam dom, bo byłaś przekonana, że w waszym garażu czeka na ciebie psychopatyczny morderca z siekierą.

Kit: Taa.

Mig: To może obejrzymy jednak Babski weekend w Amsterdamie?

Kit: Nie, mam większą ochotę iść na ten drugi.

Tak właśnie powiedziała. Dokładnie: „Mam większą ochotę iść na ten drugi.” A ja powinnam była oczywiście posłuchać swojej intuicji, która po tych słowach podpowiadała mi, że w tym jej wyborze jest coś podejrzanego, ale tak bardzo się cieszyłam, że w ogóle zadzwoniła i że w końcu spędzimy wieczór razem jak za dawnych czasów – że od razu się zgodziłam.

Ale kiedy pojawiłam się przed Kinem Hejresø, żeby obejrzeć Krwawe żniwa, okazało się, jaka byłam głupia. Kit nie była oczywiście sama. Jannick był z nią. A ja poczułam się STRASZNIE rozczarowana, ale nie zamierzałam tak od razu się poddać. Posłałam Jannickowi słodki uśmiech i poszłam z Kit do damskiej toalety, gdzie spodziewałam się względnego spokoju, i powiedziałam jej, że myślałam, że idziemy do kina tylko we dwie.

– Ale to przecież żadna różnica – uśmiechnęła się. – Przecież i tak

siedzimy tylko w ciemności i oglądamy film. A z nim jest tak fajnie. I nie będziesz musiała trzymać mnie za rękę, jeśli zrobi się zbyt strasznie.

Miałam ochotę jej wykrzyczeć, że przecież właśnie OD TEGO ma się najlepszą przyjaciółkę. Bo fajnie jest się trzymać za ręce, kiedy się cholernie boisz. Ale wtedy komórka zapikała w torebce Kit, a ona wyciągnęła ją z taką paniką, że wyraźnie było widać, że czeka na jakąś okropną wiadomość.

– Twoi rodzice znowu się kłócą? Jednak się rozwodzą? – zapytałam, ale tylko głupio się uśmiechnęła, więc to pewnie nie to.

– To Jannick – zachichotała pod nosem. – Pisze, że za mną tęskni. Czy to nie słodkie?

W tym momencie Kit i Jannick nie widzieli się w sumie od dwóch i pół minuty, więc w żadnym razie nie nazwałabym jego SMS-a słodkim. Raczej napastliwym, idiotycznym i neurotycznym. Jednocześnie.

– Lepiej wracajmy do niego, zanim to on przyjdzie tutaj, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku – powiedziała Kit i w ten sposób skutecznie zakończyła naszą rozmowę o babskich wypadach do kina.

To był cholernie nieprzyjemny film opowiadający o rolniku, który odkrył, że jego żona spotyka się z innymi facetami, więc zaczął ich wszystkich ścigać i mordować gracą, po czym zakopywał ich ciała na swoim polu kartofli przy pomocy pługa. Próbowałam być twarda i nie zamykać oczu, ale to był jeden z tych tandetnych filmów pełnych scen nastawionych na doprowadzenie widza do histerii, a kiedy nagle w moją stronę leciała rozpędzona graca, wrzasnęłam jak… nastolatka, która nie jest szczególną fanką horrorów. Zdziwiłam się, że Kit nie piszczała obok mnie, bo przecież zwykle straszna z niej krzykaczka (do tego stopnia, że Martin nazywa ją syrenką – od syreny alarmowej), ale Kit była cicho, więc z troski obróciłam się w ciemnościach w jej stronę. Mogło przecież być tak, że Jannick nie wiedział, jak porządnie złapać ją za rękę, i zupełnie skamieniała z przerażenia.

Wtedy krzyknęłam jeszcze raz. I było to dość krępujące, bo to akurat był jeden z niewielu momentów, kiedy film o gracy nie był straszny, więc w całym kinie krzyknęłam tylko ja. Reszta sali wybuchła oczywiście śmiechem, a ja zrobiłam się czerwona jak burak i poczułam się tak, jakbym świeciła w ciemności, tam, z 14. rzędu. A wszystko przez to, że tak bardzo wciągnęłam się w ten straszny klimat filmu, że gdy spojrzałam w kierunku Kit, przez przerażający ułamek sekundy myślałam, że właśnie pożera potwór.

Kit oczywiście nie została pożarta przez potwora. Po prostu akurat pożerał ją Jannick, który całował ją tak bardzo po francusku, że wydawać by się mogło, że jego język jest tak głęboko w jej ustach, że może rzeczywiście stanowić zagrożenie dla jej życia. A ona była tym tak pochłonięta, że nawet się nie zorientowała, gdy wrzasnęłam jej prosto do ucha.

Jeszcze trochę zerkałam na nich kątem oka i robiło mi się coraz bardziej przykro. Nie miałam wątpliwości, że to przez Jannicka Kit powiedziała, żebyśmy obejrzeli Krwawe żniwa

zamiast komedii romantycznej z Jasonem Wiremanem. Ale oni przecież wcale nie OGLĄDALI filmu. Siedzieli tylko i się miętosili. Z drugiej strony podglądanie ich wydawało mi się niewłaściwe, więc musiałam wziąć się w garść i skierować uwagę z powrotem na wielki ekran, na którym rolnik właśnie serwował żonie ziemniaki z tego pola, na którym leżeli pogrzebani wszyscy jej kochankowie. Kiedy film zrobił się całkiem nie do wytrzymania, zamknęłam oczy i próbowałam myśleć o zadaniach z matematyki. Ale nie patrzyłam już na Kit i Jannicka, dopóki Krwawe żniwa się nie skończyły.

Potem staliśmy w trójkę przed kinem w wieczornym chłodzie i trochę rozmawialiśmy. Kit marzła, więc Jannick oczywiście natychmiast objął ją opiekuńczo ramieniem i przyciągnął do swojej praktycznej, ale wieśniackiej kurtki. A mi było okropnie po tych wszystkich scenach, które zobaczyłam w tym strasznym filmie. Nie jestem przyzwyczajona do takich rzeczy. Normalnie przez pół filmu chichoczę na sofie u Kit, z głową pod kocem. Było jednocześnie zimno i ciemno, a księżyc w pełni złowieszczo wisiał nad Hejresø.

– Zobacz, jak pięknie dziś wygląda – wyszeptała Kit. Oczywiście głównie do Jannicka, po czym przysunęła się jeszcze bliżej niego. Spojrzałam na zegarek.

– Musimy iść. Autobus odjeżdża za 10 minut – powiedziałam.

Ale syjamskie bliźniaki nie wyglądały, jakby zamierzały się stąd ruszyć, chociaż Kit zaczęła się trochę wiercić.

– Ech. Nie jedziemy autobusem. Przyjedzie po nas niedługo tata Jannicka – powiedziała.

– O, to super. Ominie nas spacer na dworzec – powiedziałam. – O tej porze jest tam strasznie nieprzyjemnie. – Na chwilę właściwie zapomniałam, że byłam na nich trochę zła. Ale spokojnie. To uczucie powróciło kilka sekund później, kiedy Kit powiedziała:

– Tak naprawdę w samochodzie nie ma miejsca dla nas wszystkich. To auto robocze taty Jannicka.

Wpatrywałam się bezmyślnie w tego potwora, który jeszcze kilka tygodni temu był moją najlepszą przyjaciółką. Miałam ochotę nią potrząsnąć i wykrzyczeć jej w twarz, że ma się obudzić i znowu stać się sobą.

– Czyli mówicie, że mam sama jechać autobusem do Karleager?

– Tak będzie najlepiej – powiedziała Kit. – …I rodzice pozwolili mi dziś spać u Jannicka, więc jego tata musiałby nadłożyć kawał drogi, żeby zawieźć cię na Lærkevej.

Nie chciałam być złośliwa. Słowa same się ze mnie wylały.

– A niech mnie, ale się z ciebie nagle zrobiła gówniana przyjaciółka. Będziesz się teraz jeszcze spotykać z Ditte, Lisbeth i Camillą? – zapytałam.

– Słucham? – zapytała zaskoczona Kit.

– Niestety nie mam czasu powtarzać. Muszę lecieć, jeśli mam zdążyć na autobus – odwróciłam się ze łzami w oczach.

– Hej, Emmy. Zaczekaj! – Usłyszałam, że Kit ruszyła za mną. Ale się nie odwróciłam. Zamiast tego zaczęłam biec.

Noc była pełna przerażających dźwięków i byłam pewna, że na ulicach roi się od wyjących wilkołaków, zaślinionych zombie, szalonych wieśniaków i naspeedowanych morderców z siekierami, i że oni wszyscy chcą mnie dopaść, więc biegłam aż do samego dworca. To oczywiście oznaczało, że dotarłam tam na tyle wcześnie, że kierowca jeszcze nie otworzył drzwi autobusu. Ale go widziałam. Siedział w środku i pił kawę z termosu, rozmawiając przez komórkę. Zaczęłam walić w drzwi tak samo histerycznie, jak facet w horrorze walił w samochód, próbując uciec przed rolnikiem.

Kierowca posłał mi parę wzgardliwych spojrzeń, ale w końcu mnie wpuścił. Padłam na tylne siedzenia i pomyślałam, że muszę już tylko przeżyć drogę do domu z przystanku w Karleager.

Miałam ściśnięte gardło, że jestem tu sama zamiast z Kit, i zerknęłam na telefon. Była prawie północ. Godzina duchów. Przełknęłam dumę i napisałam SMS-a do Martina, nakłaniając go, żeby odebrał mnie z przystanku, bo inaczej zginę posiekana na kawałki na ostatnim kilometrze. Na szczęście się zgodził, a poza tym był tak kochany, że czekał na przystanku, kiedy dojechaliśmy do Karleager i (prawie) się ze mnie nie nabijał, że bałam się iść do domu sama. Dostałam też wiadomość od Kit. Napisała: Nie bardzo rozumiem, dlaczego się tak wściekłaś. Wydawało mi się, że spędziliśmy superfajny wieczór we trójkę. Uściski od twojej najlepszej przyjaciółki. Chyba po raz pierwszy w życiu nie odpowiedziałam na wiadomość od Kit. Ale wydaje mi się, że to już wcale nie jest Kit. Myślę, że została przechwycona przez śmiertelnie niebezpiecznego potwora zombie o wyglądzie Kit.

Kiedyś: Mówiłyśmy sobie wszystko!

Teraz: Jest mnóstwo rzeczy, o których mi nie mówi. Widzę, że ma tajemnice. I nie chodzi o to, że mam ochotę wiedzieć, jak Jannick całuje czy coś w tym stylu. Po prostu coś się między nami zmieniło.

Kiedyś: Mogłyśmy bez problemu zjeść razem największą na świecie torbę słodyczy, oglądając seriale w telewizji.

Teraz: Nagle mówi, że musi dbać o linię, i zamiast tego chrupie marchewki. A po pierwsze, Kit jest tak chuda, że prawie znika, kiedy spojrzeć na nią z boku. Po drugie, to przecież kompletnie idiotyczny pomysł, żeby dawać sobie wybór między „słodyczkami aż pękniesz” a „trzymaniem linii dla Jannicka”… – i wybrać Jannicka!

Kiedyś: Mogłyśmy siedzieć w Hejresø całe popołudnie, tylko po to, żeby spędzać ze sobą, czas gapiąc się na ludzi.

Teraz: Leci sprintem na pierwszy możliwy autobus, żeby zdążyć na farmę i pomóc teściowi głaskać cielaki.

Kiedyś: Kit była w stanie używać liczby pojedynczej i tego małego słówka, które brzmi „ja”.

Teraz: Używa niemal wyłącznie liczby mnogiej. „Za godzinę mamy autobus” albo: „Też uważamy, że Ditte dziś przegięła”, a ta liczba mnoga to oczywiście zawsze ona i Jannick. Nie ona i ja.

Kiedyś: Mogłyśmy godzinami wylegiwać się i przeglądać czasopisma, prawie się do siebie nie odzywając.

Teraz: W nieskończoność papla o tym, co robi Jannick, co mówi Jannick, co myśli Jannick. Dostaję szału! I nie, nie obchodzi mnie, że babcia Jannicka zrobiłam mu na drutach oliwkowozielony sweter w żółte pasy, który ma za długie rękawy, ale na pewno trochę skurczy się w praniu, jeśli Jannick będzie miał farta. Ale jak jej coś takiego powiedzieć?

Kiedyś: Bez problemu pożyczałam od niej zadania z matematyki i je odpisywałam, jeśli akurat sama nie zdążyłam skończyć swoich.

Teraz: Teraz nagle uważa, że może powinnam sama je rozwiązywać, bo niedługo mamy egzamin i powinnam myśleć o swojej przyszłości. Uważam, że to dosadnie pokazuje, jak bardzo jej odbiło i że Jannick w żadnym razie nie ma na nią dobrego wpływu. Bo do cholery, komu kiedykolwiek matematyka przydała się w przyszłości?

Kiedyś: Mogłam bez problemu napisać SMS-a albo na chwilę zadzwonić, kiedy nie mogłam spać o drugiej w nocy.

Teraz: Mówi, żebym lepiej tego nie robiła, bo czasami zapomina wyłączyć dźwięk w telefonie, a jeśli zadzwonię, kiedy akurat śpi u Jannicka, to mogę go obudzić (WRRR…).

Piątek, 29.kwietnia

Dzień po wycieczce do kina stresowałam się trochę szkołą, a zwłaszcza powrotem do domu autobusem. Ale nie wydaje mi się, żeby Kit w ogóle miała pojęcie, że wciąż było mi przykro, że zostałam zmuszona jechać autobusem sama i przyglądać się ich miłosnej scenie z całowaniem. W każdym razie wcale o tym nie wspomniała w szkole, a po lekcjach znowu odebrał ją tata Jannicka, który ma gospodarstwo, gdzie Kit pomaga i dostaje za to jakieś pieniądze. Więc zamiast wracać z nią, jechałam sama autobusem, przynajmniej do czasu, kiedy Sasha usiadła obok.

– Wyglądasz jak kupa nieszczęścia.

– Dziękuję, Sasha. Dokładnie to pragnęłam usłyszeć!

– Daj spokój. Zapraszam na herbatę – powiedziała.

Herbata brzmiała bardzo kusząco, jednak domu Sashy strzeże potwór, który mnie niestety nienawidzi, ponieważ uważa, że to moja wina, że Sasha nosi na szyi srebrny krzyżyk.

– Twoja mama jest w domu? – zapytałam (bo tym potworem jest właśnie jej mama).

– Nie – powiedziała Sasha. – Spędza tydzień w całkowitym milczeniu w jakimś klasztorze na Fionii.

– Przez cały tydzień i nie wolno jej zupełnie nic powiedzieć? – zapytałam.

– Ani słowa. Nie może nawet zadzwonić do domu.

– Nie może też pierdzieć ani chrapać?

– Trudno mi to sobie wyobrazić – zaśmiała się Sasha, a ja z racji nieobecności jej mamy zafascynowanej modą na new age odważyłam się wpaść na herbatę i ciasteczka.

Naprawdę miło było z kimś o tym wszystkim porozmawiać. Zwłaszcza, że Sasha zna dobrze i Kit, i mnie. I na szczęście zgadza się, że:

Kit bardzo się zmieniła. To nie moja wina. Nie ma żadnych wątpliwości, że ta zmiana w ten czy inny sposób ma związek z Jannickiem.

– Kit była przecież zawsze najrozsądniejsza z nas trzech, a ostatnio jest całkowicie zaślepiona – powiedziała Sasha. – Musimy coś zrobić, żeby ją uratować.

– Jak to uratować? – zapytałam.

– Chodzi mi o to, że wyraźnie widać, że zwariowała z zakochania, a my jako jej przyjaciółki mamy obowiązek zadbać o to, żeby wróciła do siebie.

– Ale ona tak bardzo lubi Jannicka – powiedziałam.

– Nas też bardzo lubi. A kiedy jest z nami, nie myśli cały czas wyłącznie o „Kit i Jannicku”. Więc da się porozmawiać o innych ludziach. Przynajmniej od czasu o czasu.

Chociaż to była tylko głupia zabawa, wspaniale było porzucić dobre maniery i pomarzyć o tym, jak mogłybyśmy sprawić, żeby Jannick i Kit zerwali. Miałyśmy wiele niezłych pomysłów. Od planu uwiedzenia Jannicka przez jedną z nas, żeby Kit dostrzegła, że jednak nie jest jej księciem z bajki, aż do

dodania pestycydów do wody na farmie jego rodziców, żeby w gazecie napisali, że wcale nie są ani tacy mili, ani tacy ekologiczni, na jakich pozują.

– Mogłybyśmy też po prostu szpiegować go przy pomocy kamer w telefonach – zaproponowała Sasha.

– Pokazałybyśmy Kit, żeby zobaczyła na

własne oczy, że on tak naprawdę jest podły i dręczy w swoim pokoju małe zwierzątka.

– Ale ja nie mam ochoty szpiegować Kit – odparłam.

– Ale przecież nie musimy szpiegować go wtedy, kiedy jest z Kit. Tysiąc razy nam opowiadała, jaki jest słodki i kochany i że kiedy są razem, brakuje mu tylko wełnianego kocyka, żeby zamienił się w misia przytulankę. Jeśli chcemy odkryć coś, co da się wykorzystać przeciwko niemu, musimy go śledzić, kiedy w pobliżu NIE MA Kit.

– To przecież niemożliwe. Są prawie nierozłączni – westchnęłam.

W szpiegowaniu chłopaka najlepszej przyjaciółki nie było NIC miłego i gdybym była sobą, nigdy bym nie zrobiła Kit czegoś takiego, ale w taki czy inny sposób Sashy udało się mnie przekonać, że nie robimy nic przeciwko Kit,tylko dla Kit, i zanim się zorientowałam, skradałam się ścieżką w kierunku gospodarstwa Jannicka razem z Sashą, z dwoma telefonami wyposażonymi w słabe kamerki i starą lornetką do obserwowania ptaków, której mój tata nigdy nie odebrał po rozwodowym podziale majątku.

Dzięki Bogu potworny pies Jannicka akurat tego dnia nie patrolował terenu, bo inaczej zwiewałabym jak olimpijczyk po pożarciu największego loda z budki z dopingiem.

– Wydaje mi się, że kiedyś czytałam o dziewczynach, które śledziły chłopaka przyjaciółki – szepnęłam do Sashy, kiedy

zbliżałyśmy się do domu.

– I jak im poszło? – zapytała.

– Przyłapali je – powiedziałam, po czym zgodziłyśmy się, że nie będziemy włazić na śmietniki ani inne rzeczy, z których można spaść i narobić hałasu. Zamiast tego znalazłyśmy stertę drewnianych skrzynek po ekologicznych warzywach i Sasha przeniosła je na tyły domu pod okno, co do którego była pewna, że należy do pokoju Jannicka. Zbudowałyśmy schodki ze skrzynek, żeby móc sięgnąć do okien. Trwało to wieczność, ale musiałyśmy być niesamowicie ostrożne. W końcu wdrapałam się po nich do góry. Westchnęłam.

– Co widzisz? – zapytała Sasha.

– Nie ten pokój – powiedziałam.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– O ile Jannick nie śpi w wielkiej zamrażarce i nie ma w u siebie ogromnej kolekcji puszek i butelek po winie oraz prania podzielonego na pięć różnych drucianych koszy, to jestem raczej pewna, że to pomieszczenie gospodarcze, ty głupolko!

Sasha wzruszyła przepraszająco ramionami.

– Skąd miałam wiedzieć, gdzie jest jego pokój? Nigdy u niego nie byłam. A ty?

Tak, właściwie to byłam. Na przykład w sylwestra, ale postanowiłam to przemilczeć. Nie było powodu, by się przyznać, że to ja powinnam była się zorientować, że budujemy naszą wieżę obserwacyjną po niewłaściwej stronie domu.

– Spróbujmy od strony pól – wyszeptałam. – Wydaje mi

się, że widziałam tam w oknie jakieś konstrukcje z lego z „Gwiezdnych wojen” – to było kłamstwo, ale Kit powiedziała, że Jannick w sekrecie uwielbia budować skomplikowane modele z klocków. Sasha wymamrotała, że klocki lego to naprawdę zły sygnał, jeśli ma się ponad siedem lat i chce się poderwać dziewczynę, ale podkradłyśmy się ze skrzynkami na tył domu i tym razem ustawiłam schodki pod oknem, co do którego byłam pewna, że należy do pokoju Jannicka.

– Mam nadzieję, że on tam jest – szepnęła Sasha, zanim postawiła ostatnią skrzynkę na naszej wieżyczce i wspięła się na nią z lornetką mojego taty.

– I co? – spytałam oczywiście. – Jest?

– Tak! – wyszeptała Sasha. – Idealnie, bo siedzi tyłem do okna, więc nas nie zobaczy. Ale akurat nie bawi się lego!

– A co robi?

– Coś przy komputerze! – zrobiła komórką zdjęcie przez szybę. – Na pewno siedzi i ogląda zdjęcia gołych babek. Moja mama mówi, że WSZYSCY faceci to robią, kiedy są sami. Cały czas.

– Mój starszy brat na pewno – oznajmiłam i pomyślałam o tym, jak kiedyś wparowałam do pokoju Martina bez pukania, a on w panice zarzucił kołdrę na ekran komputera, żebym nie zobaczyła, co oglądał... A na jego nieszczęście siedział pod kołdrą całkiem goły, a ja wolałabym nie pamiętać widoku jego gołego tyłka, kiedy kołdra szybowała w powietrzu i prawie zrzuciła monitor na podłogę.

– Widać, co jest na ekranie? – zapytałam.

– Nie. Ale siedzi i klika jak szalony – powiedziała. – I to nie żadna gra, więc na pewno robi coś bardzo podejrzanego.

– Teraz ja! – powiedziałam, a ona niechętnie odstąpiła mi miejsce na skrzynkach. Przejęłam też lornetkę.

Racja, Jannick bez wątpienia robił w swoim pokoju coś podejrzanego. Widziałam, że przerzuca coś na pendrive’a, który mrugał z boku komputera. Poza tym siedział i pisał coś na różowym papierze, a wokół na biurku leżał brokat, błyszczący klej i flamastry dla dzieci. Pstryknęłam fotkę.

– A niech mnie – szepnęłam do Sashy, zerkając jeszcze raz na różowe flamastry. – Na pewno jest gejem!

– To samo pomyślałam – powiedziała Sasha. – Nic nie mogłoby tego jaśniej dowodzić, chyba że na dodatek siedziałby w sukience swojej mamy.

Oczywiście chciałam wiedzieć dokładnie, CO takiego Jannick tam rysuje, wycina i wykleja, więc wyciągnęłam lornetkę i pochyliłam się w stronę szyby.

– Niemożliwe… – wyszeptałam.

– Widzisz coś? Czy to list od fana do Eurowizji? – zapytała Sasha, cierpliwa jak wiewiórka na wielkiej stercie orzechów. Westchnęłam.

– Napisał brokatem: „Dla mojego kochanego małego słodziaczka”.

– Widać może, czy ten słodziaczek ma na imię Bo? – zapytała Sasha z nadzieją, ale musiałam ją rozczarować, bo Jannick wyjął pendrive’a z komputera i włożył do koperty razem z tą ohydną kartką. – Na kopercie jest napisane „dla Kit-chen”. A teraz rysuje serce.

– Ykhhh – wychrypiała z odrazą Sasha, złapała się za gardło i zaczęła wydawać odgłosy, jakby się dusiła.

W tej samej sekundzie stało się coś strasznego. Przerwano nam w samym środku podglądania.

– Cześć. Co wy tu robicie?

Gdybym mogła wybrać, czy kiedy się odwrócę wolę zobaczyć rozwścieczonego psa z piekła rodem, który przyszedł mnie pożreć (i nagle jest w stanie prowadzić rozmowę po ludzku), czy Kit, to wolałabym bez wahania zostać psim żarciem. Ale niestety. To moja najlepsza przyjaciółka stała pięć metrów przed nami i patrzyła na nas zdziwiona.

„Co wy tu robicie?” Co, do cholery, mogłyśmy odpowiedzieć? W ułamku sekundy przemyślałam sytuację. Mogłyśmy powiedzieć coś w stylu:

Badamy okno pod kątem mikrobakterii, które mogą wywoływać różową gorączkę. Niestety wygląda na to, że twój chłopak to złapał. Sasha rozważa przemeblowanie pokoju, a ty mówiłaś, że Jannick mieszka bardzo przytulnie jak na chłopaka, więc chciałyśmy zerknąć, żeby się trochę zainspirować... Czy to nie tutaj układa się z lornetką eko-skrzynki na czas? Nie? Oj, sorry, to chyba pomyłka.

Zamiast tego powiedziałam prawdę, bo po tylu latach jako najlepsza przyjaciółka całkiem wyszłam z wprawy w okłamywaniu Kit.

– Przepraszam, Kit... Tak strasznie przepraszam! Chciałyśmy tylko sprawdzić, czy on jest dla ciebie wystarczająco dobry.

A Kit ani nie wykopała skrzynek spod moich trzęsących się nóg, ani nie zadzwoniła po opiekę

społeczną. Uśmiechnęła się. Jeszcze jeden jasny jak słońce dowód, że NAPRAWDĘ zwariowała z miłości. Albo że kontroluje ją istota z kosmosu.

– Ale jesteście kochane! To wspaniałe, że mam przyjaciółki, które tak się o mnie troszczą – powiedziała.

– Ani trochę się nie gniewasz? – zapytałam.

Kit-z-kosmosu wyglądała, jakby się zastanawiała.

– Niee, nie wydaje mi się... Wejdziecie? Mieliśmy się uczyć na egzamin. A jego mama na pewno poczęstuje nas sokiem!

Oczywiście w ekspresowym tempie wymyśliłyśmy wszelkie możliwe wymówki, żeby nie wchodzić. Byłyśmy pewne, że rodzice Jannicka nie wykazaliby takiego zrozumienia jak Kit co do tego, że podglądałyśmy ich syna i zamrażarkę. Zamiast tego, roztrzęsione poszłyśmy ścieżką wzdłuż pól z powrotem w stronę Karleager City.

– Nie ma się do czego przyczepić. On jest dla niej faktycznie cholernie słodki – powiedziałam z goryczą. – Niemal do wyrzygania. Wyobraź sobie, że siedzi i maluje różowe serduszka z brokatem, tylko po to, żeby sprawić jej radość.

– Z drugiej strony jest z nią jeszcze gorzej, niż myślałam. Ogarnij to, że ktoś nazywa kogoś Kit-chen –powiedziała Sasha.

Wzruszyłam ramionami.

– To po niemiecku znaczy Mała Kit – powiedziałam.

– Może tak, ale po angielsku to znaczy kuchnia. Gdyby mnie ktoś nazywał kuchnią, odkurzaczem albo „swoim małym mikserkiem”, to bym go zabiła. Ona jest szalona.

W tym momencie w mojej komórce zapikała wiadomość.

Zatrzymałam się w lesie i przeczytałam ją.

– To od Kit-z-kosmosu – powiedziałam. – Pisze: Wyobraźcie sobie, że mój przesłodki chłopak zrobił mi składankę z najbardziej romantycznymi piosenkami świata [serduszko], i bardzo Wam dziękuję, że tak się o mnie martwicie, ale on jest po prostu przecudowny!

– Przegrałyśmy tę walkę. Straciłyśmy ją – powiedziała ponuro Sasha. I nawet ja pod koniec tego dziwacznego wieczoru byłam bliska uświadomienia sobie przerażającej prawdy: muszę rozpocząć nowe życie na własną rękę. Życie, które składa się z czegoś więcej, niż „tylko” bycia najlepszą przyjaciółką najlepszej na świecie przyjaciółki, Kit.

Urodziny jak za (bardzo) dawnych czasów

Wtorek, 3. maja

Pamiętam jak kiedyś, gdy chodziłam chyba jakoś do trzeciej klasy, moja mama wróciła z wywiadówki i zapadła w śpiączkę na sofie. Przez trzy bite godziny dyskutowano na temat wytycznych dotyczących urodzin dzieci z naszej klasy: Kto ma w nich uczestniczyć? Wszyscy? Dziewczynki i chłopcy? Czy można rozdawać zaproszenia w klasie, jeśli nie wszyscy są zaproszeni? Jaka powinna być maksymalna kwota, za którą można kupić prezent? Czy każdy w klasie powinien dostawać prezent za tę samą kwotę, czy może kwota powinna się zmieścić w określonych widełkach, i czy można sprezentować pieniądze, czy MUSZĄ to być prezenty, itd.

Od tego czasu urodzinowa rzeczywistość stała się na szczęście trochę spokojniejsza. Przyzwyczailiśmy się, że nie za każdym razem zostaje zaproszona cała klasa, ale że zaprasza się na przykład albo wszystkie dziewczyny, albo tylko trzy najbliższe koleżanki, żeby nikt nie czuł się pominięty i wykluczony. A jeśli chce się zaprosić tylko te najbliższe koleżanki, to zaproszenia rozdaje się poza szkołą. Panowała też niepisana reguła, że w urodziny oczywiście przynosi się do szkoły coś o maksymalnej dozwolonej zawartości cukru, chociaż podobno na tej legendarnej wywiadówce była rozhisteryzowana matka (prawdopodobnie mama Sashy), która koniecznie chciała, by wolno nam było przynosić tylko ekologiczne marchewki i pełnoziarniste ciasteczka domowej roboty.

było

Sandra to nie ten typ, który na dużej przerwie wstaje i opowiada szybkie dowcipy. Mówi dziwnie i czasami brzmi bardziej jak ktoś w wieku mojej babci niż współczesna nastolatka. Jest właściwie reliktem w takim samym stopniu, w jakim Kit stała się istotą z kosmosu, a zaproszenia również świadczyły o tym, że będzie to pewnie trochę staromodna impreza na farmie jej rodziców.