Emmy 6 - Z odrostem - Mette Finderup - ebook + audiobook

Emmy 6 - Z odrostem ebook

Mette Finderup

0,0
5,99 zł

lub
Opis

Czasami trudno jest dostrzec granicę pomiędzy właściwie-ciągle-jeszcze-dziecinną a prawie-dorosłą-i-odpowiedzialną Emmy. Na pewno nie pomaga w tym zamieszanie związane z oddaleniem się pewnego dnia od mamy w Ikei i bycie wywołaną przez głośnik, niczym 8-latka, a z drugiej strony otrzymanie następnego dnia pracy opiekunki i pełna odpowiedzialność za małego, sześcioletniego terrorystę. Nie jest też łatwo, kiedy twoja wychowawczyni nagle się wtrąca i mówi, że musisz się przestać zachowywać jak dziecko z przedszkola i ogłosić zawieszenie broni ze swoim odwiecznym wrogiem, Ditte. Jak niby to zrobić, skoro jest się skłóconym na śmierć i życie, a poza tym każdy przecież wie, że Ditte, to głupia krowa? Czy można być na tyle prawie-dorosłym, żeby dopuścić myśli o jakiejkolwiek swojej odpowiedzialności... Brr! No i czy da się przekonać swoją własną matkę ORAZ zupełnie nieznaną ekspedientkę, żeby darowały sobie komentowanie na głos rozmiaru czyjegoś biustu i pupki? Pupki!? Przecież w pewnym wieku pupka zamienia się w tyłek i właśnie ten tyłek wolałby być ubrany w parę odjazdowych dżinsów niż jakieś dziecinne, błękitne falbanki, w które mama i ekspedientka próbują go wbić. O tak, już-prawie-niedługo-dorosła Emmy Leander Nielsen ma sporo na głowie. "Z odrostem" autorstwa Mette Finderup to szósta z nagradzanej serii o mieszkającej z mamą nastolatce Emmy, która próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu oraz trzymać się jak najdalej od matematyki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 106




Mette Finderup

Emmy 6 - Z odrostem

Ilustrowała Sussi Bech

Saga

Emmy 6 - Z odrostemPrzełożyła Aleksandra Szczepańska tytuł oryginałuEmmy 6 - Nu med udvoksningCopyright © 2009, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711868645

1. Wydanie w formie e-booka, 2019 Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Emmy 6 – Z odrostem

Czasami trudno jest dostrzec granicę pomiędzy właściwie-ciągle-jeszcze-dziecinną a prawie-dorosłą-i-odpowiedzialną Emmy. Na pewno nie pomaga w tym zamieszanie związane z oddaleniem się pewnego dnia od mamy w Ikei i bycie wywołaną przez głośnik, niczym 8-latka, a z drugiej strony otrzymanie następnego dnia pracy opiekunki i pełna odpowiedzialność za małego, sześcioletniego terrorystę. Nie jest też łatwo, kiedy twoja wychowawczyni nagle się wtrąca i mówi, że musisz się przestać zachowywać jak dziecko z przedszkola i ogłosić zawieszenie broni ze swoim odwiecznym wrogiem, Ditte. Jak niby to zrobić, skoro jest się skłóconym na śmierć i życie, a poza tym każdy przecież wie, że Ditte, to głupia krowa? Czy można być na tyle prawie-dorosłym, żeby dopuścić myśli o jakiejkolwiek swojej odpowiedzialności... Brr! No i czy da się przekonać swoją własną matkę ORAZ zupełnie nieznaną ekspedientkę, żeby darowały sobie komentowanie na głos rozmiaru czyjegoś biustu i pupki? Pupki!? Przecież w pewnym wieku pupka zamienia się w tyłek i właśnie ten tyłek wolałby być ubrany w parę odjazdowych dżinsów niż jakieś dziecinne, błękitne falbanki, w które mama i ekspedientka próbują go wbić. O tak, już-prawie-niedługo-dorosła Emmy Leander Nielsen ma sporo na głowie. „Z odrostem” autorstwa Mette Finderup to szósta książka z nagradzanej serii o mieszkającej z mamą nastolatce Emmy, która próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu oraz jak najdalej od matematyki.

W tej samej serii:

Emmy – Et nyt liv truer

Emmy – Møgtur til Sverige

Emmy – Den fedeste sommer – or not!

Emmy – Dramaqueen i Vestjylland

Emmy – Goth Nytår

Więcej o Emmy na stronie

www.finderup.dk/emmy

Emmy, lat osiem, proszona o udanie się do informacji

Sobota, 21 stycznia

Wczoraj w naszej rodzinie obchodziliśmy „Dzień Wielkiej Wyprawy do Ikei”, ale jak się okazało na podobny pomysł spędzenia czasu wpadło też niemal osiem milionów innych osób, co w gruncie rzeczy robi wrażenie. Nawet nie wiedziałam, że w Danii mieszka tylu ludzi! Na swoje usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że na Boże Narodzenie dostałam w prezencie nowy pokój, do którego mieliśmy wybrać meble, ale nie sądzę, że inni byli tam z tego samego powodu.

Pomalowanie nowego pokoju zajęło nam z mamą kilka tygodni, a ja w tym czasie zmuszona byłam spać w pokoju dla gości, pośród resztek materiałów i zapomnianych projektów hobbystycznych mamy. Lekcje natomiast musiałam odrabiać przy stole w jadalni. Można by pomyśleć, że pomalowanie pokoju o wymiarach czternastu metrów kwadratowych nie jest zbyt czasochłonne, ale mama w tego typu kwestiach jest irytująco dokładna. Na przykład cały dzień zajęło jej oklejanie wszystkiego taśmą malarską, a malując pędzlem kaloryferowym tak się grzebała, że bałam się, że tam osiwieje, albo umrze ze starości zanim skończy. Bardzo bym tego nie chciała, ponieważ po pierwsze do tego czasu prawdopodobnie musiałabym się wynieść z domu, nie nacieszywszy się wystarczająco moim nowym pokojem, a po drugie, gdyby zaniemogła, musiałabym sama go skończyć, a nie mam do tego najmniejszej cierpliwości. Samodzielnie malowałam duże powierzchnie wałkiem malarskim, ale tylko pierwsze dwie warstwy. Mama uparła się, że ostatnią warstwę położy ona, żeby „wyszło porządnie”. Ja oczywiście nie widziałam żadnej różnicy, ale mama bez wątpienia ją dostrzegła, kiedy tak stała i zadowoleniem kiwała głową podziwiając swoje dzieło… ubrana w tani, jednorazowy, plastikowy kombinezon i gumowce.

Kolor w moim pokoju wyszedł przytulnie ciepły, coś pomiędzy śmietankowym a piaskowym. W sklepie powiedzieli, że nazywa się Romantic desert. Parapety, sufit i drzwi rozjaśniłyśmy złamaną bielą (po tym jak moja mama wyszlifowała wszystko i wypucowała trzykrotnie środkiem czyszczącym).

Kit jest zielona z zazdrości. Kiedy powiedziała swoim rodzicom, że ona także powinna dostać nowy pokój, pokręcili głowami i stwierdzili, że nie stać ich na to, ale że Kit może powiesić jeszcze kilka plakatów i położyć nową narzutę na łóżko, a pokój na pewno będzie wtedy wyglądał jak nowy. Kit absolutnie się z tym nie zgodziła.

Jest tak dobrą przyjaciółką, że w ogóle nie kryje swojej zazdrości, a ja czuję się jeszcze szczęśliwsza słuchając jej biadolenia. Więc kiedy mama powiedziała, że musimy zabrać Mogensa od Matmy do Ikei, „bo potrzebujemy jakiegoś mężczyzny do dźwigania”, ja powiedziałam, że potrzebujemy też „jakiejś Kit do pomocy przy wyborze biurka” i takim sposobem mogła się zabrać z nami. Wyruszyliśmy, gdy na dworze było jeszcze ciemno, a ja nie zdążyłam nawet zjeść śniadania. Mama zarządziła jednak, że musimy być pod Ikeą, jak tylko ją otworzą.

– Na pewno będzie dużo ludzi, bo są wyprzedaże, więc im wcześniej, tym lepiej. Zawsze możemy iść na kawę do sklepowej restauracji po zakupach – powiedziała, po czym zagoniła nas do samochodu i zaczęliśmy się toczyć w kierunku Århus.

Mogensowi przypadło miejsce z przodu, a ja i Kit siedziałyśmy z tyłu i omawiałyśmy ważne szczegóły, stawiając krzyżyki w odpowiednich miejscach katalogu z Ikei, grubszego niż książka telefoniczna Danii i Szwecji łącznie. Nastawiałyśmy tyle krzyżyków, że starczyłoby na umeblowanie całego domu, ale uznałyśmy, że lepiej się dobrze przygotować, bo przed nami kilka ważnych decyzji do podjęcia. Na przykład czy to krzesło-Olga, które mi się tak podoba, będzie wystarczająco wygodne do siedzenia, albo czy występuje w kolorze piaskowym, czy też będę musiała zadowolić się babcinym-niebieskim.

Mama miała rację, oprócz nas byli tam jeszcze inni klienci. Ci inni wpadli na ten sam genialny pomysł z przybyciem w godzinach otwarcia. Kolejka wściekłych kierowców ciągnęła się aż do szosy, a masa ludzi już tłoczyła się przed wejściem wyczekując, aż przeszklone drzwi do świętych komnat staną przed nimi otworem. Wszyscy z nich uzbrojeni byli w kosze na zakupy, tak duże, że bez problemu można by było w nich przewozić słonie. Mama robiła trzecie okrążenie dookoła parkingu swoim maleńkim, niebieskim samochodzikiem, mrucząc przy tym pod nosem, że przecież musi się znaleźć jakieś miejsce bliżej wejścia, żebyśmy nie musieli tak daleko chodzić. Ale im dłużej jeździliśmy wokół głównego wejścia, tym szczelniej wypełniał się parking, więc skończyło się na tym, że zaparkowaliśmy aż przy szosie i mieliśmy do pokonania dystans półmaratonu, żeby dostać się do środka.

Ikea była ogromna i pełna fajowych mebli. Chciałam kupić chyba z 1000 rzeczy, jeśli tylko udało mi się jakąś z nich dojrzeć za wszechobecną chmarą ludzi. Wielu z nich miało w wózkach małe dzieci, które zrzucały wszystko na podłogę, podczas gdy ich rodzicie zastanawiali się, czy wybrać chromowaną szafkę pod telewizor, czy zadowolić się tańszą, bukową. W związku z tym omal nie dostałam paczką zawiasów do łóżka w stopę, a rodzice malca nawet nie zauważyli, że posyłam im mordercze spojrzenie i próbuję zasygnalizować, że zaraz ich pozwę za brak przeprosin.

Wszyscy krążyli, zapisując symbole rzeczy, które później mieli odebrać z magazynu, a od czasu do czasu wpadaliśmy na jakichś pracowników w żółtych T-shirtach, którzy wyglądali na dość zestresowanych, co wiązało się zapewne z ilością wpuszczonych do sklepu klientów. Można było od nich usłyszeć tylko: „Niestety nie ma już więcej krzeseł Agnes-Petra” albo „Nie, ten regał nie jest na sprzedaż. To część wystawy”. Jestem pewna, że można odgadnąć, jak długo byli tu zatrudnieni wnioskując po głębokości zmarszczki na czole każdego z nich.

– Och, popatrz, krzesło-Olga. Wygląda o wiele bardziej fajowo niż w katalogu – wykrzyknęła Kit i pociągnęła mnie za sobą. – Jest też w piaskowe kwiaty. O wiele ładniejsze niż niebieskie. Idealne do twojego nowego pokoju. – Oczywiście miała rację, a krzesło z obiciem w kwiatki było tylko 100 koron droższe. Rozsiadłam się, żeby się do niego przymierzyć i oczyma wyobraźni widziałam już siebie czytającą w nim czasopisma... eee, to znaczy, odrabiającą lekcję, ma się rozumieć!

– Ale to z obiciem w piaskowe kwiaty jest niedostępne od ręki, bo nie mają ich w magazynie – powiedziała mama z nosem przysuniętym do małego kartonika zwisającego z oparcia krzesła. – Leć do kogoś z obsługi i zapytaj jak długi jest czas oczekiwania. Może zdecydujesz się na niebieskie, jeśli okaże się, że na to drugie trzeba czekać kilka miesięcy.

Ustawiłam się w autoryzowanej kolejce do stoiska Ikea-pomoc, co, jak się szybko okazało, było kiepskim pomysłem. Na samym przedzie kolejki stała przejęta paniusia, mająca wiele przemyśleń na temat swojej przyszłej kuchni, do której nie docierało, że odpowiedzi na swoje pytania uzyska na dziale kuchennym. Mama też coś marudziła o nowej kuchni, więc dobrze wiedziałam, że obsługa tej pani na pewno zajmie sporo czasu. W związku z tym poszłam poszukać działu sypialnego, którego pracownicy byli trochę mniej zapracowani. Wcisnęłam się bez skrupułów przed mężczyznę z dzieckiem na ręku i zagadnęłam ekspedientkę, która po sprawdzeniu w komputerze powiedziała mi, że czas oczekiwania na krzesło w kwiaty wynosi sześć tygodni. Sześć tygodni... to cała wieczność. Za sześć tygodni będę po praktykach i zostanę wyluzowaną biegaczką (za kilka dni bierzemy się za to razem z Kit), będę też po ślubie taty z Lailą. Tak być nie może. Jednak dam radę z niebieskim obiciem!

Kiedy wracałam do reszty, wpadło mi w oko przepiękne łóżko z baldachimem Sulejma, które wcześniej widziałam w katalogu. Było bardzo stylowe – żadne tam My Little Pony z różowymi falbankami, ale eleganckie, z metalową ramą. Przysiadłam na nim na chwilkę, ale musiałam niestety spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że było nieco za duże do mojego dziewczęcego pokoju ze skosami oraz że chyba lepiej postawić na wąski materac, na którym mogłabym się wylegiwać w weekendy. Nadłożyłam trochę drogi, żeby jeszcze obejrzeć materace. Było ich całe mnóstwo i oczywiście musiałam się rzucić na każdy jeden, żeby je porządnie wypróbować. Obok stało kilka wzburzonych pań, które chyba trochę żałowały, że nie jestem już małą dziewczynką, którą każdy dorosły mógłby bez ogródek zbesztać. To skłoniło mnie do rzucenia się na materac Zar z nieco większą siłą, tak że moje ciało aż podskoczyło, a wzrok pań stał się jeszcze bardziej surowy.

Byłam już prawie zdecydowana na model Rigoletto, ale chciałam to jeszcze skonsultować z Kit, więc postanowiłam po nią pójść. Jednak skracając sobie drogę podczas polowania na osoby z obsługi i szukanie łóżka, zupełnie zignorowałam strzałki na podłodze, straciłam orientację i zabłądziłam w dżungli Ikei. Zamiast przybliżać się do mamy, Mogensa i Kit, z każdym krokiem się od nich oddalałam.

Kiedy przechodziłam przez dział z wyposażeniem łazienek, zauważyłam biurka i dotarło do mnie, że poszłam w złym kierunku, więc zrobiłam skrót przez sekcję z regałami. Zauważyłam strzałki, więc postanowiłam za nimi podążać i za chwilę znowu znalazłam się... przy dziale z wyposażeniem łazienek. Przedzierałam się powoli przez morze ludzi z małymi wrzeszczącymi dzieciakami w wózkach i nagle zostałam otoczona przez wściekle kolorowe dziecięce meble, obok których na pewno wcześniej nie przechodziłam. Wtedy dotarła do mnie przerażająca prawda: Zgubiłam się w Ikei!

Czy to nie szczyt żenady? W całym moim dotychczasowym życiu przeżyłam niezliczone wyprawy do Bilki i dużych centrów handlowych. Przez ostatnie czternaście lat moja matka z przerażeniem w oczach co rusz odwracała się za siebie, ale tak naprawdę ani razu nie zdarzyło mi się zgubić na poważnie. Ale teraz, kiedy wreszcie stałam się na tyle duża, żeby dać sobie radę sama, zgubiłam się w marnym, ponadwymiarowym sklepie z meblami. Rozżalona, opadłam na czerwone plastikowe krzesło dla dzieci. Nie tylko z powodu mojej beznadziejnej orientacji w terenie, ale też dlatego że zostawiłam Kit samą z mamą i Mogensem od Matmy. Gdybyśmy się chociaż zgubiły we dwie, byłoby może nawet zabawnie. Jednak teraz Kit musi stać przy krześle-Olga i prowadzić wymuszoną, grzecznościową pogawędkę z moją matką, zachodząc jednocześnie w głowę, gdzie mnie wcięło.

Po chwili jeszcze raz zerwałam się z mojego dziecięcego krzesła i podjęłam kolejną próbę znalezienia reszty. Na próżno. Trzy okrążenia i krótką wizytę w dziale „przechowywanie i meble do przedpokoju” później, ciągle ich nie spotkałam, a kiedy w końcu wróciłam do działu z fotelami, Kit, mama i Mogens byli już oczywiście gdzieś dalej. Opadłam ciężko na Olgę i próbowałam ignorować rodzinę, która stała w pobliżu i najwyraźniej chciała wypróbować krzesło. Moje zmęczenie osiągnęło poziom zmęczenia całego domu starców po wyczerpującej nocy gry w bingo, więc po prostu tam siedziałam i gapiłam się w sufit. Musiało upłynąć chyba z pięć lat, kiedy usłyszałam przez głośnik: „Ogłoszenie: Poszukujemy Emmy Leander Nielsen, która oddaliła się od swojej mamy. Prosimy, żeby Emmy Leander Nielsen udała się do restauracji, gdzie czekają na nią jej bliscy”.

Cholera jasna. Czy może być coś bardziej upokarzającego niż to, że zostałam wywołana przez głośnik jak jakaś ośmiolatka, bo oddaliłam się od mamy? To było po prostu tak krępujące, że musiałam poczekać kilka minut, aby ludzie wokół nie odkryli, że chodziło o mnie. Potem podniosłam się niesamowicie dyskretnie i przeszłam najnaturalniej jak to możliwe do ekspedientki, żeby dowiedzieć się, gdzie jest restauracja.

– Po prostu podążaj za strzałkami – powiedziała z uśmiechem... i byłam naprawdę bardzo, ale to bardzo blisko tego, żeby urwać jej głowę, bo przecież nic innego nie robiłam przez ostatnią godzinę. Na szczęście wskazała mi też drogę palcem.

Kiedy w końcu dotarłam do restauracji, mama, Mogens i Kit jedli klopsiki przy stoliku przy oknie. Kit zaczęła do mnie machać jak opętana, gdy tylko mnie zauważyła, a mama kręciła głową i pewnie już miała zamiar mnie ochrzanić. Ja jednak nie miałam na to po prostu siły.

– Zgubiłam się. Chodziłam i chodziłam, a kiedy w końcu dotarłam do miejsca, w którym się rozstaliśmy, was już tam nie było – biadoliłam. – A moja komórka została w samochodzie, więc nawet nie miałam jak do was zadzwonić. Jestem taka zmęczona.

– No pewnie, że nas nie było. Nie mogliśmy przecież tam cały czas siedzieć i czekać. Minęła prawie godzina – powiedziała mama. Ale na szczęście odpuściła sobie ochrzan. – Jesteś głodna? – zapytała zamiast tego. Czy byłam głodna? Zjadłabym cały asortyment piekarni, jeśli tylko miałabym taką możliwość.

Po lunchu wróciliśmy do walki o meble i udało nam się wszystko dostać: materac (ostatecznie zdecydowałam się na Odyna), krzesło-Olga z niebieskim obiciem, małą, białą półkę, którą można zawiesić na ścianie, małą komodę na skarpety i bieliznę, nowe biurko, które w nazwie ma coś z Vicki-Malene, niewielki bukowy stolik kawowy i prawdziwe krzesło do biurka na kółkach! Dostałam też małe pudełka do przechowywania rzeczy, a mama kupiła materiał na nowe zasłony. Jest bardzo wzorzysty i trochę orientalny.

Wszystkie meble były spakowane w płaskie pudełka, ale nie było szans, żeby materac zmieścił się do małego samochodu mojej mamy, więc zdecydowaliśmy się na dostawę wszystkich rzeczy do domu przez firmę kurierską. Kiedy w końcu wydostaliśmy się z parkingu była prawie trzecia po południu!

Puzzle ze zbyt dużą liczbą elementów

Niedziela, 22 stycznia

Nastawiłam się na meblowanie pokoju od razu po powrocie do domu, ale samochód z Ikei przyjechał dopiero dwie godziny po nas. W tym czasie, trochę nieobecna, odpowiadałam na pytania Kit, podczas gdy moje myśli krążyły wokół Olgi, Odyna i wszystkich innych rzeczy, z którymi miałam zamieszkać. Kiedy samochód w końcu nadjechał, usłyszałam go już, kiedy skręcał za rogiem, niczym mały, histeryczny pies mojej babci wyczuwający listonosza z odległości trzech kilometrów. Tak samo jak on stałam w oknie ze zwisającym z gardła językiem i patrzyłam jak paczki, jedna po drugiej, lądują na naszym podjeździe. To do mnie, to do mnie, to do mnie!

Razem z Kit otworzyłyśmy najpierw komodę, która w swoim płaskim opakowaniu przypominała trochę puzzle. Zaczęłyśmy sprawdzać w instrukcji, co z czym się łączy, podczas gdy mama i Mogens przygotowywali kolację. Jednak dość szybko się poddałyśmy, bo niektórych symboli zupełnie nie mogłyśmy rozszyfrować, więc zabrałyśmy się za składanie biurka. Ale kiedy rozłożyłyśmy wszystko na podłodze, okazało się, że brakuje ważnego wkrętu, od którego powinnyśmy zacząć. Przeniosłyśmy się więc do pudła z półką. I tutaj poradziłyśmy sobie całkiem nieźle, ale wkręty wchodziły tak ciężko, że musiałyśmy skorzystać ze śrubokręta, bo nie miałam wystarczająco dużo siły. Kit zdołała dokręcić o jeden raz więcej ode mnie, ale to było wszystko.

– Musimy poprosić Mogensa o pomoc. Ma taką wkrętarkę, którą można wkręcać i wkręcać – powiedziałam i wzięłam się radośnie za otwieranie opakowania ze stolikiem kawowym.

Kiedy mama przyszła zawołać nas na kolację, o mało nie zemdlała. Na początku nie rozumiałam, o co tyle hałasu, ale kiedy spojrzałam na nasz pokój, powoli to do mnie dotarło. Wszędzie leżały porozrzucane kartonowe pudła, styropian, tektura i instrukcje montażu. Oprócz tego na moich 14 metrach kwadratowych znajdowały się części do pięciu lub sześciu różnych mebli, leżące w przypadkowej konfiguracji, oraz około 538 wkrętów.

– Ale wiecie co jest od czego, dziewczyny? – wymamrotała przerażona mama, przygryzając przy tym dolną wargę.

– No... tak jakby – powiedziałyśmy chórem... co właściwie oznaczało „nie mamy pojęcia”, i o czym moja mama oczywiście dobrze wiedziała.

– Mój Boże – westchnęła. – Nie mam na to teraz siły. Zajmiemy się tym po kolacji.

Po zjedzeniu kotletów z pieczonymi ziemniaczkami i sosem berneńskim Mogens pojechał do domu po swoją skrzynkę z narzędziami, a mama przejęła dowodzenie nad „centrum chaosu”, jak nazwała mój pokój. Najpierw miałyśmy poskładać wszystkie kartony i wynieść je do garażu, gdzie gromadzimy gazety i wszystkie inne rzeczy do recyklingu. Zajęło nam to całkiem sporo czasu, ponieważ niektóre kartony były przeogromne i tak solidne, że musiałyśmy obie po nich skakać, żeby je trochę sprasować. Kit wzięła największy, ten po Oldze, do domu dla swojej młodszej siostry. Chce go pomalować, wyciąć otwory na drzwi i okna i przerobić na domek do zabawy.

Kiedy wróciłyśmy, mama uporała się już ze składaniem instrukcji montażu, po czym brała je po kolei i wydawała nam polecenia:

– Potrzebujemy pilśniowej płyty do półki – powiedziała.

– Tu jest – powiedziała Kit, ale znalezienie odpowiednich wkrętów nie było już takie proste. Wzięłyśmy się za porządkowanie całej sterty, po czym mama dała nam za zadanie sortowanie pozostałych wkrętów w małe stosiki odpowiadające poszczególnym instrukcjom. Kiedy skończyłyśmy, brakowało nam tylko czterech wkrętów do komody i samej instrukcji do biurka.

– Nie da się tego jakoś złożyć bez instrukcji? To przecież nie może być takie trudne. Tylko blat, cztery nogi i szuflady – westchnęłam opierając się o ścianę. To był naprawdę długi dzień, a ja nie byłam bogatsza nawet o jeden złożony mebel. Ale moja matka łypnęła na mnie znad swoich okularów, jakbym osobiście połknęła te wkręty i instrukcję, i powiedziała:

– Dziecko, czy ty masz w ogóle po kolei w głowie? To Ikea. Bez instrukcji nie damy rady. Idźcie do garażu jej poszukać. Na pewno zawieruszyła się gdzieś pomiędzy kartonami.

Udałyśmy się więc z Kit znowu do garażu, ale nie miałyśmy szczęścia.

– Może w ogóle jej nam nie dali – powiedziała Kit, kiedy tak buszowałyśmy bezskutecznie w kartonach. – Na pewno pakują tysiące takich kartonów dziennie. Mogą od czasu do czasu zapomnieć o jakiejś instrukcji.

Ustaliłyśmy, że ta wersja nada się jako doskonałe usprawiedliwienie przed mamą, ale pamiętałyśmy też, że trzymałyśmy w ręku te papiery od biurka, próbując rozgryźć jego montaż.

Kiedy Mogens od Matmy dowiedział się, że zgubiłyśmy instrukcję, podszedł na szczęście do tego na luzie.

– Udowodnię wam, że prawdziwy mężczyzna nie potrzebuje żadnych świstków papieru – powiedział z uśmiechem. – Mam ze sobą półprofesjonalną zieloną wkrętarkę Black & Decker oraz wiem jak jej używać.

Kiedy wypowiadał te słowa, moja matka klęczała z wypiętą pupą przy oknie i przykręcała nogi do nowego łóżka. Spojrzała na niego przez ramię, a jej jedynym komentarzem do jego przechwałek było krótkie: „Hmpfff”.

Zanim Kit poszła do domu i zarządziliśmy fajrant, zdołaliśmy złożyć łóżko, półkę, Olgę i mały stolik, na którym od dziś będę stawiać moje kakao. Potem wypakowaliśmy mój czerwony dywan, który doskonale pasował do ścian, a ja dodałam kilka ulubionych drobiazgów, żeby całość była bardziej w moim stylu. Jednak noc spędziłam w pokoju dla gości, w moim przenocuję, kiedy będzie całkiem skończony. No a Mogens oczywiście powiedział pas przy biurku. Niepotrzebnie paplał o tych prawdziwych mężczyznach.

Dzisiaj, w niedzielę, poskładaliśmy resztę. Mogens musiał po trzech godzinach wkręcania i wykręcania spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że niestety nie potrafi złożyć biurka bez instrukcji. Nie przyjął swojej porażki z godnością. Właściwie to cisnął swoją zieloną półprofesjonalną wkrętarką Black & Decker tak mocno do skrzynki z narzędziami, że wszystkie młotki i miarki wysypały się z niej na wszystkie strony.