Emancypantki - Bolesław Prus - ebook + audiobook

Emancypantki ebook i audiobook

Bolesław Prus

4,3

Opis

"Emancypantki" to epicka powieść społeczno-obyczajowa Bolesława Prusa.

 

Głównym tematem podejmowanym w utworze jest emancypacja kobiet w XIX wieku. Temat ten jest pretekstem do krytycznego nakreślenia stosunków społecznych tego okresu. Prus w mistrzowski sposób przedstawia całą paletę, zróżnicowanych kobiecych charakterów i postaw życiowych. Powieść ta jest przejmującym opisem poszukiwania swojej tożsamości w zmieniających się czasach.

 

"Emancypantki" to pierwsza część kolekcji dzieł Bolesława Prusa, udostępniona przez wydawnictwo Avia Artis.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1315

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 36 godz. 19 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność




ENERGJA KOBIET I MĘSKIE NIEDOŁĘSTWO.

DUSZE I PIENIĄDZE.

ŚWITANIE MYŚLI.

BRZYDKA PANNA.

PIĘKNE PANNY.

TAKA, KTÓREJ SIĘ NIE POWIODŁO.

KTÓREJ SIĘ POWODZI.

PLANY RATUNKU.

PRZED WYJAZDEM.

POŻEGNANIE.

ZNOWU AWANTURA.

NUDNE ŚWIĘTA.

STARY I MŁODY TEGO SAMEGO GATUNKU.

LEKARSTWO.

PAN ZGIERSKI ROZMARZONY.

PAN ZGIERSKI PRAKTYCZNY.

PIERWSZY UŚCISK.

KARA ZA NIEDOŁĘSTWO.

PIERWSZY SMUTEK.

WIDZENIA.

RZECZYWISTOŚĆ.

DLACZEGO SYNOWIE NIEKIEDY WYJEŻDŻAJĄ ZAGRANICĘ?

ZNOWU POŻEGNANIE.

FILOZOFJA KUCHENNA.

WYPĘDZENI WRACAJĄ.

ZATRZYMYWANI ODCHODZĄ.

NOWINA O CÓRCE.

WIADOMOŚĆ O SYNIE.

POMOC GOTOWA.

RÓJ PO ODLOCIE MATKI.

PAN ZGIERSKI ZADOWOLONY.

CHAOS.

CZŁOWIEK, KTÓRY UCIEKA PRZED SAMYM SOBĄ.

CO MOŻNA SPOTKAĆ NA DRODZE.

PRZEBUDZENIE.

STARE I NOWE ZNAJOMOŚCI.

PIERWSZY PROJEKT.

SERCA ZACZYNAJĄ FERMENTOWAĆ.

WSPÓLNICZKA.

DWAJ KONKURENCI.

MARZENIA.

POKÓJ W OBERŻY.

DZIAŁALNOŚĆ MADZI.

KONCERT W MAŁEM MIASTECZKU.

ECHA KONCERTU.

EKS-PARALITYCZKA ZACZYNA REAGOWAĆ.

OŚWIADCZYNY.

ECHA OŚWIADCZYN.

PRZECHADZKI CMENTARNE.

GDZIE SIĘ KOŃCZĄ.

ECHO PRZECHADZEK PO CMENTARZU.

WALKA Z CIENIEM.

CIEŃ ZWYCIĘŻA.

DNIE POMYŚLNE.

DRUGA WSPÓLNICZKA.

CO KOSZTUJE POWODZENIE?

RADA FAMILIJNA.

WYJAZD.

POWRÓT.

DOM Z GUWERNANTKĄ.

BODAJEŚ UCZYŁ CUDZE DZIECI.

NIEPOKOJE PANI KORKOWICZOWEJ.

RAUT Z BOHATEREM.

SOLSCY PRZYJEŻDŻAJĄ.

SŁÓWKO JASNOWIDZĄCEJ.

DOLA GUWERNERSKA.

NARESZCIE — ZŁOŻYLI WIZYTĘ.

DOM PRZYJACIÓŁ.

NA NOWEM STANOWISKU.

W JAKI SPOSÓB OŻYWIA SIĘ PUSTKA.

ECHA PRZESZŁOŚCI.

SESJA.

ODGŁOSY Z INNEGO ŚWIATA.

PAN ZGIERSKI WCHODZI.

BRAT I SIOSTRA.

CO ZROBIŁ SPIRYTYZM A CO ATEIZM?

BOGACZ, KTÓRY SZUKAŁ PRACY.

MAŁE FUNDAMENTA DUŻYCH CELÓW.

CUKROWNIA WIDZIANA Z GÓRY.

SPIRITUS FLAT, UBI VULT.

ZNOWU ECHO PRZESZŁOŚCI.

STUDENT, KTÓRY JUŻ ZOSTAŁ LEKARZEM.

NIEBEZPIECZNE STRONY WDZIĘCZNOŚCI.

LETNI WIECZÓR.

CZEGO POTRZEBA DO ZERWANIA STOSUNKÓW?

CO ROBI MĘDRZEC, A CO PLOTKARZ?

W NOWEM GNIEŹDZIE.

PAN KAZIMIERZ.

ZNOWU ECHA PRZESZŁOŚCI.

SPACER.

PAN KAZIMIERZ ZOSTAJE BOHATEREM.

ODSŁANIA SIĘ NOWY HORYZONT.

MROK I ŚWIATŁO.

…………

…………

…………

ODJAZD.

OCZEKIWANIE.

NA JAKIE BRZEGI NIEKIEDY WYRZUCAJĄ FALE ŚWIATA?

Bolesław Prus

(Aleksander Głowacki)

EMANCYPANTKI

POWIEŚĆ

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Bolesława Prusa.

Autor: nieznany (XIXw.).

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-12-0

ENERGJA KOBIET I MĘSKIE NIEDOŁĘSTWO.

 Około roku 1870, najznakomitszą szkołą żeńską w Warszawie była pensja pani Latter.

 Stamtąd wychodziły najlepsze matki, wzorowe obywatelki i szczęśliwe żony. Ile razy gazety donosiły o ślubie panny majętnej, dystyngowanej i dobrze wychodzącej zamąż, można było założyć się, że, między zaletami dziewicy, znajdzie się wzmianka, iż taka to a taka, tak a tak ubrana, tak a tak piękna i promieniejąca szczęściem oblubienica, ukończyła pensję — pani Latter.

 Po każdej podobnej wzmiance, na pensję pani Latter wstępowało kilka nowych uczenic, jako przychodnie, albo jako stałe mieszkanki zakładu.

 Nie dziw, że i pani Latter, której pensja tyle szczęścia przynosiła jej wychowanicom, sama była uważana za osobę szczęśliwą. Mówiono o niej, że choć zaczęła pracę skromnemi funduszami, musi jednak posiadać kilkadziesiąt tysięcy rubli gotówką; nie wiedziano tylko, czy kapitał jest umieszczony na hipotekach, czy w banku? Nikt o majątku nie wątpił, widząc balowe stroje jej córki, Heleny, prześlicznej dziewiętnastoletniej panienki, a nadewszystko słysząc o wydatkach syna, Kazimierza, który nie żałował pieniędzy.

 Nie gorszono się jednak ani strojami panny, ani szykiem kawalera, jedno bowiem i drugie trzymało się pewnych granic. Panna Helena występowała na zebraniach świetnie, ale rzadko; zaś pan Kazimierz wybierał się kończyć edukację zagranicą i bawił w Warszawie tylko chwilowo. Mógł więc sobie pozwolić.

 Znajomi szeptali, że pani Latter nie bez racji życzliwie patrzy na wybryki młodego, który, w towarzystwie dystyngowanej młodzieży warszawskiej, leczył się z demokratycznych mrzonek. Nawet podziwiano rozum i takt matki, która zamiast gromić chłopca za to, że nasiąknął zgubnemi teorjami, pozwoliła mu odrodzić się zapomocą wykwintnego życia.

 — Kiedy młody przywyknie do towarzystw, gdzie nosi się czystą bieliznę, to przestanie zapuszczać długie włosy i potarganą brodę — mówili znajomi.

 Młody przywykł bardzo prędko do strzyżenia włosów i czystej bielizny, a nawet zrobił się skończonym elegantem, tak, że w połowie października zaczęto mówić, iż wkrótce wyjeżdża zagranicę, w celu studjowania nauk społecznych. Rozumie się, że miał jechać nie młody Latter, ale młody Norski. Pani Latter bowiem z pierwszego męża nazywała się Norska, a Helena i Kazimierz byli jej dziećmi z tamtego związku.

 Drugi mąż, pan Latter... Ale o niego mniejsza. Dość, że pani Latter, od chwili założenia pensji, nosiła wdowie szaty. Że zaś po kilka razy do roku jeździła na Powązki i ozdabiała kwiatami grób pierwszego małżonka, więc nikt nie pytał się, czy i drugi małżonek spoczywa na Powązkach, czy gdzie indziej.

 Trudno dziwić się, że pani Latter, której los po dwakroć zdruzgotał serce, była chłodna w stosunkach i miała surową powierzchowność.

 Pomimo lat czterdziestu kilku, była jeszcze piękną kobietą. Wzrostu więcej niż średniego, nie okazałej tuszy, ale i nie szczupła, miała czarne włosy nieco przyprószone siwizną, rysy wyraziste, płeć śniadą i prześliczne oczy. Znawcy twierdzili, że takiemi oczyma pani Latter mogłaby zawojować niejednego bogatego wdowca, z pomiędzy tych, których córki mieszkały u niej, lub chodziły na jej pensję. Nieszczęściem, właścicielka „czarnych diamentów“ miała spojrzenie raczej przenikliwe, aniżeli tkliwe, co w połączeniu z wąskiemi ustami i postawą imponującą budziło dla niej przedewszystkiem — szacunek, zarówno w kobietach, jak i w mężczyznach.

 Uczenice bały się jej, choć nigdy nie podnosiła głosu. Najmocniej rozbawiona klasa milkła odrazu, jeżeli w sąsiedniej sali dzieci usłyszały w pewien charakterystyczny sposób otwierane drzwi i równy chód przełożonej.

 Damy klasowe, a nawet profesorowie podziwiali magiczny wpływ pani Latter na pensjonarki. Matki, mające dorosłe panny na wydaniu, z niepokojem myślały o jej córce, Helenie; jakgdyby młoda piękność mogła pozabierać im wszystkie partje i złamać przyszłość wszystkim gotującym się do małżeństwa dziewicom. Niejeden zaś zamożny ojciec wątłego i brzydkiego syna myślał:

 — Ten hultaj Norski zabrał zdrowie i piękność dziesięciu takim jak mój Kajtuś, choć i to chłopak niczego!

 Była więc pani Latter na wszelki sposób szczęśliwą: zazdroszczono jej majątku, powagi, pensji, dzieci, nawet oczu. Mimo to, na jej czole coraz głębiej rysowała się zagadkowa zmarszczka, na twarz coraz niżej zsuwał się cień, niewiadomo skąd padający, a oczy coraz przenikliwiej wpatrywały się gdzieś poza ludzi, jakby usiłując dojrzeć wypadki niewidzialne dla innych.

 W tej chwili pani Latter spaceruje po swoim gabinecie, którego okna wychodzą na Wisłę. Jest już schyłek października, o czem mówi rudo-żółtawe światło, którem słońce, kryjąc się za Warszawą, pomalowało domy Pragi, kominy odległych fabryk i szare, zamglone pola. Światło jest zwiędłe, jakby zaraziło się od zwiędłych liści, albo nasiąkło rudą parą lokomotywy, która w tej chwili sunie daleko poza Pragę i znika jeszcze dalej, uwożąc jakichś ludzi, może jakieś nadzieje. Szkaradne światło, które przypomina schyłek października, szkaradna lokomotywa, która każe myśleć, że wszystko na tym świecie jest w nieustannym ruchu i znika dla nas, ażeby pokazać się innym, gdzie indziej.

 Pani Latter cicho stąpa po dywanie gabinetu, który ma wygląd męskiej pracowni. Czasem spogląda w okna, gdzie zwiędłe światło przypomina jej koniec października, a niekiedy rzuca okiem na dębowe biurko, gdzie leży kilka wielkich książek rachunkowych, nad któremi pochyla się biust Sokratesa. Ale zmarszczone czoło mędrca nie wróży jej nic dobrego; więc ściska założone na piersiach ręce i chodząc, przyśpiesza kroku, jakgdyby pragnęła już gdzieś dojść, byle prędzej. Oczy jej błyszczą mocniej niż zwykle, usta zacinają się węziej, a na twarz coraz głębiej zapada ów cień, którego nie mogła odegnać ani piękność jej dzieci, ani opinja, jaką ona sama cieszy się u ludzi.

 W salonie poczekalnym regulator wydzwonił wpół do piątej, w jej gabinecie duży zegar angielski jeszcze uroczyściej wybił wpół do piątej i w dalszych pokojach dźwięk ten cieniutko i spiesznie powtórzył jakiś mały zegarek. Pani Latter zbliżyła się do biurka i zadzwoniła.

 Drgnęła ciemna kotara, cicho otworzyły się drzwi poczekalni i w progu stanął wysoki służący we fraku, z siwemi faworytami.

 — O której godzinie oddał Stanisław list panu Zgierskiemu?

 — Przed pierwszą, jaśnie pani.

 — Jemu samemu?

 — Do własnych rąk — odparł służący.

 — Możesz odejść. A jeżeli kto z gości przyjdzie, wprowadź zaraz.

 „Półtrzeciej godziny każe mi czekać, oczywiście nie mogę na niego rachować...“ — pomyślała pani.

 „Naturalnie — ciągnęła w duchu — on doskonale rozumie położenie. Do Nowego Roku potrzebuję siedem tysięcy sześćset rubli, od przychodzących będę miała dwa tysiące pięćset, za stałe zwrócą mi najwyżej tysiąc pięćset, więc jest cztery tysiące. A gdzie reszta?... Po Nowym Roku?... Po Nowym Roku okaże się, że dochód jest o cztery tysiące rubli mniejszy, aniżeli w latach poprzednich. Co się tu łudzić! Sześć stałych i dwadzieścia przychodzących ubyło i na rok następny nie przybędą i już nigdy nie przybędą... Zostaje czystego dochodu najwyżej tysiąc rubli rocznie, co mogłoby wystarczyć dla jednej osoby, ale nie dla nas trojga... A co dalej?... Na pokrycie mniejszego długu zaciąga się większy dług, potem jeszcze większy, więc w rezultacie musi się to wszystko skończyć... Zgierski otwiera mi oczy bez ceremonji; on nie łudzi się...“

 Życie pani Latter tak było wypełnione cyframi, cyfry tak dręczyły jej wyobraźnię, że na cokolwiek zwróciła oczy, wszędzie widziała cyfry. Rozpierały one księgi rachunkowe, leżące na biurku, wyskakiwały z ogromnego złoconego kałamarza, pełzały po angielskich sztychach, ozdabiających ściany gabinetu. A ile ich kryło się w ciężkich fałdach firanek, ile za szkłem rzeźbionej bibljoteki, ile tłoczyło się w cieniu każdej portjery — niktby nie zliczył.

 Ażeby oderwać uwagę od szczupłych, dokuczliwych widziadeł, pani Latter podniosła głowę i stanąwszy na środku gabinetu, zaczęła słuchać, co się dzieje na górze. Znajdował się tam salonik, w którym pensjonarki przyjmowały odwiedzających gości; lecz w tej chwili nie było gości, gdyż przez salonik ciągle przechodziły uczenice. Oto dwie starsze idą, z sypialni do klas, krokiem równym, zapewne trzymając się pod ręce; oto przebiega jakaś pierwszo- albo drugoklasistka; oto jedna wkoło obchodzi salonik, może uczy się; którejś innej upadła książka.

 Wtem słychać ciężkie i szerokie kroki — to panna Howard, najznakomitsza nauczycielka pensji.

 — Ach, ta Howard!... — szepnęła pani Latter. — Ta kobieta nieszczęście mi przyniosła...

 Równocześnie z wejściem panny Howard, spacerujące uczenice uciekają z górnej salki, do której wchodzi kilka osób. Jedna, dwie i ktoś trzeci starszy... Ciężkie kroki panny Howard stały się szybsze i drobniejsze, słychać przesuwanie krzeseł. Oczywiście, ktoś przyszedł z wizytą.

 „Może Malinowska, ta przyjaciółka Howardówny, zwiedza mi pensję?... — myśli pani Latter. — Do tych warjatek wszystko podobne!... Ma kilkanaście tysięcy rubli, więc zakłada pensję, ażeby mnie zrujnować... Naturalnie, że straci je we dwa lata, ponieważ zdaje się jej, że jest powołaną, ażeby zrobić przewrót w wychowaniu dziewcząt. Howardówna napisze jej program... Cha! cha!... To ucieszą się redakcje, które na jakiś czas przestanie kataplazmować artykułami. Kobiety samodzielne!... Ja nie jestem samodzielną, bo z niczego stworzyłam pensję; dopiero one będą uczyły mnie samodzielności za trzynaście tysięcy rubli, które Malinowska chce zmarnować, według przepisów Howardówny...“

 Skazówka angielskiego zegara powoli zbliża się do piątej, przypominając pani Latter, że nadchodzi wieczorna serja jej przyjęć. Przypomina jej zarazem, że przez ten oto gabinet przesunęło się już wiele tysięcy osób, które czegoś żądały, prosiły, o coś zapytywały. Każda otrzymała odpowiedź, radę, wyjaśnienie i — co z tego?... Co zostało z tych tysięcy rad, udzielonych innym?... Nic. Ciągle pogłębiający się deficyt na dziś, a możliwe bankructwo na jutro.

 — A... nie dam się!... — szepnęła pani Latter, chwytając się oburącz za głowę. — Nie dam się... nie dam moich dzieci, nic nie dam! To nieprawda, ażeby były położenia bez wyjścia... Jeżeli w Warszawie jest pensyj za wiele, upadną słabsze, nie moja.

 Bystry jej słuch uchwycił szmer w poczekalni. Ktoś, zamiast dzwonić, poruszył parę razy klamką, a gdy lokaj otworzył drzwi, ktoś rozbierał się powoli i rozmawiał półgłosem.

 Pani Latter skrzywiła usta, odgadując z przygotowań, że taki gość przychodzi w swoim, nie w jej interesie.

 We drzwiach ukazały się siwe faworyty służącego, który szepnął:

 — Ten... pan profesor.

 A w chwilę później wszedł do gabinetu człowiek w czarnym surducie, tęgi, średniego wzrostu. Miał twarz bladą, jakby nalaną, apatyczne spojrzenie z wyrazem dobroci, na łysinie kosmyk włosów, który, jak ciemna kresa, ciągnął mu się nad czołem od strony prawej ku lewej. Gość, idąc zwolna, wysoko podnosił kolana i trzymał duży palec lewej ręki za klapą surduta, co wszystko razem zdawało się świadczyć, że łagodny ten człowiek nie odznacza się energją.

 Pani Latter, stojąc z założonemi na piersiach rękami, utopiła pałający wzrok w jego szklanych oczach; ale gość był tak flegmatyczny, że nawet nie zmieszał się jej spojrzeniem.

 — Właśnie... — zaczął.

 W tej chwili regulator, zegar angielski i mały zegarek w dalszych pokojach na rozmaity sposób wybiły piątą.

 Gość zawiesił mowę, jakby nie chcąc przeszkadzać zegarom, a gdy umilkły, znowu zaczął:

 — Właśnie...

 — Zdecydowałam się — przerywa mu pani Latter. — Nie sześć, ale dwanaście lekcyj tygodniowo będzie miał pan u mnie...

 — Bardzo...

 — Sześć jeografji i sześć nauk przyrodniczych.

 — Bardzo... — powtórzył gość, kiwnąwszy parę razy głową, lecz nie wyjmując wielkiego palca lewej ręki z poza klapy surduta, co już zaczęło irytować panią Latter.

 Znowu mu przerwała, mówiąc:

 — Przyniesie to panu profesorowi czterdzieści osiem rubli miesięcznie.

 Gość zamknął usta, lecz zaczął szybko bębnić palcami lewej ręki po klapie surduta. Potem, skierowawszy łagodne oczy na nerwową twarz pani Latter, rzekł:

 — To chyba nie po dziesięć złotych godzina?

 — Po rublu — odpowiedziała przełożona.

 Do poczekalni ktoś energicznie zadzwonił i wszedł z szelestem.

 — Zdaje mi się, że mój poprzednik brał po dwa ruble za godzinę?

 — Dziś nie jesteśmy w stanie płacić za te przedmioty więcej niż rubla... Zresztą mamy trzech kandydatów — rzekła pani Latter, patrząc na drzwi.

 — To dobrze — odparł gość, zawsze z równym spokojem. — Możeby jednak wzamian moja siostrzeniczka...

 — Pomówimy o tem jutro, jeżeli pan łaskaw — przerwała z ukłonem.

 Gość, nie zdradzając zdziwienia, chwilę postał, zebrał rozpierzchniętą myśl i kiwnąwszy głową, opuścił gabinet. Idąc, podnosił kolana równie wysoko jak pierwej i nie wyjmował palca z poza klapy surduta.

 „Skończony safanduła!“ pomyślała pani Latter.

 Lokaj otworzył drzwi, przez które z poczekalni wtoczyła się nieduża, ale tęga i rumiana dama, w jedwabnej sukni, orzechowego koloru. Zdawało się, że rozpuszczona jej szata napełnia szelestem cały pokój i że reszta dziennego światła ucieka przed blaskami jej dewizek, pierścieni, branzolet, tudzież świecideł, połyskujących na rozmaitych punktach głowy.

 Pani Latter, przywitawszy ją, podprowadziła do skórzanej kanapy, na której dama usiadła w taki sposób, jakby zamiast usiąść, skróciła swój nieduży wzrost i jeszcze bardziej rozpuściła suknię. Gdy służący zapalił parę lamp gazowych, można było przypuścić, że dama w pulchnych rękach z trudem utrzymuje cały potop jedwabnej materji, która może zatopić gabinet.

 — Odprowadziłam na górę moje panienki — zaczęła dama — i chcę prosić, ażeby pani pozwoliła im jeszcze jutro pożegnać się ze mną.

 — Pani jutro wyjeżdża?

 — Ach, pani, tak, wieczorem — westchnęła dama. — Dziesięć mil koleją, a potem trzy mile karetą. Jedyną dla mnie pociechą w podróży będzie to, że moje dzieci zostaną pod opieką pani. Cóżto za dystyngowana osoba panna Howard i co za pensja!...

 Pani Latter na znak podziękowania schyliła głowę.

 — Takich schodów nie widziałam na żadnej pensji — mówiła dama, oddając ukłon z wdziękiem, który odpowiadał obfitości jej orzechowej sukni. — I lokal prześliczny, tylko... mam do pani prośbę — dodała z lubym uśmiechem. — Mój brat darował dziewczynkom bardzo ładne firanki nad łóżka, to z jego własnej fabryki. Czy nie możnaby zawiesić ich nad łóżeczkami?... Ja sama się tem zajmę...

 — Nie miałabym nic przeciw temu — odparła pani Latter — ale doktór nie pozwala. Mówi, że firanki w sypialniach tamują przepływ powietrza.

 — U pani leczy doktór Zarański? — przerwała dama. — Renomowany doktór! Znam go, bo przyjeżdżał do nas przed dwoma laty cztery razy z Warszawy (dziesięć mil koleją, a potem trzy mile powozem), kiedy mój mąż chorował, wybaczy pani, na pęcherz. Znam go doskonale (każdy przyjazd kosztował nas sto dwadzieścia rubli!), więc możeby dla moich dzieci zrobił wyjątek?...

 — Bardzo wątpię — odpowiedziała pani Latter — ponieważ w roku zeszłym nie pozwolił zawiesić firanek nad łóżkiem siostrzenicy hrabiego Kisiela, z którą mieszkają córeczki pani...

 — Aa!... jeżeli tak!... — westchnęła dama, ocierając twarz koronkową chusteczką.

 Nastała przerwa, w ciągu której zdawało się, że każda z pań chce coś powiedzieć i szuka właściwej formy. Dama w orzechowej sukni wpatrywała się w panią Latter, w miarę czego pani Latter usiłowała przybrać wyraz grzecznej obojętności. Ruchliwe oczy damy mówiły: „no, powiedz ty pierwej, to ja będę śmielsza,“ zaś posągowa twarz pani Latter odpowiadała: „nie, ty mnie zaatakuj, a wtedy ja cię zwyciężę.“

 W tej walce niecierpliwości z zimną krwią, ustąpiła dama w jedwabiach.

 — Chciałam jeszcze prosić pani — zaczęła — ażeby moje dziewczynki więcej pracowały nad talentami...

 — Słucham panią.

 — Jedna naprzykład mogłaby uczyć się grać na cytrze... Ten instrument bardzo lubi mój mąż; nawet ma cytrę, bo kiedy praktykował w Wiedniu, należał do klubu cytrzystów. Druga mogłaby uczyć się malować, choćby pastelami... To tak ładnie widzieć panienki malujące pastelami!... Kiedym była w zeszłym roku w Karlsbadzie — wszystkie młode Angielki, ile razy nie miały partji do krokieta, rozkładały albumy i malowały. To bardzo uwydatnia wdzięki młodej osoby...

 — Któraż z nich chce malować?

 — Która? Żadna nie chce — odpowiedziała z westchnieniem dama. — Ale ja myślę, że powinnaby uczyć się starsza, bo przecie pierwej musi wyjść zamąż.

 — Proszę pani, naco im te talenta?... — zapytała pani Latter miękkim głosem. — One, biedaczki, już i tak więcej niż inne pracują nad lekcjami...

 — A... nie spodziewałam się od pani takiego zdania! — odparła dama, poprawiając się na kanapie. — Jakto, więc talenta nie są potrzebne panience w naszych czasach, kiedy wszyscy mówią, że kobieta powinna być samodzielna, powinna kształcić się we wszystkich kierunkach?...

 — Ależ one czasu nie mają...

 — Czasu?... — powtórzyła dama z subtelną ironją. — Jeżeli mają czas na szycie bielizny dla podrzutków w ochronach...

 — Tym sposobem uczą się szyć.

 — Moje córki, dzięki Bogu, nie będą potrzebowały szyć — odparła dama z godnością. — Ale mniejsza. Jeżeli pani nie życzy sobie tego, muszą zaczekać.

 Pani Latter zimno się zrobiło przy ostatnich słowach. Więc znowu mają ubyć jej dwie pensjonarki, płacące dziewięćset rubli!...

 — W takim razie — ciągnęła dama, wysilając się na lodowatą słodycz — może pani zrobi przynajmniej tę łaskę, ażeby panienki tańczyły...

 — One uczą się tańczyć u pierwszorzędnego artysty baletu.

 — Tak, pani, ale tańczą tylko z sobą i nie spotykają młodzieży. Tymczasem dziś — mówiła dama z westchnieniem — kiedy świat żąda od kobiety, ażeby była samodzielną, kiedy młode Angielki ślizgają się i jeżdżą konno razem z chłopcami, nasze biedaczki są tak nieśmiałe w towarzystwie panów, że... ani be, ani me... Mój mąż jest zrozpaczony i mówi, że doreszty zgłupiały...

 — Pani, ja nie mogę zapraszać chłopców na lekcje tańca — odpowiedziała pani Latter.

 — Ha, w takim razie — rzekła, zniżając głos dama — nie zdziwi się pani, jeżeli od wakacyj...

 — Niczemu się nie dziwię — odparła pani Latter, której gniew uderzył do głowy. — Co się zaś tyczy rachunku...

 Dama złożyła pulchne rączki i rzekła tonem słodkim:

 — Właśnie chciałam uiścić resztę za pierwsze półrocze... Więc jestem pani winna?

 — Dwieście pięćdziesiąt rubli.

 Głos damy stał się jeszcze słodszym, kiedy mówiła, wydobywając z kieszeni portmonetkę.

 — Czy nie możnaby okrągło... dwieście?... Przecież niektóre panienki płacą u pani po czterysta rubli rocznie, a na innych pensjach... Szczerze powiem, że ani myślałabym odbierać dzieci z takiej wzorowej pensji, gdzie jest prawdziwie macierzyński dozór, porządek, piękne maniery, gdyby pani zgodziła się na osiemset rubli rocznie... Bo nie uwierzy pani, co to za straszne czasy dla nas... Jęczmień zdrożał o połowę, a chmiel... pani! Niech pani teraz doda, że mamy trzy mile najgorszej drogi do kolei, że mój biedny mąż ciągle choruje na pęcherz, a ja na przyszły rok znowu muszę jechać do Karlsbadu... Przysięgam pani, że niema dziś nieszczęśliwszych ludzi jak fabrykanci; a wszystkim się zdaje, że nam brak tylko ptasiego mleka... — zakończyła dama, ocierając tym razem webową chustką łzy, płynące z oczu. Przeznaczenie koronkowej chustki było inne.

 — Niechże będzie dwieście rubli na ten raz — odpowiedziała zwolna pani Latter.

 — Droga, kochana pani! — zawołała dama, jakby chcąc rzucić się jej na szyję.

 Pani Latter skłoniła się uprzejmie, wzięła dwie sturublówki i wyciąwszy kwit z księgi, podała go okrągłej damie, na której twarzy radość i tkliwość goniły się jak dwa obłoki na wypogadzającem się niebie.

 Wyprowadziwszy szeleszczącą i połyskującą damę do poczekalni i zatrzymawszy się aż wyjdzie, pani Latter rzekła do służącego:

 — Poproś pannę Howard.

 Wróciła do swego gabinetu i zaczęła chodzić rozdrażniona. Widziała przed sobą szklane oczy profesora, który trzymał wielki palec lewej ręki za klapą surduta i bez protestu zgodził się na zmniejszenie mu dochodów o dwadzieścia cztery ruble miesięcznie, a obok — orzechową suknię i lśniące klejnoty damy, która jej urwała pięćdziesiąt rubli na półroczu.

 „Ach, trudno!... — rzekła do siebie. — Kto potrzebuje, ten musi ustępować. Tak było, jest i będzie...“

 Zapukano do drzwi.

 — Proszę wejść.

 Drzwi uchyliły się i nie weszła, ale wpadła osiemnastoletnia panienka, a potem nagle zatrzymała się wobec przełożonej. Była to osóbka średniego wzrostu, brunetka, o rysach okrągłych. Na niewysokiem czole czarne loczki włosów rozrzuciły się jej, jakgdyby szybko biegła pod wiatr; szare oczy, śniada twarz i rozchylone karminowe usta tryskały zdrowiem, energją i wesołością, którą tylko obecność pani Latter hamowała od szalonego wybuchu.

 — A, Madzia... Jak się masz? — rzekła pani Latter.

 — Przychodzę powiedzieć — mówiła szybko panienka, kłaniając się po pensjonarsku — że byłam u Zosi Piaseckiej. Ma biedaczka trochę gorączki, ale to nic groźnego i tylko martwi się, że nie będzie jutro na lekcjach.

 — Całowałaś ją?

 — Nie pamiętam... Zresztą umyłam sobie twarz i ręce... To, proszę pani, nie może być nic złego — dodała z głębokiem przekonaniem — ona takie kochane, takie dobre dziecko...

 Pani Latter uśmiechnęła się.

 — Cóżto było w trzeciej klasie? — zapytała.

 — Ach, proszę pani — nic. Profesor najzacniejszy człowiek, ale niesłusznie się obraził. Myślał, że Zdanowska śmieje się z niego, a tymczasem było tak, że Sztenglówna pokazała jej na dachu kominiarza, no i ta w śmiech... Proszę pani — mówiła błagającym głosem, jakby chodziło o ułaskawienie od ciężkich robót — niech się pani nie gniewa na Zdanowską. Ja już ułagodziłam pana profesora — ciągnęła figlarnym tonem — wzięłam go za rękę, spojrzałam mu pięknie w oczy, i on już źle nie myśli o Zdanowskiej. A tymczasem ta biedaczka tak płacze, tak rozpacza, że nawet mnie jest jej żal...

 — Nawet tobie?... — odparła przełożona. — Czy panna Howard jest na górze?

 — Jest. Właśnie jest teraz u niej z wizytą Hela i pan Kazimierz i rozmawiają o bardzo mądrych rzeczach...

 — Zapewne o samodzielności kobiet?

 — Nie, ale o tem, że kobiety powinny na siebie pracować, że nie powinny zanadto rozczulać się i że powinny być we wszystkiem takie jak mężczyźni: takie mądre, takie odważne... Ale zdaje mi się, że właśnie idzie tu panna Howard.

 — Przyjdź do mnie, Madziu, po szóstej, dam ci robotę — rzekła, śmiejąc się, pani Latter.

 Panienka znikła we drzwiach, prowadzących do poczekalni, a tymczasem środkowe drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich słuszna dama, w czarnej sukni. Miała długą twarz jednostajnie różowej barwy, włosy płowe jak woda wiślana podczas przyboru i figurę o tyle gładką, o ile wyprostowaną. Zwysoka kiwnęła głową pani Latter i rzekła kontraltem:

 — Pani chciała się ze mną widzieć?... — Powiedziała to tonem, poza którym czuć było frazes:

 „Kto chce widzieć się ze mną, mógłby przyjść do mnie.“

 Pani Latter posadziła nauczycielkę na kanapie, sama usiadła na fotelu i ściskając pannę Howard za długie ręce, rzekła serdecznym tonem:

 — Chciałam z panią porozmawiać, panno Klaro. Przedewszystkiem jednak proszę, ażeby pani nie posądzała mnie o zamiar obrażania jej...

 — Nie przypuszczam, ażeby ktokolwiek miał prawo obrażać mnie — odpowiedziała panna Howard, cofając z rąk przełożonej swoje ręce, które w tej chwili okryły się chłodną wilgocią.

 — Ja bardzo szanuję, panno Klaro, zdolności pani... — mówiła pani Latter, patrząc w blade oczy nauczycielki, na której czole ukazała się zmarszczka.

 — Podziwiam wiedzę pani, pracę, sumienność...

 Różowe oblicze panny Howard zaczęło się chmurzyć.

 — Szanuję charakter pani, wiem o ofiarach, jakie pani ponosi na cele ogólne...

 Twarz panny Howard pochmurniała coraz bardziej.

 — Z przyjemnością czytuję doskonałe artykuły pani...

 W tej chwili na obliczu panny Klary błysnęło coś, jak snop słonecznego światła, który rozdarł chmurę brzemienną piorunami.

 — Nie na wszystko zgadzam się — ciągnęła pani Latter — ale dużo nad niemi myślę...

 Fizjognomja panny Howard już wypogodziła się.

 — Walka z przesądem jest trudna — odparła rozpromieniona nauczycielka — więc uważam za najwyższy triumf dla siebie, jeżeli czytelnicy choćby tylko zastanawiają się nad memi artykułami.

 — Zatem rozumiemy się, panno Klaro.

 — Najzupełniej.

 — A teraz pozwoli pani zrobić sobie jedną uwagę? — zapytała przełożona.

 — Proszę...

 — Otóż, panno Klaro, dla dobra tej sprawy, której poświęciła się pani, niech pani będzie ostrożniejsza w rozmowach z uczenicami, osobliwie mniej rozwiniętemi i... z ich matkami...

 — Sądzi pani, że zagraża mi jakie niebezpieczeństwo?... — zawołała panna Howard głębokim kontraltem. — Ja jestem zdecydowana na wszystko!...

 — Na wszystko, rozumiem, ale chyba nie na to, ażeby przekręcano myśli pani. Przed chwilą była u mnie osoba, z którą pani na górze rozmawiała o samodzielności kobiet...

 — Czy Korkowiczowa, ta piwowarka?... Gęś prowincjonalna!... — wtrąciła panna Howard tonem pogardy.

 — Widzi pani, pani jest w tem położeniu, że może ją lekceważyć, ale ja muszę się z nią rachować!... I czy wie pani, jak ona skorzystała z rozmowy o samodzielności kobiet?... Oto żąda, aby jej córki uczyły się malować pastelami i grać na cytrze, a przedewszystkiem, ażeby jak najprędzej wyszły zamąż.

 Panna Howard rzuciła się na kanapie.

 — Ja jej do tego nie namawiałam! — zawołała. — Wszakże w artykule o wychowaniu naszych kobiet wyraźnie protestuję przeciw zmuszaniu dziewcząt do fortepianu, rysunków, nawet do tańca, jeżeli nie mają talentu, albo chęci. A w artykule o powołaniu kobiety napiętnowałam te lalki, które marzą o zrobieniu karjery przez zamążpójście... Wreszcie z tą panią nie rozmawiałam, jakiemi powinny być kobiety, ale o tem, jak one wychowują się w Anglji. Tam kobieta kształci się jak mężczyzna: uczy się łaciny, gimnastyki, konnej jazdy... Tam kobieta sama chodzi po ulicy, odbywa podróże... Tam kobieta jest istotą wolną i czczoną...

 — Czy pani zna Anglję? — nagle zapytała pani Latter.

 — Wiele o niej czytałam...

 — A ja tam byłam — przerwała pani Latter — i zapewniam panią, że wychowanie Angielek inaczej wygląda w naszej wyobraźni, a inaczej w rzeczywistości. Czy pani naprzykład uwierzyłaby, że tam niekiedy panienki dostają rózgą?...

 — Ale jeżdżą konno...

 — Jeżdżą te, które mają konie, albo na konie, tak jak i u nas.

 — Więc dziewczęta można uczyć konnej jazdy i gimnastyki — rzekła stanowczo panna Howard.

 — Można, ale na pensji nie można otwierać rajtszuli...

 — Ale można założyć salę gimnastyczną, można wykładać buchalterję, rzemiosła... — niecierpliwie odparła panna Howard.

 — A jeżeli rodzice nie życzą sobie tego, tylko chcą, żeby panny uczyły się malarstwa, albo tańczyły z chłopcami?...

 — Ciemnota rodziców nie może być programem wychowania ich dzieci. Od tego są zakłady naukowe, ażeby reformowały społeczeństwo.

 — A jeżeli z powodu reformy ucierpiałyby dochody zakładów naukowych? — spytała pani Latter.

 — W takim razie kierowniczki zakładów, ożywione poczuciem obowiązku społecznego, muszą zdecydować się na ofiary...

 Pani Latter potarła czoło ręką.

 — Czy sądzi pani, że każda przełożona pensji może ponosić ofiary, że ma środki?...

 — Kto nie ma środków, powinien ustąpić tym, którzy je mają — odpowiedziała panna Howard.

 — Ach, tak?... — rzekła przeciągle pani Latter, znowu pocierając czoło. — Boli mnie głowa, tyle dziś miałam zajęć... Więc panna Malinowska stanowczo otwiera pensję?...

 — Ona wolałaby zostać wspólniczką jakiejś znanej firmy i... ja ją namawiam, ażeby rozmówiła się z panią...

 Silny rumieniec wystąpił na twarz pani Latter. Przemknęła jej myśl, że taka spółka byłaby ratunkiem pensji, albo... może — jej ostateczną ruiną?... Wspólniczka musiałaby dowiedzieć się o finansowem położeniu, miałaby prawo zapytywać o każdego rubla, którego wydaje Kazio...

 — Ja nie będę wspólniczką panny Malinowskiej — rzekła pani Latter, spuszczając oczy.

 — Szkoda! — odpowiedziała sucho nauczycielka.

 — Ale pani, panno Klaro, będzie ostrożniejsza w rozmowie z uczenicami i... ich matkami?

 Panna Howard podniosła się z kanapy.

 — Tylko ja — rzekła — odpowiadam za własną nieostrożność, a przekonań moich zapierać się nie myślę...

 — Nawet, gdybym ja skutkiem tego traciła pensjonarki, które ich matka chce umieścić na pensji tańszej i bardziej postępowej?... — mówiła wolno i dobitnie pani Latter.

 — Nawet, gdybym ja sama miała stracić zajęcie u pani — odpowiedziała równie dobitnie panna Howard. — Należę do osób, które ani idei, ani obowiązków społecznych nie poświęcą widokom osobistym.

 — Więc czego pani chce ostatecznie?

 — Chcę zrobić kobietę samodzielną, chcę ją wychować do walki z życiem, chcę nareszcie... uwolnić ją z zależności od mężczyzn, którymi pogardzam!... — mówiła nauczycielka, a jej blade oczy płonęły chłodnym blaskiem. — Jeżeli zaś pani sądzi, że jestem u niej zbyteczną, mogę usunąć się od Nowego Roku. Pani szkodzą, czy tylko gniewają moje poglądy, a mnie męczy borykanie się z rutyną, rachowanie się z każdem słowem, walka z samą sobą...

 Ukłoniła się ceremonjalnie i wyszła, stawiając dłuższe kroki niż zwykle.

 — Histeryczka! — szepnęła do siebie pani Latter, znowu ściskając rękoma czoło.

 „Chce tu zaprowadzać buchalterję, rzemiosła, wówczas, kiedy rodzice pragną, ażeby córki malowały pastelami i jak najprędzej wychodziły zamąż!... I ja, dla tego rodzaju prób, miałabym poświęcić moje dzieci?...“ — myślała pani Latter.

 Z dalszych pokojów, przez otwarte drzwi, doleciała ją rozmowa:

 — Otóż założę się z panią — mówił dźwięczny głos męski — że najpóźniej od dziś za miesiąc sama pani będzie żądała, ażebym ją całował w rękę... Jesteś świadkiem, Hela... Wszystko zależy od wprawy.

 — Ale o co się zakładacie? — wtrącił głos żeński.

 — Ja nie zakładam się — odparł drugi głos żeński. — Nie dlatego, ażebym bała się przegranej, ale, nie chcę wygrać...

 — Tak odpowiadają kobiety naszej epoki! — odezwał się pierwszy głos ze śmiechem.

 — Ach, dzieciństwo!... -— odpowiedział mężczyzna. — To wcale nie nowa epoka, ale stare jak świat ceregiele kobiece...

 Do gabinetu weszła prześliczna para: córka i syn pani Latter. Oboje blondyni, oboje mieli czarne oczy i ciemne brwi, oboje byli podobni do siebie. Tylko w niej skupiły się wszystkie wdzięki kobiece, a w nim siła i zdrowie.

 Pani Latter z zachwytem patrzyła na nich.

 — Cóżto za zakłady? — spytała, całując córkę.

 — A to z Madzią — odpowiedziała panna Helena. — Kazio chce ją całować po rękach, a ona nie pozwala...

 — Zwykła uwertura. Dobry wieczór mateczce! — rzekł syn, witając się.

 — Tyle razy prosiłam cię, Kaziu...

 — Wiem, wiem, mateczko, ale to z rozpaczy...

 — Na tydzień przed pierwszym?...

 — Właśnie dlatego, że jeszcze tydzień! — westchnął syn.

 — Na serjo już nie masz pieniędzy? — zapytała pani Latter.

 — To są zbyt poważne sprawy, ażebym mógł żartować...

 — Ach, Kaziu, Kaziu!... Ileż chcesz? — rzekła pani Latter, odsuwając szufladę, w której leżały pieniądze.

 — Mateczka wie, że ja żadnemu pojedyńczemu kolorowi nie daję pierwszeństwa, ale lubię biały z różowym i niebieskim. To przez miłość dla rzeczypospolitej francuskiej.

 — Proszę cię, nie żartuj. Będziesz miał dosyć pięć rubli?...

 — Pięć rubli, matuchno?... na tydzień?... — mówił syn, całując jej rękę i gładząc nią sobie twarz z pieszczotą. — Przecież mateczka przeznaczyła mi sto rubli miesięcznie, a więc na tydzień...

 — Oj, Kaziu, Kaziu!... — szepnęła matka, licząc pieniądze.

 — Proszę cię, Kaziu, postaraj się, ażeby prędzej zaprowadzono emancypację kobiet. Może wówczas twoja biedna siostra dostanie choć czwartą część tego, co ty... — odezwała się panna Helena.

 Pani Latter spojrzała na nią z wymówką.

 — Chyba tak nie myślisz — rzekła. — Czy ja robię między wami jaką różnicę? czy ciebie mniej kocham, aniżeli jego?...

 — Mój Boże, alboż ja mówię coś podobnego? — odpowiedziała panienka, naciągając na ramiona białą chusteczkę. — Swoją drogą panna Howard ma słuszność, że my, dziewczęta, jesteśmy pokrzywdzone wobec chłopców. Kazio naprzykład, nie skończywszy jednego uniwersytetu, jedzie zagranicę na drugi i posiedzi tam ze cztery lata; a ja, ażeby pojechać zagranicę, musiałabym dostać suchot. To samo było w dzieciństwie, to samo będzie po wyjściu zamąż, aż do śmierci...

 Pani Latter wpatrywała się w nią pałającemi oczyma.

 — Więc i ciebie nawraca panna Howard i takie wykłada ci poglądy?...

 — Co mateczka jej słucha — odezwał się pan Kazimierz, chodząc po gabinecie z rękoma w kieszeniach. — Przecież nie panna Howard namawia ją, ażeby jechała zagranicę, tylko ona sama chce tego. Panna Howard, przeciwnie, tłomaczy jej, że kobiety powinny pracować na utrzymanie jak mężczyźni.

 — A jeżeli mężczyźni nie robią nic i jeszcze nie wystarcza im sto rubli na miesiąc?...

 — Helenko!... — upomniała ją matka.

 — Niechże mateczka do tego, co ona mówi, nie przywiązuje wagi! — odezwał się syn z uśmiechem. — Przecież ona pół godziny temu rozprawiała, że jak dąb musi dłużej rosnąć, aniżeli róża, tak mężczyzna musi kształcić się dłużej, aniżeli kobieta...

 — Mówiłam, bo ciągle mi to powtarzasz; ale myślę co innego.

 — Przepraszam cię, ja nie porównywam kobiet do róż, tylko do kartofli...

 — O, widzi mama, jakiej nabrał ogłady w swoich towarzystwach!... Szósta, muszę iść do Ady... No, bądź zdrów, mój dębie — mówiła panna Helena, biorąc w obie ręce głowę brata i całując go w czoło. — Tak długo uczysz się i tyle jeszcze masz przed sobą nauki, że zapewne jesteś ode mnie o wiele mądrzejszy. Może dlatego niezawsze cię rozumiem... Do widzenia, mateczko — dodała — za godzinę przyjdziemy tu z Adą. Może nas mateczka zaprosi na herbatę...

 Wyszła, śmiejąc się.

 Pan Kazimierz chodził po gabinecie z rękami w kieszeni i zwiesiwszy głowę na piersi, mówił:

 — Po każdem takiem odezwaniu się Heli czuję wyrzuty sumienia. — Może ja naprawdę już nie powinienem się kształcić, tylko pracować na siebie? Może ja jestem dla mamy ciężarem?...

 — Cóż ci znowu przychodzi do głowy, Kaziu? Przecie ja żyję tylko twojemi nadziejami, twoją przyszłością...

 — A ja daję mamie słowo honoru, wolałbym nie mieć suchego kawałka chleba, aniżeli być dla ciebie ciężarem! Przecież rozumiem, że dosyć wydaję i wydawać będę; ależ robię to dla zawiązania stosunków. A ile razy ogarnia mnie wstyd, że znajduję się w towarzystwie tej młodzieży utracjuszowskiej, zniszczonej, nie mającej poczucia żadnej wielkiej idei!... Ale muszę!... Szczęśliwym będę dopiero wówczas, kiedy, jako przedstawiciel mas, rzucę im w oczy...

 Zapukano, i po chwili weszła ładna szatynka, z wielkiemi ruchliwemi oczyma. Zapłoniła się jak niebo o wschodzie słońca i rzekła cichym głosem:

 — Proszę pani, moi krewni znowu mnie męczą, ażebym ich odwiedziła...

 Rumieniec jej spotęgował się.

 — Przecież dzisiaj twój dyżur, Joasiu — odpowiedziała pani Latter.

 — Wiem, proszę pani, i dlatego jestem zakłopotana... Ale obiecała mnie zastąpić panna Howard.

 Pan Kazimierz patrzył w okno.

 — Długoż ci twoi krewni będą tu jeszcze? — zapytała chmurnie pani Latter.

 — Jeszcze kilka dni, ale ja to wszystko odrobię... Całą zimę nie ruszę się...

 — Bodajby. Ha, idź, jeżeli tak chcesz, moje dziecko.

 Kiedy pan Kazimierz odwrócił się, szatynki już nie było.

 — Nie podobają mi się te ciągłe spacery — rzekła, jakby do siebie, pani Latter.

 — No, krewni, może jeszcze z prowincji... — wtrącił syn.

 — Howard, to nieszczęście dla całej pensji — mówiła, wzdychając, pani Latter. — Ona musi się mieszać do wszystkiego, ona wam nawet przewraca w głowach...

 — Mnie!... — roześmiał się pan Kazimierz. — Stara i brzydka, a przytem mądra. Ach, te baby piszące, te reformatorki...

 — Przecież i ty chcesz być reformatorem...

 Pan Kazimierz pochwycił matkę w objęcia i okrywając ją pocałunkami, mówił pieszczotliwie stłumionym głosem:

 — A, mateczko, to się nie godzi... Jeżeli mateczka widzi we mnie takiego reformatora, który sąsiaduje z panną Howard, to już wolę wstąpić na kolej żelazną. Za dziesięć lat dojdę do kilku tysięcy rubli pensji, potem ożenię się, utyję... Bo może ja naprawdę jestem dla matuchny ciężarem?...

 — Tylko tego nie mów, proszę cię.

 — Dobrze, już nigdy nie powiem. Teraz na dobranoc pocałuję mamę w oczko, a teraz w drugie... Nie będę dziś na twojej herbatce, matuchno, muszę iść. Tak mi tu u was spokojnie, a tam...

 — Gdzież idziesz?

 — Wpadnę do teatru, a później wstąpię na kolację... Ach, jak mnie to czasami męczy!...

 Znowu ucałował jej oczy, twarz i ręce, wychodząc, posłał jej z progu pocałunek i zniknął w poczekalni.

 „Biedne dziewczęta — myślała pani Latter — jak one muszą szaleć za nim.“

 Ode drzwi spojrzenie jej machinalnie padło na szufladę biurka, skąd niedawno dała synowi dwadzieścia pięć rubli. Wstrząsnęła się.

 „Co?... Będę żałować tego, co jemu daję?... — myślała. — Więc ma wstąpić do służby na kolej?... Nigdy, póki ja żyję!“

DUSZE I PIENIĄDZE.

 Godzina wieczornych posłuchań skończyła się. Z wieloletniego przyzwyczajenia, pani Latter usiadła przed swem męskiem biurkiem, skąd patrzył na nią zamyślony Sokrates, ogromny kałamarz i jeszcze ogromniejsze księgi. Dawnemi czasy w takiej chwili zabierała się do robienia rachunków, do czytania listów i do odpisywania na listy. Ale mniej więcej od roku, jej dawne zwyczaje uległy zmianie. Już nie przegląda rachunków, bo i co w nich zobaczy?... Zapowiedź deficytu. Nie odczytuje listów, bo dzisiaj wcale ich nie było; nie ma też chęci pisać listów, bo rezultat wie zgóry: niektórzy przyszlą pieniądze, a inni będą prosili o prolongatę. Więc poco pisać?

 Czuła, że od pewnego czasu ma mniej władzy nad biegiem wypadków; ale zato wypadki mają więcej władzy nad nią. Oto i w tej chwili, zamiast rachować, projektować, obmyślać sposoby, ona siedzi z rękoma opuszczonemi na poręcze fotelu i patrzy na widziadła, jakie przed nią rozsnuwa wyobraźnia. I znowu widzi tłustą jejmość, która chce uczyć swoje córki malarstwa i gry na cytrze, ale zato urywa pięćdziesiąt rubli od umówionej zapłaty. A potem widzi płowowłosą pannę Howard, która, chcąc kobiety zrobić samodzielnemi, pracuje nad zrujnowaniem jej, kobiety od kilkunastu lat samodzielnej!

 Nareszcie przychodzi jej na pamięć spokojna twarz nauczyciela jeografji, który bez protestu pozwolił sobie urwać dwadzieścia cztery ruble na miesiąc.

 „Safanduła! — mówi pani Latter z gniewem. — Ciepłe kluski, nie mężczyzna...“

 I owe ciepłe kluski przypominają jej, że nadchodzi termin rachunku z piekarzem i rzeźnikiem i że za lokal trzeba zapłacić dwa tysiące pięćset rubli za półrocze.

 „No, dziś mogę o tem nie myśleć — powiada sobie i otrząsa się. — Helenka jest u Ady, a Kazio zapewne ubiera się do teatru...“

 Lecz i dzisiejsza rozmowa z dziećmi nie nasuwa jej przyjemnych wspomnień. Jak to może być, ażeby Kazio do tej pory nie wyjechał zagranicę? Nie dlatego, że jest jej synem i że jest piękny, ale najsurowszy sędzia musiałby przyznać, że jest to wyjątkowy młodzieniec, o którym za kilka lat mówić będą w całej Europie.

 Co za ambicja, jaka dojrzałość, jak on się wstydzi swoich dzisiejszych przyjaciół, którzy nie mają wielkiej idei, i jakie to on sam musi mieć idee!... Czy podobna, Boże miłosierny, ażeby taki chłopiec nie mógł jechać zagranicę, jedynie dlatego, że matka nie ma gotowych tysiąca rubli?... Jak to może być, ażeby społeczeństwo nie posiadało instytucji dla dostarczania funduszów genjalnym młodzieńcom na wyższą edukację? Zaraz poszłaby tam i zastrzegłszy tajemnicę, powiedziałaby członkom zarządu:

 „Moi panowie, wychowałam kilka pokoleń waszych sióstr, żon i córek, lecz sama nie mam pieniędzy na dokończenie edukacji mego syna. Proszę więc o pomoc, nie w imię moich zasług i pracy, ale że Kazio jest to chłopak dzielny, szlachetny, genjalny. O, gdybyście wy tak znali go jak ja, uwierzylibyście, że nawet choćby mi był obcym, jeszcze troszczyłabym się jego przyszłością. Bo tylko spojrzyjcie na niego, zastanówcie się nad każdem jego słowem, spojrzeniem, ruchem... Ale poco to wszystko: tylko przyciśnijcie go do serca jak ja, a przekonacie się, co za nadzwyczajna dusza mieszka w tym ukochanym...“

 Pani Latter machinalnie załamuje ręce. Bo przecież niema instytucji, która pomagałaby genjalnym młodzieńcom, a choćby stworzono taką, czyliż członkowie zarządu uwierzyliby, że to, co ona mówi o synu, jest świętą prawdą, owocem chłodnej obserwacji, nie zaś macierzyńskiem uniesieniem? Czyliż ona nie zna ludzi, czy nie słyszała półsłówek, rzucanych na rachunek Kazia?... Co się zresztą dziwić obcym, jeżeli rodzona siostra i jeszcze dziewczyna tak wyjątkowa jak Helenka, niekiedy żartuje z głębokich odezwań się Kazia? A nawet ma pretensje, że wychowanie brata dużo kosztuje!...

 „Czy ty nie rozumiesz — mówi w duchu do córki — jaka różnica istnieje między kobietą i mężczyzną? Wszak jesteście oboje podobni do siebie jak bliźnięta, a mimo to — porównaj siebie z nim: jego głos, wzrost, spojrzenie, każdy ruch... Jeżeli ty jesteś kwiatem stworzenia, on jest jego panem i władcą... A dalej — pomyśl: czem są siły kobiety wobec męskich? Ja, której podziwiają rozum i energję, ledwie mogłam was wychować i utrzymać siebie. Tymczasem mężczyzna utrzymuje siebie i żonę, wychowuje kilkoro dzieci i jeszcze prowadzi fabryki, rządzi państwami, robi wynalazki...“

 W tej chwili przed wyobraźnią pani Latter przesuwa się cień mężczyzny, na którego widok rysy jej wyrażają nienawiść... Zrywa się z fotelu, zaczyna chodzić po gabinecie i przymusza się do myślenia o czem innem.

 Więc myśli, że od pewnego czasu, może od roku, dokoła niej zachodzą zmiany. Ubyła pewna liczba uczenic i pensjonarek, zmniejszyły się dochody, należało zastąpić kilku droższych nauczycieli tańszymi... Jednocześnie coraz częściej słyszy frazesy o samodzielności kobiet, jakby skierowane przeciw niej samej.

 Początkowo wyraz „samodzielność“ wymawiała tylko panna Howard, potem nauczycielki i damy klasowe, a dziś — powtarzają go starsze uczenice i nawet ich matki.

 „Co ma znaczyć ta ich samodzielność — myśli pani Latter. — Konna jazda i malarstwo?... to przecież rzeczy stare, jak świat. Walka z życiem?... ależ, mój Boże, od ilu lat ja walczę z życiem... Więc niezależność od mężczyzny?... Ach, gdyby one wiedziały, od jakiego ja się uwolniłam!... To, co one mówią, ja robię, albo zrobiłam oddawna i pomimo to, ja ich nie rozumiem, a one uważają mnie za przeszkodę. To samo, co ja, robi tysiące kobiet w każdem pokoleniu: przecież nawet były takie, które chodziły na wojnę! Więc dlaczego te rzeczy dziś ogłaszają się jako wynalazek, w dodatku zrobiony przez pannę Howard, która dużo mówi, ale nie zrobiła nic pozytywnego? Jest dobrą nauczycielką i tyle...“

 — Czy nie przeszkadzam?... — odezwał się za nią słodki głos.

 Pani Latter drgnęła.

 — Ach, Madzia!... — rzekła — dobrze, żeś przyszła.

 Panienka, zwana Madzią, a przez uczenice panną Magdaleną, weszła do gabinetu w wesołym nastroju ducha. Widać to było w jej figlarnych oczach, śmiejącej się twarzy, w całej zresztą postaci, która wyglądała tak, jakgdyby z panną Madzią dopiero co tańczyły jej uczenice i jeszcze wycałowały ją na zakończenie.

 Lecz spojrzawszy na panią Latter, Madzia odczuła, że wesołość w tem miejscu nie jest właściwą. Zdawało się jej, że przełożona ma zmartwienie, albo że się bardzo gniewa. Za co i na kogo?... Może na nią, za to, że przed chwilą tańczyła z czwartoklasistkami, ona, dama klasowa!

 — Chcę, Madziu, dać ci robotę. Wyręczysz mnie?... — rzekła pani Latter, siadając przed biurkiem.

 — Czy pani może się o to pytać? — odpowiedziała Madzia.

 I zarumieniła się, przyszło jej bowiem na myśl, że taka odpowiedź może wydać się pani Latter zuchwałą.

 Usiadła na brzegu kanapy i pochyliwszy głowę, przypatrywała się z pod oka przełożonej, chcąc odgadnąć, co jej dolega. Czy ona gniewa się, czy jest zmartwiona? Z pewnością gniewa się (naturalnie na nią) za tańce na górze. Przecież tyle razy mówiono jej, że dama klasowa powinna zachować powagę, właściwą swemu stanowisku. A kto wie, czy pani Latter nie gniewa się i za to, że ona całowała Zosię Piasecką i mogła zarazić całą pensję jakąś niezdecydowaną chorobą. A może o to, że wstawiała się za Zdanowską?...

 — Widzisz to, Madziu — odezwała się nagle pani Latter, wręczając jej paczkę papieru listowego i notatkę. — Tyle listów musisz napisać, rozumie się, jeżeli zechcesz.

 — Tylko tyle?... Ja dopiero wtedy byłabym prawdziwie szczęśliwą, gdyby mi pani kazała pisać wszystkie listy — zawołała Madzia takim tonem jak żołnierz, który chce poświęcić życie za swego wodza.

 — Oj, ty nieuleczalna entuzjastko!... Ale może i ty się kiedyś wyleczysz. Nawet prędzej, aniżeli myślę!... — rzekła zniżonym głosem pani Latter, a potem dodała:

 — Wyręczam się tobą w nudnej robocie, bo sądzę, że ci się to przyda. Czy ciągle projektujesz sobie założyć pensję?

 — Ach, pani, choćby dwu... choćby jednoklasową... To moje najwyższe marzenie! — zawołała Madzia, składając ręce.

 Pani Latter uśmiechnęła się.

 — Mam nadzieję, że zmieni się i to twoje najwyższe marzenie — mówiła. — Już pamiętam ich kilka. W szóstej klasie marzyłaś o klasztorze, w piątej myślałaś o śmierci i o tem, ażeby cię pochowano koniecznie w blado-niebieskiej trumience, a w trzeciej klasie, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi, chciałaś koniecznie zostać chłopcem.

 — Ach, pani... pani!... — wzdychała Madzia, zasłaniając rękoma twarz zarumienioną powyżej czoła. — Ach, jaka ja jestem... ach, ze mnie nic nigdy nie będzie...

 — Owszem, będzie, tylko pierwej wyrzekniesz się niejednego projektu, a przedewszystkiem tej pensji.

 — To, proszę pani, będzie tylko wstępna klasa...

 — Coraz lepiej! — uśmiechnęła się pani Latter. — Nim jednak założysz ową wstępną klasę, napisz listy do rodziców, wujów i ciotek naszych panienek. Pisz według tego szematu: u góry — Szanowny Panie lub Szanowna Pani, a niżej: Załączając stosownie do życzenia pani, (czy pana) kwit za pierwsze półrocze, mam honor przypomnieć, że do uzupełnienia rachunku należy nam się rubli... I liczbę wypiszesz wedle tej kartki.

 — To oni aż tyle są winni?... — zawołała z przestrachem Madzia, przeglądając notatkę.

 — Winni mi dwa razy więcej — odpowiedziała pani Latter. -— Tylko niektórzy zwrócą dopiero po Nowym Roku, a znajdą się i tacy, którzy nie zwrócą nigdy.

 Zerwała się z fotelu i założywszy ręce na piersiach, zaczęła chodzić po gabinecie.

 — Oto masz pensję, o której marzysz — mówiła, siląc się na spokój w głosie. — Oto są świetne dochody, za które panna Howard chce tu wprowadzać buchalterję, naukę rzemiosł, gimnastykę... Warjatka!... — syknęła pani Latter.

 — A ja myślałam, że ona taka rozumna... — wtrąciła tonem zdziwienia panienka. — Ach, jak ona pięknie mówi!... Jak ona tłomaczy, że dzisiejsza kobieta jest ciężarem dla społeczeństwa i niewolnicą rodziny, że kobiety powinny pracować narówni z mężczyznami, że powinny mieć te same prawa i że całe wychowanie powinno być zmienione...

 Drżąca z gniewu pani Latter zatrzymała się przed Madzią i poczęła mówić stłumionym głosem:

 — Dowiedzże się ty przynajmniej, co warte gadaniny tej... szalonej!... Widzisz, ile tysięcy rubli winni mi są i domyślasz się, ile tysięcy rubli ja potrzebuję mieć do Nowego Roku, ażeby nakarmić dzieci i zapłacić nauczycielom... Jeżeli więc dziś zachodzę w głowę... Ach! co ja plotę!... — szepnęła, trąc czoło. — Więc sama obrachuj: skąd w tych warunkach wziąć pieniędzy na wykłady nowych przedmiotów, skąd dzieci znazłyby czas na naukę?... Głowa mnie boli!...

 Przeszła się kilka razy, a potem, wziąwszy za ręce przestraszoną nauczycielkę, rzekła spokojniej:

 — Jestem trochę chora i zirytowana, a tobie ufam, moje dziecko, więc rozgadałam się. Wiem jednak, że...

 — Pani... czy pani mogłaby przypuścić, że ja powtórzę?... — spytała Madzia. A potem, spoglądając na panią Latter oczyma pełnemi łez i całując jej ręce, dodała:

 — Proszę pani, to... to ja zrzekam się mojej pensji...

 Przełożona przycisnęła usta do jej rozgorączkowanej głowy.

 — Dzieciaku, dzieciaku!... Jakąż różnicę może mi zrobić twoja biedna pensyjka, twoje piętnaście rubli miesięcznie? Ani myśl o niczem podobnem...

 W oczach Madzi błysnęła wielka myśl. Łzy jej obeschły.

 — Więc dobrze, proszę pani, ja będę brała pensję, ale pani mi zrobi jedną wielką łaskę...

 I nagle uklękła przed panią Latter, która, śmiejąc się, podniosła ją.

 — Cóżto za łaska?

 — Ja mam po babci — szepnęła Madzia, spuszczając oczy — ja mam... trzy tysiące rubli... Więc pani będzie taka dobra... taka kochana...

 — I wezmę od ciebie te pieniądze, czy tak?... Ach, ty niepoprawna! Przypomnij sobie, ile już przeznaczeń miały twoje pieniądze? Masz założyć pensję...

 — Już nie założę...

 — Wybornie; szybko się decydujesz. Miałaś pożyczyć pannie Howard tysiąc rubli... Chciałaś wziąć na swój koszt, aż do ukończenia edukacji...

 — Pani śmieje się ze mnie! — załkała Madzia.

 — Nie, ja tylko rachuję. Bo przecie masz jeszcze jechać zagranicę i znowu na swój koszt wziąć Helenkę...

 — Ach, pani, pani... — szlochała Madzia.

 — Całe szczęście, że ani tych pieniędzy nie masz w ręku, ani nie masz prawa rozporządzać niemi. Gdybyś była tak majętna, jak Ada... ha!... — rzekła, jakby do siebie, pani Latter.

 Twarz Madzi znowu ożywiła się i oczy jej błysnęły radością.

 — No, ale dość tego, moje dziecko. Idź na górę przez mój pokój sypialny, umyj buziaka i zabierz się do listów. Tylko nie popisz jakich awantur, roztrzepańcze — zakończyła pani Latter.

 Zawstydzona panienka zabrała papier i wyszła do sypialni, po drodze wylewając resztę łez. Było jej strasznie smutno i z tego powodu, że tak nagle dowiedziała się o pieniężnych kłopotach swojej przełożonej, i z tej racji, że samą siebie posądzała o spełnienie tysiącznych niedorzeczności.

 „Co ja naplotłam, co ja nagadałam głupstw! Nie, na całym świecie niema głupszego ode mnie stworzenia“ — myślała, szlochając.

 Pani Latter patrzyła za nią. W jej wyobraźni mimowolnie zarysowały się, jedna obok drugiej, dwie fizjognomje: ruchliwa twarz Madzi, na której co chwilę płonęło inne uczucie, i — posągowo piękne oblicze jej córki Heleny. Tamta współczuła wszystkiemu i wszystkim, ta była wiecznie spokojna.

 „Bardzo dobre dziecko, ale Helenka ma więcej godności. Ona tak nie zapala się“ — myślała pani Latter z dumą.

 A tymczasem Madzia, zanim usiadła do pisania listów, odmówiła pacierz, ażeby jej Bóg pozwolił, choćby ofiarą własnego życia, dopomóc pani Latter. Potem przypomniała sobie wiele innych osób, również mających kłopoty: chorą Zosię, okradzionego stróża, pewną uczenicę z piątej klasy, która kochała się bez nadziei w panu Kazimierzu Norskim, i — znowu uczuła potrzebę ofiarowania się i dla tych nieszczęśliwych.

 A ponieważ przyszło jej na myśl, że Pan Bóg nic zrobić nic zechce za modlitwę tak marnej jak ona istoty, więc, pełna zwątpienia i rozpaczy, usiadła do pisania listów, nucąc półgłosem:

 „Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa...“ Zdawało się jej, że właśnie ta melodja najlepiej odpowiada jej nicestwu i niemożności poświęcenia się za cały świat wogóle, a w szczególności za panią Latter, chorą Zosię, okradzionego stróża i nieszczęsną piątoklasistkę, która kochała bez nadziei.

ŚWITANIE MYŚLI.

 Od kilku dni panna Magdalena jest jakaś nieswoja. Oczy jej straciły blask, a zyskały głębię; śniada twarz pobladła, czarne włosy są prawie gładkie, co ich właścicielce nadaje wyraz żałobny.

 Młoda osoba od kilku dni źle sypia i źle jada. Jeżeli śmieje się, to tylko przez pomyłkę; jeżeli śpiewa, to przez zapomnienie, a jeżeli zrobi parę tanecznych turów z którą ze swoich uczenic, to całkiem automatycznie. Dusza panny Magdaleny nie bierze udziału w żadnym z tych objawów wesołości; panna Magdalena wie o tem, że jej dusza nie bierze dziś najmniejszego udziału w wesołości, i nie gniewałaby się, gdyby cały świat wiedział o tym interesującym nastroju jej duszy, pełnej troski i poważnych tajemnic.

 Ten okropny stan tak ciąży pannie Magdalenie, że mimowoli szuka jakiegoś towarzystwa i rozmowy.

 I dlatego, sama nie wiedząc kiedy, młoda nauczycielka znajduje się na progu sali piątej klasy i sama nie wiedząc poco, wywołuje z niej pewną ładniutką piątoklasistkę, która nieszczęśliwie kocha się w panu Kazimierzu, a w tej chwili pracuje nad ćwiczeniem niemieckiem. Kilka panienek w bronzowych sukienkach przybiegają do Magdaleny, całują jej twarz, włosy i szyję, ubolewają nad jej smutkiem i nad tem, że rosół przy obiedzie był taki niedobry, ale nadewszystko nad tem, że z powodu deszczu nie mogły wyjść na spacer. Panna Magdalena przytakuje im, ale robi to złamanym głosem. Więc panienki cofają się w głąb sali, potem, wziąwszy się pod ręce, idą w róg sali, coś szepczą i wskazują na nauczycielkę, z oznakami tak niewątpliwego współczucia, że Magdalenie robi się lżej na sercu. W jednej chwili ma ochotę, wobec całej klasy, odkryć swoją wielką tajemnicę; lecz w następnej chwili przypomina sobie, że owa tajemnica nie jest jej tajemnicą i — robi się jeszcze smutniejszą, jeszcze bardziej zamkniętą w sobie.

 Tymczasem zbliża się do niej owa piątoklasistka, na której współczucie Magdalena rachowała najwięcej, ale ma taką minę, jakby tajemnica nauczycielki nic a nic jej nie obchodziła, ponieważ ona sama nosi troskę, której wszystkie damy klasowe nie potrafiłyby zaradzić. Mimo to panna Magdalena prowadzi ją do gościnnego saloniku, sadza obok siebie na kanapie i mówi z westchnieniem:

 — Jakaś ty szczęśliwa, moja Zosiu!

 Piątoklasistka zapomina o wypracowaniu niemieckiem i wybucha płaczem.

 — Więc pani wie wszystko?... — mówi, tuląc się do jej ramienia.

 — Szczęśliwa jesteś — powtarza panna Magdalena — boś jeszcze za młoda nato, ażeby zrozumieć, jakie są dziwne stany duszy...

 Siedemnastoletnia uczenica ze zdumieniem spogląda na osiemnastoletnią nauczycielkę i odpowiada, marszcząc brwi:

 — Pani tak mówi, jak on powiedział, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się w korytarzyku, w tym... wie pani. Ja myślałam, że spalę się ze wstydu, a on mruknął: „Jaki to śliczny smarkacz!...“ Słyszała pani coś podobnego?... Myślałam, że go rozedrę, i w tej chwili uczułam, że go już nigdy kochać nie przestanę...

 Ciche łkania przerwały jej mowę.

 — Powiadam ci, Zosiu, że są niepokoje gorsze aniżeli miłość...

 — Ach, Boże, wiem, wiem... Ale zawsze pochodzą z miłości...

 — Jesteś głuptasek, moja Zosiu! — przerywa jej z godnością panna Magdalena. — Póki kobieta kocha, jest szczęśliwa, chociaż... nie powinnam z tobą mówić o takich rzeczach... Nieszczęście zaczyna się dopiero wtedy, kiedy kobieta zaczyna myśleć o sprawach poważnych, jak mężczyzna... Kiedy naprzykład myśli o pieniądzach, cudzych interesach, o uratowaniu kogoś z ciężkiej sytuacji...

 — O, jeżeli o mnie chodzi — wybucha Zosia z pałającemi oczyma — mnie nikt nie uratuje!... Od chwili, kiedy Jadzia Zajdler widziała, jak całował pannę Joannę, życie moje zostało złamane. Więc on nie dla mnie zaglądał do sal, nie mnie szukał, gdy patrzył na nasze okna z podwórka, i dlatego nie podniósł róży, którą mu wyrzuciłam... Ale ja nie będę im przeszkadzać; umrę, rozumie się, że nie dla tej kokietki, tylko dla niego... Niech zostanie szczęśliwy z kim chce, chociaż... mam przeczucie... że mnie kiedyś pożałuje...

 Mówiąc to, Zosia zalewa się łzami, a panna Magdalena patrzy na nią zdumiona.

 — Moja Zosiu, co ty wyplatasz? Kto całował Joasię?...

 — A któżby, jeżeli nie pan Kazimierz?... Zbałamuciła go ta drapieżnica, bo jej zazdrość...

 Panna Magdalena uroczyście podnosi się z kanapki i mówi:

 — Panna Joanna jest damą klasową i osobą przyzwoitą, która nigdy nie pozwoliłaby się całować panu Kazimierzowi.

 — Czy pani jest tego pewna?... — pyta Zosia, składając ręce.

 — Jestem najpewniejsza, a teraz żałuję, że wybrałam cię na powiernicę...

 — O, panno Magdaleno!... — błaga ją Zosia, płacząc i śmiejąc się.

 — Jesteś dziecko — przerywa jej surowo panna Magdalena — więc nie rozumiesz, że w życiu kobiety mogą być rzeczy ważniejsze, aniżeli jakieś tam uniesienia sercowe. Przekonasz się, kiedy zaczniesz myśleć o cudzych interesach i znajdziesz się w konieczności ratowania kogoś...

 — Ja już jestem uratowana... już nie umrę, panno Magdaleno... Teraz wszystko rozumiem! Jadzia musi się sama w nim kochać, więc rzuca oszczerstwa, ażeby mnie zniechęcić... O, ja domyśliłam się tego!...

 Całuje pannę Magdalenę bez miary i liczby, ociera oczy i ucieka z sali gościnnej.

 „Jaka ona głupiutka!... — myśli panna Magdalena o swojej młodej przyjaciółce. — Gdyby jej pani Latter powiedziała to, co mnie, i gdyby jej przyszło obmyślać sposoby dopomożenia przełożonej, zarazby miłość wywietrzała... Swoją drogą Ada musi przełożonej pożyczyć pieniędzy: ale co tymczasem stanie się z moją głową!...“

 Pannie Magdalenie jest coraz smutniej i ciężej. Już nie o to jej chodzi, ażeby podzielić się z kimś wielką tajemnicą, ale żeby dowiedzieć się: czy w każdym człowieku budzenie się świadomej myśli łączy się z takim niepokojem? Przecie już we wstępnej klasie, a nawet jeszcze w domu, kazano jej myśleć; przecież już siedem lat myślała, według szkolnego programu, będąc na pensji, a potem rok bez programu, będąc damą klasową, i — jeszcze nigdy myślenie nie wydało jej się czemś tak nowem i oryginalnem!

 Czuła, że po owej rozmowie z panią Latter w duszy jej wytrysło źródło psychicznych procesów, których dotychczas nie odgadywała, choć od pierwszej klasy nazywano ją dzieckiem myślącem.

 „Pewnie musiała się zbudzić we mnie samodzielność, o której mówi panna Howard — rzekła do siebie Magdalena. — Nie — myślała dalej — ja nie powinnam unikać tej kobiety, bo ona jedna może mi wytłomaczyć stan mojej duszy...“

 Pod wpływem tej uwagi skierowała się do drzwi pokoju panny Howard; usłyszawszy zaś rozmowę — zapukała.

 W pokoju były trzy osoby. Przedewszystkiem panna Howard, która, siedząc na fotelu, z założonemi na piersiach rękoma, rozprawiała. Naprzeciw niej, na wyplatanem krześle kręcił się, niedbale ubrany, ale zato bardzo nieuczesany student uniwersytetu, z wytartą czapką w ręku. Zaś na taburecie, oparta o poręcz fotelu panny Howard, jakby kryła się za nauczycielką, prześliczna szóstoklasistka Mania Lewińska, odznaczająca się twarzą dziecka, a oczyma dojrzałej kobiety.

 Magdalena spostrzegła, że Mania Lewińska patrzy na studenta z wyrazem spokojnego zachwytu, że panna Klara pożera go wzrokiem, i że on spogląda na pannę Howard, lecz myśli o ukrytej za jej fotelem Mani.

 — Prosimy! — zawołała panna Howard, wyciągając rękę. — Pan Władysław Kotowski, panna Magdalenia Brzeska.

 Zaprezentowani ukłonili się sobie, przyczem rozczochrany student miał minę niezadowoloną z nowego gościa. Gdy jednak Magdalena usiadła w ten sposób, że nie zasłoniła Mani Lewińskiej i nie mogła śledzić jego spojrzeń, uspokoił się.

 — Szkoda, że pani nie przyszła przed kwadransem -— rzekła panna Howard. — Właśnie czytałam mój artykuł, który pan zabiera do „Przeglądu.“ Rozwijam pomysł, ażeby nieprawym dzieciom państwo dawało nazwiska, edukację i uposażenie; a im lepsze będą nazwiska i wyższa edukacja, tem więcej będą szanowane nieprawe dzieci i, co z tego wynika, kwestja zostanie rozwiązana. Bo, dopóki kobiety, nawet w tak naturalnych rzeczach, muszą się oglądać na mężczyzn...

 Magdalena myślała, że zapadnie się pod ziemię, lecz Mania, jakby nie słysząc, patrzyła dobremi oczyma na studenta, który kręcił się, rumienił i miętosił czapkę.

 — Sądzisz pan — zwróciła się panna Howard do studenta — że w moich słowach kryje się niedorzeczność?...

 — Ja, proszę pani, nic nie sądzę — odparł nieledwie przestraszony student.

 — Ale tak pan myślisz... O, bo ja, jak w otwartej księdze, czytam w duszy pańskiej, nawet tajemnice, które pragnąłbyś ukryć przed samym sobą...

 Usłyszawszy to, Mania oblała się rumieńcem, a niemniej zawstydzony pan Władysław zrobił ruch, jakby miał zamiar schować głowę pod krzesło.

 — Zapominasz jednak — ciągnęła panna Howard — że ja nie mówię wogóle o mężczyznach, ale o tym jednym, którego kobiecie narzuca dzisiejsze społeczeństwo, a który nazywa się mężem...

 W ten sposób panna Howard mówiła jeszcze kilka minut pięknym kontraltem, ale — o czem?... Magdalena nie umiałaby powtórzyć. Zdawało jej się tylko, że różowa i płowowłosa apostołka samodzielności kobiet mówi (wobec studenta!) rzeczy tak nieprzyzwoite, że dla niesłyszenia ich potrzeba myśleć o czem innem. A ponieważ własne myśli plątały się jej, więc zaczęła odmawiać w duchu: Ojcze nasz i Zdrowaś Marja. I rzeczywiście, obie te modlitwy o tyle pochłonęły jej uwagę, że patrzyła na pannę Howard, słyszała jej głos dźwięczny, lecz nic nie rozumiała.

 Ale student musiał rozumieć, gdyż wyciągał albo zginał nogi, podnosił brwi, zaczesywał bujną czuprynę to prawą, to lewą ręką i wogóle zachowywał się jak delinkwent na torturach. Magdalenie przyszło na myśl, że młody człowiek nie doznawałby tych udręczeń, gdyby tak samo jak ona, odmawiał przynajmniej Zdrowaś Marja. Lecz ponieważ jest zapewne bezbożnikiem, jak wszyscy studenci, i nie wierzy w skuteczność modlitwy, więc biedak nie może nie słyszeć okropnego wykładu panny Klary.

 Nareszcie panna Howard, skończywszy mowę, poszła do biurka i zaczęła rozwiązywać, odwijać, a potem znowu zawijać i zawiązywać jakąś rurkę papieru, na którym znajdował się jej interesujący artykuł o tych... tam dzieciach... Przez ten czas Mania zbliżyła się do studenta i zaczęli półgłosem rozmawiać:

 — Dowidzenia! — mówiła dziewczynka. — A we wtorek pan przyjdzie?

 — Wątpi pani o tem?

 — I odniesie pan Krasińskiego?

 — Z objaśnieniami.

 — Zapracuje się pan... Dowidzenia...

 — Dowidzenia...

 Student ledwie dotknął jej ręki, ale jak oni patrzyli na siebie!... Z taką braterską czułością, a przytem tak smutnie, jakby żegnali się na wieki, choć rozstawali się tylko do wtorku. Magdalena miała ochotę ucałować ich oboje, śmiać się z nimi, płakać, słowem — robić wszystko, czegoby od niej zażądali, tacy wydawali się jej piękni i nieszczęśliwi z tego powodu, że zobaczą się dopiero we wtorek.

 W tej chwili panna Howard oddała zwitek papieru studentowi, który pożegnał ją dość niedbale i szybko wybiegł, zapewne sądząc, że może jeszcze raz spojrzy na Manię, która wyszła przed nim.

 Panna Howard była promieniejąca. Znowu rzuciła się na fotel i patrząc w sufit, jakby tam snuły się jej marzenia, rzekła do Magdaleny:

 — Przyszła pani na pogawędkę? Prawda, jaki to interesujący młody człowiek?... Lubię śledzić, kiedy w świeżej duszy kiełkuje i rozwija się jakaś wzniosła idea, albo uczucie...

 — O, tak! — potwierdziła Magdalena, myśląc o studencie i Mani.

 — Więc pani także dostrzegła?

 — Naturalnie, to przecież jest widoczne...

 Panna Howard zrobiła minkę skromnie zakłopotaną.

 — Nie pojmuję doprawdy — mówiła zniżonym głosem — co mu się we mnie mogło podobać...

 Magdalena drgnęła ze zdziwienia,

 — Zapewne wspólność dążeń... poglądów... — ciągnęła, coraz bardziej rozmarzając się, panna Howard. — Tak, jest jakieś powinowactwo dusz... Ale nie mówmy o tem, droga panno Magdaleno, mówmy raczej o pani... Co za entuzjasta!... Jak on słucha moich artykułów... Ja, dopiero mając takiego słuchacza, zrozumiałam, że można — pięknie słuchać... Ale dość już o tem, panno Magdaleno, mówmy o pani. Czy może i pani ma jaką troskę?... Oryginalny młody człowiek!... Więc cóż panią do mnie sprowadziło? Zapewne także budzi się duszyczka... Prawda, że zgadłam? O, bo my, kobiety, jesteśmy szczególnemi istotami: gardzimy zwierzęcym tłumem mężczyzn, lecz jeżeli znajdzie się człowiek wyjątkowy... Pani ma coś na sercu, panno Magdaleno, mówmy o tem, co pani mi chce powiedzieć...

 Magdalena była tak zmieszana, słysząc poetyckie szczebiotanie panny Howard, jakgdyby przerzucono ją do nieznanej okolicy. Więc to ona, ta sztywna, gniewna, a niekiedy złośliwa panna Howard, ta, której obawia się pani Latter, ta, która wypowiadała nieprzyzwoite rzeczy wobec młodego studenta?... Ona mówi o powinowactwie dusz i o sercowych troskach?...

 Magdalena nie mogła pohamować się; wybuch, przygotowujący się od kilku dni, nastąpił. Upadła na kolana przed panną Howard, objęła ją za szyję i ucałowawszy kilka razy, rzekła drżącym głosem:

 — Ach, pani, jaka pani dobra!... Ja myślałam, że pani jest tylko bardzo mądra, ale że nie ma serca. Ale co ja wyrabiam!... — dodała, zrywając się z klęczek i siadając na taburecie, obok fotelu.

 — Entuzjastka... entuzjastka! — mówiła panna Howard pobłażliwie. — I któż jest ten, któremu powierzyłaś swoje serce?

 — Pani myśli, że ja jestem zakochana?... Nie!...