199 osób interesuje się tą książką

Opis

„Dziewczyny takie jak ty, nie są mile przyjmowane w podobnych miejscach, więc się nie wychylaj i odwracaj wzrok”.

Powiedziała opiekunka społeczna, po czym podrzuciła mnie do kolejnej nory zwanej domem dla trudnej młodzieży.
Nie posłuchałam i wzbudziłam zainteresowanie.
Chłopcy próbowali sprawić, bym przestrzegała ich zasad, dostosowała się do zaprowadzonego przez nich porządku społecznego.
Niestety dla nich, nie uznaję zasad.
Niestety dla mnie, są zdeterminowani, by mnie do nich zmusić.
Niesłychanie przystojni i traktowani jak elita, trzęsą szkołą średnią Brayshaw High.
A ja jestem dziewczyną, która stoi im na drodze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla tych, którzy czekają, by wzlecieć – bądźcie silni.

Słońce jeszcze zaświeci.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Raven

 

 

 

Odejdź.

Rusz się, wyjdź z tej beznadziejnej stołówki i zapal zioło. Wyluzuj się.

Tak, to właśnie zrobię.

Idę i niemal zyskuję wolność, prawie wychodzę przez drzwi, unikając kłopotów, których zapewne nie potrzebuję, ale okazuje się, że nie jest mi dane uciec.

Oczywiście w moim życiu nic nie może być proste, więc tuż przed tym, jak lewa stopa dołącza do prawej, zanim stawiam ostatni krok przez próg, suka stwierdza, że nie skończyła, i otwiera usta. Znowu.

– Może gdyby nie była taką zdzirą, ta kurwa, jej matka, nie wywaliłaby dziewczyny z domu za sypianie z jej nowym fagasem.

Rozlega się śmiech, jest coraz głośniejszy, aż owija się wokół mojego gardła jak ręce matki, kiedy szaleje, dusząc mnie, aż tracę koncentrację.

Zatrzymuję się.

Oczy zachodzą mi mgłą, wściekłość wygrywa ze spokojną brawurą, do której się zmuszałam.

– Śmieć z przyczepy.

Więcej śmiechu.

I oto nadchodzi szturchnięcie.

Dlaczego zawsze muszą mnie popychać?

Zanim ktokolwiek zdoła mnie powstrzymać – nie żeby komukolwiek się to udało – chwytam tacę z najbliższego stolika i jednym płynnym, mocnym ruchem uderzam dziewczynę w twarz.

Tani czerwony plastik pęka na jej głowie i rozlega się krzyk.

Krew płynie z czoła suki o niewyparzonej gębie, która skrzeczy i patrzy na mnie z przerażeniem. Czekam, aż nasze spojrzenia się spotkają, następnie kopię jej krzesło. Panika w jej oczach wzrasta, gdy dziewczyna upada na podłogę.

Nie ma czasu na ucieczkę. Nie żebym miała dokąd pójść.

Ludzie krzyczą, ale nikt nie ma odwagi do mnie podejść. Stojąca za ladą stołówki kobieta woła o pomoc i wszyscy podbiegają do leżącej na podłodze kretynki, bo to „ofiara”. Jasne, pierwsza jej przywaliłam, ale to ona wszystko zaczęła. Czego się spodziewała?

Jeśli nie dajesz rady, nie prowokuj.

I tak, jej docinki nie były wymyślone, moja matka to kurwa. I to z tych najgorszych. Przyznaję, śmieć z przyczepy w najgorszym wydaniu.

Mimo to ta idiotka nie ma prawa tak mówić.

I na pewno nie pozwolę jej publicznie mnie znieważać.

Nie wiem, jak to się udało mojej głupiej matce, ale jednego zdołała mnie nauczyć – zachowania dumy.

Najwyraźniej to jedyne, nad czym dziewczyna taka jak ja może sprawować kontrolę.

Więc nie pozwolę się poniżać.

– Do mojego gabinetu! Natychmiast! – skrzeczy dyrektor Folk. Nie woła mnie po nazwisku, nawet na mnie nie patrzy, ale dlaczego miałby to robić? Przecież jak zawsze przyłapał mnie na gorącym uczynku – wciąż stoję z połową czerwonej tacy w rękach.

Prawdopodobnie wiedział, że to ja, już w chwili, gdy usłyszał wołanie o pomoc, zanim nawet tu przyszedł.

Rzucam resztki plastiku na podłogę i idę do dobrze znanego mi miejsca – taniego drewnianego krzesła z podartym bordowym obiciem, które stoi dokładnie naprzeciwko biurka dyrektora.

W poniedziałek ostrzegł mnie, że dostałam „ostatnie upomnienie”, ale wczoraj zostałam nakryta na paleniu za salą gimnastyczną, a wciąż tu jestem. Dziś jest czwartek.

Zastanawiam się, czy znów jest w nastroju do wybaczania.

Chyba jednak nie, bo czterdzieści pięć minut później wpada do pomieszczenia i siada w fotelu, piorunując mnie wzrokiem przez małe kujońskie okularki.

Jego gniew ma zapewne coś wspólnego z tym, że dziewczyna o niewyparzonej gębie – która wciąż może się wykrwawiać na białej podłodze stołówki – jest jego siostrzenicą.

A to peszek.

Mruży oczy, taksując mnie wzrokiem – moją za ciasną bluzkę i jeansy z dziurami.

Uśmiecham się więc, by go jeszcze bardziej rozdrażnić.

Ponieważ facet nie może powiedzieć ani zrobić nic, co byłoby bardziej popieprzone niż każdy dzień mojej rzeczywistości.

Chwytam się brzegów krzesła i pochylam ku mężczyźnie.

– Czekam, panie Folk.

Otwiera oczy nieco szerzej i zerka na mój dekolt, jakby nie mógł nad tym zapanować.

Mężczyźni nie mają kontroli nad takimi odruchami.

Oto kolejna rzecz, której nauczyłam się od matki.

– Panno Carver, wyraźnie widać, że nie chcesz tu być. Ilekroć cię upominam, zachowujesz się jeszcze gorzej.

Kiedy na moją twarz wypływa powolny uśmiech, mężczyzna chrząka i odwraca wzrok.

– To twoja trzecia szkoła średnia w przeciągu osiemnastu miesięcy i szczerze mówiąc, masz szczęście, że wytrzymaliśmy tu z tobą tak długo.

– Naprawdę, panie Folk? – Opieram się na krześle. – Jest pan pewien, że…

– Przestań. – Znów na mnie patrzy i wzdycha. – To poważna sprawa. Pozyskałaś uwagę całej szkoły. Nie mogę puścić tego płazem.

Przewracam oczami.

– Dobra, do sedna. Co dalej?

Przygląda mi się przez chwilę, nim składa dłonie i opiera łokcie o biurko.

– Wykonałem telefon.

Patrzę mu prosto w oczy.

– Do twojej opiekunki socjalnej.

– Nie mam jej.

– Najwyraźniej masz. Skontaktowała się ze mną kilka miesięcy temu i…

– Miesięcy?

– Posłuchaj, Raven…

W tej samej chwili sekretarka wprowadza do gabinetu ciemnowłosą kobietę w eleganckich spodniach i bluzce. Gość podchodzi do biurka, by przywitać się z dyrektorem.

– Maria Vega.

– Pani Vega, doceniam pani szybkie przybycie. – Oboje na mnie patrzą.

– Cześć – wita się sztucznie, omiatając mnie wzrokiem, i posyła mi pełen zaciekawienia sztywny uśmiech. – Mogę z tobą przez chwilę porozmawiać?

Nie odzywam się. Bez względu na to, co zrobię lub czego nie powiem, już mnie rozgryzła.

– Byłam w kontakcie z panem Folkiem przez ostatni semestr. Wprowadził mnie w twoją domową sytuację i przeszłe problemy. Uważamy, że tym razem będzie lepiej, jeśli odbierzemy cię spod opieki matki.

Parskam śmiechem, nim mam szansę się powstrzymać. „Opieki matki”, dobre sobie.

Kobieta patrzy na mnie przez chwilę i wzdycha. Szybko traci swoją słodką, troskliwą postawę.

– Słuchaj, rozumiem. Masz gdzieś to, co mam do powiedzenia. Okej, ale zabieramy cię z domu. Najpierw tam pojedziemy, byś się spakowała, a potem udamy się w długą podróż do twojego nowego miejsca pobytu. Sytuacja jest trochę inna ze względu na twój wiek, lecz mamy dla ciebie bezpieczne lokum.

– Tak? Pieką tam ciasteczka i tulą do snu? A może jest tam facet, który nocą zakrada się do pokojów małych dziewczynek?

Kobieta mruży oczy, a pan Folk wzdycha.

– Panno Carver, chcesz mi o czymś powiedzieć?

– O niczym, co by pana obeszło.

Przenosi wzrok do niewielkiej blizny nad moim lewym okiem.

– Spróbuj.

– Podziękuję. – Wstaję i zbliżam się do kobiety. – Poczekam na zewnątrz.

– Poczekasz tutaj, jeśli nie chcesz się spotkać z rodzicami tamtej dziewczyny, którzy stoją nieopodal tych drzwi.

– Mylicie mnie z kimś, kto się tym przejmuje. – Przepycham się obok kobiety i wychodzę w kierunku kochających rodziców małej suki o niewyparzonej gębie. Przenoszę wzrok z niej na dorosłych i widzę, że wszyscy patrzą wilkiem w moją stronę, a ich mowa ciała pokazuje dokładnie, co o mnie myślą.

Zbrukana.

Wykorzystana.

Bezwartościowa.

I się nie mylą.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

Raven

 

 

 

– No chyba jaja sobie robicie – mamroczę pod nosem, rozglądając się po podwórku.

Pani Vega zbliża się do mnie.

– Przywykniesz.

– Co to, do cholery, za miejsce?

– To dom Bray.

– Wygląda jak dom Michaela Myersa[1].

Śmieje się cicho, po czym ponownie patrzy na budynek i ściąga brwi.

– O, rzeczywiście. Wcześniej tego nie zauważyłam.

Podłoga ganku pośrodku opada, jakby drewno przegniło, biała farba odchodzi dużymi płatami. To idealny kwadrat, małe okno po każdej ze stron i takie samo piętro wyżej, a pod nimi paskudna markiza.

– Wydaje się mały, ale jest szerszy z tyłu.

Mała to jest przyczepa, w której masz dla siebie tyle miejsca, co w lodówce, jednokomorowy zlew i dwupalnikową kuchenkę lub toster.

– W każdym razie to dom dla dzieciaków, które niedługo dorosną, a także kilku młodszych, które miały problemy z rodzicami. To miejsce dla trudnej młodzieży.

– Więc mieszka tu banda łobuzów?

– Nie. – Kręci głową. – Łobuzy są w szkole. To miejsce jest znacznie lepsze.

– Fantastycznie – rzucam z udawaną powagą.

Pani Vega wzdycha i mówi:

– Chodźmy.

Wchodząc po schodach, ciągnie za sobą torbę, którą mi pożyczyła, więc zmuszam się, by człapać za nią.

Kiedy zjawiłyśmy się wczoraj w mojej przyczepie, matka śmiała się, wpuszczając nas do środka. Siedziała, paląc jointa – z mojego zioła – przed opiekunką socjalną, i zaproponowała, że pomoże mi się spakować. Myślałam, że padnie, spróbuje mnie pobić lub zrobi to jej nowy fagas, jak działo się zawsze, gdy mnie zawieszano lub skądś wyrzucano. Wie, że jeśli wkracza pomoc społeczna, nie dostanie więcej kasy, a brak zasiłku oznacza brak „darmowej” kokainy. Bez zapomogi będzie musiała spędzić więcej czasu, leżąc na plecach. A to problem, bo naczelna prostytutka na osiedlu przyczep kempingowych Gateway gustuje w kosztownym białym proszku.

Jednak wiedziałam, że zachowała spokój nie dzięki obecności opiekunki socjalnej. Cholera, gadała z nią, jakby się znały od lat – z nienawistnym, paskudnym uśmieszkiem na twarzy. Gdyby została zgłoszona, najgorsze, co by ją spotkało, to kilka dni paki, a to nic dla niej nie znaczy, wszyscy dobrze o tym wiedzą. Według matki chyba łatwiej zdobyć działkę w pace niż tu, poza tym tam jej targi są milej widziane. Nie dyskryminuje ze względu na płeć. Mawia, że pieniądze kobiet warte są tyle samo.

Wnioskując po jej nonszalanckiej postawie, wiedziałam, że pozyskała nowego dostawcę, choć kto wie, czy to nowy diler gotowy wymieniać się na jej usługi czy klient bez kasy.

Ale kogo to obchodzi?

– Pani Vega, prawda? – Podążam za głosem i zastaję starszą kobietę z głębokimi zmarszczkami na twarzy i ciemnymi kręconymi włosami. Jej ton nie jest serdeczny, bardziej zagadkowy.

– Tak, proszę pani. – Opiekunka socjalna waha się przez chwilę, nim podchodzi i podaje kobiecie rękę. – Pani Maybell, to siedemnastoletnia Raven Carver ze Stockton w Kalifornii.

Kiedy kobieta na mnie patrzy, wyraz jej twarzy łagodnieje.

– Odbyłaś niezłą podróż, co, Raven? – pyta.

– Rae.

Uśmiecha się i gdybym nie wiedziała lepiej, powiedziałabym, że szczerze. Do diabła, może to nawet prawda, bo kolejny bachor oznacza więcej kasy w jej kieszeni.

Wiem, że mogę się mylić, ale… czy są jeszcze ludzie, którzy biorą popieprzeńców pod swój dach dla zabawy?

– Rae. – Uśmiecha się lekko. – Zamieszkasz w pokoju numer siedem. W każdym pomieszczeniu przebywają dwie osoby, lecz w tym akurat ostatnio były siostry, więc obie odeszły w zeszłym tygodniu. Przez chwilę będziesz miała cały pokój dla siebie, ale nie oznacza to, że będzie ci tu łatwiej. Nie wiem, czy ci powiedziano, że to dom wyłącznie dla dziewcząt, chłopcy mieszkają tam. – Wskazuje na kolejny biały budynek. – Żadnych narkotyków, seksu, kradzieży i absolutnie żadnych bójek z innymi dziewczynami. Prócz tych kilku zasad jest tu całkiem miło. Chodź, odłóż rzeczy i zawieziemy cię do szkoły. Spodziewają się tam ciebie.

Wzdycham, idę do drzwi, ale zatrzymuję się, gdy woła za mną:

– O, Rae?

Zerkam przez ramię, unosząc brwi.

– Nie możesz chodzić za domem. To znaczy możesz poruszać się po podwórzu do huśtawki, lecz gruntowa droga za nią nie służy do spacerów. Jednak możesz przebywać w całej części z przodu.

– Jasne – odpowiadam i wchodzę do domu, rozglądając się po wnętrzu przypominającym zakład psychiatryczny. Białe ściany, gdzieniegdzie jakaś kanapa i pojedynczy telewizor w kącie – przymocowany na stałe do muru, najwyraźniej po to, by go nikt nie gwizdnął. Na ławie zostawione karty, jakby przerwano w połowie grę, obok popielniczka.

– Co to, u diabła, za miejsce? – mamroczę pod nosem, wzdrygając się lekko, gdy niespodziewanie odpowiada mi głos.

– Cztery ściany więżące trudne przypadki i uciekinierki z domu, by nikt nie musiał dłużej udawać, że się nimi przejmuje. – Kiedy patrzę dziewczynie w oczy, ta stwierdza, że pozyskała moją pełną uwagę i ciągnie: – Wszystkie dzieciaki stąd zapisane są do jednego ogólniaka w ramach jakiegoś programu dla biedaków. Spoko miejsce. Banda uprzywilejowanych dupków z wyjątkiem garstki nas, popieprzeńców, i kilku innych pochodzących z ubogich domów. Ale nie jesteśmy tak podzieleni, jak można by pomyśleć, bo to jeden wielki system. Albo podwijasz ogon i chodzisz tak, by nikt cię nie widział i nie słyszał, na co pozwalają, albo trafiasz do środka i każdy twój ruch jest oceniany. Wyłam się, a będziesz traktowana jak śmieć, którego już widzą.

– Brzmi jak koszmar.

Wzrusza ramionami.

– Może nim być. Prowadzony przez prawdziwe perełki.

– Prowadzony?

– Myślisz, że pozwalają nam chodzić po swoich marmurach, nie wykorzystując nas? – Kręci głową. – Są bystrzy. Oferują nam coś, czego nie mamy w domu, byśmy się nie wychylali. Coś za coś.

– A ludzie dają się na to nabierać?

Od stóp do głów taksuje wzrokiem moją szczupłą sylwetkę.

– Niedługo zrozumiesz. – Odchodzi.

– Okej. – Ściągam brwi, rozpakowuję pospiesznie torbę, wrzucając rzeczy do komody podpisanej moim imieniem, i wychodzę z pokoju.

Rzucam torbę opiekunce socjalnej, która pojawia się znikąd. Kobieta się krzywi.

– Mówiłam, byś ją zatrzymała.

– Nie chcę twojej litości.

– Nie ma jej we mnie.

– Więc nie chcę twoich rzeczy.

– Wsiadaj do auta, Raven – mówi z irytacją.

Maybell podchodzi do mnie z uśmiechem.

– Pani Vega była na tyle uprzejma, że wysłała wczoraj wszystkie niezbędne dokumenty, więc mogłam cię zapisać. Kiedy dotrzesz do szkoły, idź prosto do administracji, to pierwsze drzwi po lewej od wejścia. Dostaniesz plan lekcji.

Odchodzę, kiwając głową, ale Maybell woła za mną, nim mam szansę wsiąść do samochodu.

– Po zajęciach grupa uda się w tym kierunku. Możesz dołączyć. To nieco ponad dwa kilometry marszu tą drogą, chyba że zapłacisz za bilet, wtedy możesz jechać autobusem miejskim. Przystanek jest tutaj. – Wskazuje znak na chodniku przed budynkiem, o którym mówiła, że to dom chłopaków.

Nie odpowiadam, tylko zamykam drzwi auta.

Pani Vega wsiada za kierownicę i prycha.

– Słuchaj, Raven…

– Rae.

– Musisz sprawić, by się udało. Rozmawiałam z kilkoma dziewczynami stąd. Pani Maybell daje im swobodę, jeśli tylko przestrzegają zasad. Tutaj masz prawo robić, co chcesz, możesz być złośliwa, a i tak ujdzie ci to płazem. – Parska śmiechem, a ja na nią patrzę. – Możesz myśleć, że jestem osobą, która ma cię tylko odwieźć, ale mnie się wydaje, że poczujesz się tu lepiej. Nie oczekuję, że będziesz tu szczęśliwa, lecz może uporasz się z gniewem, który pozostawiła w tobie matka.

– Dorabia pani jako psychiatra czy co?

Uśmiecha się, włączając do ruchu, i przejeżdża kilka przecznic.

– Nie, ale niegdyś ktoś mi pomógł, więc chciałabym się odwdzięczyć.

– Proszę nie tracić czasu i skupić się na maluchach, które nie rozumieją jeszcze swojego życia. – Wyglądam przez przednią szybę. – Ja jestem już zepsuta.

– Hej! – rzuca, więc na nią zerkam. – Nie jesteś zepsuta. Wierz lub nie, lecz wystarczy jedna osoba, byś to dostrzegła. Daj sobie czas, a wydobrzejesz.

– Nie jestem zainteresowana. Chcę jedynie żyć z dala od wszystkich, którzy słyszeli o mnie, mojej matce lub czytali moje akta. – Wysiadam i wpatruję się w swoją nową rzeczywistość: wielki ceglany budynek z betonowym szyldem pośrodku.

Kręcę głową i przemierzam schody. Zatrzymuję się, gdy pani Vega krzyczy za mną:

– To nie jest zwyczajne liceum, Raven. Tutaj sprawy mają się nieco inaczej niż tam, skąd pochodzisz.

Żołądek mi się kurczy.

– Co chce pani powiedzieć?

Przygląda mi się przez chwilę.

– Takie dziewczyny nie są mile przyjmowane w takich miejscach, więc… nie wychylaj się i odwracaj wzrok.

Parskam śmiechem.

– Poznała mnie pani?

– Mówię poważnie – podkreśla, marszcząc czoło.

– Ja też.

– Mam wejść z tobą?

– Żegnam, pani Vega.

Patrząc na budynek za mną, kiwa głową, wsiada do auta i odjeżdża.

Przez chwilę stoję nieruchomo.

Mogłabym uciec, ale nie byłoby to mądre. Nie dostanę pracy, no chyba że pójdę w ślady matki. Pozostanie tutaj przynajmniej pomoże zabić czas. Nie brakuje mi wiele do osiemnastki.

– Pieprzyć to – mamroczę i popycham drzwi, by wejść, ale ktoś z drugiej strony otwiera je w tym samym czasie. Wychodzi trzech chłopaków… za nimi podążają trzy dziewczyny.

Chłopcy mnie nie zauważają, gdy odsuwam się na bok, unikając trafienia metalowymi drzwiami, lecz kiedy wychodzą dziewczyny, jedna z nich celowo na mnie wpada, a naprawdę nie powinna tego robić.

Chyba najlepiej od razu pokazać jej, że nie jestem popychadłem.

Kiedy trafia mnie ramieniem, obracam się, rzucam do przodu i chwytam w garść jej włosy. Gdy ciągnę do tyłu, duża ręka łapie mnie w talii.

– No proszę – mówi głęboki, zaczepny głos. Zerkam przez ramię i widzę brązowowłosego chłopaka, który zaraz zarobi łokciem w twarz. – Nie potrzeba agresji. Pogadamy ze wszystkimi gotowymi i chętnymi.

– Zabieraj ode mnie łapy, chyba że jesteś gotowy i chętny zarobić kopa w jaja.

– O, brzmi jak dobra zabawa. – Przysuwa się. – A teraz ty puść i pokaż, co jeszcze potrafisz tą rączką.

Zaciskam palce, a dziewczyna krzyczy.

Chłopak uśmiecha się szerzej i zanim mam szansę coś zrobić, chwyta mnie za tyłek.

– Chcesz się zabawić? Też mogę pociągnąć cię za włosy… – szepcze.

Spinam się przy nim, na co parska drwiącym śmiechem i odsuwa leniwie.

Puszczam dziewczynę, która stęka i wraca do budynku. Zapewne, aby poprawić fryzurę. Pusta pipa.

– Nie jesteś chyba tak twarda, jaką grasz, co, nowa? – pyta ostro chłopak, podchodząc do swoich koleżków, razem z nimi tworząc ciasny rząd.

Jednak to nie on jest w jego centrum.

Posyłam mu sztuczny uśmieszek, choć tak naprawdę mam ochotę skoczyć mu do gardła.

– Chyba nie.

– Nie martw się, kociaku, masz wybaczone. Z dobrego źródła wiem, że ona nie ma odruchu wymiotnego.

Kiwam lekko głową.

– Zatem świetnie do ciebie pasuje?

Chłopak pochyla głowę na mój bezczelny ton, ale jego koledzy się nie ruszają.

Mają okulary przeciwsłoneczne, więc kiedy przeskakuję pomiędzy nimi wzrokiem – celowo nie patrząc na żadnego dłużej – nie mogę odczytać ich spojrzeń, a nauczyłam się rozszyfrowywać facetów pod tym względem.

Stoję nieruchomo, aż jeden z nich, najwyższy z trójki, obraca się i idzie w stronę parkingu, a dupek, który mnie dotknął, wsiada za kierownicę dużego, czarnego, chromowanego SUV-a, niepodobnego do reszty krzykliwych samochodów na parkingu, choć zdecydowanie najbardziej pociągającego. Jest coś w eleganckim SUV-ie z przyciemnionymi szybami. Skupia na sobie uwagę – jak ten głupek, który nim jeździ.

W moich stronach taka bryka mówi, w którą stronę uderzać lub uciekać – zawsze odpowiedzią jest przeciwny kierunek. No chyba że jest się moją matką. Dla niej i jej znajomych to patrzenie lwu w oczy i liczenie, że złapie przynętę – im bardziej wymyślna bryka, tym więcej kasy.

Odsuwam od siebie tę myśl, ale zapamiętuję pojazd.

Zakładam plecak na jedno ramię i przygotowując się do przejścia przez te drzwi po raz pierwszy, patrzę na betonowy szyld nade mną.

Witamy w liceum Brayshaw.

 

 

 

[1] Michael Myers – psychopata, główny bohater serii filmów Halloween (przyp. tłum.).

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

Raven

 

 

 

Sekretariat nie daje mi dziś uczestniczyć w normalnych lekcjach, zamiast tego mam oglądać filmiki o poprawnym zachowaniu i o tym, jak unikać konfrontacji. Nakazano nawet dostarczenie mi talerza ze stołówki – najwyraźniej naprawdę przeczytali moje akta. Udaje mi się jednak wymknąć na kilka minut pod pretekstem skorzystania z toalety.

W chwili, gdy odzywa się dzwonek, kończąc nieciekawy pierwszy dzień, wychodzę z pomieszczenia, a następnie z budynku. Omijam grupki, które zaczynają się tworzyć przed szkołą, i idę w kierunku domu Bray, ale nim skręcam w lewo, rozlega się stękanie i sapanie.

Mimowolnie zerkam przez ramię.

Gnojki z rana wpatrują się w SUV-a, inni szepczą obok, wytrzeszczając oczy.

Obmacywacz trzaska drzwiami.

– Kto to, kurwa, zrobił?! – ryczy, odsuwając się, i najzabawniejsze, że wszyscy zebrani cofają się, gdy do nich podchodzi. Rozgląda się po tłumie i natychmiast nieruchomieje, kiedy jego spojrzenie pada na mnie. Zaraz puszcza się pędem, a jego kompani są tuż za nim.

Stoję w miejscu, nie przesuwając się nawet o centymetr, w żaden sposób nie zmieniając postawy.

I chyba go to wkurza, właściwie ich wszystkich, ponieważ jednocześnie unoszą brwi ponad ciemne okulary.

W przeciwieństwie do poranka powoli omiatam wzrokiem całą trójkę i nie jestem rozczarowana. Gdybym musiała zgadywać na podstawie tej jednej chwili, powiedziałabym, że to elita – osoby znajdujące się na samym szczycie żałośnie małego łańcucha pokarmowego tej szkoły.

Dowodem na to jest sposób, w jaki wszyscy inni wokół się kulą – zbyt przestraszeni, by otwarcie się przyglądać, ale zbyt spragnieni plotek, by odejść.

Zabawne, że to zazwyczaj nabuzowani kolesie z nażelowanymi włosami i w eleganckich ciuchach, którzy wierzą, że mają magiczne fiuty. Ci na prostej drodze do uczelni z ligi bluszczowej i pochodzący z zamożnych rodzin. To za nimi idą tłumy z nadzieją, że zdobędą ich wsparcie.

Jednak ci trzej… stanowią przeciwieństwo uroczych chłoptasiów.

Sposób, w jaki idą, wyprostowani i niezłomni, silni i wyluzowani, okazując fizyczną dominację, tak niezachwianą, że ściągają na siebie uwagę – nie ma w nich niczego schludnego czy klasycznego. Moja niezawodna intuicja podpowiada mi, że nie są prostolinijni.

Są szorstcy i potrafią udowodnić swoją władzę.

I mają sekrety.

Znam ten typ.

Wiem również, jak to jest być źle ocenionym, więc…

– Lepiej zacznij uciekać – mówi ktoś z lewej. Obracam głowę i widzę dziewczynę o kręconych włosach, która zerka na idących ku mnie chłopaków, ale się nie ruszam.

Za sekundę stają przy mnie.

– Porysowałaś mój samochód.

– Tak? – Przechylam głowę i unoszę nieco brwi, po czym je opuszczam.

Chłopak warczy i się zbliża, lecz kumpel kładzie rękę na jego ramieniu, a szczeniak przyjmuje polecenie pana.

Gość unosi głowę, a zebrani wokół pierzchają jak myszy.

Przewracam oczami i próbuję się obrócić, ale zostaję otoczona przez tę trójkę.

– Popełniłaś błąd, dziewczyno – mówi blondyn.

– Nie zgodzę się. To znaczy, mimo wszystko tu jestem.

Wysoki, ciemnowłosy, władczy, który musi być dowódcą, milczy, jednak jego intensywne spojrzenie sprawia, że wszystkie włoski na karku stają mi dęba.

– Szybko się nauczysz – ostrzega obmacywacz. – Nie odpuszczamy tego typu gów…

Nie powstrzymuję się i parskam oschłym śmiechem, a cała trójka ślicznych główek się cofa. Podchodzę.

– Nauczę się? – drwię, unosząc brwi jak rozwydrzona gówniara. – Dotknij mnie tak jeszcze raz, a spalę ci tę słodką bryczkę i może nawet w niej wtedy będziesz. Może tym razem ty się nauczysz. – Trzepoczę rzęsami jak kokietka, utrzymując przewagę dzięki temu, co wisi mu między nogami. – Dziewczyna musi mieć jakiś cel.

– Ty suko…

Szefuńcio unosi rękę, przerywając mu, a ja mogę przysiąc, że jego spojrzenie jest w stanie przepalić ciemne szkła okularów i moje oczy. Z każdą mijającą sekundą wzrasta adrenalina, ale ostatecznie wygrywa irytacja i rozpala się mój gniew.

Nie padają żadne słowa i chłopcy, jakby byli mentalnie połączeni, obracają się na pięcie i odchodzą. Obmacywacz jednak rzuca mi zjadliwe spojrzenie przez ramię.

– Masz przejebane.

Obracam się i widzę, że dziewczyna, która się wcześniej do mnie odezwała, stoi z boku, skryta w cieniu wysokiego drzewa.

– Ale jesteś wścibska. – Mijam ją, lecz mnie dogania.

– Tak, jednak nie o to chodzi. Jesteś szalona, jeśli sądzisz, że tylko ja patrzyłam. Wszyscy to robili.

– Może więc wszyscy musicie znaleźć sobie lepsze zajęcie. – Kiedy tylko opuszczam teren szkoły, zatrzymuję się przy drzewie, rozchylam cholewkę moich znoszonych glanów i wyjmuję skręta.

– Czy ty właśnie wyjęłaś jointa z buta?

– Nie byłam pewna, czy będą mnie przeszukiwać. – Wzruszam ramionami i puszczam do niej oko. – A gruby skręt by się nie zmieścił.

Śmieje się i bierze go ode mnie, gdy jej podaję.

Idzie ze mną przez dwie przecznice, więc się jej przyglądam. Ma na sobie czarne bojówki i stary T-shirt z logo zespołu. Nie żeby nie mogła sama sobie wybrać tych ciuchów, ale coś mi mówi, że udaje się dokładnie tam,gdzie ja.

– Jesteś Raven Carver, nie?

Patrzę na nią, ściągając brwi.

– Przepraszam, ale Maybell mówiła, że dziś przyjedziesz. Nie sądziłam, że tego samego dnia przyjdziesz do szkoły, ale nowi uczniowie zazwyczaj pochodzą z naszego domu.

– Tak, cóż, nie dostałam wyboru, więc oto jestem.

– Uciekniesz?

Śmieję się lekko, patrząc jej w oczy.

– Nie. Nie mam dokąd pójść. Utknęłam w tym systemie, póki nie skończę osiemnastki, więc pieprzyć to. Równie dobrze mogę płynąć z prądem.

– Musisz uważać z tymi chłopakami. Nie są jak większość licealistów. Ludzie ich słuchają, podążają za nimi.

Zatem to ci sami, o których rano w domu mówiła tamta laska.

– Co dziś zrobiłaś? Nie pozwolą, by uszło ci to na sucho. Nie mogą. – Kręci głową.

– Porysowałam GMC denali. – Wzruszam ramionami. – Nic takiego.

Dziewczyna się zatrzymuje, wytrzeszczając oczy.

– Tak, ale nie rozumiesz. To poważna sprawa. Jeśli pozwolą nowej, czyli „nikomu”, bez urazy, otwarcie okazać sobie brak szacunku, zagrozi to całemu systemowi.

– Systemowi?

– Tak, systemowi. Oni się tu liczą, nie tylko w szkole. Albo klęczysz u ich stóp, albo zostajesz zdeptana. Dopilnują, by cię upokorzyć, w taki czy inny sposób.

Przemierzamy podjazd.

– To jeden z nich jako pierwszy okazał brak szacunku. Wiem o nich jedno – że jeśli pozwolisz się sponiewierać, z pewnością to zrobią.

Dziewczyna idzie z przodu, otwiera moskitierę i patrzy na mnie.

– Jeżeli wiem jedno o chłopakach z Brayshaw High, to to, że zniszczą wszystko, co grozi zakłóceniem ich wizji. Uważaj, Raven. Twój dzisiejszy wyczyn mógł przejść niezauważony przy facetach, których do tej pory znałaś, ale ci? Namalowałaś sobie na plecach jasną tarczę.

Unoszę ciemne brwi, a ona przygląda mi się z powagą.

– A bycie ich celem oznacza bycie celem wszystkich ich wyznawców – rzuca.

No tak.

– Niech zgadnę. Jesteś jedną z nich?

Tym razem to ona unosi brwi.

– Witamy w liceum Brayshaw.

***

Opadam na materac, podłączam słuchawki do starego odtwarzacza MP3, który ukradłam jednemu z nocnych gości matki, wsuwam scyzoryk za gumkę spodni od dresu, następnie włączam muzykę najgłośniej, jak się da. Zapalam latarkę i kładę ją obok swojej głowy, po czym leżę, wpatrując się w drzwi, nie słysząc nic prócz wściekłych krzyków Halsey, która śpiewa mi o pragnących się uwolnić demonach. Mija godzina, nim moje oczy się poddają i jestem zmuszona je zamknąć.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 4

 

Raven

 

 

 

Miała rację. Są wkurzeni. Wszyscy.

Jak dotąd każda mijana przeze mnie osoba piorunuje mnie wzrokiem, na co odpowiadam tym samym. Może to dlatego, że jestem nowa dla ich krytycznego wzroku, a może przez to, że moje buty i jeansy mają dziury, a ich są świeże i białe, bez zagięć. Mam przeczucie, że chodzi o coś więcej, skoro przywykli do biedaków przychodzących z domów Bray.

Tak czy inaczej, istnieje różnica pomiędzy okropieństwem a potrzebą, a ci klauni są cholernie potrzebujący. Potrzebują, by każdy wiedział, gdzie jego miejsce, jeśli chodzi o nowe śmieci w klasie.

I spoko. Przywykłam do oceny, łatwiej mi odgrywać moją rolę. Sprawy stają się trudne, gdy starasz się zmienić postrzeganie innych.

– Raven Carver – mówi nauczycielka i kieruje mnie na tył klasy.

Mija kilka godzin nudnych lekcji, nim nadchodzi lunch.

Niewiele jem, jeśli nie są to przekąski i słodycze, więc odpuszczam sobie darmowe dania, niezauważona zwijam jabłko i siadam przy pierwszym wolnym stoliku. Zaczynam przyglądać się ludziom dopiero wtedy, gdy zostaję zepchnięta i ląduję na podłodze.

Rozlega się śmiech, a moje spojrzenie przysłania wściekłość. Zaciskam mocno zęby, by skupić wzrok.

Pieprzona karma.

Szybko wstaję i obracam się, aby popatrzeć ostro na dziewczynę, która dumnie góruje nade mną.

Widywałam ją na korytarzu, zauważyłam, jak inne gapiły się na nią z zazdrością, podczas gdy chłopcy ślinili się z zainteresowaniem. To ta „wyjątkowa” z watahą za sobą. Ładne brązowe włosy, jeszcze ładniejsza twarz. Obcisłe ciuszki, markowa torebka. Wygląd mówiący, że jest z górnej półki.

– Lepiej uważaj, śmieciu. Jeszcze raz zadrzyj z kimś z nas, a zobaczysz, co się stanie. – Spogląda w lewo, więc podążam za nią wzrokiem i zauważam dziewczynę, która wpadła na mnie wczoraj, skrywającą się w oddali, wmieszaną w resztę sługusów.

W tej chwili skupiamy na sobie uwagę wszystkich w pomieszczeniu i w przeciwieństwie do chwili, gdy to faceci kierowali na mnie swój gniew, tym razem wszyscy otwarcie się gapią i szepczą wokoło.

Najwyraźniej laska nie jest tak szanowana jak tamci, ale dobrze wie, co robi. Celowo zrzuciła mnie z krzesła, aby wszyscy widzieli, odstawiła niezły show. To zamierzony pokaz władzy.

Jednak tak nie będzie.

Parskam śmiechem, popycham ją na ścianę i nim ma czas pisnąć, przyciskam przedramieniem jej szyję.

Podchodzę i odpowiadam tymi samymi słowami:

– Jeszcze raz zadrzyj ze mną, a zobaczysz, co się stanie. Nie gram w pokera, księżniczko. Od razu wykładam karty na stół. Masz jakiś problem? Wyłóż go albo znajdź kogoś innego, kto z tobą pogra.

– Tknij mnie, a Mad…

Rozlega się gwizd, wszystko natychmiast nieruchomieje. Dosłownie nie słychać żadnego dźwięku, lecz zaraz rozbrzmiewa cichy pisk podeszew na świeżo wypolerowanej podłodze. Nowo przybyły łatwo rozdziela stłoczonych, zbliżając się, po czym staje przede mną.

Cesarzowa tej szkoły zaczyna wić się w moim uścisku, udając, że się mi nie poddała. Trzymam mocniej, na co zaciska mocno powieki.

– Puść ją.

– Nie wydaje mi się – odpowiadam, zerkając przez ramię.

Natychmiast czuję męską obecność i moje mięśnie się spinają.

Jest blisko. Tak blisko, że ciepły oddech tworzy cieniutką warstewkę potu na moim karku, napięcie rośnie w podbrzuszu z powodu bliskości tego chłopaka.

Próbuję się przesunąć, ale przyciska się do mnie mocniej, jego pierś styka się z moimi plecami.

Walczę o utrzymanie równego oddechu, zmuszam ciało do spokoju, lecz on nie odpuszcza tak, jak się tego spodziewałam, jak na to liczyłam, i zaczyna włączać mi się tryb przetrwania. Zaraz stracę nad sobą panowanie i sprowadzę na siebie prawdziwe kłopoty – lub na nich, to bez znaczenia.

Suka przede mną szczerzy zęby, myśląc, że wygrała, skoro król przybył jej na ratunek.

Nie wie, jak postępują królowie?

Ratunek oznacza cenę, a cena zmienia się w przysługę, a przysługa staje się chwilą wstydu.

A wstyd rujnuje.

Ale jeśli chłopak jest królem przybywającym z odsieczą, może ona jest jego królową.

Wielka ręka przesuwa się obok mojej twarzy, aby złapać mnie za nadgarstek przyciśnięty do szyi dziewczyny, i bez żadnego wysiłku zostaję odciągnięta, obrócona, a laska opada na bok, kaszląc.

Chłopak pozwala, by upadła na podłogę, więc jej piedestał nie może być zbyt wysoki.

Staram się wpatrywać w mocną klatkę piersiową przede mną, ale przyciąganie jest zbyt silne i mój wzrok ląduje na jego twarzy. Oddycham głęboko na ten widok. Stoi tak blisko, że mimowolnie podziwiam to, co widzę.

Seksowny. Ładniutki, nie ma co zaprzeczać.

Z ciemnymi włosami i jeszcze ciemniejszymi oczami, a także karmelową cerą. Silny i mocny, z tęczówkami jak starożytny jadeit oraz ostrymi rysami monarchy jest bliski cholernej doskonałości.

I patrzy wilkiem.

Oczywiście dodaje mu to atrakcyjności, jakżeby inaczej.

Przewróciłabym oczami, gdybym nie była pewna, że zdradzi to moje myśli.

– Podobasz mi się bez okularów – droczę się. – Powinieneś zostawiać je w domu trochę częściej.

Nie jest rozbawiony, pełne usta otwierają się i padają słowa:

– Lepiej szybko przyswój, co tu wolno. W innym razie módl się o przeniesienie, zanim z tobą skończymy.

– To nie w moim stylu. – Patrzę spokojnie. – Jeśli czegoś chcę, biorę to. Jeśli czegoś pragnę… wiedz, że jest już moje.

W jakiś sposób jego grymas pogłębia się, gdy chłopak coraz bardziej narusza moją przestrzeń osobistą. Wielkie ciało góruje nade mną.

– To nasza szkoła, Śnieżko. Nasze miasto. Zapłacisz za te wygłupy z bryką Royce’a. I odrobisz lekcję. Jeśli chodzi o tę szkołę – unosi brwi – to my ustalamy zasady, a ty ich przestrzegasz… jak grzeczna dziewczynka – szepcze w sprośny sposób.

To seksowne, muszę mu to przyznać, ale poucza mnie, gnojek. Nawet gdy celowo rzuca obojętne spojrzenie na mój dekolt, napięta czarna bokserka nie robi nic, aby ukryć zderzaki, którymi przeklęła mnie matka.

Pamiętam, że była dumna, kiedy w końcu „wyhodowałam biust”. Mówiła, że żaden facet nie oprze się sylwetce takiej jak moja. Chora zdzira.

Oczywiście cycki stały się problemem, gdy jej faceci zaczęli bardziej interesować się jej córką.

Żyła na jego szyi pulsuje, więc warczę w odpowiedzi:

– Słyszałam, wielkoludzie – szepczę, a spojrzenie jego porcelanowych oczu powraca w zwolnionym tempie do moich. – Jesteś silny, ja słaba. Jesteś królem, ja wieśniaczką. Coś jeszcze?

Zaciska mięśnie, jego źrenice się kurczą, a ja, choć to głupie, uznaję to za kuszące.

Niemal mam ochotę ponaciskać na niego jeszcze mocniej.

– Joł, Maddoc – woła jego przydupas. – Perkins idzie.

Maddoc, jak go nazwano, celowo czeka, aż dyrektor wyjdzie zza rogu, nim się cofa.

Pan Perkins patrzy na mnie i na chłopaków, następnie rusza ku nam.

– Panno Carver – mówi przeciągłym tonem. – Wszystko w porządku?

– Cudownie. – Posyłam mu szeroki, fałszywy uśmiech.

Nie wierzy mi, ale akceptuje kłamstwo i obraca się do męskiego tria.

– Chłopcy – warczy – może… wzięlibyście sobie jakieś jedzenie? Upewnię się, że Raven znajdzie to, czego potrzebuje.

Pomiędzy dyrektorem a trzema chłopakami trwa walka na spojrzenia. Pierwszy odzywa się wielkolud:

– A może pocałuje nas pan w dupę i wróci do swojego gabinetu, gdzie pana miejsce?

Wytrzeszczam oczy i walczę z uśmiechem, ale w chłopakach nie widać wesołości.

Jasne jest, że nie szanują mężczyzny.

– Muszę porozmawiać z moją nową uczennicą – rzuca.

Chłopcy odsuwają się z zadziornymi uśmieszkami, trzymając głowy wysoko, dając znać jemu i wszystkim dookoła, że to oni tu rządzą.

Domyślam się, że wszyscy i tak o tym wiedzą, lecz regularne przypominanie to podstawa.

Dyrektor przełyka ślinę i obraca się do mnie.

– Mogłem nie wspomnieć o tutejszych problemach.

– Poradzę sobie.

– Ale nie powinno być takiej konieczności. – Zbliża się, w jego oczach widnieje coś, co dobrze znam. Niektórzy nazywają to współczuciem, ja manipulacją. Chce, bym myślała, że się troszczy i otwiera przede mną drzwi, gdybym potrzebowała jego pomocy. Przypuszczenia potwierdzają się, gdy ponownie się odzywa: – Gdybyś czegoś, czegokolwiek potrzebowała lub gdyby nadal cię niepokoili… daj mi znać.

Tak, założę się, że z chęcią sprosta wszystkim moim potrzebom.

Nie trudzę się ukrywaniem tego, że przewracam oczami oraz że czuję niesmak, gdy odchodzę od niego, całkowicie ignorując tę fałszywą troskę. Kieruję się do drzwi prowadzących na zewnątrz, ale nim mam szansę przez nie przejść, widzę oczy, które mi się przyglądają.

Chłopak nie odwraca wzroku, mocna ciekawość kruszy się dopiero wtedy, gdy ktoś otwiera drzwi z drugiej strony.

Nie patrząc za siebie, wychodzę w końcu na świeże powietrze.

Zastanawiam się nad tym, co się właśnie stało, i jestem pewna jednego. Dyrektor jest obleśny. Jego słowa były proste, ale w oczach widziałam pożądanie.

Nie jestem zdziwiona, większość mężczyzn u władzy taka właśnie jest. Przysięgam, nie istnieje coś takiego jak uczciwy, dobry facet.

Tak szybko ulegają żądzy, że są gotowi porzucić wszystkie zasady moralne i w efekcie końcowym wziąć to, czego pragną. Ja jednak się nie poddam.

A jeśli chodzi o chłopaków, pewnie uważają, że się im podporządkuję, ale są w wielkim błędzie.

 

 

Maddoc

 

Ma na imię Raven.

Nosi jeansy z dziurami i bokserkę, w której nie zmieściłby się mój biceps, mocno podkreślające jej sylwetkę. Ma pełne cycki, jędrny, naturalnie ukształtowany tyłek i włosy, które sięgają krzywizny bioder. Czarne jak u kruka, od którego ma imię.

Jasna, mleczna cera, ciemnoróżowe, choć wolne od szminki wargi. Szare burzliwe oczy – jest idealnym mokrym snem, gwiazdą porno prawdziwego życia.

Jest jak żywa Królewna Śnieżka, chociaż lepsza. Ma więcej włosów, za które można ciągnąć.

Zwiastuje pieprzone kłopoty.

Wiemy o wszystkim, co się tu dzieje, więc mieliśmy świadomość, że przyjedzie, ale jest jasne jak słońce, że nie spodziewaliśmy się kusicielki w glanach.

Zerkam na bok i widzę, że Royce oraz Captain gapią się na nią. I tak, to pewne. Mała będzie sprawiać problemy.

A my nie mamy na nie miejsca. Zwłaszcza na takie z cipkami.

Laska musi szybko zostać postawiona do pionu.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 5

 

Raven

 

 

 

Gliny. Zajebiście.

Trzej mundurowi z psem ustawiają szereg przed żeńskim domem Bray.

Wiem, że ci idący do środka są wkurzeni, i rozumiem.

Niegdyś też kurczył mi się żołądek na widok czarno-białego radiowozu, ale przestałam się tak czuć. Po dłuższym czasie zalewała mnie ulga, bo wiedziałam, że przyjechali zapewne z powodu klienta matki, jeśli nie jej samej. Najczęściej ich wizyta oznaczała czterdzieści osiem godzin spokoju, lecz nigdy więcej.

Czasami myślałam o ucieczce. Ściśle rzecz biorąc, mogłam to zrobić w każdej chwili, a matula nigdy by mnie nie szukała, ale nie miałam dowodu osobistego ani prawa jazdy, a chciałam znaleźć pracę inną niż w klubie ze striptizem lub na melinie. A przy matce, która nie potrafiła nad sobą zapanować, nie miałam również aktu urodzenia czy ubezpieczenia społecznego, więc nie mogłam nawet próbować się usamodzielnić.

Ale nieważne. Pewnego dnia odejdę i nie obejrzę się za siebie. Ten dzień wydaje się odległy, lecz warto czekać.

Otrząsam się z żałosnych myśli, docierając do ganku, ale nim wchodzę na schody, Maybell wybiega zza moskitiery.

Przytrzymuje ją przed policjantem, który próbuje wyciągnąć ze środka dziewczynę. Nie pamiętam jej imienia. Laska krzyczy i wierzga, przez co facet chwyta ją pod pachy, jakby miała atak.

Za mną staje Nira, dziewczyna, która szła ze mną ze szkoły pierwszego dnia.

– Wcale nie dziwne. Wiedziałam, że tu nie pomieszka – mamrocze.

– Jak długo tu była?

– Kilka tygodni, ale cały czas wagarowała i ktoś mówił, że widział, jak kradła Maybell fajki. Dziś jednak przywaliła Victorii, więc spada.

– Victorii?

– Starasz się tu w ogóle wpasować?

Patrzę na nią ostro.

– Nie. Dlaczego miałabym się starać?

Kręci głową i obie patrzymy na policjanta, który próbuje posadzić dziewczynę z tyłu radiowozu.

– Victoria to moja współlokatorka. Ta naburmuszona blondyna, która snuje się po domu? Jest tu chyba najdłużej z nas wszystkich.

– O.

Krzywi się i odchodzi.

– Przynajmniej udawaj, że cię to interesuje, Rae. Lepiej mieć nas za przyjaciół niż za wrogów.

Przyjaciół, jasne.

Ponieważ przyjaźń z trudnymi dziewczynami, które są ignorowane przez resztę świata udającą, że ich nie widzi, brzmi jak cholernie dobra zabawa.

Nie. Nie stać mnie na fałszywych przyjaciół, nie szukam prawdziwych, nawet gdyby tacy istnieli.

Prawdą pozostaje, że jedynym sposobem na odejście jest… pewność, że niczego nie będziesz żałować, pozostawiając to za sobą.

Poczujesz i za tym podążysz.

A ja nie zamierzam nikogo wpuszczać na moją ścieżkę.

– Chodź, Rae. Czas na obowiązki. – Maybell zaprasza mnie gestem do środka, ale patrzę na dziewczynę siedzącą z tyłu radiowozu, zastanawiając się nad jej historią, skąd pochodzi i co nawiedza ją w nocy.

Pokazuje mi środkowy palec, więc odpowiadam tym samym, pocierając nim o język z uśmiechem, a dziewczyna szczerzy zęby, jednak odwraca głowę, by to ukryć.

Śmieję się i wchodzę do domu.

Popieprzone dzieciaki rozumieją się nawzajem i udają, że wszystko jest w porządku.

Rzucam bluzę na łóżko i idę zerknąć na listę obowiązków. Okazuje się, że przydzielono mi dziś sprzątnięcie śmieci. Przechodzę przez dom, zbierając wszystkie, i idę na zewnątrz do małego pojemnika. Przed domem chłopaków zastaję jednego, który kieruje się w to samo miejsce.

– Co tam, nowa? – Uśmiecha się.

Mierzę go wzrokiem. Ładny, ale za chudy, i to niezbyt naturalnie. Widocznie w domu chłopaków nie ma testera narkotyków.

– Nic. Mam śmieciową wachtę, najwyraźniej jak ty.

Kiwa głową, patrząc na dom, gdzie facet z długimi włosami, tuż po trzydziestce oraz z budową ciała jak futbolista stuka w nadgarstek i rusza głową.

– Twoja Maybell?

– Tak, Keefer. Jest spoko.

– Wie, że ćpasz?

Chłopak mruży oczy, nim omiata mnie wzrokiem, i ponownie patrzy w oczy.

– Pewnie tak. – Wzrusza ramionami. – Nie kradnę, nie sprawiam kłopotów, więc może ma to gdzieś.

W tej samej chwili pojawia się wysoki, szczupły chłopak. Staje na ganku i zapala papierosa, nie przejmując się tym, że przełożony warczy na niego z tyłu.

Kiwa głową temu przede mną, nawet nie spoglądając na niego, następnie odchodzi.

– Na razie, nowa.

Kiedy odchodzę, stwierdzam, że ten, który nawet na mnie nie spojrzał, może stanowić dostęp do wszystkiego, czego mi trzeba.

Zapamiętuję go i wracam do siebie, jednak nim mam szansę wejść na ganek, czarny SUV, identyczny z tym ze szkoły, lecz nieporysowany, toczy się ulicą. Zwalnia i zatrzymuje się dwa metry ode mnie, a ja mam ciarki. Powoli, ale pewnie znów rusza gruntową drogą za nasząposesją.

Wpatruję się w niego przez chwilę, zanim znika, pozostawiając za sobą tuman kurzu.

– Chłopaki Brayshaw.

Patrzę w lewo i widzę blondynę, o której mówiła Nira, która również przygląda się kurzowi niknącemu w oddali.

Nie mówi nic więcej, nie patrzy na mnie, po czym odchodzi.

Wchodzę do domu, kończę sprzątanie i wkładam worki do kubłów. Zaraz wszyscy siadają do obiadu, następnie zmywają po sobie, po czym dostajemy czas wolny.

Idę długim korytarzem i słyszę kłótnię.

– Pieprz się! Nie ukradłam ci koszulki!

– Wiem, że ją zwinęłaś, widziałam, jak wchodziłaś do mojego pokoju!

– Dziewczęta! Wystarczy! – krzyczy Maybell, wkraczając pomiędzy nie.

Przeciskam się obok i wchodzę do siebie, po czym opadam na łóżko.

Na materac, który nie należy do mnie, w pokoju, który nie jest tak naprawdę mój, w domu, który nic dla mnie nie znaczy.

Z kilkoma całkowicie obcymi osobami wokół.

Ale jest czysty, jest w nim dostęp do ciepłej wody i światła, a na stole co wieczór pojawia się jedzenie.

To nie jest najgorsze miejsce do życia.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 6

 

Raven

 

 

 

Gnój.

Warczę, przesuwając dłonią po ramieniu, patrząc na te pieprzone przyciemnione szyby, których widoku mam już dość. W końcu tylna opuszcza się i Royce pokazuje swoją facjatę.

– Jak się miewasz, RaeRae? – Uśmiecha się, omiatając drwiącym wzrokiem błoto, które pokrywa w tej chwili połowę mojego ciała.

Co? Myśli, że przeszkadza mi brud? No błagam.

Przez tydzień spałam na ziemi jedynie ze starym kocem i poduszką, gdy matka odmówiła rozstania się z jednym z bardziej… upartych facetów.

Najwyraźniej Royce przyzwyczajony jest do czystych i schludnych lasek, które martwiłaby odrobina brudu na skórze. Dziwne, jeśli to prawda, bo widocznie nie jest taki porządnicki, jeżeli chodzi o własny wygląd, bo ma tatuaż na szyi, który niknie pod kołnierzykiem koszulki i wychodzi przy nadgarstku, nie wspominając o małych tunelach w uszach. Brązowe włosy pasują odcieniem do oczu i są nieco bardziej zmierzwione na górze niż u reszty chłopaków, jednak boki ma ładnie przystrzyżone. Jest pociągający oraz seksowny i dobrze o tym wie, co jest wkurzające.

Dochodzę do wniosku, że Captain jest chyba najbardziej przystępny. Jest równie urzekający jak pozostała dwójka, ale jego postawa wydaje się subtelniejsza. Ma jasne oczy, najjaśniejsze, najporządniej przystrzyżone włosy z całej trójki i wygląda jak model. Idealna fryzura i jedwabista jasna cera. Typ cichego zabójcy – wydaje się miękki, lecz potrafi się rzucić, gdy zostanie popchnięty.

– Lepiej biegnij się przebrać. Nie chcemy, by ktoś cię wyzywał od brudasów – żartuje.

– Nie martw się o mnie. Zajmij się lepiej tym, dlaczego Captain zawsze siedzi z przodu, a ty nie.

Royce ściąga mocno brwi, które niemal spotykają się na środku, ale nim ma szansę ponownie się odezwać, Maddoc cofa i ustawia auto tak, by porządniej zabuksować, a całą moją twarz pokrywa błoto.

Dupek.

Jednak wydaje mi się, że ich wkurzyłam.

Biorę to za wygraną.

Kiedy docieram do szkoły, idę do damskiej szatni i oglądam zniszczenia. Okazuje się, że są poważne, więc wrzucam brudne rzeczy do szafki i wkładam na siebie brzydki, wymięty strój na WF. To ciuchy dla dzieciaków, które zapomniały wziąć swoich z domu i nie chcą dostać negatywnej oceny za brak sportowego ubrania.

Żarty rozpoczynają się niemal natychmiast.

– Co się stało, Rae? Upojna noc z woźnym? Nie miałaś czasu iść do domu i się przebrać? To znaczy, jeśli masz jakiś dom.

Oryginalne.

Ignoruję te docinki przez cały dzień, aż przychodzi lekcja wychowania fizycznego i staje przede mną idealna buźka. Królowa pszczół, zawsze skądś przyleci.

– Niezłe ciuszki. – Wypina biodro, żując gumę jak rozwydrzony bachor, jej koleżanki tłoczą się w oczekiwaniu na coś, co z pewnością będzie maratonem poniżania. Zapewne mają nawet zaplanowane obelgi.

– Jak tam życie w domu Bray bez facetów, którzy grzaliby nocą łóżko? – Taksuje wzrokiem moje ciało okryte używanymi ciuchami. Oczywiście sama ma na sobie sportowy biustonosz i spodenki z lycry. Jestem pewna, że w mojej poprzedniej szkole nikt nie pozwoliłby na taki strój.

Nie odpowiadam, tylko ją omijam, ale i tak za mną lezie.

– A tak w ogóle, z jakich slumsów tu przylazłaś?

Wzdycham w duchu.

– Twój tatuś wypuścił mnie w końcu z piwnicy, choć musiałam obiecać, że będę miła dla innych. Jednak nie tak miła jak wtedy, gdy bawię się z nim, jeśli wiesz, o co mi chodzi. – Puszczam do niej oko, na co się krzywi.

– Nieważne. – Kładzie rękę na biodrze. – Trzymaj się z daleka od Brayshawów i schodź mi z drogi, to nie będziesz miała problemów.

– Dlaczego uważasz, że chciałabym mieć z nimi cokolwiek wspólnego?

Wokół nas rozbrzmiewa śmiech. Najwyraźniej każda dziewczyna w pomieszczeniu interesuje się tym, co ta suka ma do powiedzenia nowej.

Nawet chłopcy, którzy znajdują się w sektorze ze sztangami, na drugim końcu sali gimnastycznej, zamierają w oczekiwaniu na show. Prawdopodobnie nie mogą nas słyszeć, ale chyba wystarczy im sam widok.

– Każda laska chce być dziewczyną Brayshawa. – Przewraca oczami, ciągnąc się za kucyk. – Jeśli jeszcze tego nie pragniesz, niedługo zmienisz zdanie, a ja jestem tutaj, by powiedzieć ci, żebyś trzymała się tych na swoim poziomie.

– Mówisz, że Brayshawowie są na twoim? – Staram się, by słychać było w moim głosie sceptycyzm, choć tak naprawdę mam to w dupie.

– Widziałaś, jak mnie obronili, gdy zaczęłaś swoją jazdę.

– Serio?

Oczy o kształcie migdałów mrużą się, gdy dziewczyna się zbliża.

– Nie podchodź do nich. Nie ma miejsca dla kolejnej w ich kręgu.

Przewracam oczami, ale ona się uśmiecha.

– Nie wiem, po co tracę czas. – Śmieje się i rozgląda, sprawdzając, czy ma uwagę swojej watahy i tych, które chciałyby do niej należeć, lecz jeszcze się w niej nie znalazły. – Przecież i tak nie upadliby tak nisko.

Zaciskam usta, a jej oczy się rozpalają.

– Wszystko o tobie wiem. Dziewczyna z osiedla przyczep, która wykorzystuje swoje ciało, aby dostać to, czego chce. Powiedz – przechyla głowę – ile kosztuje szybki numerek? Może pomogłabym ci się odkuć, sprowadziłabym klientów i w ogóle.

Powinnam jej wpieprzyć, tu i teraz.

***

– Moje panie – woła nauczycielka zza rogu, ale żadna z nas nie zrywa kontaktu wzrokowego. – Chloe! Raven! – wydziera się i to ta Chloe, jak ją nazwano, porusza się jako pierwsza, przywołując na twarz sztuczny uśmiech.

– Tak?

Nauczycielka złowrogo przeskakuje wzrokiem pomiędzy nami.

– Chodźcie.

Chloe przerzuca włosy za ramię i odchodzi, ale ja się nie ruszam, patrząc w ślad za nią.

Ktoś jej powiedział – może nawet całej szkole – o mojej matce.

A kiedyspoglądam w prawo i widzę lodowate szmaragdowe spojrzenie, które wbite jest we mnie, nim obserwator się odwraca, dokładnie wiem, kogo winić.

Muszę zmierzyć się z faktem, że nie mogę nic zrobić, by wymazać środowisko, z którego pochodzę, przynajmniej póki nie ucieknę.

Muszę spuścić nieco pary.

***

Kręciłam się trochę na ganku, wpatrzona w dom chłopaków, czekając, by pokazał się tamten małolat. W końcu się pojawia – dwa dni później.

Zeskakuje z werandy, wkłada papierosa do ust i opiera się o boczną ścianę.

Patrzy mi w oczy, gdy wstaję, i w tej samej cholernej sekundzie moskitiera się rozsuwa i wychodzi Maybell, udając, że chciałaby pogadać.

Podchodzi do mnie od niechcenia i się uśmiecha.

– Jak się masz, Rae?

Posyłam jej wymuszony uśmiech. Gdyby był to ktokolwiek inny, odeszłabym, ale Maybell wprawia mnie w dobry nastrój. Jest wyluzowana i w przeciwieństwie do ostatniej opiekunki socjalnej nie wściubia nosa w nie swoje sprawy.

– Spoko.

Kiwa głową, upija kawę i patrzy na drugi dom.

– Widzę, że czekał do ostatniej chwili, by wyjść. Jakieś kłopoty w szkole, o których powinnam wiedzieć? – pyta, ponownie mi się przyglądając. – Ktoś cię dręczy?

Ciekawość w jej głosie sprawia, że chyba wiem, którą osobę – albo które trzy osoby – ma na myśli. Jednak jeśli chce coś wiedzieć, musi otwarcie zapytać.

– Nie – odpowiadam, na co marszczy czoło, lecz jej usta rozciągają się w niewielkim uśmiechu.

– Wiesz… – Urywa. – Chyba mogłabyś się przystosować do takiego miejsca jak to.

– Nie żebym miała wyjście, ale nawet gdyby tak było, mam to gdzieś.

– Nie mówię o grupowym domu, dziecko – odpowiada cicho, jakby nie chciała, aby ktokolwiek inny słyszał. W końcu ponownie na mnie patrzy. – Mówię o tym miejscu, tym mieście.

Nie czeka na odpowiedź i wraca do środka. Mam przeczucie, że zrobiłabym dokładnie coś odwrotnego niż to, co nakazywałyby jej słowa. Nie żebym miała odpowiedź na tę przypadkową uwagę.

I, rety, jak na zawołanie, kiedy odchodzi, chłopak, na którego tyle czekałam, pakuje tyłek do auta.

Wzdycham z rezygnacją, schodzę z ganku i idę do szkoły, postanawiając go w niej wytropić.

Większą część przerwy na lunch spędzam, włócząc się po terenie przy szkole, próbując zlokalizować outsiderów – uczniów, którzy unikają rządzących w tej szkole, ukrywają się.

W końcu udaje mi się wypatrzyć ziomka, który stoi pod trybunami przy betonowym filarze. Ma ciemne worki pod oczami, rozciętą wargę z ćwiekiem i beztrosko pali szluga.

– Hej.

Rzuca mi leniwe spojrzenie.

– Nie pytaj. Nie mam nic dla ciebie. To mój ostatni.

– Nie o to chodzi, ale spoko. Nie palę tytoniu, preferuję zielsko.

Wraca do mnie znudzonym spojrzeniem.

– Szukam jakiegoś.

Prycha i kręci głową.

– Słuchaj. – Zrównuję się z nim, by nasze oczy znajdowały się na tej samej wysokości. – Wiem, z kim mam do czynienia. Nie chcę od ciebie niczego prócz numeru lub kierunku. Cokolwiek masz, a wiem, że coś wiesz.

Taksuje mnie wzrokiem.

Tak, jestem szczupła, ale nie wychudzona. Mam mięśnie wyrobione od podciągania się na połamanych metalowych ogrodzeniach i przerzucania opon na złomowiskach.

Cóż mogę rzec, robiłam wszystko, aby nie słuchać jęków dochodzących z pokoju, który niegdyś dzieliłam z matką, gdy spałam na kanapie trzy metry od niej.

– Słyszałem, że zalazłaś za skórę Brayshawom.

– Nie bardziej niż oni mi, jeśli mam być szczera.

– Nie lubią, kiedy rzuca się im wyzwanie.

– Na pewno? – droczę się.

Uśmiecha się przelotnie.

– Dobra, może i lubią.

– Myślę, że się tym karmią.

– Mimo to mogą sprawić, że przetrwanie będzie trudne dla takich dzieciaków jak my, jeśli będziemy na nich naciskać, a ty znalazłaś się w centrum uwagi.

– Skąd wiesz? Całe dnie spędzasz tutaj.

– Nigdzie się nie ukrywam. – Patrzy ostro. – Mam oczy dookoła głowy i wszystko słyszę. Chłopaki się wkurzają, dziewczyny panikują. To niekorzystne dla interesu.

Wzruszam ramionami.

– Tak, cóż, wygląda na to, że mój pobyt tutaj jest im bardzo nie na rękę. Nie mój problem i nic na to nie poradzę.

Wykrzywia twarz, ale kiwa głową. Zaciąga się, nim patrzy na mnie, i wydmuchuje dym.

– Jak masz na imię? – pytam.

– Bass.

– Cóż, Bass. – Nie ma mowy, by naprawdę się tak nazywał, lecz mam to gdzieś. – Podasz mi namiary czy nie?

– Powiedz, Raven Carver. – Wyjmuje świeżą paczkę fajek z kieszeni kurtki i częstuje mnie. – Jakich kłopotów szukasz?

Mimowolnie się uśmiecham.

Wiedziałam.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 7

 

Raven

 

 

 

To koszykarze.

Powinnam była się domyślić. Wszyscy szorstcy i wyluzowani faceci nimi są – przynajmniej w mojej okolicy.

Omiatam wzrokiem wielkoluda, Maddoca, który ma poważne, ostre spojrzenie, kozłuje jak zawodowiec, następnie robi szybki zwód i z łatwością omija kumpla. Podskakuje i bez wysiłku wrzuca piłkę do kosza.

– Ooo. Dobra praca nóg, synu! – krzyczy ze śmiechem Royce.

Maddoc trafia piłką w jego głowę i odwraca się do kolejnego.

– Dlaczego pozwalasz się wykiwać?

Captain kręci głową.

– Sam to robisz, ziom. Chciałbym cię zatrzymać.

– Nie pierdziel, Cap.

– Serio. Może gdybym mógł cię kryć, trener nie posadziłby mnie na ławce, by wpuścić Clemmonsa do rozpoczęcia sezonu. Nie mogę się ostatnio skupić i nie sądzę, by się to wkrótce zmieniło.

– Masz ostatnio wiele na głowie, ziom, ale jak zawsze, będziesz jak nowy, gdy zaczną się rozgrywki. A on nie – mówi mu Maddoc.

Captain kręci głową z niedowierzaniem, a ten do niego podchodzi. Chwyta go za kark i w braterski sposób przyciąga jego czoło do swojego.

– Nie będzie cię sadzał na żadnej pieprzonej ławce.Grasz.

Zerkam na Royce’a, który do nich podchodzi. Kładzie rękę na ramieniu Captaina.

– Jesteśmy z tobą, brachu. W tym roku wygramy mistrzostwa stanowe.

Captain kiwa głową.

Jestem zafascynowana milczącą obietnicą, którą sobie składają, aby osiągnąć cele, jakiekolwiek by one nie były.

To zajebiste.

Trzech chłopaków, którzy grają w kosza w tym getcie, jakim jest zwykłe boisko w parku, a wiem, że gdyby chcieli,mogliby grać w znacznie lepszym miejscu, na szkolnej sali gimnastycznej czy na boisku zewnętrznym. Tych gnojków bez rodziców – jeśli plotki o nich są prawdziwe – łączy prawdziwa zażyłość. Coś, o co warto walczyć.

Założę się, że fajnie im z tym.

Obracam się, opieram o drzewo i wyciągam mojego ostatniego jointa, wkładam do ust, po czym odpalam. Dotykam głową starego jawora i zaciągam się porządnie. Nagle skręt zostaje wyrwany mi z ręki i rzucony pod nogi.

– Co do…

– Zamknij się – przerywa mi ostro Maddoc z pustym wyrazem twarzy. – Co ty wyprawiasz?

Unoszę brwi i wskazuję na zniszczonego jointa pod jego stopą.

– Palę. – Najwyraźniej.

– Nie masz wstępu na to boisko.

Parskam śmiechem, a grymas chłopaka się pogłębia, jego kumple dołączają do naszej małej imprezki.

– To publiczny park.

– Widzisz tu kogoś innego? – Zerka na bliznę pod moim okiem, nim unosi spojrzenie.

Rozglądam się, ale rzeczywiście nikogo tu nie ma. Ani żywej duszy prócz naszej czwórki.

– Słuchaj, mam w dupie wasze meczyki. Nie mogę palić w domu ani w szkole. Za każdym razem, gdy próbuję przejść na tyły posiadłości, opiekunka wpada w szał i twierdzi, że nie mogę tam przebywać, albo lezie za mną jakiś sęp. Nie lubię ludzi. Nie dzielę się i nie chcę, by mi przeszkadzano, więc wracajcie do gry, a ja skręcę sobie od nowa to, co da się jeszcze zjarać. To jak?

Royce parska krótkim śmiechem, ale tuszuje to kaszlem i odwraca się, gdy wielkolud piorunuje go wzrokiem. Captain jednak ściąga brwi, a Maddoc, oczywiście, nie jest pod wrażeniem.

Pochyla się, aż jego śliczna buźka znajduje się na tym samym poziomie co moja. Unosi stopę, patrzy na skręta, po czym znów na mnie.

Spoglądam mu przez chwilę w oczy, a gdy staje się jasne, że zamierza go zdeptać, nurkuję po niego, ale jest szybszy, więc trafiam palcami w ziemię.

Podnoszę się i szturcham chłopaka w pierś, nim staję naprzeciwko niego, na co ściąga brwi. Stoi sztywno jak posąg, zerkając na dziewczynę ze slumsów.

– Chcesz się odgryźć, wielkoludzie? Spoko, ale nie ujdzie ci to płazem.

Zamyka palce wokół skręta, spojrzeniem jasnych oczu wyzywając mnie, bym wykonała swój ruch.

I zrobiłabym coś, gdybym wierzyła, że cokolwiek by zadziałało na takim gościu. Wielkim, śmiałym, nieustraszonym z natury i lojalnym z wyboru. Facecie nieporuszonym ciałem kobiety.

Prawdziwa rzadkość.

Za plecami słyszę trzask zamykanych drzwi samochodu, co przykuwa naszą uwagę.

– Kurwa, znowu się zaczyna – szepcze Royce, a Maddoc mocniej napina mięśnie.

Podchodzi policjant, Maddoc zaciska zęby, jego ręka lekko drga.

Mój joint.

Chwila, chłopak się boi, że zostanie z nim przyłapany?

Zerkam przelotnie na całe trio i widzę na wszystkich twarzach tę samą ponurą minę, na co marszczę czoło. Nie są zmartwieni, raczej rozwścieczeni.

Ale dlaczego?

Maddoc wydaje z siebie stłumiony pomruk, więc ponownie skupiam się na nim.

Przesuwam się w lewo i staję nieco za jego wielkim ciałem. Nie jestem pewna dlaczego, lecz lekko stukam go w knykcie, przez co patrzy mi w oczy. Nie ma czasu na zastanowienie, a mimo to nie rozwiera dłoni.

– Otwórz – syczę. Niewielka zmarszczka pojawia się między jego brwiami, ale w końcu chłopak rozluźnia palce na tyle, bym wzięła zgniecionego skręta tuż przed tym, jak policjant podchodzi i wszyscy musimy się z nimzmierzyć.

– No proszę. Czy to nie ostatni z Brayshawów? Maddoc, Captain i Royce trzymający się z dala od kłopotów, jak mam nadzieję – mówi, nim patrzy w moją stronę. – I nowa przyjaciółeczka. – Zbliża się, a mnie wkurza jego ciekawość, której w ogóle nie ukrywa. – Nie sądzę, bym cię tu widział, panno…

Kręci głową, kiedy tylko mu się przyglądam.

Patrzy na Maddoca, który spogląda na mnie, gdy się odsuwa. Rozkłada szeroko ręce, otwierając dłonie. Zwilża wargi językiem i opuszcza leniwie głowę.

Najwyraźniej często się to zdarza. Sytuacja jest debilna, ale podpowiada mi, że chłopaki mają jakiś okres próbny czy coś w tym stylu – policja może ich przeszukiwać, kiedy tylko chce. Podporządkowują się.

Policjant śmieje się z mojego grymasu, przeszukując Maddoca.

– Niedługo dowiem się, kim jesteś, i ciebie również będę musiał skontrolować.

– Sami się nią zajmiemy, Graven. Nie musisz się niczego dowiadywać – rzuca Royce, a policjant się śmieje, klepiąc Maddoca po plecach, aby dać mu znać, że skończył.

Chłopak strąca jego rękę i staje obok Royce’a, przez co pozostawia mnie po drugiej stronie.

– Trzymajcie się, chłopcy. Na razie. – Patrzy na mnie przez chwilę, nim wraca do auta i odjeżdża.

Captain gwiżdże cicho, gdy Maddoc piorunuje mnie wzrokiem.

– Niemal mnie przez ciebie przydybał!

Unoszę głowę.

On tak serio?

– Nie… Sam niemal dałeś się złapać. Gdybyś nie próbował zwinąć mojego towaru, nie starałabym się go odzyskać.

– Może powinnaś przestać wchodzić nam w drogę.

– Może powinniście przestać zachowywać się, jakbym wam na niej stała!

Warczy gardłowo, ale tłumi dźwięk, przy czym pulsują mocne mięśnie jego szyi.

Cała trójka wraca na boisko, zbiera swoje rzeczy, nim podchodzi do pick-upa Captaina – wydaje się, że chłopcy mają trzy identyczne GMC denali. Wsiadają, choć Royce nieruchomieje na chwilę, patrząc na mnie, nim wskakuje do środka.

I zaraz zostaję sama. Jak zawsze.

Ale tak właśnie lubię.

Samotność oznacza to, że nie muszę przejmować się innymi oraz tym, jak moje postępowanie na nich wpłynie.

Ci chłopcy mają szczęście, że chciałam odzyskać zioło, inaczej ich uroczy lider zarobiłby nowe błyszczące bransoletki.

Teraz zapewne myślą, że chciałam im pomóc, jednak nie dlatego się o to pokusiłam.

Zrobiłam to dla siebie.

To znaczy, dlaczego inaczej miałabym się trudzić?

 

 

Maddoc

 

– Co zrobimy z tą dziewczyną? – pyta Captain, a ja zaciskam zęby, przenosząc lód z jednego kolana na drugie.

– Ma na imię Raven – rzuca Royce przez ramię.

– Znam jej pieprzone imię. I jeszcze nie wiem – odpowiadam, a Captain kiwa głową, siadając obok na starej kanapie.

– Ma coś w sobie. Nie jest jak inne. – Royce bierze krzesło, obraca je i siada przed nami. – Jest…

–