Dzwonnik z Notre Dame - Victor Hugo - ebook

Dzwonnik z Notre Dame ebook

Victor Hugo

0,0

Opis

Paryż, wiek XV. Centrum świata, kultury i polityki. Szczyt wysublimowania, bogactwa i dobrego smaku. A obok nędza, bezprawie, opresja. Złodzieje, prostytutki, cyganie i inni wykluczeni z blichtru wspaniałego miasta.

 

Dwa światy równoległe, który przecinają się ze sobą albo pod szubienicą, albo na niej.

 

Piękna cyganka i on – największy brzydal literatury, chromy i szpetny dziwak ciągający sznury dzwonniczych serc ku chwale Pana, który chyba odeń w podzięce dostał serce największe i najpiękniejsze…

 

Bo czyż brzydota nie może kryć w sobie piękna?

 

Klasyka literatury światowej, której nie można nie znać!!!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 753

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Vic­tor Hugo, fot. Étienne Car­jat, 1876 r.

.

Wstęp

Przed kil­koma laty au­tor tej książki, zwie­dza­jąc ka­te­drę pa­ry­ską, a ra­czej szpe­ra­jąc po jej ką­tach, zna­lazł w ciem­nej celce jed­nej z jej wież ten oto wy­raz wy­cięty ręką na mu­rze:

ANANKE[1]

Wiel­kie grec­kie li­tery, czarne ze sta­ro­ści i mocno za­głę­bione w ka­mie­niu, ich kształt i układ przy­po­mi­na­jący coś z pi­sowni go­tyc­kiej jakby na świa­dec­two, że na­kre­śliła je tu ręka śre­dnio­wieczna, przede wszyst­kim zaś ich zło­wro­gie i fa­talne zna­cze­nie, żywo ude­rzyły au­tora.

Za­py­ty­wał sie­bie, od­gad­nąć pra­gnął, co to za po­kut­ni­cza du­sza mo­gła być, która nie chciała opu­ścić świata bez po­ło­że­nia tego piętna zbrodni czy nie­szczę­ścia na ło­nie sta­rego ko­ścioła.

Od owego czasu mur otyn­ko­wano, a może i oskro­bano (nie wiemy na pewno), i na­pis znikł. W taki wła­śnie spo­sób po­stę­pu­jemy od lat z cud­nymi świą­ty­niami wie­ków śred­nich. Ka­lec­twa spa­dają na nie ze­wsząd: od środka tyn­kuje je ka­płan, z wierz­chu skro­bie bu­dow­ni­czy, póź­niej idzie lud, który je bu­rzy.

Ta­kim pra­wem nic już dziś nie po­zo­stało z ta­jem­ni­czego wy­razu, wy­ry­tego na ciem­nej wieży ka­te­dral­nej ani z nie­zna­nych dzie­jów tak smęt­nie na niej stresz­czo­nych... nic, oprócz kru­chej pa­miątki, jaką im po­święca au­tor tego dzieła. Czło­wiek, który to słowo wy­żło­bił, uto­nął wśród po­ko­leń w wie­ko­wej fali za­po­mnie­nia; wy­raz z ko­lei zgasł na ścia­nie ko­ściel­nej, a wkrótce może i sam ko­ściół ze­trze się z ob­li­cza ziemi.

Z tego to słowa po­wstała ni­niej­sza książka.

KSIĘGA PIERW­SZA

Izba wielka

Trzy­sta czter­dzie­ści osiem lat, sześć mie­sięcy i dzie­więt­na­ście dni temu pa­ry­ża­nie obu­dzili się przy huku wszyst­kich sze­roko roz­ma­cha­nych dzwo­nów w po­trój­nym ob­wo­dzie Cité, Wszech­nicy i No­wego Mia­sta.

Szó­sty stycz­nia 1482 roku nie był jed­nak dniem pa­mięt­nym dla hi­sto­rii. Nic szcze­gól­nego w wy­padku, który tak od sa­mego rana po­ru­szał dzwony i miesz­czan pa­ry­skich. Ani był to na­pad Pi­kar­dyj­czy­ków lub Bur­gund­czy­ków, ani pro­ce­sja z re­li­kwiami, ani roz­ru­chy stu­denc­kie w dziel­nicy Laas, ani przy­by­cie „Na­szego wielce mi­ło­ści­wego a po­tęż­nego Jmci Króla i Pana”, ani miła ucie­cha wie­sza­nia ło­trów lub ło­trzyc w Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści. Nie był to też ża­den z tak czę­stych w wieku pięt­na­stym przy­jęć wy­fry­zo­wa­nej i wy­ga­lo­wa­nej am­ba­sady. Dwa dni za­le­d­wie upły­nęło od chwili, kiedy ostat­nia tego ro­dzaju ka­wal­kada, mia­no­wi­cie po­sel­stwo fla­mandz­kie w spra­wie mał­żeń­stwa del­fina Fran­cji z Mał­go­rzatą księż­niczką Flan­drii, od­było wjazd do sto­licy, ku wiel­kiemu nie­za­do­wo­le­niu kar­dy­nała Bur­bona, który zmu­szony zo­stał dla do­go­dze­nia kró­lowi sa­dzić się na uprzej­mość dla ca­łej tej miesz­czań­skiej ciżby bur­mi­strzów fla­mandz­kich i ra­czyć ich we wła­snym pa­łacu „sro­dze pięk­nym dia­lo­giem z kro­to­chwilą i masz­karą”, gdy tym­cza­sem ulewny deszcz za­ta­piał mu u drzwi jego prze­pyszne ko­bierce.

Zda­rze­nie, które 6 stycz­nia „do­da­wało tak du­cha mo­tło­chowi pa­ry­skiemu”, że uży­jemy wy­ra­żeń Je­hana z Troyes, było to po pro­stu święto Trzech Króli, po­łą­czone od nie­pa­mięt­nych cza­sów ze świę­tem oszu­stów, zwa­nymi pod­ów­czas bła­znami.

Tego dnia miały mieć miej­sce ra­do­sne ognie na placu Grève, sa­dze­nie zie­lo­nej różdżki w ka­plicy na Bra­que i mi­ste­rium w Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści. Wła­ściwe ob­wiesz­cze­nie na pla­cach pu­blicz­nych, przy od­gło­sie trąb, zo­stało ogło­szone w wi­gi­lię święta przez łucz­ni­ków JW. Sta­ro­sty Grodz­kiego, bo­gato ubra­nych w opoń­cze z fio­le­to­wej ma­te­rii, z wiel­kimi bia­łymi krzy­żami na piersi.

Tłumy miesz­czan i miesz­czek dą­żyły więc ze wszech stron od sa­mego rana, przy po­za­my­ka­nych do­koła do­mach i kram­ni­cach, ku jed­nemu z trzech wy­mie­nio­nych punk­tów. Każdy wy­brał swoje: je­den sztuczne ognie, ów mi­ste­rium, inny zie­loną palmę. Na po­chwałę wszakże sta­rego zdro­wego zmy­słu pa­ry­skich ga­piów do­dać trzeba, że więk­sza część ludu śpie­szyła na ognie sztuczne, przy­pa­da­jące tym ra­zem bar­dzo w porę, albo też na mi­ste­rium, któ­rego przed­sta­wie­nie miało się od­by­wać w wiel­kiej kom­na­cie try­bu­nal­skiej, szczel­nie za­mknię­tej i osło­nię­tej. Co do ga­łązki ma­jo­wej, zga­dzano się nie­mal po­wszech­nie, że wy­pa­dało ją zo­sta­wić sa­mot­nie, drżącą pod stycz­nio­wym nie­bem, na cmen­ta­rzu ka­plicy Bra­que.

Lud pły­nął ob­fi­cie ku wej­ściu do Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści; wie­dziano bo­wiem, że am­ba­sa­do­ro­wie fla­mandzcy, przy­byli przed dwoma dniami, za­mie­rzali po­ja­wić się na przed­sta­wie­niu mi­ste­rium i na wy­bo­rach króla hul­ta­jów, które rów­nież miały się do­ko­nać w wiel­kiej kom­na­cie.

Nie było rze­czą ła­twą do­ci­snąć się tego dnia do tej wiel­kiej kom­naty ma­ją­cej prze­cież sławę naj­ob­szer­niej­szej na świe­cie. (Prawda, że Sau­val nie wy­mie­rzył wtedy jesz­cze wiel­kiej sali zamku Mon­tar­gis). Prze­peł­niony lu­dem plac try­bu­nal­ski przed­sta­wiał dla wy­glą­da­ją­cych z okien wi­dok mo­rza, w które pięć czy sześć ulic, jakby uj­ścia rzeki, wle­wało co chwila nowe fale ludz­kich głów. Wciąż wzra­sta­jące bał­wany roz­trą­cały się o rogi do­mów, jakby ota­czały ja­kieś mor­skie przy­lądki, w nie­re­gu­lar­nej ko­tli­nie placu. W środku wy­so­kiego pa­ła­co­wego, go­tyc­kiego frontu wiel­kie schody ki­piące po­dwój­nym prą­dem wstę­pu­ją­cego i scho­dzą­cego ludu, który ła­miąc się pod środ­ko­wym gan­kiem, sze­ro­kimi stru­mie­niami sta­czał się po bocz­nych po­chy­ło­ściach – wiel­kie schody wy­le­wały lud na plac, jak ka­skada wodę w je­zioro. Krzyki, śmie­chy, tu­pa­nia two­rzyły huk i ha­łas nie­zmierny. Huk ów i ha­łas wzma­gały się nie­kiedy, a pęd, prący całą tę masę ku wiel­kim scho­dom, skrę­cał na­gle, mie­szał się i pry­skał. A po­wo­dem tego było na­tar­cie haj­duka grodz­kiego lub ude­rze­nie kon­nego sta­ro­ściń­skiego łucz­nika, pró­bu­ją­cego utrzy­mać po­rzą­dek. Roz­czu­la­jący zwy­czaj, prze­ka­zany przez sta­ro­stwo dawne ju­rys­dyk­cji ko­ne­ta­bla, przez ju­rys­dyk­cję ko­ne­ta­bla straży mar­szał­kow­skiej, a przez straż mar­szał­kow­ską na­szej dzi­siej­szej żan­dar­me­rii pa­ry­skiej.

W oknach, we drzwiach, na pod­da­szach, na da­chach wiły się ty­siące za­cnych miesz­czań­skich fa­cjat, spo­koj­nych i do­bro­dusz­nych, pa­trzą­cych na pa­łac, pa­trzą­cych na ciżbę, i do­sko­nale za­do­wo­lo­nych; trzeba bo­wiem wie­dzieć, że spora część miesz­kań­ców Pa­ryża kon­ten­tuje się czę­sto rolą wi­dzów, i pro­sta ściana, za którą „coś się dzieje, gdy ga­dają”, staje się już nie­zmier­nie cie­kawą rze­czą.

Gdyby było nam dane, nam, lu­dziom 1830 roku, ze­spo­lić się z uczu­ciem pa­ry­żan XV wieku i wejść wraz z nimi w tym ogól­nym na­tłoku, rwe­te­sie i spy­cha­niu się do ogrom­nej sali Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści, tak tłocz­nej 6 stycz­nia 1482, wi­do­wi­sko to może obej­rze­li­by­śmy nie bez przy­jem­no­ści; zna­leź­li­by­śmy je­dy­nie do­koła rze­czy tak stare, że aż wy­da­łyby się nam one cał­kiem nowe.

Je­żeli czy­tel­nik na to po­zwoli, bę­dziemy usi­ło­wali od­na­leźć w my­śli wra­że­nie, ja­kiego do­zna­li­by­śmy, prze­stę­pu­jąc progi tej wiel­kiej kom­naty, po­śród ciżby po­spól­stwa w ser­da­kach, opoń­czach i strzę­pia­stych spodniach.

Ale naj­pierw dzwo­nie­nie w uszach, olśnie­nie oczu. Po­nad gło­wami dwo­iste ostro­łu­kowe skle­pie­nie, pod­bite rzeź­bami z drzewa, po­ma­lo­wane na błę­kitno, zdo­bione w złote li­lie. Pod na­szymi sto­pami po­sadzka mar­mu­rowa, w pły­tach to bia­łych, to czar­nych. O kilka kro­ków od nas po­tężny słup, da­lej drugi, da­lej trzeci; ra­zem sie­dem słu­pów wzdłuż sali, pod­trzy­mu­ją­cych w jej środku spadki po­dwój­nego skle­pie­nia. Wo­koło pierw­szych czte­rech słu­pów kram­nice han­dla­rzy, całe błysz­czące od szkieł i brzę­ka­deł; wo­koło trzech ostat­nich dę­bowe ławki, wy­śli­zgane i wy­po­le­ro­wane plu­drami pa­cjen­tów i su­tan­nami pa­le­stry. W krań­co­wym ob­wo­dzie sali, wzdłuż wy­so­kiej ściany mię­dzy po­dwo­jami, mię­dzy oknami, mię­dzy słu­pami, nie­skoń­czony sze­reg po­są­gów wszyst­kich kró­lów Fran­cji od Fa­ra­munda: kró­lów próż­nia­ków, z rę­kami po­zwie­sza­nymi, z po­spusz­cza­nymi oczami, kró­lów dziel­nych i wo­jow­ni­czych, z gło­wami i pra­wi­cami hardo pod­nie­sio­nymi ku niebu. Na­stęp­nie, w dłu­gich ostro­łu­ko­wa­tych oknach, szyby o ty­sięcz­nych ko­lo­rach; w sze­ro­kich wyj­ściach po­dwój­nie bo­gate kom­naty, mi­ster­nie rzeź­bione; a wszystko ra­zem ze skle­pie­niami, słu­pami, ścia­nami, fra­mu­gami, stro­pami, oknami, po­są­gami, pod­szyte od góry do dołu prze­pysz­nym błę­kit­nym tłem i zło­tem, które, po­czer­niałe nieco w epoce na­szej po­wie­ści, zni­kło pra­wie cał­kiem pod py­łem i pa­ję­czymi siat­kami, choć w roku Pań­skim 1549 Du­breuil jesz­cze się nimi za­chwy­cał.

Wy­obraźmy so­bie te­raz tę ogromną, po­dłużną kom­natę ob­laną przy­ćmio­nym świa­tłem stycz­nio­wego dnia, w peł­nym roz­igra­niu pstrych tłu­mów, krzy­kli­wych, su­ną­cych wzdłuż ścian i za­ta­cza­ją­cych się wo­kół sied­miu słu­pów, a bę­dziemy już mieli pewne za­mglone wy­obra­że­nie o ca­ło­ści ob­razu, któ­rego cie­kaw­sze szcze­góły po­sta­ramy się za­raz do­kład­niej obej­rzeć.

Pewne jest, że gdyby Ra­va­il­lac nie za­mor­do­wał Hen­ryka IV, nie by­łoby wcale do­ku­men­tów tego pro­cesu w kan­ce­la­rii try­bu­nal­skiej Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści, ani też wspól­ni­ków zbrodni za­in­te­re­so­wa­nych w znisz­cze­niu rze­czo­nych do­ku­men­tów; a co za tym idzie, nie by­łoby rów­nież pod­pa­la­czy, zmu­szo­nych z braku lep­szego środka pod­pa­lić kan­ce­la­rię, aby spa­lić do­wody, pod­pa­lić Try­bu­nał cały, żeby spa­lić kan­ce­la­rię; a wresz­cie nie by­łoby wcale i po­żaru w 1618. Stary Pa­łac Spra­wie­dli­wo­ści stałby po dziś dzień na swo­ich po­sa­dach ze swoją starą wielką kom­natą. Mo­gli­by­śmy w ta­kim ra­zie po­wie­dzieć czy­tel­ni­kom: „Pójdź­cie ją obej­rzeć” i w ten spo­sób by­li­by­śmy wspól­nie wolni, pi­szący od kre­śle­nia, czy­tel­nik od czy­ta­nia opisu, jaki się udało zło­żyć. Do­wo­dzi to tej no­wej prawdy: że wiel­kie wy­padki mają nie­obli­czalne skutki.

Co prawda moż­liwe jest rów­nież, że Ra­va­il­lac by­naj­mniej żad­nych wspól­ni­ków nie miał, a także i to, że gdyby przy­pad­kiem wspól­nicy ci byli, to prze­cież nie­ko­niecz­nie z ich przy­czyny wy­nikł po­żar w 1618. Są jesz­cze dwa inne tłu­ma­cze­nia wy­padku i nie cał­kiem bez­za­sadne. Primo, wielka pło­mienna gwiazda, sze­roka na stopę, długa na ło­kieć, spa­dła, jak każ­demu wia­domo, z nie­bios na Pa­łac 7 marca po pół­nocy. Se­cundo, czte­ro­wiersz The­ophila:

Cer­tes, ce fut un tri­ste jeu

Qu­ant a Pa­ris dame Ju­stice,

Pour avoir mangé trop d’epice,

Se mit le pa­lais en feu.

(Za­prawdę, smutna to była igraszka,

kiedy w Pa­ryżu Pani Spra­wie­dli­wość,

najadł­szy się za wiele przy­pra­wek,

zio­nęła ogniem na swój pa­łac).

Co­kol­wiek by­łoby do po­wie­dze­nia o tym po­trój­nym; po­li­tycz­nym, fi­zycz­nym i po­etycz­nym tłu­ma­cze­niu po­wo­dów zgo­rze­nia Pa­łacu Spra­wie­dli­wo­ści w roku 1618, jedno jest fak­tem na nie­szczę­ście pew­nym: że Pa­łac zgo­rzał. Przez tę ka­ta­strofę, a zwłasz­cza przez roz­ma­ite ko­lejne od­no­wie­nia, które zruj­no­wały to, co za­osz­czę­dził po­żar, nie­wiele dziś zo­stało z tej pier­wot­nej sie­dziby kró­lów Fran­cji, tego star­szego brata Luwru, tak sę­dzi­wego już za cza­sów Fi­lipa Pięk­nego, że szu­kano na nim śladu owych prze­pysz­nych bu­dyn­ków, wznie­sio­nych za króla Ro­berta, które Hal­gal­dus opi­suje: „Zni­kło pra­wie wszystko. Cóż się stało z izbą kanc­ler­ską, w któ­rej Lu­dwik Święty »mał­żeń­stwa swego do­peł­nił«?, co się stało z ogro­dem, w któ­rym ten mo­nar­cha, le­żąc z Jo­inville’em na ko­bier­cach, wy­mie­rzał spra­wie­dli­wość, »ubrany w spodnik kam­lo­towy, w weł­niany ser­dak bez rę­ka­wów, w de­lię spa­da­jącą na czarne san­dały«? Gdzież się po­działa izba ce­sa­rza Zyg­munta? izba Ka­rola IV? izba Jana bez Ziemi? Gdzie kruż­ga­nek, z któ­rego Ka­rol VI ogło­sił swój edykt uła­ska­wie­nia? gdzie ta­fla, na któ­rej Mar­cel, w obec­no­ści del­fina, za­mor­do­wał Ro­berta z Cler­mont i mar­szałka Cham­pa­gne? gdzie furta, u któ­rej po­darto bulle an­ty­pa­pieża Be­ne­dykta, i skąd ci, co je przy­nie­śli, iść mu­sieli w urą­ga­ją­cych ka­pach i mi­trach po ca­łym Pa­ryżu, z pu­blicz­nym wy­zna­niem winy? albo i ta sama wielka kom­nata, ze swymi zło­ce­niami, z błę­ki­tem, z ostro­łu­kami, z po­są­gami, ze słu­pami, ze swoim nie­ob­ję­tym skle­pie­niem po­na­ci­na­nym w rzeźby, gdzież jest ona? a ten lew ka­mienny, strze­gący wej­ścia z po­chy­loną głową, z pod­kur­czo­nym ogo­nem, na po­do­bień­stwo lwów u tronu Sa­lo­mona, w po­sta­wie upo­ko­rzo­nej, jak wy­pada sile przed spra­wie­dli­wo­ścią? a piękne po­dwoje? a ma­lo­wane szkła? a rzeź­bione że­laza, wpra­wia­jące w roz­pacz Bi­scor­netta? a de­li­katne sto­lar­skie ro­boty mi­strza Du­hancy? Co uczy­nił czas, co lu­dzie uczy­nili z tych cu­dów? Co dano nam w za­mian za całą tę ga­lij­ską hi­sto­rię, za całą tę go­tycką sztukę? Cięż­kie, przy­du­szone peł­no­łuki pana Brosse’a, nie­zręcz­nego bu­dow­ni­czego fron­tonu Sa­int-Ge­rvais – tyle w za­mian za ar­cy­dzieła; a co do dzie­jów, mamy wiele mó­wiące pa­miątki po pę­ka­tym słu­pie, jesz­cze nie­osty­głym od go­rą­cych bredni Pa­tru’ów”.

Nie­wiele, za­iste!

Wróćmy jed­nak do praw­dzi­wej wiel­kiej kom­naty sta­rego Pa­łacu.

Na dwóch koń­cach tego ol­brzy­miego rów­no­le­gło­boku stały: po jed­nej stro­nie, sławny stół mar­mu­rowy z jed­nego je­dy­nego ka­wałka, a tak długi, tak sze­roki i gruby, „że ni­gdy jesz­cze – po­wia­dają stare pa­piery ziem­stwa, któ­rego stylu by im po­zaz­dro­ścił Gar­gan­tua – ni­gdy jesz­cze, jak świat świa­tem nie wi­dziano po­dob­nego skrawka mar­muru”; po dru­giej stro­nie ka­plica, gdzie Lu­dwik XI ka­zał się rzeź­bić na klęcz­kach przed Matką Bo­ską, i do­kąd po­le­cił prze­nieść, nie dba­jąc o ogo­ło­ce­nie dwóch fra­mug ga­le­rii po­są­gów kró­lew­skich, po­sągi Ka­rola Wiel­kiego i Lu­dwika Świę­tego, dwóch świę­tych, któ­rych uwa­żał za po­sia­da­ją­cych ty­tuł kró­lew­ski i szcze­gólną ła­skę nie­bios. Ka­plica ta, jesz­cze nowa, zbu­do­wana przed za­le­d­wie sze­ścioma laty, cała no­siła na so­bie za­chwy­ca­jący styl ar­chi­tek­tury mi­ster­nej, o cu­dow­nych rzeź­bach, o cien­kich głę­bo­kich kar­bo­wa­niach, który we Fran­cji za­zna­cza ko­niec epoki go­tyc­kiej, i prze­dłuża się aż ku środ­kowi wieku szes­na­stego w cza­row­nych fan­ta­zjach od­ro­dze­nia. Drobna ró­życzka, wy­kuta nad fron­to­nem, w szcze­gól­no­ści ucho­dziła za ar­cy­dzieło sub­tel­no­ści i wdzięku; rzekł­byś, gwiazda z ko­ro­nek.

W środku sali, na­prze­ciw głów­nego wej­ścia, wznie­siono es­tradę ze zło­to­gło­wów opartą o mur, z osob­nymi po­dwo­jami urzą­dzo­nymi za po­mocą okna wy­cho­dzą­cego na ko­ry­tarz zło­co­nej kom­naty. Pod­wyż­sze­nie to prze­zna­czone było dla po­słów fla­mandz­kich i in­nych wy­so­kich go­ści, za­pro­szo­nych na przed­sta­wie­nie mi­ste­rium.

Samo przed­sta­wie­nie miało się od­być na mar­mu­ro­wym stole. Od rana przy­go­to­wano go od­po­wied­nio; jego bo­gata wierzch­nia po­krywa, cała po­ry­so­wana od ob­ca­sów pa­le­stry i woź­nych try­bu­nal­skich, no­siła na so­bie ro­dzaj drew­nia­nej klatki, dość wy­so­kiej, któ­rej górna ściana, wi­dziana ze wszyst­kich stron wiel­kiej kom­naty, słu­żyć miała za po­sadzkę sceny te­atral­nej, wnę­trze zaś prze­zna­czone było na szat­nię. Dra­bina umo­co­wana na ze­wnątrz utrzy­my­wała zwią­zek sceny z za­ku­li­sową szat­nią, ofia­ru­jąc swe strome szcze­ble wcho­dzą­cym i wy­cho­dzą­cym. Każdy nie­ocze­ki­wany bo­ha­ter, każdy na­gły zwrot ak­cji, każda te­atralna nie­spo­dzianka, mu­siały naj­pierw uka­zać się na scho­dach. Nie­winne a sę­dziwe dzie­ciń­stwo sztuki i wy­staw­no­ści.

Czte­rech wy­pro­sto­wa­nych pa­choł­ków ju­rys­dyk­cji try­bu­nal­skiej (obo­wiąz­kowi stróże wszel­kich lu­do­wych za­baw, za­równo w dniach uro­czy­stych, jak i w dniach eg­ze­ku­cji) stało przy czte­rech ro­gach mar­mu­ro­wego stołu.

Sztuka miała się za­cząć do­piero za dwu­na­stym ude­rze­niem po­łu­dnia na wiel­kim ze­ga­rze Pa­łacu. Było to bez wąt­pie­nia późno jak na przed­sta­wie­nie te­atralne, ale wy­pa­dało się z porą do­sto­so­wać do am­ba­sa­do­rów.

Tym­cza­sem cały tłum cze­kał już od rana. Spora liczba za­cnych cie­kaw­skich trzę­sła się na zim­nie od sa­mego świtu przy wiel­kich stop­niach Pa­łacu; nie­któ­rzy utrzy­my­wali na­wet, że całą noc prze­stali w za­głę­bie­niu wiel­kiej bramy w tym wła­śnie celu, by być pierwsi przy wej­ściu. Tłum gęst­niał z każdą chwilą i jak woda, co po­ziom wy­piera, za­czy­nał wy­su­wać się w górę wzdłuż mu­rów na wszyst­kie wy­pu­kło­ści ar­chi­tek­tury, na wszyst­kie za­gię­cia rzeźby. Nie­wy­goda, znie­cier­pli­wie­nie, nuda, jed­no­dniowy szał i cy­nizm swo­body, kłót­nie wy­bu­cha­jące przy lada oko­licz­no­ści o żwaw­sze szturch­nię­cie łok­ciem lub pod­ku­tym bu­tem, znu­że­nie dłu­gim ocze­ki­wa­niem na po­słów, nada­wały cierpki i gorzki ton wrza­wie tego za­mknię­tego ludu, spa­ko­wa­nego, ści­śnię­tego, zwar­tego, du­szą­cego się. Sły­chać było żale i na­rze­ka­nia na Fla­man­dów, na sta­ro­stę ku­piec­kiego, na kar­dy­nała Bur­bona, na mar­szałka Pa­łacu, na Jej­mość Mał­go­rzatę au­striacką, na ko­pij­ni­ków sta­ro­ściń­skich, na chłód, na go­rąco, na nie­po­godę, na bi­skupa pa­ry­skiego, na króla tref­ni­siów, na słupy, na po­sągi, na za­mknięte po­dwoje, na tamto okno otwarte; a wszystko to ku wiel­kiemu za­do­wo­le­niu ża­ków i haj­du­ków, roz­sia­nych w tłu­mie, któ­rzy za­ostrza­jąc całe to nie­ukon­ten­to­wa­nie kpiną i żar­tem – kłuli rzec można jak szpil­kami to po­wszechne złe uspo­so­bie­nie.

Jedna szcze­gól­nie we­so­łych grupa, ta, która wy­du­siw­szy szybę wiel­kiego okna, roz­sia­dła się na jego pod­sta­wie, ona naj­bar­dziej da­wała się po­spól­stwu we znaki, ci­ska­jąc raz po raz spoj­rze­nia i żar­to­bliwe słówka to tu, to tam, to w głąb tłu­mów w pa­łacu, to w śro­dek ulicz­nych gro­mad. Z prze­drzeź­nia­ją­cych ru­chów, z wy­bu­chów śmie­chu, z drwi­nek i wy­zwań rzu­ca­nych to­wa­rzy­szom z jed­nego końca kom­naty na drugi nie­trudno było osą­dzić, że mło­dzi ci pa­le­stranci by­naj­mniej nie po­dzie­lali nu­dów i zmę­cze­nia reszty zgro­ma­dze­nia i że z tego, co mieli przed oczami, wy­bor­nie po­tra­fili urzą­dzić dla wła­snej ucie­chy wi­do­wi­sko po­zwa­la­jące im bez­piecz­nie i miło ocze­ki­wać na inne.

– Na moją du­szę! To ty, Jo­an­ne­sie Frollo de Mo­len­dino! – wrzesz­czał je­den ze zgrai do ja­sno­wło­sego ło­buza o pięk­nej, choć zło­śli­wej twa­rzy, sie­dzą­cego na akan­to­wych li­ściach na­czółka jed­nej z ko­lumn. – Nie bez ra­cji zwą cię Je­ha­nem du Mo­ulin, bo te dwie twoje ręce i nogi do­prawdy wy­glą­dają jak roz­po­starte skrzy­dła wia­traka... Od dawna tu?

– A, na mi­łość sza­tana, już bli­sko od czte­rech go­dzin – od­parł Jan Frollo – i są­dzę, że mi to zo­sta­nie po­li­czone w czyść­co­wym ra­chunku. By­łem tu, gdy ośmiu kan­to­rów króla sy­cy­lij­skiego za­czy­nało mszę śpie­waną w ka­plicy Świę­tej, o siód­mej!

– Tę­gie śpie­waki! – pod­chwy­cił tam­ten – nie ma co: głos mają ostrzej­szy od wła­snych my­cek. Król Je­go­mość, za­nim mszę świętą fun­do­wał na cześć świę­tego Jana, naj­pierw po­wi­nien za­py­tać, czy nasz święty Jan lubi, by mu ła­cinę wy­śpie­wy­wano na spo­sób pro­wan­sal­ski.

– Zro­bił to król tylko dla­tego, żeby dać za­ję­cie prze­klę­tym śpie­wa­kom sy­cy­lij­skim! – ostro za­pisz­czała w tłu­mie jedna ze sta­rych bab, sto­jąca u pod­nóża okna. – I pro­szę! Ty­siąc zło­tó­wek pa­ry­skich za jedną mszę! Do tego na tar­go­wicz­nej dzier­ża­wie ryb mor­skich w Pa­ryżu!

– Oj, oj, zgoda, stara! – pod­chwy­cił je­go­mość po­ważny i opa­sły, za­ty­ka­jąc nos i od­wra­ca­jąc się od prze­kupki z ryb­nego targu. – Trzeba było prze­cież za­fun­do­wać mszę. Chcia­ła­byś, aby król na nowo za­cho­ro­wał?

– Tęgo rżniesz, sła­wetny pa­nie Gil­les Le­cornu[2], maj­strze ku­śnie­rzu szat kró­lew­skich! – krzyk­nął ża­czek ucze­piony u ko­lumny.

Cała gro­mada jego to­wa­rzy­szy gło­śnym śmie­chem przy­jęła nie­for­tunne na­zwi­sko bied­nego ku­śnie­rza, szu­bow­nika szat kró­lew­skich.

– Le­cornu! Gil­les Le­cornu! – wo­łali jedni.

– Cor­nu­tus et hir­su­tus[3]! – do­da­wał inny.

– Ale! Bez wąt­pie­nia! – cią­gnął z góry ko­lumny sza­ta­nik. – Co tu jest do śmie­chu? Za­cny człek Gil­les Le­cornu, któ­rego bra­tem maj­ster Je­han Le­cornu, mur­gra­bia dworu kró­lew­skiego; któ­rego oj­cem: maj­ster Ma­hiet Le­cornu, pierw­szy klucz­nik lasu Vin­cen­nes – wszy­scy co do nogi oby­wa­tele Pa­ryża, wszy­scy żo­naci z ojca na syna!...

Po­dwo­iła się we­so­łość. Gruby ku­śnierz-szu­bow­nik, nie pi­snąw­szy już ani słowa, usi­ło­wał wy­drzeć się spoj­rze­niom ci­ska­nym w niego ze wszyst­kich stron; ale się po­cił i sa­pał na próżno. Jak klin za­głę­bia­jący się w drzewo, sta­ra­nia jego tylko ten od­no­siły sku­tek, że co­raz moc­niej klamry są­siedz­kich ra­mion za­my­kały mu sze­roką twarz, krwi­stą, kar­ma­zy­nową z gniewu i zło­ści.

Na­resz­cie je­den z są­sia­dów, mały, krępy, po­ważny jak i sam pan ku­śnierz, rzu­cił się mu z po­mocą.

– Obrzy­dli­wo­ści! I w ten to spo­sób żaki śmią prze­ma­wiać do sła­wet­nego! Za mo­ich cza­sów osma­gano by ich ło­zami i na ło­zach na­stęp­nie spa­lono.

Cała gro­mada wy­buch­nęła śmie­chem.

– Hejże! Kto to znowu? Co to za pu­chacz nie­szczęść?

– Aha, mam go, po­znaję – rzekł je­den – to mistrz Ję­drzej Mu­snier.

– Jest jed­nym z czte­rech przy­się­głych księ­ga­rzy Wszech­nicy! – za­uwa­żył drugi.

– Wszystko tam idzie czwór­kami w tej kram­nicy! – wrza­snął trzeci. – Cztery na­rody[4], cztery fa­kul­tety, cztery święta, czte­rech pro­ku­ra­to­rów, czte­rech elek­to­rów, czte­rech księ­ga­rzy...

– A więc – po­chwy­cił Je­han Frollo – po­de­ślijmy im i czwo­ro­roż­nego dia­bła...

– Mu­snier, z dy­mem pu­ścimy wszyst­kie twoje książki.

– Mu­snier, na gorz­kie jabłko zbi­jemy ci twego bębna.

– Mu­snier, na mia­zgę ze­trzemy ci żonkę...

– Za­cną tłu­ściutką pa­nie­neczkę Oudardę...

– Która jest rów­nie świeża i we­soła, jak gdyby była wdówką.

– A niech was pio­run trza­śnie – mruk­nął mistrz Ję­drzej Mu­snier.

– Mi­strzu Ję­drzeju – od­parł Je­han za­wie­szony u ka­pi­tela – za­milk­nij, pro­szę, albo ci się zwalę na łeb, jak wi­dzisz...

Mistrz Ję­drzej pod­niósł wzrok, zda­wał się chwilę mie­rzyć wy­so­kość słupa, cię­żar swa­wol­nika, po­mno­żył ten cię­żar przez kwa­drat od­le­gło­ści i ję­zyk mu przy­lgnął do pod­nie­bie­nia.

Je­han, pan placu, do­dał zwy­cię­sko:

– Bo też zro­bił­bym to, jak brat ar­chi­dia­kona!

– No, nie ma co mó­wić, śliczni pa­no­wie, ci nasi je­go­mo­ście ze Wszech­nicy! Nie usza­no­wać na­szych przy­wi­le­jów na­wet w dniu ta­kim jak dzi­siej­szy! Do li­cha! Są sztuczne ognie i różdżka na No­wym Mie­ście, jest mi­ste­rium, jest król tref­ni­siów; są am­ba­sa­do­ro­wie fla­mandzcy w Cité, a we Wszech­nicy ani ani!

– A plac Mau­bert prze­cież dość wielki! – za­uwa­żył je­den z apli­kan­tów, umiesz­czony na za­sta­wie okien­nej.

– Precz z rek­to­rem, elek­to­rami i pro­ku­ra­to­rami! – krzyk­nął Je­han.

– To nic... urzą­dzimy so­bie tego wie­czora ilu­mi­na­cję na Champ-Ga­il­lard – do­dał inny – ilu­mi­na­cję z ksią­żek mi­strza Ję­drzeja...

– I ze sto­li­ków pi­sar­czy­ków!

– I z la­sek pe­de­lów[5]!

– I ze splu­wa­czek dzie­ka­nów!

– I ze skrzy­nek elek­to­rów!

– I ze stoł­ków rek­tora!

– Precz, precz! – pod­jął znowu mały Je­han jak szer­szeń – precz z mi­strzem Ję­drze­jem, pe­de­lami i gry­zi­piór­kami; precz z teo­lo­gami, me­dy­kami i de­kret­ni­kami; precz z pro­ku­ra­to­rami, elek­to­rami i rek­to­rami!

– A to skoń­cze­nie świata! – mó­wił mistrz Ję­drzej, za­ty­ka­jąc uszy.

– O wilku mowa, a wilk tuż... Oto i rek­tor prze­cho­dzi przez plac!... – krzyk­nął ja­kiś pau­per[6] z okna.

Wszy­scy zwró­cili się w stronę placu.

– Czy to do­prawdy czci­godny rek­tor mistrz Thi­baut? – za­gad­nął Je­han Frollo du Mo­ulin, który ucze­piony u jed­nej z we­wnę­ti­chych ko­lumn nie mógł oglą­dać, co się działo na ze­wnątrz.

– Tak jest, tak – od­po­wie­dzieli chó­rem inni – to on sam, mistrz Thi­baut rek­tor.

Był to w rze­czy sa­mej rek­tor; oto­czony dy­gni­ta­rzami uni­wer­sy­tetu, uda­wał się ce­re­mo­nial­nie na spo­tka­nie am­ba­sady; w tej chwili ta na­ukowa pro­ce­sja prze­cią­gała wła­śnie przez plac try­bu­nal­ski. Żacy sku­pieni w oknach przy­jęli ją śmie­chem i okla­skami. Rek­tor po­stę­pu­jący na czele swego od­działu zniósł pierw­sze na­tar­cie, a nie było lek­kie.

– Dzień do­bry, mo­ści rek­to­rze!... Hola, co to? Ogłuchł je­go­mość? Dzień do­bry, po­wia­dam!

– Ja­kim pra­wem u Boga Ojca stary szu­ler przy­lazł aż tu­taj? Czy rzu­cił grę w ko­ści?

– Pa­trz­cie, jak mu­lica cwa­łuje pod nim! Krót­sze ma uszy niż pan!

– Hej. Dzień do­bry ci, rek­to­rze Thi­baut! Ti­balde ale­ator[7]! Głup­cze stary! Stary kar­cia­rzu!

– Po­ma­gaj Boże! A dużo mia­łeś po­dwój­nych szó­stek tej nocy?

– Ale morda ob­wi­sła! Oło­wiana, zmę­czona, zbita na­ło­go­wym za­mi­ło­wa­niem do kart i ko­ści...

– Do­kąd tak wasz­mość dąży, rek­to­rze Thi­baut, ty­łem się od­wró­ciw­szy do Wszech­nicy?...

– Ty i mu­lica!...

– Aha, szuka bez wąt­pie­nia kątka przy ulicy Thi­baut od kart! – wrza­snął Je­han du Mo­ulin.

Cała zgraja po­wtó­rzyła kon­cept pio­ru­nu­ją­cym gło­sem, przy sza­lo­nym kla­ska­niu w dło­nie.

– Je­dziesz szu­kać miesz­ka­nia przy ulicy Thi­baut od kart, prawda, mo­ści rek­to­rze, par­ty­zan­cie dia­bełka?

Z ko­lei wzięto w opały in­nych dy­gni­ta­rzy.

– Precz z pe­de­lami! Precz z pał­ko­wód­cami!

– Sły­szysz, Robku Po­us­se­pain, a ten tam oto, kto to jest?

– To Gil­bert de Su­illy, Gil­ber­tus de So­liaco, kanc­lerz ko­le­gium Au­tun.

– Łap, to mój trze­wik... Masz lep­sze miej­sce, wal go w papę.

– Sa­tur­na­li­tias mit­ti­mus ecce nu­ces[8].

– Precz z sze­ścioma teo­lo­gami i ich bia­łymi kom­żami!

– Więc to teo­lo­go­wie? My­ślał­bym, że to są ra­czej trzy pary gęsi, dla mia­sta od Świę­tej Ge­no­wefy.

– Precz z le­ka­rzami!

– Precz z dys­pu­tami, kar­dy­nal­nymi i kon­cep­tor­skimi!

– To­bie, kanc­le­rzu Świę­tej Ge­no­wefy, to­bie oto moja mi­siurka! Masz!... To za mój awans.

– Tak jest, rze­czy­wi­ście – po­parł je­den z ko­le­gów – od­dał jego miej­sce w wy­dziale Nor­man­dii ma­łemu Asca­nio Fal­za­spada, który jest z pro­win­cji Bo­ur­ges, jako Włoch.

– Gruba nie­spra­wie­dli­wość – za­wo­łali jed­no­gło­śnie żacy. – Precz z kanc­le­rzem Świę­tej Ge­no­wefy!

– Hej ty! Mi­strzu Jo­achi­mie La­de­hors! Hej drugi, Lu­dwiku Da­hu­ille! Hej tam, ty po­czwaro! Lam­ber­cie Hoc­te­ment!

– Żeby cię zmora zdu­siła, pro­ku­ra­to­rze nie­miec­kiej na­cji!

– Wraz z ka­no­ni­kami ka­plicy Świę­tej i ich sza­rymi tu­ni­kami; cum tu­ni­cis gri­sis![9]

– Dia­bli was, mi­strzo­wie kunsztu!... i te wszyst­kie wa­sze pyszne czarne kapy! i wszyst­kie czer­wone kapy!

– To u rek­tora two­rzy wcale nie­brzydki ogon!

– Rzekł­byś, książę we­necki śpie­szący na we­se­li­sko mo­rza.

– Sły­sza­łeś, Je­han? Ka­no­nicy Świę­tej Ge­no­wefy!

– Do czorta z ka­no­nią!

– Księże Klau­diu­szu Cho­art! Dok­to­rze Klau­diu­szu Cho­art! Czy nie szu­ka­cie, do­bro­dzieju, Ma­rii Gif­fard?

– Jest przy ulicy Gla­ti­gny.

– Ścieli łoże kró­lowi nic­po­niów.

– I płaci na­leżne cztery de­nary: qu­atuor de­na­rios.

– A może wa­sza mi­łość woli, by ci pod nos za­pła­ciła?

– To­wa­rzy­sze! Mistrz Szy­mon San­guin, elek­tor Pi­kar­dii, ze swoją babą u cza­praka z tyłu!

– Post equ­item se­det atra cura[10].

– Rześko, mi­strzu Szy­mo­nie!

– Dzień do­bry, mo­ści elek­to­rze!

– Do­brej nocy, mo­ścia elek­torko!

– Ot szczę­śliwcy, mogą pa­trzeć na to wszystko! – z wes­tchnie­niem mó­wił Jo­an­nes de Mo­len­dino, wsu­nięty wciąż za swój li­ścia­sty ka­pi­tel.

Tym­cza­sem księ­garz przy­się­gły Wszech­nicy, mistrz Ję­drzej Mu­snier, na­chy­lony ku ku­śnie­rzowi-szu­bow­ni­kowi szat kró­lew­skich, mi­strzowi Le­cornu, szep­tał mu na ucho:

– Po­wia­dam wasz­mo­ści, to ko­niec świata. Po­dob­nej roz­wią­zło­ści ni­gdy jesz­cze nie wi­dziano po szko­łach; prze­klęte wy­na­lazki wieku wszystko gu­bią. Dzia­ło­bit­nie, śmi­gow­nice, musz­kiety, a zwłasz­cza ten kunszt dru­kar­ski, nowa za­raza nie­miecka! Nie ma już ma­nu­skryp­tów, nie ma ksiąg! Tłocz­nia za­bija księ­gar­nie. Zbliża się ko­niec świata.

– Albo tego nie wi­dzę po wzra­sta­ją­cej mno­go­ści ak­sa­mit­nych ma­te­rii! – od­rzekł han­dlarz wy­ro­bów ku­śnier­skich.

Ze­gar aku­rat wy­dzwo­nił po­łu­dnie.

– Aa! – ode­tchnął tłum jed­nym od­de­chem.

Za­mil­kli żacy. Wsz­czął się wielki ru­mor, sze­lest, su­wa­nie no­gami, pod­jął się ogólny szmer chu­s­tek i od­chrzą­kań. Każdy sta­rał się umie­ścić w swo­jej gro­madce jak naj­wy­god­niej, naj­wid­niej, naj­zręcz­niej. Wnet za­le­gło mil­cze­nie; wszyst­kie karki się wy­prę­żyły, wszyst­kie usta się roz­warły, wszyst­kie spoj­rze­nia zwró­ciły ku mar­mu­ro­wemu sto­łowi... Nikt i nic się na nim nie po­ka­zało. Czte­rej haj­ducy mar­szał­kow­scy jak sta­nęli, tak i stali po ro­gach, nie­ru­chomi i chłodni niby cztery ma­lo­wane po­sągi. Spoj­rze­nia tłu­mów zwró­ciły się na­tych­miast ku pod­wyż­sze­niu prze­zna­czo­nemu dla fla­mandz­kich po­słów. Drzwi jed­nak były za­mknięte, a pod­wyż­sze­nie pu­ste. Od sa­mego rana po­spól­stwo ocze­ki­wało na trzy rze­czy: na po­łu­dnie, na am­ba­sadę Flan­drii, na mi­ste­rium. Po­łu­dnie samo jedno przy­było w porę.

Cze­kano mi­nutę, dwie, trzy, pięć, dzie­sięć, kwa­drans: nikt nie przy­by­wał. Na ho­no­ro­wym pod­wyż­sze­niu ani ży­wej du­szy; ani cie­nia na sce­nie. Nie­ba­wem też nie­cier­pli­wość za­ki­piała gnie­wem. Roz­draż­nione wy­razy bie­gały do­koła, co prawda jesz­cze ha­mo­wane.

– Mi­ste­rium! Mi­ste­rium! – szem­rano gło­sem przy­tłu­mio­nym.

Wrzało pod czu­pry­nami. Po­mru­ku­jąca bu­rza roz­huś­ty­wała się po po­wierzchni tłu­mów. Pierw­szy alar­mowy sy­gnał wi­siał w po­wie­trzu. Dał go Je­han du Mo­ulin.

– Mi­ste­rium! Do kroć­set z Fla­man­dami! – ryk­nął całą po­tęgą piersi, skrę­ca­jąc się jak wąż wo­kół na­czółka ko­lumny.

Po­spól­stwo od­po­wie­działo okla­skiem.

– Mi­ste­rium! – po­wtó­rzyło – i niech dia­bli po­rwą Flan­drię!

– Żą­damy mi­ste­rium, na­tych­miast – za­czął żak – a je­śli nie, to ra­dził­bym na sznu­rek wziąć mar­szałka pa­łacu, w za­stęp­stwie kro­to­chwili i du­cho­wego ob­roku.

– Rżnie jak z am­bony – za­wo­łał lud – pa­no­wie haj­ducy nie po­ża­łują pierwsi dać gar­dło, mnie­mamy!

Na­stą­pił po­wszechny krzyk. Biedni haj­ducy za­czy­nali bled­nąć i oglą­dać się za sie­bie. Tłum ru­szył ku nim; nie­bo­racy uj­rzeli na­raz, że cien­kie ogro­dze­nie z drzewa, od­dzie­la­jące ich od lu­do­wych fal, wy­gięło się łu­kiem do środka, ła­two ustę­pu­jąc pod na­ci­skiem mo­tło­chu.

Chwila była sta­now­cza.

– Splą­dro­wać! Zra­bo­wać! – od­zy­wano się ze wszech stron.

Lecz w tej chwili za­słona szatni, po­wy­żej opi­sa­nej, pod­nio­sła się i spoza niej po­ka­zał się czło­wiek, na któ­rego wi­dok po­spól­stwo za­trzy­mało się na­gle, wpa­da­jąc jakby olśnione uro­kiem z gniewu w za­cie­ka­wie­nie.

– Ci­cho! Ci­cho!

Oso­bi­stość nowa, sie­bie nie­pewna, drżąca od nóg do głowy, po­stą­piła aż pod sam kra­niec mar­mu­ro­wego stołu, kła­nia­jąc się bez­u­stan­nie z uni­żo­no­ścią, która w miarę zbli­ża­nia się ku tłu­mom co­raz bar­dziej i bar­dziej sta­wała się po­dobna do czo­ło­bit­nego klę­ka­nia.

Przez ten czas wszystko już pra­wie wró­ciło do po­rządku. Po­zo­stał tylko ów lekki szmer, który się zwy­kle wy­do­bywa ze środka mil­czą­cego po­spól­stwa.

– Sła­wetni oby­wa­tele – ode­zwał się przy­były – czci­godne oby­wa­telki! Mamy w obo­wiązku do­stoj­ność wy­gło­sze­nia, wo­bec jego prze­wie­leb­no­ści pana na­szego i kar­dy­nała, wielce po­ucza­ją­cego i po­wab­nego dia­logu, pod ty­tu­łem: Są­dze­nie Spra­wie­dliwe Świę­tej Ma­ryi Dzie­wicy. To ja zo­sta­łem prze­zna­czony wy­pra­wo­wać Ju­pi­tera. Jego prze­wie­leb­ność to­wa­rzy­szy w tym mo­men­cie po­sel­stwu jego mi­ło­ści ksią­żę­ciu ra­ku­skiemu; które to po­sel­stwo jest wstrzy­mane przez mo­ment słu­cha­niem dys­kursu rek­tora Aka­de­mii przy bra­mie Bau­dets. Jak tylko naj­prze­wie­leb­niej­szy kar­dy­nał ra­czy przy­być, roz­pocz­niemy tym ra­zem bez uchy­bie­nia.

Rzecz nie­za­wodna, że bez in­ter­wen­cji sa­mego Jo­wi­sza oca­le­nie czte­rech nie­szczę­śli­wych haj­du­ków ze straży mar­szał­kow­skiej by­łoby chyba nie­moż­liwe. Ubiór mo­ści Ju­pi­tera był za­iste prze­śliczny i dużo się przy­czy­nił do uko­je­nia tłu­mów, po­chła­nia­jąc całą ich uwagę. Ju­pi­ter ubrany był w po­cią­gniętą czar­nym ak­sa­mi­tem zbroję o zło­co­nych śrub­kach; na gło­wie miał koł­pak ze srebr­nymi i po­zła­ca­nymi gu­zami i gdyby nie po­tężne ryże baki, za­kry­wa­jące mu każdą z osobna po­łowę twa­rzy; gdyby nie zwój tek­tury wy­zła­cany krę­giel­kami, upstrzony, i ze­wsząd strzę­piący się pa­sia­stymi blasz­kami, co trzy­mane w ręku dla wpraw­nych oczu miało wy­obra­żać pęk nie­bie­skich pio­ru­nów; gdyby na­resz­cie nie plu­dry cie­li­stego ko­loru, po­prze­wią­zy­wane wstąż­kami na spo­sób grecki, Jo­wisz nasz zdo­łałby za­pewne wy­trzy­mać po­rów­na­nie z ja­kim­kol­wiek bre­toń­skim łucz­ni­kiem pocztu pana de Berry.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

1 Ananke (gr.) - po­trzeba, ko­niecz­ność, także fa­tum (przyp. red.).
2le corn – (fr.) róg
3 (łac.) ro­gaty i ku­dłaty
4 Dawna Wszech­nica Pa­ry­ska dzie­liła się na cztery wy­działy, we­dle przy­zna­wa­nego oby­wa­tel­stwa aka­de­mic­kiego czte­rem tak zwa­nym na­ro­dom: Fran­cji i Pi­kar­dii, Nor­man­dii i An­glii; tę ostat­nią za­stą­piły póź­niej Niemcy (przyp. tłum.).
5 daw­niej woźny
6 że­brak
7 (łac.) Thi­baut – ha­zar­dzi­sta
8 (łac.) Wy­sy­łamy Sa­tur­na­lia tu­taj są orze­chy.
9 (łac.) z sza­rymi płasz­czami
10 (łac.) Za jeźdź­cem sie­dzi mroczna tro­ska.
Ty­tuł ory­gi­nału: No­tre-Dame de Pa­ris
Co­py­ri­ght © 2023, MG Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ściowe – tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw.
Pro­jekt okładki i skład: Zu­zanna Ma­li­now­ska Stu­dio
Ko­rekta: Do­rota Ring
Au­to­rzy ilu­stra­cji: MM. E. de Be­au­mont, L. Bo­ulan­ger, Dau­bi­gny, T. Jo­han­not, de Le­mud, Me­is­son­nier, C. Ro­qu­eplan, de Rud­der, Ste­in­heil (ilu­stra­cje po­cho­dzą z wy­da­nia z 1844 r.)
ISBN 978-83-7779-947-5
Kon­wer­sja: eLi­tera
www.wy­daw­nic­twomg.pl
kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl