Dzikie palmy - William Faulkner - ebook

Dzikie palmy ebook

William Faulkner

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 261

Rok wydania: 1977

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



William Faulkner

DZIKIE PALMY

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

37

DZIKIE PALMY

William Harrison Faulkner, ur. 25.IX. 1897 r. w New Albany, zm. 6.VII. 1962 w Oxfordzie (USA), pisarz amerykański. Pochodził z bogatej rodziny Południa, zubożałej podczas wojny secesyjnej. Podczas pierwszej wojny światowej wstąpił do lotnictwa kanadyjskiego, by nie walczyć u boku „jankesów". Nie skończył szkoły średniej, w latach 1919-1921 studiował na uniwersytecie korzystając z praw weterana. Faulkner większą część życia spędził w swojej farmie w rodzinnym stanie Missisipi. W 1949 r. otrzymał nagrodę Nobla. Pierwsze jego powieści ukazały się w latach dwudziestych, ale rozgłos przyniosła mu wydana w 1931 r. powieść pt. Azyl (wyd. pol. 1957). Prawie cała twórczość Faulknera związana jest z losami Południa. Centralnym motywem jego prozy jest wojna secesyjna jako wielki wstrząs społeczny, który zadecydował o losach, a zatem o postawach zarówno jej uczestników, jak i ich wnuków wobec spraw ogólnoludzkich. Obumierają i degenerują się dawne tradycje, Faulkner po trosze idealizuje tę patriarchalną przeszłość, ale dokonuje tego zabiegu artystycznego po to, by tym ostrzej oskarżać skarlałą moralnie, okrutną i zakłamaną współczesność amerykańską. W Polsce ukazały się powieści Faulknera Sartoris (1929, wyd. pol. 1960), Światłość w sierpniu (1932, wyd. pol. 1959), Absalomie, Absalo-mie (1936, wyd. pol. 1959), Niepokonane (1938, wyd. pol. 1961), Dzikie palmy (1939, wyd. pol. 1958), Intruz (1948, wyd. pol. 1961), Koniokrady (1962, wyd. pol. 1966) oraz szereg zbiorów opowiadań.

William Faulkner

Dzikie palmy

William Faulkner

Dzikie palmy

Przełożyła Kalina Wojciechowska

ff A

Książka i Wiedza • 197?

Tytuł oryginału THE WILD PALMS

Ilustracja na okładce i stronie tytułowej Zofia Konarska

yr

Redaktor serii Mirosława Ka

BPM i G Nowy Dwór Gdański

10017960

Copyright 1931 and renowed 1959 by William Faulkner. This translation published by arrangement with Random House, Inc.

Rozdział 1

Doktor schodził już na dół, kiedy stukanie rozległo się znowu, dyskretne, a zarazem natarczywe. Snop światła kieszonkowej latarki oświetlał pomalowane na brązowo schody i hall o ścianach tego samego koloru. Był to drewniany domek letni, położony nad samym brzegiem morza, mały, chociaż piętrowy, oświetlany naftą, a raczej jedną lampą naftową, którą żona doktora po kolacji zabrała na górę. Doktor no$ił także nocną koszulę zamiast pidżamy, z tych samych przyczyn, dla których palił fajkę, choć nigdy się do niej nie przyzwyczaił i wiedział, że nigdy nie będzie mógł się przyzwyczaić, na zmianę z cygarem, ofiarowanym mu od czasu do czasu przez kogoś z pacjentów, między jedną a drugą niedzielą, czyli dniem, kiedy palił trzy cygara, to jest tyle, na ile według swego mniemania mógł sobie pozwolić, jakkolwiek był właścicielem zarówno tego domku, jak i sąsiedniego, a w miasteczku odległym o cztery mile miał jeszcze trzeci, w którym stale mieszkał, z elektrycznym oświetleniem i otynkowanymi murami. Liczył teraz bowiem czterdzieści osiem lat, a w wieku lat szesnastu, osiemnastu i dwudziestu słyszał od ojca (i wierzył), że papierosy i pidżamy dobre są dla kobiet albo znie-wieściałych elegantów.

Północ minęła już, ale bardzo niedawno. Mógł to poznać po zapachu, smaku i dotyku wiatru, który czuł nawet za zamkniętymi drzwiami i okiennicami. Dlatego że się tu urodził, na tym wybrzeżu, choć nie w tym domu — w drugim, tamtym w mieście — i spędził tu całe życie, nie wyłączając czterech lat studiów medycznych na uniwersytecie i dwóch lat stażu w szpitalu w Nowym Orleanie, podczas których (był to mężczyzna tęgi i przysadzisty nawet w młodym wieku, o pulchnych, miękkich, kobiecych rękach, człowiek, który nigdy nie powinien był być doktorem, i nawet po sześciu latach mniej więcej wielkomiejskiego życia patrzył oczyma oszołomionego przybysza z prowincji na swoich kolegów — wysokich i szczupłych młodych ludzi, dumnie paradujących w białych fartuchach lekarskich i obnoszących z brawurą i arogancją — jak mu się zdawało — miriady bezimiennych twarzy adeptów medycyny niby ordery lub trofea), rozpaczliwie tęsknił za rodzinnymi stronami. Toteż skończywszy studia jako jeden ze średnich uczniów, bliższy raczej ostatnich niż pierwszych spośród kolegów swego rocznika, wrócił do domu i po roku ożenił się z kobietą, którą mu wybrał ojciec, a po czterech latach odziedziczył dom zbudowany przez ojca i przejął ojcowską praktykę, nic z niej nie tracąc i nic nie dodając, zaś po dziesięciu latach był właścicielem maleńkiej willi na wybrzeżu, w której razem z żoną spędzali swoje samotne wakacje, ale także sąsiedniej, wynajmowanej letnikom, a nawet jednodniowym wycieczkowiczom, przyjeżdżającym tu na ryby lub na kąpiel w morzu. Wieczorem po ślubie nowożeńcy wyjechali do Nowego Orleanu, gdzie spędzili dwa dni w pokoju hotelowym, chociaż nigdy nie przeżyli miodowego miesiąca. I choć od dwudziestu trzech lat sypiali w jednym łóżku, nie mieli dzieci.

Ale nawet niezależnie od wiatru mógł w przybliżeniu określić godzinę po stęchłym zapachu gumbo 1, wystygłego już w wielkim kamiennym garnku na wygaszonym piecu za cienką ścianą kuchni i przyrządzonego rano przez jego żonę dla lokatorów z sąsiedniej willi, mężczyzny i kobiety, którzy wynajęli domek przed czterema dniami i prawdopodobnie nie wiedzieli, że ofiarodawcy gumbo byli nie tylko ich sąsiadami, ale i gospodarzami — ciemnowłosej kobiety z dziwnymi oczyma, żółtymi, twardo patrzącymi w wychudłej twarzy o wystających kościach policzkowych i ostro zarysowanych szczękach (upartych, jak to w myśli określił doktor na pierwszy rzut oka, przerażonych, jak powiedział sobie później), młodej jeszcze, która przez cały dzień leżała wyciągnięta na leżaku, zwrócona twarzą do morza, w zniszczonym swetrze, spłowiałych dżinsach i płóciemnych sandałach, nie czytając, nie robiąc nic, pogrążona w tym absolutnym bezruchu, który doktor (albo doktor w doktorze), nie potrzebując nawet dla potwierdzenia tej opinii przyglądać się naciągniętej skórze i pustym niewidzącym oczom, rozpoznał od razu — zupełna, nieruchoma abstrakcja, w której nie ma nawet bólu ani przerażenia i w której żywa istota zdaje się wsłuchiwać, a nawet wpatrywać w jeden ze swoich własnych chorych organów, serce na przykład, utajoną infiltrację krwi; i mężczyzny, również młodego, ubranego w przedziwne spodnie koloru khaki i trykotową koszulkę bez rękawów, bez żadnego nakrycia nawet na tej części głowy, którą nawet młodzi ludzie uważają za konieczne chronić od słońca. Najczęściej widywano go, gdy wracał brzegiem plaży, boso, z naręczem drewna, które wyrzuciło morze, związanego rzemiennym pasem, i przechodził obok nieruchomej, wyciągniętej na leżaku kobiety, nie powitany przez nią najmniejszym gestem, najmniejszym poruszeniem głowy czy choćby oczu.

Ale to nie było serce — powiedział sobie doktor. Stwierdził to zaraz pierwszego dnia, kiedy nie mając zamiaru podglądać ich ani podsłuchiwać obserwował kobietę przez żywopłot z oleandrów oddzielający oba domki. Niemniej samo to negatywne stwierdzenie zdawało się, jak sądził, zawierać w sobie klucz zagadki, odpowiedź. Miał wrażenie, że dostrzegł już prawdę, niewyraźny, pogrążony; w cieniu kształt prawdy, jakby był od niej oddzielony tylko cieniutką zasłoną, tak przezroczystą jak żywopłot z oleandrów, który go oddzielał od kobiety. Nie podpatrywał jej, nie szpiegował; może myślał: Będę miał jeszcze dosyć czasu, żeby się dowiedzieć, w który ze swoich organów ona się wsłuchuje; zapłacili czynsz za dwa tygodnie (może w tej chwili doktor wewnątrz doktora wiedział także, że na to nie będzie potrzeba tygodni, tylko dni); myślał też o tym, że gdyby ona potrzebowała pomocy, to szczęśliwie się składa, że jej gospodarz jest jednocześnie lekarzem, póki nie przyszło mu do głowy, że jeśli ci ludzie nie wiedzą, że on jest właścicielem domu, to prawdopodobnie nie będą też wiedzieć, że jest doktorem.

O wynajęciu domku zawiadomił go pośrednik przez telefon. — Ona chodzi w spodniach — powiedział mu — nie w żadnej plażowej pidżamie, tylko w prawdziwych męskich spodniach. To znaczy takich, które są za ciasne akurat w odpowiednich miejscach, tak że się to podoba każdemu mężczyźnie, ale kobiecie nie, chyba że sama je nosi. Miss Marta, zdaje się, nie bardzo będzie zachwycona.

— To jej nie będzie przeszkadzać, byleby płacili regularnie — powiedział doktor.

— Nie ma strachu — powiedział agent. —: Załatwiłem wszystko, co trzeba. Nie na darmo pracuje się tyle lat w tym interesie. Powiedziałem: „Płatne z góry", a on: „W porządku. Ile?", jakby był .Yanderbiltem czy jakim innym milionerem, w tych swoich wysmarowanych portkach rybackich i podkoszulku. Wyciągnął forsę, jeden dziesięciodolarowy banknot, a z drugiego wydałem mu dziesięć dolarów reszty, ale to było wszystko, co miał, więc mówię: „Naturalnie, jeśli pan weźmie dom, tak jak jest, bez żadnych dodatkowych mebli, nie będzie to pana drogo kosztowało". A on znowu: „Dobrze, dobrze. Ile?" Może mógłbym zażądać więcej, bo jeśli pan chce wiedzieć, co myślę, to jemu nic więcej do szczęścia nie potrzeba, tylko cztery ściany i drzwi, żeby je mógł za sobą zatrzasnąć. A ona w ogóle nie wyszła z taksówki. Czekała na niego siedząc cały czas w aucie, w tych swoich spodniach za ciasnych akurat tam, gdzie trzeba. — Głos w słuchawce umilkł. Nastąpiło jakieś pełne śmiechu milczenie, od którego doktorowi zaczęło dudnić w głowie, tak że powiedział niemal oschle:

— No i co? Chce więcej mebli czy nie? Tam nic nie ma, tylko jedno łóżko, a materac...

— Nie, nie chce nic więcej. Powiedziałem mu, że w domu jest łóżko i piec, a krzesło mieli z sobą w taksówce, właściwie leżak. Mają wszystko, co im potrzeba. — Znowu zawisł w powietrzu ten milczący śmiech i wypełnił wyobraźnię doktora.

— Więc dobrze — powiedział doktor. — Co jeszcze? Co się panu nie podoba? — choć wiedział już, co usłyszy, zanim tamten przemówił.

— Wygląda na to, że miss Marta będzie miała do strawienia coś jeszcze gorszego niż te spodnie. Zdaje się, że oni nie brali ślubu. Och, on mówi, że tak, i ma rację, z jej punktu widzenia, a może nawet i własnego. Sęk w tym, że on nie jest jej mężem, a ona jego żoną. Bo ja, widzi pan, nosem wyczuję żonatego. Pokażcie mi facetkę, której nigdy przedtem na oczy nie oglądałem, na ulicy w Mobile czy Nowym Orleanie, a od razu wywącham, czy...

Tego samego popołudnia wprowadzili się do drewnianego domku, gdzie było jedno łóżko z nędznym materacem i sprężynami, piec kuchenny, obłupana patelnia, inkrustowana fry-turą pozostałą po kilku pokoleniach ryb, mizerna kolekcja sprzętów gospodarskich, łyżki, noże i widelce nie do pary, wyszczerbione filiżanki i spodki, dzbanek do kawy, słoiki, niegdyś zawierające konfitury i galaretki, i nowy leżak, na którym kobieta leżała wyciągnięta przez cały dzień z oczyma utkwionymi w smagane wiatrem korony palm, kołyszące się z dzikim, suchym i gorzkim szelestem nad błyszczącą wodą, podczas gdy mężczyzna znosił drzewo do kuchni. Dwa dni temu zatrzymał się przed ich domem wózek z mlekiem, innym razem żona doktora widziała, jak mężczyzna wracał ze sklepiku spożywczego pewnego Portugalczyka, dawnego rybaka, niosąc bochenek chleba i wielką papierową torbę. Widziała też, jak czyścił (a raczej próbował czyścić) jakąś rozbabraną rybę na schodkach kuchennych, i opowiadała o tym doktorowi z głęboką urazą i rozgoryczeniem. Była to bezkształtna kobieta, choć nie otyła, tuszą bynajmniej nie dorównująca mężowi; mniej więcej przed dziesięciu laty zaczęła siwieć od stóp do głów, jak gdyby włosy i cera zmieniały się niepostrzeżenie, podobnie jak barwa jej oczu, równocześnie z kolorem szlafroków, które najwidoczniej dobierała tak, by harmonizowały z całością. — Trzeba było widzieć jak niechlujnie to robił! — krzyczała. — Śmietnik przed kuchnią i na płycie pewnie też, wyobrażam sobie.

— Może ona umie gotować — nieśmiało wtrącił doktor.

— Gdzie, jak? Na leżaku przed domem? Kiedy on jej znosi drzewo i jedzenie! — Ale nie to nawet było istotnym powodem urazy, mimo że nie przyznawała się do tego. Nie powiedziała: To nie jest małżeństwo, choć oboje o tym myśleli. -Wiedzieli oboje, że jeśli wypowiedzą to głośno, doktor wyrzuci lokatorów. A jednak żadne z nich nie chciało tego powiedzieć, i to nie tylko dlatego, że jeśli się ich wyrzuci, trzeba będzie zwrócić pieniądze; istniały jeszcze inne motywy, w każdym razie ze strony doktora. Mieli tylko dwadzieścia do-larów — myślał doktor. — To było trzy dni temu. A poza tym, jej coś dolega. — Doktor (w doktorze) mówił teraz głośniej niż baptysta z prowincjonalnego miasteczka. A także i w niej coś (może także doktor) zagłuszało ba-ptystkę z prowincji, bo dziś rano specjalnie zbudziła doktora — wołając go do okna, przy którym stała bezkształtna, w bawełnianej nocnej koszuli podobnej do całunu, z siwymi włosami skręconymi w papiloty — aby mu pokazać mężczyznę wracającego plażą o wschodzie słońca z wiązką drzewa na plecach. A w południe, kiedy doktor wrócił do domu, gumbo było już gotowe. Pełna tych ponurych samarytańskich uczuć, ożywiających miłosierne dusze niewieście, ugotowała olbrzymią porcję, wystarczającą dla tuzina osób, jakby czerpiąc posępną, mściwą, masochistyczną radość z tego, że jej samarytański uczynek miał być dokonany za cenę konieczności dojadania resztek tej potrawy, które będą stały na piecu, niepokonane i niewyczerpane, odgrzewane w nieskończoność, dopóki nie zostaną zjedzone przez tych dwoje ludzi, którzy jej nawet specjalnie nie lubili, gdyż urodzeni i wychowani nad morzem, woleli ryby: tuńczyka i łososia, sardynki kupowane w puszkach, uśmiercane i balsamowane w oliwie o trzy tysiące mil stąd.

Sam zaniósł wazę — niski, krępy człowieczek w niezbyt czystej koszuli, chyłkiem przedzierając się przez żywopłot z oleandrów z wazą nakrytą płócienną serwetką o widocznych jeszcze załamaniach (nie była jeszcze w ogóle prana, zupełnie nowa), nadając wyraz jakiejś niezręcznej serdeczności nawet temu symbolowi, który trzymał w rękach, symbolowi czysto chrześcijańskiego u-czynku, spełnionego nie z wewnętrznej potrzeby czy litości, tylko z obowiązku — i podał jej (nie wstała nawet z leżaka, spojrzała tylko na niego twardymi, kocimi oczyma) ostrożnie, jakby w wazie była nitrogliceryna; okrągła, nie ogolona maska była głupio rozpromieniona, ale pod maską wzrok doktora w doktorze, bystry, wszystkowidzący, obserwujący bez u-śmiechu i bez wrogości twarz kobiety, nie chudą, ale wychudzoną. Doktor myślał: Tak. Jedna albo dwie kreski powyżej normalnej temperatury. Może trzy. Ale nie serce; po chwili otrząsnął się, wyprostował i spostrzegł dzikie, puste oczy utkwione w siebie, czyli w kogoś, kogo, o ile mu było wiadomo, nigdy przedtem nie widziały, z głęboką, bezgraniczną nienawiścią. Było w tym coś zupełnie bezosobowego, jak w spojrzeniu człowieka tak przepełnionego szczęściem, że nawet na drzewo czy słup telegraficzny patrzy z przyjemnością i radością. Doktor nie był próżny, wiedział, że nie do niego skierowana jest ta nienawiść. To dotyczy całego rodzaju ludzkiego — myślał. — Albo nie, nie. Chwileczką! — zasłona była prawie uchylona, zębate kółeczka dedukcji bliskie zazębienia się. — Nie rodzaju ludzkiego. Rodzaju męskiego, mężczyzn. Ale dlaczego? Dlaczego? Jego żona byłaby zauważyła ledwie dostrzegalną jaśniejszą obwódkę na palcu, w miejscu, gdzie dawniej była obrączka, ale on, doktor, zauważył jeszcze coś więcej. Rodziła już dzieci — myślał. — Jedno w każdym razie. Założyłbym się o swój dyplom lekarski. A jeżeli Cojer (było to nazwisko pośrednika) ma rację mówiąc, że to nie jej mąż — a powinien mieć rację, powinien umieć to poznać, wywą-chać, jak to nazywa, ponieważ trudni się wynajmowaniem domów na wybrzeżu prawdopodobnie z tej samej przyczyny, tej samej potrzeby i konieczności, która skłania pewnych ludzi w mieście do wynajmowania i urządzania pokojów ludziom ukrywającym się pod fałszywym nazwiskiem... Załóżmy, że znienawidziła męską rasę dostatecznie, żeby porzucić męża i dzieci; dobrze. A jednak, żeby nie tylko odejść do innego mężczyzny, ale żyć w nędzy i rozchorować się, bo jest naprawdę chora... Albo opuścić męża i dzieci dla innego mężczyzny i nędzy, a potem być zmuszoną — nie móc — prawie wyczuł je, słyszał zębate kółeczko obracające się coraz prędzej, coraz prędzej. Uświadamiał sobie potrzebę jakiegoś straszliwego pośpiechu, żeby nie dać się wyprzedzić, miał przeczucie, że ostatnie kółeczko zazębi się, że dzwon zrozumienia uderzy, zanim on będzie gotów ujrzeć, usłyszeć. Tak. Tak. Co mógł jej zrobić mężczyzna, żeby teraz na takiego przedstawiciela tej rasy jak ja, którego po raz pierwszy w życiu widzi na oczy i z pewnością nie ma ochoty ujrzeć po raz drugi, patrzyła z taką samą nienawiścią, jakiej musi stawiać czoło tamten, za każdym razem, kiedy wraca z plaży z drzewem na opał, żeby ugotować dla niej jedzenie.

Nie ruszyła się nawet, żeby odebrać wazę z jego rąk. — To nie zupa, to gumbo — powiedział. — Moja żona to ugotowała. Ona... My... — Nie ruszała się ciągle, patrzyła, jak doktor pochyla się ostrożnie z tacą w ręku, w swoim wymiętym płóciennym garniturze; usłyszał kroki nadchodzącego mężczyzny dopiero, kiedy się do niego odezwała. — Dziękuję — powiedziała. — Zanieś to do kuchni, Harry. — Potem już nie spojrzała na doktora. — Proszę podziękować żonie.

Myślał o swoich lokatorach ostrożnie zstępując ze schodów za smugą światła w unoszące się na dole opary gumbo, idąc w kierunku drzwi, stukania. Wiedział, że za drzwiami stoi mężczyzna imieniem Harry, nie dlatego żeby to przeczuł czy odgadł. Wiedział dlatego, że od czterech dni tylko to zaprzątało myśli tego starzejącego się człowieka w archaicznym stroju nocnym, który stał się już nieodzownym rekwizytem komedii; zbudzony ze snu, wyciągnięty z łoża bezpłodnej żony, wyobrażał już sobie (a może nawet widział we śnie) głęboki, bezwiedny błysk bezprzedmiotowej nienawiści w oczach tamtej kobiety; znów opanowało go to poczucie bliskości czegoś nieuniknionego, świadomość, że od tego czegoś dzieli go tylko cienka zasłona, że pod tą zasłoną prawie dotyka, prawie widzi kształt prawdy, do tego stopnia, że zatrzymał się i stał nieruchomo na schodach w swoich staroświeckich pantoflach nocnych, myśląc prędko: Tak, tak. Coś, co cała rasa mężczyzn, rasa samców, zrobiła jej albo tak jej się zdaje.

Stukanie dało się słyszeć znowu, jakby stukający, na podstawie jakiejś zmiany zaobserwowanej w smudze światła pod drzwiami, doszedł do wniosku, że doktor nagle przystanął, i zaczął dobijać się do drzwi na nowo, z nieśmiałą natarczywością kogoś, kto późną nocą przychodzi do obcego domu wzywać pomocy; doktor ruszył naprzód, nie na skutek tego ponownego apelu, nie ulegając żadnemu przeczuciu, ale tak, jakby ten wznowiony wysiłek stukającego po prostu nakazał mu jeszcze raz dostrzec ten ślepy zaułek, w którym doktor błądził od czterech dni, na próżno usiłując znaleźć wyjście, żując i przeżuwając własne myśli; jakby może instynkt popychał go naprzód, to znaczy tylko zdolne do ruchu ciało, nie intelekt, i jakby ten ruch fizyczny miał go zbliżyć do zasłony w chwili, gdy ta rozsunie się i ukaże w nienaruszalnej izolacji prawdę, której doktor niemal dotknął. Toteż bez żadnego przeczucia otworzył drzwi i wyjrzał, kierując światło latarki na przybysza. Był to mężczyzna imieniem Harry. Stał tu w ciemnościach, w podmuchu bryzy płynącej od morza, gwałtownej, nieustannej, pełnej suchego szelestu pab^, taki, jakim go doktor zawrsze wi^ia^^ ^ymamionych spodniach i koszulce

iv mrucząc jakieś słowa usprawiedliwienia w związku z późną godziną i pilną koniecznością prosił o pozwolenie skorzystania z telefonu, podczas gdy doktor, w swojej nocnej koszuli powiewającej dokoła grubych łydek, wytrzeszczał na niego oczy i myślał w przypływie gwałtownego triumfu: Teraz dowiem się, co to jest. — Dobrze — powiedział. — Nie potrzebuje pan telefonować. Ja sam jestem lekarzem.

— Och — zawołał tamten — czy może pan przyjść zaraz?

— Tak. Tylko włożę spodnie. Co jej jest? Muszę wiedzieć, co mam z sobą zabrać.

Tamten zawahał się na chwilę; to także nie zdziwiło doktora, który znał dobrze to wahanie i sądził, że zna też jego przyczynę: wrodzony i nieprzeparty instynkt skłaniający człowieka do ukrywania cząstki prawdy nawet przed lekarzem i adwokatem, któremu płaci za wiedzę i znajomość przedmiotu. — Krwotok — powiedział. — Ile pan żąda za wizytę?

Ale doktor nie zwrócił na to uwagi. Mówił sobie w duchu: Ach tak. Dlaczego... Płuca, naturalnie. Dlaczego od razu o tym nie pomyślałem? — Dobrze — powiedział. — Zaczeka pan tutaj? Lepiej będzie, jeśli pan wejdzie do środka. Wrócę za chwilę.

— Zaczekam tutaj — powiedział tamten. Ale doktor tego też nie usłyszał. Biegł już znowu po schodach, wpadł do sypialni, gdzie jego żona w łóżku, wsparta na łokciu, obserwowała go, jak szamocze się ze spodniami. Jego cień w świetle lampy, stojącej na niskim stoliku przy łóżku, skakał po ścianie dokoła monstrualnego ciała kobiety z głową Gorgony, w aureoli papilotów na szarych włosach, nad szarą twarzą, w zapiętej pod szyję nocnej koszuli, która także zdawała się szara, jakby cała garderoba tej matrony przybrała ów ponury stalowy kolor jej nieugiętej i niezwyciężonej moralności, niemal wszystko widzącej, jak to później mógł stwierdzić doktor. — Tak.

— powiedział. — Ta kobieta krwawi. Prawdopodobnie krwotok z płuc. Jak mogłem wcześniej tego nie odgadnąć?

— Pewnie sam jej poderżnął gardło albo postrzelił — powiedziała chłodno spokojnym, gorzkim głosem. — Chociaż sądząc po wyrazie oczu tej damy, którą zresztą widziałam z bliska tylko raz, powiedziałabym raczej, że strzelanie czy dźganie nożem to raczej jej specjalność.

— Nonsens — powiedział wkładając szelki.

— Co za głupota! — Zwracał się teraz nie do niej. — Tak. Nic głupszego nie mógł zrobić. Przywieźć ją akurat tutaj, nad morze. Jeszcze w dodatku na wybrzeże Missisipi. Czy mam zgasić lampę?

— Tak. Jeśli zechcesz czekać, aż ci zapłacą, to prawdopodobnie długo tam zabawisz. — Zdmuchnął lampę i zszedł znowu na dół oświetlając sobie drogę latarką. Położył swoją czarną walizeczkę na stole obok kapelusza. Mężczyzna imieniem Harry wciąż stał za drzwiami frontowymi.

— Może lepiej pan to weźmie teraz? — po-wiedział.

— Co? — spytał doktor spuszczając wzrok i kierując światło latarki tak, by padało na banknot w wyciągniętej ręce tamtego. Nawet jeżeli jeszcze nic nie wydał, będzie miał teraz tylko piętnaście dolarów — pomyślał. — Nie — powiedział. — Później. Teraz się lepiej pośpieszmy. — Zaczął iść szybko za tańczącym promieniem latarki obok swego towarzysza, przez podwórze swego domku nieco osłonięte od wiatru; przeszli przez żywopłot z oleandrów i znaleźli się na otwartej przestrzeni, gdzie wiatr morski, teraz niczym nie powstrzymywany, chłostał niewidoczne palmy, gwizdał w słonej, twardej trawie sąsiedniego zapuszczonego ogrodu; teraz doktor mógł dojrzeć mgliste światełko w drugim domu. — Krwawi, tak? — zapytał. Niebo było zaciągnięte chmurami, niewidzialny wiatr dął bez przerwy znad niewidzialnego morza, szamotał się między niewidzialnymi palmami, głuchy, niestrudzony, pełen szeptu fal uderzających o piaszczyste wysepki, o wydmy na wybrzeżu. — Krwotok płucny?

— Co? — powiedział tamten. — Płucny?

— Nie? — spytał doktor. — Może tylko od-pluwa krwią przy kaszlaniu?

— Pluje krwią? — powtórzył tamten. To był ton, nie słowa, Człowiek imieniem Harry zwracał się nie do doktora, a to, co mówił, było poza zasięgiem śmiechu, tak jakby śmiech nie przenikał w te rejony, w które zapuszczał się mówiący; i nie doktor zatrzymał się w tej chwili; doktor dreptał dalej na swoich krótkich nóżkach za tańczącym promieniem latarki w kierunku mglistego, czekającego światełka; to baptysta, mieszkaniec prowincjonalnego miasteczka, zdawał się zwalniać kroku, podczas gdy mężczyzna, nie doktor teraz, myślał nie zgorszony, ale z jakimś rozpaczliwym zdumieniem: Czy nigdy nie przestaną żyć za barykadą wieczystej naiwności, jak kura w kurniku? Zaczął mówić głośno, ostrożnie; zasłona rozsuwała się, rozdzierała, za chwilę miała zniknąć zupełnie, ale teraz on nie chciał widzieć tego, co było za nią; wiedział, że dla ocalenia na zawsze spokoju swego ducha nie śmie spojrzeć, ale wiedział też, że już jest za późno i że już się nie zdoła powstrzymać; słyszał własny głos zwracający się do tamtego z pytaniem, którego nie chciał zadać, i odpowiedź, której nie chciał usłyszeć:

— Mówił pan o krwawieniu. Skąd ten krwotok?

— Skąd może być krwotok u kobiet?! — krzyknął tamten twardym, rozpaczliwym głosem, nie przestając iść naprzód. — Nie jestem lekarzem. Gdybym był, myśli pan. że wydałbym te pięć dolarów na pańską wizytę?

Doktor tego również nie usłyszał. — Ach, tak — powiedział. — Tak. Rozumiem Teraz przystanął. Nie zdawał sobie sprawy z tej przerwy w ruchu, gdyż ciemny, uparty wiatr nie przestawał dąć. To dlatego, że nie jestem w odpowiednim wieku — myślał. — Gdybym miał dwadzieścia pięć lat, mógłbym powiedzieć: Dzięki Bogu, że to nie ja, bo wiedziałbym, że dziś to tylko moje szczęście i że jutro albo za rok może przyjść na mnie kolej, i nie miałbym mu czego zazdrościć. A gdybym miał sześćdziesiąt pięć lat, powiedziałbym: chwała Bogu, że nie jestem na jego miejscu, bo wtedy wiedziałbym, że jestem na to za stary i na nic by mi się nie przydało zazdrościć mu tego dowodu, że żyje, złożonego mu przez miłość, namiętność i samo życie. Ale teraz mam czterdzieści osiem lat i nigdy bym nie przypuścił, że na to zasłużyłem. — Niech pan zaczeka chwilę — powiedział. — Proszę zaczekać. — Tamten zatrzymał się. Stali naprzeciwko siebie, lekko pochyleni na ciemnym wietrze, pełnym suchego, dzikiego chrzęstu palm.

— Chciałem panu zapłacić — powiedział mężczyzna imieniem Harry. — Czy pięć dolarów wystarczy? Bo jeżeli nie, to proszę mi podać nazwisko kogoś, kto zgodzi się przyjść za tę sumę, i pozwolić mi skorzystać z pańskiego telefonu.

— Proszę zaczekać — powtórzył doktor. A więc Cofer miał rację — pomyślał. — Nie jesteście małżeństwem. Ale dlaczego musiałeś mi to powiedzieć? Oczywiście nie powtórzył tego głośno, tylko rzekł: — Pan nie ma... nie jest... Czymże pan jest?

Tamten, wyższy od swego towarzysza, pochylony na ostrym wietrze, patrzył z góry na doktora ciągle z tą samą niecierpliwością, tym samym tłumionym niepokojem. Wśród czarnego wiatru drewniany domek stał się niewidzialny, słabe światełko nie ukazywało zarysu drzwi ani okna, wyglądało raczej jak żałosny strzępek płótna, porzucony na wietrze.

— Czym jestem? — powtórzył. — Próbuję być malarzem. Czy o to panu chodziło?

— Malarzem? Ależ teraz nikt tu już nic nie buduje, skończyło się. To było dobre zajęcie dziewięć lat temu. Pan tu przyjechał na robotę bez żadnego zamówienia, kontraktu?

— Maluję obrazy — powiedział tamten. — Tak mi się przynajmniej zdaje. Więc jak? Mam telefonować czy nie?

— Maluje pan obrazy? — powiedział doktor. Mówił tym tonem spokojnego zdziwienia, który w pół godziny później, nazajutrz i pojutrze miał wahać się między urazą, gniewem i rozpaczą. — Pewnie krwawi ciągle. Chodźmy. — Ruszyli dalej. Doktor pierwszy wszedł do domu; nawet w tej chwili zdawał sobie sprawę, że wszedł przed tamtym nie jako gość ani właściciel, lecz dlatego, że jego zdaniem z nich dwóch tylko on jeden miał prawo wchodzić do tego domu tak długo, jak ta kobieta w nim będzie. Wiatr nie smagał ich już, tylko napierał, czarny, nieprzenikniony, nieugięty, na drzwi, które mężczyzna imieniem Harry zamknął za nimi; znowu doktor poczuł zapach stygnącego gumbo. Wiedział niemal, w którym miejscu stoi waza, prawie mógł widzieć nie "tkniętą potrawę (Nawet go nie skosztowali — myślał. — Ale dlaczego mieliby skosztować? Dlaczego?) na zimnym piecu, ponieważ dobrze znał kuchnię, popękana płytę, kilka naczyń kuchennych, połamane noże, widelce, łyżki, wyszczerbione filiżanki, słoiki z jaskrawymi nalepkami, niegdyś zawierające konfitury i marynaty. Znał dobrze cały dom, był jego właścicielem, sam go wybudował — kruche, drewniane ściany (nie były nawet fugowane jak w tamtym domu, gdzie mieszkał, ale po prostu sklecone z desek, tak że przez szpary, rozszerzone od słonego, morskiego powietrza, niedyskretne niby dziury w butach czy skarpetkach, można było niemal dojrzeć, co się dzieje wewnątrz) rozbrzmiewały jeszcze szeptem tysiąca dni i nocy spędzonych tu przez przygodnych odnajemców, na co doktor (w przeciwieństwie do swej żony) patrzył przez palce, stawiając tylko jako warunek, aby liczba uczestników wszelkich wycieczek płci mieszanej była nieparzysta, chyba że chodziło

0 parę ludzi z innych stron, którzy, tak jak w tym wypadku, twierdzili, że są małżeństwem, chociaż doktor wiedział, co ma o tym myśleć, i był pewien, że jego żona także wie. Bo to właśnie, czyli urazę i gniew, miał jutro

1 pojutrze odczuwać na przemian z rozpaczą.

Dlaczego on mi to powiedział? — myślał. — Inni nie mówili, nie zakłócali mi spokoju, nie przywozili z sobą tego, co ty przywiozłeś, chociaż nie wiem, co mogli stąd wywieźć.

Dostrzegł naraz blade światło lampki przez otwarte drzwi. Ale nawet bez światła byłby poznał te drzwi i wiedział, że za nimi stoi łóżko, o którym jego * żona mówiła, że nawet Murzynce nie ośmieliłaby się go zaproponować; słyszał za sobą kroki swego towarzysza i po raz pierwszy uświadomił sobie, że mężczyzna imieniem Harry był bez butów i wyprzedził go, żeby wejść pierwszy do pokoju, i myślał (on, doktor), że tylko on z nich dwóch ma prawo tu wchodzić, a jednak musi przepuścić tamtego. Porwała go nagle straszliwa ochota do śmiechu i pomyślał: Widzisz, nie znam etykiety obowiązującej w takich wypadkach, bo kiedy byłem młody i mieszkałem w wielkim mieście, gdzie takie rzeczy się zdarzają, bałem się, przypuszczam, że zanadto się bałem. Zatrzymał się dlatego, że tamten to zrobił; wydało mu się jednak, w spokojnym niemym świetle czegoś, czego nigdy nie miał rozpoznać jako przebłysku jasnowidzenia, że obaj się zatrzymali jak gdyby po to, by przepuścić przed sobą cień skrzywdzonego prawowitego małżonka, którego tu w tej chwili nie było. Poruszyli się obaj na dźwięk, który doszedł z wnętrza pokoju; brzęk szkła, butelki potrącającej o kieliszek.

— Chwileczkę —■ powiedział mężczyzna imieniem Harry i wszedł prędko. Doktor ujrzał wiszące na poręczy leżaka, wśród innych ubrań, społowiałe spodnie z niebieskiego płótna, które były na nią za ciasne akurat w tych miejscach, gdzie trzeba. Ale nie ruszył się. Usłyszał tylko kroki mężczyzny biegającego bosymi stopami po podłodze, a potem jego głos, spokojny, raczej łagodny i nie podniesiony, i nagle doznał wrażenia, że wie, dlaczego w oczach kobiety nie było bólu ani przestrachu: mężczyzna dźwigał to za nią tak samo, jak dźwigał drzewo na opał i (niewątpliwie) używał go do gotowania jedzenia, które ona jadła. — Nie, Charlotte — powiedział. — Już dosyć. Nie wolno ci. Wracaj do łóżka.

— Dlaczego nie wolno? — odezwał się głos kobiety. — Dlaczego, do jasnej cholery, nie wolno? — Doktor usłyszał, jak się szamotali. — Puść mnie, ty idioto, kretynie! — (Doktorowi wydało się, że mówiła do niego Rat.)— Obiecałeś, Rat. O to jedno cię prosiłam i przyrzekłeś mi. Bo... słuchaj mnie, Rat — (Doktor słyszał tajemniczy, jakby porozumiewawczy szept.) — to nie on. Nie ten dureń Wilbourne. Puściłam go kantem, tak jak ciebie. To inny. Nie możesz, w żadnym razie. Przysięgam ci na moją dziurę, tak jak starożytni przysięgali na swój brzuch. Nikt nie może wiedzieć, jak to naprawdę jest z kurwą, i nie może potępiać drugiego... — Doktor słyszał dwie pary bosych stóp poruszające się na podłodze drobnymi kroczkami jakby w tańcu. Potem to ucichło, a głos nie miał w sobie nic porozumiewawczego. Nic tajemniczego. Ale gdzie jest rozpacz? — myślał doktor. — Gdzie jest przestrach?

— O Boże, znowu się zaczyna! Harry! Harry! Obiecałeś!

— Trzymam cię. Już dobrze. Wracaj do łóżka.

— Daj mi jeszcze kieliszek.

— Nie. Powiedziałem, że już dosyć. Tłumaczyłem ci dlaczego. Czy bardzo cię boli?

— O Boże, nie wiem. Nie mogę powiedzieć. Daj mi pić, Harry. Może od tego mi przejdzie.

— Nie. Już teraz nie. Za późno. Zresztą doktor już jest. Zaraz zrobi wszystko, co trzeba. Włożę ci koszulę, żeby mógł wejść.

— Mam zakrwawić jedyną koszulę, jaką kiedykolwiek w życiu posiadałam?

— Po to jest. Po to kupiliśmy koszulę. Może to zaraz przejdzie. No, chodź.

— W takim razie po co doktor? Po co wydawać pięć dolarów? Och, ty przeklęty idioto! Nie, nie, nie! Prędko! Znowu! Trzymaj mnie. Prędko! Boli. Nie mogę nic na to poradzić. Och, psiakrew, ścierwo przeklęte! — Zaczęła się śmiać — był to ostry, zły śmiech, niegłoś-ny, jakby krztuszenie się lub kaszel. — To jak gra w kości. Niech będzie siódemka! Niech będzie jedenastka! Może wystarczy tylko to powtarzać. — Doktor słyszał dwie pary bosych stóp hałasujące na podłodze, potem trzeszczenie sprężyn, śmiech kobiety, która wciąż śmiała się tak samo, niegłośno, z taką samą abstrakcyjną i wściekłą rozpaczą, którą widział w jej oczach w południe, kiedy podawał jej gumbo. Stał przed drzwiami ściskając swoją zniszczoną czarną walizeczkę, patrząc na wypłowiałe dżinsy na poręczy leżaka; potem ukazał się mężczyzna imieniem Harry; grzebał chwilę w stercie ubrania, wyciągnął stamtąd nocną koszulę i znowu zniknął; doktor spojrzał na poręcz leżaka. — Tak — pomyślał. — Tak samo jak drzewo na rozpałką. Mężczyzna imieniem Harry stanął w drzwiach.

— Może pan teraz wejść — powiedział.

1

Gumbo — potrawa kr eolska, rodzaj gulaszu z mięsa i jarzyn.

Rozdział 2