34,99 zł
Rozalia miała osiem lat, gdy schowana w piwnicy słyszała ostatnie słowa umierającej matki i siostry.
Zofia pamięta złowieszczą przestrogę – „Jutro ma was tu nie być. Będą mordowali". Tak ostrzega ich wiejska położna, Ukrainka. Nikt w to nie wierzy. Pogrom przetrwa jedynie garstka.
Teodora uczestniczyła we mszy, kiedy Ukraińcy zaatakowali kościół w Kisielinie. Uratowała się z płonącej dzwonnicy. To jest jej pierwsze spotkanie z banderowcami. Niestety nie ostatnie.
W 1939 roku sielskie życie na Wołyniu się kończy. Polska upada, zmieniający się okupanci sieją postrach. Jednak największe zagrożenie przychodzi ze strony, z której nikt się tego nie spodziewał. Sąsiadów. Kumów. Ukraińców. Wiedzeni banderowską wizja Ukrainy zaczynają mordować Polaków.
Wołyńskie dziewczęta były jeszcze dziećmi, gdy rozpoczął się pogrom. Widziały śmierć rodziców, braci, sióstr i rzeź całych wsi. Słyszały błagania bezbronnych ofiar opętanych szałem mordu Ukraińców. Z dnia na dzień straciły nie tylko najbliższych, ale również swoją ojcowiznę.
Nowa książka autorki bestsellerowych "Dziewczyn z Powstania", "Dziewczyn z Syberii" i "Dziewczyn z Solidarności".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 228
Data ważności licencji: 6/19/2028
Autor mapy: Katarzyna Leja
Na świecie jest tylko jedna rzecz gorsza od wojny. Tą rzeczą jest ludobójstwo. Masowy mord na całym narodzie. Mężczyznach, kobietach i dzieciach. Na bezbronnych ludziach. To właśnie miało miejsce na Wołyniu. Ukraińscy nacjonaliści próbowali zabić każdego Polaka, który dostał się w ich ręce. Niezależnie od jego pochodzenia, wieku i płci.
Nie ma słów, które mogłyby oddać gehennę, przez którą przeszły kobiety z Wołynia. Były tropione, bite, gwałcone, zabijane. W środku nocy, z małymi dziećmi na rękach, musiały uciekać przed straszliwą śmiercią. A drogę oświetlały im łuny pożarów. Kobiety, które przeszły przez to piekło, zostały na zawsze naznaczone piętnem Wołynia.
Poprosiłam dziewięć z nich, aby podzieliły się ze mną swoimi wspomnieniami. Bohaterkami tej książki są Wołynianki. Wyjątkowe kobiety, na które siedemdziesiąt pięć lat temu wydano wyrok śmierci. Ale mimo to przetrwały. I żyją do dziś, żeby dać świadectwo.
Ale Wołyń to nie tylko krew i nie tylko cierpienie. To także na wpół mityczna kresowa kraina. Kraina szczęśliwego dzieciństwa. To lasy, łąki, rzeki, malownicze wioski i chutory. Kwitnące sady, ule, jarmarki. Pachnący chleb. Stojące obok siebie kościoły, cerkwie i synagogi. To wspaniały, bujny świat, który raptownie przestał istnieć. Świat, do którego nie ma powrotu.
W opowieściach bohaterek tej książki jest wszystko. Miłość i nienawiść. Cierpienie i szczęście. Gniew, rozpacz i nadzieja. Całe ludzkie życie.
Posłuchajmy…
JANINA
Dziecko pozbawione pamięci
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Poczułam, że ogarnia mnie fala gorąca. Uczucie było coraz intensywniejsze, nie mogłam złapać oddechu. Skóra piekła mnie niemiłosiernie, wręcz parzyła. Obudziłam się i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza. Leżałam na wznak na ziemi, dom płonął. Moje ubranie zajęło się ogniem.
Zerwałam się na równe nogi i popędziłam do stojącego na podwórku poidła dla zwierząt. Zaczerpnęłam ręką wody i oblałam ramię. Poczułam ulgę, ale tylko na moment. Paskudnie poparzona skóra okropnie bolała. Rozejrzałam się wokół. Mimo że panowała noc, od łuny pożaru było jasno jak za dnia. Przed płonącym domem leżały bezwładnie trzy ciała.
O Boże, to mama! Doskoczyłam do niej, zaczęłam krzyczeć i ciągnąć ją za ramię.
– Mamo! Mamusiu! Wstawaj, błagam cię! Wstawaj!
Ale ona nie wstawała. Leżała bez ruchu i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
Te oczy… nieruchome oczy mojej martwej matki. Nigdy ich nie zapomnę… Nawet ich nie przymknęłam, nie wiedziałam, że tak należy zrobić. Byłam w końcu małą dziewczynką. Zerwałam się i pobiegłam dalej. Zostawiłam mamę na ziemi, całą we krwi.
Do kogo należały dwa pozostałe ciała? Do mojego taty i braciszka.
Nie docierało do mnie, że nie żyją. Że zostałam na świecie sama. To było coś, co przekraczało granice wyobraźni kilkuletniego dziecka.
Z tej upiornej nocy mam tylko mgliste wspomnienia. Mama nas ubrała. Braciszek był ode mnie znacznie młodszy, musiała go trzymać na rękach. Banderowcy kazali nam wszystkim wyjść przed dom, na podwórko.
Ustawili nas w rzędzie. Zarepetowali broń, wymierzyli i zaczęli strzelać. Blask, ogłuszający huk, krzyk przerażenia. Straciłam przytomność i przewróciłam się na ziemię. Chyba eksplozje pocisków tak mnie wystraszyły, że zemdlałam. Albo to Bóg miał mnie w opiece i odjął mi świadomość. Tak czy inaczej, leżałam bez ruchu obok ciał rodziców i brata. Banderowcy uznali, że nie żyję, i mnie nie dobili. Przetrwałam.
Po odzyskaniu przytomności pobiegłam do sąsiedniego obejścia. Obok nas mieszkała bowiem rodzina mieszana, polsko-ukraińska. Znałam tych ludzi doskonale, często bawiłam się z córkami gospodarzy. Drzwi otworzył pan domu – Ukrainiec. Jak zobaczył mnie w progu, wyciągnął rękę i błyskawicznie wciągnął do środka. Zatrzasnął za mną drzwi i bez słowa zaprowadził do spiżarni. Kazał mi się tam ukryć i siedzieć cicho.
Tyle że tego wszystkiego było zbyt dużo dla małej dziewczynki. Jakże ja mogłam siedzieć cicho?! Okropnie piekło mnie ramię, tęskniłam do mamy. Czułam się tak bardzo źle. Płakałam. Jak długo siedziałam w tej ciemnicy? Trudno ocenić. Straciłam poczucie czasu. Setki myśli przebiegały mi przez głowę. Myślałam o mamie, o tym, co się stało. Starałam się zrozumieć. Musiałam być w szoku.
Dopiero gdy na zewnątrz się uspokoiło i banderowcy odeszli, Ukrainiec mnie wypuścił. Gdyby nie on, na pewno bym nie przeżyła. Oprawcy dopadliby mnie i zamordowali. Byłam przecież Polką, czyli skazaną na śmierć. Mój wiek nie miał dla oprawców żadnego znaczenia.
Wiem, że to może zabrzmieć strasznie, ale dziękuję Bogu za to, że moi rodzice i brat zostali zastrzeleni. To była przynajmniej szybka śmierć. Inni Polacy z Wołynia nie mieli takiego szczęścia. Ukraińscy nacjonaliści maltretowali ich narzędziami rolniczymi, zarąbywali siekierami… Pastwili się nad nimi przed śmiercią okropnie.
Gdzie się urodziłam? W którym roku? Zadaje pani trudne pytania. Nie znam na nie odpowiedzi. Wszystkich członków mojej najbliższej rodziny zamordowano w czasie rzezi. Nikogo z dalszych krewnych nie udało mi się odnaleźć po wojnie. Nie miałam więc kogo zapytać o te sprawy.
Nie jestem nawet pewna swojego nazwiska… W 1943 roku, gdy zginęli moi rodzice, miałam zaledwie kilka lat. Wydaje mi się, że nazywałam się Janina Sokół. Tak też po wojnie wpisano mnie do metryki. A w rubryce „rok urodzenia” umieszczono na chybił trafił orientacyjną datę „24 maja 1935 roku”. Oczywiście urodzin tych nie obchodzę.
To niemożliwe, żebym urodziła się w roku 1935. Gdybym w trakcie rzezi rzeczywiście miała osiem lat, chyba zapamiętałabym więcej z wczesnego dzieciństwa. A ja nie pamiętam niemalże wszystkiego. Jakieś mgliste urywki, strzępy wspomnień… Do tego kilka suchych faktów, pozbieranych od obcych.
Nie pamiętam nawet dokładnie, jak wyglądali moi rodzice. Jacy byli? Czy tata bawił się z nami? Czy mama opowiadała mi bajki na dobranoc? Ta część wspomnień, do których każdy człowiek może wracać z rozrzewnieniem i nostalgią, dla mnie nie istnieje. Tylko pustka.
Janina niewiele pamięta ze swojego życia na Wołyniu. Nie wie, jak wyglądali jej rodzice, ani ile dokładnie ma lat. W rzezi straciła całą najbliższą rodzinę. Na zdjęciu życie codzienne mieszkańców Wołynia.
Domena publiczna
Wiem, że mieszkałam w kolonii Funduma w gminie Chotiaczów w powiecie włodzimierskim. Miejscowość tę zamieszkiwali wojskowi osadnicy. Czy ojciec był jednym z nich? Bardzo możliwe.
O tym, co dokładnie wydarzyło się w roku 1943, dowiedziałam się dopiero z książek. Według dwójki badaczy Władysława i Ewy Siemaszków, pierwsze mordy zaczęły się już w czerwcu. Jednego z polskich gospodarzy postrzelili i wrzucili do murowanej studni, skatowali też jego matkę. W efekcie mieszkańcy wioski byli tak sterroryzowani i przestraszeni, że nocowali w podziemnych schronach.
Do pierwszej masowej zbrodni doszło 13 lipca. Wtedy upowcy zgładzili kilka rodzin. Pod koniec sierpnia doszło do drugiego ataku. nacjonaliści wymordowali resztę Polaków.
Kilka dni po spacyfikowaniu wsi do mojego ukraińskiego sąsiada przyszedł jakiś człowiek. Zabrał mnie i zaprowadził do pobliskiego miasta, Włodzimierza Wołyńskiego. Zapamiętałam, że szliśmy tylko nocą, bo w ciągu dnia na drogach uzbrojeni Ukraińcy czyhali na ocalałych z masakr Polaków.
Przedzieraliśmy się przez wysokie krzaki, trawy i zboża. Za dnia musieliśmy się w nich kryć i siedzieć po-ci-chut-ku, tak, żeby nikt nas nie usłyszał. Jako dziecko nie zdawałam sobie chyba sprawy z powagi sytuacji. Ale ten człowiek, podobnie jak wcześniej mój ukraiński sąsiad, doskonale wiedział, że ryzykuje dla mnie swoje życie.
Trudno mi wyrazić wdzięczność wobec tych ludzi. To dzięki nim żyję, siedzę tu i z panią rozmawiam. To ich zasługa.
Ów nieznajomy człowiek we Włodzimierzu Wołyńskim oddał mnie pod opiekę państwa Karchutów. Była to polska rodzina, znajomi mojego taty. Długo jednak we Włodzimierzu nie zostałam. Wkrótce Niemcy wywieźli mnie razem z Karchutami na roboty do Rzeszy.
Jechaliśmy pociągiem. Panowała ostra zima. Po obu stronach torów rozciągały się skute lodem i przykryte śniegiem bezkresne wołyńskie równiny. W wagonach nie było ogrzewania, tylko słoma rozrzucona na podłodze.
Muszę powiedzieć, że nie mam szczególnie złych wspomnień z Niemiec. Trafiłam do miasta Höxter w Nadrenii. Przydzielili nas do rodziny Bauerów, która odnosiła się do nas z życzliwością. Nikt mnie zimą nie zapędzał do roboty, a latem moja praca ograniczała się jedynie do wyrywania wysokich chwastów w ogrodzie. Dom był duży, murowany, porządny. My mieszkaliśmy na piętrze, a właściciele na dole. Obejście mieli ładne, malowniczo położone. Obok płynęła rzeczka, dalej ciągnęły się łąka i las.
Jedyne niebezpieczeństwo, jakie nam groziło, pochodziło z powietrza. To był już schyłek wojny i anglosaskie lotnictwo dokonywało zmasowanych, dywanowych bombardowań terytorium Rzeszy. Gdy dokonywali nalotów, musieliśmy się ukrywać w piwnicy.
To były jednak pierwsze samoloty, jakie widziałam w życiu, dlatego dziecięca ciekawość przezwyciężyła strach. Gdy nadlatywały, wychylałam się przez piwniczne okienko, żeby choć przez chwilę popatrzeć na przesuwające się po niebie punkciki. Gospodarzom bardzo się to nie podobało i parę razy za to oberwałam.
W Niemczech wtedy panowała bieda. Wiadomo – przegrana wojna. Margaryna, chleb, wszystko, nawet najbardziej podstawowe produkty, było na kartki. Śniadaniową kromkę chleba miałam posmarowaną margaryną tak cienko, że aż prześwitywała. Ta kromka musiała mi starczyć aż do wieczora, kiedy dostawałam nędzną kolację.
W Höxter doczekaliśmy końca wojny. Pewnego dnia przyszło amerykańskie wojsko i nas wyzwoliło. Wszyscy – mam na myśli Polaków – rozmawiali z ożywieniem o zawarciu pokoju, ale nikt jakoś nie kwapił się do powrotu do ojczyzny. Zdezorientowani ludzie czuli się niepewnie, bali się. Wiadomo było przecież, kto tam teraz rządzi.
Amerykanie ulokowali nas w obozie dla uchodźców. Wspominam to dobrze. Mieszkaliśmy w barakach, ja oczywiście razem z Karchutami. Jedliśmy zupę, którą wlewało się do kanek. Jako dziecku przysługiwały mi też tak zwane unrowskie paczki, czyli paczki od Administracji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy (UNRRA). Było w nich białe pieczywo, czekolady, konserwy – nie mogłam już na to patrzeć, tyle tego dostawałam! Przynajmniej państwo Karchutowie się przy mnie odżywiali. W ten sposób mogłam się im jakoś odwdzięczyć.
Mijały miesiące, a życie obozowe powoli się organizowało. Zaczęłam chodzić do szkoły. Miałam opiekunkę z UNRRA, która przychodziła po mnie do obozu z przepustką i odprowadzała na lekcje. Pewnego dnia, idąc do szkoły, spotkałam na ulicy czarnoskórego mężczyznę w amerykańskim mundurze. Był to pierwszy taki człowiek, jakiego widziałam w życiu! Muszę przyznać, że nieźle się przelękłam.
Zaprzyjaźniłam się z jednym z amerykańskich żołnierzy, którzy pełnili wartę przy obozowej bramie. Kiedy wrócił z przepustki do domu, przywiózł mi z Ameryki wspaniały prezent. Moją pierwszą w życiu lalkę. Do tej pory nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak zabawka. Bawiłam się tą lalką na okrągło.
Ludzie dzięki pomocy Czerwonego Krzyża zaczęli odnajdywać swoich bliskich. Rozdzielone przez wojnę rodziny łączyły się z powrotem. Po dzieci, takie jak ja, zaczęły się do obozu zgłaszać rodziny z kraju. Rodzice, wujkowie, dziadkowie, rodzeństwo. Również ja każdego dnia oczekiwałam, że ktoś po mnie przyjedzie, że ktoś do mnie napisze. Ale nikt nie przyjeżdżał. I nikt nie pisał.
Janina bardzo przywiązała się do państwa Karchutów. Dzięki nim dowiedziała się czegoś więcej o swojej utraconej rodzinie.
Zbiory własne Janiny Kalinowskiej
Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja cały czas siedziałam w obozie dla uchodźców. Wtedy właśnie pan Karchut wziął mnie na rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę.
– Dziecko, ty już nie czekaj. Po ciebie nikt się nie zgłosi. Twoich rodziców zamordowali Ukraińcy i oni już nigdy żyć nie będą.
W rozmowie dodał jeszcze, żebym nie rozpaczała. Łatwo powiedzieć! „Oni już nigdy żyć nie będą”… Te słowa do dziś dźwięczą mi w uszach. To był jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia.
Karchutowie nie chcieli się ze mną rozstawać. Zżyliśmy się ze sobą, prosili nawet, żebym nazywała ich swoimi dziadkami. Pewnie dlatego nie puścili mnie do Ameryki. Bo pojawił się taki pomysł, żeby mnie wywieźć za ocean i tam oddać do domu dziecka. Gdyby tak się stało, pewnie mieszkałabym dziś w Stanach, byłabym Amerykanką. Ale moi opiekunowie powiedzieli, że do żadnej Ameryki mnie nie oddadzą.
Dlaczego? Może mieli nadzieję, że jednak kogoś z mojej dalszej rodziny uda się odnaleźć? Albo że sami znajdą mi jakiś dobry dom? Tak czy inaczej wróciliśmy do Polski. Był rok 1948.
Do kraju dotarliśmy statkiem. Była to pierwsza i ostatnia podróż morska, jaką odbyłam w życiu. Co za koszmar! Z podróży tej zapamiętałam tylko potworne mdłości i ból głowy. Dopadła mnie choroba lokomocyjna. Po tym doświadczeniu już nigdy w życiu nie wsiadłam na pokład statku.
W Polsce zamieszkaliśmy w Zamościu. Nie wiem, dlaczego akurat tu. Karchutowie wynajęli niewielki domek, nie mieli jednak pracy, oszczędności ani żadnych rzeczy. Musieli zaczynać od zera. Nie było im łatwo i uznali, że oddadzą mnie do swojej rodziny mieszkającej na wsi w okolicach Tomaszowa.
Pamiętam, że ci ludzie kazali mi paść krowy. A ja tych krów potwornie się bałam. Chcieli zrobić ze mnie swoją służącą. W ogóle nie posyłali mnie do szkoły. Było mi tam źle. W końcu ciężko zachorowałam. Trafiłam do szpitala w Tomaszowie. Lekarz zbadał mnie tam, zdjął stetoskop i pokręcił głową.
– Z tego dziecka nic nie będzie – powiedział.
Nie zrozumiałam, co miał na myśli, a może nie chciałam zrozumieć. Niby byłam już dużą dziewczynką, ale jakoś nie dopuszczałam do siebie myśli, że może chodzić o śmierć.
Lekarz skierował mnie do sali, w której leżały umierające dzieci. Same beznadziejne przypadki, nierokujące żadnej poprawy. Leżałam tam dzień, drugi i nic. Jakoś nie chciałam umrzeć, trzymałam się kurczowo życia. Wtedy ten sam doktor kazał mnie przenieść do innej sali.
Poddano mnie leczeniu. Okazało się, że miałam wodę w płucach i obustronne zapalenie płuc. Leżałam w szpitalu trzy miesiące. Ściągano mi tę wodę, co było wyjątkowo męczącą i nieprzyjemną procedurą. Potwornie bolało. Robiono mi też zastrzyki z kamfory. Koszmar. Kiedy wreszcie wstałam z łóżka, musiałam się od nowa nauczyć chodzić.
Po wyjściu ze szpitala jadłam strasznie dużo surowej cebuli. Pewnie brakowało mi witamin. I do tego gotowane kartofle. Jak widać, nie była to specjalnie wyszukana dieta. Ale postawiła mnie na nogi. Młody organizm jakoś to wszystko przetrwał.
W sumie przeżyłam pobyt w kilku domach dziecka. Pierwszy rok spędziłam w zamojskim zakładzie Polskiego Komitetu Opieki Społecznej, w którym mieszkały dzieci ocalałe z Wołynia i Powstania Warszawskiego. Same sieroty. Przybytek ten utrzymywał się z darów od ludzi. Było niezwykle skromnie. Na śniadanie podawano czarny chleb z marmoladą i czarną kawą.
Kierowniczką domu była pani Szykowa. Kiedy wchodziliśmy do stołówki na obiad, stała w drzwiach. Każdemu dziecku na wejściu kazała pić tran, który musieliśmy zagryzać cebulą. I dopiero po zakończeniu tej procedury wydawano nam posiłek. To nie był taki tran jak dzisiaj, czyli oczyszczony. Tamten potwornie śmierdział. Nie byłam w stanie tego paskudztwa przełknąć.
Pierwszym domem dziecka, do którego trafiła Janina, był ten w Zamościu. Jego mieszkańcy żyli bardzo skromnie. Na zdjęciu sieroty, a wśród nich Janina (siódma z lewej), ok. 1949 roku.
Zbiory własne Janiny Kalinowskiej
W niedzielę rano ubieraliśmy się w mundurki, które wysłano do nas w paczkach z Kanady. Nazywaliśmy te mundurki „kanadyjkami”. Jasna bluzka i do tego granatowa spódniczka. Po śniadaniu szliśmy parami do kościoła, do kolegiaty. Kiedyś odwiedził nas nawet sam prymas Stefan Wyszyński!
Po mszy brałyśmy do rąk puszki i chodziłyśmy ulicami miasta. Ludzie wrzucali nam pieniądze na utrzymanie. Nas i całego sierocińca. Moja zwyczajowa trasa biegła od domu dziecka do ratusza na rynku Starego Miasta i z powrotem. I tak kilka razy.
Mimo trudnych, powojennych okoliczności, nasze wychowawczynie robiły wszystko co w ich mocy, by stworzyć nam warunki zbliżone do domowych i dać jakąś namiastkę rodzinnego ciepła. Przytulały nas, głaskały. Większość dzieci albo nigdy wcześniej tego nie zaznała, albo – tak jak ja – dawno zapomniała, jakie to uczucie.
Potem trafiłam do Międzyrzeca Podlaskiego. był to państwowy dom dziecka mieszczący się w dawnym pałacu Potockich. Pałac został oczywiście skonfiskowany przez nowe, komunistyczne władze.
Piękny park, oszałamiający budynek. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam ubikację. W starym domu dziecka w Zamościu stała zwykła dobudówka, a w niej dziura, nad którą się kucało. A myliśmy się tam w pralni. W kotłach grzała się woda, a potem wskakiwaliśmy do balii. Odbywało się to raz na tydzień. Wymienialiśmy się ubraniami, wszystko było wspólne.
Można więc sobie wyobrazić, jak wielką zmianą były przenosiny do pałacu Potockich z najprawdziwszą wanną i normalną ubikacją. Ciepła woda w kranach. Szerokie, słoneczne hole i lśniące parkiety. Wielka jadalnia zamiast siermiężnej stołówki. W pokoju mieszkałyśmy we trzy.
Do szkoły chodziłyśmy w mieście. Raz otrzymałam na imieniny w szkole króliczka. Był taki śliczny. Poszłam do kierownika naszego domu dziecka, nazywał się Skłodowski, i powiedziałam mu, że dostałam tego króliczka i nie wiem, co mam z nim teraz zrobić. Zawołał dozorcę, który zbił dla niego klatkę. Codziennie przed pójściem do szkoły rwałam mu liście i trawę.
Jednym z sierocińców, w którym przebywała Janina był ten urządzony w dawnym Pałacu Potockich w Międzyrzecu Podlaskim. Dla małej dziewczynki to miejsce stanowiło szczyt luksusu.
Zbiory własne Janiny Kalinowskiej
Mieliśmy też sarenkę. Przybłąkała się do nas. Przechadzała się po olbrzymim parku. Obok pałacu znajdowała się również wytwórnia wina, a dalej niegdyś piękny hrabiowski sad, który teraz należał już do miejscowego PGR-u.
Raz nawet poznałam młodego hrabiego Potockiego. Tego dnia wyszłyśmy wieczorem z koleżanką na spacer po parkowych alejkach. Tam zaczepił nas jakiś młody mężczyzna. Zaczął nas wypytywać, jak nam się mieszka w pałacu. Odpowiedziałyśmy, że bardzo dobrze.
Okazało się, że to Potocki! Przyjechał, bo chciał zobaczyć pałac rodziców, dowiedzieć się, co się w nim dzieje, czy jest bardzo zaniedbany. Zapewniłyśmy go, że z domem nic złego się nie dzieje. Jest czysto, bo regularnie i starannie czyścimy parkiety. Bardzo się ucieszył. Poprosił nas tylko, abyśmy nikomu nie mówiły o jego wizycie, bo mógłby mieć poważne nieprzyjemności.
Miałyśmy wspaniałą nauczycielkę, panią Świerczyńską. Była typowym przedwojennym pedagogiem. Reprezentowała wysoki poziom, skończyła Sorbonę. Jej męża Sowieci zamordowali w Katyniu. Był polskim oficerem. Opowiedziała to w tajemnicy starszym dziewczynkom.
Tak jak wspomniałam, ten dom dziecka różnił się bardzo od zakładu w Zamościu, ale nie chodziło tylko o ubikacje i parkiety. Przede wszystkim był to dom państwowy, a więc komunistyczny. Nie wolno nam było – przynajmniej oficjalnie – chodzić w niedzielę do kościoła. Kierownik był bardzo przyzwoitym człowiekiem, ale gdyby dał nam pozwolenie, z miejsca wyrzuciliby go z pracy. Kłamałyśmy więc, że idziemy do koleżanki.
W święta Bożego Narodzenia nie rozdawano opłatków, ale zawsze ktoś nam go po kryjomu przemycał.
Ze świętami mam związane niezbyt przyjemne wspomnienie. W szkole miałam koleżankę, nazywała się Ewunia Krajewska. Jej tata był adwokatem. Mieszkała w mieście. Tak u nas mówiono na te uczennice, które żyły z rodzicami w normalnych domach, poza sierocińcem. Dzieci w naszej szkole dzieliły się na dwie kategorie: te z miasta i te z domu dziecka.
Któregoś roku Ewunia chciała mi zrobić przyjemność i zaprosiła mnie na święta do domu. Pierwszy raz zobaczyłam, jak wyglądają prawdziwe, domowe święta.
Janina musiała samodzielnie uporać się ze swoją traumą. Nie miała wparcia psychologów, ani opiekunów.
Na zdjęciu Janina (trzecia od lewej) z koleżankami, ok. 1953 roku.
Zbiory własne Janiny Kalinowskiej
Pięknie przystrojona, kolorowa choinka. Cudownie nakryty stół. Ewa, jej siostra, brat, mama i tata. Siadłam przy stole i nagle poczułam straszliwy, rozdzierający żal. Ona ma mamę i tatę. A ja nie mam! Dlaczego jej rodzice żyją, a moi nie? Dlaczego ona ma dom, a ja nie? To takie niesprawiedliwe! Z rozpaczy chciało mi się wyć.
Stół nakryto wspaniałymi potrawami. Wszyscy starali się być dla mnie bardzo mili, zachęcali do jedzenia. Ale mi ledwo co przechodziło przez gardło. Chciałam czym prędzej wyjść. Wyrwać się stamtąd. Wrócić do mojego pokoju w domu dziecka.
Po powrocie poszłam prosto do gabinetu kierownika.
– Jeżeli ktokolwiek w przyszłości będzie chciał mnie zaprosić na jakąś domową uroczystość, proszę się na to nie zgadzać! – powiedziałam kategorycznie. – Nie pójdę i już!
Nie tłumaczyłam mu, o co chodzi. Chyba nie było potrzeby. Myślę, że zrozumiał.
Dzisiaj dzieci, które doświadczyły wielkiej traumy, otrzymują opiekę psychologów. Wsparcie. My ze swoim cierpieniem musiałyśmy się uporać same…
Pamiętam, że pewnej nocy w sierocińcu przyśnili mi się rodzice. Stali oboje obok mojego łóżka. Widziałam ich jakby przez mgłę. A oni stali i się na mnie patrzyli. Nie mówili nic. Zerwałam się z krzykiem, a oni natychmiast zniknęli. To zdarzyło się tylko raz. Już więcej mi się nie przyśnili. Nigdy.
W Międzyrzecu skończyłam szkołę średnią, a potem otrzymałam nakaz pracy. Inspektorowi szkolnemu z Lublina oświadczyłam, że chcę iść na studia, ale on się obruszył:
– Dziecko, ty już masz bardzo dobre wykształcenie. Nasze społeczeństwo składa się głównie z półanalfabetów. Nie ma o czym gadać, musisz iść do pracy. Nowa Polska potrzebuje rąk do pracy!
Zdjęcie ślubne Janiny i Leopolda, 1956 rok.
Zbiory własne Janiny Kalinowskiej
I tak nie poszłam na wymarzone studia. Poszłam za to do pracy do GS-u, czyli gminnej spółdzielni. Miałam wykształcenie ekonomiczne, handlowe. Po roku pracy postanowiłam odwiedzić dom dziecka w Zamościu. Kupiłam sobie ładne ubranie, bo jako osoba zatrudniona mogłam wziąć pożyczkę w PKO. Chciałam wyglądać ładnie, pokazać, że udało mi się ułożyć sobie życie.
Przyjechałam na przełomie lipca i sierpnia. Pierwsze kroki skierowałam do kierowniczki domu dziecka, czyli pani Kalinowskiej. Okazało się, że już tam nie pracuje – przeniosła się do miejscowej elektrowni. Jej syn, Leopold, zaproponował, że mnie tam zaprowadzi… I już mnie nie opuścił.
Poznaliśmy się pod koniec lipca, a pod koniec sierpnia wzięliśmy ślub. To był rok 1956. Dwa lata później urodziła się nam córeczka, a rok później – synek. Oboje skończyli studia.
Mąż był starszy ode mnie o cztery lata. Skończył szkołę oficerską, służył w wojsku. Tuż przed wojną rodzina Kalinowskich wybudowała dom w Horodence, w województwie stanisławowskim. Oczywiście nie nacieszyli się tym domem długo, bo zaraz wybuchła wojna.
Stanisławów najpierw znalazł się pod okupacją sowiecką, potem niemiecką, a na sam koniec został włączony do Związku Sowieckiego. Kalinowscy – jako repatrianci – przyjechali do Zamościa.
Jestem prezesem Stowarzyszenia Upamiętniania Polaków Pomordowanych na Wołyniu. Założyła je między innymi nasza koleżanka, świętej pamięci Teresa Radziszewska. Ja dołączyłam w połowie lat 90. Na czym polegała działalność naszej organizacji? Zgłaszali się do nas świadkowie ocaleni z ludobójstwa na Wołyniu i informowali, że w ich miejscowości polska ludność została wymordowana przez Ukraińską Armię Powstańczą.
Po zebraniu wszystkich niezbędnych materiałów jechaliśmy na Ukrainę, odnajdywaliśmy miejsce zbrodni i stawialiśmy krzyż. W latach 90. na Ukrainie panowała dość specyficzna atmosfera. Sporo można było wtedy załatwić. Szłyśmy do miejscowego wójta, dawałyśmy mu 50 dolarów i on wyznaczał miejsce na upamiętnienie zbrodni.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
TEODORA
W oblężonym Kisielinie
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
ALFREDA
Wspomnienie magicznego Wołynia
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
JANINA
Miłość w Armii Krajowej
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
JÓZEFA
Ocalała z pola śmierci
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
HELENA
Uratowana przez Ukrainkę
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
ROZALIA
Szara sukienka, czarny różaniec
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
ZOFIA
Dziewczynka z czereśniowego sadu
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
HELENA
Ucieczka z płonącej wsi
Archiwum Fotograficzne Rafała Guza
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Projekt okładki
Marcin Słociński
Fotografia na pierwszej stronie okładki
Agnieszka Rzymek, www.agarzymek.com
Sesja zdjęciowa
Modelka: Aleksandra Rydzyk
Stylizacja: Magdalena Madej-Reputakowska
Opieka redakcyjna
Natalia Gawron-Hońca
Wybór ilustracji
Natalia Gawron-Hońca
Konsultacja językowa
Lyudmyla Zaremba
Indeks
Tomasz Babnis
Adiustacja
Justyna Kukian
Korekta
Aneta Iwan
Grażyna Rompel
Copyright © by Anna Zychowicz
© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018
ISBN 978-83-240-4292-0
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Plik opracował i przygotował Woblink
woblink.com
