Dziennik wycieczki do Oberammergau - Jerome Klapka Jerome - ebook
lub
Opis

Przed kilku miesiącami rzekł do mnie jeden z moich przyjaciół: — Dlaczego nie napiszesz mądrej książki? To będzie ciekawe, gdy zniewolisz ludzi do myślenia. — Więc przypuszczasz, że dokonać tego można? — spytałem. — Spróbuj — odparł. Usłuchałem. Macie oto mądrą książkę, chciałbym, byście ją zrozumieli. Celem jej jest rozjaśnienie umysłów waszych. Opowiadać wam tu będę o Niemcach — wszystko, co wiem o tym państwie i o przedstawieniach w Oberammergau. (fragment Wstępu).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 142


Jerome Klapka

JEROME

Dziennik wycieczki do Oberammergau

ISBN: 978-83-7991-441-8 Licencja: Tekst z domeny publicznej. Źródło: Wikiźródła Styl i pisownia mogą być miejscami archaiczne. Wersja uwspółcześniona. Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab 2017 MASTERLAB www.masterlab.pl Białobrzegi, Polska

Wersja źródłowa:

JEROME K. JEROME.

Dziennik wycieczki do Oberammergau.

Przekład z angielskiego Emilii Węsławskiej.

WARSZAWA DRUKARNIA A. T. JEZIERSKIEGO, 1903

Spis treści
WSTĘP.
DZIENNIK PIELGRZYMKI.
Poniedziałek, 19-go.
Wtorek, 22-go.
Piątek, 23-go.
Sobota 24-ty.
Sobota, 24-ty (dalszy ciąg).
Kawałek soboty i trochę niedzieli.
Koniec soboty, początek niedzieli (dalszy ciąg).
Koniec niedzieli 25-go.
Niedziela, 25-y (dalszy ciąg).
Wtorek, 27-my.
Wtorek, 27-go. (Dalszy ciąg).
Wtorek (Dalszy ciąg).
Piątek, 30-go, czy Sobota 31-go.
Poniedziałek, 9-go czerwca.

WSTĘP.

Przed kilku miesiącami rzekł do mnie jeden z moich przyjaciół:

— Dlaczego nie napiszesz mądrej książki? To będzie ciekawe, gdy zniewolisz ludzi do myślenia.

— Więc przypuszczasz, że dokonać tego można? — spytałem.

— Spróbuj — odparł.

Usłuchałem. Macie oto mądrą książkę, chciałbym, byście ją zrozumieli. Celem jej jest rozjaśnienie umysłów waszych. Opowiadać wam tu będę o Niemcach — wszystko, co wiem o tym państwie i o przedstawieniach w Oberammergau.

Opowiem wam i o innych rzeczach, ale nie wypowiem wszystkiego, co wiem o nich, nie chcąc przeciążać wiedzą umysłów waszych. Chciałbym was stopniowo wykształcić; zmuszając was od razu do zbyt głębokiego myślenia, mógłbym zniechęcić was do tego sportu, dlatego też nadałem lekką formę memu traktatowi, by pociągnąć młode i lekkie umysły. Gdyby wiedzieli, że się czegoś nauczą z tej książki, odrzuciliby ją z pewnością, starałem się więc zatrzeć, o ile się to dało, nadzwyczajną doniosłość i głębię wiedzy, zawartej w tej pracy. Pragnę waszego dobra, pragnę, byście myśleć zaczęli, jeżeli to jest możliwe.

Co będziecie myśleli po przeczytaniu tej książki, wolałbym nie wiedzieć.

Będę dostatecznie wynagrodzony wewnętrznym zadowoleniem ze spełnienia obowiązku i procentami z dobrej rozprzedaży książki.

DZIENNIK PIELGRZYMKI.

Poniedziałek, 19-go.

Mój przyjaciel B. — Zaproszenie do teatru. — Bardzo nieprzyjemne przepisy. — Aspiracje turysty w zawiązku. — Jak można najlepiej spożytkować własne otoczenie. — Piątek—szczęśliwy dzień. — Pielgrzymka zdecydowana.

Dziś rano odwiedził mnie mój przyjaciel B., pytając, czy zechcę pójść z nim do teatru w przyszły poniedziałek.

— Ależ naturalnie — odparłem — przysłano ci bilety?

— Tam nie dają bezpłatnych biletów, będziemy musieli zapłacić.

— Płacić! Płacić za wstęp do teatru! — krzyknąłem zdziwiony. — Co za niedorzeczność! Kpisz chyba ze mnie?

— Kochany przyjacielu — odparł B. spokojnie — czyż tak mało mnie znasz, że sądzisz, iż płaciłbym, gdyby istniała możliwość uniknięcia tego? Ale widzisz, administracja tego teatru nie rozumie nawet, co to jest „wolny wstęp,” to barbarzyńcy nieucywilizowani! Na próżno wmawiałbyś im, że należysz do prasy; oni za nic ją mają i nie chcą o niej słyszeć. Nie wiedzą, co to jest „robić kasę”, nie mają „dyrektora,” chcesz zobaczyć ich przedstawienie — płać. Nie zapłacisz — to cię nie wpuszczą; taki przepis brutalny jest u nich prawem!

— Cóż za nieprzyjemne urządzenie! — rzekłem. — I gdzież jest ten nadzwyczajny teatr? Zdaje mi się, że nigdy w nim nie byłem.

— Pewny jestem tego — odparł mój przyjaciel. — Teatr ten znajduje się w Oberammergau. Od stacji Ober należy się zwrócić zaraz na lewo i przebyć pięćdziesiąt mil od Monachium.

— No, no! to trochę nie po drodze. Nigdy bym nie przypuszczał, że taka buda teatralna może nadawać sobie takie tony!

— Ta buda pomieścić może siedem tysięcy ludzi — odparł przyjaciel — i za każdym przedstawieniem jest przepełniona. Pierwsze tegoroczne przedstawienie odbędzie się w przyszły poniedziałek. Pojedziesz? — Zamyśliłem się przez chwilę, spojrzałem w notatnik i przekonałem się, że w sobotę przyjeżdża ciotka Emma i do następnej środy ma u nas zabawić, jeżeli więc wyjadę, to nie spotkam się z nią i znów na lata całe uniknę jej widoku. To mnie zdecydowało. Co prawda, sama podróż więcej mnie nęciła, niż przedstawienie. Najdawniejszym moim pragnieniem było zawsze stać się wielkim podróżnikiem.

Tęskniłem za tym, by móc tak pisać:

„Paliłem wonne hawana, chodząc po słonecznych ulicach Madrytu, a pykałem niezbyt pachnącą fajeczkę pokoju, w przewiewnych wigwamach Dzikiego Wschodu i popijałem wieczorną kawę w cichym namiocie, gdy uwiązany dromader szczypał trawę pustyni; łykałem palący trunek Północy, a renifery przeżuwały obrok, stojąc przy mnie w szałasie; blade światło nocnego słońca wydłużało na śniegu cienie sosen i jodeł; przeszyły mnie błyszczące uduchowione oczy, wyzierające z pod gęstych zasłon na wąskich uliczkach Bizancjum; odpowiedziałem uśmiechem (czuję, że nieładnie postąpiłem) na zaczepne spojrzenie czarnookiej córy Yedd; włóczyłem się tam, gdzie „dobry” Harun Alraszyd szukał przygód pod zasłoną ciemnej nocy i w zręcznym przebraniu, mając u swego boku wiernego Mesrora, stałem na moście, gdzie Dante oczekiwał na przejście ubóstwianej Beatryczy; bujałem się na wodach, unoszących niegdyś łódź Kleopatry; stałem, gdzie Cezar padł; słyszałem słodki szelest bogatych szat w salonach Mayfir i chrzęst naszyjników z zębów na hebanowych szyjach piękności z Tongatabu; dyszałem pod palącymi promieniami indyjskiego słońca i marzyłem pod lodowatymi podmuchami w Grenlandii; żyłem z wędrującymi hordami i owinięty w kołdry, leżałem w gąszczach lasów, oddalony o tysiące mil od wszelkiej siedziby ludzkiej.”

B., któremu wytłumaczyłem moją tęsknotę do opisów tego rodzaju, powiedział, że można ten sam efekt osiągnąć, opisując miejsca znajdujące się tuż pod ręką

— Nie opuszczając Anglii — rzekł — pisałbym tak: „Paliłem dobre cygaro, chodząc po żwirowanych alejach Fleet-Street, i pykałem tanie Manila w złoconych salach Kriteryonu; popijałem pieniące się piwo z Burton, gdzie znany Anioł Islingtona chroni pod swe skrzydła spragnione dusze; ciągnąłem wódeczkę w niejednej, cuchnącej czosnkiem szynkowni na Soho. Na grzbiecie dziwnie sporego osła, którego do ruchu zmusiłem — raczej właściciel osła, krocząc z tyłu, nakłonił go do tego — przybyłem piaszczystą pustynię Hampstead, a na widok łodzi mojej podniosło się z wrzaskiem dzikie ptactwo w podzwrotnikowych okolicach Battersea.

Stoczyłem się ze wzgórza na łeb na szyję, a dziewice Wschodu otoczyły mnie kołem, śmiały się, klaskały w ręce i piszczały z radości, a w starych pałacowych ogrodach, gdzie bawiły się niegdyś jasnowłose dzieci nieszczęsnych Stuartów, przechadzałem się długo, obejmując kibić jednej z cór Ewy, gdy jej matka, pieniąc się z oburzenia, nie mogła nas dogonić. Odbywałem dalekie podróże na małym twardym koniku, który kręcąc się w koło, woził mnie po wybrzeżach wielkiego Atlantyku. A nad głowami tłumów w Barnet ujrzałem się w jaskrawo malowanym wózku, poruszanym przez człowieka, trzymającego sznur. Kroczyłem z powagą po sali w Kenigston-Town (za opłatę gwinei dostawałeś i napoje orzeźwiające, jeżeli mogłeś się do nich przez tłum przecisnąć), a na zielonej murawie lasów odbywałem dziwaczne ceremonie z pierścieniem; przebywałem z wędrującymi hordami w Drury Lane, i w czasie przedstawienia klasycznej sztuki czułem się wielkim w samotności, siedząc w pierwszym rzędzie galerii; żałowałem wówczas, że pieniędzy swych nie zużyłem lepiej we wschodnich salach Alhambry.”

— Widzisz — zawołał B. — mój opis nie jest mniej od twego ciekawy, a przedmiot do niego znajdziesz, wydalając się zaledwie na parę godzin z Londynu.

— Nie gadajmy lepiej o tym — odparłem. — Jak widzę, nie możesz zrozumieć moich odczuć. Gorące serce podróżnika nie bije w twej piersi, a więc nie jesteś w stanie pojąć jego aspiracyj. Dajmy więc tym. pokój. W każdym razie tę podróż odbędę razem z tobą. Kupię rozmówki niemieckie, książeczkę czekową, niebieską woalkę, biały parasol i podobnie niezbędne rzeczy dla Anglika, podróżującego po państwie niemieckim. Kiedyż wyjeżdżamy?

— A cóż, trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Proponuję więc wyjechać w piątek.

— Mnie się zdaje, że to nieszczęśliwy dzień do podróży — zauważyłem wahającym tonem.

— Boże święty! — zawołał — co za niedorzeczność! Jakby Opatrzność kierowała sprawami Europy, zależnie od tego, czy wyjedziemy we wtorek, czy w piątek!

Dodał jeszcze, że nie może pojąć, by tak rozsądny, jak ja czasami bywam, człowiek, przywiązywał wagę do takich babskich przesądów. Przyznał jednak, że przed laty, gdy był jeszcze młodym chłopcem, za nic w świecie nie puściłby się w drogę w piątek. A gdy raz się zdarzyło, że był do tego zmuszony, bo miał do wyboru: albo jechać w piątek lub nie jechać wcale — zaryzykował i był przygotowany na rozmaite wypadki i nieszczęścia.

Pragnął tylko żywym wrócić do domu.

Tymczasem okazało się, że nigdy w życiu nie doznał tylu przyjemności, co w czasie tej podróży. Powiedział więc sobie, że wyjeżdżać będzie zawsze w piątek, że za nic w świecie innego dnia nie wyjedzie i tego się trzymał całe życie.

Nastąpiła więc stanowcza decyzja, że w piątek wyjedziemy. Mam go oczekiwać na stacji Wiktoria, o ósmej wieczorem.

Wtorek, 22-go.

Kwestia bagażu. — Rada 1-go przyjaciela. — Rada 2-go przyjaciela. — Rada 3-go przyjaciela. — Rada pani Briggs. — Rada naszego wikarego. — Rada jego żony. — Rada doktorska. — Rada literacka — Wskazówki Jerzego. — Pomoc mojej bratowej. — Rada młodego Smita. — Mój własny pomysł. — Pomysł B.

Kwestia bagażu nie mało mi sprawiła dzisiaj kłopotu. Spotkany rano znajomy rzekł mi:

— O! jeżeli pan jedziesz do Oberammergau, musisz się zaopatrzyć w ciepłe rzeczy. Przydadzą ci się wszystkie zimowe ubrania.

Dodał, że jeden z jego przyjaciół przed kilku laty pojechał tam i nie zaopatrzył się dostatecznie w ciepłe ubranie; wróciwszy do domu, z przeziębienia umarł.

— Posłuchaj pan dobrej rady, co masz ciepłego, zabierz ze sobą.

Trochę później spotkałem drugiego znajomego.

— Słyszałem, że pan wyjeżdżasz — zawołał. — W jakąż stronę Europy udajesz się?

Odparłem, że zdaje mi się, iż miejscowość ta leży gdzieś w Europie środkowej.

— A! to posłuchaj pan mojej rady — rzekł — spraw sobie płócienne ubranie i parasolkę. Nie dbaj o wygląd, ale o wygodę. Nie masz pojęcia, jakie tam upały panują w tej porze roku. Anglicy upierają się nosić w podróży po kontynencie te same ubrania, do których w domu przywykli. Dlatego tak częste są wypadki porażenia słonecznego i chorób poważnych.

W klubie zetknąłem się z jednym z moich przyjaciół, korespondentem do gazet, który podróżował dużo i zna doskonale Europę. Powiedziałem mu, co słyszałem od tamtych, i spytałem, która rada jest lepsza. Odrzekł mi:

— Widzisz, mój kochany, jeden i drugi miał rację. W tamtych górzystych okolicach powietrze ulega nadzwyczaj szybkim zmianom. Rano może być taki upał, że topnieć będziesz, a wieczorem przyda ci się bardzo koszula flanelowa i futrem podszyte palto.

— Ale przecie to samo mamy w Anglii! — zawołałem. Jeżeli więc wszyscy cudzoziemcy oswojeni są z tym we własnych krajach, jakim że prawem zjeżdżają tu i wyrzekają, ile mogą, na nasz klimat?

— Nic na to nie poradzisz, prawa nie mają, a wyrzekać nie przestaną. Posłuchaj mej rady i bądź na wszystko przygotowany. Zabierz letnie rzeczy na wypadek gorąca, a zimowe na wypadek zimna.

Wróciwszy do domu, zastałem panią Briggs; gdy się dowiedziała o projektowanej podróży, zawołała:

— O! jeżeli pan jedzie gdzieś w okolice państwa Niemieckiego, to musisz wziąć z sobą zapas mydła. Mój mąż kiedyś w wielkim pośpiechu musiał tam jechać, zapomniał zabrać mydło, nie umiał po niemiecku, więc nie wiedział, jak je nazwać, a nigdzie mydła nie widząc, nie mógł nawet na migi pokazać, że tego potrzebuje; przebył całe trzy tygodnie, nie myjąc się ani razu i tak brudny przyjechał do domu, że go nie poznałam, myślałam, że to kominiarz przyszedł oglądać piece!

Radzę też wziąć zapas ręczników, dają tam tak małe, że obetrzeć się niemi niepodobna.

Po śniadaniu poszedłem się przejść; spotkałem wikarego, ten zawołał:

— Jedziesz, słyszałem, weź-że koniecznie kołdrę!

Ostrzegł mnie, że w hotelach niemieckich nie tylko nie dają kołder, ale nie suszą należycie prześcieradeł. Opowiedział mi, że jeden z jego przyjaciół, wróciwszy z podróży po państwie Niemieckim, gdzie spał w wilgotnych prześcieradłach, z reumatyzmu umarł.

W tej chwili zbliżyła się ku nam jego żona, która załatwiała sprawunek w sąsiednim sklepie i kazała mężowi czekać na siebie na ulicy.

Dowiedziawszy się, że jadę do Niemiec, rzekła:

— Nie zapomnij pan o poduszce, albo wcale ich nie dają, albo tak złe, że oka nie zamkniesz przez cały czas, jeżeli nie weźmiesz swojej poduszki. Możesz pan kazać uszyć rodzaj worka, to i widać nie będzie, że wieziesz poduszkę.

Kilka kroków dalej spotkałem doktora; ten rzekł mi:

— Weź z sobą koniecznie buteleczkę koniaku, ona ci wiele miejsca nie zabierze, a zanim przywykniesz do kuchni niemieckiej, koniak nieraz ci będzie w nocy potrzebny.

Objaśnił, że koniak, kupowany w hotelach zagranicznych, jest trucizną, więc podróżowanie bez dobrej butelki koniaku równa się poważnemu niebezpieczeństwu; parę kieliszeczków koniaku, może nieraz życie uratować.

Wróciłem do domu i zastałem kolegę po piórze:

— Słuchaj, przyjacielu — zawołał — pewno nigdy długo nie podróżowałeś i nie wiesz, co to nuda w wagonie!

— Spędziłem w wagonie po kilka godzin.

— To głupstwo wobec tego, co cię czeka teraz, otóż radzę ci wziąć z sobą szachy. Podziękujesz mi za to!

Wieczorem wpadł Jerzy:

— Jeżeli chcesz posłuchać dobrej rady, to ci powiem — rzekł — weź z sobą dobre cygara i tytoń. Nawet najlepszy gatunek cygar niemieckich zasługuje na miano „smrodiferów”, przypuszczam, że za krótko tam będziesz bawił, by do ich miłego zapachu przywyknąć.

Bratowa moja, osóbka bardzo praktyczna, przyniosła mi wieczorem pudełko wielkości dobrej tacy.

— Weź to z sobą — rzekła — odda ci to niezliczone usługi. Będziesz sobie mógł przyrządzać sam herbatę. W Niemczech nie mają pojęcia o herbacie, obejdziesz się bez ich ziółek.

Otworzyła pudło i pokazała mi jego tajemnicę. Zdumiałem się, widząc przedmioty tam pomieszczone. Bo czego tam nie było! Puszka z herbatą, butelka mleka, pudełko narąbanego cukru, butelka spirytusu, puszka z masłem i biszkoptami; prócz tego maszynka spirytusowa, kociołek, czajnik, dwie filiżanki, dwa spodki, dwa talerzyki, dwa noże i dwie łyżeczki. Gdyby się jeszcze tam łóżko znajdowało, nie potrzebowałbym już troszczyć się o hotele.

Sekretarz naszego klubu fotograficznego, młody Smit, wpadł o dziewiątej, prosząc, bym mu zdjął fotografię ze statuy umierającego gladiatora w Monachijskiej galerii rzeźb. Odpowiedziałem, że zrobiłbym to z prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że nie mam zamiaru zabierać z sobą kamery.

— Nie zabierasz kamery! — krzyknął. — Jedziesz do Niemiec, do krainy Renu! Przejeżdżać będziesz przez najbardziej malownicze okolice, zatrzymasz się w najstarszych i najsławniejszych miastach Europy i zostawiasz aparat fotograficzny w domu — i to się nazywa artysta! Będziesz całe życie żałował, jeśli nie weźmiesz z sobą kamery!

Zawsze myślałem, że dobrze jest posłuchać rad człowieka, lepiej znającego się na rzeczy. Doświadczenie jednych wygładza drogę innym, wstępującym w ślady pierwszych, po kolacji więc zebrałem wszystkie rzeczy, które mi radzono zabrać, dołożyłem niektóre już z własnej inicjatywy i rozłożyłem to wszystko na łóżku.

Nie zapomniałem o pace papieru i butelce atramentu, o dykcjonarzu i kilku innych książkach na przypadek, gdyby mnie napadła ochota do pracy.

Lubię, gdy mam wszystko do pracy przygotowane, nie można wiedzieć, kiedy nadejdzie wena. Bywały wypadki, że gdy wyjeżdżałem bez papieru i atramentu, napadała mnie szalona ochota do pisania i z braku tych marnych rzeczy skazany byłem na włóczenie się z rękami w kieszeniach.

Od tej pory zabieram z sobą zawsze zapas papieru i atramentu, by nie marnować tak cennej i rzadkiej weny do pracy.

Niejednokrotnie rozmyślałem nad tym, dlaczego ta ochota napada mnie wtedy, gdy nie mam pod ręką potrzebnych mi materiałów, no, teraz jestem zawsze przygotowany. Położyłem jeszcze na łóżku kilka tomów Goethe’go; czytany w jego własnej ojczyźnie wyda mi się jeszcze piękniejszym. Zdecydowałem się jeszcze wziąć dużą gąbkę i małą przenośną wannę gumową; zimna kąpiel, wzięta rano, dodaje sił na cały dzień.

B. przyszedł właśnie, gdy wszystko złożyłem na kupę, spojrzał na łóżko, pytając, co robię?

— Pakuję się — odparłem.

— Boże święty! — zawołał. — Myślałem, że się przenosisz! Cóż ty myślisz, z taborem całym wozić się będziemy?

— Ależ to są wszystko rzeczy, które mi poradzono zabrać ze sobą. Jakaż korzyść pytać o rady, jeżeli się ich nie zamierza słuchać?

— Radź się ile chcesz — zawołał — to nie szkodzi, ale na miłość Boga, nie zabieraj tego wszystkiego. Ludzie pomyślą, że należymy do bandy cyganów.

Zbrakło mi cierpliwości, więc odparłem szorstko:

— Pleciesz niedorzeczności. Połowa tu leżących rzeczy chroni od pewnej śmierci. Kto jedzie bez nich do Niemiec, to wróciwszy do domu — umiera.

Opowiedziałem mu, co powiedział doktór, wikary i inne osoby, że jeżeli chcę żywy wrócić do domu, muszę zabrać kołdry, parasole i ciepłą odzież.

B. nie wierzy w niebezpieczeństwa, przez które inni przechodzili, machnął więc ręką — mówiąc:

— Dajże pokój! Nie jesteś przecież gagatkiem, który z byle jakiego przeziębienia umiera. Zostaw te narzędzia ochronne w domu, a spakuj szczotkę do zębów, grzebień, parę skarpetek i koszulę, oto wszystko!

Zabrałem trochę więcej rzeczy; w każdym razie zmieściło się wszystko w niewielką paczkę. Miałem ogromną ochotę wziąć przybór do herbaty, tak przyjemnie byłoby manewrować z nim w wagonie, ale B. nie chciał słyszeć o tym.

Mam nadzieję, że zmiany atmosferyczne nie będą zbyt gwałtowne.

Piątek, 23-go.

Ranne wstanie. — Trzeba się w balast zaopatrzyć, zanim się puści na morze. — Nieznośne wdanie się Opatrzności w sprawy dla niej niezrozumiałe. — Socjalistyczne społeczeństwo. — Pomyłka B. — Nieciekawa anegdotka. — Zaopatrujemy się w balast. — Przeciętny marynarz. — Wesoła łódź.

Wstałem dziś bardzo rano. Sam nie wiem po co? Wyjeżdżamy dopiero o ósmej wieczorem. Ale nie żałuję tego rannego wstania, rozumie się. I to jest pewną rozmaitością, że zbudziłem cały dom i jedliśmy śniadanie o siódmej.

Jadłem ile mogłem, bo niegdyś powiedział mi oswojony z morzem podróżnik:

— Jeżeli kiedy wybierzesz się pan na morze, pamiętaj, że musisz mieć w sobie porządny balast, to utrzymuje okręt w równowadze. Niema żadnej korzyści z tych pustych żołądków, z lekkością piórka przechadzających się po pokładzie. Trzeba myśleć o balaście!