Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy - Bartosz Wojsa - ebook + audiobook + książka

Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy ebook i audiobook

Bartosz Wojsa

4,4
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Los ośmiolatka maltretowanego latami przez opiekunów prawnych, poruszył całą Polskę dopiero wtedy, gdy chłopiec w stanie krytycznym trafił do szpitala. Wcześniej, gdy dramat dziecka trwał, nie zareagował nikt. Ani nauczyciele szkoły specjalnej, ani wykwalifikowani pracownicy opieki społecznej, ani policjanci, którzy kilkukrotnie przyprowadzali chłopca z powrotem do domu, z którego próbował uciekać.

Bartosz Wojsa zdaje raport z tego, jak bardzo zawiedliśmy – instytucjonalnie, ale przede wszystkim jako społeczeństwo. I podpowiada, co należy zrobić, by podobna tragedia nigdy już się nie wydarzyła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 217

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 0 min

Lektor: Michał Zarzycki

Oceny
4,4 (26 ocen)
16
7
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
izabella-flis

Nie oderwiesz się od lektury

po prostu przeczytaj.
00
Lisonka

Nie oderwiesz się od lektury

Bartosz Wojsa wnikliwym dziennikarskim okiem zagłębia się w temat tragicznej śmierci Kamilka z Częstochowy, opisując szczegóły całej sytuacji. Opowiada także o przypadkach innych dzieci, które zmarły na skutek przemocy w najbliższym otoczeniu. W książce nie brakuje także opisów od strony prawnej a także streszczenia w jaki sposób i w jakim zakresie działa i w przyszłości ma działać "Ustawa Kamilka".
00
mfalkiew

Nie oderwiesz się od lektury

Pozycja, wobec której nie sposób przejść obojętnie, podobnie jak nie możemy pozostawać obojętni wobec dziecięcej krzywdy.
00
AgnieszkaObecna

Nie polecam

Książka mocno działa na emocje. Nie dowiedziałam się jednak nic z niej ponad to co już było w prasie. Jeśli ktoś rozważa zakup, to odradzam, można wszystko a nawet więcej znaleźć w Internecie.
01

Popularność




Cytat

Dziecko małe, lek­kie, mniej go jest. Musimy pochy­lić, zni­żyć ku niemu.

Janusz Kor­czak

Od autora

Od autora

Pamię­tam, jak po raz pierw­szy usły­sza­łem o spra­wie Kamilka z Czę­sto­chowy. To było w kwiet­niu 2023 roku, tuż po tym, jak w mediach spo­łecz­no­ścio­wych roz­brzmiał apel bli­skich chłopca o wspar­cie dla niego. Zdję­cie popa­rzo­nego malu­cha, któ­rego ledwo było widać spod warstw ban­daży i opa­trun­ków, wstrzą­snęło mną do cna. Ruszyła zbiórka na jego lecze­nie i reha­bi­li­ta­cję, a ludzie z całej Pol­ski dekla­ro­wali pomoc ośmio­let­niemu dziecku. Jak już wiemy, nie udało się go ura­to­wać…

Jeden z pierw­szych odcin­ków mojego pro­gramu kry­mi­nal­nego Pokój Zbrodni poświę­ci­łem wła­śnie spra­wie Kamilka. Od tam­tej pory, zawsze gdy jestem pytany przez widzów o histo­rie, które naj­moc­niej mną wstrzą­snęły, odpo­wia­da­łem i odpo­wia­dam: zbrod­nie doty­ka­jące dzieci. Naj­młod­szych, bez­bron­nych, nie­win­nych. Do tego grona zali­cza się Kami­lek.

Moje podej­ście do tej sprawy z cza­sem ewo­lu­owało. Wyda­wać by się mogło, że mie­siące przy­go­to­wań i pracy nad książką, roz­mowy z eks­per­tami, psy­cho­lo­gami i róż­nymi spe­cja­li­stami pozwolą mi zro­zu­mieć to, co się stało. Dowie­dzia­łem się naprawdę sporo, a na­dal mam wra­że­nie, że o bru­tal­nej sile sto­so­wa­nej prze­ciwko dzie­ciom wiem nie­wiele. Zro­zu­mieć pod­łoże tych zda­rzeń? Może, ale nie potra­fię ich zaak­cep­to­wać. Nie da się.

Tra­ge­dia Kamilka zyskała też zupeł­nie inny wymiar, kiedy sam zosta­łem tatą – a stało się to w trak­cie pisa­nia tej książki. Kiedy patrzę w oczy swo­jego kil­ku­mie­sięcz­nego Synka i na jego maleńką, uro­czą buzię, nie mogę zro­zu­mieć, jak można skrzyw­dzić podob­nie bez­bronną istotę.

Tę książkę dedy­kuję wła­śnie Jemu oraz wszyst­kim dzie­ciom, które mają prawo – i powinny – być szczę­śliwe, wolne od trosk i prze­mocy. Choć oczy­wi­ście świat nie jest i nie będzie ide­alny, to wie­rzę, że razem możemy wpły­nąć na zmniej­sze­nie skali okru­cień­stwa wobec naj­młod­szych. Jeśli będziemy wpro­wa­dzać różne zmiany, uczyć się i edu­ko­wać, obser­wo­wać oto­cze­nie i reago­wać. Tylko tyle i aż tyle. Może brzmi to pate­tycz­nie, ale naprawdę wie­rzę, że to moż­liwe.

To dobre miej­sce, by podzię­ko­wać także mojej Żonie, na któ­rej wspar­cie zawsze mogę liczyć – nie ina­czej było w okre­sie wytę­żo­nej pracy nad tą publi­ka­cją. Za to, że była moją pierw­szą recen­zentką i straż­niczką odpo­czynku, że jest wspa­niałą part­nerką dla mnie i cudowną Mamą dla naszego dziecka.

Kasiu, Filipku – dzię­kuję.

Kocham Was.

Bar­tosz Wojsa

Wstęp

Wstęp

W Pol­sce w wyniku prze­mocy ze strony bli­skich doro­słych umiera rocz­nie śred­nio trzy­dzie­ścioro dzieci. Zde­cy­do­wana więk­szość ofiar ma mniej niż trzy lata. W takim samym cza­sie pra­wie cztery tysiące malu­chów doświad­cza prze­mocy fizycz­nej i psy­chicz­nej. To ofi­cjalne sta­ty­styki, ale eks­perci nie mają złu­dzeń: pokrzyw­dzo­nych, o któ­rych nie wiemy, jest znacz­nie wię­cej. Zwy­kle odcho­dzą w ciszy, a o ich dra­ma­cie dowia­du­jemy się po fak­cie. Gdy sąsie­dzi sły­szą płacz, pod­gła­śniają muzykę lub tele­wi­zor. Gdy przez wizjer w drzwiach wej­ścio­wych przy­pad­kiem dostrzegą szar­pa­ninę, zasu­wają zaślepkę. Gdy w końcu staną twa­rzą w twarz z prze­mocą, udają, że jej nie widzą. „To nie moja sprawa”, „Każ­demu cza­sem pusz­czają nerwy”, „Dziecku trzeba dać klapsa, ina­czej się nie nauczy” – to zale­d­wie kilka przy­kła­dów tego, jak ludzie uspra­wiedliwiają swój brak reak­cji.

Lek­tura jed­nego z naj­now­szych rapor­tów doty­czą­cych prze­mocy wobec naj­młod­szych w naszym kraju, wyda­nego przez Fun­da­cję Dajemy Dzie­ciom Siłę, nasuwa zatrwa­ża­jące wnio­ski. Każda strona raportu rodzi w mojej gło­wie kolejne pyta­nia, prze­pla­tane twa­rzami „naj­słyn­niej­szych” dzieci, które stra­ciły życie. Blask medial­nych fle­szy i świa­tła kamer towa­rzy­szyły im dopiero po śmierci, bo wcze­śniej ich krzywda spo­ty­kała się prze­waż­nie z obo­jęt­no­ścią. Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat, jak mawiał Janusz Kor­czak, lekarz i peda­gog, publi­cy­sta i dzia­łacz spo­łeczny. Ale gdy dziecku dzieje się krzywda, naj­ła­twiej odwró­cić wzrok. Mimo upły­wa­ją­cych lat i coraz licz­niej­szych histo­rii bez szczę­śli­wego zakoń­cze­nia to przy­kre stwier­dze­nie pozo­staje aktu­alne.

Fun­da­cja Dajemy Dzie­ciom Siłę regu­lar­nie pro­wa­dzi dia­gnozę prze­mocy wobec dzieci w Pol­sce. Bada­nie jest prze­pro­wa­dzane cyklicz­nie co pięć lat. Z naj­now­szego raportu, który doty­czy 2023 roku, wynika, że w naszym kraju aż sie­dem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent dzieci i nasto­lat­ków przy­naj­mniej raz w swoim życiu doświad­czyło prze­mocy.

Mię­dzy­na­ro­dowe Towa­rzy­stwo Zapo­bie­ga­nia Krzyw­dze­niu i Zanie­dba­niu Dzieci (ISP­CAN) oraz Świa­towa Orga­ni­za­cja Zdro­wia (WHO) już w 2006 roku zgod­nie stwier­dziły, że krzywda doznana w dzie­ciń­stwie sta­nowi jedno z naj­więk­szych zagro­żeń roz­woju zdro­wia psy­chicz­nego i fizycz­nego oraz bez­pie­czeń­stwa naj­młod­szych.

Jakiej prze­mocy doświad­czają dzieci i nasto­lat­ko­wie? Sześć­dzie­siąt sześć pro­cent z nich miało do czy­nie­nia z agre­sją ze strony rówie­śni­ków. Trzy­dzie­ści dwa pro­cent – z prze­mocą ze strony bli­skich doro­słych. Dwa­dzie­ścia sześć pro­cent zostało wyko­rzy­sta­nych sek­su­al­nie bez kon­taktu fizycz­nego, a dwa­dzie­ścia trzy pro­cent doznało zanie­dba­nia emo­cjo­nal­nego. Dwa­dzie­ścia pro­cent wyka­zało z kolei paren­ty­fi­ka­cję, czyli zja­wi­sko psy­cho­so­cjo­lo­giczne pole­ga­jące na odwró­ce­niu ról w rodzi­nie, w wyniku czego dziecko pełni rolę opie­kuna, part­nera i powier­nika w sto­sunku do swych rodzi­ców bądź rodzeń­stwa. Kolejne liczby też nie napa­wają opty­mi­zmem: czter­na­ście pro­cent było świad­kami prze­mocy w domu, osiem pro­cent wska­zało na wyko­rzy­sta­nie sek­su­alne z kon­tak­tem fizycz­nym i tyle samo – na zanie­dba­nie fizyczne.

Z badań Fun­da­cji wynika, że naj­bar­dziej zna­czący czyn­nik ryzyka prze­mocy wobec dziecka to nad­uży­wa­nie alko­holu przez domow­nika. Pię­cio­krot­nie zwięk­sza on praw­do­po­do­bień­stwo, że dziecko sta­nie się świad­kiem prze­mocy, i trzy­ipół­krot­nie – że doświad­czy jej ze strony bli­skich doro­słych. Następny czyn­nik to cho­roba psy­chiczna domow­nika, z któ­rej powodu czte­ro­ipół­krot­nie rośnie nie­bez­pie­czeń­stwo, że dziecko będzie ofiarą prze­mocy rówie­śni­czej, zaś trzy­krot­nie – że zosta­nie wyko­rzy­stane sek­su­al­nie bez kon­taktu fizycz­nego. Trzeci czyn­nik zwią­zany jest z uży­wa­niem przez domow­nika środ­ków odu­rza­ją­cych. Trzy­krot­nie zwięk­sza on zagro­że­nie wykorzysta­niem z kon­tak­tem fizycz­nym, a dwu­ipół­krot­nie – praw­do­po­do­bień­stwo bycia świad­kiem prze­mocy w domu.

Mało­letni, któ­rzy prze­żyją star­cie z agre­so­rem, po doświad­czo­nej trau­mie muszą się latami zbie­rać – psy­chicz­nie oraz fizycz­nie. Bada­nia skali zacho­wań auto­de­struk­cyj­nych, pro­wa­dzone przez eks­per­tów, wyka­zały, że dwa­dzie­ścia dwa pro­cent dzieci i nasto­lat­ków doko­nuje samo­oka­le­czeń. Ponadto dzie­więć pro­cent miało za sobą próbę samo­bój­czą. Spe­cja­li­ści mówią wprost: w ostat­nich latach zna­cząco wzrósł odse­tek dzieci doświad­cza­ją­cych prze­mocy rówie­śni­czej. Nieco zma­lał za to odse­tek dzieci, któ­rych ta prze­moc dotyka ze strony bli­skich doro­słych, choć i na tym polu mamy jesz­cze dużo do zro­bie­nia.

Mini­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści poin­for­mo­wało, że w 2024 roku w wyniku prze­mocy zgi­nęło w Pol­sce czter­dzie­ścioro pię­cioro dzieci. Więk­szość przy­pad­ków doty­czyła malu­chów poni­żej dru­giego roku życia. W 2023 roku w pierw­szej instan­cji sądów okrę­go­wych wydano trzy­dzie­ści pięć wyro­ków ska­zu­ją­cych za zabój­stwa dziecka. W 2022 roku były dwa­dzie­ścia dwa takie wyroki. W 2021 roku – dzie­więt­na­ście, a w 2020 roku – czter­dzie­ści. To liczby, za któ­rymi stoją nie­winne twa­rze ofiar. I histo­rie, które się kryją za fasadą poli­cyj­nych sta­ty­styk.

Każda śmierć dziecka jest rów­nie bole­sna. Czę­sto pozo­sta­wia wyrwę nawet w ser­cach tych, z któ­rymi maluch nie był bez­po­śred­nio zwią­zany. Trudno zga­dy­wać, co spra­wia, że pewne histo­rie cier­pie­nia naj­młod­szych media nagła­śniają moc­niej, a inne – sła­biej. Czy decy­duje o tym poziom okru­cień­stwa? Zna­jo­mo­ści ludzi, któ­rzy chcą sprawę nagło­śnić? Przy­pa­dek? A może wszystko naraz.

Histo­ria Kamilka z Czę­sto­chowy jest jedną z tych, które gwał­towną falą roz­lały się po Pol­sce. Chło­piec, bity, drę­czony psy­chicz­nie i fizycz­nie, w końcu ska­to­wany na śmierć – przez trzy­dzie­ści pięć dni prze­by­wał w Gór­no­ślą­skim Cen­trum Zdro­wia Dziecka, gdzie leka­rze wal­czyli o jego życie. Nie­stety bez­sku­tecz­nie. O nie­wy­obra­żal­nym cier­pie­niu zale­d­wie ośmio­let­niego dziecka sły­szał w tym kraju chyba każdy. Ale w jakim stop­niu znamy praw­dziwe kulisy sprawy? Dla­czego to wła­śnie ona wywo­łała poru­sze­nie, które dopro­wa­dziło nawet do zmian w pol­skim pra­wie?

Aby poznać odpo­wie­dzi na pyta­nia zwią­zane z tym zagad­nie­niem, a przede wszyst­kim zna­leźć reme­dium na toczącą nas tok­synę, jaką jest znie­czu­lica spo­łeczna, się­gam do wszel­kich moż­li­wych źró­deł. Zwró­ci­łem się do bli­skich Kamilka, do jego sąsia­dów, do szkoły, pomocy spo­łecz­nej, leka­rzy, psy­cho­lo­gów, poli­cji i pro­ku­ra­tury. Wresz­cie do przed­sta­wi­cieli rządu, w tym Mini­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści. Obraz, który się dzięki temu wyło­nił, prze­raża do szpiku kości, lecz przy­nosi także nadzieję, bez któ­rej żadne dzia­ła­nia nie mia­łyby już sensu.

Odkła­dam na moment raporty i doku­men­ta­cje, spo­glą­dam przez okno. Dzie­ciaki ganiają się po podwórku… Przez naj­bliż­sze dni, tygo­dnie, mie­siące łapię się na tym, że wra­cam myślami do sprawy Kamilka pod­czas naj­bar­dziej pro­za­icz­nych czyn­no­ści. Twarz chłopca towa­rzy­szy mi nawet wtedy, kiedy aku­rat nie piszę kolej­nych roz­dzia­łów książki.

Dla­czego do tego doszło? Po pro­stu: dla­czego? To chyba w tej spra­wie naj­czę­ściej zada­wane pyta­nie.

Posta­ram się na nie odpo­wie­dzieć.

Kalendarium życia Kamilka

Kalen­da­rium życia Kamilka

19 lutego 2015 – Kami­lek się rodzi

2015 – sąd przy­znaje rodzi­nie Kamilka kura­tora

2016 – rodzi się brat Kamilka, Fabian

2017 – roz­wód rodzi­ców Kamilka, ojciec zostaje pozba­wiony praw rodzi­ciel­skich

listo­pad 2019 – matka Kamilka zaczyna się spo­ty­kać z Dawi­dem B., chło­piec ucieka z domu po raz pierw­szy

2020 – matka Kamilka, Mag­da­lena, bie­rze ślub z Dawi­dem B.

27 listo­pada 2020 – począ­tek prze­mocy wobec dziecka ze strony Dawida B. (według pro­ku­ra­tury)

czer­wiec 2022 – wnio­sek o pie­czę zastęp­czą; odrzu­cony

sier­pień 2022 – prze­pro­wadzka rodziny Kamilka do Olku­sza

25 sierp­nia 2022 – druga ucieczka Kamilka

13 listo­pada 2022 – trze­cia ucieczka Kamilka

listo­pad 2022 – przy­zna­nie rodzi­nie kolej­nego kura­tora

29 stycz­nia 2023 – Kami­lek poznaje swoją przy­rod­nią sio­strę, Mag­da­lenę

5 lutego 2023 – czwarta ucieczka Kamilka z domu

luty 2023 – rodzina Kamilka wraca do Czę­sto­chowy

marzec 2023 – ogra­ni­cze­nie matce wła­dzy rodzi­ciel­skiej

1 marca 2023 – Kami­lek wraca do szkoły w Czę­sto­cho­wie

8 marca 2023 – Kami­lek przy­cho­dzi do szkoły pora­niony, z sinia­kami; szkoła kon­tak­tuje się z rodziną

29 marca 2023 – Dawid B. bru­tal­nie znęca się nad Kamil­kiem (rzuca dziecko na piec, parzy wodą)

3 kwiet­nia 2023 – Artur Topól, bio­lo­giczny ojciec Kamilka, zabiera chłopca do szpi­tala

8 maja 2023 – Kami­lek umiera

1. Rodzinny koszmar

1

Rodzinny kosz­mar

Rado­sny chło­piec stop­niowo staje się cie­niem samego sie­bie. Zastra­szony, bity i mal­tre­to­wany coraz bar­dziej się wyco­fuje i chowa.

Dzie­więt­na­stego lutego 2015 roku, w czwar­tek, Kami­lek przy­cho­dzi na świat. Uro­czy chło­piec o nie­win­nej twa­rzy, na któ­rej czę­sto gościł uśmiech. Zawsze było go wszę­dzie pełno, żywio­łowy i ener­giczny, prze­peł­niony dzie­cięcą rado­ścią. Anio­łek, cza­sem doka­zu­jący – jak to dziecko. Pięć lat póź­niej, nie­całe trzy mie­siące przed kolej­nymi uro­dzi­nami, chło­piec doświad­cza pierw­szego aktu prze­mocy ze strony naj­bliż­szych. Uśmiech znika z jego twa­rzy. Zda­niem pro­ku­ra­tury to wła­śnie dwu­dzie­stego siód­mego listo­pada 2020 roku roz­po­częła się gehenna dzieci zamiesz­ku­ją­cych z Mag­da­leną i Dawi­dem B. Ona jest matką Kamilka, on jej nowym part­ne­rem, z któ­rym posta­no­wiła kro­czyć przez życie. Ojczy­mem Kamilka.

Miesz­kali razem w dwóch mia­stach: głów­nie w Czę­sto­cho­wie, przez kilka mie­sięcy w Olku­szu. W obu miesz­ka­niach miało docho­dzić do mal­tre­to­wa­nia Kamilka i jego rodzeń­stwa, ale to przy ulicy Kosy­nier­skiej w czę­sto­chow­skiej dziel­nicy Stra­dom roz­gry­wały się naj­bar­dziej dra­ma­tyczne sceny.

W nie­wiel­kim miesz­ka­niu gnieź­dziło się kil­ka­na­ście osób. Pię­cioro doro­słych: matka Kamilka Mag­da­lena B. i ojczym chłopca Dawid B. oraz cio­cia Aneta J. i wujek Woj­ciech J., a także ich peł­no­letni syn Artur J. Poza doro­słymi w lokalu prze­by­wało kil­koro mało­let­nich. Łącz­nie dzie­sięć osób, a po naro­dzi­nach kolej­nych dzieci, w kul­mi­na­cyj­nym momen­cie – dwa­na­ście. Wszy­scy musieli się pomie­ścić w dwóch prze­chod­nich poko­jach na par­te­rze. To lokal komu­nalny, prze­siąk­nięty gry­zą­cym zapa­chem dymu papie­ro­so­wego. Na odra­pa­nej kamie­nicy trudno zna­leźć frag­ment, z któ­rego nie sypałby się tynk. Dawno nie­ma­lo­wany budy­nek, zanie­dbana oko­lica i ten nie­mi­ło­sierny smród, wwier­ca­jący się w pamięć. Nie­ła­twe warunki – jak je okre­ślały służby – to mało powie­dziane.

Zaczęło się nie­win­nie. Dawid B. za naj­drob­niej­sze zacho­wa­nia, które mu się nie podo­bały, zwra­cał uwagę Kamil­kowi. Wyda­wało się, jakby w zacho­wa­niu chłopca prze­szka­dzało mu dosłow­nie wszystko, choć maluch miał zale­d­wie kilka lat. Ojczym dener­wo­wał się „za gło­śnym pła­czem”, innym razem miał się wściec, bo Kami­lek „popu­ścił w majtki” na widok wzbu­rzo­nego męż­czy­zny. We wście­kłość wpę­dziła go też nie­uważ­ność dziecka, które przez przy­pa­dek zrzu­ciło ze sto­lika jego tele­fon komór­kowy.

Dawid B. zaczął uży­wać coraz moc­niej­szych słów, w końcu się­gnął po wul­ga­ry­zmy i wyzwi­ska. Obry­wało się zresztą nie tylko Kami­lowi, lecz rów­nież jego młod­szemu o rok bratu – Fabia­nowi. Jak wynika z doku­men­ta­cji zgro­ma­dzo­nej przez pro­ku­ra­turę, na krótko przed szó­stymi uro­dzi­nami Kamilka oprawca prze­szedł od słów do czy­nów. Od dwu­dzie­stego siód­mego listo­pada 2020 roku do trze­ciego kwiet­nia 2023 roku zarówno w Olku­szu, jak i w Czę­sto­cho­wie miał sto­so­wać wobec obu chłop­ców prze­moc fizyczną i psy­chiczną. Poni­żał ich, bił bez opa­mię­ta­nia gołymi dłońmi i róż­nymi przed­mio­tami. Malut­kie ciała dzieci zamie­nił w ludz­kie popiel­niczki, bez żad­nych skru­pu­łów gasił na nich papie­rosy, czym spo­wo­do­wał liczne rany i ślady po przy­pa­la­niu. Kamil­kowi zła­mał rów­nież kości pra­wego i lewego przed­ra­mie­nia oraz pra­wego pod­udzia.

Pro­ku­ra­tura zarzuca męż­czyź­nie, że w tym samym okre­sie znę­cał się także nad wła­snym synem, Mate­uszem B. (uro­dzo­nym w 2020 roku), jesz­cze młod­szym od Kamilka, nie­mow­lę­ciem. Miał nim potrzą­sać, szar­pać, ude­rzać po całym ciele i rzu­cać na łóżko z wyso­ko­ści, dopro­wa­dza­jąc do wielu obra­żeń. Jego kolejną ofiarą, według usta­leń służb, był pasierb Damian J. (uro­dzony w 2012), pasierb Domi­nik J. (uro­dzony w 2008) oraz pasier­bica Julia J. (uro­dzona w 2014).

„Znie­wa­żał ich sło­wami powszech­nie uzna­wa­nymi za obe­lżywe, wzbu­dzał w nich poczu­cie zagro­że­nia, nie­po­koju i obawy o ich los poprzez demon­stro­wa­nie i uży­wa­nie prze­mocy w sto­sunku do innych dzieci, a także rzu­cał w nich róż­nymi przed­mio­tami i naru­szył ich nie­ty­kal­ność cie­le­sną” – wyli­cza pro­ku­ra­tor Mariusz Mar­ci­niak, rzecz­nik pra­sowy Pro­ku­ra­tury Regio­nal­nej w Gdań­sku.

Bestial­stwo Dawida B. zda­wało się nie mieć gra­nic, bo – jak się oka­zało w toku śledz­twa – miał on rów­nież dopu­ścić się w latach 2020–2022 mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego kil­ku­let­niej pasier­bicy. Pro­ku­ra­tura usta­liła, że kil­ka­krot­nie dopro­wa­dzał ją do pod­da­nia się „innej czyn­no­ści sek­su­al­nej, pole­ga­ją­cej na doty­ka­niu dziew­czynki w miej­sca intymne”. Z uwagi na dobro dziecka służby pro­siły o nie­ujaw­nia­nie szcze­gó­łów tych wstrzą­sa­ją­cych zda­rzeń. I choć detale zbrodni uka­za­łyby jesz­cze więk­sze okru­cień­stwo oprawcy, usza­nuję tę prośbę.

Część zarzu­ca­nych czy­nów, o które pro­ku­ra­tura oskar­żyła Dawida B., miała zaist­nieć w warun­kach recy­dywy. Męż­czy­zna miał się dopu­ścić tych prze­stępstw w ciągu pię­ciu lat po odby­ciu dwu­let­niej kary pozba­wie­nia wol­no­ści. Był znany służ­bom. Pierw­sze zapi­ski na jego temat pocho­dzą jesz­cze z cza­sów jego dzie­ciń­stwa. W 2003 roku wraz z bra­tem bliź­nia­kiem bawili się nad wodą. Towa­rzy­szyła im dzie­wię­cio­let­nia San­dra, oni mieli po sie­dem lat. Chłopcy z miej­sca zda­rze­nia wró­cili sami, bez dziew­czynki, któ­rej przez kilka dni szu­kała cała oko­lica. Oka­zało się, że San­dra uto­nęła w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Sąd Rodzinny w Czę­sto­cho­wie, który przy­glą­dał się tej spra­wie, uznał osta­tecz­nie, że doszło do nie­szczę­śli­wego wypadku.

Czter­na­ście lat póź­niej, dwu­dzie­stego ósmego stycz­nia 2017 roku, Dawid B. tra­fił do wię­zie­nia, ska­zany przez Sąd Okrę­gowy w Czę­sto­cho­wie za „prze­stęp­stwo prze­ciwko życiu i zdro­wiu”. Miało wtedy dojść do roz­boju z jego udzia­łem. Na wol­ność wyszedł po dwóch latach, dwu­dzie­stego siód­mego stycz­nia 2019 roku. W prze­szło­ści, jesz­cze przed zamknię­ciem, także dopusz­czał się prze­stępstw. Wśród nich funk­cjo­na­riu­sze wyli­czają roz­boje, groźby karalne, pobi­cia oraz kra­dzieże. Reso­cja­li­za­cja, jak już wiemy, w przy­padku męż­czy­zny nie zaist­niała.

Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego marca 2023 roku, w środę, Kami­lek doznał z jego strony naj­po­waż­niej­szych obra­żeń. Ledwo mie­siąc wcze­śniej skoń­czył osiem lat. Feral­nego dnia chło­piec wstał w dobrym humo­rze. Pogoda za oknem zaczęła się popra­wiać, zima ustę­po­wała wio­śnie. Oprócz zajęć w szkole i lek­cji do odro­bie­nia zapewne miał w pla­nach zabawę. Dzie­cięce doka­zy­wa­nie ponow­nie roz­wście­czyło jego ojczyma. Do tego stop­nia, że nie tylko pobił chłopca, lecz – jak usta­lili śled­czy – miał rzu­cić nim na roz­ża­rzony piec węglowy. Wcze­śniej siłą zacią­gnął malu­cha pod prysz­nic i pole­wał jego twarz gorącą wodą. Prze­raź­liwy krzyk dziecka, zdolny roze­drzeć kamie­nicę na pół, nie zaalar­mo­wał sąsia­dów. Nie wzbu­dził też współ­czu­cia pozo­sta­łych domow­ni­ków. Przez kolej­nych kilka dni nikt nie wezwał karetki pogo­to­wia ani nie udzie­lił chłopcu wła­ści­wej pomocy, któ­rej Kami­lek tak bar­dzo potrze­bo­wał. Matka nie­udol­nie pró­bo­wała jedy­nie sma­ro­wać jego głę­bo­kie rany maścią.

Łzy spły­wa­jące po twa­rzy dziecka zatrzy­my­wały się na licz­nych popa­rze­niach, które – nie­le­czone – zaczęły pękać, pogłę­biać się. Nie­mal w każde z nich wdało się zaka­że­nie. Gdy upa­dał, Kami­lek doznał ponadto stłu­cze­nia głowy i zła­ma­nia lewej kości ramien­nej. Dwa­dzie­ścia pięć pro­cent jego ciała pokry­wały bli­zny, pie­kące tak bar­dzo, że ośmio­la­tek nie mógł się nawet dotknąć. Każdy ruch potę­go­wał cier­pie­nie, więc więk­szość czasu maluch spę­dził, sie­dząc, sku­lony w kącie. W pew­nym momen­cie nie miał już nawet siły, by dalej pła­kać.

Przez pięć dni pozo­sta­wiono go samemu sobie. Sytu­acja, w któ­rej reszta domow­ni­ków nie dostrze­głaby cier­pie­nia chłopca, jest nie­moż­liwa. Musieli omi­jać go bez­na­mięt­nie. W nie­wiel­kim, dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu mogliby wręcz go pode­ptać, a mimo to pozo­sta­wali ślepi na krzywdę dziecka. Za tę znie­czu­licę pro­ku­ra­tura zde­cy­do­wała posta­wić przed sądem także matkę Kamilka, Mag­da­lenę B. Zda­niem służb kobieta poma­gała swo­jemu mężowi Dawi­dowi w znę­ca­niu się ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem nad synami Fabia­nem i Kami­lem. Jak pod­kre­ślono, miała też udzie­lić męż­czyź­nie pomocy w zabój­stwie Kamilka.

„Zanie­chała dzia­ła­nia i nie podej­mo­wała żad­nych reak­cji chro­nią­cych synów, a także tole­ro­wała nasi­la­jące się sady­styczne zacho­wa­nie Dawida B. i nie prze­ciw­dzia­łała mu w ade­kwatny i sku­teczny spo­sób, co w kon­se­kwen­cji dopro­wa­dziło do spo­wo­do­wa­nia przez niego licz­nych cięż­kich obra­żeń ciała dziecka” – prze­ka­zuje pro­ku­ra­tor Mariusz Mar­ci­niak.

Ale nie tylko brak reak­cji zna­lazł się wśród zarzu­tów wobec Mag­da­leny B. Ona rów­nież psy­chicz­nie i fizycz­nie znę­cała się nad dziećmi. Długa lista jej zacho­wań uwzględ­nia to, że matka krzy­czała na nie bez powodu, zabra­niała im wycho­dze­nia z domu z innymi dziećmi na podwórko, wyzy­wała je i prze­kli­nała, trak­to­wała w poni­ża­jący spo­sób. Nie dbała o warunki higie­niczne odpo­wied­nie dla malu­chów. Ponadto gro­ziła dzie­ciom porzu­ce­niem i sto­so­wała prze­moc fizyczną. „Biła po całym ciele, w tym rów­nież przy uży­ciu róż­nych przed­mio­tów” – wyli­cza pro­ku­ra­tura. Zarzuty usły­szeli także pozo­stali doro­śli loka­to­rzy miesz­ka­nia w Czę­sto­cho­wie: Woj­ciech J., Aneta J. i Artur J., któ­rzy nie pomo­gli dziecku, gdy zasto­so­wano wobec niego naj­więk­szą prze­moc, czyli od dwu­dzie­stego dzie­wią­tego marca 2023 roku do trze­ciego kwiet­nia 2023 roku. Wtedy gdy Dawid B. rzu­cił Kamilka na roz­grzany piec.

Trzeci kwiet­nia to data gra­niczna w tych wyda­rze­niach, bo wła­śnie tego dnia do miesz­ka­nia mał­żeń­stwa B. przy­szedł bio­lo­giczny tata Kamilka. Gdy zoba­czył, w jakim sta­nie jest jego syn, zadzwo­nił na numer alar­mowy. Chło­piec w sta­nie wyma­ga­ją­cym bar­dzo pil­nej inter­wen­cji lekar­skiej tra­fił do Gór­no­ślą­skiego Cen­trum Zdro­wia Dziecka w Kato­wi­cach, gdzie zaczęła się nie­równa walka o jego życie. Po trzy­dzie­stu pię­ciu dniach nade­szły jed­nak kosz­marne wie­ści. Kamilka nie udało się ura­to­wać.

Pół­tora roku po śmierci dziecka kon­tak­tuję się z jego tatą i przy­rod­nią sio­strą. Oboje pła­czą, rany jesz­cze się nie zaskle­piły. Ale zga­dzają się poroz­ma­wiać. To, co od nich sły­szę, ści­ska za gar­dło i przez następne dni nie pusz­cza nawet na moment.

2. Brak reakcji

2

Brak reak­cji

Bio­lo­giczny ojciec zapew­nia, że wal­czył o syna. Dzień, w któ­rym z miesz­ka­nia matki wyno­sił na rękach będą­cego w sta­nie kry­tycz­nym Kamilka, zapa­mięta do końca życia.

Jasne włosy i pro­mienny uśmiech Kamilka są przy­sło­nięte przez zało­żone na całym jego ciele opa­trunki i ban­daże. Media w całej Pol­sce obie­gło zdję­cie przed­sta­wia­jące popa­rzo­nego chłopca w karetce. Zro­bił je bio­lo­giczny ojciec dziecka, Artur Topól, na dowód w spra­wie. Do dziś męż­czy­zna nie może uwie­rzyć w to, co spo­tkało jego kil­ku­let­niego syna.

„Ten widok zapa­mię­tam do końca życia” – mówi łamią­cym się gło­sem. W roz­mo­wie ze mną zga­dza się wró­cić pamię­cią do tam­tych dni, choć rany na­dal są świeże. Chce spra­wie­dli­wo­ści.

„Była żona [Mag­da­lena B.] zadzwo­niła wtedy do mojej narze­czo­nej, żeby­śmy przy­szli, bo coś złego dzieje się z Kamil­kiem. Byłem wtedy w pracy, ale szybko wró­ci­łem do domu i poje­cha­li­śmy na Stra­dom” – wspo­mina pan Artur.

Dzień wcze­śniej, w nie­dzielę, part­nerka męż­czy­zny sama pisała ese­mesy do Mag­da­leny, żeby zapy­tać, czy będą mogli znów zabrać do sie­bie Kamila i Fabiana. Matka odpi­sała, że star­szy chło­piec jest w „kiep­skim sta­nie”, bo „brat wylał na niego gorącą wodę”. Na pyta­nie o miej­sce, w któ­rym Kamil jest popa­rzony, odpo­wie­działa wyli­czanką: „buzia, plecy, ręce, nogi”. Począt­kowo nie chciała wysłać zdję­cia, ponie­waż się bała, że zosta­nie ono póź­niej wyko­rzy­stane prze­ciwko niej. Kiedy jed­nak narze­czona pana Artura zapew­niła, że chcą tylko zoba­czyć, w jakim sta­nie jest Kamil, Mag­da­lena B. wysłała prze­ra­ża­jącą foto­gra­fię przed­sta­wia­jącą ośmio­latka, który sie­dzi sku­lony na pod­ło­dze i zasła­nia dłońmi twarz. Mimo to pod rącz­kami widać liczne opa­rze­nia i rany. Na ubra­niu dziecka wid­nieją czer­wone plamy, praw­do­po­dob­nie od krwi.

Z samego rana para zde­cy­do­wała się udać po dziecko. Wcze­śniej Magda zadzwo­niła do byłego męża, że wycho­dzi z domu, więc mogą przy­je­chać i zabrać chłopca do leka­rza. Panu Artu­rowi oraz jego ówcze­snej narze­czo­nej towa­rzy­szył star­szy syn kobiety. Zabrali go ze sobą, bo bali się agre­sji Dawida B. „On mnie kie­dyś pobił” – przy­znaje tata Kamilka.

Gdy dotarli na miej­sce i weszli do miesz­ka­nia, ude­rzył ich stę­chły zapach dobie­ga­jący z pomiesz­czeń. Jakby mocz pomie­szany z ropą. Po przej­ściu do dru­giego pokoju uka­zał się im wstrzą­sa­jący widok. Ośmio­let­nie dziecko pana Artura leżało sku­lone na łóżku i zwi­jało się z bólu. Chło­piec bła­gał o pomoc, wołał do taty, jego part­nerki i jej syna Mate­usza, któ­rego roz­po­znał.

„Był cały popa­rzony, wyglą­dał tak, jakby oblali go jakimś kwa­sem” – wspo­mina pan Artur i nie może powstrzy­mać łez. Ubra­nie Kamilka przy­kle­iło się do ran. Ojciec pró­bo­wał nożycz­kami prze­ciąć mate­riał, ale chło­piec skrę­cał się z bólu. Nikt nawet nie pomógł mu się prze­brać, a Magdę B. miało wów­czas inte­re­so­wać tylko to, kiedy pan Artur prze­leje jej ali­menty. Potem wyszła z miesz­ka­nia.

„Od razu zadzwo­ni­łem na sto dwa­na­ście i wynio­słem go na rękach na zewnątrz, gdzie cze­ka­li­śmy na karetkę” – tłu­ma­czy pan Artur.

Służby zare­ago­wały bły­ska­wicz­nie. Oprócz ambu­lansu przy­był śmi­gło­wiec Lot­ni­czego Pogo­to­wia Ratun­ko­wego. Zanim jed­nak ratow­nicy zabrali Kamilka do Gór­no­ślą­skiego Cen­trum Zdro­wia Dziecka w Kato­wi­cach, odwod­niony i nie­do­ży­wiony chło­piec reszt­kami sił opo­wie­dział tacie, co go spo­tkało.

„Kami­lek dał jesz­cze radę mówić, wszystko mi powie­dział. Oni celowo mu to zro­bili” – wyznaje gorzko pan Artur. Zarze­kał się, że wcze­śniej nie docie­rały do niego sygnały o szcze­gó­łach cier­pie­nia syna. Była żona pisała mu cza­sem, że Kamil nie pój­dzie do szkoły, bo źle się czuje. Ukry­wała praw­dziwe powody.

„Był kocha­nym dziec­kiem, oczkiem w mojej gło­wie. Gdy­bym wie­dział, że tam dzieją się rze­czy o takiej skali, to oso­bi­ście bym go stam­tąd wyrwał” – zapew­nia męż­czy­zna.

Kami­lek nie mógł zamiesz­kać z ojcem, ponie­waż ten został pozba­wiony przez sąd praw rodzi­ciel­skich w 2017 roku, przy oka­zji roz­wodu z Mag­da­leną. Zanim doszło do roz­sta­nia, ucho­dzili za udaną parę. Poznali się, kiedy Magda miesz­kała na czę­sto­chow­skim Stra­do­miu z sio­strą Anetą i jej mężem Woj­cie­chem. We wspól­nym lokum znaj­do­wało się jesz­cze czworo dzieci. Zna­jomi rodziny podej­rze­wali, że Woj­tek pota­jem­nie kocha się w Mag­dzie, podobno pla­no­wał nawet roz­wód z Anetą, by zwią­zać się z jej sio­strą. Według innej teo­rii naj­pierw zadu­rzył się w Mag­dzie, a dopiero potem „prze­rzu­cił się” na Anetę. Obie kobiety posia­dały orze­cze­nie o nie­peł­no­spraw­no­ści inte­lek­tu­al­nej, skoń­czyły szkoły spe­cjalne, lecz w oko­licy wypo­wia­dano się o nich bez więk­szych zarzu­tów. Miały się wszyst­kim dzie­lić, ale obo­wiązki domowe w dużej czę­ści prze­jęła Magda. Domow­ni­kom było wygod­nie, bo prała, goto­wała i robiła zakupy, więc kiedy poznała Artura, atmos­fera się nieco zagę­ściła. Sąsie­dzi plot­ko­wali, że Woj­tek jest zazdro­sny o Magdę, choć sam zain­te­re­so­wany ni­gdy tego wszyst­kiego nie potwier­dził. Rze­koma zabor­czość domow­nika nie prze­szko­dziła kobie­cie w pogłę­bie­niu rela­cji z nowym ado­ra­to­rem, któ­rego poznała, gdy cho­dziła jesz­cze do szkoły. Było mię­dzy nimi pięt­na­ście lat róż­nicy. Ich pierw­sze wspólne dziecko, Kami­lek, przy­szło na świat w lutym 2015 roku. Nie­długo po naro­dzi­nach syna zde­cy­do­wali się wziąć ślub. W skrom­nej uro­czy­sto­ści uczest­ni­czyła garstka osób.

Artur Topól przez jakiś czas miesz­kał z rodziną na Kosy­nie­rów i cie­szył się raczej dobrą opi­nią. Ktoś jed­nak zło­żył zawia­do­mie­nie doty­czące tego, co się dzieje w miesz­ka­niu. Nie­ofi­cjal­nie mówiło się o nie­po­ko­ją­cych rela­cjach mię­dzy domow­ni­kami, o tym, że w tak wiele osób gnież­dżą się w malut­kim lokum. Sąd Rejo­nowy w Czę­sto­cho­wie w 2015 roku przy­znał więc rodzi­nie kura­tora. Bra­kuje jed­nak pisem­nego uza­sad­nie­nia decy­zji, by stwier­dzić, co leżało u jej pod­staw. Wia­domo nato­miast, że powo­dem nie było podej­rze­nie prze­mocy czy donos świad­czący o jej sto­so­wa­niu. Domi­nik Bogacz, rzecz­nik Sądu Okrę­go­wego w Czę­sto­cho­wie, potwier­dzał, że nie cho­dziło o prze­moc fizyczną. „Musiało być to jakieś rażące zanie­dba­nie obo­wiąz­ków, skoro sąd tak posta­no­wił”.

Kon­trole, które prze­pro­wa­dzano w domu, nie nio­sły za sobą poważ­niej­szych kon­se­kwen­cji, nato­miast rok po uro­dze­niu Kamilka na świat przy­szło kolejne dziecko Mag­da­leny i Artura, Fabian. Jed­no­cze­śnie rela­cja mię­dzy mał­żon­kami zaczęła się psuć. Jak twier­dzi pan Artur, stali za tym Aneta i Woj­ciech, któ­rzy mieli w jego oce­nie „wtrą­cać się do ich życia”. Cią­głe kłót­nie i nie­po­ro­zu­mie­nia dopro­wa­dziły do roz­wodu w 2017 roku. I pan Artur stra­cił prawa rodzi­ciel­skie do synów, któ­rzy – zgod­nie z decy­zją sądu – tra­fili pod opiekę matki.

W roku 2020, który pro­ku­ra­tura uznała za począ­tek znę­ca­nia się nad dziećmi, nasi­liły się sta­ra­nia pana Artura o ure­gu­lo­wa­nie kon­tak­tów z synami. Wtedy bowiem Magda wzięła ślub cywilny z Dawi­dem, zale­d­wie kilka mie­sięcy po zakoń­cze­niu jego odsiadki za roz­bój. Zda­niem ojca Kamilka zawar­cie przez Magdę nowego związku zapo­cząt­ko­wało prze­moc w rodzi­nie i utrud­nia­nie mu kon­taktu z synami.

„Zawsze byli smutni, gdy odwo­zi­łem ich do domu. Cią­gle pła­kali. Ja ich uspo­ka­ja­łem, obie­cy­wa­łem, że nie pozwolę, by ktoś im zro­bił krzywdę” – wspo­mina pan Artur i ponow­nie na moment zawie­sza głos.

Jego wnio­sek do sądu rodzin­nego o przy­wró­ce­nie wła­dzy rodzi­ciel­skiej nie został roz­pa­trzony z przy­czyn for­mal­nych. Na eta­pie kom­ple­to­wa­nia doku­men­tów męż­czy­zna musiał popeł­nić jakiś błąd. Próbę pono­wił w 2022 roku, gdy Mag­da­lena wraz z Dawi­dem i synami nie­spo­dzie­wa­nie prze­pro­wa­dzili się do Olku­sza. O tym fak­cie powia­do­miła go lako­nicz­nym ese­me­sem. Kon­takty z synami stały się jesz­cze trud­niej­sze.

„Zgła­sza­łem wtedy, że coś może być nie tak, bo chłopcy zacho­wy­wali się, jakby ktoś im robił krzywdę. Widzia­łem siniaki i ślady po przy­pa­le­niach. Nikt jed­nak nie chciał mnie słu­chać” – opo­wiada pan Artur.

Przy­rod­nia sio­stra Kamila, Mag­da­lena Mazu­rek, pró­bo­wała pomóc ojcu w ura­to­wa­niu chłop­ców, choć o ist­nie­niu braci dowie­działa się nie­dawno. Wie­działa, z jaką traumą mogą się mie­rzyć, ponie­waż w prze­szło­ści w podobny spo­sób krzyw­dził ją ojczym, dziś już nie­ży­jący, który nad­uży­wał alko­holu i sto­so­wał wobec niej oraz jej mamy prze­moc. Final­nie kobie­cie udało się uciec od oprawcy, bo tra­fiła do domu dziecka, w któ­rym spę­dziła dzie­sięć lat. W doro­słym życiu, gdy skon­fron­to­wała się z matką, usły­szała od niej, że ta także doświad­czyła w dzie­ciń­stwie agre­sji ze strony naj­bliż­szych. Pani Mag­da­lena była tym wstrzą­śnięta.

Gdy kon­tak­tuję się z nią po raz pierw­szy, reaguje z dystan­sem. Jed­nak chce prze­rwać ciąg prze­mocy i liczy na nad­cho­dzące zmiany w pra­wie, więc zga­dza się na roz­mowę. To dzięki niej Pol­ska usły­szała o cier­pie­niu Kamilka, ponie­waż pani Mag­da­lena zamie­ściła w mediach spo­łecz­no­ścio­wych poru­sza­jący apel o modli­twę, gdy chło­piec z popa­rze­niami tra­fił do szpi­tala w Kato­wi­cach i wal­czył o życie.

Jej wpis z trze­ciego kwiet­nia, czyli z dnia, w któ­rym Kami­lek tra­fił do kato­wic­kiej pla­cówki, brzmiał nastę­pu­jąco: „Pro­szę was, dro­dzy, pomó­dl­cie się za mojego brata Kamila. Ma dopiero osiem lat i jest w cięż­kim sta­nie, prze­wie­ziony dziś przed pięt­na­stą śmi­głow­cem do Kato­wic. Został poważ­nie pobity i czymś popa­rzony, ma trzeci sto­pień popa­rze­nia. Jest pod respi­ra­to­rem, nie wia­domo, czy się wybu­dzi. Dzię­kuję za każdą modli­twę”.

Czwar­tego kwiet­nia opu­bli­ko­wała jesz­cze jeden wpis: „Wła­śnie się dowie­dzia­łam, że Kamil ma tylko pięć­dzie­siąt pro­cent szans na prze­ży­cie. Jest ope­ro­wany od rana. Jest cały poła­many i popa­rzony od samej głowy. Jak można być takim skur­wy­sy­nem i tak skrzyw­dzić dziecko. Kamilku, jesteś silny, walcz, kochany bra­ciszku”.

„Nie mogłam uwie­rzyć w to, co widzę, gdy tata wysłał mi zdję­cie popa­rzo­nego Kamilka” – mówi mi kobieta i z tru­dem powstrzy­muje łzy. „Tak bar­dzo chcia­łam, żeby mu pomo­gli, to było wspa­niałe dziecko. Bałam się, że umrze”.

Przy­rod­niego brata nazywa „cudem”, nie może się pogo­dzić z tym, co go spo­tkało. Pana Artura, swo­jego ojca, odszu­kała po latach roz­łąki i chciała się dowie­dzieć, dla­czego prze­stał ją odwie­dzać. On tłu­ma­czył się zaka­zami ówcze­snej part­nerki. Odno­wili kon­takt, a ojciec zapo­znał kobietę z jej przy­rod­nimi braćmi.

Rodzeń­stwo poznało się dwu­dzie­stego dzie­wią­tego stycz­nia, kilka mie­sięcy przed śmier­cią Kamila. Pani Magda pra­co­wała na tere­nie miej­skiego lodo­wi­ska, na które pan Artur zabrał chłop­ców. Ośmio­la­tek od razu rzu­cił się sio­strze w ramiona, jakby pod­świa­do­mie wie­dział, że łączą ich więzy krwi. Bra­cia znaj­do­wali się wtedy pod opieką bio­lo­gicz­nego ojca. Mag­da­lena B. pozwo­liła im spę­dzić u niego ferie zimowe. Kamil i Fabian odżyli, chęt­nie doka­zy­wali w miesz­ka­niu wynaj­mo­wa­nym przez sio­strę, urzą­dzali „dys­ko­teki” z muzyką pusz­czaną z tele­fonu.

Wyda­wało się, że wszystko z nimi w porządku. Byli rado­śni, roze­śmiani. Fil­mik, na któ­rym Kami­lek tego dnia zanosi się śmie­chem, jego sio­stra do dziś zacho­wała w tele­fo­nie. Lubi do niego wra­cać, to ostat­nie miłe wspo­mnie­nie z ośmio­let­nim chłop­cem w roli głów­nej.

Nie­długo potem ziścił się bowiem naj­gor­szy sce­na­riusz i po trzy­dzie­stu pię­ciu dniach walki o życie dziecko zmarło. Jego bli­scy nie mogą o tym zapo­mnieć, a mro­żące krew w żyłach sceny ze szpi­tala do dziś nawie­dzają ich w snach.

Po odej­ściu przy­rod­niego brata Magda nie roz­staje się z nie­śmier­tel­ni­kiem, na któ­rym wygra­we­ro­wana jest uśmiech­nięta twarz Kamilka. „Być może dla świata jesteś tylko czło­wie­kiem, dla nie­któ­rych jesteś całym świa­tem” – taki napis wid­nieje na dru­giej stro­nie meda­lionu.

3. Walka o życie

3

Walka o życie

Leka­rze nie mają wąt­pli­wo­ści, że cier­pie­nie Kamilka musiało być nie­wy­obra­żalne. Mimo że stan chłopca uległ chwi­lo­wej popra­wie, osta­tecz­nie dziecka nie udało się ura­to­wać.

Trzeci kwiet­nia 2023 roku, ponie­dzia­łek. Na szpi­talny oddział ratun­kowy Gór­no­ślą­skiego Cen­trum Zdro­wia Dziecka w Kato­wi­cach przy­by­wają medycy z Kamil­kiem. Chło­piec jest w cięż­kim sta­nie, zagra­ża­ją­cym życiu. Leży na noszach, trans­por­to­wany przez ratow­ni­ków. Na gra­nicy utraty świa­do­mo­ści mija jaskrawe świa­tła pada­jące ze szpi­tal­nego sufitu na jego pora­nioną twarz. Kilka osób sto­ją­cych wów­czas w pocze­kalni wle­pia w niego wzrok. W ich gło­wach mogło kotło­wać się tylko jedno pyta­nie: co się stało temu bied­nemu dziecku?

Przy­padki popa­rzeń na pierw­szy rzut oka nie są czymś zaska­ku­ją­cym. Leka­rze mówią mi nawet, że to typowe i czę­ste zja­wi­sko. Rodzice przy­wożą malu­chy, które przez chwilę ich nie­uwagi wylały na sie­bie gorącą zupę albo popa­rzyły się kawą czy her­batą. Przy dzie­ciach cały czas trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Tylko do Gór­no­ślą­skiego Cen­trum Zdro­wia Dziecka, wraz z przy­szpi­tal­nymi porad­niami, tra­fia rocz­nie nawet sto tysięcy pacjen­tów. Wśród nich nie bra­kuje dzieci z popa­rze­niami. Naj­częst­sza pro­ce­dura jest taka, że tra­fiają na oddział i po kilku, mak­sy­mal­nie kil­ku­na­stu dniach są wypi­sy­wane do domu. Ich lecze­nie zwy­kle nie jest skom­pli­ko­wane.

Dok­tor Andrzej Bulan­dra, koor­dy­na­tor Cen­trum Ura­zo­wego dla Dzieci w Gór­no­ślą­skim Cen­trum Zdro­wia Dziecka w Kato­wi­cach, mówi otwar­cie, że trudno wyro­ko­wać, czy taki sam szczę­śliwy finał można było prze­wi­dy­wać w spra­wie Kamilka. Myślał, że były na to szanse, lecz tylko na począt­ko­wym eta­pie. W roz­mo­wie ze mną wspo­mina, że zanim chło­piec został przy­jęty na oddział, medycy jesz­cze nie wie­dzieli, co dokład­nie go spo­tkało.

„W znie­czu­le­niu ogól­nym oczy­ści­li­śmy wszyst­kie rany, usu­nę­li­śmy tkanki mar­twi­cze i opa­trzy­li­śmy. Zostały mu też podane leki, póź­niej zapa­dła decy­zja o wpro­wa­dze­niu chłopca w stan śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej” – wyli­cza lekarz.

Gdy wyszło na jaw, co było źró­dłem tych obra­żeń i że nie­które z nich się­gają nawet bar­dzo odle­głego czasu, lekarz poczuł potworną złość. Nie­jed­nym spe­cja­li­stą taka sprawa mocno by wstrzą­snęła. Jak coś takiego mogło się wyda­rzyć? Stan Kamilka wpra­wiał w osłu­pie­nie nawet naj­bar­dziej doświad­czo­nych leka­rzy. Dok­tor Bulan­dra, który w zawo­dzie jest od ponad dwu­dzie­stu dwóch lat, nawet dziś potrząsa głową z nie­do­wie­rza­niem.

„Widzia­łem mnó­stwo opa­rzeń, rów­nież znacz­nie gor­sze, ale rzadko kiedy pacjenci tra­fiają do nas z tak zanie­dba­nymi, nie­le­czo­nymi przez tygo­dnie ranami” – wspo­mina.

Cho­roba opa­rze­niowa jest następ­stwem opa­rze­nia i roz­wija się wsku­tek gwał­tow­nej utraty pły­nów oraz uwol­nie­nia olbrzy­miej ilo­ści media­to­rów stanu zapal­nego, wywo­łu­ją­cych uogól­nioną reak­cję na zaist­niały w orga­ni­zmie uraz. Taki stan rze­czy może trwać bar­dzo długo, a cho­roba opa­rze­niowa nie­zwy­kle wynisz­cza orga­nizm. Naj­czę­ściej jest tak, że jeśli w ciągu kilku naj­bliż­szych dni po opa­rze­niu nie nastąpi poprawa, to roko­wa­nia są wręcz fatalne.

„Gdyby Kami­lek tra­fił do szpi­tala od razu, jego szanse na pewno byłyby więk­sze. Trzeba wziąć pod uwagę kwe­stię całego tła: jeżeli tra­fia do pla­cówki uprzed­nio zdrowe, dobrze odży­wione i zadbane dziecko, a przy­czyną opa­rze­nia jest nie­szczę­śliwy wypa­dek, to mamy mniej­sze zagro­że­nie roz­wo­jem poważ­nych powi­kłań. Jeśli nato­miast dziecko pier­wot­nie jest scho­ro­wane i wycień­czone, to jego stan ma kolo­salny, nega­tywny wpływ na pro­ces lecze­nia” – tłu­ma­czy dok­tor Bulan­dra.

W przy­padku naj­młod­szych zde­cy­do­wana więk­szość opa­rzeń jest nie­wielka. Rany są płyt­kie i obej­mują zwy­kle od dzie­się­ciu do dwu­dzie­stu pro­cent powierzchni ciała. Zda­rzają się jed­nak przy­padki cięż­kie, gdzie skala opa­rze­nia sięga trzy­dzie­stu czy nawet pięćdzie­się­ciu pro­cent. Wszystko zależy od dziecka, jego wiel­ko­ści i wagi, a także źró­dła obra­żeń.

„Gdy rana opa­rze­niowa »pusz­cza«, jest czy­sta, nie­za­ka­żona. Wtedy sto­su­jemy lecze­nie miej­scowe, które ma na celu zapo­bie­gnię­cie roz­wo­jowi zaka­że­nia i stwo­rze­nie ranie opty­mal­nych warun­ków do zago­je­nia się. W przy­padku ran powierz­chow­nych trzeba zasto­so­wać opa­trunki, które utrzy­mają odpo­wied­nią wil­goć i stwo­rzą śro­do­wi­sko nie­przy­chylne roz­wo­jowi bak­te­rii, a jed­no­cze­śnie sprzy­ja­jące rege­ne­ra­cji tka­nek” – mówi dok­tor Andrzej Bulan­dra.

Takich dzia­łań w przy­padku Kamilka nie można było zasto­so­wać. Przez brak lecze­nia w jego orga­ni­zmie zdą­żył się już bowiem roz­wi­nąć potężny stan zapalny, który spo­wo­do­wał cho­robę opa­rze­niową. Roz­wi­nęła się głę­boka nie­wy­dol­ność wie­lo­na­rzą­dowa. Dziś lekarz mówi, że ośmio­la­tek być może zdo­łałby prze­żyć, gdyby tra­fił do szpi­tala od razu, ale nie da się tego jed­no­znacz­nie stwier­dzić.

„Praw­do­po­dob­nie nie byłoby tych kom­pli­ka­cji, gdyby pacjent tra­fił do nas ze świe­żymi, czy­stymi ranami. Zamknę­li­by­śmy je prze­szcze­pami skóry i pro­ces goje­nia trwałby kil­ka­na­ście dni, mak­sy­mal­nie do dwóch tygo­dni, jak to zwy­kle bywa. Tutaj mie­li­śmy rany brudne, zbyt długo otwarte i przez to zaka­żone” – mówi dok­tor Andrzej Bulan­dra.

W przy­padku ran dużo głęb­szych konieczne jest chi­rur­giczne usu­nię­cie znisz­czo­nych, mar­twi­czych tka­nek, a następ­nie „poło­że­nie prze­szcze­pów”, które spo­wo­dują rege­ne­ra­cję. Rany zamyka się naj­czę­ściej za pomocą skóry pacjenta prze­szcze­pio­nej z innej, zdro­wej czę­ści ciała. Można też użyć sub­sty­tu­tów skóry, choć robi się to rza­dziej. Naj­bar­dziej klu­czowy jest czas liczony od powsta­nia do zamknię­cia rany. Wtedy wystę­puje naj­więk­sze ryzyko zaka­że­nia, z któ­rym walka jest naj­trud­niej­sza. Prze­ciw­dzia­ła­nie zaka­że­niu i nie­wy­dol­no­ści, którą powo­duje cho­roba, to prio­ry­tet.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki